Zagajnik
#21

To nie była długa podróż, o nie. Nie przy całej wyprawie, która czekała Veina. Może i wędrowali od wielu dni - on, i ona, smocze dzieci. Może i z perspektywy ludzkiej czas dłużyłby się nieznośnie. Ale nie dla białowłosego. Mędrzec dorastający pod opieką smoka zmuszony był nauczyć się cierpliwości. A odkąd go opuścił - jego cierpliwość wystawiona została na próbę większą, niż kiedykolwiek wcześniej. Pokonał dopiero trzy procenty swej wędrówki. Trzy, skromne procenty, które dzieliły go od ponownego spotkania z ojcem. Trzy lata. Bo właśnie stuletnią miała być jego wyprawa. O ile rzecz jasna nie zginie wcześniej.
Dlatego Vein nie postrzegał ich podróży tak, jak mógłby to postrzegać człowiek. Nie liczył dni w łóżku czy pod gwiazdami. To był mały, wyjątkowo błahy szczegół. Nic wartego zastanawiania się.
Lodowy mędrzec był dziwakiem i był nim już od maleńkości. Jak inaczej nazwać chłopca, który ociera się o śmierć, z podziwem obserwując piękno ryczącego na niego smoka? To się nie zmieniło. Czasami coś budziło w nim zachwyt i całkowicie tłumiło poczucie rozsądku. Tak właśnie było, gdy spotkał ją po raz pierwszy. Gdy odurzając go swoim zapachem wyciągnęła dłoń po jego życie. Wlepiał w nią spojrzenie dziwnych, wypełnionych swojego rodzaju fascynacją oczu. I to wystarczyło by ją powstrzymać. Tak samo, jak powstrzymało prawdziwego smoka. I w tej samej chwili jego trudne do opisania uczucia spotęgowały się.
Jak dotąd była pierwszą i jedyną istotą jaką napotkał na swej drodze, która stała wyżej od ludzkości. Oczywiście pomijając jego ojca, ale on był kimś sprzed tej drogi.
Początkowo Vein dość mocno stronił od ludzi. Ich obecność, ich zapach, ich próżność sprawiała, że czuł się nieznośnie. Nie potrafił sobie z tym radzić. Błogosławiona niech będzie czerwonowłosa, bo dzięki niej odrobinę się uspokoił, nauczył czasem wstrzymywać złość. Ona odnajdowała w ich bezwartościowych istnieniach odrobinę uciechy. Nadawała ich życiom jakiś sens. Sprawiała, że istnieli po coś - by dawać jej radość i przyjemność. Szlachetne z ich strony, prawda?
Vin była piękna. Nie było w tej kwestii żadnych wątpliwości. Gęste, zadbane włosy, które ceniła równie wysoko jak własne życie, niezaprzeczalna pewność siebie, bunt w oczach i ta... wyniosłość. Vein nie był w stanie określić, czy wrażenie wyjątkowości, jakie na nim sprawiała, wywoływało jej zachowanie, sposób ruchów, pewność siebie i spojrzenia, czy był to po prostu efekt aury, zapachu i magii, jaki roztaczała wokół siebie. To nie miało znaczenia. Tak czy inaczej, wyróżniała się. Była wyjątkowa. Warta uwagi. Chyba ona czuła coś podobnego. Jasnooki nie wiedział, czy to dlatego, że zwyczajnie nie płaszczył się przed nią jak większość napotkanych ludzi, czy też dziewczyna potrafiła wyczuć go tak, jak on wyczuwał ją. W każdym razie poświęcała mu dużo troski i ceniła... w jakiś przekorny sposób. Jak inaczej wyjaśnić fakt, że już nie pierwszy raz sięgnęła ku jego włosom by wyciągnąć coś, co się w nie wplątało, a o co sam mędrzec nie dbał w najmniejszym stopniu?
- Uparta jesteś. - stwierdził ni to z wyrzutem, ni to komplementując ją.
Po chwili stwierdziła, że zbliżają się do wsi. Vein uniósł wzrok obserwując niebo. Faktycznie, trochę im w tej podróży zeszło. Westchnął krótko i zapytał - Stęskniłaś się za nimi, co? - nie do końca rozumiał jej pociąg do ludzi. Miał jednak dość rozsądku, by nie wdawać się w dyskusje na ten temat. Jeżeli czuła się lepiej przez ich maślane spojrzenia, dobrze dla niej.
Widząc jej dziwny uśmiech na twarzy czerwonowłosej, Vein pokazał swoje ostre, nierówne zęby. - Nic tak konkretnego, jak sobie wyobrażasz nie planowałem, księżniczko. - odpowiedział, jakby w rzeczywistości nie pytała o to, czy zamierza coś tam robić, a czy jakaś przyzwoita karczma będzie jeszcze istnieć po tym, co mieliby uczynić tej wiosce. - Niech więc będzie. - zgodził się po chwili wahania. - Jak nie przejdziesz przez te swoje rytuały w każdej napotkanej osadzie ludzkiej, stajesz się nieznośna. - dodał, mając na myśli wszystkie jej pachnidła i olejki. Ale nie było w tym wyrzutu. To także wyróżniało ją od przeciętnych wieśniaków. A wszystko, co ją wyróżniało na tle innych ludzi, było przecież piękne.
Zaśmiał się na jej pełne wyczekiwania pytanie. Blizna na jej twarzy ani o gram nie odejmowała jej uroku. Wprost przeciwnie. Dzięki niej nie nabierała sztucznej łagodności, a burza jej ognistych włosów przyozdobiona kokieteryjnym uśmiechem czyniły z Vin właśnie tego kim była w rzeczywistości. Prawdziwego diabła w kobiecej skórze. - Nie sądzę, by ktokolwiek w tej okolicy znał Cię naprawdę. Ale niewątpliwie nie znajdziemy tam nikogo bardziej wyjątkowego od Ciebie, Vin.
Skinął głową na znak zrozumienia. - Myślisz o czymś konkretnym? Może jakiś nowy pomysł? Czy też zwyczajnie, chcesz mieć wszystko pod ręką, zanim ruszymy dalej? - po chwili zadała kolejne pytanie. Pokręcił głową. Czasem nachodziła go przekorna ochota by sprawdzić, co jej zioła potrafią zrobić z umysłem. Ale to nie jest przyjemność na którą chciał sobie pozwalać wśród ludzi.
Dziewczyna zaczęła się stroić - zabawne, dla smoczej córy dbanie o wygląd było tak absorbującym zajęciem, że w tym celu zatrzymywała się w miejscu i skupiała na każdym elemencie kolejno. Mędrzec przystanął w miejscu kilka kroków dalej i posłał jej spojrzenie przez ramię, obserwując jak kolejno: poprawia włosy, wkłada rękawiczki, zacieśnia sznurki gorsetu. W końcu stuknęła piętami o ziemię dodając sobie kilka centymetrów wzrostu. Vein uśmiechnął się na ten widok. Vin była urocza, a sposób, w jaki wykorzystywała swoją magię by dodawać sobie kobiecości za każdym razem rozbrajał mędrca. Podeszła do niego wolnym, miękkim krokiem. Ociekając pewnością siebie, prowokacją i dumą. Mędrzec uśmiechnął się jeszcze bardziej drapieżnie i odwrócił ku niej. Stała o krok od niego, i ciągle była mniejsza. Wcale nie dlatego, że Vin była jakoś specjalnie niska - Vein górował nad większością napotykanych ludzi. W jakiś przekorny sposób dawało mu to pewnego rodzaju satysfakcję nawet, jeżeli nie uważał ich za wartych porównywania się z nimi. Pogładził jej policzek, a jego aura zdawała się nieznacznie ogrzać. A później pochylił do jej ucha. - Zniewalająco, jak zawsze. - nadał swojemu głosowi niemal hipnotyzującą nutę wyczekiwania i prowokacji, a zaraz po tym wyprostował się.
- Czasem nie wiem, czy śpieszono Ci do mnie, czy Twej upragnionej kąpieli - powiedział bez żalu w głosie, choć zważywszy na fakt, że mówił te słowa do czerwonowłosej piękności, większość tych, którzy by je usłyszeli, z pewnością dopowiedzieliby sobie, że słowa te były pełne żalu nadziei i prośby.








13.12.2016, 18:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#22

Ognistowłosa piękność zazdrościła swojemu towarzyszowi kilku rzeczy. Większość z nich była dość błaha i raczej nie miałaby jakiejkolwiek opcji zaistnienia w życiu dziewczyny. Nie potrafiła być cierpliwa. Nie umiała cieszyć rozsądkiem. Ale to nie było ważne. Niemniej, cholernie zazdrościła mu celu. Jego podróż, jego egzystencja jakiś cel miała, nawet jeśli to był powrót do ojca po stuletniej rozłące. Ona po prostu podążała za nim. Owszem, robiła przy tym dużo hałasu wokół swojej osoby. Handlowała, najczęściej nielegalnie. Uczyła się precyzji w panowaniu nad metalem. Ale też zawzięcie leczyła ludzi. Zwodziła czasem ich na manowce. Bawiła się miażdżeniem ich woli. Lekką ręką odbierała im życie. Nie miała w tym jednak żadnego konkretnego celu, nie miała planu, nie wiedziała, co mogłaby robić, gdyby opuściła Veina. Przy jego boku pragnęła stać się tym, za kogo ją uważał - smoczą władczynią, księżniczką, której każdy Mędrzec złoży hołd. W końcu czemu miałby tego zrobić? Vin nabrała przekonania, że chłopak w jakiś pokrętny sposób do tego doprowadzi. A powód tego był dość banalny. Wtedy sam stałby się królem, którego pokazał jej trzy lata temu, kiedy wyczarował wspaniałą lodową koronę, równą jej własnej, stworzonej z metalu. Dziewczyna doskonale pamiętała zamęt, który panował w jej uczuciach. Pragnienie jego śmierci było równe pragnieniu miłości tego człowieka. To jedno nie zmieniło się ani trochę w jej stosunku do Veina. I choć wkurwiało ją to niemiłosiernie, lubiła te dwie moce walczące ze sobą o dominację.
Podróż, kolejna zresztą, dla smoczej córki była wyjątkowo monotonna. Nie rozmawiali dużo ze sobą, nie dzielili normalnej dla nich bliskości. Wszystko odbywało się dość szybko, co było dla niej pewnym zaskoczeniem. Zazwyczaj rozbijali się nie tylko po to, aby spać, ale głównie, by rozmawiać i dzielić się swoimi historiami, przeżyciami, marzeniami. Byli dziwną parą. Z jednej strony ewidentnie ze sobą konkurowali, ale ich współzawodnictwo stworzyło między nimi nierozerwalną więź lojalności. Byli tym samym, jednym. Byli smoczymi dziećmi. Vin zdążyła przyzwyczaić się do dziwactw chłopaka, ale w dalszym ciągu zadziwiał ją swoją absurdalną odwagą. Znała jego potęgę. Ta moc kusiła ją, pociągała, podniecała. Uwielbiała go za to, był bezlitosny i bezwzględny. Tak samo jak ona, kiedy wpadała w szał. Ale Vein zapominał czasem o jednym. Nie był niepokonany. Z Vin u boku mógł odnosić takie wrażenie, to oczywiste. Ona jednak zastanawiała się czy to arogancka próżność czy też, tak samo jak czerwonowłosa, lubił czuć ostrze życia pod stopami, niezależnie od tego jak bardzo go raniło. Mężczyzna, jako jeden z nielicznych istot tego świata nie poddał się jej, choć oświadczył co innego. Nie zapanowała nad jego uczuciami, choć widziała jego podziw i przywiązanie. Nie umiała go rozgryźć, choć mówił jej wszystko. Kochała go, choć nie chciała tego przyznać nawet przed sobą. Była niemal pewna, że kiedyś go zabije.
Miała z nim dość duży problem w czasie ich wędrówek. Początkowo nie była przekonana czy nie zginą z głodu, ale udało jej się przekonać go, że nie będzie jadła surowego mięsa tylko dlatego, że to jego przysmak. Widziała jego wściekłość, kiedy przebywał wśród ludzi. Łapała go wtedy za rękę i patrzyła w oczy, w sposób, w jaki może patrzeć tylko osoba, która przejawia prawdziwą troskę o drugą osobę. Chciała, żeby wtedy widział tylko ją. A kiedy już się uspokajał, zostawiała go ze złośliwym, krnąbnrym i wyzywającym uśmiechem. Nie mogła go przecież pilnować cały czas, ktoś z nich musiał dbać o finanse, noclegi, wyżywienie i renomę. Dzięki temu ostatniemu, wszystkie wcześniej wymienione rzeczy było o wiele łatwiej załatwić. Choć nie raz Vin mogła wpaść przez to w nie lada problemy, których kilka śmierci raczej by nie załatwiło. A ona zdecydowanie wolała załatwiać wszystko cichym zabójstwem niż rzezią, która miała pokazywać innym co może ich czekać, kiedy zadrą z nią lub Veinem.
Dziewczyna przeciągnęła się, wydając z siebie cichy pomruk. Złowiła jego krótkie spojrzenie. Nie wiedziała czemu, ale nawet coś takiego sprawiało jej radość. Vin popatrzyła na jego sylwetkę. Był wyższy od niej. Nie był gruby, nie był nawet muskularny, ale lubiła oglądać jego ciało. Lubiła od czasu do czasu wplątać dłoń w jego białe włosy. Jednak najbardziej lubiła czuć na sobie jego lodowate oczy, w których mimo wszystko widziała dziwne ciepło. Niczym zimne, ostre, jasne światło. Imponował jej pod wieloma względami, ale szczególnie podziwiała jego odwagę i determinację. Ona tego nie miała. Ona miała tylko wściekłość, która nie pozwalała jej się zatrzymać. I może to właśnie dlatego z taką nieustępliwością wyjmowała mu te listki z włosów?
- A Ty niechlujny. - odparła takim samym tonem, ni to śmiejąc się z niego, ni to jakoś specjalnie łajając. Vin przechyliła delikatnie głowę i zmrużyła oczy, słysząc jego pytanie. Po niedługiej chwili odpowiedziała z uśmiechem. - Oczywiście. Oni przynajmniej wykazują zainteresowanie moją osobą. - puściła mu oczko. Dziewczyna nie była pewna czy Vein kiedykolwiek zda sobie sprawę, że tylko jego zainteresowanie ją obchodziło. Poczuła jak krew zaczyna w niej wrzeć na jego beztroską obojętność. Policzyła w myślach od jednego do dziesięciu, co jej na jakiś czas pomogło. To nie tak, że tęskniła za ludźmi. Po prostu wiedziała, że muszą z nimi przebywać, a jeśli dzięki temu mogła dowiedzieć się czego chciała, zdobyć, co było jej potrzebne i zniszczyć kilka błahych marzeń, to czemu nie?
Skrzywiła się lekko. Po czym machnęła ręką, jakby faktycznie mogła mu zaufać i nie przejmować się tym czy z tej wioski zostanie choćby kamień na kamieniu. Jej brew się uniosła, kiedy pokazał gamę swoich ostrych zębów. Nie rozumiała czemu większość ludzi się ich boi.
- A powiesz mi jakie nie tak konkretne rzeczy masz w planach? Potrzebujesz mojej pomocy? - spojrzała na niego wymownie. Przecież oboje wiedzieli, że w kontaktach z innymi był nieco... nie. Nie radził sobie zupełnie. A Vin faktycznie chciała odpocząć w normalnych warunkach, nie musząc ukrywać ciał rozerwanych przez maga lodu i wyłgiwać się za niego. W końcu roześmiała się słodko, zakrywając usta koniuszkami palców. - Oh, naprawdę? Nie wiedziałam, że jestem nieznośna. Szczególnie wtedy, kiedy stawiam pierwsze finansowe kroki na rzecz naszego królestwa. - uśmiechnęła się niczym prawdziwa księżniczka, jakby to nie był jedynie tytuł nadany jej przez Smoka Ojca. No cóż, może miała do tego naturalne predyspozycje. A może faktycznie była księżniczką. Derhk'el nigdy jej nie powiedział ani słowa o tym jak się u niego znalazła. Dopiero po chwili spojrzała na niego podejrzliwie. Zatrzymała się i wycelowała w niego palcem. - Bo chyba nie kpisz sobie z mojej chęci do kąpieli. - stwierdziła bardziej, niż spytała. To był grząski temat i nie wiedziała, czy bardziej ją bawi, czy drażni. No, w tej chwili może jednak bardziej bawiło.
Pokręciła głową, a jej przecudne włosy zafalowały łagodnie. Jakimś dziwnym trafem wcale się nie plątały. Wyglądały idealnie przez cały czas. Tak samo jak ona. Kiedy się zaśmiał, spiorunowała go wzrokiem i skrzyżowała ręce na biuście.
- Jesteś równie wyjątkowy, Vein. - stwierdziła. Co dziwne, nie było w tych słowach zwyczajowego wyzwania, a raczej zwyczajne stwierdzenie. - A ludzie muszą mnie znać. Niech wiedzą, kto ich ujarzmi i skuje niewidzialnymi łańcuchami poddaństwa. - dodała lekkim tonem, jakby ta wizja przyszłości była tak niedaleka, jak odległość, która ich dzieliła od wioski. Czasami Vin wierzyła, że niewiele trzeba, żeby to o czym mówiła stało się rzeczywistością, w końcu sama była w stanie manipulować przeciętnymi ludźmi bez jakichkolwiek wysiłków. Musiała pamiętać jednak, że nie wszyscy byli przeciętni. Niektórzy mogli być w jakiś sposób wyjątkowi. Spojrzała na niego z błyszczącymi oczyma. Zioła to był jej konik, nawet jeśli nie chciała się do tego przyznać.
- Niee, tym razem muszę uzupełnić zapasy. - przygryzła delikatnie wargę, jakby czekając na jego reakcję. Po chwili jednak westchnęła. - Jeśli nie mamy tu nic konkretnego do roboty, to nie będę wydawać pieniędzy na nic specjalnego. - stwierdziła, trochę jakby zawiedziona. Po chwili jednak to zmieniło się w zaskoczenie, kiedy pokręcił głową, na znak, że nie ma ochoty na żadne narkotyki. Ostatnio przestawał ich zażywać, kiedy znajdowali się we wsiach czy miastach. Vin była w stanie go zrozumieć, choć i tak ją to dziwiło.
Czuła na sobie jego spojrzenie, kiedy się szykowała. Robiła to w zdecydowanej większości dla niego. Lubiła, kiedy cieszył się jej widokiem, wiedziała też, że go to bawi. Chciała, żeby ją podziwiał i była pewna, że to właśnie w nim budziła w takich sytuacjach. Jednak sam podziw, to było dla niej za mało. To było niewystarczające. Chciała czuć jego pożądanie, jego namiętność. Złajała się w myślach. Nie mogła pozwolić, by wyczytał to w jej oczach. Na szczęście nie musiała udawać pewności siebie, kiedy do niego podchodziła. Znów przeszły ją ciarki, kiedy ujrzała jego drapieżny uśmiech. Przymknęła powieki, wtulając policzek w jego dłoń. Serce zabiło jej szybciej, kiedy usłyszała jego słowa, poczuła jego oddech na swojej szyi. Odchyliła delikatnie głowę, jakby sugerując, że to miejsce domaga się pieszczot. Uśmiechnęła się jednak jadowicie, co w jej przypadku mogło znaczyć wiele rzeczy.
- Sugerujesz mi, że nie muszę się tak pindrzyć czy zwracasz uwagę, że za długo to robię? - spojrzała na niego kątem oka, ale nie odstąpiła nawet o krok. Czuła jego, dziwnie cieplejszą aurę, czuła jego zapach. Był tak blisko.
- Oczywiście, że do Ciebie. - stwierdziła szczerze, choć wiedziała, że jej nie uwierzy. Cóż, były jakieś plusy jego ignorancji. Mogła mówić mu prawdę prosto w twarz, a on weźmie to za przekorę. Ruszyła w stronę wsi, kołysząc biodrami. Jej żelazne obcasy co chwilę stukały o wystające kamienie. - Ale dziwnym trafem, tylko jak jesteś w pobliżu, gorąca kąpiel zmienia się w lodowaty prysznic. - odwróciła ku niemu głowę z niejednoznacznym uśmiechem. - A potem, niestety, nie ma kto mnie ogrzać. - puściła mu oczko, czując jednak narastającą złość. Miała nadzieję, że trochę ochłonie do czasu spotkania z tutejszym zielarzem. Nie miała w planach zabijania go... tak szybko. Vein jednak był totalnie głuchy na jej sugestie, które brał za zwykłe droczenie się.








13.12.2016, 19:03
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#23

Cierpliwość i rozsądek nie zawsze idą w parze. Vein dla przykładu, choć latami szlifował to pierwsze, czasem miewał problemu z rozsądkiem. Potrafił wpatrywać się w jakiegoś głupca, który rzucał się do niego zaślepiony własnym ja, i czekać z niezachwianym spokojem aż ten skończy. By w chwili, gdy wreszcie zamilknie, uśmiechnąć się. I doprowadzić go do długich chwil krzyków i błagań. Do rozpaczy i wrzasków, która ściąga ku nim uwagę wszystkich okolicznych ludzi. Czy to rozsądne? Z całą pewnością nie. Niemniej, Vein go wysłuchał, do samego końca. Ciężko o wyraźniejszy dowód cierpliwości!
Jego cel, tak naprawdę był równie konkretny co "przeżyj", choć faktem pozostaje to, że ten drugi posiadał zasadniczą słabość - nie można było go ostatecznie zrealizować.
Bezwzględność, brak litości - wyjątkowo paskudne cechy do uwielbiania. A jednak stanowiły swojego rodzaju podstawę, gdy ktoś chce podstawić gruba linię między ludźmi, a tymi, którzy stoją ponad nimi. Te cechy - jakkolwiek okropnie by nie brzmiały - stanowiły filary tego rodzaju rozumowania. I Vein podobnie jak czerwonowłosa - potrafił je doceniać.
Jeżeli w oczach Vin, białowłosy sprawiał wrażenie przekonanego o własnej wszechmocy, nadal pozostawały między nimi niewielkie strefy tajemnicy. Nie był niepokonany. I wiedział to. Wiedział to aż za dobrze. Zbyt wielu ludzi przekonanych o własnej sile zobaczył w dzieciństwie. Zbyt wiele razy został zganiony przez Arghavira i okrutnie utemperowany. Koniec końców, zbyt mocno wyrył się w świadomości mędrca fakt, że Arghavir do pewnego stopnia powstrzymywał swoje okrucieństwo, żeby nie sprowadzić na swoją głową licznych, przeszkolonych, smoczych zabójców. A Vein był tylko sobą. Okruchem lodu. Jak okruch ma wierzyć we własną potęgę, gdy nawet lodowiec wie, że przy wyjątkowo niefortunnym zbiegu zdarzeń, może stać mu się krzywda? Nie, Vein nie był niepokonany. Po prostu ludzie - zwykli wieśniacy - nie posiadali wartości. Ani bojowej, ani żadnej. Dlatego sprawiał takie wrażenie. I dlatego, gdyby wyciągnąć z nich odurzający zapach krwi, walki w większości byłyby nudne.
Nie rozumiał jej diety. Ludzie przyprawiali mięso, smażyli je, przygotowywali. Ludzie jednak mieli słabe żołądki, niesprawne zęby i nieprzystosowany układ pokarmowy. Ludzie byli słabi, miękcy. Vin nie była człowiekiem. Vein doskonale wiedział, że była w stanie jeść wszystko, co posiadało jakieś wartości odżywcze. Może nie miała przystosowanych zębów jak Vein, ale nie powinno to stanowić problemów. A jednak wzbraniała się przed tym, tak jak wzbraniała się przed brakiem luksusów i pachnideł. Mędrzec zastanawiał się, czy dziewczyna w rzeczywistości została tak bardzo rozpieszczona przez smoka, czy też jej opiekun był jeszcze bardziej surowy od Arghavira i teraz przechodziła okres buntu.
Twierdzenie, że jasnooki wpadał we wściekłość pośród zwykłych ludzi, było strasznym uogólnieniem. To wszystko zależało od sytuacji. Vein popadał w irytację, widząc próżność ludzkiej rasy. Ich przechwałki. Ich skupianie się na własnym ja. Wściekał się tylko wtedy, gdy słyszał, jak prostaczkom wydaje się, że są pępkami świata, czyli mniej więcej zawsze.
Niemniej, to dobrze, że po początkowych szaleństwach, nauczył się nieco opanowania. Jeżeli chciał poznać świat, nie mógł bez końca unikać ludzi lub ich mordować. Musiał dodać do repertuaru coś jeszcze. I Vin mu w tym pomogła.
- Nie niechlujny, Vin. Tylko zgrywam niezaradnego – kogoś, kto nie potrafi doprowadzić się do porządku. - odparował lekko. - Żeby uśpić ich czujność. Kto będzie się spodziewał okrucieństwa od osoby z liściem we włosach? - rozwinął myśl bezczelnie nawiązując do jej zgrywania niewiniątka. No bo skoro ona mogła, to dlaczego nie on? Zaś co do metod, no cóż... gorsetu sobie nie poprawi.
Uśmiechnął się. - A wiesz, ostatnio wymyśliłem super metodę, aby wzbudzić zainteresowanie. - zaczął a jego zęby odsłoniły się jeszcze bardziej. - Wbijasz takiemu sztylet w serce. - zaśmiał się - Robią wtedy niemal tak duże oczy, jak gdy widzą Cię po raz pierwszy. - puścił do niej oczko sugerując, że wkrada się w ich serca mocniej, niż zabójcze sztylety.
- Sprawdzić plotki, Vin. - odpowiedział na jej pytanie. - Oboje wiemy, że w tej kwestii Twoja pomoc z pewnością nie zaszkodzi. Ale... - urwał zmieniając zdanie. - No dobra, jesteś niezastąpiona. Potrzebuję Cię, Vin! - jego głos brzmiał jakby żartował, ale to wcale nie znaczyło, że nie mówił poważnie.
Śmiała się jak prawdziwa dama, z elegancją ukrywając usta za koniuszkami palców. Dodawało jej to uroku. - Ah, księżniczko, księżniczko, księżniczko... - zaczął kręcąc głową. - Rozsądku w Tobie za grosz! Jeżeli chodzi o gospodarowanie naszymi finansami. Ale to chyba właściwa kobiecie cecha. - odparł zerkając w jej oczy. - Po co mamy kupować królestwo, jak możemy sobie jakieś wziąć? Tak będzie taniej i szybciej. - wyjaśnił błąd jej rozumowania.
- Z Twojej chęci kąpieli? Ja? Nigdy, Vin. Nigdy. - przerwa - Przecież wiem jaka jesteś przewra... wrażliwa na zapachy. Nic dziwnego, że chcesz być zadowolona z aury, którą roztaczasz, skoro czujesz ją tak wyraźnie. - on nie miał aż takiego problemu. Chłód, który od niego emanował znacząco tłumił zapachy. W zasadzie w obecności Veina czuć było mroźne powietrze, nie jego samego. Czy może raczej czuć było mroźne powietrze - czyli właśnie Veina.
Białowłosy westchnął ciężko. Vin chciała, by ją znali. Chciała by ją rozpoznawali. Żartowała przy tym, że muszą wiedzieć, kto ich ujarzmi, kto skuje w łańcuchy. Vin uważał, że miała rację. Oraz, że było o kilkanaście lat zbyt wcześnie, by mogli bez strachu zagarnąć władzę nad światem nie zniżając się do dyskrecji i działania poza świadomością tłumów. Dlatego też, Vein myśląc nawet o masakrowaniu ludzkich osad, wolałby nie tylko nie pozostawiać świadków, ale także by nikt nie kojarzył, że ktoś taki jak on był widziany w okolicy. Przy Vin to mogło być trudne. Niemniej, byli zbyt młodzi, by się przejmować. Po prostu on do tego nie dążył.
Przekrzywił głowę. - Jak ma się nasza robota do Twoich wydatków? - zapytał kompletnie gubiąc związek. Co specjalnego ta szalona dziewczyna mogła mieć na myśli?
Czerwonowłosa doskonale wiedziała jak dawać satysfakcję mężczyznom. Doskonale potrafiła reagować na ich dotyk, na ich pieszczoty, całą sobą pokazując, że sprawiają jej przyjemność. Uśmiechnął się na ten widok jednocześnie czując narastającą pogardę do wszystkich miernych ludzi, którzy doznali namiastki tego co pokazała mu ocierając się o jego dłoń. Zrobiło się jakby odrobinę chłodniej, lecz wyraz jego twarzy nie zmienił się - był ciepły, usatysfakcjonowany. Jak ona rozkosznie mrużyła oczy.
Nie uległ jednak jej prowokacji. Musiał w tym celu wstrzymać oddech, bo zaciągnięcie się jej zapachem potrafiło uderzać do głowy, zwłaszcza kogoś o tak wrażliwych zmysłach jak mędrcy. Nie, Vin. Nie pójdzie Ci aż tak łatwo. Łagodny uśmiech znów stał się drapieżny.
- Oczywiście sugeruję, że nie musisz. - westchnięcie - Bo przecież w Twoim słowniku nie ma czegoś takiego jak "Zbyt długie pindrzenie się", prawda? - wyszczerzył się, i jego słowa brzmiały mniej więcej tak samo poważnie, jak jej deklaracja, że śpieszono jej do niego.
- A Ty dziwnym trafem wciąż chcesz mnie w tej kąpieli... Vin, naprawdę nie pozbędziesz się tego chłodu wanną gorącej wody. - powiedział miękko, jakby wierzył, że po to właśnie zachęca go do wspólnej kąpieli.
Uniósł brwi na słowa o ogrzewaniu jej, ale nie powiedział ani słowa. Nie do końca wiedział co miała na celu.








13.12.2016, 19:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#24

Niezależnie od tego jak niewiarygodnie by to brzmiało - Vein miał więcej rozsądku niż Vin. Oczywiście, sytuacja ta tyczyła się jedynie momentów, kiedy dziewczyna zaczęła pozwalać ogarnąć się narastającej furii - a robiła to często i chętnie. Nie działało to jednak na takiej zasadzie, że ona nie była świadoma konsekwencji tego, co może się stać. O nie. Ona po prostu z całą bezczelnością na jaką było ją stać, po prostu to ignorowała. Na co dzień jednak była bardziej skłonna do rozmów z ludźmi, a przynajmniej do załatwiania spraw po cichu i skutecznie. W tym przypadku działała jako katalizator pomiędzy głupotą zwykłych ludzi a zajadłą wściekłością Veina. I choć lubiła patrzeć na jego lodowato chłodną obojętność, gdy mordował czy torturował, była świadoma, że nie wszystko należy załatwiać drogą grozy i morderstw. Podobnie rzecz się miała z jego cierpliwością, której miał więcej niż morze wody. Dobrze pamiętać jednak, że w tym morzu dość łatwo idzie utonąć, gdy nie umie się pływać. Wzdrygnęła się, mając w głowie obraz zamarzniętego morza, w którym jest aż tłoczno od jego ofiar. Sama chyba nie była aż tak powalona, żeby utrwalać trupy w metalu, ale wolała nie mówić nic o swojej wizji chłopakowi. Mógłby spróbować. A nie mieli na to czasu.
Ognistowłosa miała trochę inne wyobrażenie celów Veina. Mógł mówić o nich jako o podróży, powrocie, przeżyciu... Ale ona widziała więcej niż on sam. Poznała jego umysł na tyle, że jednocześnie wiedziała, że nigdy nad nim nie zapanuje i nie przewidzi, a z drugiej strony umiała zrozumieć jego tok rozumowania w większej ilości kwestii, które poruszali. Lawirowała między meandrami jego umysłu, dotykając jego bolesnej duszy. Wiedziała zatem, że jego celem nie jest przeżycie. Jego celem jest dominacja. To było widoczne w każdym jego kroku, w jego słowach, w jego postawie. Był władcą, przywódcą, zabójcą. Uśmiechnęła się delikatnie, lustrując go wzrokiem. A ona była jego najsilniejszą bronią. Oboje byli bezwzględni, ale Vin w swoim braku litości widziała radość i wolność. U białowłosego widziała w tym przeznaczenie.
Nawet jeśli czasem sprawiał wrażenie maga przekonanego o własnej potędze, Vin wcale nie uważała, że jest niepokonany. Osobno byli silni. Gdy walczyli razem, byli trudnym przeciwnikiem. Ale to nie magia czyniła ich groźnymi - największy strach wywoływała ich nieustępliwość i brak lęku przed obrażeniami. Byli po prostu szaleni, kiedy wpadali w amok. Smocza córka nigdy nie była powstrzymywana przez Derhk'ela, jeśli chodziło o potrzebę zabijania. Dla niego walka z ludźmi polegała na tym, że zabijał ich własnym metalem. Nigdy nie został przez nich zraniony. Vin nie miała aż takiej mocy, ale także potrafiła świetnie zabijać własną magią, która była subtelna, wyrafinowana i skuteczna. Zwykli ludzie nie byli dla nich żadnym wyzwaniem. Bardziej rozrywką, na którą pozwalali sobie w momentach znudzenia. Albo odurzenia narkotykowego. Walka była jej żywiołem, który musiała trzymać na krótkiej smyczy.
Oh, on nie rozumiał jej diety? To ona nie była w stanie zrozumieć jak chłopak może jeść tylko i wyłącznie surowe mięso. Owszem, nie było to problemem dla smoczych dzieci, ale przecież ich zmysły były bardziej wyczulone na wszystko. Między innymi na smak i zapach. Vin lubiła delektować się wyrazistymi smakami ciepłych potraw, a że mogła zjeść o wiele więcej niż przeciętny człowiek, karczmarze zawsze byli jej przychylni. Uwielbiała jedzenie i picie, sprawiało jej to nieukrywaną przyjemność. Tak samo jak lubiła spać na miękkich poduszkach i otaczać się pięknymi zapachami. Gdy przebywała u Derhk'ela rzadko kiedy miała możliwość zaznania luksusów choćby w minimalnej skali, dlatego też smok zaczął ją wysyłać do ludzi, by zaczęła się asymilować. Oczywistym było, że zachcianki tej dziewczyny musiały być spełnione niemal od ręki.
Mniej więcej zawsze to faktycznie trafne określenie. Mniej więcej zawsze wpadał w irytację, kiedy tylko zbliżali się do najmniejszej choćby osady. Vin nie do końca rozumiała jego pogląd o próżności ludzkiej rasy, ale już dawno zrozumiała, że nie było sensu w proszeniu o rozwodzenie się na ten temat, ponieważ Vein wtedy nakręcał sam siebie w swojej frustracji. Dziewczyna musiała go wtedy opanowywać, co wcale nie było łatwe, zważywszy na jego siłę i wpojoną nienawiść. Chłopak rzadko kiedy mówił o swoim ojcu. Była pewna, że nie miał beztroskiego dzieciństwa. Ale uczucie, którym darzył Arghavira było tak silne, że aż chore. Miała do porównania tylko własne stosunki ze smokiem, ale te wydawały się bardziej rodzinne, swobodne, tolerancyjne. Vein był... zanurzony w nienawiści ojca. Jeśli uważał, że to dla niego dobre, dziewczyna była w stanie go w tym wspierać, nawet jeśli nie do końca jej się to podobało.
Dziewczyna zastanawiała się kiedy zrobi się o nich na tyle głośno, że zaczną nasyłać na nich zabójców. I kiedy zrobi się jeszcze głośniej, gdy świat zrozumie, że to nie ma sensu.
- Nie zgrywasz. Jesteś niezaradny. - spojrzała na niego spod uniesionych brwi. Ale za to ze słodkim, rozbawionym uśmiechem. - Wiesz Vein, liść we włosach to dobry początek. Pamiętaj tylko, żeby nie uśmiechać się szeroko, bo Twoje zęby mogą zepsuć ten efekt niewiniątka. - rzuciła lekkim tonem, puszczając mu oczko. Ludzie bali się go, bo roztaczał wokół siebie aurę chłodu. Vin, żyjąc w zimnych jaskiniach, była przyzwyczajona do takich temperatur. Zwykli ludzie jednak nie zdawali sobie sprawy jak blisko nich znajduje się śmierć i zniszczenie, w postaci Veina. Z liściem we włosach.
Stalowooka parsknęła krótkim śmiechem, którego nie mogła powstrzymać mimo usilnych prób. Popatrzyła jednak ostrzegawczo na władcę lodu.
- Wolałabym, żebyś nie wzbudzał takiego zainteresowania nazbyt często. Pozwól mi niszczyć ich serca. - raz jeszcze zaśmiała się krótko, doceniając jego komplement. Ostatnio był w nich coraz lepszy, choć potrzebował odpowiedniego kontekstu. Pokręciła głową i westchnęła. Spojrzała niby na niego, ale jej wzrok błądził daleko, gdzieś o wiele dalej. A więc jednak i tu się próbowali zagnieździć. Skrzywiła się, kiedy jej wzrok nabrał ostrości i skoncentrował się na chłopaku.
- Czy oni nigdy tego nie pojmą? Nie nauczą się? - wymamrotała do siebie, choć Vein nie mógł mieć problemów z usłyszeniem tych słów. - Ostatnio się ich mnoży. Wiemy coś o nich? Mogę popytać w mieście. - oczy Vin błysnęły niebezpiecznie, kiedy pomyślała o tym, co ich tu sprowadza. Posłała mu ciepły uśmiech, pełen wdzięczności, gdy stwierdził, że jej potrzebuje. -Wiem. Ktoś musi Cię powstrzymać przez wyrżnięciem wszystkich w pień zanim dowiemy się tego, co po tu przyszliśmy. - przechyliła uroczo główkę i odrzucając seksownie włosy na bok. Nie rozumiała jak on może na to nie reagować!
Aha. Ktoś tu mówił o rozsądku? Przecież przyznała, że ma go mniej niż białowłosy. Nie musiał jej tego wypominać co krok! Ona także pokręciła głową, wznosząc oczy ku niebu. A potem zwróciła ku niemu ostre, niebezpieczne spojrzenie. Z subtelnym obrażaniem też miał coraz mniejsze problemy. Ale lepiej niech uważa na słowa. Wyjaśnił je w miarę... no, rozsądnie.
- Żeby wziąć sobie jakieś królestwo, trzeba trochę więcej niż nasze moce. - skrzyżowała ręce na piersi, patrząc na niego niezadowolonym wzrokiem. Dużo, dużo więcej trzeba im było do takiego celu. Chociaż chcieli, nie mogli zawojować świata we dwójkę. Może z pomocą smoków... ale te przestały interesować się ludzkimi sprawami. Westchnęła cicho. - Mogę co prawda spróbować uwieść jakiegoś króla, a potem go zabić... Ale marzy mi się inny rozwój wydarzeń. - uśmiechnęła się w końcu słabo.
Wbiła w niego palące spojrzenie rozzłoszczonych oczu, po czymś zaśmiała się serdecznie. Chyba nie mogła mieć mu za złe, że akurat pod tym względem uparcie się z niej nabija. Popatrzyła na niego wyniośle.
- Oh, Vein. - zamruczała, przymykając lekko powieki i pocierając nadgarstek o nadgarstek, uwalniając w ten sposób słodki, ledwo wyczuwalny zapach. - Nasze reakcje są szybsze niż my sami. Oszukują nas. Zmysły łatwiej omamić i zmanipulować je, kiedy ma się do tego odpowiednie metody. Jedną z nich... - zaśmiała się wesoło. - ...jest właśnie kąpiel! - Vin była świadoma, że dla chłopaka to abstrakcja. On sam niemal nie wydzielał żadnych zapachów, jedynie lodowatą aurę, które wszystkie skutecznie tłumiła.
Smocze dziecko było wyjątkowe. Siłą rzeczy niezwykłe. A jeśli dołożyć do tego urodę i temperament Vin, musiało wzbudzać szczególne emocje. Dziewczyna może nie do końca zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo szczególna była, jak szczególne było jej towarzystwo. Razem z Veinem stanowili kwintesencję potęgi, która została im przekazana. Lubiła być rozpoznawana, ale nie jako Mędrzec Metalu, który wycina w pień wioski. Była znana przede wszystkim jako przepiękna, dobra i mądra uzdrowicielka z jednej strony, a z drugiej jako uczciwy handlarz narkotykami i truciznami. Nie miała żadnych oporów ani przy pierwszym, ani przy drugim blasku sławy, które zresztą wyprzedzały ją o kilka kroków.
- Jeśli chcemy, żeby nie umarli zbyt szybko, a mówili w większości prawdę, to chyba powinnam przygotować jakieś narkotyki, które będą podtrzymywać funkcjonowanie mózgu. - wzruszyła ramionami. - Ale jeśli to nikt ważny, to wolę nie wydawać na nich pieniędzy. machnęła ręką, decydując się na bardziej tradycyjne metody przesłuchiwania.
Owszem, wiedziała jak reagować, by inni czuli się usatysfakcjonowani jej zachowaniem. By czuli się wyróżnieni, jedyni, szczęśliwi. Problem polegał na tym, że gdy była z Veinem, nie robiła nic na pokaz. I to ona czuła się wtedy wyjątkowa. Przygryzła wargę, widząc jego uśmiech, a jej oczy zamgliły się delikatnie, kiedy się w niego wpatrywała. Z absolutnym brakiem strachu. Kiedy mnie to zabije? Lub jego? ~ zastanowiła się, czując dziwne ochłodzenie. Ale uśmiech chłopaka pozostał taki sam. Musnęła delikatnie jego dłoń ustami i ruszyła przed siebie, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Niech dotrze do niego jej zapach. Niech go dobrze zapamięta. Dopiero po chwili odwróciła się z buntem malującym się na twarzy. Zmienił się jednak w udawane zaskoczenie.
- Oczywiście, że istnieje coś takiego, jak zbyt długie pindrzenie się. - odpowiedziała, opierając dłonie na kuszących biodrach. - Ale nie mogę przy Tobie tego robić. Jeszcze Ty się we mnie zakochasz, i co wtedy zrobimy? - nawinęła kosmyk włosów na palec, patrząc się na swój twór obojętnie. Uśmiechnęła się zadziornie dopiero, gdy znów spojrzała na Veina. - Nie możemy pozwolić, by Twoja lodowa aura aż tak bardzo się rozgrzała. - dodała z uśmiechem, który ciężko było zinterpretować.
Przez chwilę patrzyła się na niego, jakby tracąc całą swoją pewność siebie. W końcu zacisnęła dłonie w pięści, a jej oczy nabrały pociągającej agresji. Na Duronora, jakim on był idiotą. Dzięki niech będzie Smokom, że miał ją za tak niewinną w stosunku do niego.
- Cóż... sam przyznałeś, że jestem uparta. Poza tym... lubię brać z Tobą kąpiel. - stwierdziła powoli, z niejakim wahaniem w głosie. Odwróciła się, kierując się w stronę wioski krokiem pełnym władczej gracji. Jej długie włosy powiewały na delikatnym wietrze. Zbyt często wyprowadzał ją z równowagi swoją nieznajomością jej uczuć. Musiała coś z tym zrobić.








13.12.2016, 19:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#25

Chciałoby się rzecz "Ach ta młodość"... i w zasadzie dlaczego by nie? Byli młodzi, zwłaszcza jeżeli uwzględni się fakt, że smocze mutacje uczyniły ich potencjalnie w ograniczonym stopniu długowiecznymi. Słyszałem plotki, że niektórym mędrcom zdarzało się żyć 150 lat. Jak to się miało do nich? Nieco zbyt wcześnie by oceniać. Niemniej, zakładając taką ewentualność, te dwadzieścia z groszami na karku wcale nie brzmiało dojrzale.
Zamarznięte morze to wyjątkowo czarowna wizja. Kusząca, i daleko poza zasięgiem pewnego zuchwałego mędrca. Jeszcze. Niewykluczone jednak, że gdy kiedyś jego potęga zacznie rozrastać się w zatrważającym tempie, Vein może uznać to za idealną próbę granic własnej siły. Zamrożenie morza byłoby wszak wyraźnym dowodem potęgi, czyż nie? W końcu... może nie zamarzało. To byłoby coś wbrew zasadom świata! A setki zamrożonych ciał po, na wieczność uwięzione w takim morzu? Cóż... to tylko dodałoby obrazowi pikanterii! Niemniej, Vin nie musiała się bać podsuwania Veinowi takich wizji. Chłopak miał świadomość, że coś takiego na tą chwilę go przerastało. Skromniś, nie ma co.
Przeżycie, dominacja... cóż za różnica. Dla niektórych te dwie rzeczy stawały się równie elementarne, przez co nie było sensu się nad nimi rozdrabniać. Mędrzec nigdy nie rozmyślał na ten temat. On po prostu żył. A to, że w jego życie głęboko zakorzeniona była bezwzględność i pogarda dla ludzkiej, niewdzięcznej rasy, to zupełnie inny, nieistotny wątek, nijak nie zacierający celu brzmiącego żyj. Zresztą, nieco odwracając układankę - czy można było żyć tego? Czy to nie byłoby tylko marne egzystowanie?
Przeznaczenie? Być może. Prawdopodobnie. Tak. Jeżeli wierzyć w przeznaczenie, to jego brak litości mógł być przeznaczeniem. Jak inaczej wyjaśnić, że jedyny chłopiec, który potrafił zagubić strach i nie umknąć na widok smoka, trafił akurat na tego jednego, rozgoryczonego życiem stwora lodu, który poczuł się zaintrygowany? Jak inaczej wyjaśnić to, że ten wyjątkowy osobnik o nieszablonowych uczuciach i zrachowaniach latami jak gąbka chłonął smoczą gorycz, aż przesiąknął nią bez reszty, nie pozostawiając sobie nawet resztki współczucia ludzkiej rasy? Właśnie przeznaczeniem. Jego przeznaczeniem było to, że dotarł do Arghavira, że ten go przygarnął, wychował oraz, że był tym kim jest. A dalszym biegiem jego przeznaczenia było... bycie tym, kim uczynił go smok. I ukazywanie tego ludzkości.
"Tylko" to zdecydowana przesada. Vein jadał także inne rzeczy, nie tylko surowe mięso. Na przykład surową rybę! Rzecz jasna żartuję, nie do tego ograniczał się jego jadłospis. Niemniej, o ile jadał także potrawy gotowane, smażone, suszone i nie wiadomo jakie jeszcze, jego odstraszała subtelna-dla ludzi-nuta otulenia dania ogniem. Być może wynikało to z natury jego magii - jako mędrzec lodu nie przepadał za ogniem, dymem i wszystkim, co potrafiło zrobić z mięsem przygotowanie. Być może też, w surowych potrawach odnajdował większą ilość wilgoci i chłodu - a więc dwóch elementarnych źródeł jego mocy - przez co jedząc takie dania zwyczajnie, czuł się lepiej. A być może to niezdrowa sympatia do nieczystej nuty smakowej, którą nieprzystosowani ludzie starali się za wszelką cenę zabić uważając ją za odrażającą, zaś Vein odnajdował w niej właśnie taką wyrazistość, jakiej pożądał od posiłku? Niezależnie od przyczyny, to była kolejna, wyraźna różnica między nimi. Nie wyglądało jednak na to, by takie błahostki miały poróżnić smocze dzieci.
Wyszczerzył się szeroko. - O! Widzisz? Nawet Ty dałaś się nabrać! - zaśmiał się po czym gwałtownie przestał, chowając jednocześnie zęby. - No wiesz, Vin? To było niemiłe. Zwłaszcza, że uśmiecham się tylko dla Ciebie. Powinnaś doceniać, a nie mi... - zawahał się. - ubliżać? - dokończył ewidentnie pytaniem wcielając się w rolę niepewnego, zagubionego dziecka. Wiedział, że wcale nie miała tego za wadę. Wiedział też, że Vin wiedziała o tym, że to wie. Niemniej, przecież miał zgrywać niewinnego. Z kim miał to ćwiczyć jak nie z nią? Kiedy, jeżeli nie teraz?
Nie przejął się jej ostrzegawczym wzrokiem. Ba, szczerze mówiąc, nie do końca wiedział co też się za tym spojrzeniem kryło. No bo przecież nie groźba..? Nie groziła by mu chyba z powodu jakichś... ludzi. Wzruszył ramionami. - A niszcz sobie tych serc ile tylko dusza zapragnie. - zgodził się bez trudu. - Mało to ludzi na świecie? - westchnął - Tak tylko... rozmyślam sobie jak i ja mógłbym wzbudzić czyjeś zainteresowanie... wiesz, żeby nie zostawać za Tobą zbyt daleko w tyle. - puścił jej oczko.
Vein skrzywił się. Jeżeli ktoś narzekał na zuchwałość ludzką, mędrzec podświadomie przypominał sobie nauki ojca. I jego umysł, duszę, ciało i serce wypełniała dogłębna niechęć. - Nie nauczą. - burknął ponuro. - Bo i nie mają jak przekazywać wiedzy dalej. Ci, których z niewielką pomocą wreszcie olśni, nie dożywają przecież świtu. - głos mędrca zmienił się - teraz emanował z niego absolutny chłód, brak emocji. - Nie wiemy, Vin. Nie wiemy też na ile można ufać pogłoskom. Na razie się wstrzymaj. Jeżeli nadal tu będą... - mędrzec spojrzał gdzieś w dal, a jego źrenice ponownie zwęziły się do pionowych kresek - Sami się ujawnią ze swoją próżnością i głupotą. Oni lubią się przechwalać i gadać o sobie. - ciągnął w tym samym tonie, a jednak z każdym kolejnym słowem napięcie jakby narastało, tworząc coś w postaci ponurego zwiastuna nadchodzącej grozy. Zadziwiające - potrafić sprawić takie wrażenie nawet zanim osiągnie się potęgę zdolną nieść taką grozę...
- Jeżeli przez dzień niczego się nie dowiemy, wtedy popytaj czy byli tu jacyś bohaterowie - powiedział ponownie lekkim tonem i choć wyglądał, jakby przy ostatnim słowie miał splunąć, uśmiechnął się tylko upiornie.
- Vin, Vin, Vin, księżniczko. Kiedy wreszcie skończysz mi wypominać stare czasy i drobne... przejawy zaangażowania? - tym razem nie pokazywał zębów. Niemniej jego oczy - o okrągłych źrenicach - uśmiechały się do niej radośnie. - Przecież już ponad dwie noce nie zabiłem ani jednej osoby! Nie mówiąc już o samej wizycie - nawet nie wyrżnięciu! - w jakiejś ludzkiej osadzie… To było jeszcze dawniej! - udał wzburzenie, kolejny raz nie postępując tak, jak dziewczyna by pragnęła by postąpił, kiedy przechylała głowę odrzucając włosy na bok.
- Żeby kupić królestwo, trzeba trochę więcej niż czterdzieści srebrników które nosisz w sakiewce - odparował szczerząc się głupio i wpatrując w jej niezadowolone oczy. - Ale to z uwodzeniem króla to w zasadzie... całkiem interesująca wizja. - zamyślił się. - Ciekaw jestem na ile znaczące poruszenie byś tym wywołała, w świecie śmiesznych, zawistnych ludzi. - nie przejmował się jej umiłowaniem do pogrywania z ludzkimi sercami ani nie był zazdrosny. Z jednego tylko powodu - dla niego "ludzie" byli czymś podobnym do tego, czym były dla "ludzi" zwierzęta. Któż przejmowałby się, że bliska mu osoba całuje w czoło jakiegoś dajmy na to merdającego ogonem pieska?
Zmarszczył brwi. Potarła nadgarstkiem o nadgarstek sprawiając, że do nozdrzy mędrca jej zapach dotarł z nieco większym nasileniem. "Nieco" w przypadku smoczych dzieci znacznie wykraczało poza standardowe odczucia ludzkie. To było przyjemne otumaniające uczucie. Podobnie, jak przyjemnym był jej głos, jej pomruk. Dlatego miał dość wyraźny obraz tego, o czym mówiła - mamienia, manipulowania i oszukiwania zmysłów. Nie miał wątpliwości, czy mówiła o nim, czy o ludziach - powiedziała nas, natomiast Vein nigdy nie zgodziłby się na nazwanie ludzi kimś, kto może być kimś z nas, więc nawet, jeżeli miała na myśli co innego, Vein o to nie dbał. - Do czego chcesz mnie skłonić, Vin? Jak zmanipulować? - zapytał łagodnie, z pewną nutą ciekawości. - Nie prościej byłoby po prostu... poprosić, jak na księżniczkę przystało? - przekrzywił głowę a w jego głosie rozbrzmiał coś na kształt... prowokacji.
- Czy ja Ci wyglądam na jakiegoś dzikusa, który nie potrafi kontrolować się na tyle, by nie powstrzymać się przed zmasakrowaniem człowieka mogącego posiadać interesujące nas informacje? - nieznacznie się ochłodziło. Jego głos był dosyć chłodny, ale ciężko było odczytać, czy to pytanie zadał całkiem na poważnie. Z twarzy również niewiele - dwójka oczu wpatrywała się w dziewczynę z ciekawością, cała reszta była jak zmrożona.
- Nie kłopocz się, Vin. Nawet, jeżeli coś takiego mogłoby nam się przydać, pomyślimy o tym jak już kogoś znajdziemy. - odpowiedział zdecydowanie cieplejszym tonem niż przed chwilą.
Jej zapach do niego docierał. I bez cienia wątpliwości wyrył się w jego pamięci. Już dawno, dawno temu. Był inny, reszty świata. Przyjemny. Uspokajający. Dobry. Swój. Nie musiała się o to martwić. Czyżby nie była tego świadoma?
Wyprostował się wypinając pierś po czym przeczesał dłonią swoje białe włosy. - Emm... pójdziemy na randkę? - zapytał niepewnie, jakby zadała pytanie o coś tak oczywistego, że nie mógł uwierzyć, że odpowiedź może być tak prosta. No bo... co innego mieliby robić, gdyby Vein się w niej zakochał? Zmrużył oczy na jej kolejne słowa. Szczerze mówiąc, Vein nie do końca zdawał sobie sprawę z działania swojej aury. Zauważył już dawno, że wokół niego pojawia się czasem szron, że lód się przy nim nie topi a ludzie dostają dreszczy. Bez trudu wydedukował więc, ze roztaczał chłodną aurę. Niemniej, jeżeli chodzi o subtelne zmiany tej aury na skutek zmian jego nastroju, to mu umykało. W końcu, czy to nie jest naturalne, że gdy śmiejemy się serdecznie robi nam się zwyczajne cieplej na sercu? - Zamazuje mi się obraz Twojego celu - stwierdził ostatecznie. Koniec końców jeszcze nie tak dawno temu chciała go w gorącej kąpieli - czyż to nie jest najlepsza możliwa metoda walki z mroźną aurą?
Uśmiechnął się z pewnego rodzaju satysfakcją. Nie wiedzieć czemu, ale słowa Lubię brać z Tobą kąpiel były dla niego po prostu... przyjemne. Zrobiło się znacznie cieplej. Wpatrywał się w jej powiewające na wietrze włosy, podobnie jak pacjent wpatruje się w wahadło na seansie u hipnotyzera. Ciekawe gdzie jego doprowadzą takie seanse…








13.12.2016, 19:21
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#26

Długowieczność była dla Vin bezsensowna. Wiedziała, że jej ciało reaguje inaczej niż zdecydowanej większości świata. Miała tę świadomość, że będzie wyglądać młodo nawet kiedy będzie - w rozumieniu wspomnianej części ludzkości - stara. Ale nie chciała o tym myśleć. Duża część jej niemagicznej magii bazowała na jej cudnym wyglądzie, na jej nieskazitelnej sylwetce, na jej przepięknych włosach. Nie była pewna czy samym błyskiem w oku i figlarnym uśmiechem będzie w stanie omamić takie ilości ludzi jak teraz. Z drugiej strony, starszy wygląd też mógł mieć pewne plusy. Musiała tylko je odnaleźć. W każdym razie teraz nie przejmowała się swoją długowiecznością, a wręcz z chorą przyjemnością wystawiała ją na próbę.
Poczuła ciarki, kiedy jej myśli przeszły z zamarzniętego morza - przetestowania mocy Veina - do pola walki pełnego metalowych szpikulców. Do metalu, który na tyle wrósł w czyjeś ciało, że zastąpił jego kości. Do metalu, który wręcz wypełniał oczy, uszy, nozdrza. Do wewnętrznego spoiwa, które wypełniło czyjś los. Vin wiele rozmyślała o swojej mocy, która wydawała jej się na tyle wyjątkowa, co niespotykana. Miała wrażenie, że mało kto doceniłby pochodną moc magii Ziemii, która zazwyczaj była używana w defensywie. Ona jednak wiedziała, że była zaskakująca. Dryfowała między łatwą do formowania Ziemią, a stałym, mocnym i kruchym jednocześnie Kamieniem. Rozumiała zależności swojej magii. Formowała z łatwością coś, co potem było trudne do zniszczenia. Robiła z metalem co chciała, a to wszystko dzięki Ojcu. Derhk'el dał jej wraz z darem życia, panowanie nad swoim dzieciństwem. Spojrzała na Veina z nagłym przypływem ciepła. On rozumiał ich więzi, rozumiał jakie to uczucie i jaka odpowiedzialność spadła na nich wraz z potęgą. Musieli bronić swoich rodziców. Niezależnie jakie wyrzeczenia to ze sobą niosło.
Czy możliwe było życie bez pogardy i nienawiści? Oczywiście, że nie. Na świecie jest cała gama emocji, które były integralną częścią życia każdej z żywych istot. Oni jednak wszystko czuli bardziej, byli bardziej wrażliwi i bardziej podatni na uczucia, które odczuwali. Vin pozwala swoim pragnieniom zmierzać w dowolnym kierunku i różną siłą, dlatego ci, którzy znali ją jakkolwiek lepiej, uważali, że ma co najmniej rozdwojenie jaźni. Jej smocza rodzina wiedziała jednak, że nie może nad tym do końca panować, że brak wcześniejszych restrykcji i ograniczeń co do swojego życia sprawił, że teraz emocje bardziej panują nad nią, niż ona nad nimi. W każdym razie Vein był dla niej uosobieniem pogardy dla ludzi. A ona lubiła patrzeć na jego okrucieństwo, szczególnie jeśli było ono chwilowo-jednostkowe. Co innego, że dzięki Vin pierwszy człon tego złączenia pozwalał wyjątkowo przedłużyć ową chwilę.
Czerwonowłosa zawsze patrzyła z pewną nutą wątpliwości na jedzenie Veina. Nigdy nie była pewna czym tak naprawdę się posila i starała się przygotowywać je po swojemu. Albo najlepiej jeść w karczmie, gdzie mogła zamówić sobie suty posiłek, za który płaciła uśmiechem i kilkoma czułymi słówkami. Albo drobną przysługą zielarską. Nie lubiła wydawać pieniędzy na takie pierdoły. Tak czy inaczej, Vein trzymał się z dala od wszystkiego, co było muskane płomieniami. A ona po prostu to tolerowała, choć z otwartością i monotonnym znudzeniem odmawiała jedzenia surowego mięsa.
Smocza córka zachichotała dziewczęco, kiedy chłopak najpierw się do niej wyszczerzył, a potem szybko schował zęby. Lubiła jak się droczył, wyglądał przy tym jak uroczy, nie do końca pewny siebie młody mężczyzna, a Vin strasznie to pociągało. Choć może to była świadomość silnego i okrutnego maga, jakim był w rzeczywistości? Przechyliła leciutko głowę i przygryzła wargę.
- Vein. Jesteś w tym udawaniu mniej subtelny niż lawina, której nikt się nie spodziewał. - posłała mu złośliwy uśmieszek, lecz chwilę potem jej oczy były przepełnione smutkiem i złością, z powodu jego oskarżenia. Czy to nie on próbował jej wejść na sumienie? - Jak możesz mówić, że nie doceniam uśmiechu najwspanialszego mężczyzny jakiego spotkałam w całym swoim życiu?! I to jeszcze takiego uśmiechu, który jest przeznaczony wyłącznie dla mnie...? - przyłożyła zaciśniętą pięść do serca i potrząsnęła głową z rozpaczą, którą podkreśliły jej falujące włosy. Jej głos był pełen bólu. Dziewczyna otarła policzek, rozmazując nieistniejącą łzę i spojrzała się na maga z łobuzerskim uśmiechem. - Dobrze wiesz Vein, że Twój uśmiech jest dla mnie wyjątkowy. - puściła mu oczko i zaśmiała się raz jeszcze krótko, wesoło, przyjemnie dla ucha. Wiedziała, że Vein nigdy nie był specjalnie dobry w udawaniu kogoś, kim nie był w rzeczywistości, ale generalnie całkiem nieźle udawał niedostępnego wędrowce, który lubił samotność. A tacy ludzie, wbrew pozorom, ściągają duże zainteresowanie okolicznej ludności. Spojrzała na niego spod uniesionych brwi.
- Niszczę. Ile jestem w stanie. - zapewniła, krzyżując ręce na piersiach, przez co jej idealne kształty zostały podkreślone w znaczący sposób. - Wzbudzasz zainteresowanie. - powiedziała powoli, z ciężkim westchnięciem i pokręciła głową. - Co nie do końca mi się podoba. Uważam, że powinieneś być cieniem. Wtedy ja będę mogła być Twoim światłem. Im ja będę świecić jaśniej, tym Ty będziesz skuteczniejszym cieniem. - uśmiechnęła się lekko. Wiedziała, że irytowało go to, że budziła sensację w każdej wiosce czy mieścinie, w jakiej się nie znalazła, ale nie robiła tego tylko z powodów swojej próżności. Była przekonana, że aby być skutecznymi, musieli działać na różnych płaszczyznach. I faktycznie, im ona była bardziej rozpoznawalna, tym Vein mógł z mniejszymi obawami działać w swoich kwestiach. Nie był to może schemat idealny, ale dziewczyna była pewna, że ich strategia będzie przynosić po jakimś czasie wymierne korzyści.
Czerwonowłosa westchnęła, słysząc ton chłopaka. Miała ochotę go przytulić, pogłaskać po głowie, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Że wszystkich ich zabiją. Że smoki wreszcie będą mieć należne im miejsce pełne szacunku i chwały. Ale nie zrobiła tego. Nie poruszyła się nawet o centymetr, opuściła jedynie ręce wzdłuż tułowia. Spróbowała się uśmiechnąć, ale po chwili tylko się skrzywiła.
- Nauczą. Strach jest najlepszym nauczycielem. A my jesteśmy jego głosicielami, Vein. Jesteś królem Strachu, władcą Lodu, potomkiem Smoków! Ci, którzy zginą... widocznie nie byli godni nowego świata. Lecz ci, którzy pozostaną... będą już uświadomieni. - jej oczy błyszczały na samą myśl tej wizji, całkowicie nie przejmując się chłodem jego głosu. Opanowała się jednak trochę, a na jej twarzy zagościła niechciana powaga.
- W porządku. Na razie tylko się rozejrzymy. Mogę sprawdzić wioskę i jej okolicę, jeśli chcesz. - powiedziała, a jej tęczówki rozjarzyły się na moment jasnoniebieskim obrysem. Jeśli byłyby gdzieś tu małe armie lub ukryte zasoby broni, smocze dziecię od razu by o tym wiedziało. Było to jednak niebezpieczne same w sobie, ponieważ ktoś mógł ją złapać na szpiegowaniu. A wtedy już musiałaby zabić tą osobę... Zatem wolała z tym poczekać na decyzję Veina. Nie wiedziała czemu, ale w takich sprawach oddawała mu większą część władzy. Jeśli zgadzał jej się z jej koncepcjami, rzecz jasna. Zmrużyła oczy i odwróciła trochę głowę, słysząc jego kolejne słowa. Docierały do niej z zaskakującą siłą i brutalnością. Czasem ją przerażał, choć w życiu by się do tego nie przyznała. Za tym strachem czaiła się w końcu chęć rywalizacji, walki i podniecenia. Vin w ogóle nie rozumiała istoty tych uczuć. - Pewnie masz rację. Jeśli tam będą, raczej sami się do mnie zgłoszą po pomoc z rannymi, nie sądzisz? - skrzywiła się ponownie, odruchowo dotykając sakiewki z metalowymi kulkami. Parsknęła bezgłośnie, kiedy usłyszała kolejne zdanie. - Bohaterowie? Oh, nie mogę się ich doczekać. - uśmiechnęła się promiennie, widząc upiorny uśmiech białowłosego. Sprawił, że jej serce zaczęło bić mocniej. Uwielbiała go w takim stanie.
- Zawsze Ci będę to wypominać. Z dwóch powodów. Po pierwsze, to były moje truposze. Po drugie, cóż, jestem kobietą... - wzruszyła ramionami, jakby to było oczywiste. Widziała żywą radość w jego oczach, choć reszta jego ciała nie okazywała żadnych uczuć. Jak on to robił? - Ale tutaj powinniśmy być w miarę ostrożni. I jestem pewna, ze jesteś tego świadomy. Wyrżnięcie tej wiochy niech będzie dla nas nagrodą za... hm, cierpliwość? - spytała, patrząc na niego spod uniesionych brwi. To zawsze ona miała z tym problemy, nie znosiła czekać. Coś jej jednak mówiło, że tym razem Veina ciężko będzie powstrzymać przed zabiciem kogoś, jeśli ten się na niego chociażby krzywo spojrzy. Cholera, nie umiała go rozgryźć, ani trochę. Zaśmiała się jednak, widząc jego wzburzenie. - Co nie przeszkadzało Ci w zabiciu kilku samotnych podróżników, kupców, czy kim-tam-oni-byli... - przewróciła oczkami. Musnęła palcem odsłoniętą wcześniej szyjkę. Dalej nie mogła się przyzwyczaić, że jego to nie ruszało.
- Mogę mieć ich tysiące, jeśli zechcę. Albo ich zażądam, albo sama je zrobię. - fuknęła, trzymając rodzącą się w niej irytację, na widok jego głupiego szczerzenia się, na wodzy. Właściwie czemu nie miałaby zająć się fałszowaniem monet? To nie było aż takie głupie. Tylko nudne. - Oh? Oddałbyś mnie w ręce jakiegoś podstarzałego, zboczonego i zidiociałego króla? - zmrużyła oczy gniewnie. - Liczyłam na chociażby słaby opór z Twojej strony. - dodała z ewidentnym fochem, ale jednocześnie prostoduszną, uroczą szczerością. Nie mogła powstrzymać jadowitego uśmieszku, na jego słowa o poruszeniu, jakie mogłaby wywołać. - Znaczące. To pewnie były skandal na skalę światową. Dopóki inni królowie by mnie nie ujrzeli, rzecz jasna. - uśmiechnęła się z samozadowoleniem. Nie wiedziała, czy Vein faktycznie nie był zazdrosny czy po prostu nie obchodziło go co robi z innymi ludźmi. Bardzo rzadko o tym rozmawiali, a i tak były to raczej ogólne raporty czy streszczenia. Nie miała pojęcia o tym myśleć. Tak naprawdę, to nie umiała określić kim dla niego jest. Ani kim on jest dla niej.
Uśmiechnęła się zwycięsko, kiedy białowłosy zmarszczył brwi. Widziała, że zapach do niego dotarł. Lubiła sprawiać mu taką przyjemność. W jakiś pokrętny sposób wtedy sama także ją odczuwała. Przez chwilę stała tak, słysząc tylko bicie własnego serca. Otworzyła nagle szeroko oczy, patrząc na niego jakby zobaczyła go po raz pierwszy. Po chwili zorientowała się, że nie oddycha. Wyglądała na całkowicie zdezorientowaną i zagubioną. - Nie chcę Tobą manipulować. - powiedziała w końcu cicho, lecz w jej głosie czaiła się jakaś stalowa nutka. Jej oczy znów błysnęły wyzywająco. - Poza tym, księżniczki nie proszą. Tylko rozkazują. - poprawiła go subtelnie. - A ja chcę czuć Twoją własną wolę, a nie mój rozkaz, królu. - dodała, muskając palcem jego dolną wargę, zupełnie zafascynowana tylko tym jednym miejscem, zahipnotyzowana jego miękkością i bliskością. Odsunęła się powoli.
- E... - zlustrowała go wzrokiem od góry do dołu i z powrotem. - Nie wyglądasz. Ale to nie ma nic do rzeczy. - puściła mu oczko, niezrażona jego lodowanym tonem. - Wiem, że potrafisz się kontrolować, Vein. Inna sprawa, że nie wiem, czy chcesz się kontrolować... - wzruszyła ramionami, jakby to było oczywiste. Niestety, nie umiała przewidzieć jego chęci, niechęci, zachowań. Zawsze improwizowała, dostosowując się do aktualnego stanu swojego towarzysza. I do tej pory nie dość, że to działało, to miała wrażenie, że chłopak docenia jej elastyczność i dopasowanie do jego humoru.
Vin skinęła tylko głową, kiedy lodowy władca stwierdził, że ziołami czy narkotykami będą się martwić dopiero później. z lekkim zaskoczeniem stwierdziła, że jego aura była... ciepła, jak na jego standardy. Spojrzała się na niego z błyszczącą ciekawością w oczach. Stanęła jednak jak wryta, kiedy ujrzała jego prostującą się sylwetkę i wypiętą dumnie klatkę piersiową. Uśmiechnęła się ciepło, widząc jak przeczesuje dłonią włosy.
- A chciałbyś? - spytała od razu, powstrzymując rozbawienie. W sumie ciekawiła ją jego odpowiedź. Była jednak pewna, że nie będzie to poważna odpowiedź. W końcu jej pytanie było czysto hipotetyczne. Było bardziej żartem. Ale w każdym żarcie czai się ziarenko prawdy, a ona umiała je dojrzeć. Oh, Vein... był taki niewinny w jej oczach. Przysunęła się do niego, usilnie i natarczywie patrząc się w jego lodowate oczy. - Chcesz? - spytała, stojąc tak blisko, że niemal stykali się nosami. Oczywiście, gdyby dosięgała do jego nosa. Strzepnęła niedbale szron z ramion, nie zważając na chłód, który roztaczał wokół siebie. Był niczym w porównaniu z gorącem, jaki palił się wewnątrz Vin. Pozwalała, by widział jej pożądanie, ponieważ w ogóle go nie rozumiał, nie zdawał sobie sprawy czym tak naprawdę było. Miała wrażenie, że to uczciwe. W końcu odsunęła się od niego i zaczęła iść w kierunku wioski. Zatrzymała się jednak na moment, z delikatnym, kwitnącym i trochę nieśmiałym uśmiechem na twarzy. Które z tych uczuć było udawane? Każde? Żadne? Nie było opcji, żeby być pewnym.
- Spójrz w lustro, jeśli jesteś ciekawy mojego celu. - powiedziała zagadkowym głosem, którego powagę ciężko było określić.
Czuła, że się uśmiecha, chociaż tego nie widziała. Pozwoliła, by został przez chwilę sam na sam ze swoimi przemyśleniami. Oboje się nie rozumieli, choć jednocześnie znali się tak dobrze. Przyspieszyła kroku, widząc z oddali światła wioski. Zaczekała aż białowłosy do niej dołączy i przekroczyła bramy sioła.
- Więc? Co na początek? - spytała, raz jeszcze poprawiając rękawiczki, które i tak leżały na niej idealnie. Spojrzała na niego z dziką wesołością w oczach, która zmieniła się w profesjonalny uśmiech radosnej, dobrej uzdrowicielki, która nie odmówi nikomu pomocy. Bo w końcu ludzi tak łatwo oszukać.








13.12.2016, 19:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#27

No nie wiem, czy ludzie moc metalu postrzegali jako coś defensywnego. Pewnie - wśród ludzkich tworów - były pancerze, były tarcze i byłą cała masa rzeczy, które służyły do ochrony. Niemniej, takie zastosowanie powstało - a przynajmniej tak mi się wydaje - znacznie później, niż miecze, groty, topory. Po części dlatego, że pancerz z pewnością zrobić jest znacznie trudniej niż średniej jakości miecz. Po drugie zaś dlatego, że jeżeli nie ma przed czym bronić się pancerzem, nie ma powodu by go zakładać i tworzyć! Dlatego wydaje mi się, że ludzkość była w stanie docenić potęgę swobodnej władzy nad czymś, co formowane nawet ciężką pracą poświęcającego masę czasu kowala, potrafiło stanowić zagrożenie.
Machnął lekceważąco ręką. - Lawina też może być subtelna. Subtelnie zmienić krajobraz. - sprzeciwił się. - Bo przecież śmierć mieszkańców jakiejś górskiej wioski w wyniku lawiny nie jest czymś więcej, niż subtelną zmianą. - zawyrokował.
Uśmiechnął się łagodnie na jej pokaz rozpaczy. - W takim razie w porządku. - odpowiedział nie rozwodząc się nad nim.
Przekrzywił lekko głowę. Nie był przekonany, czy to prawda. Niszczyła tyle, ile miała ochotę niszczyć. Tyle, ile dawało jej satysfakcję. To zdecydowanie więcej, niż ktokolwiek inny, kogo mędrzec znał. Ale mniej, niż byłaby zdolna, gdyby oddała się temu w pełni. Niemniej, Vein lubił ją. Taką, jaką była. Beztroską, radosną, żywą.
Ponownie uniósł brwi. Nie rozumiał jej westchnięcia i kręcenia głową. Nie dbał o zainteresowanie, które wzbudzał, dziewczyna zaś wydawała się nim przejmować. Vein nie do końca zgadzał się z jej ideą. W małej, pozbawionej znaczenia perspektywie jednej ludzkiej osady, miała całkowitą rację. Jeżeli ona ściągała uwagę, on mógł działać swobodnie. Mordować, przesłuchiwać, kraść, bawić się ludźmi, niszczyć, szukać... Wszystko co w zasadzie chciał. Jednak jeżeli nawet Vein pozostanie w cieniu - jeżeli nikt go nie zapamięta, jak długo pozostaną żywi ludzie świadomi, że wszystkie tajemnicze tragedie wydarzyły się akurat wtedy, gdy Vin była w ich wiosce, będą mogli wspomnieć o tym. Mówić, że nie zorientowali się od razu, bo do ich wioski przyjechała piękna zielarka. A jeżeli okaże się, że pięciu ludzi z różnych miejsc świata nie było dość czujnych bo rozpraszała ich piękna czerwonowłosa dziewczyna, odnalezienie jej gdy będzie ”światłem” to coś banalnego.
Ludzkość była krótkowzroczna, głupia. Niemniej, Vein nie miał wątpliwości, że zdarzają się wyjątki, które mogą szukać szerszej perspektywy. A tam ich duet świeciłby jak wielki banner reklamowy.
- Nie zamierzam się ukrywać, Vin. - odpowiedział łagodnie. - Po swoich... rozbłyskach zamierzam sprzątać tych, którzy mogliby przekazać o nich wieści... dopóki nie zyskamy dość siły niemniej... - przerwa. - nie jestem stworzony by działać w cieniu, w ukryciu. Znasz mnie przecież. Wiesz do czego może doprowadzić... ten zapach. Ta żądza. - uśmiechnął się upiornie.
- Bez wpadania w paranoję, księżniczko. Sprawdzaj miejsca, do których się udamy. Podejrzane lub ludne. Nie ma potrzeby przeszukiwać całej wioski bez żadnych poszlak ku temu. Jeżeli coś się zmieni, bądź pewna - poproszę. - odpowiedział na jej propozycję. Nie zastanawiał się nad tym, dlaczego pozostawiała mu decyzję. Robiła tak od zawsze. A on od zawsze to akceptował. To było naturalne. W zasadzie nie miał okazji spotkać się z czym innym - jeżeli nie liczyć Arghavira, który był smokiem, to naturalne, że zawsze decydował sam o sobie a Vein musiał brać go sposobem. Prawdopodobnie zacznie się nad tym zastanawiać dopiero wtedy, gdy spotka się z kimś o odmiennym nastawieniu, kto nie będzie reprezentował bezwartościowych ludzi.
Zaśmiał się serdecznie na jej uwagę, że powinni być w miarę ostrożni. To było tak bardzo absurdalne określenie. Koniec końców oboje trzymali się zasad ostrożności praktycznie nieustannie. I oboje całkowicie ją porzucali, gdy dawali się ponieść. Żadne nie potrafiło tego kontrolować. Byli niedojrzałymi dzieciakami zachłyśniętymi własną wyższością. Stwierdzenie bądź ostrożny, stanowiło więc coś... pomiędzy oczywistością a żartem.
Strategicznie przemilczał wypowiedź o napotkanych podróżnych. Naprawdę, robiła z niego jakiegoś potwora!
Spojrzał na nią całkowicie nie rozumiejąc. - "Podstarzały, zboczony i zidiociały" - naprawdę powinienem się przejąć? To tylko człowiek. - powtórzył a jego aura raz jeszcze stała się mroźna. Podszedł do niej tak blisko jak się dało i delikatnym, choć zdecydowanym ruchem dłoni ujął jej policzek i skierował twarz w swoją stronę. Ich oczy dzieliły centymetry - ślepia mędrca rozszerzyły się nienaturalnie łapiąc ostrość. - Nie oddałbym Cię, Vin. Na pewno nie bez sprzeciwu. Nikomu, kto ma znaczenie. - powiedział twardo patrząc w jej ślepia. Krótką chwilę wahał się. Zmrużył oczy, wciąż jednak obserwując ja spod półprzymkniętych powiek jasnobłękitnymi punkcikami. Później zaś, pokonał dzielące ich twarze centymetry zniżając do niej głowę, i złożył na jej ustach krótki, delikatny pocałunek. Nie był namiętny, nie był intensywny. Miękki, ulotny, chłodny. Jakby na jej usta spadł topniejący płatek śniegu. I oddalił się od niej. Nie tylko od jej twarzy - od całej dziewczyny. O krok. Nie pozwalając, by dała się porwać uderzeniu namiętności, tak jak on dawał się porwać żądzy mordu na subtelny zapach krwi ofiary. - Sercem masz być ze mną, Vin. I z naszą sprawą. - w jego głosie pojawiło się nieczęsto słyszalne przez nią żądanie. Był władczy, pełen pewności, że w tej kwestii nikt nie będzie podejmował dyskusji. I Vein nie miał pojęcia jak miałby się zachować, gdyby zaoponowała. - Ci zaś, którymi bawisz się doprowadzając do śmierci ich ciała lub umysły, nie mają żadnego znaczenia. - zakończył, zaś jego oczy obserwowały ją czujnie.
- Wtedy? - zapytał nie rozumiejąc, że dziewczyna wcale nie mówiła o hipotetycznej sytuacji w której ją kochał, a o jego aktualnych pragnieniach. - Bez cienia wątpliwości. Najbardziej na świecie. - łagodny uśmiech.
- Byłaś głodna. - odpowiedział na jej pytanie. Oni zaś przekroczyli punkt, w którym zagajnik stawał się wioską.
Gracz opuścił wątek








13.12.2016, 19:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#28

Metal sam w sobie w oczywisty sposób mógł być uważany zarówno za twór ofensywny, jak i defensywny, co było już czystą inwencją władających nim dłoni. Vin zgodziłaby się nawet ze stwierdzeniem, że faktycznie różne stopy metalu były łatwiejsze w kształtowaniu różnego rodzaju broni niż rzeczy, które mogłyby służyć do obrony. Tutaj jednak kryła się subtelna różnica pomiędzy metalem a Metalem. Ten drugi, potężna magia, która opierała się na owej pochodnej, mogła pozwalać na wiele, wiele więcej niż samo tworzenie. Magia Vin była delikatna, a jednak zabójcza. Nie zwracała na siebie uwagi, dopóki nie została użyta w sposób gwałtowny i na większą skalę. Czerwonowłosa mogłaby zabijać nie używając ostrzy. Mogłaby zabijać, nie mając przy sobie czegokolwiek bardziej groźnego od zwyczajnej monety. Jej wystarczyła więź, którą otrzymała wraz ze swoim smoczym dziedzictwem. Ona jej strzegła, podobnie jak Derhk'ela.
Piękna dziewczyna popatrzyła na białowłosego jakby ten miał nie więcej niż pięć lat. Uniosła brew i pokręciła głową, ale na jej twarzy malował się niewielki, powstrzymywany uśmieszek.
- Nie uważam tego w dalszym ciągu za subtelną zmianę. - przewróciła oczkami. - Za nic nie znaczącą? Owszem. Ale za subtelną...? - zmarszczyła brwi. Nie bolałaby jej ani trochę śmierć mieszkańców jakiejś górskiej wioski, ale widziała różne pasma górskie przed, i po lawinie. Vein, niezależnie od tego jak bardzo by jej nie przekonywał, nie wmówi jej, że lawina przynosi subtelne zmiany. - Widziałeś kiedyś lawinę w ogóle? - zmrużyła swoje stalowe oczy, nie wiedząc już czy się z niego śmiać, czy załamywać.
Władca Lodu znał ją zbyt dobrze. Dziewczyna nigdy nie rozwodziła się nad swoimi podbojami ludzkich serc, ponieważ każde z nich wkrótce przestawało bić. Nie miała żadnych oporów, nie czuła wyrzutów sumienia, nie było jej z tym w jakikolwiek sposób źle. Ale faktycznie, robiła to w miarę na ograniczoną skalę, nie starała się by liczba jej ofiar ulegała jakiemuś drastycznemu wzrostowi. Po prostu wiedziała, że gdyby teraz dała się ponieść, nawet Vein miałby problemy z powstrzymaniem jej przed wpadnięciem w trans zabijania. Bardziej prawdopodobne, że sam też by w niego wpadł. Z tego powodu Vin z całą swoją siłą woli starała się niszczyć wspomniane serca w ilości zaspokajającej jej sadyzm, ale nie pobudzającej żywej i gorącej żądzy krwi.
- Vein. - powiedziała twardo, stal niemal zazgrzytała w jej głosie. Pomiędzy jej palcami znajdowały się trzy metalowe kulki, które zazwyczaj nosiła przy sobie w sakiewce. Wpatrywała się w niego spokojnie, ale zdecydowanie, bacznie lustrując każdy z jego ruchów, uważnie wsłuchując się w jego słowa. Znała ten łagodny ton. Nigdy nie znaczył nic dobrego. Westchnęła z pobłażaniem, kiedy uśmiechnął się upiornie. Takiego już go znała. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że wpadnie w szał przez samo mówienie o swojej żądzy. Nie byłby to pierwszy raz. Zbyt dobrze znała to uczucie, żeby je zignorować. Przeczesała dłonią włosy i schowała kulki do sakiewki. - Wiem do czego może doprowadzić. Już myślałam... że zamierzasz zignorować nasz cel na rzecz tych ścierw. Chyba robię się przewrażliwiona... - spojrzała w bok, na coraz rzadziej rosnące drzewa. Byli już niedaleko granicy z wioską.
- Plotki jasno wskazywały to miejsce. Nie uważam tego za paranoję. - fuknęła, wzruszając ramionami. Magia w niej buzowała, szukając wreszcie ujścia, którego jednak nie znalazła. Uśmiechnęła się jednak z wyraźnym wymuszeniem. W dalszym ciągu był to piękny, powalający uśmiech. - Ale jeśli wolisz, sprawdzę je, gdy będziemy pewni. I zaczekam na Twoją prośbę. - zmrużyła oczka i odwróciła się od niego, falując włosami na wietrze i ponętnie stawiając kroki, by jej biodra czyniły lepsze sztuczki niż wahadło hipnotyzera.
Słysząc jego kolejne słowa, delikatnie zmarszczyła brwi i obróciła głowę, by widzieć go kątem oka. Zatrzymała się, czując wręcz nienormalnie zimną aurę, którą emanował. Patrzyła, kiedy podchodził do niej szybkim, zdecydowanym, władczym krokiem. Jej źrenice rozszerzyły się znacznie, kiedy ujął jej policzek. Przełknęła głośno ślinę, po raz pierwszy od dawna, nie wiedząc co powiedzieć. Nie rozumiała go, a przynajmniej nie była w stanie zrozumieć powagi jego słów. Nie wiedziała czy to ma znaczenie. Czy to były jego prawdziwe myśli. Wiedziała, że to odbija się w jej oczach, ale nie umiała tego ukryć. Uśmiechnęła się słabo, kącikiem ust, kiedy do jej uszy dotarły słowa nikomu, kto ma znaczenie. Uciekła wzrokiem w bok, nie mogąc znieść jego palącego spojrzenia. Przecież była świadoma tego, że jest narzędziem. Cennym i niebezpiecznym. Koniecznym do realizacji celu. Vein nie pozwoliłby nikomu znaczącemu coś w tym świecie przejąć pieczy nad jej zdolnościami. Nie mogła inaczej odbierać jego słów, było to dla niej jedyne logiczne brzmienie. Dalej trzymał delikatnie jej policzek. Jego palce zaplątały się w kilka kosmyków jej cudnych włosów. Spojrzała w końcu na niego i w tym samym momencie poczuła jego wargi na swoich. Nie był to natarczywy pocałunek jakiegoś przekonanego o swej wielkości panicza, nie był to całus onieśmielonego nią kupca, nie był to agresywny buziak rycerza... to było coś, miękkiego, miłego, chłodnego. Ten dotyk rozpoznałaby wszędzie i zawsze, był jej tak znany, choć tak obcy. Faktycznie, był dla niej jak topniejący płatek śniegu na wargach. Odsunął się od niej, a Vin nie wiedziała czy bardziej chce go w tej chwili zabić w sposób szybki czy powolny. Jej oczy zaszkliły się od ledwo wstrzymywanej wściekłości. I coraz bardziej obejmującego ją smutku. Stała tak, nieruchomo, patrząc się na niego i oddychając spokojnie. Nie czuła pożądania, którego się obawiał.
- Dlaczego? - spytała tylko, cicho, ze zrezygnowanym uśmiechem. Wyglądała, jakby była po ciężkiej walce; zmęczona, pozbawiona sił. Ale w jej umyśle toczyła się jedna z najbardziej zawziętych walk w jej życiu. Zabić go? Czy rozkochać i zabić? Czy rozkochać, porzucić i zabić? Najbardziej złościło ją to, że faktycznie go kochała. Podniosła ku niemu swoje śliczne oczy. - Pogrywasz ze mną? - zmrużyła je niebezpiecznie. Miała ochotę się rozpłakać. Odwróciła się od niego i zamknęła oczy. Musiała się doprowadzić do stanu względnej równowagi zanim do niej podejdzie. Skupiła się na zmyśle słuchu, wyciszając wszystkie swoje emocje. Wyżyje się na którymś z wieśniaków.
-Masz? Czy Ty próbujesz mi coś rozkazać? - wyraźnie słyszała jego żądanie, ale popatrzyła na Veina jedynie spod uniesionych brwi, rozciągając usta w ponętnym uśmiechu. On chyba nie był do końca świadomy tego, że z takim tonem niewiele zdziała z czerwonowłosą. - Jestem z Tobą, bo tego chcę. A nie, bo się Ciebie boję. I jeśli będę chciała, to odejdę. - jej spojrzenie nabrało wściekłej intensywności. Chyba żadna kobieta nie byłaby zachwycona, gdyby mężczyzna, do którego żywi silne uczucia, traktował ją tak odgórnie. - Powtórzę się zatem, Vein. Moje serce wybrało sobie najbardziej powalonego Mędrca tego świata, więc nie pogrywaj ze mną w taki sposób. Bo przestaję Cię rozumieć. Albo sobie wymyślam, co jest jeszcze gorsze. Dla Ciebie, rzecz jasna. - w jej głowie cały świat przewracał się do góry nogami, miała taki mętlik, że myślała, że za chwilę upadnie. Nie dała jednak tego pokazać po sobie ani trochę. Uśmiechnęła się słabo, widząc, że obserwuje ją czujnie. Ah, więc teraz tak to będzie wyglądać..? ~ pomyślała z żalem. Wzniosła oczy ku niebu i machnęła lekceważąco ręką.
- Oczywiście, że nie mają. W końcu to tylko ludzie. I tak mają szczęście, że przed śmiercią mogą mnie dotknąć czy poczuć w jakikolwiek inny sposób. - potwierdziła, choć jej słowa były przepełnione jadem.
Byłaś i jesteś narzędziem. Bronią. Pamiętaj o tym. Też nie masz żadnego znaczenia. Po prostu jesteś potężnym, zabójczym narzędziem.
Zacisnęła szczęki, ale uśmiechnęła się słodko. Jej oczy były jednak niczym dwie metalowe płytki. Nic nie dało się z nich wyczytać, co pewnie samo w sobie mówiło wiele o nastroju Vin. Nie zareagowała na jego słowa, że gdyby był w niej zakochany, to chciałby pójść z nią na randkę. Nie była pewna, czy naprawdę nie zrozumiał jej pytania czy udawał to niezrozumienie. Po prostu zbyła to puszczeniem do niego oczka.
- A więc karczma... - rzuciła lekko, przekraczając granicę wioski.

Gracz opuścił wątek








13.12.2016, 19:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj

PRZEDMIOT

Kliknij w obrazek


Zagajnik
#29

Chichi zbudziła się nagle z sennego koszmaru. Czuła, jak poruszone nim serce bije niemal dwukrotnie szybciej, niż zazwyczaj. Pod jej powiekami wciąż odbijał się blask błyskawic, tak bardzo przez nią znienawidzonych. Jednocześnie zaczęła odczuwać skutki spędzonej na dworze nocy. Jej ciałem co jakiś czas szarpały dreszcze, a głowa wydawała się być dziwnie ciężka i obolała. Uniosła dłoń, delikatnie dotykając rany na głowie, jednak nie była ona na tyle głęboka, aby powodować u niej aż tak ostre objawy. Mistyczka przymknęła delikatnie powieki, wsłuchując się w odgłosy budzącego się życia. Wiedziała już, że najpewniej jest przeziębiona.
Po krótkiej chwili, w której Czarnowłosa próbowała dojść do siebie, usłyszała w pobliżu dziwne dźwięki. Jej intuicja podpowiadała jej, że nie jest już sama. Ostrożnie, tak, aby nie wydać żadnego dźwięki, Łowczyni zaczęła poszukiwać źródła hałasu, wyglądając poza gałęzie. Po chwili jej wzrok padł na warchlaka, który jakby nigdy nic rozrzucał po lesie jej rzeczy, starając się najpewniej dokopać do schowanego w plecaku prowiantu, radośnie przy tym pochrumkując. Czarnowłosa mrugnęła kilka razy oczami, zarówno z powodu zaskoczenia, jak i niedowierzenia. Jakaś świnia właśnie zjadała jej zapasy.
Po paru sekundach Mistyczka uśmiechnęła się do siebie, ponieważ w końcu miała okazję, aby pozbawić życia coś żywego, a nie jedynie ścianę w podrzędnym barze. Skrzywiła się nieco na wspomnienie kufla uderzającego o jej głowę.
Chichi wyciągnęła zdrową rękę po łuk, a następnie strzałę. Czuła, jak wszechobecna mżawka osiada kroplami na jej ciele, oziębiając i tak już zdrętwiałe ciało. Zgięła i wyprostowała kilka razy palce, aby odzyskać w nich pełną sprawność.
Zdawała sobie sprawę, że wystrzelenie strzały z ranną ręką może nie być proste, jednak musiała spróbować. Ułożyła się wygodniej na gałęzi, po czym założyła strzałę i zaczęła celować w warchlaka. Nie czuła niemal żadnych podmuchów wiatru, co oznaczało, iż nie musi brać na niego poprawki przy obieraniu toru lotu strzały. Jedyne, co trzeba było uwzględnić, to mżawka.
Oddychając spokojnie, założyła strzałę na cięciwę, zagryzła zęby, aby wytrzymać jakoś ból, po czym naciągnęła linkę, dokładnie wycelowała i wypuściła strzałę w stronę zwierza...
27.03.2017, 17:44
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#30

STRAŻNIK
Miejsce: Miasteczko Grimssdel/
Zagajnik
Pogoda: Świt. Mżawka, bezwietrznie.
Ciężki poranek

iedy niemalże wszystkie poprawki zostały wzięte, kiedy ból w ręce został zanegowany, kiedy czarnowłosa ChiChi była już gotowa posłała strzałę, która ze świstem przebiła się przez powietrze. Choć odległość była naprawdę mała, to w ostatniej chwili, tuż przed wypuszczeniem strzały, fala gorąca uderzyła w głowę Mistyczki, powodując w decydującym momencie zawahanie. Strzała jednak trafiła... Niestety, nie był to jeden z witalnych punktów, w który zapewne celowała Mistyczka.

Głośny kwik przeszył ten cichy z natury zagajnik. Sporych rozmiarów warchlak ruszył bez opamiętania przed siebie, w kierunku północnym, kwicząc wniebogłosy z racji swojej szkody, jeszcze przez chwilę ignorując fakt, posiadania strzały głęboko wbitej w udziec. Minęło parę sekund i zwierzę zniknęło już z zasięgu widzenia, nie pozostawiając czasu młodej Mistyczce na reakcję. Zamiast swojego martwego celu, Czarnowłosa ujrzała krwiste ślady na drodze, którą uciekało ranione zwierzę...




Jeśli zechcesz podążyć za tym biednym, ranionym zwierzątkiem. Przy końcu następnego posta, daj informację, że schodzisz  z tematu, bowiem to będzie moment w, którym stopniowo zaczniesz zbliżać się do Peryferii Valen, pamiętaj jednak, że ten obszar jest dosyć rozległy, a Ty nie będziesz szła głównym traktem, więc znalezienie swojego uprzedniego celu, jeszcze Ci trochę zajmie.

Jak się będziesz nudzić, jeśli zdarzyłoby się, że nie odpisuję, możesz wypełnić i znaleźć sobie sygnaturę. (oczywiście opcjonalnie) Sygnatura, to jest to co mam pod każdym odpisem, z innym obrazkiem i dodatkowym tekstem. Aby dodać, poszukaj w panelu użytkownika i oczywiście sprawdź, czy spełnia wymagania. Zobacz też, jak mają inni użytkownicy.


Pozdrawiam
Dobry Kuzyn MEST



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






02.04.2017, 11:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna