Karczma "Pod Dębem"
#91

Wszystko powoli zdawało zmierzać się do końca. Kiedy Itan podał w międzyczasie dodatkowe informacje, Amaron oczywiście nie omieszkał wszystkiego jeszcze raz poddać pobieżnej analizie. W jego głowie zaczął powoli formować się plan dostania się na jeden ze statków Rekina, a następnie przejęcie go i przekazanie Steenowi. Plan ten jednak dość szybko został zanegowany, trzeba było skupić się na obecnym zadaniu.

Gdy mężczyzna usłyszał jeszcze raz o "znikających rybkach", które jeśli jakimś cudem się odnajdują, to tylko na wybrzeżu, przed oczami Domedraugra stanął widok z wczorajszego poranka. Przemoczone, rozkładające się, podziobane ciało młodej dziewczyny utwierdziło wojownika w przekonaniu, że litość to coś, na co jej oprawcy nie zasłużyli. Dłoń mężczyzny z wolna zacisnęła się w pięść, jednak sam wyraz twarzy pozostał niezmienny, Amaron dalej przysłuchiwał się podawanym informacjom.

Potwierdzenie "zamówienia" na hak i łańcuch tylko poszerzyły jego uśmiech; Czarny Wilk miał już plan jak zadbać o to, aby jego przekaz był mocny i zrozumiały... Pozostało już tylko poczekać na otrzymanie precyzyjniejszych informacji, z tym jednak również miało nie być większych problemów. Jedynie po otrzymaniu odpowiedzi w kwestii zmiany oczekiwanego wynagrodzenia, Amaron zamyślił się na chwilę, zawieszając wzrok na swym informatorze. Jednak już po chwili na jego twarzy ponownie zagościł uśmiech.
-Wybaczam - zaśmiał się - ...i doskonale rozumiem sytuację. Pan ma określone zadanie do wykonania i nie powinien wychodzić poza jego założenia oraz własne kompetencje, mnie zaś przypada inna, również określona rola do odegrania w całej tej operacji. W takiej sytuacji oczywiście omówię wszystko z Panem Korey'em, jedyne o co proszę, to poinformowanie go o zmianie mych... oczekiwań. A tak to całą resztę pozostawiam w Pańskich rękach, im więcej informacji otrzymam po powrocie, tym lepiej przysłużą się one naszej sprawie. A tymczasem nie zatrzymuję. Życzę udanego wieczoru

Ukłoniwszy się lekko i pożegnawszy z Itanem tak jak to miał w zamiarze, Domedraugr otulił się swym płaszczem, naciągnął mocniej kaptur na głowę i skierował się w stronę wyjścia z przybytku.
"Odpocząłem, napiłem się, najadłem, spotkałem Khali, obiłem dwie mordy, poznałem zastępcę komendanta straży, odebrałem informacje od kosiarza, jak się tak zastanowić, całkiem udany ten wieczór... A pomyśleć, że wpadłem tylko na gulasz."

Gdy tylko przekroczył próg karczmy, wziął głęboki wdech i spojrzał w niebo. Póki co, nie zapowiadało się na deszcz, śnieg czy inną niepogodę, jedynie rześki, chłodny wiatr bezskutecznie starał się wedrzeć mężczyźnie pod płaszcz. Podsumowując - można było bez większej obawy ruszać w drogę. Pocieszywszy się tą myślą, Czarny Wilk sięgnął po swój bukłak z cienkim piwem i napił się jeszcze trochę "na drogę", po czym ruszył żwawo w stronę wschodniej bramy Greathardu. Coby umilić sobie podróż, zaczął nucić dobrze znaną w jego stronach przyśpiewkę o niedźwiedziu i dziewicy cud, żałując jedynie że nie ma nikogo, kto by mu zawtórował. Ale wkrótce miało się to zmienić.

Gracz opuścił wątek



Zmiany:
+25 many za odpoczynek (uzgodnione)

24.11.2016, 21:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma "Pod Dębem"
#92

W pewnym momencie Khali poczuła się zbyt zmęczona, aby móc dalej przebywać w główniej izbie karczmy, toteż udała się w końcu do pokoju, aby pomyśleć nad problemem Amarona i nad swoimi dalszymi planami na kolejne dni. Położyła się w łóżku sama nie wiedząc kiedy zasnęła. Obudziła się przez okropne hałasy dobiegające z karczmy - pewnie znowu pijani bywalcy rozpętali burdę o jakieś byle gówno typu poglądy polityczne, albo obraza czyjejś żony, matki, bądź kochanki. Przez pewien moment chciała pójść tam i uspokoić towarzystwo, ale ten plan jakoś szybko odrzuciła, bo po co marnować swój czas i nerwy. Zaraz pewnie wpadnie tam straż miejska zrobić porządek ze zbyt rozbujanym towarzystwem.
Stało się to w miarę szybko, więc niewiele czasu później znów mogła rozkoszować się piękną ciszą w pokoju. Wreszcie po dłuższej chwili zdecydowała się zejść na dół, aby dokończyć rozmowę z brunetem. Jakież było jej zaskoczenie, gdy odkryła, że nie jest w stanie znaleźć go w karczmie. "Amaron ty dupku! Przecież mówiłam, że Ci pomogę, a ty nawet nie powiedziałeś, ze już się wybierasz?!" Wkurzona do granic możliwości zapytała karczmarza, gdzie zniknął ciemnooki. Jeszcze bardziej się zdziwiła, gdy szacujący szkody w karczmie, właściciel z przerażeniem i zrezygnowaniem pokazał jej tylko palcem kierunek na drzwi.
Tak swoją drogą, co tutaj się stało?! Przecież jeszcze niedawno karczma była cała. Khali nie sądziła, że banda pijaków potrafiła doprowadzić przybytek aż do tak złego stanu. Żal jej się zrobiło mężczyzny, ale nie miała czasu, aby mu teraz pomagać.
Czym prędzej wybiegła z budynku, odwiązała konia i ruszyła galopem w miejsce, w które wydawało jej się, że udał się Amaron.

Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2016, 00:47 przez Khali.)

29.11.2016, 00:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma "Pod Dębem"
#93

Po dotarciu do miasta nie był zanadto zmęczony podróżą, mimo to skierował się do centrum miasta w poszukiwaniu karczmy. Najłatwiej zdobywa się informacje od ludzi, którzy są zrelaksowani i trochę podchmieleni. Idąc przez miasto, jak zwykle rozglądał się obserwując uważnie ludzi, których mijał, by ocenić jak dobrze wiedzie się im w tych okolicach. To był jego pierwszy raz w mieście tak dużym, jak to. Mimo jego ciągłego rozglądania się spowodowanego przez ciekawość, starał się zbytnio nie rzucać w oczy. Nobu czuł się nieco lepiej podróżując wśród natury niż będąc w zatłoczonym mieście, ale chciał się dostosować życia w cywilizacji, więc takie wizyty od czasu do czasu mu pomagały.

Przyjacielska rozmowa i żarty z nowo poznawanymi ludźmi w karczmach różnych miast pozwalały mu zapomnieć chociaż na chwilę o krążących po jego głowie myślach dotyczących jego poszukiwań, jak i codziennych spraw. Idąc tak powoli po Greathardzkim rynku, nie zauważył kiedy, znalazł się pod drzwiami karczmy, nad którymi wisiał szyld oznajmiający, iż jej nazwa to "Pod Dębem". Z karczmy wyraźnie było słychać rozmowy, które od czasu do czasu były przerywane wybuchem śmiechu. Zamaskowany przybysz z pewnością siebie, a przynajmniej taką jej ilością na jaką było go aktualnie stać, wkroczył do karczmy i szybko omiótł wzrokiem jej wnętrze. Ocenił szybko znajdujących się w niej ludzi, a następnie skierował się w stronę baru, by zająć wolne miejsce odrobinę oddalone od ludzi, którzy w momencie jego wejścia rozmawiali najgłośniej. Chciał zamówić posiłek i w spokoju postarać się wyłapać jakieś plotki krążące po mieście.


Najważniejsze spotkania odbywają się w duszy,
na długo przed tym, nim spotkają się ciała.
Paulo Coelho






01.05.2017, 23:26
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma "Pod Dębem"
#94

MG

Niektóre z rozmów na krótką chwilę przycichły, gdy nieznajomy przekroczył progi karczmy. Nie minął jednak porządny łyk z kufla, gdy wróciły do normy. Tak jak przed chwilą, wszyscy wokół gadali, raczyli się posiłkiem czy napitkiem. Widać było jednak, że przybycie Nobu oddziaływało na ten przybytek. Co prawda nikt nie przyczepił się do niego... a może jeszcze nie... Widać było jednak, że jego aparycja - zapewne zwłaszcza maska - niepokoiła tu zebranych. Co jakiś czas ktoś spoglądał na niego kątem oka i nie trzeba było być asem spostrzegawczości, by dostrzec te zachowania.
Szybkie spojrzenie po zebranych przyniosło Nobu kilka wniosków. Pierwszy był ilością ludzi, jacy tu przesiadywali, na czym skupił większość swojej uwagi. Szybki rachunek przyniósł mu kilkanaście osób, trochę ponad tuzin, ale może trochę dziwną decyzją byłoby stanięcie na środku i dokładne przeliczanie rozproszonych po całym przybytku bywalców. Liczba oscylowała więc w okolicy piętnastu.
Drugi był może mniej oczywisty, ale zdecydowanie rzucający się w oczy. Nikt tu nie miał zbyt wiele prywatności. A może inaczej: każdy znał się z każdym. Widać było to po chociażby tym, że ludzie wyglądający na zamożniejszych nie mieli oporów przed siedzeniem przy stoliku i raczeniem się rozmową z tymi bardziej przeciętnymi, a ci którzy na oko byli jakby biedniejsi, też wcale nie zajmowali jakiegoś "kąta dla popychadeł". To mogło nieco zaniepokoić Nobu. Nasuwała się oczywista myśl: tylko on był tutaj "odludkiem".
Podchodząc do gospodarza, zauważył, że ten przestał przecierać ladę i zamiast tego, wyprostował się, niby przygotowując się do przyjęcia zamówienia przez klienta.
02.05.2017, 00:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma "Pod Dębem"
#95

Widząc spojrzenia lądujące na jego twarzy pomyślał, że gorzej raczej nie będzie i idąc w stronę baru powoli zdjął kaptur i zsunął maskę z twarzy, by następnie zawiesić ją przy pasku. Dziwiło go w jak dobrych stosunkach są ludzie w tym mieście pomimo różnic stanowych. Na jego nieszczęście powodowało to, że odstawał jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Nie lubił tego, gdyż powodowało to, że ludzie podchodzili do niego z jeszcze większym dystansem niż zazwyczaj i trudniej był zdobyć interesujące informacje. Stwierdził, iż w takim wypadku lepiej zachowywać się naturalnie, więc swobodnym krokiem podszedł do lady i zajął wolne miejsce odzywając się spokojnym, a zarazem przyjaznym tonem do gospodarza.

- Witajcie panie, jakie danie i napitek polecicie podróżnemu zmęczonemu długą wędrówką? - zapytał się z delikatnym, ale szczerym uśmiechem i po chwili dodał - Zawsze miło jest zjeść coś z lokalnej kuchni.

Zawsze starał się być szczerym w okazywaniu emocji, by nie być źle zrozumianym, co zdarzało mu się zadziwiająco często, gdy był młodszy i dopiero rozpoczynał swoją wędrówkę. Wciąż starał się kątem oka obserwować zachowanie ludzi w jego pobliżu, szczególnie grupkę składającą się z różnych klas, starając się nie wyglądać przy tym podejrzanie. Liczył na to, iż jego przyjazne podejście do gospodarza zmniejszy napięcie wywołane przez jego wejście do karczmy. Mimo wszystko przybył tu by zebrać jakieś informacje, nawet gdyby miały być one w formie plotek. Jednak, aby to osiągać potrzebna była swobodna atmosfera wśród zebranych w przybytku, a jak na razie wciąż wyczuwał napięcie wywołane jego przybyciem.


Najważniejsze spotkania odbywają się w duszy,
na długo przed tym, nim spotkają się ciała.
Paulo Coelho






02.05.2017, 01:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma "Pod Dębem"
#96

MG

Obecni tu ludzie jakby z lekka odetchnęli z ulgą, gdy przybysz postanowił ukazać im swoją twarz. Nie było to szczególnie oczywiste, ale wprawne oko wychwyciłoby, że nabrali nieco pewności siebie.
Karczmarz też zresztą zdawał się być jakby nieco bardziej przyjazny. Gdy Nobu podszedł do niego, przywitał się z nim i później jakby zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią.
- Dobry dzień, wędrowcze. - rzekł tuż przed kwestią Szamana, jakby był jakimś prorokiem. Jego wiedza wynikała jednak pewno z tego, że nikt podobny do tego miejsca jeszcze nie zawitał, a kimże może być osoba o nieznajomej twarzy i niecodziennych manierach? Młodzieniec sam zresztą potwierdził po chwili, że znużony jest podróżą. - Jak coś na ciepło, to tradycyjnie - dorsz nam tylko został przysmażany, w warzywach. Z pieczywem albo ziemniakami. A z napitków to zależy, czy pan alkoholowy. - zarechotał cicho. - Zwykle pije się tu piwo, miody pitne, ale jest też woda. Została też ze szklanica czy dwie kompotu jabłkowego. Przygotować coś?
Przy sporym stole trudno było odgadnąć, jakie są poruszane tematy, bo jednocześnie trzeba byłoby przysłuchiwać się chyba ze trzem historiom. Pewnie gdyby przy którymś był poruszany jakiś niecodzienny lub szczególnie interesujący wątek, ucho przybysza samo wyłuskałoby pewne informacje. Póki co, próbowało przesiać codzienne sprawy i narzekania mieszkańców Greathard, od innych, bardziej może przydatnych czy ciekawych wątków.
02.05.2017, 12:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma "Pod Dębem"
#97

Szybka reakcja karczmarza i wyczuwalne rozluźnienie, wśród zapewne stałych bywalców, dodały Nobu pewności siebie. Jeszcze raz na spokojnie rozejrzał się po przybytku i ponownie skierował wzrok na gospodarza. Usiadł rozluźniony zastanowił się chwilę nad tym na co ma ochotę, po czym odpowiedział karczmarzowi.

- Piękny macie ten lokal, a co do jedzenia to brzmi pysznie. Poproszę, więc tego dorsza w warzywach z ziemniakami i może skuszę się na miód pitny. Ten miód to jakiś lokalny wyrób czy sprowadzacie go, panie? - zamawiając, wciąż przysłuchiwał się ożywionym rozmowom.

Atmosfera stawała się coraz bardziej przyjazna. Cały czas jednak czuł zaskoczenie wynikające z ujrzenia ludzi różnych klas rozmawiających o codziennych problemach czy też opowiadających sobie historie lub po prostu żartujących. Postanowił, iż gdyby przez jakiś czas nie wychwycił nic ciekawego z rozmów innych gości to zapyta się wprost karczmarza o jakieś ciekawostki dotyczące miasta lub po prostu o plotki krążące po nim.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.05.2017, 14:37 przez Nobu.)



Najważniejsze spotkania odbywają się w duszy,
na długo przed tym, nim spotkają się ciała.
Paulo Coelho






02.05.2017, 14:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma "Pod Dębem"
#98

MG

- Nooo... Staramy się. Verdugo ostatnio odwalił swoją robotę tak dobrze, że porządek tu zapanuje na chyba dłuższą chwilę. - uniósł brew, spoglądając na Nobu i zarechotał, opierając łokcie o ladę. - No, miejmy nadzieję przynajmniej. - rzucił, wyciągając kufel spod dębowego blatu. - Sprowadzamy? Oj, kolego... Rzeczywiście musisz być przybyszem z daleka. - pokiwał głową, nalewając złocistego trunku do naczynia. - Pewnie, że lokalny. Pogoda może i nie sprzyja w okolicy najlepsza na uprawy, ale gdzieniegdzie jest wystarczająco dobrze. W końcu niegdyś Greathard był stolicą Atarashii. Musieli się tu jakoś utrzymywać w jeszcze dalszych czasach, nie? - kiwał głową, jakby próbując uwiarygodnić swoje słowa. - Toteż i od dawna jesteśmy dość samowystarczalni.
W międzyczasie zawołał kogoś po posiłek dla gościa. Za jakiś niedługi czas pewnie będzie gotowy. Póki co jednak, trzeba było jeszcze chwilę na niego poczekać. Na tyle, by przyszykować zapłatę.
- To będzie trzy srebrne smoki. - skwitował gospodarz. Nie było się czego czepiać - za ciepły posiłek i pitny miód była to całkiem odpowiednia cena.
Krótką chwilę później jakieś młode dziewczę o prostej urodzie podeszło do przybysza, by podać mu strawę. Warzyw było niewiele i niezbyt różnorodnie, bo ziemnieki zdobiło zaledwie kilka kawałków marchwi, groszku i czegoś innego, zielonego, co niestety chyba się rozgotowało i została z niego papka. Tak czy inaczej, wyglądało dość smakowicie i bardzo pożywnie.
Co prawda z rozmów żaden ciekawszy temat nie wyniknął; zwłaszcza, ze trudno było wyłapać konkretne wątki z całego chaosu, jaki krążył w tym miejscu, gdy już się wszyscy rozgadali. To, co jednak zdawało się być powtarzającym się wątkiem na ustach wielu tutaj zebranych - i który poruszył już zresztą gospodarz - był niejaki Verdugo. Kilka razy obiły się też o uszy Nobu jakieś wzmianki o czarnej magii czy bijatyce. Sprowadzało się to do wizji może mniej zwyczajnej, ale jednak względnie często spotykanej burdy w gospodzie, chociaż czy rzeczywiście o to chodziło - trudno było o pewność.
13.05.2017, 19:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma "Pod Dębem"
#99

Nobu wsłuchał się w wypowiedź karczmarza zapamiętując co poniektóre szczegóły i następnie zaczął o nich rozmyślać. Pierwszą i najważniejszą informacją był człowiek imieniem Verdugo posiadający wystarczającą siłę lub ludzi by zaprowadzić spokój w tym dużym mieście choć na jakiś czas, kolejną była wzmianka o Greathard jako stolicy Atarashii oraz ostatnia choć równie ważna jak pierwsza to informacja o pewnej samowystarczalności miasta mimo słabych warunków pogodowych w okolicy. Gdy tylko gospodarz upomniał się o zapłatę Nobu wyjął trzy srebrne monety, dzięki pelerynie nie było widać skąd dokładnie wyciągnął pieniądze, i zapłacił za posiłek, który już po chwili znalazł się przed nim. Nigdy nie był wybredny wobec posiłków po prostu cieszył się możliwością zjedzenia czegoś ciepłego. Jednak zaraz po przeżuciu kilku kęsów zadał kolejne pytanie karczmarzowi.

- Ten Verdugo, możesz mi coś więcej powiedzieć o tym jegomościu? - mówiąc to swobodnie rozejrzał się po karczmie w poszukiwaniu śladów po wspomnianej przez ludzi bijatyce. Nie czekając jednak na odpowiedź właściciela przybytku dorzucił kolejne pytanie. - O i czy może działo się tu coś ostatnio ciekawego, w tak dużym mieście na pewno przytrafiają się jakieś niecodzienne wydarzenia? - kończąc wypowiedź kontynuował jedzenie, patrząc wyczekująco na karczmarza.

Jedząc posiłek, w którym starał się zidentyfikować smakowo zieloną papkę, i popijając miodem, który o dziwo bardzo mu zasmakował, zastanawiał się czy to normalne by w miejscu publicznym takim jak karczma wszczynać burdy z użyciem magii. Magia nie był niczym nie naturalnym, a jednak Nobu nie czuł się swobodnie używając swoich zdolności wśród dużych zgromadzeń. Postanowił skupić się chwilowo na wyciągnięciu możliwie najwięcej jak najbardziej użytecznych informacji od karczmarza opierając się na tym czego dowiedział się do tej pory od niego i gości karczmy.



- 3 srebrne smoki

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.05.2017, 22:59 przez Nobu.)



Najważniejsze spotkania odbywają się w duszy,
na długo przed tym, nim spotkają się ciała.
Paulo Coelho






13.05.2017, 22:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma "Pod Dębem"

Szczerze mówiąc Mirrodin nieco inaczej wyobrażała sobie wizytę w Greathard. Nie żeby spodziewała się wielkiego bogactwa które nagle wpadnie w jej maleńkie i sprawne łapska. Nie marzyły jej się góry złota, usługujący jej mężczyźni i kobiety. Nie myślała nawet, że zdobędzie tu pracę. Udała się do miasta dlatego, że było najbliżej. Nie miała gdzie indziej się udać. Właściwie to była wręcz pewna, że spotka ją ogrom nieprzyjemności związanych z tym że jest kobietą, że jest młoda i przede wszystkim tym że jest ruda. Takie wrażenie odnosiła z opowieści starego Akolity. Kilka marnych i krótkich dni w tym miejscu wystarczyło by pozbyć się wszelkich uprzedzeń i wmówień wmówionych jej przez nauczyciela. Długie i bolesne tortury które zapowiadał nie były wyczyniane najgorszym złoczyńcom i zbrodniarzom wojennym. Żadnych wykwintnych metod o przedziwnych i komicznie długich i złożonych nazwach. Zero Agikutarachur. Brak Mitochondriów. Degrakurwadacji ni widu ni słychu. Strażnik, którego zapytała o to zeszłego dnia uznał że dziewczyna go wyśmiewa i dopiero mozolne i cierpliwe tłumaczenie pozwoliło mu zrozumieć że zadane pytania były stuprocentowo poważne. Mirrodin nawet dokładnie opisała pomysłowy wymysł martwego mistrza. Po usłyszeniu opisu strażnik zbladł a z jego ust wydało się jeno ciche "ja pierdolę". Z wrażenia nie potrafił wrócić do siebie przez dobre kilka minut. Następnie zapytał skąd ruda wie o tak okropnych rzeczach i zrobiło się nieco ciężej. Musiała improwizować.
Na całe szczęście umiejętności improwizacji młodego dziewczęcia uległy polepszeniu przez kilka poprzednich dni. Nie sprowadzały się już do brutalnej siły i sprawnego używania czarnego jak noc noża z wetkniętym doń białym kryształem magicznego kruszcu. Choć ostatnim razem udało jej się uniknąć kłopotów związanych z rozsiewaniem wpierdolu na prawo i lewo po karczmach, nikt nie mógł zagwarantować że następnym razem strażnicy nie przyjrzą się nieco dokładniej ranom zadanym spacyfikowanym pijakom. Poza tym po ostatniej burdzie tylko szynkarz z "Pod Dębem" miał tyle odwagi by porozmawiać z nią z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie była pewna jak bardzo spostrzegawczy byli tubylcy po alkoholu. Sposób w jaki na nią spoglądali mógł wynikać po prostu z tego, że boją się dziewki będącej w stanie nadziać większego i silniejszego od niej samca na własne ostrze. Czarny Wilk przedstawił im sytuację na tyle dobrze, że nawet jeśli zauważyli pracę czarnego jak noc brzeszczotu to raczej stwierdzili, że był to wytwór ich mózgów w pijackim amoku. Nawet ów karczmarz(który przecież był trzeźwy!) sprawiał wrażenie przy następnych rozmowach jakby wierzył w wersję wydarzeń ustaloną jednogłośnie przez Amarona. Oszczędziło to sporo kłopotów dziewczynie która z zadowoleniem przyjęła informację, że nie ma najmniejszych problemów by przenocowała tutaj nieco dłużej niż początkowo zamierzała. Ofertę pomocy przy stołach odrzucił. Dziewczyna stwierdziła że to z powodu tej powszechnej acz wygodnej niechęci do jej osoby. Zamiast tego oddała dwadzieścia srebrnych smoków za przedłużenie noclegu wraz z wyżywieniem o kolejne pięć dób.
Pierwszej nocy po tamtej krótkiej i dość pouczającej walce miała koszmary. Nie były ani trochę związane ze śmierciami które spowodowała ostatnim czasem, ale były okropne i wyczerpujące. Budziła się dwa razy z krzykiem w nocy, co spowodowało niemałe poruszenie wśród personelu gospody. Reagowali oni średnio szybko, bowiem gdyby w jej pokoju znalazł się złodziej już dawno zdążyłby uciszyć dziewczę, ukraść cały jej dobytek, uciec, a gdyby był na prawdę szybki to nawet i zgwałcić. Niemniej nieco milej zrobiło jej się gdy okazało się że ktoś zainteresował się jej losem, choćby nawet zrobili to w celu zachowania dobrego imienia przybytku. Sny które ją nękały miały dokładnie identyczny przebieg. Ciemne uliczki, uciekała przed bliżej niesprecyzowanym czymś co najwyraźniej ją goniło i miało niezbyt przyjazne zamiary. Jakby potwór chciał się zaprzyjaźnić to zapewne zrobiłby to nieco spokojniej, bez warczenia i poszeptywań wokół. Najprawdopodobniej by za nią zawołał, żeby się zatrzymała na chwilę. W innym wypadku też sen nie zaczynałby się od tego że Mirrodin ucieka. Koszmary urywały się zawsze gdy dziewczyna potykała się o pięćdziesiąty drugi kamień lezący na jej drodze. Dlaczego pięćdziesiąty drugi? Rudowłosa pamiętała krzyk tłumaczący jej powód, jednak nie mogła sobie przypomnieć słów które ów krzyk wykrzyczał. Pogodziła się więc z niewiedzą. Ostatnią rzeczą po przewróceniu się był tylko ów krzyk, śmiech i odczuwanie zrywanej z niej ubrań. Właśnie to ostatnie powodowało pobudkę i wrzask który wydobywał się z jej ust. Reflektowała się szybko i urywała go, ale nie mogła już nic więcej poradzić niż znów spróbować odpłynąć w noc.
Poranek był dla niej dość lekki i późny. Koszmary sprawiły że była zmęczona w porze gdy normalnie wstawała. Z braku obowiązków po prostu otuliła się mocniej ciepłą pierzyną i przedłużyła noc o kilka godzin. Dopiero potem, gdy Słońce dało się jej we znaki przez okno wystawione na południe, wstała. Po porannej toalecie przyszedł czas na śniadanie, krótką rozmowę z szynkarzem i spacer. Teraz dopiero Mirrodin poznała prawdziwe piękno Greathard. Wieczorem miasto było o wiele bardziej puste niż teraz, a i brak światła odejmował mu sporo uroku. Dopiero za dnia mogła przyjrzeć się twarzom ludzi jej obcych. Mogła dostrzec emocje, których dawno nie widziała na ludzkiej twarzy. Zwykła, ludzka radość malująca się na ustach wędrownego grajka który puścił do niej oczko. Zwykła, ludzka euforia malująca się na polikach dzieci ganiających za sobą podczas gry w berka. Zwykłe, ludzkie obojętność i znudzenie widniejące na... właściwie wszystkim sporej większości ludzi zdjętych rutyną. Te wszystkie emocje były nieco jej obce. Szczęście które odczuwała dawniej zawsze było nieco wytłumione, brutalne, prymitywne. Spowodowane ciepłym posiłkiem. w niczym nie przypominającym ganiania się za drugim, podobnym sobie stworzeniem tylko po to by go dotknąć. W wypadku Mirrodin było to ganianie za ranną w nogę sarną po to by później ją spożyć. Choć zasadniczo obydwa sporty polegały na tym samym, to różnice między nimi były przeogromne i to nie tylko w odczuciach im towarzyszących. Gdzieś w ulicy po boku dziwka prowadziła klienta do swojego domu gdzie razem spożyją jego zapłatę za tydzień pracy. W innym miejscu kilkoro chłopców młodszych od Mirrodin o jakieś dwa lata opowiadało sobie nawzajem jakich to rzeczy w swym życiu nie dopuścili się ich ojcowie. Kogoś z domu obrzucała jego własnymi ubraniami żona, najprawdopodobniej po tym jak przyłapała go z kochanką. Wszystko to było Mirrodin obce. Jednocześnie odpychało ją i pociągało. Zastanawiała się jak to jest być zwykłym, nudnym mieszczaninem który pracuje jako pomocnik stolarza i codziennie przenosi deski w jedną stronę, a stoły w drugą. Choć pozornie to wszystko zdawało się być monotonne i przepełnione bezsensowną rutyną, to dla dziewczyny takie coś stanowiło zupełnie obcy świat. Zapragnęła rutyny, choćby przez tydzień swojego życia. I jakby na życzenie, rutyna do niej przybyła.
Gdy wróciła tego samego dnia do karczmy nie miała zbyt wiele do roboty. Zjadła w samotności, udała się do swojego pokoju gdzie z braku rzeczy do zrobienia położyła się na podłodze i dumała. Myślami była daleko stąd, skakała po szczytach gór, walczyła ze smokami, ujeżdżała wiwerny i robiła wszystkie te czynności które były niemożliwe z aktualnego punktu jej leżenia. W wyobraźni była bohaterką magii i miecza, latała po przestworzach niczym ptak. Taka chwila dziecięcej wyobraźni i radości bardzo dobrze jej służyła. Odprężyła się kompletnie i zupełnie zapomniała o wszystkich rzeczach, które ją drażniły i nękały. Tej nocy nie miała żadnych koszmarów, pomimo tego że miała okres.
Kolejny dzień minął jej równie spokojnie, lecz nieco mniej nudno. Urok rutyny zgasł zupełnie. Jeden dzień oddany swej wyobraźni i marzeniom w zupełności jej wystarczał na całe długie miesiące. Ludzie, którzy wcześniej wydawali się bardzo mile i uprzejmie nie zwracać na nią uwagi teraz nie zwracali na nią uwagi w sposób wyraźnie agresywny i pejoratywny. Zajmowali się swoimi życiami jak gdyby nie widzieli świata poza szarą rzeczywistością. Mirrodin ledwie mogła znieść ten pełen nienawiści i wściekłości sposób w jaki przechodnie nie odpowiadali na jej "dzień dobry". Było to okropne, okropnie wściekłe i okropnie rozwścieczające. Ale młoda kobietka nie dała ponieść się emocjom. Poranna rozmowa z karczmarzem uświadomiła ją, że nie warto jest obijać mord wrednych ludzi publicznie, na ulicy czy w karczmie, za dnia czy nocą. Nieco bała się wymiaru sprawiedliwości i kar dla rudowłosych których istnienia jeszcze nie zdążył zaprzeczyć strażnik którego spotkała kilka dni potem. Starała się trzymać na uboczu. Kupiła bagietkę w lokalnej piekarni i choć piekarz był niezwykle miłym i czarującym grubasem to w jakiś sposób był także odrażający. Może chodziło o jego tuszę, łowczyni nie była pewna. A może po prostu ów agresywnie słoneczny dzień był taki, że wszystko w nim było odrażające, nawet rubaszne i przyjazne grubaski sprzedające buły za pół ich ceny i miły uśmiech. Nie podobało jej się to, że tak wszystko wyglądało. Dlaczego? — Zapytała się w duchu. W duchu jednak sobie nie odpowiedziała. Nie miała bowiem pojęcia. Nie była pewna czy chce wiedzieć. Znajomość powodów dla których dni są chujowe jest wiedzą dość delikatną i posiadanie takowej mogłoby na niej odbić się czkawką. Jak tamto popołudniowe piwo, które wypiła. Bitą godzinę próbowała pokonać nieznośne czkanie które nękało ją prawie jak godzinna, niezabójcza choroba objawiająca się czkaniem. Potem na szczęście ustała. Wieczorem Mir była nieco lepiej nastawiona do świata. Albo świat do niej, kto wie? Bądź co bądź jeszcze raz ruszyła do piekarza, gdzie zaoferowała drobną pomoc przez najbliższy bliżej nieokreślony czas. Zrobiła to już nie po to, by poznać rutynę która straciła możliwość szczycenia się zainteresowaniem dziewczęcia. Najęła się po to, by mieć nieco grosza i po to, by pokonać nudę. Poza tym musiała jakoś rozpocząć nowe życie w nowym mieście, a lepiej było to zrobić u osoby wyglądającej na niegroźną i niezdolną do seksu. Samo wyobrażenie sobie jak zacny piekarz mógłby wyglądać nago wywoływało u rudej za pierwszym razem niekontrolowany chichot, a potem tylko niepowstrzymany uśmieszek na twarzy. Zaiste, komiczny byłby to widok. Na szczęście dla siebie i swej nowej pracownicy, piekarz ani myślał o tym by się przed nią rozbierać. Sporo za to myślał o wyrobie idealnego pieczywa i bardzo dużo jej o tym mówił, gdy podawała mąkę, przenosiła bagiety i zamiatała izbę. Wylistował jej poszczególne typy zbóż i mąki i do czego się nadają i do czego się nie nadają i kilka innych nieco bardziej nudnych rzeczy których także nie zapamiętała. Dobrą stroną całego tego przedsięwzięcia było to, że dziewczyna mogła śmiało podjeść sobie nieco cieplutkiego i mięciutkiego chleba różnych rodzajów. Grubasek jej tego nie żałował, szczególnie gdy usłyszał pochwałę na temat tego jak dobre buły potrafi wyrabiać. Niestety tego dnia dziewczę spędziło tutaj tylko dwie i pół godziny, albowiem na więcej nie starczyło jej czasu. Musiała wracać do karczmy, do pokoju. Musiała w końcu się wyspać na kolejny dzień w nowej pracy!
Snów z tej nocy nie pamiętała żadnych. Minęła ona bardzo spokojnie, nie było żadnych koszmarów, ani marzeń nocnych, żadnych świadomych snów, tylko odpoczynek po przyjemnym dniu. Dla dziewczyny było to coś niesamowitego. Choć dobrze wiedziała co znaczy być tak na prawdę zmęczonym po przejściu wielu kilometrów z całym ekwipunkiem, z namiotem na plecach i tobołami to spanie po sprzątnięciu nieco warsztatu piekarza różniło się w jakiś bliżej niesprecyzowany sposób od kolejnej nocy w namiocie po kolejnym na prawdę wyczerpującym dniu. Może była to kwestia tego, że nie budziła się wraz ze Słońcem na nieco później? Kto wie? Ona nie wiedziała. Nie zastanawiała się więc nad tym długo ani przed snem ani po wstaniu. Śniadanie zjadła ze smakiem i podziękowała uprzejmie karczmarzowi, chwaląc jego umiejętności kucharskie, pomimo tego że dobrze wiedziała że nie on był osobą przyrządzającą śniadania obiady i kolacje. Ruszyła wesoło na miasto, gdzie znów pomagała piekarzowi nieco z rana i nieco pod wieczór. Pomiędzy tymi chwilami wałęsała się po mieście, a pan bagieta sprzedawał swe wyroby przygotowane wcześniej. Mirrodin zwiedziła od środka bank, spojrzała z ciekawością na miejski targ, wzięła wróżbę u wróżbitki a potem ją zwyzywała gdy usłyszała że czeka ją noc "ciemna jak porter a po niej dzień jasny jak światło ogniska". Straciła na to trzy brązowe smoki, których bardzo było jej szkoda. Nie była pewna co za to mogła kupić, ale nie obchodziło ją to zbytnio. Była zła na wróżbitkę za to że potraktowała ją jak idiotkę. Taką wróżbę sama potrafiła sobie przepowiedzieć i mieć pewność że się spełni. Wychodząc pokręciła głową i westchnęła. Czasem byle dzik był bardziej cywilizowany od biedoty miejskiej. Tak stwierdziła, co raz bardziej przystosowując się do życia w mieście i do wyzywania biedniejszych od siebie ludzi. Wtedy to spotkała owego strażnika o imieniu Gurnis. Był młody, mądrze patrzący na świat i przyjazny. Podczas pierwszej rozmowy wskazał jej po prostu drogę do piekarni pana bagiety i odprowadził dziewczę, dbając o to by nikt nie napadł ją przypadkiem. Przez chwilę Mir bała się, że to on jest jedyną osobą która mogłaby chcieć go napaść, ale to odczucie szybko minęło, bo strażnik wydawał się bardziej zabsorbowany kobietami ich otaczającymi niż samą Mirrodin. Ta zaś po ponownej wizycie w piekarni wróciła znów do karczmy i znów zasnęła głębokim, bezsnowym snem.
Czwartego dnia zrezygnowała z pomocy piekarzowi. Znudziło ją to. Wytłumaczyła się tym, że niedługo znów wyrusza na trakt i musi się przygotować do podróży, choć tak na prawdę nie miała czasu wyjeżdżać do czasu aż przybędzie Amaron i nie rozmówi się z nią w sprawie pracy którą dla niej miał. Wciąż ufała że przyjedzie. Zapowiedział, że podróż tam gdzie podróżował i z powrotem może mu zająć nieco ponad tydzień czasu, więc i dziewczę cierpliwie czekało. Nie mogła przecież być zła o to, że Wilk się nie spóźnia. Postanowiła znaleźć sobie inne zajęcie dopiero gdy faktycznie okaże się że mężczyzna nie stawi się w karczmie do umówionego czasu. Pomimo tego jednak snuła ewentualne plany awaryjne. Chętnie wróciłaby do starego stylu życia, miasto zaczynało już ją męczyć swą codziennością, mieszkańcami, dziećmi, wszystkim. Z drugiej strony bardzo jej się tu podobało i bardzo chętnie odwiedzałaby Greathard regularnie. Nie na tak długi czas jak tydzień co prawda, ale jednak. By umożliwić sobie coś takiego, przy kolejnym wielogodzinnym spacerze po mieście poszukała cechu myśliwych. Takie miejsce byłoby czymś idealnym dla niej. Znała się na łowiectwie. Robiła to całe życie. W ten sposób mogłaby zarabiać ile trzeba, robić to do czego jest stworzona i co lubi, oraz regularnie wracać do tego pięknego ale szybko nużącego miasta. Znów zagadała tego samego strażnika i wywiązała z nim nieco dłuższą rozmowę podczas której rozwiała swe wątpliwości odnośnie wmówionych jej okrutnych kar dla rudowłosych dziewcząt. Na zapytanie skąd w ogóle takie rzeczy przyszły jej do głowy odpowiedziała szczerze. W końcu to jej nauczyciel tak powiedział. Powiedziała wprost towarzyszowi, że jej mistrz był dość lgnącą do dziewczynek osobą, ale pominęła wzmiankę o gwałcie. Powiedziała za to, że już spotkała go kara za okropieństwa które wyczyniał. Został zaatakowany przez rozwścieczonego dzika i oddał życie. Dwójka pożartowała nieco o tym jak słabym myśliwym musiał być. Dopiero potem Mirrodin przyszło do głowy, że skoro on był słabym to ona też musiałaby być. Ale wtedy już z Gurnisem nie rozmawiała. Wtedy zapukała do drzwi cechu i nikt jej nie otworzył. Wróciła więc do karczmy i znów poszła spać.
Ostatni dzień oczekiwania był bardzo krótki. Wędrówka po mieście zmęczyła dziewczynę więc ta znowu obudziła się grubo po świcie i większość dnia spędziła w karczmie, oczekując powrotu Amarona. Dzień ten nie obfitował wtedy w żadne wielkie wydarzenia warte wspomnienia. Zero osób z którymi rozmawiała prócz karczmarz. Zero ważnych tematów, jedynie plotki z szynkarzem. Brak niemiłych ludzi do spuszczania im wpierdolu, tylko nieco przestraszone wzroki tych którzy wciąż w pamięci mieli burdę sprzed kilku dni. Spokój, nuda i oczekiwanie. Oczekiwanie, które zakończyło się dopiero nazajutrz. O poranku siedziała przy tym samym stole co zwykle, popijała to samo piwo co zwykle po zjedzeniu tej samej zupy co zwykle. Dziwiła się wtedy w duchu, dlaczego do tej pory nie wydarzyła się żadna bójka w knajpie. Jedynie wyprowadzono jednego powszechnie nielubianego chudzielca na zewnątrz skąd było słychać kilka przytłumionych jęków bólu. Ale to nie było to samo co poprzednim razem. Nie było potem śladów krwi. Nie było trupów. Nie było straży miejskiej zabierającej winnych. Mirrodin nie nazwałaby tego bijatyką. Była świadoma tego, że być może coś ją ominęło podczas wycieczek czy pracy, jednak przy prawdziwie krwawej burdzie ślady by było widać i następnego dnia. Nie przewijał się nikt ciekawy. Ktoś oblał kogoś piwem, ale uprzejmie przeprosił i postawił mu kufla. Tyle. Nawet nie pamiętała o jakiej porze wróciła do sypialni.
Dopiero tego dnia zaczęło dziać się coś względnie ciekawego. Mirrodin akurat popijała piwo i jadła śniadanie, gdy do głównej izby wszedł jakiś jegomość odziany w czerń i maskę. Takich nie spotyka się codziennie. Rozmawiał o czymś z szynkarzem, jednak dziewczynę niezbyt to interesowało. Właściwie przyglądała mu się od niechcenia. Przez chwilę myślała jak wyglądać musi jego twarz, jednak po prostu stwierdziła że brzydko i postanowiła wyjść na spacer na targ, po raz kolejny już. Nie potrafiła jednak wytrzymać siedzenia w jednym miejscu przez tak długi czas. Zostawiła naczynia na stole, pewna że ktoś to zbierze. Jeśli nie to po prostu przeprosi po powrocie. Szczerze mówiąc spodziewała się nieco więcej po obcym człowieku o takiej aparycji. Miała na dzieję na bójkę, na trupy, na krew. Stwierdziła, że dziś po raz kolejny spróbuje dobrać się do myśliwych i wyruszyć w las. Choć nigdy nie przyzna tego na głos, brakowało jej zabijania.
Gracz opuścił wątek
( ͡° ͜ʖ ͡°)
23.10.2017, 02:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna