Sklep z różnościami
#21

Zakwasy dawały o sobie znać każdego ranka. Z początku Luthienowi ciężko było się chociażby podźwignąć do przysiadu, a następnie zmusić do całkowitego wybudzenia, spożywając śniadanie i zwijając obóz. Dla osoby, która do tej pory nie pracowała nad swoim ciałem, nie zmuszała do granic wytrzymałości, było to zderzenie z czymś nowym, nieprzyjemnym i bolesnym. Dopiero trzeciego dnia od wylądowania na wyspie poczuł, że zaczął przyzwyczajać się do tego. Tym razem przy wykonywaniu tych samych ćwiczeń, co każdego wcześniejszego dnia, nie powitał go aż taki ból. Z każdym kolejnym ruchem zanikał, a wątle mięśnie rozgrzały się, pozwalając młodzieńcowi na sprawne poruszanie się.
Po godzinie zmagań Basillus pokazał prosty cios włócznią, który miał trafić prosto w serce. Jego ruch był szybki, silny i zdecydowany przy kilkukrotnym pokazie. Stanął obok młodzieńca, rzucając krótkie komendy i wykonując dokładnie to samo. Luthienowi pozostawało naśladować, co z początku wyglądało zabawnie. Kiedy upuścił parę razy włócznię, usłyszał za sobą cichy śmiech, a następnie szelest liści. Wymykanie się poza obóz w końcu musiało zainteresować współtowarzysza.
Mentor na ostatnie pół godziny postanowił przybrać inną taktykę: zainicjował kolejną zabawę, gdzie młodzieniec musiał wykonywać takie uniki, aby ciosy nie spadały na jego dłonie zaciśnięte na drzewcu. Cel był banalny. Próby wytrącenia broni zmuszały go do trzymania jej pewniej i bardziej zdecydowanie. Duch chciał nauczyć go poprzez kolejne razy, że musi trzymać włócznię zawsze. Z groźnym błyskiem w oku wyjaśniał, że jeśli wypuści broń, to już po nim. I dawał tego dowody. Gdy tylko Luthien ją stracił, otrzymywał razy w losowych miejscach.
Trening zakończył znanymi już im ćwiczeniami na wyrobienie mięśni.
Następnego ranka szaman mógł podziwiać fioletowe siniaki i niewielkie opuchlizny na dłoniach. Dla jego zdrowia, Basillus nie powtórzył tego ćwiczenia przez następne trzy dni, opierając się na tym, co już mu pokazywał.
- Spróbuj mnie trafić - powiedział duch czwartego dnia. - Atakuj. Ja będę się bronić i unikać ciosów. Zobaczysz, jak to jest po drugiej stronie. Póki co nie będę oddawać.
Mężczyzna stanął w pozycji bojowej, spokojnie, pewnie. Utkwił spojrzenie w Luthienie, który mógł być nieprzyzwyczajony do patrzenia prosto w oczy przeciwnikowi. Czekał na ruch ucznia.
06.12.2014, 02:53
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#22

Poranki stały się dla niego ciężkie do tego stopnia, że teraz to Aleksiej miał powody do uśmiechania się pod nosem z nieporadności szamana. Oczywiście chłopak nie miał mu tego za złe, sam się również z tego śmiał, że niby go niedołężność zaczęła dopadać za młodu. Co śmieszniejsze, właśnie dopiero pierwszy raz od tych dwudziestu paru lat zaczął cokolwiek robić z tą młodocianą energią. Wcześniej wykorzystywał ją co najwyżej do siedzenia nad książkami. Ciężko mu było samemu uwierzyć w fakt, że robił coś takiego. Kilka razy zaczynała kiełkować w nim chęć porzucenia treningu, lecz wówczas wspominał Nemeth bądź też Lavię. Wydarzenia z nimi związane były dla niego motywacją do kontynuowania wnoszenia tej drobnej zmiany w woje życie. Oczywiście nie było to łatwe, zwłaszcza przy początkach, kiedy to najprostsze czynności i wymachy mu nie wychodziły. Nie poddał się jednak i zawzięcie powtarzał do skutku kolejne ruchy, by choć trochę zbliżyć się do ideału ataku prezentowanego przez duchowego mentora. Zapamiętywał jednocześnie jego wszystkie uwagi by móc samemu się samo-szkolić, gdy tylko nadarzyła się do tego okazja. Nowa zabawa wojownika równiez pozostawiła na ciele Luthiena widoczne ślady. Czuł jak obtłuczone palce pulsują pod skórą, jednocześnie był zły na siebie, że tyle razy opuścił broń, lub dał się wyprowadzić z postawy. To go tylko utwierdzało w tym, że jeszcze sporo pracy przed nim.
Przez kolejne dni odpoczywał pozwalając ciału, by te zregenerowało się przed kolejną lekcja Bassilusa. Oczywiście nie zaniedbywał codziennych treningów, jak i prób doskonalenia wymachu. Nie było to jednak jego jedyne zajęcie. Za dnia, podczas podróży ciągle notował spostrzeżenia na temat wyglądu terenu, wyglądał charakterystycznych punktów, próbował na podstawie słońca i gwiazd opisywać dokładniej. Oczywiście jeśli była ku temu okazja wypytywał się różnych przypadkowych ludzi i zaglądał do karczm, by zdobywać tam informacje i opowieści o jakichś miejscowych legendach, wydarzeniach, terenach, ewentualnych plotkach o demonicznej aktywności. Nie wahał się również zakupywać map, nie koniecznie związanymi jedynie z terenem na którym się znajdowali. Nawet jeśli bowiem miał sporządzić dla Archibalda mapę tajemniczej wyspy, to również jemu samemu marzyło się wydanie własnego atlasu.
Podczas kolejnego treningu czuł, że pewniej już się czuje z włócznią w dłoniach. Był zadowolony z tego, że odczuł tą zmianę. W końcu oznaczało to, że robi rzeczywiste postępu! Stracił jednak nadmiary tego entuzjazmu, gdy to Bassilus nakazał się uderzyć. Wcześniej to Luthien się bronił, a jeśli nawet atakował, to było to powietrze, poczuł się więc jakoś dziwnie nieswojo. Warto wspomnieć, że twarde i stanowcze spojrzenie ducha nieco przytłaczało Luthiena, który próbował myśleć o wojowniku jak o potencjalnym wrogu. Problem jednak polegał na tym, że jeżeli szaman stanął by na przeciwko kogoś tak wielkiego, kto miażdżył wrogów swoją pewnością siebie to po prostu wąchałby już kwiatki od spodu.
Przełknął głośno ślinę i potrząsnął głową odrzucając te paranoiczne myśli. Przecież taka postawa była głupia! Po to właśnie zabrał się za naukę by to zmienić! Zacisnął więc dłonie mocniej na drzewcu swej broni i zamachnął się po kilkakroć na Bassilusa celując w pierś. Był to największy i najłatwiejszy cel do trafienia, zatem, szaman uznał że najlepszy. Oczywiście kilka pierwszych ciosów mimo wszystko była dość niepewna, dopiero gdy zauważył, że duch nic sobie nie robił z jego cięć wezbrała w nim frustracja. To właśnie ona sprawiła, że kolejne wypchnięcia były wyprowadzane z większym impetem.
12.12.2014, 00:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#23

Obserwacje terenu fachowym okiem okraszone były ciekawostkami Aleksieja. Chłopak charakteryzował się nieprzeciętną wiedzą o tych terenach. Na pierwszy rzut oka było widać, że poświęcił im mnóstwo czasu na badania. Nawet wypytywanie innych ludzi po drodze, czy to we wsi, czy na odludziu, nie dawało takich samych rezultatów, co proste zwrócenie się do młodego Madisona. Był chodzącym źródłem wiedzy. Czasami zdawało się, że wie więcej o danych terenach niż jej mieszkańcy.
Do tej pory najczęściej Luthien słyszał o Rezydencji Poległych Rycerzy, największym i chyba najciekawszym obiekcie na tej wyspie. Same opowiadania nie kryły w sobie krwiożerczych, strasznych czy obiecujących tajemnic. Były to wyjątkowo spokojne tereny. Być może właśnie dlatego, że nie znajdowało się tam żadne duże miasto, a jedynie niewielkie wsie oddalone od siebie dzień lub dwa drogi.
Luthienowi udało się zakupić za trzynaście srebrnych smoków wartą uwagi mapę wyspy z zaznaczeniem wszystkich miejscowości, głównych dróg (których nie było zbyt wiele) ograniczających się do poruszania prosto przed siebie, czasami zakręcając, zahaczając przez środek jakiejś miejscowości. Zlokalizował także na niej cel swojej podróży. Mógł z wielkości odpowiadać małej wsi.

Luthien atakował mentora. Pierwsze uderzenia były niepewne, słabe, tylko po to, aby przyzwyczaić dłonie do określonego ruchu, nastawić się do ataku. Odruchowo źle stanął, lecz zaraz cicha uwaga z ust Basillusa, naprawiła ten błąd. Zmotywowany, napędzony złością na swe słabości, z energią i impetem ponowił pchnięcia. Były nieco szybsze, silniejsze, lecz niewprawne. Najczęściej grot schodził z linii ataku za drobnym przesunięciem włóczni ducha bądź gdy przeciwnik odsunął się na bezpieczną odległość. Czasami trafiał w bok zamiast w środek. Ćwiczyli tak około dziesięciu minut. Gdy ręce szamana zaczęły opadać od ciężaru broni, mentor obrał inną taktykę. Kazał mu odłożyć włócznię i spróbować unikać uderzeń, które pojedynczo spadały na niego. Zmuszało go to do poruszania się na boki bądź odskakiwania. Czasami Basillus pokusił się o serię ciosów, których część nieuchronnie spadała na ciało.
Potem uznał, że czas na zwykłe pchnięcia w powietrzu na wprost. Robili je dotąd aż uznał, że są znośne. Na sam koniec, zanim postanowił wykończyć ucznia standardowym zestawem na wytrzymałość, ponowił ćwiczenie z atakowaniem go. Tym razem jednak przy każdej sposobności oddawał pojedynczy cios mierzony najczęściej w brzuch.
14.12.2014, 19:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#24

Po tym jak w dłonie trafiła mu mapa przyglądał się jej przez chwilę zauważając, że rzeczywiście nic nadzwyczajnego tu nie ma. Ot, parę krzyżujących się dróg, parę skupisk wiosek i owa rezydencia do której zmierzali. Niestety nikt napotkany nie potrafi powiedzieć na jej temat żadnej ciekawej historii. Oznaczało to, że prawdopodobnie zamieszkujący wyspę znaleźli się na niej, gdy miejsce to było już ruiną lub dopiero w nią popadało i tylko nieliczni znają historię związaną z miejscem do którego planował się udać. Szaman bowiem nie wierzył, że nic ciekawego się na tej wyspie nie zdarzyło. Nie po relacji starca ze sklepu z różnościami dotyczącej tego co doświadczył za jej murami. Zmarszczył czoło. Wszystko zaczynało się robić coraz to bardziej intrygujące.
Prócz prowadzenia ciągłych spytek wśród mieszkańców nanosił swoje spostrzeżenia na temat gleb, roślinności, ewentualnej zwierzyny. Robił to w porozumieniu z Aleksiejem. Była to miła odmiana w jego samotnej podróży. W końcu mógł iść i rozmawiać z kimś na temat swoich zainteresowań i prowadzić na ten temat nawet jakąś ciekawszą dyskusję. Dzięki temu czas płynął szybciej.
Wieczorową porą nadchodził więc już czas na treningi. Bassilus jak zwykle nie pobłażał młodemu szamanowi, który to z zawziętością wykonywał wymachy. Był to pierwszy raz kiedy atakował faktyczny cel bronią. Trudno powiedzieć by wychodziło mu to jakoś nad wyraz dobrze, lecz na pewno nie można powiedzieć, że nie było to pouczające. Ćwiczenia te ciągle utrwalały postawę i przyzwyczajały do ciężaru broni. Ta mimo wszystko do najlżejszych i najporęczniejszych nie należała, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że ramiona Luthiena dopiero przybierały na sile. Intensywne ćwiczenie wprawiło więc w zadyszkę ucznia, który w czasie krótkiej przerwy miał okazję zastanowić się nad swoimi błędami. Świadomość tego co robi dobrze, a co źle była w nim jeszcze silniejsza co było dobrą oznaką. Nie ma w końcu nic gorszego od wyuczenia w sobie złych nawyków. Na szczęście Bassilus nie zamierzał do tego dopuścić.
Oczywiście nastał też moment w którym to szaman musiał chronić się od ciosów swego mentora. Był świadomy, że te mają na celu wyrobienie w nim refleksu i wyuczenia ciała, by w sposób odruchowy dążyło do uniku. Był wstanie odruchowo zareagować na oczywisty cios w klatkę piersiową. Robił wówczas krok w tył, bądź blokował go drzewcem broni. Po wielokroć tej nocy Bassilus obrał sobie na cel tą właśnie część ciała, toteż Luthien powoli zaczynał odczytywać ten zamiar po sposobie poruszania się wojownika. Te mniej oczywiste kierowane w ramiona lub nogi ciągle sprawiały mu problem. O ile bowiem był świadomy dokąd zmierzają, jego ciało jeszcze nie nadążało za myślą. To jednak była kwestia czasu.
14.12.2014, 20:52
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#25

Kolejne dni mijały prawie że tak samo. Śniadanie, podróż, badanie terenu, rozmowa z Aleksiejem, obiad, podróż, zagadywanie innych wędrowców lub napotkanej ludności, kolacja, ciężkie treningi. Pomimo żmudnego zajęcia, czas mijał szybko. Minęli z daleka Rezydencję Poległych Rycerzy, zapuścili w centrum wyspy, pokonując kilometry wzgórz pokrytych wrzosowiskami. Pogoda dopisywała, choć coraz częściej zimny powiew północnego i zachodniego wiatru unosił poły ich ubrań, zapowiadając zmianę. Chmury gęsto splatały się, szarzejąc. Słońce w dalszym ciągu ogrzewało skórę, lecz popołudniami zdawało się jedynie ładną ozdobą na firmamencie, gdy wędrowcy musieli opatulać się przy nadchodzących porywistych wiatrach, które nasilały się coraz bardziej na otwartej przestrzeni. Im bliżej byli północnego skraju wyspy, tym bardziej klimat dawał im się we znaki. Dziesiątego dnia spadł deszcz. Z początku jedynie mżyło, lecz wkrótce lunął, uniemożliwiając widzenie. Dwójka badaczy była zmuszona zrobić postój. Skryli się w niewielkiej jaskini, którą odnaleźli na zboczach wzgórza w towarzystwie niewielkiego zakątka drzew. Rozpalili ognisko, pozostawili ubrania do osuszenia się. Luthien nie tracił czasu, rozpoczynając ćwiczenia na długo przed wieczorem. Basillus był bezlitosny. To miał być ostatni trening przed dotarciem na tajemniczą wyspę. Wszystko rozpoczął standardowo. Każde ćwiczenie powtarzało się, które duch dodatkowo utrudniał podwyższając trudność ich wykonania. Był szybki, był silny, był zdecydowany pokazać, jak wygląda prawdziwa walka na włócznie. Nie szczędził ani jednego siniaka podopiecznemu. Powtarzał raz za razem polecenie wspólnego sparingu, co było prawdziwym męczeństwem dla niedoświadczonego szamana. Jednak z każdym kolejnym starciem, pomimo bólu z wielu miejsc, nauczył się poruszać, nawet przewidywać proste uderzenie. Urągał nadal w technice, szybkości oraz sile, lecz było widać postępy.
Basillus ćwiczył tak szamana aż do późnych, nocnych godzin, robiąc jedynie krótkie przerwy, aby Luthien nie padł, a tym samym on nie rozwiał się. Wszystko obserwował Aleksiej w nabożnej ciszy, szybko przekonując się, że on nie odważyłby się na takie tortury z własnej woli.
14.12.2014, 21:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sklep z różnościami
#26

Rzadkie skupiska drzew z biegiem czasu zaczęły przeradzać się we wrzosowiska. Oczywiście nie tylko krajobraz się zmieniał – wartki wietrzyk nabierał co raz to na większej uporczywości, podwiewając poły odzienia i smyrając chłodnym językiem po skórze. W takich właśnie momentach Luthien cieszył się z posiadania peleryny z bydlęcej skóry. Ta bowiem, choć swoje na grzbiecie ważyła to nie imała się lubieżnych zapędów nadmorskich wiatrów. Chłopak więc dokładnie zawiązał wszystkie cztery rzemienie futrzanej opończy i naciągnął na głowę obszerny kaptur i dalej parł niewzruszony do przodu, stukając tępą częścią włóczni do rytmu swych kroków. Był to nawyk, który nabył podczas posiadania laski i raczej wszystko zapowiadało się na to, że nie zamierza go porzucić.
W czasie podróży również ćwiczył, lecz był przy tym rozsądny. Wiedział, że przy takiej pogodzie nie trudno byłoby mu złapać jakieś choróbsko, gdyby smyrnął go wiatr po jego mokrym od potu ciele. Naturalnie zadawał się również z mieszkańcami, Aleksiejem, podziwiał teren. Każdy dzień polegał niemal na tym samym. Zresztą nie było to dla Luthiena żadną nowością, kilka lat już podróżował więc był przyzwyczajony do tej monotonni która sprawiała mu przyjemność na swój szczególny sposób. A przynajmniej dopóki dopóty jego odzienie nie zaczęło zbierać pierwszych kropel deszczu. Tak właściwie, początkowo bydlęce futro zbierało mżący deszcz niczym trawa krople rosy, lecz sytuacja zaczęła nagle wymykać się nieco spod kontroli. Deszcz luną, zmuszając ich do dość panicznego biegu. Koniec, końców udało im się znaleźć jaskinię, która wzbudzała w nich początkowo pewne obawy, lecz szybko okazała się wybawieniem. Na jej skraju rozpalili ogień, do którego przylegli. Koszula Luthiena była tylko lekko zawilgocona, toteż w krótkim czasie stała się sucha i przyjemna. Zdecydowanie gorzej miało się krowie futro, które rozłożył na ziemi przy ognisku. Nielepiej było z garderobą Aleksieja. Geografofie zgodnie podjęli więc decyzję o tym by nie ruszać się już nigdzie, nawet jeśli deszcz zelżeje i tak też się stało. Oczywiście Lu nie mógł nie skorzystać z nadarzające się okazji i przyzwał Basa. Zebrane po wcześniejszych ćwiczeniach siniaki już blakły więc czemu szaman miałby sobie odmówić nowych?
Trening oczywiście należał do ciężkich, lecz tym razem Bassilus dał w kość szamanowi. Wszystko przez to, że oboje zdawali sobie sprawę z tego, że to prawdopodobnie ostatni trening i być może czeka ich tydzień lub dłużej przerwy, więc chcieli wykorzystać ten czas jak najlepiej, co też uczynili. Chłopak nie wiedział bowiem co go może czekać na tajemniczej wyspie, z równie tajemniczym...czymś, a lubił być przezornym. W końcu, kto wie, może przyjdzie im przed kimś uciekać, a po treningu starego wojownika, Luthien resztkami silnej woli zbierał energię by dociągnąć się do paleniska i zasnąć.
Poranek należał do tych cięższych. Zresztą innych po treningu szaman nie zaznawał, a szkoda. Podniósł się niechętnie i rozejrzał dookoła. Aleksieja nigdzie nie było, lecz widok dogrywającego paleniska i niewielkiego garnuszka z kilkoma bulwami ziemniaków upewniały Lu o tym, że nie ma co się martwić. Prawdopodobnie poszedł szukać drewna, co mogło być, zważywszy na wczorajszą ulewę, dość skomplikowanym celem. Pewnie trochę mu zejdzie.
Szaman postanowił się więc lekko porozciągać, coby rozruszać bolące go gnaty, a następnie zasiadł na swojej suchej już pelerynie i rzuchając sobie kawałek jeszcze bardziej suchego, a niegdyś czerstwego, chleba. Rozmyślał. A powodów do tego miał wiele. Jednym z nich była osoba Archibalda. Był to człowiek, który tak, jak on sam był podróżnikiem, a dopiero na starość zebrał dostatecznie wiele materiałów by wydać własny atlas. Luthien w tym momencie obawiał się, że i w jego przypadku będzie podobnie, że miną dekady nim ziści swoje marzenie. Właściwie, pierwszy raz zdał sobie sprawę, że to przecież dość oczywiste, że dokonanie czegoś takiego to kwestia nie kilku, lecz kilkanastu lat. Świadomość tego nieco go smuciła. Naprawdę chciał zrobić to prędzej – wykonać mapę, zebrać informacje na temat bram, znaleźć przyczynę tego całego chaosu, który terroryzował niewinnych pod postacią demonów...Jeszcze dwa tygodnie temu napędzany młodzieńczym zapałem był święcie przekonany, że jest w stanie tego wszystkiego dokonać, lecz teraz przywrócony do rzeczywistości, zastanawiał się, czy starczy mu na to życia. Szczerze w to wątpił. No chyba, że kontynuował by swoje dzieło po śmierci.
-Nawiedzałbym jakiegoś badacza czy coś...- Zrobił minę w stylu „w sumie, to nie taki głupi pomysł... po czym schował twarz w dłonie i przeciągnął po niej naciągając skórę. Próbował doprowadzić tym gestem swoje myśli do jakiegoś, zadowalającego go poziomu i znalezienia rozwiązania. Szło mu z tym dość opornie. W końcu był sam więc miał ograniczone pole do popisu. Właśnie. Był sam. Zamrugał kilkukrotnie oczami, czując jak spływa na niego oświecenie.
-Sam, właśnie, jestem sam! - Stanął aż na równe nogi, wygłaszając ten oczywisty fakt ze szczęściem i zdając sobie sprawę, jak łatwe było rozwiązanie problemu.
-To nie było miłe, Luthienie. - Powiedział, z udawanym wyrzutem Aleksiej, którego obecności szaman nawet nie zauważył. Zresztą nie zauważył również tego, że na nowo się rozpadało, a jego towarzysz był jeszcze bardziej przemoczony niż wczoraj, brudnym i jak się okazało pod wieczór – lekko przeziębionym. Lu zaś był cały połamany. Zgodnie więc doszli do wniosku, że odpoczną 2-3 dni nim ruszą dalej. W tym czasie dojadali jedzonko, które było bliskie „wymarcia”, traktowali się ziołami, zbierali siły, a następnie ruszyli dalej.

z/t
19.12.2014, 21:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
2 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna