Sklep z różnościami
#11

- Mój błąd - oznajmił wesoło Aleksiej, szybko zauważając pustkę na dnie kubka szamana. - Powinienem przynieść od razu dzbanek. Zaraz wrócę.
Chłopak po chwili zniknął w drzwiach, zgarniając przy okazji tackę. Staruszek odprowadził go wzrokiem.
- Jak myślisz, wróci od razu czy każe na siebie trochę poczekać? - zapytał. Zaniósł się suchym, ochrypłym kaszlem. - Pewnie cwaniaczek gratuluje sobie sprytu. Jestem pewien, że wróci dopiero wtedy, gdy będziemy rozmawiać o czymś ciekawym. Oczywiście dla niego. A niech go diabli wezmą. W żadnym razie nie nadaje się do opieki nad staruszkami. Musiałby wtedy siedzieć z zakorkowanymi uszami, udając, że rozumie czego się od niego chce.
Archibald westchnął z dezaprobatą, lecz długo nie gniewał się wciąż posiadając jednego słuchacza, który nie znał jeszcze jego historii życia. Nie poruszał więcej podjętych tematów, uznając odpowiedzi Luthiena za dostateczną wiedzę, którą pragnął uzyskać. Starzec rozsiadł się jeszcze wygodniej, przygotowując szamana na długi wywód.
- Nie urodziłem się w Peronie. Osiadłem tutaj dopiero, gdy poznałem moją przyszłą małżonkę. Byłem w tamtych czasach włóczykijem i Marie postawiła mi jasny warunek. Koniec błądzenia i szukania przygód, początek uczciwego i stałego zarobku na całą bandę gąb do wyżywienia. Oczywiście nie zawsze tego przestrzegałem, przez co nieraz myślałem, że żona wyrzuci mnie na zbity pysk. Ale to nie o tym miałem opowiadać... A, tak, nie urodziłem się w Peronie, lecz w Varengardzie. Jeżeli kiedykolwiek tam byłeś albo słuchałeś pogłosek o tym mieście, to doskonale wiesz, że nie jest to najweselsze miejsce. Pełno w nim najemników, wojowników i innych rębajłów. Karczmy zawsze pękały w szwach, zwłaszcza gdy organizowano wyprawy w nieznane, teolskie tereny. Obietnice o skarbach przyciągały różnych typów, najczęściej spod ciemnej gwiazdy. Nigdy nie było tam bezpiecznie. Matka krzyczała na mnie, ojciec lał pasem po dupie, bo zamiast trzymać się od nich z daleka, zaczepiałem tych ludzi, pytając o zasłyszane historie. O dziwo, niektórzy odpowiadali, próbując przestraszyć opowieścią o katorgach, bólu i śmierci. To pobudzało mój umysł na tyle, aby organizować bandę dzieciaków. Zaopatrzeni w kije oraz parę kanapek wyruszaliśmy w świat. Zazwyczaj nasze przygody kończyły się po zgubieniu w lesie. Ponieważ ja byłem sprytniejszy od reszty, to oczywiście na mnie potem spadało odszukanie przyjaciół. Często wracaliśmy późnym wieczorem z mokrymi gaciami, aby zaraz dostać w ciry od rodziców. Żadnego z nas nic to nie nauczyło, ale za to zmuszało do wyszukiwania coraz to wymyślniejszych kłamstw.
Staruszek zaśmiał się, jakby przypomniał sobie kilka swoich przewinień. Pyknął z fajeczki. Wykonał ruch, jakby chciał zabujać się na fotelu. Kontynuował dalej, wciąż omijając temat swoich wielkich odkryć.
- Pewnego razu wybrałem się sam. Rozzłoszczony na los, zbuntowałem się, uciekając z domu. Nie było mnie całe trzy dni. W tym czasie zdążyłem dojść gościńcem prawie do samego źródła rzeki. Brakowało mi może z jeden dzień marszu. Zadowolony ze swej samodzielności poszedłem na bok. Ledwo rozpiąłem spodnie, gdy zauważyłem w listowiu martwego mężczyznę. Byłem tak przerażony, że z krtani wydobyło się jedynie suche rzężenie. Potknąłem się o własne stopy i sturlałem z pagórka obok trupa. Myślałem, że wyzionę ducha. Leżałem tak, bojąc się chociażby odetchnąć, gdy usłyszałem krzyki, a zaraz za nimi szczęk stali. Nigdy w życiu tego nie zapomnę. Gardłowe wołania kojarzyły mi się z bestiami, które wypełzły ze swych kryjówek i zwęszyły trop. Zerwałem się na nogi. Zacząłem biec w przeciwnym kierunku. Wtedy jak na dwunastolatka byłem bardzo szybki i zwinny, lecz niewystarczająco, aby nie pochwycono mnie. Przy mijaniu grubego drzewa, nagle wystrzeliły ręce, oplatając i unieruchamiając mnie. Mężczyzna zakrył mi usta dłonią, rozglądając dookoła. - Głos Archibalda spowalniał, zniżał w miarę tempa akcji, budując napięcie. Mimika twarzy była żywa, barwna, momentami wręcz karykaturalna, jak wtedy, gdy opowiada się dzieciom bajki na dobranoc o złych czarownicach. - Koło nas przemknął inny człowiek, a zaraz za nim kolejny. Skoczył do przodu, potężnym uderzeniem rozdzierając toporem czaszkę na pół. Szarpnięto mnie, zmuszono do biegu. Nie patrzyłem przed siebie, odwracając w stronę białych, trupich oczu. Mężczyzna coś krzyczał do mnie, lecz dopiero po paru minutach zrozumiałem, że pyta się o bezpieczne miejsce. Przypomniałem sobie o wnęce w pieczarze, pomiędzy dwoma odłamami skalnymi. Uciekliśmy tam. Spędziliśmy tam długie godziny w milczeniu, czekając, aż niebezpieczeństwo minie. Dopiero wtedy poznałem imię swego wybawcy. Nazywał się Terrence i był wojownikiem. Był towarzyszem tamtych ludzi, dopóki nie okazało się, że coś ich opętało. Rozpoczęła się wzajemna wyrzynka, gdy pojawiłem się w tamtym miejscu. Niefortunny zbieg okoliczności, choć dla mnie - jak najbardziej szczęśliwy, bo od tego zaczęły się moje przygody, badania, fascynacja historią.
Archibald podjął temat Terrence'a, nakreślił ich stosunki wobec siebie, to jak wrócili razem do Varengardu i jak mężczyzna opowiadał mu o świecie. Uczył o nim. Tak minęły kolejne lata, gdy jego umysł zapełniały wszelakie nauki. Kiedy skończył osiemnaście lat, postanowił wyruszyć na kontynent, zaczerpnąć nauk od innych ludzi, pogłębić wiedzę. Początkowo podróżował z przyjacielem, jednak po jakimś czasie, gdy ich interesy przestały być ze sobą zbieżne, rozstali się w pokoju. Nastąpił szalony okres w życiu Archibalda, o czym rozwodził się z rozrzewnieniem. Wałęsał się po całym kraju, zaglądając w każdą możliwą dziurę, wspominał o spaniu na dworze w deszczu, o gorących piaskach na zachodzie, o lothijskich kobietach mających mężczyzn za nic, o potworach, o napotkanych ludziach. Czasami przytaczał historyczną ciekawostkę. Momentami ni stąd, nie zowąd mówił o swej rodzinie, opowiadając przeróżne, śmieszne historyjkim z nim w roli głównej.
Czas płynął nieubłaganie. Aleksiej zachodził do pokoju po parę razy. Za pierwszym zanosząc herbatę, za drugim ciasto, za trzecim coś porządnego do zjedzenia, za każdym kolejnym ponaglając dziadka, aby nie męczył gościa. Rzucał przy tym współczujące spojrzenia Luthienowi, który chcąc czy nie chcąc utkwił ze starcem bajdurzącym o swych wielkich dniach chwały. Jeżeli szaman zerkał co jakiś czas za okno, to dostrzegał zmiany. Cienie coraz bardziej kładły się po sobie. Głowa, od nadmiaru tytoniu w powietrzu, zaczęła pobolewać, domagając się świeżego powiewu.
- Moje badania opierają się głównie o wydarzenia historyczne, co, gdzie i kiedy coś się wydarzyło. Przypisywałem danym miejscom ich historię, zagłębiając w każdą niejasność, nawet zwyczajną plotkę. Nawet szukałem po lasach mitycznych roślin! Jednak tego nie dane było mi odkryć - powiedział, nagle zacierając ręce. Fajkę już dawno odstawił na stolik. Oczy błyszczały mu się z podniecenia. Archibald był w swoim własnym świecie i nie ukrywał tego. - Kiedyś wypłynąłem na mało znaną wyspę. Zobaczyłem ponure ruiny pośród bujnej zieleni oraz pięknych nadmorskich widoków. Żywego ducha tam nie spotkałem. Zaciekawiony przyglądałem się wszystkiemu, próbując dotrzeć do historii posiadłości, lecz ściany zdawały się zaklęte. Nic wtedy nie znalazłem, lecz wracałem co i rusz, grzebiąc w okolicznych historyjkach i doszukując prawdy. Kiedyś odkryłem tam tajne przejście. Oczywiście natychmiast tam wlazłem.
Staruszek uśmiechnął się na wspomnienie, lecz zaraz spoważniał. Zmarszczki na czole pogłębiły się.
- Znalazłem się w krypcie. Na środku, na wielkim, kamiennym stole leżał kościotrup owinięty materiałami. Nie dostrzegłem nigdzie żadnych narzędzi, więc wiedziałem, że nie jest to żaden ołtarz ofiarny. Z boku stało małe, metalowe pudełko inkrustowane napisami. To może wydać się dziwne, ale nie pamiętam, co było tam napisane. Na pewno było to w naszej mowie i zrozumiałem to, lecz wszystko rozmywa przerażenie, które do tej pory czuję. Tam w środku coś było, lecz pomimo przerażenia nie wyczuwałem w tym zła, lecz cierpienie, tęsknotę, coś... dziecięcego. Na świecie można znaleźć wiele magicznych przedmiotów, lecz ten... ten musiał być wyjątkowy.
Splótł w zamyśleniu palce.
- Nigdy już tam nie wróciłem - powiedział.
15.11.2014, 18:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#12

Luthien nasłuchiwał się opowieściom Archibalda. Początkowo z żywym zainteresowaniem, lecz z czasem ono słabło na rzecz znużenia obrastającego młodego szamana. Ten bowiem nie przewidział obrotu sprawy i gdy co jakiś czas pojawiał się w pokoju Aleksiej podziwiał go za tak cwaną taktykę. Był też wdzięczny mu z całego serca, że przez takie chodzenie wpuszczał do pokoju trochę świeżego powietrza. Opary tytonbiu które unosiły się w powietrzu powodowały niemal łzawienie w nieprzyzwyczajonych do takich warunków oczu, a początkowe nieprzyjemne drapanie dymu w gardle choć teraz nie przeszkadzało już tak bardzo zostało zastąpione przez mdłości i delikatny bul w skroniach. Między innymi z tego powodu podany Luthienowi obiad wchodził dość opornie. Podróżnik złapał się tez na tym że coraz cześciej jego wzrok uciekał ku scenerii za oknem. Słowa starca nie docierały do niego już tak klarownie i teraz stanowiły bardziej tło dla jego rozmyślań dotyczących tego gdzie przyjdzie mu spędzić noc. Przynajmniej do czasu aż nadszedł moment opowieści na który czekał. Prawdopodobnie. Chyba.
-Kiecy ostatnio tam byłeś? Czemu nie wybrałeś się już tam nigdy więcej? Nie byleś ciekaw? - Dopytywał, mimo iż odpowiedź na to pytanie miało go nie zaskoczyć. W końcu Archibald nie był kimś w sile wieku więc.
-Ciężko trafić na te wyspy? - Spytał niepewnie. Historia bowiem wzbudziła w nim zainteresowanie. Nie tyle niezwykłością przedmiotu mogącego się na niej znajdować lecz tajemnicę jaką w sobie skrywała, a której nikt nie odkrył. Ujmujące jednocześnie była wzmianka o tym smutku i tragicznych emocjach. Może przedmiot był związany jakoś z duchami?
-Być może do przedmiotu została przywiązana jakaś dusza...Choć, jeśli mówisz, że tak bardzo odczuwalne były emocje tego przedmiotu to kto wie jak tragiczne mogą być jego losy. Nie powiem, lecz zaciekawiła mnie twoja opowieść i czuję potrzebę zaznania tego na własnej skórze. Mógłbyś więc mi zdradzić jak dostać się na tą wyspę? W zamian, jeśli na tej wyspie znajduje się coś widzialnego dla moich oczu, co jest w stanie wyjawić historię tej wyspy zobowiązuję się wrócić tu i opowiedzieć o mej podróży na nią. - Podsunął się na skraj kanapy i nachylił się bliżej staruszka czując przy tym jak jego kości się zasiedziały.
16.11.2014, 18:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#13

- Bo nic bym tam nie osiągnął - odparł prostolinijnie. - Nie byłem już najmłodszy, a to, co wtedy znalazłem, wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony pragnę dowiedzieć się, co to za ustrojstwo, a z drugiej boję się, bo nie pamiętam ani momentu wyjścia z tej krypty, ani jak ją znaleźć. Wysłałem tam kiedyś interesanta, lecz po powrocie oznajmił mi, że to jedynie strata czasu i że bardziej wynudził się w ruinach niż leżąc brzuchem do góry w karczemnej izdebce.
- Tej wyspy nie znajdziesz na żadnej zbiorczej mapie Atarashii - wtrącił się Aleksiej, jak gdyby nigdy nic wracając do pokoju. Usiadł na dawnym miejscu, wspierając ramię o oparcie sofy, zwracając konkretnie do szamana. - Jest tak mała, że aż bez znaczenia. Znajduje się na północ od wyspy, na której znajduje się Rezydencja Poległych Rycerzy. Z dziadkiem od jakiegoś czasu pracujemy nad książką, w której opisujemy te tereny jak najdokładniej, zamieszczając do tego mapy, wnikając w historię i właśnie...
- I właśnie ta wyspa nam została na sam koniec - wtrącił się Archibald, wznosząc palec, jakby oczekiwał aż trzasną na zewnątrz pioruny.
Aleksiej posłał na wpół rozbawione, na wpół karcące spojrzenie dziadkowi. Oczywiście adresat udał, że tego nie zauważył.
- Wiedziałem, Luthien, że jest w tobie silny duch przygody - dodał zadowolony Archibald. - Z przyjemnością wysłuchałbym twojej opowieści, jeśli znajdziesz coś na tej wyspie. Byłaby to nieoceniona pomoc. Na pewno chcesz tam zawędrować?
- Podróż trwa dwa tygodnie w jedną stronę - powiedział Aleksiej. - Też chcę tam pójść. Do tej pory nie miałem okazji, a planowałem to od dłuższego czasu. Luthien, widziałem mapę w twoim dzienniku. Czy wtedy narysowałbyś dokładną mapę wyspy? Jest to bardzo dobra robota. Oczywiście za odpowiednią opłatą.
- Zawsze możesz odmówić starcowi i jego narwanemu wnukowi.
20.11.2014, 00:27
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#14

Luthien nie wierzył w okazję, która mu się przytrafiła. Czyżby ta podróż miała być zadość uczynieniem za ostatnie przykre przygody?
-Nie chcę pieniędzy. Tych na chwilę obecną mam dostatek. Lepszy z nich będzie pożytek jeśli przeznaczysz je, Aleksieju na odpowiednie przygotowanie do wyprawy. Dla mnie zaś wystarczającą nagrodą będzie wypomnienie mojego nazwiska przy naszkicowanej mapie. Miałbym czym pochwalić się swojemu dziadkowi. - Powiedział szczerze, jednocześnie obiecując sobie w tym momencie, że po powrocie z wyprawy odwiedzi staruszków w Grimssdel. Dawno tam nie zaglądał, a Archibald obudził w nim tę dziwną tęsknotę do swojego mentora.
-I byłbym wdzięczny również za użyczenie chociażby skrawka podłogi w sieni do momentu wyruszenia. Przeważnie jeśli mam możliwość wolę rezygnować z noclegów w karczmiennych izbach. Pobyt w nich zawsze kończy się jakimiś problemami. Nie wiem czy to jakaś moja inna ukryta umiejętność.
25.11.2014, 00:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#15

Archibald zaśmiał się z ledwo słyszalną chrypą.
- Nawet zamierzałem ci to zaproponować!
Machnął dłonią w stronę okna, za którym panował już wczesny wieczór. Słońce schowało się za dachami Perony; niebo ściemniało, lecz wciąż była możliwa widoczność na uliczkach.
- Nie mamy za bardzo pokoi gościnnych z wygodnym łóżkiem, ale myślę, że ten pokój wystarczy. Dostaniesz tę sofę, na której siedzisz. Jest całkiem szeroka i powinna być w miarę wygodna. Na pewno lepsze od skrawka podłogi - powiedział wesoło Archibald. Po chwili wstał, wspominając o najwyższym czasie na kolację, zażycie ziółek oraz lekturę na sen. Uścisnął przyjaźnie dłoń Luthiena, po czym wyszedł, zostawiając dwójkę młodzieńców samym sobie.
Aleksiej także długo nie zabawił, choć to na nim spoczęło odpowiednie ugoszczenie przyszłego towarzysza w podróży. Pierwsze, co zrobił, to otworzył szerzej okno, wpuszczając więcej świeżego powietrza. Mrugnął przy tym porozumiewawczo do Luthiena. Następnie nastąpiła cała seria wchodzenia i wychodzenia z pomieszczenia, szykując jakkolwiek pokój do użytku innego niż siedzenia oraz palenia fajki.
- To będzie dla mnie zaszczyt towarzyszyć szamanowi - powiedział na sam koniec, przybierając poważny wyraz twarzy.
Luthiena pozostawiono samemu sobie, nie obawiając się niczego z jego strony. Gospodarze wydawali się aż zbyt ufni obcemu młodzieńcowi.

Przygotowania do wyprawy trwały dwa dni. Głównie to Aleksiej załatwiał sprawy, a Archibald ponaglał go, pouczał i przy okazji opowiadał kolejne historie swojego życia za każdym razem, gdy przydybał Luthiena samego w pokoju. Staruszek nie był natrętny, bardziej spragniony innego towarzystwa niż rodzina, takiego, który wysłuchałby go z zaciekawieniem (nawet gdyby z udawanym).
Kiedy dwójka młodzieńców odchodziła w swoją własną przygodę, Archibald odciągnął na moment szamana na bok, mówiąc:
- Miej na oku tego łapserdaka, dobrze, Luthien? On wydaje się bystry, lecz jest lekkomyślny. Jeszcze zrobi coś głupiego.
Potem wrócił na swoje stałe miejsce w fotelu bujanym, pomachał na pożegnanie i odpalił fajkę z szelmowskim uśmiechem, zagłębiając w świat własnych przeżytych wypraw.
26.11.2014, 00:23
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#16

Kiedy został sam podszedł do otwartego okna i oprawszy się na jego parapecie, wychylił się zaciągając się świeżym powietrzem. Poczuł się jak nowo narodzony. Spoglądał przy tym na ciemne niebo zastanawiając się co też go czeka w czasie podróży. Czuł pod skórą nutę rosnącej w nim ekscytacji, jak również niepokoju. Znów bowiem przyjdzie mu wyruszyć z towarzyszem. Spochmurniał. Podczas pierwszej wyprawy musiał być broniony, podczas drugiej zaznał straty Tharia, a Nemeth została raniona.
Przeniósł wzrok na podpierającą ścianę włócznię, zdając sobie sprawę z własnej bezsilności. Wzdychnął do nicości.
-Duro, miej na uwadze bezpieczeństwo Aleksieja. - Wybębnił do ciemności, po czym przeniósł się na sofę w której ostatecznie zasnął.

Podczas gdy Aleksiej się wybierał Luthien w końcu miał chwilę na odpoczynek. Po jego ranach z ostatniej potyczki pozostały mu już tylko niewielkie strupki. Prawdopodobnie za dwa lub trzy dni nie będzie już po nich nawet śladu. Pozwolił sobie również naciągnąć na grzbiet nową koszulę. Starą pociął na pasy, wygotował w wodzie i przerobił na opatrunki. A tak poza tym to...odpoczywał. Chyba można tak to ująć. Siedział bowiem i wysłuchiwał opowiadań Archibalda. Nie miał nic lepszego do roboty. To znaczy miał, lecz nie potrafił zignorować staruszka. Doszło nawet do tego, że próbował dyskretnie mijać bajarza, lecz nie posiadał w tym wprawy mogącej się równać z tą prezentowaną przez Aleksieja. Smutek.
- Postaram się. - Zapewnił po krótkiej ciszy, która zapadła pomiędzy pytaniem starszego człowieka, a odpowiedzią Luthiena. W czasie jej trwania wpatrywał się w rozmówcę z wiarygodnym spokojem. Wiedział bowiem, że pod tym względem chyba nie różnił się od Aleksieja, a chciał dać jakieś zapewnienie staruszkowi, że będzie dobrze. Bo będzie, prawda?
Wyruszyli.

Jeszcze przechodząc przez miasto Lu zakupił trochę suszonego jedzenia, uzupełnił butelkę i bukłak miodem pitnym, zaopatrzył się również w dodatkową fiolkę atramentu i kilka pergaminów średniej jakości do wykonywania szkiców pomocniczych.

Wyszli z miasta i ruszyli dalej. Dzień wydawał się długi, a droga do celu jeszcze dłuższa.

Przez dwa dni podróżowali wytrwale. Na konto tego postanowili wraz z Aleksiejem przed trzecią nocą zorganizować obozowisko już późnym popołudniem i odpocząć dłużej. Luthien zwyczajowo przyzwał Wilka, który rozpalił ogień, a potem biegał jak opętany z nadmiarem energii. Aleksiej zbyt dosłownie wziął sobie do serca miano chłopaka i zaczął mu rzucać patyki, by ten je aportował. O dziwo robił to i domagał się więcej takowej rozrywki. Chyba się polubili.
Luthien zaś zyskując chwilę wolnego postanowił zabrać się za naukę władania włócznią. Zostawił więc wszystko co zbędne przy palenisku, pochwycił broń i oddalił się nieco od obozu. Z nutą niepewności przyzwał Bassilusa i wyznał mu swoją prośbę. Ten w odpowiedzi popatrzył na niego krytycznie, unosząc przy tym krzaczastą brew.
- Jeśli chcesz poćwiczyć przed kimś swoje mizerne poczucie humoru to jestem ostatnią osobą, którą powinieneś przyzywać.
- Nie żartuję. - Powtórzył z wymalowaną na twarzy powagą, która na swój sposób komicznie komponowała się z aparycją szamana. Wojownik w odpowiedzi wywrócił oczami i od niechcenie podszedł do swojego pana.
- Chwyć włócznię oburącz i wystaw przed siebie.
- Hę?
- Wykonaj. - Powtórzył typowo żołnierskim tonem nie znoszącego sprzeciwu. Luthien złapał broń zgodnie z nakazem i wyciągnął przed siebie ręce, tak że kij włóczni znajdował się w poziomie. Wtem Basillus położył dłoń na włóczni pomiędzy dłońmi Luthiena i zaczął nią potrząsać, tak, jak to robi się z gałęziami drzew by strącić owoce. Szamanem momentalnie zaczęło telepać jak galaretą. Stracił równowagę w pewnym momencie, lecz nie puścił broni. Zwisał więc przyczepiony do niej, jak pranie na sznurze. Bas podciągnął go wyżej i postawił na ziemi.
- Na smoki...Gdybym nie był martwy wolałbym skonać niż zabrać się za szkolenie twojej osoby. Brak krzepy, postawy, wyczucia równowagi, aparycja cnotliwego pastucha...Nie wiem, jak bardzo można być podobnym do ojca. Dobrze, że przynajmniej po matce zawziętości iskra się jakaś tli... - Podsumował krytycznie i fuknął. - Zaczniemy przynajmniej od podstawy, bo płakać mi się chce, jak trzymasz tą broń. Potem może pokażę ci jakiś podstawowy wymach, lecz muszę pomyśleć, czy przy krzepie dziewki przypadkiem się sam nie zabijesz. - Zamarudził, lecz ku uciesze Luthiena, jego duch zgodził się mu dopomóc. Oczywiście gdyby ten odmówił, mógłby go zmusić, lecz chłopak brzydził się wykorzystywaniem w ten sposób swojej mocy.
Następne chwile mijały na tym, jak to Bassilus karcił go co chwila na temat jego postawy, na to, jak łatwo ją traci poprzez lekkie szturchnięcie, a przecież powinna być niewzruszona i pewna! Za karę uczeń zmuszony był wykonywać jakieś ćwiczenie fizyczne. Pierwszy raz zdarzyło mu się wykonywać pompki! Prawdopodobnie stary wojak zamierzał musztrować tak Luthiena dopóki jego postawa przynajmniej w jakimś marnym stopniu by zadowoliła. Prawdopodobnie dopiero wówczas ten pokazałby młodemu jakiś wymach o ile będzie miał jeszcze jakieś resztki siły.
05.12.2014, 17:23
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#17

Dwa dni wystarczyły, aby wydostać się z Mrocznej Puszczy, obejść niebezpieczne tereny i dotrzeć na przyjaźniejszy, skąd do małej przystani była już niedaleka droga. Dzielił ich jeden dzień od morskiej przeprawy na wyspę. Pogoda dopisywała. Żaden deszcz ani spadki temperatur nie uprzyjemniały życia młodym wędrowcom. Aleksiej zdawał się być nienawykły do długich podróży. Często męczył się, prosząc o postój. Wypijał także więcej wody niż powinien, przez co częściej zachodzili do wodopoju. Mimo tego czas mijał szybko podczas rozmów, które najczęściej rozpoczynał młody Madison. Zahaczał o historię, nauki przyrodnicze, własne przeżycia związane z wyprawami, lecz najczęściej zadawał pytania szamanowi odnośnie jego licznych podróży. Młodzieniec wydawał się spragniony wiedzy o otaczającym świecie, chcącym wyrwać się z Perony na dłuższy czas. Łatwo domyślić się, że pierwszą nadarzającą się okazję od razu wykorzystał. Perspektywa przynajmniej czterech tygodni bez towarzystwa rodziny sprawiała, że nie uskarżał się na nic, pozwalał decydować Luthienowi i jedyne, co mogło być denerwujące, to fakt, że tak szybko męczyły mu się nogi. Jednak wiele czasu nie stracili.
Szaman rozbił mały obóz w cieniu drzew. Przywołał Wilka, psotną duszę, który szybko stał się obiektem zainteresowania Aleksieja. Zafascynowany zjawiskiem przywoływania "żywej" istoty, wymyślał wszelkie sposoby na spokojne obserwacje, wymyślając co rusz jakieś zabawy, które także cieszyły go oraz rozluźniały. W tym czasie Luthien postanowił zmienić swoje życie, a przynajmniej pewien jego element.
Szkolenie już od samego początku nie zapowiadało się ani prosto, ani przyjemnie. Nie posiadając żadnych podstaw do walki, nie mógł ot tak rozpocząć od wymachiwania włócznią.
- Twoje pompki wołają o pomstę do nieba! Samymi biodrami nie szoruj o ziemię! - Basillus przytknął tępy koniec włóczni do jego pleców, zmuszając chłopaka do zgięcia ramion i dotknięcia klatką piersiową trawy. - Tak robi się je prawidłowo. Póki co rób na rozstawionych dłoniach wzdłuż ciała, nie za szeroko. Umocnimy ci ramiona.
Luthien został zmuszony do zrobienia dwudziestu pompek (które usatysfakcjonowały wojownika), następnie przysiadów na rozstawionych nogach, brzuszków, podskoków z przysiadu w ilości, po której zaczęły drżeć mu mięśnie, aby zaraz potem dać mu minutę przerwy i przejść do następnego etapu. Basillus z surową miną spoglądał na zlanego potem ucznia.
- Wiesz na czym opiera się walka włócznią, prawda? Na utrzymywaniu dystansu, zbijaniu oraz unikaniu ciosów, na wychwyceniu momentu do zadania ataku - powiedział duch. - Nie potrzeba do tego wielkiej siły, ale refleks już tak, no i wytrzymałość. Czeka nas długa przeprawa, bo tego nie da się nauczyć bardzo szybko. Na całą tę naukę potrzeba setki godzin. Nie będziemy robić z ciebie mistrza, ale jak chcesz się umieć bronić na średnim poziomie, to od dzisiaj codziennie minimum cztery godziny ćwiczeń. Z rana i wieczora po dwie godziny. Umocnimy ci ciało, nauczysz się zachowywać równowagę, poruszać, a także podstawowego pchnięcia, które z założenia będzie śmiertelne. Może ta jedna rzecz ci uratuje życie, kiedy będziesz tego potrzebował.
Po tych słowach mentor nakazał stanąć, według Luthiena, w pozycji walki, aby zaraz strofować na temat rozstawienia nóg, które nie powinny być szerzej niż jego biodra ani tym bardziej węziej. Następnie sięgnął po włócznię, oznajmiając zabawę: szaman miał unikać ciosów spadających wszędzie, na nogi, na głowę, w bok. Celem było zmuszenie chłopaka do reakcji, obserwowania sytuacji, wychwycenia momentu, aby uciec w bok. Mężczyzna przy okazji kontrolował jego pozycję. Kiedy była zbyt wąska lub zbyt szeroka, gdy źle się obrócił do niego, podcinał drzewcem nogi. Jeżeli z kolei obrócił się plecami do przeciwnika, dostawał kopniaka w tyłek z ostrą reprymendą.

Luthien - 82/105 many
05.12.2014, 18:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#18

Wątłe ramiona drżały, kiedy to raz za razem próbował podnosić swoje ciało przy pompkach, nie wspominając nawet innych ćwiczeń. Z każdą chwilą dowiadywał się o istnieniu mięśni o których posiadaniu nie zdawał sobie sprawę, dopóki rozgrzane nie zaczęły wołać o odpoczynek. Oczywiście Bas nie zamierzał odpuszczać wymyślając coraz to nowsze ćwiczenia i co rusz sprawdzając czujność Luthiena. Koniec końców, szaman opanował podstawową postawę, choć jeszcze zdarzało mu się zapominać o odpowiednim ustawieniu nóg. Jakby nie było, ta kwestia była istotna i choć był zmęczony, a pot się z niego lał to nie powinien o tym zapominać. Z pokorą więc przyjął do wiadomości uwagę swojego mentora i skorygował pozycję. Zaczynał się przyzwyczajać do ciężaru włóczni, choć ten dla jego zmęczonych mięśni rąk wydawał się obecnie dziwnie duży, zwłaszcza, gdy przyszło mu bawić się w grę wojownika. Robienie uników nie wychodziło mu zgrabnie. Były to raczej chaotyczne ruchy przy których od razu tracił swoją postawę, za co też mu się obrywało. Po tym, jak dwa, czy też trzy razy wylądował tyłkiem na ziemi z nową determinacją staną i zmusił się do skoncentrowania. Zdał sobie sprawę, że nie potrzebnie czeka na cios Bassilusa. Przy swojej obecnej szybkości, refleksie czy kondycji nie był wstanie w porę go wyminąć. Skupił się więc na całej sylwetce Bassilusa próbując dostrzec, przewidzieć gdzie skieruje kolejny cios nim go w pełni wyprowadzi. Spróbuje wówczas w porę się odsunąć, prawdopodobnie na chwilę straci postawę, lecz natychmiast do niej powróci poprawiając pozycję nóg. Jeśli mu się to uda na pewno ten unik na tle pozostałych wyda się o wiele zgrabniejszy. Zdeterminowany Luthien nie spocznie jednak na laurach i nie spuści wzroku z Basillusa na swoje nogi by ocenić czy tym razem nie są zbyt szeroko czy wąsko. Wielokrotnie dziś był karany za wady postawy, automatycznie już widział i był świadomy co źle zrobił. Z każdą chwilą sam siebie ganił i poprawiał, gdy przyłapał się na błędzie, a te dalej się zdarzały. To że pojmował o co chodzi i w czym robi błąd nie oznaczało w końcu, że ich nie popełniał. To wymagało praktyki, której Lu zaznał jeszcze zbyt mało.
05.12.2014, 19:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#19

Czas płynął, a zabawa zdawała się nie mieć końca. Luthien próbował tak manewrować, aby nie dosięgnął go tępy koniec drzewca, lecz w większości przypadków otrzymywał cios; ani nie za mocny, ani nie za słaby, w sam raz, aby ciało zapamiętało nabity siniak. Prócz paru kopniaków, uderzeń w nogi, barki czy brzuch, parę razy włócznia stuknęła go w głowę. To był jedyny przypadek, kiedy doświadczony wojownik miarkował siłę do całkowitego minimum. Szamanowi powinna wystarczyć świadomość, że gdyby choć raz w realnej walce strzelono go po łbie, najpewniej zostałby znokautowany. Dusza co rusz mamrotała w jego stronę, aby krył głowę i patrzył mu w oczy zamiast na boki, szukając nadchodzącego ciosu.
Szamanowi szło całkiem nieźle jak na początek: pamiętał o wspomnianych błędach, zaraz poprawiając się. To skutkowało zwolnieniem ruchów, wytrącenie z rytmu, który zaraz wykorzystywał Basillus, nabijając kolejnego siniaka. W pewnym momencie, gdy skupił się na samym mężczyźnie, za cel obierając sobie wyłapanie wcześniej ciosu (co nie było łatwe, kiedy różnica poziomów pomiędzy tą dwójką była już na pierwszy rzut oka drastyczna), udało mu się zwinnie odsunąć na bezpieczną odległość. Wtedy duch zatrzymał się i kiwnął głową z aprobatą. Zaraz potem nakazał uczniowi użyć włóczni jedynie do parowania ciosów. Miał próbować, bez żadnej wiedzy, na wyczucie. W dalszym ciągu ćwiczyli. Basillus niezmiennie atakował pojedynczo, skupiając się na szybkości, konkretnym punkcie, najczęściej zmieniając strony i wpadając w swego rodzaju rytm, w który mógł się wczuć Luthien, aby automatycznie przyjmować odpowiednią pozycję. Od zabawy przeszli w monotonne uniki oraz zderzenia drzewców, a wszystko po to, aby wyuczyć młodzieńca pierwszych prawidłowych odruchów. Jeżeli błędy cały czas powtarzane, przystawali, a nauczyciel zaraz pokazywał w czym rzecz.
Kiedy skończyli szaman był wykończony, jego duch - lekko zmęczony. Polecił mu wykonać ponownie pompki, przysiady, brzuszki oraz podskoki w tej samej ilości, co wcześniej. Dopiero wtedy uznał, że na ten dzień wystarczy.
Luthien ledwo stał cały mokry, dysząc, z drżącymi nogami. W głowie przez chwilę mu się zakręciło z wysiłku. Razy, które otrzymał, powoli dawały o sobie znać. Nie było chyba ani jednego skrawka ciała, które nie zostałoby posiniaczone.
- Odetchnij parę razy wolno. Uspokój serce - powiedział łagodnie Basillus.

Luthien - 77/105 many
06.12.2014, 00:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#20

Gdyby to była prawdziwa walka to Luthien byłby podziurawiony jak sito i to był fakt. Na szczęście kolejne razy jakie dostawał wcale go nie zniechęcały, a wręcz przeciwnie! Choć jego ciało się nie wyuczyło, to umysł wiedział, co ma robić i świadomy był błędów. Luthien korygował więc je podążając jednocześnie za wskazówkami Bassilusa. we wszystkim dopomagał równomierny rytm narzucony przez weterana wojaczki. Miało to usprawnić wpojenie pewnych postaw i rzeczywiście tak też było. W dalszym etapie szaman intuicyjnie próbował parować kolejne sztychy wyprowadzane przez Bassilusa. początkowo szlo mu mizerie, gdyż włócznia wydawała mu się pod tym względem kompletnie nieporęczna. Duchowy mentor jednak podpowiedział swojemu panu w czym jest rzecz, jak należny trzymać broń by ta była lżejsza i usprawniała płynne manewrowanie. Usprawniło to wszystko, lecz nie zmieniło nieznacznie faktu, że szaman dostawał tęgie lanie, pomimo postępów jakie czynił. Początki zawsze są trudne.
Gdy skończyli, Luthien leżał na trawie plecami i spoglądał w gwiaździste już niebo. to był pierwszy raz w życiu kiedy ćwiczył tak intensywnie, toteż wydawało mu się, że jego mięśnie palą się z bólu, podobnie jak posiniaczona skóra. W takich momentach żałował, że migał się od ciężkiej pracy fizycznej. Po wszystkim podziękował Bassilusowi i odesłał go. Sam nie ruszał się z miejsca jeszcze przez paręnaście minut, a gdy doszedł do obozowiska podesłał swoim towarzyszom minę w stylu nie pytajcie", po czym zasnął. Jakoś było mu wszystko jedno, że jest głodny czy też spragniony.
Rankiem ze snu wybudził go Wilk, który zaczął skakać po szamanie. Ten w geście dezaprobaty chciał machnąć ręką i go odgonić, lecz ta była zbyt obolała. Ostatecznie szaman jednak wrócił do siebie i w zadość uczynieniu odesłała Wilka z powrotem do nie denerwującej kukiełkowej formy. Taa...oranek był ciężki, a zebranie się zajęło im więcej czasu niż zwykle, lecz dali radę i ruszyli. Tym razem marudzenie Aleksieja o postoje było Luthienowi jak najbardziej na rękę. Sam czuł jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa i ledwo włóczą się przed siebie. Gdy dotarli do morza była już noc. chłopak jednak przed snem zebrał resztki silnej woli i wykonał po kilka ćwiczeń po czym zasnął snem twardym. Z.Z samego rana zaczęli poszukiwać kogoś, kto ich by przeprawił na wyspę. Mieli jednak szczęście i nie zajęło im to wiele czasu.
Podczas przeprawy przez morze, Luthen oddawał się w objęcia morfeusza pomimo wczesnej pory. Mimo wszystko jego ciało nie było przyzwyczajone do wzmożonego wysiłku i domagało się czasu na regenerację.
Gdy dotarli na wyspę ruszyli przed siebie. Co obóz Luthien poświęcał czas na samodoskonalenia się - ćwiczył postawę, manewrowanie włócznią w celu parowania ciosów i ciało zgodnie z zaleceniami Bassilusa. Trzeciego dnia bytności na wyspie, pod wieczór przywołał swojego mentora, z którym ponownie zaczął ćwiczenia. wykonywanie ich przychodziło mu z większą łatwością, lecz były bardziej bolesne przez wzgląd na towarzyszące mu od kilku dni zakwasy. Gdy ponownie zaczęli ćwiczyć uniki Luthien znacznie rzadziej był wybijany z postawy, lecz wciąż dostawał tęgie lanie. Był widoczny jednak progres. Bassilus widząc postęp postanowił nauczyć go jednej z metod wyprowadzania ataku. Było to podstawowy, prosty wymach przed siebie. Lutien próbował naśladować Bassilusa i podążał za jego radami, co jednak nie zmieniało faktu, że wykonanie tego było dla niego trudne. Często kończyło się, że zamiast prostego wyprowadzenia sztychu, najzwyklej w świecie puszczał broń, a ta leciała na ziemie. Było to dziwne. Bassilus załapywał ręce, lecz powoli zaczynało to jakoś wyglądać. W końcu Rzymu w jeden dzień nie zbudowano!
06.12.2014, 01:44
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna