Keja
#21

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

Przechadzała się szamanka i zastanawiała: brać czy nie brać? Postanowiła jednak tymczasowo zostawić ostrze w spokoju. Kapitan patrzył na nią i również nad czymś dumał, chociaż jego twarz i wzrok wyglądały na bardzo tęskniące za rozumem.
Przyzwyczaił się chyba już do obecności psa i gdy kobieta odeszła od stojaka nie chwyciwszy żadnego żelastwa stwierdził, że jest chwilowo wystarczająco bezpieczny, by "schować" broń, którą przecież cały czas trzymał w dłoni. Wbił więc sejmitar w beczkę obok... I czekał. Czas mu się dłużył, ale cóż - Nemeth wynagradzała go pięknym za nadobne. Nawet nie zdzieliła go pałką w tył głowy, więc mógł się cieszyć.
Po kilku minutach drgnął, gdy usłyszał głos niewiasty.
- Nie. - odparł krótko, całkiem w sumie pewny siebie. Chyba już przemyślał kilka spraw. I cisza... Dłuższa chwila ciszy. Po czym pirat podjął nieco już dłuższy wywód.
- Nie. Mój statek, moja załoga. Nie mam pojęcia ile masz tych duchów, ale mam pojęcie, że ile byś ich nie miała, wiedźmo, to i tak masz ograniczoną siłę. Znałem ja takich jak ty - mówił, widocznie wiedząc o czym mówi. Chyba już nie było się co oszukiwać, twardy z niego nawet chłop był... A ducha przeraził się pod wpływem impulsu. Teraz wyglądał nawet na gotowego do walki z Nemeth. - Płynę na jedną wyspę. A później do Dravnul. Mam tam... Sprawy do załatwienia. Żadnych postojów, więc nie masz na co liczyć, chyba, że chcesz zostać na tej wyspie bez szans na przeżycie, to już będzie twoja sprawa. Ale mam dla ciebie układ. Dam ci spokój i jakieś miejsce do spania, chociaż cudów nie oczekuj. A ty przydasz mi się, jeśli na okręt napadną jakieś morskie potwory, pewnie gdzieś jak ominiemy Lothil to się stanie, chociaż wcześniej też możliwe, więc bądź gotowa jakby co. I będziesz zmywać. I... - powiedział, ale spojrzawszy na psa wyglądał na takiego, co właśnie zmienił zdanie. - I tyle. - zakończył.
Cóż... Propozycja może nie brzmiała jakoś wspaniale. Będzie miała szamanka robotę z tym zmywaniem i nie najlepszy zapewne jakiś hamak. W dodatku podróż brzmiała na bardzo długą, perspektywa zaś spędzenia kilku tygodni z zapijaczonymi facetami, do których nie było raczej jak się odezwać, nie była zbytnio ciesząca. Z drugiej strony - przeżyje. Chociaż... Co właściwie gwarantowało jej to, że nie zostanie zamordowana jeszcze na tym okręcie? Nic. Hm. Ale przecież nie mogła liczyć na ciekawsze opcje. Jeżeli postanowi zaatakować kapitana, to najpewniej zostanie zabita przez załogę - nie wiedziała ilu ich może być, ale domyślała się, że w tak wielkim statku będzie ich co najmniej trzy tuziny. Jeśli jakimś, dosłownie, cudem uda jej się pokonać ich wszystkich - jak wróci na ląd?
Decyzja była więc dość trudna. Tymczasem jednooki... Zeskoczył z pudła. Wyrwał też swoją broń z beczki i schował za plecy. Następnie skierował się do wyjścia.
- Chodź.
28.09.2014, 21:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#22

wymienialiśmy spojrzenia, gdy nagle padło trzyliterowe słowo, które zmroziło mi krew w żyłach.
Nie?
Wiedziałam, że stan w jaki udało mi się go wprowadzić, długo trwać nie może. Właściwie wszystko co robiłam, wydawało mi się zwykłym graniem na czas, bo z każdą chwilą zbyt wiele czynników słabło: jego strach, moja moc. I szansa na to, że nikt z pokładu nie postanowi nas odwiedzić tu na dole.
I cóż tu mówić - miał rację. Przez chwilę poczułam ukłucie żalu, że nie kazałam wtedy psu rozszarpać mu gardzieli. Może nie miałabym z tego żadnego pożytku, ale przynajmniej wiedział by, że nawet jeden duch, jeśli odpowiednio wykorzysta się swoją szansę, może być zgubą.
Nim jednak straciłam całą nadzieję, usłyszałam jego propozycję. Choć dla mnie wydawała się być ona w tej chwili spełnieniem marzeń, nie mogłam przyjąć, że od razu mówi prawdę. Chociaż z drugiej strony, skoro obawiał się potworów, może uzna mnie za cennego sprzymierzeńca?
Obowiązki jakie na mnie narzucił może nie prezentowały się w różowym świetle, ale tonący chwyci się nawet takiej brzytwy.
- Umiem też leczyć - podjęłam temat - Ziołami i trochę magią. Ziół przy sobie nie mam, ale rany zadane fizycznie i magicznie zwykle nie sprawiają mi problemu.
Ponieważ nie miałam gwarancji że nie kłamie, musiałam podnieść swoją wartość w jego oczach. Przypuszczałam że w tych warunkach raczej doskonałego medyka nie mają.
Musiałam mu uwierzyć. Nawet jeśli go zabiję, nie poprawi to mojej sytuacji. Może da chwilę satysfakcji, że oto cała jego pewność siebie opierać się może wyłącznie na reszcie załogi.
Ale cóż, ja naprawdę wolałam mieć możliwość przeżycia.
Ruszyłam za nim, a pies podreptał za mną, nie odstępując mnie na krok. Być może mój atak na kapitana, spowodował by natychmiastowy atak załogi na mnie, ale mężczyzna musiał być chyba świadom, że w odwrotnej sytuacji pierwszą osobą, której grożą kły wbite w gardło, jest właśnie on sam.

//- 3PM
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2014, 22:39 przez Nemeth.)



So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






28.09.2014, 22:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#23

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

Jeśli pirat miał jeszcze jakieś obiekcje odnośnie zostawiania Nemeth na statku, jeśli chciał przy pierwszej lepszej okazji ją zamordować lub kazać swoim ludziom wyrzucić za burtę, to najpewniej zmienił zdanie po wzmiance o leczeniu. A przynajmniej tak to odczuła szamanka, która wypatrzyła w kapitanie jakieś dziwne drgnienie na słowo o jej umiejętnościach. Widocznie kogoś takiego brakowało na statku. Mimo to na razie wolał z nią nie podejmować rozmowy, najwyraźniej nadal albo się trochę obawiał, albo po prostu był zdenerwowany na to, że musi po części pójść z damą na ugodę.
Zaprowadził ją z powrotem do wejścia na górny pokład, to jest przed drabinę. Następnie sam wszedł. Gdy Nemeth podążyła w jego ślady, a pies zwinnie wskoczył na górę, zauważyła widok, jakiego mało się spodziewała. Nie chodziło bynajmniej o to, że wszędzie wokół dostrzegła morze, na horyzoncie nie było widać żadnego skrawka lądu, bo to było akurat dosyć do przewidzenia. Nie zdziwił jej też widok jakichś czterech tuzinów piratów ani potężnych żagli, które chwilowo były jedyną siłą napędową okrętu. Chodziło raczej o to, co się działo na powierzchni. Do centralnego słupa z żaglem był bowiem przywiązany nie kto inny, jak... Erlich. Nie wyglądał jednak już tak sympatycznie jak wcześniej, cały był poczerwieniały, zwłaszcza na brzuchu, z którego zostało zdjęte ubranie. Mieszały się tam różne odcienie - od fioletu przez ciemny brąz do jaskrawej czerwieni i jasnego różu. A co robiła cała reszta? Ano stała w kolejce do niego. Każdy z tej połowy setki chłopa zadawał potężny cios młodemu piratowi. Mimo, że widać było silne mięśnie brzucha, to przeciwko takiej ilości uderzeń nie było to zbyt skutecznym pancerzem. Żebra nie były jednak połamane, więc to już coś. Około dwudziestu piratów odeszło już od kolejki i gadało o różnych pierdołach albo wykonywali swoje zwyczajowe obowiązki.
Na widok Nemeth pirat, którego poznała na samym początku pozwolił sobie na westchnienie ulgi. Nie obchodziło to jednak rosłego mężczyzny, który z całych sił przyłożył skrępowanemu w brzuch. Ów zwinął się z bólu, nie mogąc przez chwilę złapać oddechu.
- Co tu się do kurwy nędzy dzieje?! Kazałem go wypieprzyć za burtę! - ryknął kapitan, na którego wszyscy natychmiast zwrócili wzrok. Podszedł do niego jeden z większych piratów, na oko miał ze dwa metry, potężnie zbudowany, skórę miał ciemnej karnacji. I brak włosów na głowie. Ubrany był w kamizelkę i... A, zresztą, mniejsza o to.
- Wybacz, kapitanie, ale pomyśleliśmy, że jak się uspokoisz, to jednak zmienisz zdanie. - odparł, kładąc wielką łapę na ramieniu swojego wodza. A reakcja? Chwilę patrzył stary pirat na swego większego kamrata z morderczo zimnym wzrokiem, tak, że ten wzdrygnął się i odsunął nieznacznie. Ale zaraz roześmieli się obaj, tak jak zresztą cała reszta załogi.
- Racja, racja! Dobrze, że czasem myślicie za mnie... - powiedział, ale zaraz jego twarz znów przybrała aż zbyt poważny wyraz. - Ale niedobrze, że, kurwa, nie wypełniacie rozkazów. Żeby mi to było przedostatni raz. - roześmiał się znów i atmosfera chyba na dobre rozluźniła się. - Dobra, puśćcie go, starczy mu i tak - rzekł, podchodząc do Erlicha. - Ale ty... Nigdy już mi się nie sprzeciwiaj. Jasne? - podniósł głos, poklepawszy skrępowanego po poliku. Dość mocno. Sznury puściły, młody pirat zatoczył się, ale po chwili stał już normalnie.
- Dobra, kapitanie... - rzekł tylko, kierując się w stronę Nemeth. - Nic ci nie jest? - zapytał, nieco przyciszonym głosem. Usłyszawszy odpowiedź skinął tylko głową, nie mogąc już tak odetchnąć z ulgą, jak to zrobił przed tym ostatnim uderzeniem. Skierował się do klapy, skąd dopiero szamanka się wydostała. Chyba chciał udać się gdzieś, gdzie mógłby poleżeć i odpocząć. Reszta piratów postanowiła zrelaksować się rumem, póki wiatr był pomyślny. Prawie że każdy z nich miał jakąś butelkę w dłoni. To samo zresztą uczynił kapitan, który zwrócił się następnie do Nemeth.
- A ty... Dobra, tobie na dziś dam spokój, będziesz zmywać od jutra. Jak chcesz znaleźć coś do spania, to zapytaj swojego kolegi. - zarechotał i odszedł gdzieś na dziób statku, wymieniając parę słów z innymi bandziorami. Kilku patrzyło z przesadnym zainteresowaniem na damę. Chyba nie będzie najgorszą opcją udać się z powrotem pod pokład.
28.09.2014, 23:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#24

nie próbowałam optymistycznie interpretować żadnego z jego gestów. Chociaż nie zmieniło by to pewnie zbyt wiele, dla mnie samej nabrać się kolejny raz na czyjeś pokojowe intencje byłoby zupełną porażką.
Tym razem musiałam już skorzystać z drabiny. Wspinając się po stopniach uznałam, że powinnam puścić jednak psa przodem, ale było już za późno. Na szczęście psina zaraz pojawiła się obok mnie, gotowa na nawet najbardziej bezsensowny atak w geście poświęcenia.
I może dobrze, że miałam go przy sobie, bo mnie na dłuższą chwilę zajął widok jaki roztaczał się dookoła. Morski bezkres zaparł mi dech w piersiach, uświadamiajac równocześnie, jak małym pyłkiem jesteśmy my wraz z tym statkiem, wobec ogromu wód oblewających kontynent. Tak zachwycona tym widokiem, dopiero po dłuższej chwili zauważyłam przywiązanego do słupa Erlicha. Nie udało mi się powstrzymać - zasłoniłam usta, gdy wyrywało się z nich ciche "och".
Nie chodziło tylko o to, że spodziewałam się, że mężczyzna tej nocy poszedł już spać z rybkami. Bardziej zaskakiwał mnie jego stan, choć prawdopodobnie było to raczej bardziej umorzenie wyroku niż jego pogorszenie. Sam akt linczu również sprawił, że na chwilę poczułam się zawstydzona, że w ogóle to oglądam. Lekkie podrygi współczucia w moim sercu, skutecznie zadeptywałam przypominaniem sobie, że to przez niego się tu znalazłam. I chociaż załoga karała go za coś zupełnie innego (co w dodatku zrobił dla mnie), odbierałam jego cierpienie jako zupełnie słuszną karę.
Chociaż przyznam, że gdyby zaraz powiedziano, że umrzeć ma właśnie w ten sposób - zatłuczony na śmierć przez dawnych kompanów, pewnie poczułabym się trochę nieswojo. Byli na tym świecie ludzie, którzy z pewnością lepsi byliby martwi niż żywi, jednak śmierć powinna być ukróceniem ich występowania w świecie, gdzie szkodzili innym, nie męką, która wymierzana przez ludzi, często czyniła z nich równie okrutnych co osoba, którą właśnie zabijali.
Czy wydawało mi się, czy westchnął, gdy mnie dojrzał? Odepchnęłam jednak od siebie tę myśl. Z jego winy musiałam tak desperacko ratować własne życie, wciąż zresztą niepewna swego losu.
Gniew kapitana był czymś, czego zupełnie się spodziewałam. Nie da się przecież ukryć, że zignorowali jego rozkaz, co było równocześnie podważeniem jego decyzji jak i zwykłym nieposłuszeństwem wobec przełożonego.
Byłam naprawdę w szoku, gdy zamiast większej awantury czy może nawet rozlewu krwi, zapanował śmiech. Muszę przyznać, że chociaż nadal czułam na sobie oddech niebezpieczeństwa, spojrzałam na mężczyzn pod trochę innym kątem. Może byli bandą bandziorów, jednak łączyły ich jakieś więzi. Świadczył o tym chociażby fakt, że nie pozbyli się towarzysza.
Na pytanie nieznacznie tylko pokręciłam głową. Nie było czasu ani miejsca by rozwodzić się nad tym, jak bardzo wiele mi było. Może on z niebezpieczeństwem stawał twarzą w twarz co dnia. Dla mnie ta przygoda była czynnikiem, który bliski był zatrzymania rytmu mojego serca. Chyba nigdy, nawet wtedy w lesie, nie bałam się tak jak dziś.
Kiedy kapitan odezwał się do mnie, natychmiastowo odwróciłam ku niemu wzrok. Wolałam służyć potulnie i bez zwłoki. Tutaj to on dyktował zasady i mogłam tylko w duchu sobie dziękować, że nie miałam w sobie żyłki do buntowania się przeciwko wszystkim.
- Tak zrobię - odpowiedziałam pośpiesznie, zdecydowanie uznając że lepiej będzie zejść z oczu załodze. Elirch, chcąc nie chcąc, był jednak najbardziej życzliwą mi tu osobą. O ile znów nie pomyliłam się w ocenie.
Zeskakując pod pokład, nie odwoływałam jeszcze psa. Póki nie mogłam zamknąć się gdzieś, wolałam mieć go przy sobie. Energii miałam jeszcze dość.
Szukałam miejsca, gdzie mógł udać się mężczyzna.

//-3PM
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2014, 00:58 przez Nemeth.)



So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






29.09.2014, 00:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#25

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

Decyzja, jaką podjęła Nemeth była decyzją bardzo dobrą. Spojrzenia piratów stawały się coraz bardziej nachalne. W końcu kobieta na statku przynosi pecha, a więc ten rejs będzie najprawdopodobniej najgroźniejszym ze wszystkich. Ci z bardziej wybujałą wyobraźnią, o ile ludzie ci mogli takową posiadać (co wydawało się być niemożliwe po wyrazach twarzy i zachowaniu niektórych z nich, chociaż nie powinno się przecież oceniać książki po okładce), wymyślali już podobne scenariusze dalszych wydarzeń, różniące się od siebie praktycznie jedynie ilością krakenów w nich zawartych.
Wkrótce jednak wśród tych wszystkich bandziorów rozeszła się wieść o nadprzyrodzonych umiejętnościach damy, dzięki czemu najpewniej zawdzięczała względny spokój przez dalszą część podróży - ale o tym później. Tego oczywiście szamanka chwilowo wiedzieć nie mogła, gdyż opuściła już pokład i zeszła znów pod klapę, poszukać Erlicha. Nie było to zbyt trudne, bowiem opierał się o jeden z drewnianych bali tuż przed drzwiami, za którymi jeszcze niedawno znajdowali się oboje. Oddychał dość ciężko, wyglądało na to, że z początku nie usłyszał Nemeth - dopiero gdy zbliżyła się o krok czy dwa odwrócił się. Chyba już wracał do normy, jeśli chodzi o ogólny jego stan. Kamizelkę miał ledwo narzuconą, nie zapiętą jeszcze. Poprawił jednak to, mówiąc:
- Heh... Nie przejmuj się, taki okrętowy zwyczaj. Jak się coś spieprzy, to trzeba pokutować. Szczerze, to jestem już przyzwyczajony - rzekł, szczerząc zębiska. I to w całkiem dobrym stanie, jak na pirata, trzeba mu to przyznać. Tłumaczyłoby to również brunatne ślady, czyli zapewne dość stare - ile mogły one mieć, z tydzień, dwa? Być może. Gdy pies zrównał się ze swoją panią ta zauważyła, że jej przyjaciel nie zachowuje się szczególnie podejrzliwie wobec Erlicha. Traktował go raczej z pewną dozą ostrożności, ale jednak spoglądał z zainteresowaniem na młodzieńca.
- Niezłe psisko. Uratował cię? - uśmiechnął się, spoglądając na psa. Wrócił jednak zaraz wzrokiem na swoją koleżankę - być może dlatego, że wiedział, że nie jest najlepszym rozwiązaniem patrzenie drapieżnemu psu w oczy, a może po prostu uznał szamankę za mimo wszystko milszą dla oka.
- Skoro już mamy spędzić trochę czasu na tym statku, to może mi coś o sobie powiesz? Ja już swoją część wypaplałem. - zasugerował. Racja, nie byłoby to złym rozwiązaniem - podróż trwać będzie długi czas, może więc będzie dobrze mieć kogoś, do kogo można będzie się normalnie odezwać.
29.09.2014, 19:26
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#26

cień pomieszczenia pod pokładem nieoczekiwanie stał się dla mnie bardziej przyjazny. Może w tym właśnie półmroku przeżyłam swoisty horror, jednak teraz to właśnie sufit będący deskami pokładu, odgradzał mnie od niebezpieczeństwa. Przynajmniej tak mogło się zdawać, bo nie mogę powiedzieć, bym czuła się bezpieczna wiedząc, że gdzieś tu jest mężczyzna, na którym spoczywa odpowiedzialność za mój pobyt tutaj.
Tak przynajmniej to sobie tłumaczyłam, ponieważ wina tak naprawdę leżała po mojej stronie. Ale mialam już dość użalania się nad sobą.
Pies nie odstępował mnie nawet na krok, co z kolei było faktyczną przyczyną mojego prawie-uspokojenia.
Podrapałam go nawet za uszami. Sierść, choć w dotyku wydawała się być jakby nierealna, eteryczna, a trzymanie w niej palców przypominało dotykanie mgły, była całkiem przyjemna. O ile ktoś nie boi się duchów.
Zaraz potem dostrzegłam Elricha.
Musiał widzieć w moich oczach, że absolutnie nie jestem w stanie w pełni mu zaufać. To, czy byłam w stanie zaufać mu w najmniejszym w ogóle stopniu, miało się dopiero okazać. Na razie tylko w jakiś nielogiczny sposób cieszyłam się, że żyje.
- Nie przejmuję - powiedziałam twardo. W znacznym stopniu była to prawda. Może widok samosądu nieco mną wstrząsnął, jednak nie zmieniało to faktu, że ciężko było czuć coś ponad zwykłą litość, jak wobec każdej żywej istoty. Jak mówiłam - nie popierałam zwykłego znęcania się nad kimś.
- Można tak powiedzieć - rzekłam, bo chociaż gdyby nie pies, z pewnością nie mogłabym tak stać i dyskutować, prawdziwym sprawcą tego małego cudu, był czysty przypadek. Są tacy, którym nie straszne zwykłe zjawy, a gdyby kapitan zachował zimną krew, mógłby w porę przeciąć ducha na pół. Nie wiedziałam, czy istotę z innego planu da się zabić, ale z pewnością wykluczyć z walki już by mógł.
Wyciągnęłam lalkę, teraz będącą jeszcze bardziej bez życia niż wcześniej. Poczochrałam zwierzaka po głowie i z niejakim żalem odwołałam go do szmacianki. W pomieszczeniu od razu zrobiło mi się bardziej samotnie, ale nie mogłam ciągle tak zużywać many. Trzymałam ją jednak przy sobie, w pogotowiu.
- Mogę opowiedzieć, ale najpierw chciałabym wiedzieć, gdzie będę mogła wypocząć. Jeśli mam być użyteczna do czegoś poza zmywaniem garów, muszę być stale o siłach.
Chciałam przynajmniej móc usiąść na czymś, co nawet nie będąc łożkiem - którego się nie spodziewałam - będzie chociaż pełniło jego funkcję.

// - 3PM
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2014, 01:03 przez Nemeth.)



So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






30.09.2014, 01:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#27

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

Tak naprawdę to mimo, że Erlich wciągnął szamankę w całe to zamieszanie, to przecież właśnie on był najpewniej jedną z niewielu, jeśli nie jedyną z osób na okręcie, które nie chciały jej krzywdy. A przynajmniej nie świadomie, bo trzeba mu jednak przyznać, że głupotę zrobił niesamowitą. Niewinny jednak nie był, choć mógł się na takiego kreować, cały czas był jednak piratem i właśnie pod tym względem póki co spoglądała na niego Nemeth.
Teraz zresztą miała okazję z nim porozmawiać, zrobić małe rozeznanie. W sumie nie zapowiadało się na to, że nie będzie można pogadać później, przecież mieli płynąć jeszcze ładne parę tygodni - chyba, że jednak kapitan zmieni zdanie co do układu, czy coś.
Spojrzał tylko na nią, kiwnąwszy głową odparł tylko "nie wątpię". I racja, nie wątpił - bo co mógł obchodzić los jakiegoś typa spod ciemnej gwiazdy damę, którą sam wciągnął w niebezpieczeństwo, w dodatku mającą zapewne wiele innych ważnych spraw na głowie?
Tak czy siak, okazało się chyba, że więcej za bardzo ochoty na rozmowę nie miał - albo właśnie ją stracił. Po pytaniu o miejsce do odpoczynku po prostu ruszył głową w bliżej nieznanym dla szamanki kierunku na statku. Doszedł na koniec korytarza, opierając się o barierę z grubego bala. Na końcu po prawej były około dziesięciostopniowe schody w dół (choć po prawej przed nimi były jeszcze jedne drzwi, zostały jednak przez Erlicha zignorowane). Było tam już całkiem ciemno, więc o ile jemu było się tu łatwo poruszać z przyzwyczajenia, w końcu mieszkał tu już jakiś czas, to Nemeth musiała poruszać się czujnie, wyczuwając kolejne stopnie. Niczego prócz ścian do przytrzymania się na schodach nie było, więc po zejściu spodziewając się jeszcze jakiegoś stopnia kobieta zachwiała się, próbując stopę położyć nieco niżej, niż było to możliwe.
Było to dość obszerne, oświetlone (kilka świeczników, parę pochodni) pomieszczenie, coś w rodzaju sypialni, bo było tu na oko z pięć tuzinów hamaków, pod nimi albo obok były zaś szafki albo kufry, zapewne wszystko to zrabowane, bo wyglądało na dość rzadki rodzaj drewna. No, były tu oczywiście też zwykłe, pospolite przedmioty, nawet całkiem stare, niektóre popękane. Tajemnicą było dla szamanki jednak to, co trzymają w pojemnikach owych piraci, bowiem wątpiła po ich zapachu, że mają jakąkolwiek zmienną garderobę.
Na końcu korytarza było kilka drzwi. Doszedł do jednych Erlich i otworzył, zapraszając do środka swoją towarzyszkę. Była to najpewniej jego kajuta, chociaż dlaczego dostąpił go zaszczyt posiadania prywatnego mieszkania - cóż, tego nie wiadomo.
30.09.2014, 18:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj

PRZEDMIOT

Kliknij w obrazek


Keja
#28

wydawało mi się, że coś jakby przycichł. Zauważyłam to, choć właściwie zupełnie nie powinno mnie to interesować. Właściwie chyba nawet wolałam mieć święty spokój. Czemu więc w ciszy, jaka zapadła, czułam się średnio dobrze?
Podążając za nim po pogrążonych w mroku korytarzach, rozmyślałam nad tym. Chyba po prostu doskwierała mi tu samotność. Właściwie dopiero teraz zrozumiałam, że gdy zniknął mój widmowy przyjaciel, nie miałam przy sobie żadnej życzliwej duszy... Żadnej poza młodym piratem.
Do tej pory podróżowałam przecież z Luthienem i Tarhio, a potem - przynajmniej z tym pierwszym. Jeśli coś łączy ze sobą ludzi, to z pewnością jest to wspólne zagrożenie. Może nawet szkoda, że ulotniłam się nim porozmawialiśmy na spokojnie? Przez wcześniejsze dni nie mieliśmy właściwie wiele okazji do dyskusji. W końcu tyle było do załatwienia... A ciągłe dopytywania straży, przesłuchania i wszystkie inne sprawy formalne, wystarczająco absorbowały nasz czas prywatny.
Te urocze rozmyślania przerwało moje nagłe zapadnięcie się nogi, gdy próbowałam postawić stopę na nieistniejącym stopniu.
- Uch - wyrwało mi się cicho z gardła. Nie mogę powiedzieć, by potykanie się w ciemnościach pozytywnie wpłynęło na mój nastrój. I pomyśleć, że starałam się cały czas iść ostrożnie, żeby nie wpaść na coś po drodze. Czy naprawdę nie mieli tutaj żadnego źródła światła?
Odruchowo pomyślałam o mojej Yuk, która na pewno wniosła by tu trochę blasku. Zaraz potem miałam ochotę stuknąć się w czoło. Doskonały pomysł, Nemeth, wyrzuć więcej many, w końcu wcale nie musisz się przejmować swoim położeniem.
Zaraz potem weszliśmy do pomieszczenia, które w tej całej ciemnicy można było nazwać nawet całkiem jasnym. W świetle pląsającego nieśmiało ognia, widziałam hamaki i - najwyraźniej - meble wypełnione dobytkiem piratów. Podejrzewałam, że trzymają w nich jakieś 'pamiątki', które przypadły im w udziale podczas rozdzielania łupów. Aczkolwiek równie dobrze mogły być po prostu puste i same z siebie stanowić zdobycz. Przyspieszyłam, gdy zorientowałam się, że rozglądając się po pomieszczeniu, praktycznie się zatrzymałam.
Byłam przekonana, że znajdziemy dla mnie wolny hamak albo nawet po prostu zwykły siennik, ale nie zatrzymaliśmy się tutaj.
Kiedy stanęliśmy przed drzwiami, a Elrich otworzył je przede mną, zawahałam się na chwilę. Ostatnim razem, gdy zapraszał mnie takim gestem, skończyłam nieprzytomna i związana sznurem. Tym razem, rzecz jasna, finał powinien być inny - kapitan zdecydował się mnie zostawić żywą, a tego rozkazu raczej nie powinni ignorować. Chociaż, kto wie, może po prostu by się z tego wytłumaczył? "Wie pan, właściwie uznałem, że można z tej szamanki mieć także inny pożytek, a w razie potrzeby skorzystania z jej mocy, po prostu zastraszyć". Roześmieli by się, jak wtedy i po prostu zapomniano by o sprawie.
Wzdrygnęłam się na tę myśl i szybko odepchnęłam ją od siebie. Nie ma co samej siebie straszyć, bo niezależnie od tego, co miało się stać dalej, ja i tak nie miałam większego wyboru. Ufając im choć pozornie, mogłam przynajmniej mieć szansę na życie. Buntując się i do wszystkiego podchodząc z rezerwą, mogłam co najwyżej nakłonić ich do faktycznego zastanawiania się czy naprawdę muszą mieć mnie do pomocy.
Naturalnie myślenie o tym było serią krótkich przebłysków w mojej głowie, ale i tak czułam, że zwlekam z ruchem zbyt długi czas. Nieświadoma tego nawet, wciągnęłam powietrze w płuca i weszłam do środka.


So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






30.09.2014, 20:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#29

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

Obawiała się, pewnie, to całkiem zrozumiałe. Zatem gdy już przekroczyła próg kajuty i Erlich zamknął drzwi na klucz zapewne również odczuła to niezbyt pozytywnie. Uspokajający mógł być fakt, że klucz rzucił po prostu na niewielki, stary, drewniany stolik w centrum niewielkiej klitki. Umeblowanie zbyt bogate nie było - ograniczało się właśnie do tego czworonoga, szafki, świecznika (na którym świeca zaraz zapłonęła za sprawą pirata) i łóżka. Starych i niezbyt zdobionych, nie pełniły one z pewnością funkcji dekoracyjnych. Jedynym, co przypominało ozdobę, był dwuręczny miecz. Przypominało, bo ostrze było zupełnie zardzewiałe, ale na rękojeści było widać coś wyrytego - inicjały, może runy? Trudno było odczytać to bez wyraźniejszych oględzin.
Wskazał dłonią na łóżko, sam zaś wyjął jakiś podarty, złożony koc z szuflady, zawinął się nim jak płaszczem i klapnął sobie opierając się o ścianę naprzeciwko drzwi. Chwilę później widocznie zmienił zdanie, bo podszedł jeszcze i wysunął dolną półkę. Zabrał stamtąd sztylet i krótki mieczyk - to pierwsze położył na stoliku, a to drugie położył na stoliku. Po chwili okazało się, że nie było to wszystkim, co pochwycił - albo chował po prostu swego asa w rękawie, a nawet kilka. Przed nim na podłodze zaczęły bowiem układać się (nie z własnej woli, rzecz jasna) karty. Chyba chodziło o jakiegoś pasjansa, przynajmniej tak to wyglądało dla Nemeth.
Słońce już zachodziło, gdy szamanka była na górze, więc powoli zbliżał się wieczór. Pora dobra do rozmów, snu albo gry w karty.
30.09.2014, 20:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#30

słysząc trzaskające drzwi, znów odruchowo się wzdrygnęłam. Pomimo iż moje ostatnie 'zniewolenie' nie wiązało się z tym dźwiękiem, a bardziej z bólem u podstawy czaszki, w tej chwili naprawdę każdy symptom bycia więźniem tego miejsca, wpływał na moje nerwy. Słysząc szczęk klucza, czułam jak blednę, więc odwróciłam twarz, by rozejrzeć się po pokoju.
Pokój wyglądał chyba jeszcze skromniej niż moje mieszkanie w Valen. Różnicą może było, że tamto miejsce było po prostu gabinetem uzdrowicielskim, zaś za dom służyło mi tylko przy okazji, tutaj zaś w tej niewielkiej klitce, było po prostu biednie. Zresztą - może z powodu specyficznej niezwykłej atmosfery bycia na okręcie - sam urok tego miejsca odbierałam pozytywnie. Na jedną małą chwilkę udało mi się zapomnieć, że jestem tutaj w niezbyt sprzyjających okolicznościach. Przez myśl przebiegła mi również próba wyobrażenia sobie jak to jest żyć i mieszkać tutaj. Co dzień za cały świat mieć deski pokładu, a za towarzyszy - tylko tych, którzy płynęli wraz z tobą. Niezwykła przygoda czy przekleństwo? Doprawdy nie miałam pojęcia czy potrafiłabym się odnaleźć w takim miejscu?
Zraz jednak skarciłam się za to solennie. Doprawdy, to nie była pora na takie rozważania. Podobne myśli były po prostu szalone - powinnam raczej zastanawiać się jak na przyszłość trzymać się z dala od wszystkiego co pływa. Włącznie z gumowymi kaczkami!
Nie mniej podobne irracjonalne rozważania przywróciły mi jako taki spokój ducha. Teraz mogłam znów odwrócić się w stronę Elricha. Z ulgą zauważyłam też, że klucz nie został nigdzie schowany. Oczywiście będąc z nim w pokoju i tak nie miało to znaczenia... a może i w ogóle nie miało? Ciągle zapominałam, że moje bycie tutaj byłoby więzieniem nawet gdyby otwierano przede mną wszystkie drzwi. Stąd nie było ucieczki. Tylko mój głupi Zmysł Ratowania Własnego Tyłka nieustannie próbował się włączyć.
Pozwoliłam sobie przysiąść na łóżku. Po chwili zsunełam się z niego i przysiadłam obok, na podłodze, opierając się o nie plecami. O dziwo nie chodziło o fakt, że bałam się zajmować cudzą własność. Chodziło raczej - o ironio - o zwykłe dobre wychowanie. Najchętniej w ogóle po prostu bym stała, ale cóż, dzień był trochę pełen wrażeń i nie miałam po prostu siły.
Siedzieliśmy tak w milczeniu jakiś czas. On krzątał się chwilę po czym zaczął bawić się kartami, ja zaś starałam się udawać, że wcale nie przyglądam mu się. No ale cóż poradzić, był jednym mym kompanem w tej chwili.
- Jestem uzdrowicielką. - powiedziałam nagle, robiąc pauzę po tych dwóch słowach. Musiało to brzmieć jak jakieś dziwaczne, bezsensowne wyznanie, więc szybko przemyślałam co powiedzieć dalej. - I szamanką. - znów pauza, tym razem znacznie krótsza.
- I jednym i drugim zostałam całkiem przez przypadek. Moja matka... ojca nie znałam. Moja matka i ja żyłyśmy bardzo biednie. Doprawdy nie wiem, jak udało jej się mnie utrzymywać, skoro sama ledwo wiązała koniec z końcem. A potem zachorowała i umarła. - westchnęłam głęboko. Minęły lata od tego wydarzenia, ale ja wciąż w jakiś sposób miałam je w pamięci. Twarz matki pamiętałam słabiej z roku na rok. A to, co naprawdę wciąż mnie z nia jeszcze wiązało to świadomość, że powinnam za nią tęsknić, bo ją kochałam. Więc tęskniłam.
- Pewnie nie miał by się kto mną zająć, ale moja matka przyjaźniła się z pewnym czarodziejem... Ponoć pomogła mu kiedyś w czymś i czasem nas odwiedzał, a po jej śmierci zabrał mnie do siebie i został moim nauczycielem. Powiedział, że mam w sobie magiczny potencjał. Próbował uczyć mnie magii, ale nie potrafiłam się skupić na tyle by jej używać. Zawsze coś mnie rozpraszało albo po prostu... No, nie udawało mi się. Myślałam, że to oznacza, że jednak po prostu nie nadaję się na akolitkę, ale powiedział, że można spróbować inaczej. I z jego pomocą udało mi się nawiązać pakt z aniołami... - rozpaplałam się trochę, ale nie miałam pojęcia na ile może mi to zaszkodzić. Zresztą już to powiedziałam, a słów cofnąć się nie da.
- Jego już też nie ma na świecie - pokręciłam głową. Czasem wydaje mi się, że za nim akurat tęsknię nawet bardziej niż za matką.
- Do tej pory mieszkałam na uboczu, ale potem przeniosłam się do miasta. Pewna uzdrowicielka przyjęła mnie na termin. Uczyłam się u niej przez kilka lat, a potem zostawiła mi interes pod opieką, chociaż czasem wpadała z wizytą. Pomagała mi.
Objęłam nogi rękoma, przytulając się do kolan. Położyłam na nich brodę. Tamto życie wydawało mi się tak odległe.


So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






30.09.2014, 22:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
2 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna