Rynek
#1

Rynek jest położony w centrum Miasta handlowego. Są tu porozstawiane stragany kupieckie w okręgu. Jest to najczęściej uczęszczane miejsce, gdyż to właśnie tu można kupić towary zarówno rzemieślników pracujących w okolicy, jak i te zaimportowane. Właściwie, to można tu znaleźć wszystko, ale w dość niewielkich ilościach. Zbroje, bronie, zioła, twory alchemiczne, biżuterię, tkaniny, ubrania, drewno, cegły, narzędzia (młoty kowalskie, moździerze, alembiki, kosy, szpadle), pożywienie, książki, klejnoty... Co tu dużo wymieniać, wszystko, to wszystko. Jak się dobrze poszuka, to i podrabianą pieczęć królewską się znajdzie.
Uliczki brukowane, ale dość stare i nieco zaniedbane, każdego dnia przechodzi tu przecież dość dużo ludzi. Nie ma tu raczej budynków mieszkalnych, natomiast urzędowych się kilka znajdzie.
Straże? Oczywiście, że są. Może nie najlepiej wyposażeni, może nie najlepiej wyszkoleni, ale jest ich łącznie z półtora tuzina chłopa. Wiodą do tego miejsca trzy ulice, przy każdej stoi pięciu, trzech patroluje przestrzeń między stoiskami. To oznacza, że miejsce to jest całkiem dobrze strzeżone. Rzadko kiedy dokonuje się więc w tym miejscu kradzieży. Interesy przebiegają zwykle również uczciwie, sprawnie.
Oprócz towarów typowych znajdzie się tu też ludzi oferujących swoje usługi. Nie, nie tylko kurtyzany. Najemnicy, artyści też tu są. Płatni mordercy? Są. Jak wszędzie. Tylko dość trudno ich znaleźć, bo jako jedni z nielicznych sprzedawców nie reklamują swych "towarów" na głos.


***

W to właśnie miejsce trafił tutejszy grabarz po niedługiej przechadzce. Ostatni gość, jakiego przyjął do swojej chatki, przypomniał mu o sprawie tak istotnej w jego drugiej profesji, jak zioła i rośliny lecznicze. Miał zamiar czekać aż przyjdzie jakiś zielarz w potrzebie, gotów wymienić konkretną usługę za parę swoich dóbr, ale nie było to zbyt rozważne - być może prędzej przyszłoby kilku rannych, którzy bez odpowiednich specyfików mogliby nie otrzymać należytej pomocy.
Przybył więc tutaj, używając szpadla jako swego rodzaju podpory. Cóż, zwykle starcy nosili kije, ale jakby nie patrzeć - narzędzie pracy Scythisa również się sprawdzało. Był może trochę bardziej nieporęczny, ale nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie wykopać komuś dołek. Mimo że ostatnimi czasy coraz rzadziej odwiedzał to miejsce, to tutejsza ludność przyzwyczaiła się do jego nieco, hm, ekscentrycznego sposobu bycia. Rzadko kiedy zdarzał się więc ktoś, kto patrzył na grabarza z ukosa z powodu tego, czym ów się podpierał.
Słońce powoli zachodziło - stwierdził że dobrze byłoby uwinąć się w jakąś godzinę. Ile można zioła kupować? Nie były one jednak jedynym powodem jego "wyprawy". Ale czeladnika poszuka później, najpierw interesy... Ano, czeladnika. Syna sobie nie sprawił (albo o żadnym nie wiedział, ale to już inna sprawa), to i nie miał pozostawić po sobie nikogo, kto opiekował by się i uzdrawiał potrzebującym. To dobrzy ludzie, zasługiwali na taką pomoc. Zresztą grabarz nie wyobrażał sobie innej sytuacji - od kiedy pamiętał, wszystkich leczyła jego babka, później matka, teraz on. A nie ma się co oszukiwać, człek już był stary, nie wiadomo, kiedy będzie musiał sam sobie załatwić trumnę.
Mniejsza jednak o uczniów, bo właśnie doszedł do straganu, z którego na wiele stóp niósł się zapach mięty. Tak właśnie - była ona cennym składnikiem, potrzebnym chociażby do utworzenia leczniczej mikstury, ale sama w sobie również miała wiele dobroczynnych właściwości. Oprócz tej rośliny było tu oczywiście wiele innych, ale nie aż tak aromatycznych.
Za stolikami stał jakiś mężczyzna, można by powiedzieć, że w sile wieku, który obsługiwał już parę innych osób, wyglądających na podróżników. Wyglądało jednak na to, że młoda panna stojąca obok była również sprzedawczynią, pomocniczką, czy kimkolwiek innym, w każdym razie podeszła do Scythisa z zapytaniem.
- W czym mogę pomóc?
- Potrzebuję ze cztery garstki owoców ardu. I liści, jeśli są sproszkowane, to poproszę - odparł grabarz, czekając aż dzieweczka weźmie to, o czym mówił. Zaraz dorzucił resztę zamówienia. - Jeszcze ze dwie gałązki mięty, dwa razy barbando, z korzeniami, mogą być bez kapeluszy. Chociaż jeśli są oddzielnie ze sproszkowanymi korzeniami, to lepiej takie. Hmm, o czym to ja jeszcze... Hmm... - zatrzymał się i sięgnął do kieszeni szaty, wyjmując księgę. Otworzył ją, chwytając szpadel w zgięciu ręki, przewrócił kilka stron. - Ach, dwie garści liści brassy, tez mogą być już zmielone, w proszku, znaczy się. I dwa kwiaty nye - rzekł, chowając księgę. Nie był pewny, czy wypowiedział nazwę ostatniej rośliny poprawnie, ale nie słyszał żadnej podobnej nazwy, więc nie musiał się jakoś szczególnie poprawiać. Chyba.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2014, 13:46 przez Scythis.)


Spoglądając gdzieś w oczy tego starszego człowieka masz wrażenie, jakbyś patrzył wprost w głęboką otchłań. Pod odpowiednim kątem, jeśli otoczenie nie jest zbyt dobrze oświetlone, oczodoły siwobrodego wydają się wręcz być puste. Dreszcze przechodzą ci wzdłuż kręgosłupa...
Wrażenie to może minąć dość szybko, lecz zależy też od sytuacji. Biada jednak temu, który zlekceważy ostrzeżenie wypływające z tego wizerunku.
14.08.2014, 12:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek
#2

Wybieranie się na targ wieczorem nie było zbyt produktywnym pomysłem, mogłaby wręcz powiedzieć, że mijało się z celem. Wielu sprzedawców jednak nie przejawiało zamiarów "zmycia się', a ludzie wciąż krzątali się dookoła, interesując się i tymi błahymi, i tymi ważniejszymi obiektami. Kto wie, może się jaki ochotnik na ptaka znajdzie. A pieniędzy trochę należałoby zarobić. Saylje zaczęła rozglądać się za stoiskiem z ziołami, świadoma swych braków. Tutaj może i po najtańszej cenie ich nie kupi, ale kto wie, może sprzedawcy byli otwarci na negocjacje.
W drodze przez rynek pytała przypadkowych przechodniów, którzy wyglądali na wartościowych, czy nie byliby zainteresowani kupnem ptaka do polowań i dostarczania listów, ale zamiast pieniędzy, otrzymywała jedynie krzywe spojrzenia lub wytrzeszczone w lekkim zdziwieniu oczy. Cóż. Ma jeszcze cały wieczór.
Ubogie po całym dniu stoisko z wysuszonym chlebem, nie. Łysy mężczyzna nie chce pustułki. Mięso z daleka... Nie. Tutaj ptak siedzący aktualnie na dłoni kobiety zatrzepotał skrzydłami, sygnalizując, że mógłby by już być czas na jedzenie. Smakołyki, miody, owoce... nie, a para małżeńska próbuje sobie wmówić, że ptak do szczęścia nie jest im potrzebny. Akurat. Udanego małżeństwa, skomentowała sarkastycznie. Błyskotki, broń (hm, co za niesamowicie interesujący sztylet. Kolekcjonowałaby takie gdyby miała je gdzie położyć), materiał, peleryny i narzuty... Nie. Kolejne trzy osoby odmówiły tego niesamowitego przywileju.
O, jest, alchemia, zielarskie różności. Bardzo dobrze. A przy stoisku kobieta spostrzegła plecy, których co prawda chyba nie widziała, ale te szaty, i szpadel w ręce... A to spotkanie po tak długim czasie. W kolejce stało kilku ludzi prócz obecnie kupującego coś starca. Saylje podeszła jednak szybko do mężczyzny.
Widać było, że z ziołami może do czynienia miał, ale średnio z nazewnictwem.
- Nyë - sprostowała, stawiając nacisk na ostatnią literę. - Nie byłby pan zainteresowany kupnem pustułki? Piękny okaz - zapytała nieco rozbawionym tonem, z małym uśmieszkiem na twarzy, i ustawiła się na końcu kolejki. Zaraz ktoś by jeszcze narzekał, że nie stoi tam, gdzie powinna.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.08.2014, 01:30 przez Nyriel.)

16.08.2014, 01:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek
#3

Nie jest dobrze. Gabriel nie mógł spocząć na laurach. Jego opiekun umarł, to też był zdany tylko na siebie. Niby ciekawa opcja, tylko szkoda, że nie było go na to stać. Co prawda, miał jakieś tam oszczędności, ale na długo to to nie starczy. Musiał coś zarobić. I to jak najszybciej. Najlepszą opcją wydawało się być przyjęcie jakiegoś zlecenia, ale nie miał tu zbyt wielu kontaktów. Nie oszukujmy się - nie miał żadnego. W takim razie została sprzedaż skór upolowanych bestii, których jeszcze nie posiadał. Mógł już iść na polowanie, ale byłoby to głupotą, nie kupiwszy uprzednio mikstury, czy dwóch. Ta, chyba bandaża, czy dwóch, poprawił się w myślach, biorąc poprawkę na zasób swojego mieszka.
Robiło się już późno, to też chciał szybko kupić potrzebne towary, znaleźć nocleg, a z rana od razu zabrać się do pracy. Krążył więc po rynku, szukając jakieś alchemika, zielarza, czegokolwiek powiązanego z leczeniem. Nigdy nie był dobry w tych sprawach, a nawet więcej - był skrajnie beznadziejny. Potrafił zrobić prowizoryczny opatrunek, ale na tym jego wiedza się kończyła.
Gdy w końcu wypatrzył stoisko z ziołami, ucieszony ruszył ze zdwojoną siłą. Parł tak do przodu, dopóki but nie utknął mu w przerwie między kamieniami, a on sam nie runął jak długi na jakąś dziewczynę z ptakiem. Wylądowali razem na ziemi, a cały zaczerwieniony Gabriel szybko wstał i podał nieznajomej rękę.
- Przepraszam? - wyszeptał niepewnie, czekając na jej reakcję.
16.08.2014, 01:51
Przeczytaj Cytuj
Rynek
#4

MG
~***~

Sprzedawca nawet się nie zainteresował Scythisem, pozostawiając go do obsługi swojej córce. Pomagała mu już odkąd przestała się przewracać przy chodzeniu, znała się więc na rzeczy lepiej niźli ktokolwiek inny w promieniu parudziesięciu metrów. Ufał jej, jeśli chodziło o znajomość roślin, ich działania i umiejętność wyciągania od klienta pieniędzy.
Zajmował się swoją częścią zainteresowanych, kiedy to brązowowłosa podeszła do znanego mu od dawna grabarza. Nie przepadał za nim, toteż było mu to nawet na rękę. Nie, żeby go nie lubił, ale jakikolwiek człowiek, śpiący tak blisko trupów nie mógłby przyprawić go o miły uśmiech. Nie zwrócił też większej uwagi na upadek nowoprzybyłego mężczyzny w kurtce. Zerknął tylko, tak jak i wielu ludzi wokoło. Tłum lubi takie rzeczy, choć zwykle idzie dalej, by w mig zapomnieć. Tak było i tym razem.
Córka sprzedawcy odziedziczyła po nim z całą pewnością powściągliwość w okazywaniu emocji żywszych niźli poirytowanie i znużenie. Oczywiście, nie mogło to źle wpływać na interes, więc grzecznie spytała o cel jego wizyty, patrząc wyczekująco. Kiedy ten zaczął bez zbędnych słów wymieniać składniki, dziewczyna na bieżąco przechodziła z jednego krańca straganu na drugi, sięgała po niewielkie, gliniane miseczki ze sproszkowanymi ziółkami, by przesypać z nich towar do brązowego materiału, zawiązać i zabrać się za obrywanie liści, gromadzenie kwiatów, przygotowywanie owoców... Wszystko to w całkowitym milczeniu, sprawnie, bez zawahań, profesjonalnie. Lepiej nawet niż ojciec, który poruszał się wolniej i dopytywał jakąś staruszkę o nazwę ostatnich ziół.
Kiedy Scythis już skończył, ona jeszcze przez kilka chwil kręciła się za całą tą kanonadą kolorów i zapachów, szykując zamówienie. Wszystko tak, jak sobie pan grabarz wyprosił. Liście ardu, brassy i korzenie barbando w proszku, a reszta tak, jak natura spłodziła. I zasuszyła. Nawet nyë były, no, cóż za szczęście.
- Piętnaście srebrnych, trzydzieści trzy brązowe, poproszę - powiedziała znużona, dzierżąc w dłoniach całą masę woreczków i wiązanek. - Życzy sobie pan jakoś oznakować, czy rozpozna? - Nie wręczyła mu skarbów. Czekała aż zapłaci, bo jakże by inaczej. - Mogę zaproponować jeszcze jeden kwiat nyë i troszkę barbando, wtedy zapłaci pan równo dwadzieścia srebrnych. - Nie powiedziała "i nie będzie pan musiał tyle razy liczyć tych wszystkich drobniaków", ale pewnie pomyślała. Młodzież zawsze i wszędzie była taka sama.
16.08.2014, 04:03
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek
#5

Po złożeniu zamówienia pozostawało tylko kilka chwil oczekiwania. W ciągu tych kilku chwil, jak by się mogło wydawać, nic szczególnego nie mogło się stać. Mimo to jakiś znajomy głos dobiegł zza pleców Scythisa, zmieniając wymowę nazwy jednego z ziół, jakie zamówił. Ów grabarz zdążył przypomnieć sobie, kto mógł go poprawić, jednocześnie próbując sprzedać mu pustułkę. Zagłuszył też, choć pewnie dla siebie, pewien głuchy tumult, odpowiadając na kwestię Nyriel "oczywiście, że piękny. Ale zdaje się, że pani go jeszcze nie nauczyła zbierać ziół?". Okazało się, że jakiś młody mężczyzna zdołał też w tak krótkiej chwili dobiec tu (bo chyba nie było go wcześniej w kolejce), rzucić się na treserkę i powalić ją na brukowaną uliczkę. Nie ma co, dość... Imponujące to wszystko było, jak na sytuację zmieszczoną w kilku sekundach. Aż strach pomyśleć, co się dzieje na reszcie świata.
Starzec, dość zmieszany, w pierwszej chwili nie wiedział, cóż by tu począć. Ale młodzieniec wstał w mig i podał panience rękę, więc chyba już wiele do zrobienia nie miał... Chociaż jeśli dziewczę okaże się być bardziej potłuczone, niż może się wydawać, to pewnie będzie miał już pierwszą klientkę.
Nie pora jednak się zamartwiać tą dwójką, minie jeszcze chwila, zanim dojdą ze sobą do jakiegoś ładu. Tymczasem do jego pleców odezwał się głos sprzedawczyni. Piętnaście, dwadzieścia, no rozbój w biały dzień.
- Cholera. Podrożało - rzekł tylko, wyciągając dwadzieścia srebrnych smocząt z kieszeni. - Proszę oznaczyć tylko te proszki. - odparł. Resztę powinien poznać bez trudu, a jeśli nie, to zajrzy do księgi. Popatrzył jeszcze chwilę na córkę zielarza, czy aby na pewno dorzuci to, co dorzucić miała, następnie usunął się na bok i zaczął pakować całe swoje zakupy do szaty, która kolejne miejsca wytwarzała jakby nie wiadomo skąd.
Odwrócił się tyłem do straganu i obserwował rozwój zdarzeń. "Nie zazdroszczę ci, chłopie..." - pomyślał, prawie że z nutką litości. "Ta panna już dziś miała dość irytującą sytuację. Nie wiem jak zniesie kolejną". I właściwie to nie wiedział czy współczuć, czy się śmiać. Chociaż dobra, troszkę jednak współczuł. Przecież śmiech w tym wieku nie przystoi.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2014, 13:45 przez Scythis.)


Spoglądając gdzieś w oczy tego starszego człowieka masz wrażenie, jakbyś patrzył wprost w głęboką otchłań. Pod odpowiednim kątem, jeśli otoczenie nie jest zbyt dobrze oświetlone, oczodoły siwobrodego wydają się wręcz być puste. Dreszcze przechodzą ci wzdłuż kręgosłupa...
Wrażenie to może minąć dość szybko, lecz zależy też od sytuacji. Biada jednak temu, który zlekceważy ostrzeżenie wypływające z tego wizerunku.
16.08.2014, 13:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek
#6

Starzec zaczął na nowo chwalić pustułkę Saylje, jednak nim skończył, kobieta gwałtowanie upadła na ziemię, a pozostałe słowa starca zlały się z głuchym "bam!" o kamienie. "...ie nauczyła zbierać zi..."...
Dziewczyna szybko, odruchowo wymierzyła pięść w coś, co na nią upadło, drugą ręką zaś usiłowała złapać ramię - o, to człowiek! - człowieka, by mu je wykręcić.
Zanim jednak zdążyła zrobić którąkolwiek z tych rzeczy (gdyby nie była aż tak oszołomiona, dałaby radę te czynności wykonać. Na pewno.), "napastnik" wstał, wyciągając do niej rękę i rzucając niepewne "przepraszam". Zaś ptak, który siedział na jej ręce, dzięki swej szybkości dał radę uciec na jeden z słupków straganu. Dobry punkt obserwacyjny.
Saylje pomacała tył swojej głowy, czy przypadkiem punkt uderzenia z podłożem nie był raną otwartą. Tylko bolało, a i nie zemdlała. Tak źle nie było.
Kobieta zdołała wymamrotać "uważaj, gdzie leziesz", zanim spojrzała spode łba na ciemnowłosego mężczyznę i powędrowała - prawie dosłownie - wzrokiem aż do jego wyciągniętej dłoni, na której jej oczy spoczęły przez dwie sekundy. Znów, powoli, zmierzyła wzrokiem jego twarz (Myśliciel. Osiem i pół.) i, równie powoli, podniosła się. Odchrząknęła.
- Ale za to ładnie poluje. - zwróciła się do Scythisa, chwilę później zaś znów skupiła swą wątpliwą uwagę na człowieku, co ją przewrócił - To miejsce w kolejce jest zajęte. - stwierdziła, patrząc na mężczyznę. Przekrzywiła nieznacznie głowę.
Zdała sobie sprawę, że ma nieco zaciśnięte zęby. Cóż, dzień pełen... przygód. Zgrzyt.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2014, 00:54 przez Nyriel.)

17.08.2014, 00:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek
#7

Gabriel, łajzo!, skarcił się w myślach, patrząc na dziewczynę. Zdawała się znać tego dziwaka ze szpadlem. Cóż, dobrana para, skoro sama wędrowała z ptakiem. Przyjemnie byłoby mieć jakieś zwierzę...
- Miejsce? - wybąkał, drapiąc się w tył głowy. - Ach, tak! Rozumiem, rozumiem - dodał, zdezorientowany. Chyba wydarzyło się zbyt wiele rzeczy naraz. Cóż, wolał przemieszczać się po lasach i bezdrożach, niż między ludźmi na targowisku. Natomiast zaciekawiła go wzmianka dziewczyny o polowaniach.
- Poluje, ten ptaszek? - spytał z niedowierzaniem, ustawiając się za nieznajomą w kolejce, jakby zdarzenia sprzed chwili nigdy nie było. Gdy jednak ujrzał jej niezbyt przyjazny wyraz twarzy, dodał pospiesznie: - Mam nadzieję, że się nie gniewasz? Zagapiłem się... Tak, brawo, genialna wymówka.
Z tego wszystkiego, prawie zapomniał, po co tu w ogóle przyszedł! Bandaże. Ewentualnie coś mocniejszego. W tym samym momencie, jego uwaga spoczęła chwilowo na nieznajomym starcu. Musiał zadać pytanie, które cisnęło mu się na usta:
- Dlaczego pan chodzi z łopatą? - Brzmienie tych słów dotarło do niego dopiero wtedy, gdy wymówił je na głos. Nie wiedział, czy gratulować sobie głupoty, czy zdolności komunikacji z ludźmi. Tak, czy inaczej, kości zostały rzucone. Bądź, jak kto woli - słowo się rzekło.
17.08.2014, 05:04
Przeczytaj Cytuj
Rynek
#8

Bogowie. Człek wyglądał na ładne dwadzieścia parę lat, może i dochodziło mu trzydzieści, a zachowywał się, jakby miał połowę z nich.
"Poluje, tak. Ptaszki polują, sobie wyobraź, jeśli są drapieżne" - skwitował starzec w myślach. Racja, z nutą ironii, ale nie oznacza to, że Scythis był poirytowany sytuacją. Właściwie, to ów chłopak był nawet śmieszny w tej swojej nieporadności. Co on gada...
Mimowolnie w swojej głowie z każdą kolejną chwilą grabarz przywoływał coraz to nowszych bogów. Zaczęło się niewinnie, bo od Duronora, przeszło przez Erereceza a nawet Thorna, ale o kimś zapomniał.
"Ilhezin miłościwa, łopata... Jak dziecko." - stwierdził. Naprawdę? Nie potrafił rozróżnić trójkątnego szpadla od łopaty? I co najdziwniejsze, wcale nie wyglądał na paniczyka, który rąk swych pracą nie skalał. Przypominał raczej wojownika. No i ten specyficzny miecz u pasa też o tym świadczył, szlachta nosiła raczej coś w innym stylu.
Kolejną, zastanawiającą kwestią było to, że od jakichś czterdziestu pięciu lat nikt mu nie zadał tak głupiego pytania. W ogóle rzadko kiedy zadawano mu jakiekolwiek pytania nie związane z tym, czym się zajmuje albo tym, jak ma zamiar pomóc rannemu czy schorowanemu człekowi. Czyżby powoli tracił tą swoją specyficzną aurę? Ludzie zwykle omijali go szerokim łukiem. Nawet te niecałe pół wieku temu nikt nie pytał o szpadel. Zresztą, trzyma sobie to narzędzie, to trzyma, po cóż tu drążyć temat? Ale cóż. "Może ten typ tak ma..." - stwierdził, spoglądając na... Wojownika?
A co odpowiedział? A przez kilka sekund nic. Spojrzał tylko w oczy chłopaczynie. Ten był wyższy o jakąś głowę czy dwie, ale czasem i tacy czuli się przy starcu mali. Ów najwidoczniej niezbyt. Minęło jeszcze kilka chwil, po czym przez pomarszczoną, Scythisową twarz przemknął cień uśmiechu, jaki mogło dostrzec tylko bystre oko.
- To szpadel - poprawił. - Do kopania.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2014, 13:44 przez Scythis.)


Spoglądając gdzieś w oczy tego starszego człowieka masz wrażenie, jakbyś patrzył wprost w głęboką otchłań. Pod odpowiednim kątem, jeśli otoczenie nie jest zbyt dobrze oświetlone, oczodoły siwobrodego wydają się wręcz być puste. Dreszcze przechodzą ci wzdłuż kręgosłupa...
Wrażenie to może minąć dość szybko, lecz zależy też od sytuacji. Biada jednak temu, który zlekceważy ostrzeżenie wypływające z tego wizerunku.
17.08.2014, 12:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek
#9

- Miejsce - potwierdziła. Zauważyła u mężczyzny niesamowitej pojemności zakłopotanie całą sytuacją. I chyba brnął dalej. Na pytanie o ptaku uniosła nieznacznie brwi - Takim jak on czasem się zdarza. Ale częściej się opala i pisze powieści. - powiedziała to bez nutki ironii w głosie, masując sobie łydkę. Obejrzała się naokoło w celu lokalizacji pustułki. Ptak siedział sobie nieopodal, obserwując rozwój wydarzeń. Miał mocną głowę, nie ma co. Płochliwy to on nie był. Mogło to być rezultatem raptownych ruchów Saylje, a to czasem jej się zdarzało. Cóż, ważne, że się przyzwyczaił. Choć gdyby pomyśleć, to nigdy mu te wybuchy specjalnie nie przeszkadzały...
Dziewczyna poprawiła rękawicę na lewej dłoni i uniosła rękę, czekając, aż ptak na niej usiądzie. Gdy to się stało, pogłaskała go lekko pod dziobem, a on na chwilę zmrużył oczy.
- Dla ciebie to też nie był jeden z najspokojnieszych dni, co? Ale nieźle to znosisz.
Nie gniewa się? Cóż, trudno nazwać to gniewaniem, ale a propos wybuchów... Ten dzień nie był dla niej zbyt owocnym. Gdziekolwiek nie szła, wyzywała wszystkich naokoło, w myślach czy nie. Cmentarz był swego rodzaju hamulcem, a większość swego zasobu przekleństw na dziś już wykorzystała. Inaczej mówiąc, młody mężczyzna miał po prostu szczęście, bo inaczej sprawy potoczyłyby się nieco... brutalniej. Dzięki latom ćwiczeń Saylje miała wyrobione odruchy, wtedy z kolei adrenalina się podnosiła, a ona była bardziej podatna na swą podświadomość mówiącą jej "uderz cwaniaka".
- Gniewam? Nie. Po tym całym wspaniałym dniu jednak nie ukrywam, że nie jestem zadowolona z bolącej głowy. I trudno nie być poirytowanym. Mogłabym się jeszcze spodziewać... - skrzywiła się nieco, jednak przerwała marudzenie gdy usłyszała pytanie mężczyzny o łopatę starca. Na jej twarz zawitał lekki uśmiech, który nie maskował wcale uprzedniego parsknięcia. Musiała przyznać, sytuacja zaczęła ją bawić, a nieporadność nieznajomego... też. Połączone z reakcjami mężczyzny ze szpadlem, który patrzył nie krzywo, lecz z humorkiem na nowoprzybyłego, to mogłaby to uznać za w miarę znośne zakończenie dnia. Z drugiej strony, jego pytanie było na miejscu, zwłaszcza biorąc pod uwagę odpowiedź Scythisa. W niej także wyczuła lekkie rozbawienie. Nie mogła się jednak powstrzymać.
- Będzie pan kopał kostkę? - szepnęła do starca żartobliwie.
17.08.2014, 14:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek
#10

Nie wiedzieć czemu, gdy starzec mówił o szpadlu, Gabriela przebiegł nieprzyjemny dreszcz. To nie były ciarki podniecenia, które odczuwa na polowaniu, lecz... coś innego. Co jest nie tak z tym dziadziną? Chłopak wcześniej tego nie odczuł, może wskutek zamieszania, ale teraz bacznie spoglądał w ciemne oczy starca, chcąc go rozgryźć. Mag, czy jaki diabeł?
- Do kopania? Nie wiedziałem, że można takie rzeczy robić z łopatą - gwizdnął z podziwem. Po chwili jednak się poprawił: - Znaczy, ze szpadlem, rzecz jasna. - Pozwolił sobie na leciutką nutkę złośliwości, tak o, dla sportu, bez złych intencji.
- Powieści, mówisz - zamyślił się łowca. - A sprzedaje też może bandaże, albo mikstury lecznicze? - Skoro szli w tym kierunku, to wolał spytać. Kto wie, może nabyłby produkty bez czekania w kolejce. - Mogę ci postawić kolejkę w karczmie, co ty na to? - spytał, chcąc udobruchać poirytowane dziewczę. - Na pewno pomoże na bolącą głowę - mrugnął do niej łobuzersko.
Słysząc pytanie dziewczyny, uśmiechnął się w duchu. Najwidoczniej nie było to takie złe towarzystwo i obędzie się bez zbędnych problemów. Był tu nowy, to też wolał nie podpadać nikomu na początku. A przynajmniej nie podpadać bardziej, niż jest to wymagane.
18.08.2014, 14:19
Przeczytaj Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna