Zagajnik
#31

Chichi poczuła, jak tuż przed wystrzałem fala gorąca uderza w jej ciało, przez co strzał nie był tak precyzyjny, jak sobie wymarzyła. Strzała trafiła warchlaka w udziec, a ten zakwiczał głośno i uciekł. Mistyczka klęła cicho pod nosem obserwując, jak w dość szybkim jak na ranne zwierzę tempie ucieka jej obiad. Po chwili po świniaku pozostały jedynie ślady krwi na ziemi.
Czarnowłosa westchnęła cicho. Uznała, iż nie jest w wystarczającej formie, aby gonić za świniakiem. Nie wiedziała, na ile jego rana jest poważna i jak długo byłby w stanie biec. Sama też nie była w najlepszym stanie fizycznym.
Chichi odwiązała się od drzewa, po czym powoli zaczęła z niego schodzić. Starała się jak najmniej obciążać ranną rękę, co nie zawsze było proste, gdyż kora drzewa była wilgotna i śliska. Gdy w końcu stanęła na ziemi, rozprostowała zdrętwiałe ciało i szybko wykonała kilka rozciągających ćwiczeń. Wokół niej świat coraz bardziej budził się do życia po ciężkiej nocy. Rośliny unosiły swe wcześniej przytłoczone ciężarem wody liście w stronę słońca, a ptaki śpiewem oznajmiały nadejście kolejnego dnia. Mistyczka nie dzieliła jednak ich radości. Czuła, że choroba zdecydowanie osłabia jej zdolności, biorąc pod uwagę fakt, iż chybiła strzelając do dzika z tak bliskiej odległości.
Czarnowłosa przyjrzała się sobie dokładnie i uznała, iż znajduje się w stanie opłakanym. Błoto, w które została wrzucona poprzedniego dnia poprzylepiało się miejscami do jej skóry, brudząc również sukienkę. Jej rzeczy w większości były porozrzucane po ziemi, co było zasługą warchlaka, na ręce były ślady zaschniętej krwi, tak samo w jej włosach.
Chichi zdjęła ubrudzoną suknię, wcześniej rozglądając się dookoła, czy na pewno nikt jej teraz nie obserwuje. Na jej drobnym ciele od razu pojawiła się gęsia skórka. Czarnowłosa wystawiła twarz w stronę mżawki, gdyż ta delikatnie chłodziła jej rozgrzaną gorączką twarz. Dziewczyna delikatnie pościągała z swych rąk, piersi i nóg zaschnięte strupy błota, następnie wylała na dłoń odrobinę wody z bukłaka, aby przetrzeć sobie nią twarz.
Po powierzchownym umyciu się, Mistyczka założyła spodnie, koszulkę oraz ciepły sweter, pod koniec narzucając na to swą podróżną pelerynę. Pozbierała swoje rzeczy, układając je na powrót w plecaku i przeklinając wszelki świński gatunek tego świata. Zjadła kawałek bochenka chleba, który ostał się przed warchlakiem, a następnie zarzuciła plecak na plecy.
Postanowiła już, iż najlepszym dla niej wyjściem będzie udanie się w stronę jeziora Grimssdel. Wiedziała, że można znaleźć tam roślinę nye, która mogłaby uratować ją przed gorączką. Przy okazji może spotka jakiegoś rybaka, od którego uda się odkupić jakąś rybę na obiad.

Chichi zbliżała się powoli do jeziora. Czuła, jak zmienił się wiatr i niesiony przez niego zapach. Wędrówka, mimo, iż nie była aż tak daleka, nieco nadwyrężyła jej siły. Oczom Mistyczki ukazała się ogromna tafla wody, która odbijała delikatnie światło dnia. Chichi czuła bijącą od jeziora potęgę i tajemniczość. Znała legendy o tych wodach i wiedziała, że nie jest warto się w nie zapuszczać.
Gdy Czarnowłosa zbliżała się do jeziora, zauważyła dwie postacie. Jeden starzec, przygarbiony i niższy od swego towarzysza łowił ryby. Obok niego stał młodzieniec. Mistyczka zaczęła powoli zbliżać się w ich stronę, bacznie ich obserwując oraz trzymając rękę blisko noża, na wypadek ataku.

Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.04.2017, 15:04 przez Chichi.)

02.04.2017, 14:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#32

Była niczym cień. Jej kroki były bezgłośne. Jej zapach był niewyczuwalny. Oczywiście, dla śmiertelnego oka, ucha i nosa. Vin instynktownie poruszała się w ten sposób, nie chcąc zwracać na siebie nawet uwagi leśnej zwierzyny, która normalnie uciekałaby przed nią w szaleńczym szale przerażenia. Jej oczy też kryły cienie, których nie umiała się pozbyć. Nie podobało jej się odejście Mesta, było w nim zbyt wiele niewiadomych. Nie lubiła niedoinformowania. Z drugiej strony nie mogła narzucić swojej woli Smoczemu Dziecku, które miało swoje zadanie do wykonania. Szczególnie, gdy zaoferował swoją moc w przyszłości. Musiała działać rozważnie... aghrr, jak ona tego nie znosiła! Stanęła jak wryta, a z jej ust wydarł się nieludzki, pełen wściekłości krzyk, który przerodził się w głuchy warkot... Jej klatka piersiowa unosiła się teraz szybko, a oczy lustrowały otoczenie w poszukiwaniu czegokolwiek, kogokolwiek. Zacisnęła szczęki, a jej spojrzenie wypełniło szaleństwo. Stalowy błękit niemal jarzył się w ciemnościach. Vin wydłużyła swoje pazury, które następnie wzmocniła magią. Szukała długo, w nieruchomej ciszy, ale wszelkie oznaki życia zamilkły, zupełnie jakby wystraszyły się jej dzikiej arogancji. Kilka sekund wytężonego nasłuchiwania sprawiło, że Vin wróciła poniekąd jasność myślenia. Rozejrzała się niepewnie, a potem spojrzała za siebie. Dalej oddychała ciężko. Tym razem nawet nie zauważyła jak straciła nad sobą panowanie...
Spojrzała na swoje szpony z niesmakiem i przywróciła je do normalnej długości. Straciła z oczu główny cel ich wyprawy. Narzuciła kaptur na głowę i ruszyła w stronę rynku, dalej ściskając w zaciśniętej pięści włosy Mesta.








19.08.2017, 18:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#33

Jeżeli ona była cieniem, Vein był lodowcem. Niezmiennie wysoki i roztaczający mroźną aurę, za którą wielu (w tym ja) dałoby wiele, byleby tylko sprowadziła na nich błogosławieństwo ochrony przed upałami. Po dosyć długim transie, w jaki popadł próbując doprowadzić swoje emocje i myśli do porządku, nie tylko stracił poczucie czasu, ale i oboje smoczych towarzyszy. Mest - jak wywnioskował ze śladów na klamce jego pokoju - albo był niewiarygodnie niezdarnym dzieckiem smoków, albo próbował zostawić im ślady w postaci krwi, niczym w jakimś tanim dramacie. Vin najprawdopodobniej podążyła za nim.
Z jednej strony Vein był jej wdzięczny, że pozostawiła go samego na dość długo, by zdołał się opanować i wrócić do siebie, z drugiej jednak, cóż... mogłaby dać znać, że wyrusza. Nie, ludzki posłaniec się nie liczy.
Vein wyruszając nie miał wyraźnych śladów, za którymi mógłby podążyć. Ten jeden raz zbyt długo ociągał się z działaniem, przez co kierunek który obrał był tylko orientacyjny. Nie przejmował się tym jednak. Nawet, jeżeli on z wyraźną niechęcią musiałby pytać tych bezwartościowych ludzi czy nie widzieli pięknej, krwistowłosej zielarki... o tyle ona, gdyby zechciała, najpewniej znalazła by go bez trudu, zaganiając do poszukiwań całe wioski w odpłacie za jej uśmiech.
Zostawił te rozważania, z wyraźną rezerwą wracając myślami do ich nowego brata. Mest - cóż miało znaczyć jego poranne opuszczenie grupy? Czy zamierzał ich sprawdzić? Czy też chciał ich wywieźć w pole i popełnić największy błąd w swoim życiu zwracając się przeciw tym ze swego rodzaju? A może faktycznie "coś mu wypadło"? Vein zacisnął mocno swoje nierówne zęby. Jeżeli coś mu wypadło - powinien ich o tym poinformować!

Krzyk, dziki, głośny, przeszywający duszę. Grymas na twarzy lodowego władcy zmienił się na pełen satysfakcji uśmieszek. Widać nie tylko on tracił ostatnio kontrolę!
Nie biegł w kierunku dźwięku. Nie skradał się próbując ją zaskoczyć. Poruszał się jednak zdecydowanym, równym krokiem. Cichym, jak to miał w zwyczaju, ale pewnym. Włosy miał rozczochrane, ubranie wymięte. Szedł prosto. Chłodne oczy gładko prześlizgnęły się pomiędzy drzewami łowiąc jej sylwetkę. Wtedy poczuł dziwny dreszcz. Zacisnął jedną z dłoni w pięść, ale nie zwolnił. W końcu stanął naprzeciw dziewczyny i przekrzywił głowę z wątpliwością.
- Musiałaś go zabić? - spytał wskazując na jej dłoń, a w jego głosie pojawiła się nuta rozbawienia.








19.08.2017, 18:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#34

Stalowooka rozmasowała sobie nasadę nosa, kciukiem i palcem wskazującym przesuwając nacisk na brwi. Jej spojrzenie było nieco zamglone, a z lewej strony głowy pulsował tępy ból. Będzie musiała przyrządzić sobie jakiś uśmierzający wywar, kiedy tylko wróci do gospody. Nie miała na to nastroju, ale wiedziała, że jeszcze jakiś czas muszą pozostać incognito. Znaczy, o tyle, o ile mogą pozostać anonimowi jako przepiękna uzdrowicielka i dziwny, roztaczający lodowatą aurę wokół siebie chłopak. W każdym razie, ból głowy tylko ułatwi jej porzucenie panowania nad sobą. Przede wszystkim z tego powodu, że pragnęła znów utracić tą kontrolę i odurzyć się tańcem śmierci i masakry. Przełknęła ślinę i odetchnęła głęboko. Cisza wokół niej była tak głęboka przez jej wcześniejszy krzyk czy tutaj po prostu życie zamarło?
Szybciej niż jakiekolwiek dźwięki, uderzyła w nią delikatna, mroźna fala. Zerknęła w dół, choć wiedziała, że ujrzy tam tylko delikatnie zaszronione ubranie, które z każdą chwilą stawało się coraz bielsze. Dziewczyna strzepnęła szron ruchem pełnym gracji i ruszyła przed siebie, nie do końca zadowolona ze spotkania z Veinem właśnie tutaj. Wolała zastać go w łóżku, najlepiej śpiącego i nieświadomego faktu, że Mest udał się w swoją stronę, całkowicie pomijając ich udział w swoim zadaniu. Do niej jednak należało zbieranie takich informacji, szukanie ich i uzupełnianie. Nie była pewna jak białowłosy zareaguje na dezercję Mesta. Warknęła głucho na jego widok, choć jego lodowate oczy obudziły w niej więcej niż tylko dzikie zwierzę. Była gotowa dla niego zabijać. Przeciwnik nie miał znaczenia, i tak by jej nie pokonał. Przepiękna smocza córa z satysfakcją przesunęła spojrzeniem po jego wymiętym ubraniu i poczochranych włosach. Oblizała usta, a jej wzrok stał się ostry niczym jej szpony jeszcze chwilę temu.
Zadarła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy, co zawsze ją tak bardzo irytowało. Nie użyła jednak magii, by i tym razem dodać sobie centymetrów. Przez chwilę jeszcze go obserwowała. Zaciśnięte pięści. Przekrzywioną głowę. Miała ochotę odsunąć się o krok, ale zamiast tego, zbliżyła się jeszcze bardziej, zupełnie ignorując chłód, który bił od niego.
- Jeszcze nie zdecydowałam czy go zabiję. - przyznała z niechęcią. Miała wrażenie, że włosy Mędrca palą ją w nagą dłoń. - Jeśli nas zdradzi, to już jest trupem. - dodała, całkowicie pewna swoich słów. Jeszcze nikt, kto miał umrzeć zabity jej własnymi dłońmi, nie uszedł z życiem. Vin była bardzo skrupulatna, by ludzie dowiadywali się o szczegółach kaźni takich ludzi. - Łaska należy jednak do Ciebie, mój królu. - dodała, pochylając lekko głowę. Jej włosy spłynęły na oba ramiona, odsłaniając jej biały, delikatny kark. Czerwonowłosa znów się wyprostowała, a w jej oczach błyszczała wieczna złośliwość. Interpretację jej słów, zostawiała już Venowi, jeśli miał ochotę się tym w ogóle przejmować.
Minęła go, ruszając przed siebie - w stronę wioski. Stąpała ostrożnie, ale szybko, zupełnie jakby każdy kamień, każda gałąź mogła okazać się niebezpiecznie jadowitą żmiją. Zerknęła przez ramię, a na jej cudnych ustach wykwitł zrodzony z okrucieństwa i ciekawości uśmiech.
- Było mi z Tobą lepiej niż przypuszczałam, Vein. - zaśmiała się krótko i przyspieszyła, a jej peleryna i włosy powiewały za nią w przyjemny dla oka sposób. Nie była pewna czy nie zaatakuje jej za te słowa, a nie chciała go zabijać. Tak, zdecydowanie lepiej będzie trochę mu uciec. Nie mogła się jednak pozbyć tego uśmiechu, za każdym razem gdy we wspomnieniach wracała do słabego ciepła jego silnego ciała.








19.08.2017, 19:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#35

Ten jeden raz Vein nie był pewien jak interpretować jej zbliżenie się. Ani co dokładnie znaczyła dla dziewczyny miniona noc. Czy przypadkiem, smocza księżniczka nie postanowi za normę uznać tego, co niegdyś było jedynie złośliwością i zapowiedzią wielkich zdarzeń?
Cóż, ciężko stwierdzić, ale przynajmniej w pierwszych krokach i zbliżeniu się do niego nie okazała zbyt dużej gorliwości. To dobrze. Widocznie miała w sobie nie tylko piękność, dzikość, rozmach... ale i odrobinę taktu i wyczucia.
- Myślisz, że "to" nie była zdrada? - zapytał poważnym, chłodnym głosem, w którym można było wyczuć coś na kształt niechęci wobec Mesta. Mogła to być jednak równie dobrze tylko prowokacja, mająca skłonić Vin do wypowiedzi. Koniec końców to ona za nim poleciała i jak widać - dogoniła. Czy jego argumenty trafiły do staloowokiej?
Dziewczyna przechyliła głowę, a jej włosy - jak zwykle z rozmysłem i premedytacją - zsunęły się na ramiona niemal w hipnotycznym ruchu. Vein poczuł suchość w ustach więc przełknął ślinę. - Chętnie wysłucham Twego głosu. - odpowiedział cicho, nieśpiesznym ruchem języka zwilżając także wargę. Uśmiechnął się rozluźniając dłoń. - Może okaże się rozsądny..? - dokończył obserwując jej reakcję. Biedny głupiec. Ona dawała mu fory, nie zaczynając wszystkiego od złośliwości, a on próbował to wszystko zniszczyć?
Minęła go idąc w stronę wioski. Vein zastanowił się co powinno być ich następnym celem. Koniec końców Mest odwiódł ich od wcześniejszych poszukiwań - czy powinni do nich wrócić?
Jej śmiech rozciął powietrze niczym nóż, jednak mędrzec zachował łagodny, spokojny wyraz twarzy. Spodziewał się komentarza. Wyczekiwał go. Może nie przewidział bezpośredniości, ale dała mu wystarczająco czasu, by nie dał się sprowokować. A poza tym... jej śmiech był przyjemny dla ucha.
- Znaczy się lepiej, niż "wcale"? - odparł po chwili milczenia. W żadnym razie nie miał wątpliwości, czy dziewczyna mogła uznać tą noc za udaną. Nie tylko ze względu na to, że w końcu osiągnęła cel. Ich wspólny czas był pełen intensywności, namiętności, żądzy, emocji i wszystkiego, co pozwalało poczuć życie. - Skoro tak, być może powinniśmy z tego zrobić symbol naszego sukcesu, Vin? - zapytał głosem zadziwiająco lodowatym, niemal nieprzyjemnym. Pierwotnie miało to brzmieć żartobliwie i lekko, ale ewidentnie mędrzec, nawet po długim czasie spędzonym w samotności, nie do końca sobie radził z sytuacją.








19.08.2017, 19:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#36

Miała wrażenie, że napiera na niewidzialny mur i przez chwilę zastanawiała się, czy Vein faktycznie nie stworzył jakiegoś lodowego szkła, które miałoby ją zatrzymać. By nie mogła się zbliżyć. By zachowała odległość. Okazało się jednak, że to nie był lodowy Mędrzec... tylko jej podświadomość. Otworzyła szerzej oczy, kiedy to sobie uświadomiła. Nie pozwoliła jednak Veinowi dojrzeć zaskoczenia w jej spojrzeniu, więc spojrzała w jego przeszywające oczy dopiero, kiedy uporała się z własnym niedowierzaniem. Skrzywiła się nieznacznie, co jednak ani trochę nie umniejszyło jej urody. Długa, poszarpana blizna zalśniła blado. Odetchnęła głębiej, zaciągając się jego zapachem. Czuła go cały czas na sobie, jednak czuła się dziwnie odizolowana od białowłosego, choć stał tuż przed nią.
Czerwonowłosa wzruszyła ramionami i stanęła bokiem do Veina. Oparła dłonie na biodrach i cmoknęła cicho, z irytacją. Kiedy znów spojrzała na chłopaka, trudno było odczytać jej spojrzenie, zbyt wiele rzeczy się w nim kłębiło, a dziwne, niespokojne cienie mąciły idealną szarość tęczówek.
- Prędzej nazwałabym to głupotą. - przyznała w końcu, wypuszczając z siebie powietrze. - Nie rozumiem jego chorej potrzeby do obnoszenia się z tajemnicami, ale nie wyczuwam od niego złych intencji. Nie chce się podzielić z nami swoimi problemami. Zamierza nas jednak odszukać w niedalekim czasie. Prawdopodobnie pojechał do Valen. - skrzyżowała ręce na piersiach, dalej patrzeć przed siebie. - Bardziej martwi mnie to, czy nie wyda naszych sekretów. Albo nie naprowadzi kogoś na nasz trop. Albo nie zacznie działać na własną rękę. Nie byłam w stanie go rozgryźć do końca, nie przyglądałam mu się wystarczająco długo, nie byłam w stanie wyczuć go w bardziej... przyziemnych warunkach. - przewróciła oczkami i pokręciła głową. - Jeden wieczór to mało. Ale nie uważam, że nas zdradził. Jeszcze. - jej spojrzenie było bezlitosne, jak zawsze, kiedy mówiła o czyjejś śmierci. Łącznie ze śmiercią Veina, która będzie tylko i wyłącznie jej zasługą.
Prawie nie zwróciła uwagi na to, jak chłopak przełyka ślinę, jak zwilża wargę, jak na nią patrzy. Poczuła piekące gorąco w klatce piersiowej, a jej oczy zamigotały, mimo wcześniejszych cieni. Uśmiechnęła się kącikiem ust, przekrzywiając delikatnie głowę. Przymrużyła subtelnie oczyska, a jej długie rzęsy ocieniły policzki.
- Nigdy nie nazywaj, Vein, mojego głosu - głosem rozsądku. To sprzeczność sama w sobie. - puściła mu oczko, a jej uśmiech trochę się poszerzył. Miała ochotę go pocałować, ale jej ciało nie było w stanie się ruszyć. Zbliżyć do niego. Nie umiała pokonać tej irracjonalnej blokady i wkurzała się na siebie coraz bardziej z tego powodu.
Uciekła w końcu do przodu, nie chcąc by jej bezruch stał się aż nadto widoczny. Dalej czuła przyjemność, jaką dał jej dotyk białowłosego. Przygryzła mocno wargę, niemalże do krwi, by odgonić takie myśli od siebie. To była teraz jej największa słabość. Miała tylko nadzieję, że Vein nie będzie tego postrzegał w podobny sposób. Nie mogła mu na to pozwolić. Jedynym rozsądnym wyjściem, było zadanie pierwszego ciosu. Nie spodziewała się jednak... czegoś takiego w odwecie. Spojrzała przez ramię na niego i spowolniła, aż w końcu się zatrzymała. W całej jej sylwetce tliło się coś dzikiego, pierwotnego, co czasami przesłaniało jej naturę mędrca. Ta część jej świadomości była czarna, spowita cieniami i bliznami. Uśmiechnęła się upiornie.
- Chyba nie sądziłeś, że to się nigdy nie stanie? - odsłoniła zęby w zwierzęcym uśmiechu i znów ruszyła przed siebie. Wiedziała, że Vein słyszy jak wali jej serce. - Symbol sukcesu? Chyba nie rozumiem. Chcesz w ten sposób świętować sukcesy czy to już uznajesz za swój sukces, czego symbolem ma być... - nagle się zatrzymała, pełnym gracji piruetem odwracając do niego i posyłając mu arogancki uśmieszek. -...no właśnie. Co takiego? - uniosła brew i znów się zaśmiała, całkowicie ignorując - ba! Na przekór właśnie! - jego lodowaty, nieprzyjemny ton. Nie przeszkadzał jej. Zbyt długo go znała, by nie umieć odróżnić złości od zażenowania.








19.08.2017, 20:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#37

Przezroczysty mur z lodowego szkła, niewidzialny i nieprzenikniony zarazem... to brzmi jak coś, nad czym być może warto się zastanowić w przyszłości! Wszak gdyby zamknąć kogoś w niewidzialnym więzieniu, musiałby wyglądać wyjątkowo groteskowo i satysfakcjonująco, czyż nie?
Mędrzec zmrużył oczy, gdy mówiła o Meście. - Boi się nas? - podjął myśl na głos, w odpowiedzi na jej słowa o jego tajemnicach. Nie był przekonany. Mest nie dał po sobie poznać strachu. Ale nie dal po sobie poznać niemal niczego. Vein żałował, że mędrzec umknął, zanim jasnowłosy zdołał podjąć opowieść i ukazać własną pasję, jeżeli chodzi o sprowadzanie na świat smoczego królestwa. Właśnie błysk zrozumienia w oku innego mędrca - lub całkowity brak tegoż - mógł rozwiać wątpliwości wyższego z zagubionych w zagajniku smoczych dzieci.
Chwilę później, ta piękniejsza z nich, zaczęła snuć wizje, w których Mest mógłby wydać ich "tajemnicę", zdradzić lub zaszkodzić im w inny sposób. Vein miał mieszane uczucia. Z jednej strony taka perspektywa była na równi niedopuszczalna i nieznośna. Z drugiej mordowanie ludzi było o wiele lepszą wizją, niż zadawanie śmierci istotom wybranym przez podobnych Arghavirowi.
- Chcę go.. skłonić do wyjaśnień, Vin. - postanowił. - Bo jak rozumiem Tobie ich nie udzielił, prawda? - zawahał się. - W zasadzie jak się rozdzieliliście? Ruszyłaś po mnie czy on się jakoś wymknął? - obie sytuacje wydały się jasnookiemu dziwne.
- Jedne sprzeczności lubię bardziej od innych Vin. - odparł jej gładko. - Na przykład "wartościowi ludzie" sprawia, że się krzywię, a "Vin i jej głos rozsądku" wywołuje mój uśmiech. - wzruszył ramionami. - Poza tym, mogła byś kiedyś spróbować... - zawahał się przyglądając jej się krytycznie. - ...nie, nie mogłabyś, prawda? - zmienił to w pytanie.
Przyglądał jej się dłuższą chwilę i rozważał jej słowa. - Być może. - odpowiedział w końcu z rezerwą. Czy naprawdę tak sądził? Że "to" się nigdy nie stanie? Na to pytanie chyba nie ma odpowiedzi. Vein prawdopodobnie nigdy się nad tym tak naprawdę nie zastanawiał. W końcu po zastanowieniu odpowiedział jej równie zwierzęcym uśmiechem, nie pozwalając jej pozostać jedynym drapieżnikiem w towarzystwie.
Odwróciła się do niego zgrabnym piruetem, a on rozłożył ręce na boki, a jego płaszcz poruszył się pozwalając przez zmyślnie ukryte pod nadmiarem materiału szczeliny wymknąć się jego lodowym ogonom. Vein przeciągnął się, aż coś mu strzyknęło w plecach. Wyglądał jakby się do czegoś gotował, a jednocześnie był całkowicie rozluźniony i swobodny. - Tak, Vin. - powiedział ze zdecydowaniem. - Chcę tak świętować sukces. - położył wyraźny nacisk na liczbę pojedynczą w tym słowie i uśmiechnął się w najokrutniejszy ze sposobów jakimi potrafił. Jeden z jego ogonów poruszył się jakby chciał objąć cały otaczający ich świat. - Chcę uczynić to wszystko miejscem naszym, i naszych rodziców. - powiedział z wyraźną determinacją. - Chcę miejsca, w którym żaden ludzki śmieć nie będzie robił maślanych oczu do pięknej zielarki, a żaden z tych... - spojrzał znacząco na inny ze swoich ogonów który unosił się koło jego twarzy - ...elementów odróżniających nas od innych, nie będzie musiał być ukrywany przed niczyim wzrokiem, z żadnych powodów. - powrócił do niej spojrzeniem swoich biało-niebieskich oczu, a jego źrenice zwęziły się nienaturalnie do niemal pionowych kresek. - A wtedy chcę i zamierzam świętować nasz sukces z Tobą. – zamilkł z wyraźną nutą pragnienia, tęsknoty i satysfakcji z przedstawionej wizji. Cisza trwała dłużej, jakby napawał się własnymi słowami, lecz w końcu skrył zęby, a jego spojrzenie nieruchomo tkwiło w jej twarzy. - Ufam, że zrobisz wszystko, byśmy osiągnęli nasz cel, Vin. - w jego głosie wyraźnie było słychać nacisk. To nie było pytanie, ale oczekiwał odpowiedzi. A może chciał sprawdzić, jak wizja, którą przedstawiał, miała na nią wpłynąć? Czy podobnie jak u niego tak i u niej, ich niedawne zbliżenie roznieci chęć zmieniania świata?








19.08.2017, 21:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#38

Nie wybaczyłaby mu, gdyby zamknąłby ją w takim szklanym więzieniu. Zaczęłaby siać destrukcję i nie byłoby siły, by ktokolwiek powstrzymał ją od zniszczenia wszystkiego, co stało jej na drodze. Była przekonana, że Vein jest świadomy tego, jak bardzo ceni sobie wolność i niezależność, więc nie ryzykowałby podziwiania jej furii... Przeszły ją ciarki na samą myśl o tym. Zabiłaby go bez wahania.
Czerwonowłosa pokręciła głową bez przekonania i skierowała wzrok na Veina.
- Nie wydaje mi się, że chodzi tu o lęk. - wypowiedziała na głos jego myśli. Przeniosła ciężar ciała na prawą nogę, opukując lewą stopą omszały kamień. Patrzyła się w niego niemal bezmyślnie. W końcu dodała: Ma coś do zrobienia. Nie mamy prawa zabierać mu tego obowiązku. - dopiero po chwili dotarło do niej co powiedziała. Spojrzała na białowłosego, a na jej uroczej twarzyczce malowała się nietłumiona złość. - Wróci, gdy ją wypełni. - mruknęła, nie opuszczając wzroku przez jakiś czas. W końcu poprawiła kaptur. Nie chciała, by widział teraz jej oczy. Coś nie dawało jej spokoju, ale nie umiała tego wytłumaczyć. To był instynkt dzikiego zwierzęcia, które wyczuwa echo niebezpieczeństwa, ale nie wie z której strony nadchodzi. Vin jednak miała wrażenie, że to niebezpieczeństwo tkwi w niej samej. Odetchnęła głębiej. Mest mógł ich zdradzić, choć w to nie wierzyła zbyt mocno. Bardziej obawiała się, że ktoś zacznie go tropić i znajdzie także ich ślady. Lub ktoś go porwie i torturami wyciągnie z niego prawdę. Albo znajdą go inne istoty, których węch jest tak dobry jak Mędrców, a wtedy... zacisnęła szczęki tak mocno, aż zgrzytnęły jej zęby. Po tych ziemiach chodziło coraz więcej niebezpiecznych kreatur. Nie mogła tego wykluczyć. Co prawda maskowała swój prawdziwy zapach olejkami, tak na wszelki wypadek, ale... Zamknęła oczy. Tym zajmie się później, gdy nie będzie przy niej Veina.
- Uprzedziłam go, że po powrocie będziemy oczekiwać wyjaśnień. Nie wnikałam w szczegóły, widać było, że nic mi nie powie. A nie zamierzałam go przyszpilać magią do ziemi, w końcu to jeden z nas. - niemal warknęła, wypowiadając ostatnie zdanie. Jej frustracja tylko się nasilała. - Wymknął się. Ruszyłam niedługo po nim, zostawił ślady krwi, więc chciał, żeby ktoś go znalazł. Oddałam mu pukiel włosów. W zamian wzięłam jego. Wie, co go czeka, jeśli zdecyduje się na zdradę... - jej uśmiech był równie okrutny co zawsze, kiedy myślała o urządzonych przez siebie rzeziach. Fakt, że Mest był Mędrcem nie ratowałby go w sytuacji, kiedy odkryliby zdradę. - Może po prostu nie chciał nam przeszkadzać. - rzuciła lekko, jednak te słowa spadły jej z ust niczym wielotonowe kamienie.
Uniosła jedną dłonią kaptur. Jej oko śledziło usta Veina, kiedy mówił o sprzecznościach. Mimo woli, uśmiechnęła się słodko, rozbawiona. Pokręciła głową, co miało jednoznacznie mówić: nie, nie mogłabym. Była szaleństwem i cierpieniem, była słodyczą i ukojeniem. Była śmiercią i życiem. Nigdy rozsądkiem.
Czekała w bezruchu na jego słowa. Cóż, nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Wiedziała, że jej nie okłamuje, że nawet nie próbuje tego zrobić. Jednak... być może ukuło jej dumę. Dziki grymas, który pojawił się na jej twarzy, niewiele miał wspólnego z uśmiechem.
- Zatem, jak już zdążyłeś zauważyć, mieliśmy inne poglądy na ten temat, mój królu.
Ruszyła przed siebie, starając się ponownie skupić na ich pierwotnym celu. Miała jeszcze sporo pracy, wiele miejsc do odwiedzenia, dużo rozmów do podsłuchania. Nie chciała myśleć o Venie i jego irytująco beznamiętnym podejściu do niej. Nie miała pojęcia jak ich sytuacja będzie wyglądać teraz, skoro już wcześniej wyglądała tragicznie. Eh... pewnie nic się nie zmieni i dalej będzie próbowała go zabić. W końcu powód jest rzeczą drugoplanową.
Zatrzymała się w końcu i odwróciła, najpiękniej jak mogła, nawet mimo grubego i długiego płaszcza. Jej ruchy były pełne wdzięku i wyćwiczonej lekkości. Spojrzała na Veina z cieniem zainteresowania, jednak gdy usłyszała jego słowa, drgnęła zauważalnie, a jej ciało zesztywniało, gdy spięła wszystkie mięśnie. Nie poruszyła się ani o centymetr. Pozwoliła mu mówić, a każde następne słowo sprawiało, że miała ochotę mu rozszarpać gardło. Spojrzała na niego spokojnie, a wiatr zafalował jej kapturem, płaszczem, włosami. Zrozumiała jego aluzję, zrozumiała jego przekaz. Sukces. Okrutny uśmiech był kolejnym potwierdzeniem tego, że się nie myli.
Milczała. Milczała, bo gdyby się odezwała, w ruch poszłyby także wszystkie ostrza, które przy sobie miała. Skupiła się na oddechu, równomiernym, nie za płytkim, nie za głośnym. Patrzyła się na niego, a w jej oczach kłębiła się wściekłość i nienawiść.
- Świat, o którym mówisz, jest tylko kwestią czasu, królu. Jeśli zaś uznam, że porzucasz tą ścieżkę, zabiję Cię. - dziewczyna dalej patrzyła się na Veina z furią, którą starała się bezskutecznie wyciszyć. W uszach krew jej huczała niczym wodospad. - Zwycięstwo jednak nie przychodzi bez wcześniejszych przygotowań. - znów pochyliła głowę, mając nadzieję, że Vein skończył swój wywód. Już się odwracała, kiedy padły kolejne słowa z jego ust. Stała zwrócona do niego profilem, a na jej ustach błądził uśmiech. Kaptur zasłaniał jej oczy.
- Pozwól, że sama zdecyduję jak uczcić nasz... Twój... sukces. - odparła głosem twardym niczym hartowana stal. Słyszała żądzę, tęsknotę w jego głosie, ale zupełnie nie umiała jej zinterpretować. Prawdopodobnie tyczyła się świata, który sobie wymarzył, a nie jej samej.
- Zrobię wszystko. Nie podlegało to dyskusji do tej pory i nie widzę powodu, dla którego miałoby się to zmienić, Vein. - w jej słowach także słychać było nacisk. Chciała tego świata, chciała ich wolności i szacunku dla Smoków. Ale przede wszystkim, chciała pozbyć się tej mrocznej, szalonej Vin, która w jej wyobraźni już wbijała szpony w gardło Veina i rozszarpywała je na kawałki... Odwróciła się od niego bez słowa. Ruszyła powolnym krokiem, by w razie ochoty bez problemów ją dogonił.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.08.2017, 22:14 przez Vin.)









19.08.2017, 22:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#39

I nie musiałaby mu wybaczać, bo nawet przez myśl mu nie przeszło by zamknąć w lodowym tworze tak czarującą istotę jaką była jego towarzyszka. Oh nie, niezależnie od tego jak bardzo miałaby go rozzłościć, niewidzialne więzienie doprowadzające do szaleństwa było czymś, z czym winni się zmagać ludzie - istotny niegodne bezpośredniego obcowania ze smokami i ich dziećmi. Niewola nie pasowała Vinci.
- Nie mamy prawa. - powtórzył po niej niewyraźnie, zupełnie jakby przeżuwał te słowa. W końcu uśmiechnął się. - Nie mamy żadnym praw, Vin. Możemy natomiast stać się prawem. - wtrącił, ale pokiwał głową. - Niemniej, masz rację. Nie powinniśmy od wejścia narzucać ograniczeń innym smoczym dzieciom. Niezależnie od tego, jak niewłaściwe byłoby gromadzenie sekretów, choć cel powinien zdawać się wspólny i jasny dla nas wszystkich. - te słowa brzmiały pusto, bez emocji, bez pasji. Niemal gadanie dla samego gadania. - Lepiej, żeby wrócił. - w tych zaś, kryło się coś mrocznego.
Vein nie był zadowolony z jej wyjaśnień, ani z warknięcia, które upuściło jej usta. Skinął jednak głową. - Rozumiem. - jedno tylko słowo a po nim przechylił lekko głowę. Zastanawiał się jak powinien interpretować jej słowa. Co to znaczy, że nie zamierzała go przyszpilić do ziemi bo był jednym z nich? - Jeżeli z jakiś przyczyn, ktoś z naszego rodzaju zwróci się przeciw nam, Vin, zawahasz się? - jego głos brzmiał troskliwie. Zupełnie jakby martwił się o nią. Albo był więc nieszczery, albo był hipokrytą. Koniec końców, to on niemal dał się jej zabić gdy pierwszy raz stanęli naprzeciw sobie.
Zamyślił się gdy powiedziała mu o wymianie włosów. Vein nie był pewien na ile po czymś takim da się wytropić człowieka - wielokrotnie podążał za zapachem, ale co innego wyczuwać przytłaczającą woń olejków roztaczanych przez kogoś, kto przeszedł tędy niedawno, a co innego wziąć kilka włosów i wybrać kierunek. Czy to możliwe? A może cel Mesta był zupełnie inny? Może chciał je wykorzystać jakoś inaczej? Wszak świat pełen jest magii. Niezależnie od tego, mleko się rozlało. Snucie przypuszczeń - zwłaszcza na głos - jest bezcelowe.
- Ludzie się nie liczę, Vin, lecz nie bądźmy głupcami, którzy nie doceniają mędrców. - powiedział zamiast tego. - Tak naprawdę nie mamy nawet mglistego pojęcia co potrafi nasz towarzysz. Wciąż ma przed nami wiele zakrytych kart, dlatego... - umilkł. Wpatrywał się w jej twarz ewidentnie niepewien jak powinien ująć wszystko to co działo się w jego umyśle. - ...jeżeli okaże się to konieczne, nie bawmy się z nim, Vin. Zabijmy go szybko. Ty jesteś cenniejsza. - na twarzy mędrca pojawił się wyraz rozbawienia. - Tobie ufam, Vin. - dokończył, niezależnie od tego jak absurdalna była ta wizja. Czy mówił prawdę? Na pewno w dużym stopniu. Zaufał jej za pierwszym razem a także ufał, że jest oddana ich sprawie. Czy przy tym wszystkim fakt, że mogła się na niego rzucić w przypływie furii miał jakiekolwiek znaczenie?
Jej reakcja na jego późniejsze słowa była niespodziewana. Nawet ktoś pozbawiony mędrszych zmysłów by to zauważył. Spięła się, zesztywniała, znieruchomiała. Jej puls się zmienił, oddech również. Nie przerywała jednak, a Vein mówił. Nie zamierzał podskakiwać na każdy ślad jej reakcji - wtedy oszalałby szybciej, niż mogłoby się to wydawać możliwe - zwłaszcza, gdyby zaczęła się nim bawić.
Vein nie wiedział, jak zinterpretowała jego wypowiedź. Nie rozumiał sensu, który ona w niej dostrzegła. Z jego perspektywy, lodowy król odnalazł w jej bliskości tak wielką radość, że bał się, iż przyćmi mu ona zarówno jasność umysłu, poczucie kontroli i cel, do którego mieli dążyć. Docenił intensywność doznania i pragnął go. Uczynił sobie z niego nagrodę i motywację, za dokonanie tego, o czym mówili od dawna. Dla smoczej córki zaś miało to stanowić zarówno ukłon jak i nagrodę. Czyż bowiem nie cenniejszym stałoby się, gdyby "jej król" sam zapragnął i wziął swoją towarzyszkę? Czyż jednostronny nacisk naprawdę mógł dawać równie wiele satysfakcji dla kobiety, która chciała być pożądana? W czasie, gdy on rozmyślał, dziewczyna uspokoiła oddech. I zagroziła mu, nie po raz pierwszy w czasie ich wspólnej przygody.
Uśmiechnął się w odpowiedzi i ponownie rozłożył ręce, niby wystawiając się na cios. - Doskonale, Vin - zrób to. - zachęcił z mocą w głosie. - Gdybym bowiem porzucił tą ścieżkę, odwróciłbym się od naszych ojców. Stałbym się nikim. Ścierwem pozbawionym znaczenia i wartości. Niewartym choć oddechu w świecie, w którym istnieje ktoś taki jak Ty. - opuścił ręce nie wyjaśniając, co dokładnie miał na myśli.
Nie skomentował słów o przygotowaniu. Wiedział to doskonale. Pomimo swojego wzrostu - nadal był zbyt drobny by wstrząsnąć światem. Ale do czasu, Vin. Do czasu.
Pokręcił głową. - Nie pozwolę, Vin. - na jej twardy niczym hartowana stal odpowiedział łagodnie. - To będzie nasz sukces. - tym razem "nasz" było słowem na które padł największy nacisk - Nie zamierzam być owcą w Twojej władzy. Zamierzam pokazać Ci wtedy to wszystko, co nagromadzi się we mnie w czasie naszej wspólnej wędrówki. A uwierz, Vin... - na jego twarzy błysnął wyraz frustracji i bezradności. - teraz, niezależnie od tego co zrobisz, będzie się gromadzić znacznie szybciej. - zakończył wypowiedź i także podjął krok, odrywając spojrzenie od jej twarzy i wbijając wzrok gdzieś w przestrzeń przed sobą.








20.08.2017, 01:53
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#40

Nawet krótka refleksja wystarczyłaby do zrozumienia, że płomiennowłosa piękność nie jest istotą stworzoną do wybaczania. Była za to ucieleśnieniem siły, wściekłości i niepojętego bólu Smoków, których wieki temu odarto z praw do rządzenia tym światem. Każdy jej mięsień, każda kość były przesiąknięte dzikim gniewem na ludzi, z którymi tak bardzo lubiła się bawić, oszukiwać, zwodzić. Byli dla niej jak zwierzęta, które tresowała. Tak... cały ten świat bardziej przypominał teraz cyrk niż jakąkolwiek cywilizację. Ludzie nie mieli honoru, nie mieli zasad, nie rozumieli podstawowych praw natury. Vein zaś... Vein był w jej oczach idealnym królem nowego świata. Jedyną osobą, której darowała życie. Jedynym mężczyzną, którego kochała aż do nienawiści.
Spojrzała na niego z ukosa, odgarniając pukle pięknych włosów za ucho. Jej oczy skrzyły niczym ostatnie gwiazdy na bezkresnym niebie.
- Gdy ma się zasady, prawo jest zbędne, Vein. Gdy ma się honor, nie trzeba słów. - odpowiedziała cicho, ale dobitnie. Przecież byli potomkami Smoków! Nie rzucali swoich obietnic na wiatr. To był główny powód, dla którego pozwoliła Mestowi odejść i uwierzyła, że wróci. Ciągle pamiętała nieustępliwość, która czaiła się w każdym spojrzeniu jego zbyt niebieskich oczu. - Jednak chcę, byś stał się prawem w świecie, w którym przyjdzie nam żyć. Niech ci wszyscy degeneraci mają posmak bycia Mędrcem... Ja nie raz opuszczałam Ciebie, by wykonać jakieś zadanie. Zawsze wracałam, niezależnie od tego w jakim stanie się znalazłam. Wróciłabym nawet, gdyby odrąbali mi obie nogi i ręce... - patrzyła na niego twardo, pomimo jego beznamiętnego głosu. - Jeśli nie wróci, to sama go znajdę. - odpowiedziała na słowa Veina z dziwną iskierką w oku. To była obietnica.
Uniosła brew, widząc jego przechyloną głowę. Nie lubiła, gdy głos białowłosego brzmiał tak jak teraz. Było to zazwyczaj preludium do czegoś niebezpiecznego z jego strony. Odruchowo napięła mięśnie, gotowa zrobić unik. Zaśmiała się w końcu cicho, paskudnie. Jej blizna znów błysnęła, gdy dziewczyna pokręciła delikatnie głową.
- Zabiję każdego, kto będzie na tyle głupi, by stanąć nam na przeciw.
Nie było to kłamstwo. W końcu powiedziała nam, a nie mi. Veina nie zabiła, choć mogła. Oddał jej swoje życie, bo miała taki kaprys. Była pewna, że i tak by go wtedy pokonała. Teraz też mogłaby to zrobić. A zamiast tego, wolała uczynić go królem. Westchnęła cicho, zastanawiając się co w ogóle wtedy miała w głowie...
Patrzyła na niego bez zbytnich emocji, kiedy powiedziała mu, że wymienili się zapachem. Czasem się zastanawiała jak ostre są zmysły Veina i czy przypadkiem nie uszkodziła ich swoimi zapachami, które nakładała na siebie raz po raz. Zapach smoczych dzieci się wybijał na tle zwykłych ludzi. Vin zamierzała wykorzystać jeszcze krew Mesta, choć była przekonana, że służba zdążyła już posprzątać jego pokój. Poza tym, dziewczyna wiedziała, gdzie powinna szukać ich nowego towarzysza. Gdyby okazało się, że ich okłamał, miałaby dobry powód do skrócenia kilku przypadkowych ludzi o głowy. Skinęła głową Veinowi.
- Nie jestem ignorantką, Vein. Doceniam każdego przeciwnika. - mruknęła, zirytowana, krzyżując ręce na piersiach. - Niezależnie od tego co umie, i tak nie ma ze mną szans. - dziewczyna uśmiechnęła się słodko, choć jej oczy pozostały wyprane z emocji. Była śmiercią. Zdecydowanie była śmiercią. - Zabiję go, gdy tylko sobie tego zażyczysz. - przyznała z dziwną niechęcią w głosie. Wiedziała, że chłopak jej ufa. Musieli to zrobić obustronnie, inaczej w życiu nie udałoby im się spać spokojnie. Była jego największym skarbem i największą bronią. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, a jej cudna twarz opromieniła Veina swoim szalonym blaskiem.
A niedługo potem zastygła niczym kamienny posąg, nie pokazując po sobie żadnych emocji, z wyjątkiem niebezpiecznego spokoju, który ogarnia każdego drapieżnika przed zadaniem ciosu. Była świadoma, że chłopak zauważył jej reakcję. Nie podobało jej się to, że dała się tak głupio zaskoczyć słowami Veina. Jej zachowanie było niedopuszczalne. Była szalona, ale nigdy aż tak szybko nie wpadała w furię, jak dzisiaj. Musiała koniecznie się na czymś wyżyć przed ich dalszą podróżą.
Przełknęła ślinę, próbując choć odrobinę rozluźnić napięte do granic mięśnie. Wpatrywała się w niego, w mężczyznę, którego kochała i pragnęła, w swojego władcę i przyszłego króla świata. Tak bardzo chciała go zabić... tak niewiele ku temu brakowało. Była głupia, że sądziła, że coś się zmieni między nimi. Dystans, który im narzucił wciąż był taki sam, może nawet większy. Stalowooka nagle pożałowała, że Mest odszedł od nich. Przy nim bardziej by się kontrolowała. Pochłaniała go wzrokiem, czekając na jakikolwiek ruch z jego strony. Odsłonił się. Dał jej zaproszenie do ataku. Krew się w niej zagotowała, gdy ujrzała jego bezbronność, jego cholernie głupie zaufanie dla jej samokontroli. Ruszyła się o krok, a jej prawa dłoń stała się zabójczą bronią - każdy pazur był teraz w stanie ciąć drzewa, kamienie, stal. Patrzyła na niego z furią w oczach, stawiając kolejny krok. Tym razem lewa ręka stała się pazurzastą bronią. Jej stopa znów się przesunęła, a w następnej chwili dziewczyna niemal zniknęła mu z oczu. Pojawiła się tuż przed nim, a jej szpony drgały konwulsyjnie, zupełnie jakby powstrzymywała się ostatkami woli, by nie zanurzyć ich w jego bebechach.
- Nigdy więcej nie oddawaj mi tak swojego życia. Niezależnie od sytuacji. Rozumiesz, Vein? - powiedziała cicho, wciąż nie mogąc uspokoić dłoni, które rwały się do zadawania bólu. Vin ryknęła wściekle i wbiła jedną dłoń w gruby konar drzewa tuż obok niej, aż posypały się drzazgi na ich oboje. Nie minęło wiele uderzeń serca, jak drzewo runęła tuż za Veinem. Wiatr załopotał ich włosami i ubraniami. Dziewczyna spojrzała na swoją dłoń, już bez szponów, całą w drzazgach i małych rankach. Otrzepała ją delikatnie i schowała pod płaszcz. - Chcę istnieć w Twoim świecie. Póki tego nie osiągnę, jesteś dla mnie... jedyną nadzieją. - odparła cicho, nie chcąc tłumaczyć swoich słów. Odwróciła się od niego, jednak kolejne słowa białowłosego znów ją zatrzymały.
Przeszły ją dreszcze, gdy jego głos padł na jej ramiona. Miała wrażenie, że przenika ją i ściska serce, które zaczęło znów gwałtownie bić. Czuła się jakby ciepło znów ogarniało jej ciało w sposób, który tylko Vein umiał wywołać. Ponownie stanęła przodem do niego, a była tak blisko, że czuła na swoich policzkach jego oddech. Nie dotykała go, choć jej spojrzenie nabrało tej samej dzikości, jak wtedy, gdy dotykał jej nagiego ciała. Uspokoiła oddech, zwilżyła wargi. Jej policzki pokrył cudny rumieniec na widok jego twarzy. Przysunęła się jeszcze ciut bliżej, użyła magii do podwyższenia obcasów, by wyszeptać mu niemal w usta:
- Zatem liczę, że niedługo ogłosisz się królem świata. - uśmiechnęła się, a w jej wzroku była widoczna obietnica. Przywróciła swoje buty do normalnego stanu i odwróciła się od chłopaka, także skupiając spojrzenie gdzieś przed sobą. Musnęła jego dłoń palcami, a później wplotła swoje palce w jego i ścisnęła mocno.








20.08.2017, 11:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna