Zagajnik
#41

Czasem bywa, że krótkie refleksje daję jedynie powierzchowny obraz człowieka czy sytuacji. Vin była warta wiele więcej, niż powierzchowny rzut oka na złożoność jej charakteru. Nawet, jeżeli była furią, zemstą, wściekłością, bólem, namiętnością a wszystko to widniało na wierzchu, widoczne na pierwszy rzut wprawnego oka, to całe tło emocji, źródeł, motywacji, zasad, frustracji i pasji były czymś, w co można by się zagłębiać godzinami, a chaos duszy smoczej córy mógłby przesłonić rzeczywisty obraz tak czy inaczej.
Zabawne, Vein odkąd opuścił swego smoczego ojca, pragnął zmienić świat i ukarać plugawą ludzkość za ich brak wiary. Niemniej, nigdy przed spotkaniem Vin nie pragnął stworzyć krainy, w której tytułowałby się królem. To ona sprowokowała go do jego symbolicznego ukoronowania się za sprawą zwykłej przekory. Teraz zaś, zdawało się, wierzyła w to tak bardzo, że Vein mógł już nie mieć odwrotu. O ile, rzecz jasna, w przypływie furii dwóch smoczych dzieci nie skończą w świecie, w którym nie byłoby nad kim ani nad czym górować.
Nie skomentował jej słów o zasadach i honorze. Z jednej strony się z nimi zgadzał, z drugiej nie był pewien co chciała nimi teraz wyrazić.
Zastanowił się dłuższą chwilę. "Być prawem" - co to w zasadzie znaczyło? Prawa ze świata ludzi, które mgliście z dziecięcych czasów pamiętał chłopiec nie będący jeszcze smoczym dzieckiem, były systemem mającym dać ludziom spokój, zrozumienie zasad i coś na kształt karykatury sprawiedliwości. Vein też chciał dać im sprawiedliwość, prawdziwość. Lecz być może bardziej nadawałoby się tu słowo "kara" lub "pokuta" a nie "prawo". Vein chciał, aby świat zrozumiał. A nie "aby miał prawo" zrozumieć. Uśmiechnął się do tej myśli.
- Nie pozwól, by odrąbali Ci nogi, Vin. - rzucił mimochodem, nie porzucając zamyślenia w którym tonął. Z jego głosu ciężko było wyczytać, czy chodziło o czystą troskę, czy pragmatyzm.
Zmrużył oczy na jej deklarację i wziął głęboki oddech. ...każdego, kto będzie na tyle głupi by stanąć im na drodze... - czy oni naprawdę byli najlepszym, co mogło spaść na świat? Vein, zwłaszcza dziesiątki nocy temu, nim poznał swoją towarzyszkę, wcale nie miał niezachwianej pewności, że na świecie nie spotka nikogo lepszego, by zaprowadzić nowy porządek. Nie był jedynym smoczym dzieckiem. Może i jego gorycz, pogarda i nienawiść była stosownie przytłaczająca, lecz czyż nie mógł istnieć ktoś, kto zbuduje świat lepiej od niego? Właśnie z tego powodu nie chciał walczyć z Vin tego pierwszego razu. Wiedział kim była, lecz nie wiedział do czego była zdolna.
Teraz jednak coś się zmieniło. Jej oddanie, jej wiara w jego przekonania... to wszystko miało znaczenie. Znaczenie tak wielkie, że nie mógł odrzucić swojej roli lekką ręką, bo zdradziłby ją tym samym. Poza tym, nie mógł się wahać. Wahaniem zdradziłby swego ojca, i całą starannie wpajaną w lodowego chłopca nienawiść. Tym razem przesunął językiem po zębach orientując się, jak przytłaczający głód poczuł.
- Zuchwała z Ciebie dziewczyna. - odpowiedział w końcu na jej deklarację, a w jego głosie czuć było jednocześnie pogodzenie z rzeczywistością, rozbawienie i pochwałę.
Jeżeli Vein miałby mieć uszkodzone zmysły przez jej olejki, do czego Vin musiałaby doprowadzić samą siebie w tych licznych kąpielach? Nie, mędrzec pozostawał zdrowy. Choć zarazem przyznać trzeba, że w jej towarzystwie, i towarzystwie jej woni, łowienie innych, bardziej subtelnych nut otaczającego świata stało się zadaniem trudniejszym i wymagającym więcej uwagi. Nie było jednak innego wyboru, jak nauczyć się ignorować jej aurę, tak jak ona musiała nauczyć się znosić jego chłód.
Zamknął oczy, gdy dziewczyna uśmiechnęła się słodko mówiąc bez cienia wątpliwości o swej sile. Mędrzec nie był pewien jak powinien się do tego odnieść. Była śmiercią, bez wątpienia. Była dzikością. Furią. Szaleństwem. Siłą. Była dzieckiem wybranym. Byłe też śmiertelniczką. Każdego da się zabić. Człowieka, szczura, psa, Mędrca, Smoka czy Boga. Dlatego też smoki pozostają ukryte, a ludzi kontrolują strachem. Vein był świadom i był pełen nienawiści do faktu, że nawet Arghavir mógł ucierpieć. Nie od byle głupca, nie od pozbawionego znaczenia ludzkiego ścierwa. Ale istniały siły, które mogłyby go zabić. Niezależnie od szacunku, wiary i uczuć, jakimi darzył swoją towarzyszkę, nie wierzył w jej nietykalność bardziej, niż w nietykalność swojego ojca. Właśnie po to się tu pojawił - jako narzędzie. By przygotować świat w taki sposób, by nic nigdy więcej nie zagroziło ich rodzicom. Ani ich braciom i siostrom. Ani jemu. Ani jej.
Otworzył oczy, a na jego twarzy nie było widać śladu wątpliwości, które przepłynęły przez jego umysł. - Dziękuje, Vin. - powiedział zamiast tego, na jej obietnicę. Brzmiał, jakby nie miał najmniejszych wątpliwości, że rzeczywiście mogła to zrobić. Trzeba być głupcem, by takiej kobiecie jak ona okazać brak wiary.
Widział, jak ogarnia ją furia. Widział, jak gotuje się w niej krew. Widział, jak dziewczyna walczy z samą sobą. A mimo to, biedny głupiec prowokował ją. Stał, głuchy na zagrożenie, zupełnie jak ten dzieciak, który stanął naprzeciw smoka, lecz zamiast uciec w panice i strachu jedynie podziwiał jego piękno i majestat.
Oczy dziewczyny świeciły dzikością, ruchy były pełne dynamiki. Jej ręka stała się bronią, a on - szaleniec ani chybi - uniósł lekko kącik ust, wpatrując się w jej oczy. Ruszyła gwałtownie, a Vein tak naprawdę nie mógł mieć całkowitej pewności co do jej intencji. Tym bardziej, że po minionej nocy, gdyby nie jego przekonanie o jej czystej wierze w wyższość smoczej rasy, można by założyć, że osiągnęła swój cel i Vein stał się bezużyteczny.
Nie dopuszczał do siebie takiej myśli. Był tu dla niej, a ona była dla niego. Czy była lepsza droga, niż pozbyć się cienia szans na wystąpienie wątpliwości co do jej intencji, niż po prostu dać się zabić?
Powstrzymała się. Mędrzec dopiero nabierając powietrza zorientował się, że w całej tej sytuacji wstrzymał oddech. Jej głos był pełen wściekłości, pozbawiony cienia opanowania. Vein uśmiechnął się do niej szczerze, serdecznie. Miał na to kilka odpowiedzi. Począwszy od Ufam Ci, przez Czyż istnieje lepszy sposób, by nauczyć Cię panowania nad furią? po dziesiątki innych. Zamiast tego jednak milczał, pozwalając by upadające drzewo poruszyło jego płaszczem.
- Gdybym spróbował się bronić, nie potrafiłabyś się zatrzymać, prawda? - zapytał w zamyśleniu. Nie był pewien, czy to była prawda. Ale gdyby była - cóż, nie wiem co gorsze. Gdyby przegrał i dał się zabić? Czy gdyby ją powstrzymał i podkopał ją czystą wiarę we własną wszechmoc?
Skinął jej głową, nie oczekując wytłumaczenia. Nie obiecywał nic w odpowiedzi. Wolał porozumiewać się czynami, a nie słowami. Poruszył się lekko, a w powietrzu zrobiło się mroźniej. Chłód stał się intensywniejszy, zupełnie jakby ktoś uchylił jakieś tajemnicze wrota. Chciał się wylać, ogarnąć świat. Vein zacisnął szczękę. Miał ochotę się rozładować. Wylać z siebie całą nagromadzoną moc. Opróżnić wszystko, co się w nim zbiera. Jeżeli Vein był jedyną nadzieją, musiał jak najszybciej uzyskać moc, która wiedział, że w końcu go pobłogosławi. A nie sposób rozwijać mocy bez jej używania.
Tylko czy biedne drzewa były stosowną ofiarą smoczej magii?
W końcu Vin zachowała się tak, jak powinna się zachować na jego deklaracje i snute przez niego wizję. Wyrażała zadowolenie i satysfakcję. Poszła o krok dalej, rumieniąc się przy tym, a Vein ten jeden raz wierzył, że to nie była sztuczka mająca zmiękczać ludzkie serca, a naturalna reakcja ucieleśnienia niebezpieczeństwa. Wyglądała... ujmująco.
Dziewczyna znów bawiła się swoją magią, ze właściwą sobie swobodą. Wzniosła się by stanąć na równi z nim i szepnęła mu w usta.
- Niedługo. - powtórzył z namysłem a na jego twarzy pojawiła się mieszanka spokoju i determinacji. Byli smoczymi dziećmi - dla nich czas płynął inaczej. Niemniej, Vein wcale nie zamierzał czekać, aż smocze "niedługo" zacznie się wypalać. Zdecydowanie wolał coś bliższego.
Wplotła dłoń w jego palce i ścisnęła go. Vein uniósł brwi z mieszanką pytania i rozbawienia, ale musnął ją lekkim ruchem. Wstrzymał się od komentarza skrywając swe ogony przed płaszczem. Kiedy jednak stał przy niej "zwykły", wysoki jasnooki mężczyzna, z jego usta wypłynęło lekkie, rozbawione pytanie. - Próbujesz być dziewczęca? - zupełnie jakby przez cały ten czas dotąd nie była. Albo - co bardziej prawdopodobne, zważywszy, że Arghavir mało czasu poświęcił na wyjaśnianie mu takich pojęć jak romantyzm - jakby Vein dopiero odkrył taką możliwość i połączył fakty.








20.08.2017, 12:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#42

Czasem zaś bywa, że krótka refleksja jest w stanie powiedzieć tyle o innej osobie, by zachować życie. A to już wystarcza zdecydowanej większości naszej populacji. Nie zależało jej na tym, aby ludzie widzieli więcej niż sama pozwalała im zobaczyć. Smocza córa była tym, czego pragnęli i czego się obawiali. Jej motywacje do tej pory poznał jedynie Vein, a i w tym przypadku nie była pewna czy postąpiła słusznie. Związała z nim swoje życie, nie mając pojęcia gdzie ją to zaprowadzi. Pozwalała mu się poznać, zagłębić się w zakamarki jej umysłu i duszy. Fakt, że jeszcze nie ogarnęła go jej ciemność... nie umiała tego wytłumaczyć. Albo świadomie ją zignorował i mu nie przeszkadzała, albo jeszcze do niej nie dotarł. Vin była przyzwyczajona do długich opowieści, do czarowania słowami i uwodzenia każdym swoim gestem. Ten urok był jej najgroźniejszą bronią, groźniejszą nawet niż posłuszna jej magia.
Piękna Vin nie miała żadnego celu, gdy jej Ojciec ją porzucił. Była zwierzęciem, które błąkało się po drogach, zabijając każdego kogo spotkała. Jej furia i rozpacz trwały tak długo, że nie miała pojęcia ile czasu zajął jej powrót do stanu w miarę racjonalnego myślenia... Głód wyniszczył jej ciało, wspomnienia wyniszczyły jej psychikę. Nie miała na świecie nikogo poza Derhk'elem, a teraz została całkowicie sama. Na nowo nauczyła się dominować nad swoim życiem, była kobietą o tysiącach twarzy, tysiącach historii, która posiadała tysiące morderczych intencji. Była światłem miłości i rozkoszy, by kilka godzin później stać się mrokiem śmierci i przerażenia. Każda z jej stron była zadowolona ze swojej obecności. Do czasu, aż spotkała Veina. To zmieniło w jej życiu wystarczająco dużo, by starała się trzymać swoją niebezpieczną stroną jak najkrócej. Potwór jakim mogła się stać był nie do opanowania nawet przez białowłosego.
Musieli mieć prawo, by Mędrcy wiedzieli jak teraz wygląda świat i co oznacza bycie jego panem. Komu winni są wierność, a kogo mają skazywać na śmierć. Prawo było głównie dla smoczych dzieci, ale ludzkość także powinna je znać. Vin nie była pewna czy lepsze dla nich byłoby niewolnictwo czy służalczość w okowach, ale rozumiała potrzebę szerzenia nowych zasad. Ich nieprzestrzeganie mogło się skończyć tylko w jeden sposób. Śmiercią z rąk najpiękniejszej istoty tego świata.
- Nie ma takiej broni, która nie byłaby mi posłuszna. - Vin zaśmiała się z przepięknym okrucieństwem, wyobrażając sobie scenę, gdzie ona - władczyni metali - miałaby zostać pokiereszowana jakąkolwiek bronią. Śmierć tych, którzy byliby na tyle głupi, nie należałaby do najprzyjemniejszych. - A nawet jeśli broń nie byłaby mi posłuszna... Nie ma nic mocniejszego niż moja magia. - dodała, a w jej oczach płonął lodowaty ogień, gdy syciła się swoją mocą. Jej ciało mogło zmienić się w najmocniejszy materiał świata w ciągu chwili. Żadne szkło, żaden kamień nie byłby w stanie jej zranić. Pokręciła głową, odsuwając od siebie te myśli. - W każdym razie, nie pozwolę, by cokolwiek mnie powstrzymało przed powrotem do Ciebie.
Vin nie była pewna czy białowłosy kiedykolwiek widział prawdziwą potęgę jej mocy. Samo to, że nie nosił żadnych metalowych elementów przy sobie świadczył, że wolał zachować ostrożność. Była idealnym skrytobójcą, choć to właśnie było źródłem jej największej frustracji. Nie mogła czuć na sobie ciepłej posoki swojej ofiary. Spojrzała na Veina, zastanawiając się o czym teraz rozmyśla. Tak często popadał w stan bezgłośnej konwersacji z sobą samym, że Vin czuła się niemal wyobcowana.
Nie była pewna dlaczego tak bardzo mu ufała i wierzyła w jego zdolność zmiany świata. Nie rozumiała, czemu uznała go za godnego miana króla. Wiedziała jednak, że nie spocznie, póki nie posadzi do na smoczym tronie. Może był to głupi kaprys, może nieugiętość celu. W końcu była panią metalu. Nie mogła się zachwiać, nie mogła zmięknąć. Mogła jedynie siać zniszczenie.
- Zuchwała? A ja myślałam, że po prostu szczera. - zamrugała swoimi długimi rzęsami kilkukrotnie, co już pozwalało jej zagnieździć w umysłach mężczyzn wiele, wiele jednoznacznych myśli. Uśmiechnęła się jednak złośliwie, co nieco zepsuło ten efekt. Słychać było w jego głosie, że jej zuchwałość nie jest czymś, co mu przeszkadza lub irytuje. Wręcz przeciwnie, były to słowa aprobaty dla jej zachowania.
Zmysły Vin już wiele lat temu się wyostrzyły, kiedy każdy dzień był dla niej walką o przetrwanie. Teraz jednak coraz częściej skupiała się na wzroku i swoim dostrzeganiu. Pomimo tego, że nie miało ono zastosowań ofensywnych, było najpotężniejszą bronią w jej arsenale. Węch, słuch, smak, dotyk... były tylko idealnym dopełnieniem tego, czego nie mogła dostrzec. Zastanawiała się jednak jak to jest, kiedy jej zapach ciągle musi kogoś odurzać - ona sama dość szybko się przyzwyczaja do każdego nowego pachnidła, a inne zapachy docierają do niej bez większego problemu. Może z Veinem było tak samo.
Nie mogła się wahać. Musiała ufać swojej sile, swojemu dziedzictwu. Bez tego nie byłaby w stanie zrobić nic, by zrealizować cele swoje oraz białowłosego. Musiała być jego ostrzem i tarczą. Musiała być jego szpiegiem i zabójcą. Chciała być tym wszystkim. Wiedziała, że jej nagrodą będą niezmierzone rzesze ludzi do torturowania. Dlatego świat, który się przed nimi rysował, był światem wymierzonej sprawiedliwości.
Skinęła mu głową, gdy jej podziękował. Nie trzeba było więcej, by wiedział, że jej zadanie, niezależnie od decyzji jaką Vein podejmie, będzie zrealizowane. Umiała zbierać informacje, więc znalezienie takiego mężczyzny jak Mest, nie powinno być dla niej szczególnie skomplikowane. I tyle, jeśli chodzi o jej zachowanie spokoju.
Nienawidziła go. Nienawidziła go za to, że tak szybko wytrąca ją z równowagi, a potem oczekuje, że się powstrzyma. Nawet nie wiedział ile ją to kosztuje, by z grymasem i warknięciem schowała swoje pazury. By przestała chcieć go zabić. By znów go pokochała... Chciała go zabić, ale na pewno nie w taki sposób. Nie chciała od niego ofiary, prezentu. Chciała walkę, by wreszcie pokazać mu jak niebezpieczną bronią jest w jego rękach. Jak bardzo obosieczną i jak bardzo krwawą.
Ale mimo to, powstrzymała się. Stała przed nim, oddychając ciężko. Przewalające się drzewo wzbiło w powietrze liczne igły, liście i piasek. Warknęła głucho i przełknęła ślinę. Uśmiech chłopaka był dla niej kolejnym powodem do wściekłości, ale tym razem już o wiele lepiej kontrolowanej. Chyba. Poczuła jego zapach, pozwoliła, by otulił ją jego chłód.
- Hm? - uśmiechnęła się kącikiem ust. - Następnym razem spróbuj się przekonać.
Nie zatrzymałaby się. Gdyby się bronił, rozwścieczyłby ją tylko bardziej. Gdyby zaatakował, dałby jej pretekst do uwolnienia całej swojej furii. Nie dałaby się pokonać, choć zdawała sobie sprawę z jego potęgi i problemów, jakie ją czekały w walce z chłopakiem. I tak było to jej największe pragnienie.
Przymknęła oczy, czując narastający chłód. Włosy przy jej twarzy pokrył biały szron, jednak jej oddech szybko go rozpuścił. Wilgotne pasma przykleiły się do jej twarzy, kiedy znów spojrzała na Veina. Czuła w nim tą samą frustrację, co niej samej jeszcze kilka sekund temu. Czuła jego moc, jego potrzebę zniszczenia. Żałowała, że nie może podziwiać jego furii i gniewu, jednak cóż to za wyładowanie bez krzyków bólu i rozpaczy ludzkiego plebsu...?
Dziewczyna rozchyliła delikatnie usta, jej oddech tworzył biała chmurkę. Aż tak zimno było wokół Veina. Nigdy nie przeszkadzał jej chłód, większość swojego życia przespała w zimnych pieczarach i jaskiniach. Teraz aura Veina koiła jej zmysły. Uniosła się, by móc patrzeć w jego lodowe oczy.
- Zobaczymy. - puściła mu oczko i zaśmiała się cicho, prawie muskając nosem jego nos. Nie należała do cierpliwych osób, ale była ciekawa, czy faktycznie ich niedługo będzie czekało do koronacji nowego władcy. Nie była do końca przekonana.
Uśmiechnęła się lekko, kiedy okazało się, że nie odtrącił jej dłoni. Czuła od niego wyraźne rozbawienie, choć nie umiała go zinterpretować. Co w tym dziwnego, że złapała go za rękę? Spojrzała na niego z ukosa.
- Zawsze byłam, tylko Ty nie chciałeś tego widzieć. - pokazała mu język, ale ścisnęła odrobinę mocniej jego dłoń. Patrzyła przed siebie, nie chcąc, by ten białowłosy dupek zostawił ją kiedykolwiek samą.








20.08.2017, 14:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#43

Z całą pewnością. Niemniej, w relacji tej dwójki nie chodziło tylko o zachowanie życia, prawda? A to, co dotyczyło "większości populacji", nie miało przecież znaczenia. W końcu "większość populacji" nie ma znaczenia.
Ukarać i zdominować świat. Coś takiego wydawało się stosowne, właściwe, odpowiednie. Czy należało jednak przy tym dominować także innych ze swojego rodzaju? Wznosić się ponad nich i nadawać prawa? Czy była potrzeba by trzymać w ryzach dzikie bestie, jeżeli świat wypełniały rzesze owiec proszących się by ukoić ich żądze?
Pewnie tak. Vein doskonale rozumiał głód, dzikość i szaleństwo. A był smoczym dzieckiem, które miało cel i ambicje. Cóz więc mogło kryć się w duszach tych dzieci, które zostały porzucone bez celu? Co z tymi, którzy znienawidzili za to swoich rodziców? Albo którzy zapragnęli jedynie zniszczyć wszystko i wszystkich? Vein nie wątpił, że tacy istnieli. I może właśnie dla takich istot potrzebne było "prawo". Na razie jednak nie wybiegał aż tak daleko. Kroczek po kroczku, czy jakby to powiedział pewien brudnoręki bohater książki "cegła po cegle". Najpierw zdobyć świat, a dopiero później skupić się na wybrańcach.
~ Jest, Vin. ~ odpowiedział jej w myślach. Vein sam mógłby stworzyć broń, której nie mogłaby wykorzystać. Nie chodzi tylko o możliwość wykorzystania jej mocy. Chodziło też o same użycie jej. W końcu, bronią Veina był sam Vein. Bez niego zaś, nie pozostałoby nic, co można by użyć.
Skoro więc istniało coś tak blisko, śmiało można założyć, że dalej to się powtórzy. Choć z drugiej strony, być może Vein był jedynym, który w jakiś sposób opierał się zaklęciu trzepoczących rzęs? Może tak naprawdę nie uważała się za nietykalną ze względu na swoją siłę czy magię, ale ze względu na to, że nikt nigdy nie podniesie na niej ręki? Przez moment w jego jasnych oczach błysnęła radosna iskierka.
Dobrze, że Vein mógł słyszeć jedynie słowa Vin, nie zaś przemyślenia które kryły się między nimi. Wszak odporność na ataki kamieni stanowi moc przytłaczającą - zwłaszcza w pewnym uniwersum fantasy stworzonym na potrzeby forum. Ktoś, kto nie lęka się kamieni winien być czczony niczym bóstwo. Jak Vein miałby się droczyć z bóstwem?
- Czasem, by być szczerym, trzeba być zuchwałym. - odparował gładko, nie dając się oczarować ruchowi jej długich rzęs - może właśnie przez jej złośliwy uśmiech.
Być może wiedział o jej wewnętrznej walce więcej, niż dziewczyna mogła sobie wyobrazić. Być może nie robił tego z czystej przekory, czy też wyłącznie dla rozwiania wszelkich wątpliwości między nimi. On też był smoczym dzieckiem. Też zmagał się z szaleństwem bestii. Być może on sam chciał poznać granice smoczej wytrzymałości. A przecież oboje wiedzieli, że w szale nie powstrzymaliby się przed zabiciem człowieka. Jeżeli mieli się zawahać - musieli stanąć przeciwko sobie. Czy gdyby w tej sytuacji powtrzymanie się było niemożliwe, lepiej by to ona wypruła mu flaki, czy gdyby to on się nie powtrzymał i utonął w jej krwi?
Cóz, teraz, skoro ona - szalona władczyni tysiąca ostrzy - była w stanie powstrzymać swój atak, silne poczucie dumy nie pozwoliłoby stracić Veinowi kontroli przeciwko niej. A przynajmniej taką mam nadzieję.
Jej odpowiedź i jej uśmiech jasno dawały do zrozumienia, że ani nie potrafiłaby, ani nawet nie zamierzałaby próbować. Zabawne, Vein przypuszczał, że pragnęłaby prawdziwej walki. Gdyby jednak rzuciła się na niego tak, jak niemal przed chwilą, raczej nie mieliby szans na taką. Żadne z nich nie zdążyłoby ukazać swej prawdziwej siły. Byłoby to błyskawiczne i szybkie starcie lodowych kolców i szponiastej dłoni. Może i coś takiego byłoby bardziej intymne, bliższe i stosowne. Ale nawet jeżeli, to żal mi braku rozmachu, który w ich starciu mógłby pochłonąć dziesiątki niewinnych ofiar. Niezależnie bowiem od tego, które z nich by wygrało, złożenie innych dusz w hołdzie pokonanemu wydawało się właściwe.
Jej śmiech, swoboda, zręczne przemykanie w jego pobliżu... to wszystko było naturalne, normalne. Zupełnie jakby dziwna gęstość atmosfery momentalnie się rozładowała, przywracając ponurą codzienność.
Co w tym złego, że złapała go za rękę? No, przede wszystkim to, że król świata oraz ucieleśnienie śmierci nie powinni wyglądać jak para zakochanych nastolatków trzymających się za ręce. Przynajmniej w ludzkim świecie.
Uwolnił w końcu rękę i poczochrał się po karku. - Poważnie? Byłaś? - zgrywał zaskoczonego. Niemniej uśmiech zdobiący jego twarz wyraźnie zdradzał, że jedynie się droczył.








20.08.2017, 15:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#44

Najcudowniejsze dziewczę tego świata westchnęło cicho, przeciągle, z niewysłowionym żalem i tęsknotą, kiedy jej król zabrał swoją dłoń. Nie patrzyła na niego. Zamiast tego uniosła wyżej rękę i przyjrzała się swoim palcom, niesamowicie zimnym od chłodu bijącego od Veina. Zmrużyła swoje śliczne oczka, by ze złością wbić w niego swoje spojrzenie.
-Byłam. Ale tylko taki bałwan jak Ty nie był w stanie tego dostrzec. - uniosła brwi, a oszałamiające rysy jej twarzy zdradzały rozbawienie. Nie dzikie i zwierzęce, jakim wcześniej obdarzała białowłosego. Było to urocze zachowanie przepięknej dziewczyny, która wydaje się nieświadoma swojego blasku.
Splotła swoje dłonie za plecami, a jej oczy stały się podobne do burzowych chmur. Jeszcze chwila, a pewnie zaczęłaby trzaskać piorunami. Pokręciła szybko głową, chcąc by kaptur opadł niżej na jej twarz. Czuła napięcie w powietrzu, pewną ciężkość wilgoci i intensywność traw. Zbliżał się deszcz, prawdopodobnie dość gwałtowny i zimny. Mieli dość daleko do karczmy, a czerwonowłosa nie zamierzała moknąć. Chociaż z drugiej strony może ostudziłoby to jej emocje, których jeszcze nie potrafiła sobie poukładać. Vein pewnie też nie potrafił tego zrobić. Nie chciała jednak wracać do ich pokoju, który był wypełniony zapachami ich ostatniej nocy. Wystarczyło jej, że dalej czuje zapach chłopaka na sobie.
- Zmieniamy plany? - spytała, przeskakując zgrabnie przez zwalony lata temu pień. - Możemy udać się do Valen i od razu załatwić sprawę z Mestem. - dodała, krzywiąc się, kiedy pierwsze krople deszczu przebiły się przez korony drzew i spadły na jej płaszcz. - Mam tu jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, ale możemy po prostu wrócić przez Grimssdel. Tak czy siak tutaj ślad się urywa.
Poprawiła płaszcz, o który deszcz już bębnił regularnie. Mogli wyruszyć choćby i teraz, Vin nie miałaby nic przeciwko takiemu rozwiązaniu sytuacji.








20.08.2017, 19:21
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#45

Vein nie byłby w stanie odgadnąć, czy dziewczyna wzdycha cicho z powodu faktycznego żalu i rozczarowania, czy też jest to część jej standardowej gry. Założył więc to drugie, tak było bezpieczniej. W końcu dzieci smoków nie powinni tracić czasu na błahostki zanim nie osiągnął swoich celów. Wszak, gdy już zmienią świat, będą mieli masę czasu dla samych siebie.
Patrzył jak dziewczyna oglądała własną dłoń. Wiedział, że ona bez trudu radzi sobie z jego chłodem, lecz był ciekaw, czy to kwestia tej konkretnej smoczej córy, czy cały gatunek byłby równie odporny.
Zaśmiał się wesoło, dźwięcznie. - Bałwan. Jakaż kreatywność, ślicznotko. - odparował i puścił jej oczko. Chyba zdołał się uspokoić na tyle, by wypaść spomiędzy dwóch skrajności - determinacji lub szaleństwa - i uzyskać odrobinę beztroski i swobody. Dziwne, zważywszy na sytuację w jakiej się znaleźli. Niewyżyci, odstawieni przez Mesta na drugi plan. Swoją drogą, zadziwiające, że dwójka smoczych dzieci mogła być niewyżyta po tak spędzonej nocy, czyż nie?
Swoją drogą "urocze zachowanie przepięknej dziewczyny, która wydaje się nieświadoma swojego blasku" dobre sobie. Vein naprawdę, nie mógł uwierzyć, że ludzie się na to łapali. Jej błysk w oku, swoboda, oddech, gesty, przecież to wszystko ewidentnie krzyczało, że jedynie się bawi, droczy i gra! Jakimi ślepcami były te wszystkie pozbawione wiary ścierwa. A ona - mimo wszystko - grała dla nich.
Spojrzał w niebo gdy nad nimi zbierały się chmury burzowe. Dla Veina deszcz nie był problemem, z drugiej jednak strony pozostawanie w tym zagajniku nie wydawało się być specjalnie owocne. Pod warunkiem, rzecz jasna, że jakoś biedny głupiec nie będzie leciał między drzewami chcąc jak najszybciej znaleźć schronienie od deszczu, i wpadnie prosto w łapska smoczych dzieci, chcących przypomnieć sobie jak to jest szerzyć wiarę w istoty wyższe od nich.
- Nie wiem, czy mu ufam, Vin. - zawyrokował w końcu. - Pogoń za nim może przesłonić jego intencje. - skrzywił się. - Myślę, że powinniśmy albo dać mu szansę, by sam nas odnalazł, albo podążyć za nim w taki sposób, by nie był świadomy, że za nim podążamy. Jednakże... - Vein spojrzał na deszcz. - Szpiegowanie naszych braci wydaje mi się w pewien sposób obrzydliwe. On zaś, być może będzie w stanie z Twoimi włosami zrobić znacznie więcej, niż Ty z jego. Nie wiemy co potrafi. - białowłosy wystawił dłoń przed siebie, a kilka kropel które spadły na jego palce przeturlały się w postaci lodowych kulek. Uśmiechnął się. - A co Ty myślisz o zaufaniu, Vin? Powinniśmy darzyć nim naszych braci od razu? Czy powinni na nie zapracować? - cichy, melodyjny głos. Naprawdę był ciekawe jej opinii. Wszak mogła mu dać jakąś wskazówkę na temat tego na ile wyjątkowo sam powinien się czuć.
- Jakich rzeczy? Wydaje mi się, że kwestię tamtych ludzi można uznać za zamkniętą, gdyby tu byli, już dawno byś wszystko wiedziała. Jeden raz darujmy sobie skromność. - błysnął zębami w uśmiechu. Jakby Vin kiedykolwiek była specjalnie skromna.








20.08.2017, 21:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#46

Patrzyła na swoją dłoń, bladą, lodowato zimną. Często zastanawiała się czy gdyby nie była szalona, byłaby w stanie pokochać białowłosego i nieustannie próbować go uwieść. Powleczone metalem paznokcie błysnęły w słabym świetle. Schowała dłoń, szczerze niezadowolona z tego, że Vein był tak bardzo... sobą. Westchnęła, ale nie skomentowała. Był jedyną osobą, przy której chciała czuć się jak kobieta, a on jak zawsze jej to odbierał. Przy nim mogła być jedynie cudowną, bezcenną, idealną Vin. Skrzywiła się znacznie, gdy usłyszała jego śmiech.
- Bałwan. - powtórzyła po nim, mieląc to słowo w ustach. - Nie wydaje mi się, żebyś zasługiwał na taki wysiłek, bym zastanawiała się nad bardziej wyrafinowaną obelgą... Zresztą. Ta Ci się ewidentnie podoba. - odpowiedziała mu uniesioną brwią. Pokręciła głową, widząc jak puszcza jej oczko. To dopiero było niekrólewskie zachowanie. Wolała jednak to niż napięcie, które panowało między nimi przez ostatnie kilkanaście minut.
Tak czy inaczej, chciała sprawdzić czy bariera, którą czuła wcześniej była faktycznie tylko w jej wyobraźni. Stąd jego dłoń w jej własnej przyniosła jej odrobinę więcej spokoju. Nie odpychał jej jak wystraszony szczeniak, ale też dał jej ewidentny znak, że przyjdzie na to czas. Tylko, że Vin... za nic miała jego słowa. Owszem, nie będzie już na siłę burzyć w nim wszelkiej krwi. Ale będzie prowokować go na tysiące innych sposobów, o których istnieniu nawet nie wiedział. Uśmiechnęła się drapieżnie. Jeśli ona ma czekać, to on będzie cierpieć.
Vin grała dla całego świata. W zależności czego było im trzeba, co chcieli zrobić, jak zamierzali coś zdobyć. Nie gubiła się w swoich rolach, bo każda z nich była którymś z kawałków jej podświadomości, instynktownie wiedziała jak należy się zachować, co powiedzieć, jak spojrzeć. Oszukiwała oszustów. Wszak oszustami byli wszyscy, którzy uważali, że ten świat przybrał jak najlepszy obrót... Kiedy posłała swoje piękne spojrzenie Veinowi, ten patrzył w niebo. Była przekonana, że deszcz jest dla niego niczym. Dla niej też, ale czuła wyjątkowe wyczerpanie, którego źródła nawet nie chciała znać. Poza tym musiała wrócić po pewne zioła do karczmy albo kupić je gdzieś po drodze. Chłopak nie musiał nic o tym wiedzieć.
- Cóż, brak zaufania wydaje się rozsądny. - stwierdziła sucho, dalej idąc przed siebie lekkim krokiem. Wzruszyła ramionami obojętnie. - Mi nie przeszkadza. Wolę ich szpiegować, ale wiedzieć co kombinują. Poza tym, sam mi podał swoją lokalizację. Więc albo to bardzo nieudolna pułapka, albo beznadziejnie niekulturalne zaproszenie. - odparła, nie robiąc sobie nic z dziwnej moralności, którą próbował jej przedstawić Vein. Patrzyła na krople, które w kontakcie z białowłosym stają się lodowymi kulkami. - Jeśli mam być szczera, to wolałabym znaleźć Szamana. Chciałabym się dowiedzieć jaką moc mają włosy, tak na wszelki wypadek. Możliwe, że dałam mu do ręki broń, która mnie zabije. - skrzywiła się z ponurą frustracją. Wszak jeszcze chwilę temu była pewna swojej wszechmocy. Wolała nie wyciągać pochopnych wniosków, ale pędziły ku niej niczym lawina. Machnęła dłonią. - Nie ma czegoś takiego jak zaufanie od razu. Ale po niektórych ludziach widać intencje, jakimi się kierują. Czuć ich aurę. Zresztą... - westchnęła ponownie, patrząc na spadające z jej kaptura krople. - To nie jest coś stałego, co się raz zdobywa, a potem ma się na zawsze. Zaufanie trzeba udowadniać na każdym nieostrożnym kroku.
Vin uśmiechnęła się blado, ale chwilę potem zacisnęła wargi. Nie lubiła tracić tropu, niezależnie od tego kogo śledziła. Miała nadzieję, że dowie się czegoś pożytecznego w tej wiosce, ale jak widać nie było na to szans.
- Moja sakwa z ubraniami, olejkami, ziołami i przyborami... Twoj plecak. Chcesz to zostawić? - spytała, choć poczułaby ulgę, jakby Vein potwierdził. Wiedziała, że zapach pokoju znów rozbudzi ich zmysły. - W porządku, ten jeden raz. - zaśmiała się cicho, jakby była stworzona do skromności.








20.08.2017, 22:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#47

Uniesiona brew i "podłe słowa" jakimś cudem nie ugodziły mędrca w samo serce. Czyżby z niewyjaśnionych przyczyn podejrzewał, że Vin wcale nie miała go za aż tak niewartego starań? Czy wbrew wszelkim przesłankom (ukrytym rzecz jasna w jej wypowiedzi) sądził, że wcale nie było tak źle, jak można by przypuszczać?
- Na co więc zasługuję, Twym zdaniem? - podsunął myśl i czekał.
I tu się różnili. Vin potrafiła odnaleźć się wśród ludzi. Stać tym, kim powinna być, aby czuli się przy niej dobrze i swobodnie. W obecności Veina ludzie dostawali dreszczy. I wcale nie musiało tu chodzić o wrażenie, które wywoływała sama jego obecność w okolicy. Vein był pełen niechęci, emanował nią. Każda próba koegzystencji z ludźmi raziła jego oczy bluźnierstwem, beztroską, głupotą, naiwnością, słabością i wszystkim co najgorsze. Vein też mógł ich oszukiwać, mógł ich zwodzić, mógł zachowywać się "naturalnie". To jednak sprawiało - mniej lub bardziej - że coś w jego wnętrzu się gotowało. Dla niego to było wbrew naturze. Wymagało ogromnej samokontroli i wysiłku. Wysiłku, na który te gorsze istoty nie zasługiwały.
Dlatego Vin była prawdziwym skarbem. Lubiła opisywać się jako jego broń, lubiła widzieć się jako niosąca śmierć, lubiła rozmyślać o sobie jako o doskonałej skrytobójczyni. Lodowy król widział w niej jednak coś więcej, z czego wartości ona być może nie zdawała sobie sprawy. Zdolność przebywania wśród ludzi bez borykania się z narastającym w cieniu szaleństwem. W jej towarzystwie, zdobywanie informacji z ich świata stanowiło jedynie lekką niedogodność, nie zaś stający w gardle z obrzydzeniem obowiązek i próbę.
Skinął jej głową. Mówiła mądrze, rozsądnie. Tak powinni się zachować. Badać teren. Nie zaś zawierzyć krystalicznej czystości intencji kogoś tylko dlatego, że był jednym z nich. Smocze dzieci nie były ludźmi - nie byli tak zepsuci i kapryśni, nie byli tak splugawieni i bezwartościowi. Vein nie miał w tej kwestii wątpliwości. Niemniej, nie sposób znaleźć dwóch identycznych z nich. Każdy mógł rozumieć nauki swego ojca na swój własny sposób. Niewykluczone, że część rozumiała je opatrznie.
- Niekulturalne, powiadasz? - uśmiechnął się. - Jak więc powinno się zapraszać "kogoś takiego jak Ty?" - zapytał z błyskiem w oku, nie zdradzając, czy chodziło o piękną, wyrafinowaną damę, czy bestię wiecznie balansującą na skraju furii.
- Dziecko smoka wykorzystujące szamańską magię przeciw nam... - powiedział wolno z wyraźną goryczą, jego wzrok stał się lodowaty, lecz nie patrzył na nią a w głąb jednego z drzew. - ktoś taki zasługuje na większą pogardę od nich wszystkich... - ogłosił ruchem głowy ogarniając wszystkie drzewa które ich otaczały, lecz duszą sięgając do wszystkich istot ludzkich ukrywających się po całym świecie. Przeniósł spojrzenie na dziewczynę. - Kogoś takiego chciałbym zniszczyć osobiście. - ta deklaracja brzmiała dziwnie. Między słowem "osobiście", na które padał nacisk w tym zdaniu, a słowem zniszczyć kryjącym w sobie o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać możliwe powstało dziwne tarcie, jakby każde z nich chciało się doprosić o uwagę. To było w jakiś sposób przyjemne dla ucha. Lodowate, władcze i okrutne zarazem, a jednocześnie miało w sobie jakąś nutę marzycielskiej satysfakcji, zupełnie jakby Vein pragnął czegoś, co mógłby zmasakrować.
- Niech będzie. Ruszymy za Mestem, a o ile trafimy na ślad jakiegoś szamana zboczymy z obranego kursu. - Vein uśmiechnął się, zupełnie jakby zaczął snuć jakieś inne plany wobec wspomnianego szamana, ale potrząsnął głową opanowując się na nowo. Źle się z nim dzisiaj działo.
Skrzywił się. - Zioła mogą okazać się potrzebne. Ale zróbmy to szybko. - podsunął myśl, już zmierzając w stronę tamtego pokoju.
Gracz opuścił wątek








21.08.2017, 21:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zagajnik
#48

Nie ugodziły w jego serce? Cóż, musi być doprawdy z skute lodem. Vin ziewnęła, zakrywając usta dłonią. Żałowała, że nie ma przy sobie rękawiczek. Zawsze to jakaś motywacja, żeby trzymać pazury pod kontrolą. Przechyliła odrobinę głowę, spoglądając na Veina z wyraźnym znudzeniem. W jej oczach jednak pod pieczołowicie wystudiowaną pozą, kryła się iskierka rozbawienia. Tym razem białowłosy pomyliłby się srogo. Vin naprawdę nie miała go za godnego osobnika do wymyślania nowych i kolejnych zniewag. Znała wszystkie jego bóle i słabości, mogła je wyciągnąć na blade światło słońca, mogła uczynić z nich obelgi i zabić jego racjonalne podejście do świata. Ale nie zamierzała tego robić w najbliższym czasie. Przygryzła wargę.
- Hm... na pewno nie na mnie. - uśmiechnęła się żmijowato i mrugnęła przy tym kilka razy. - Jakoś nie umiem... powiedzieć na co zasługujesz. - przyznała z niechętnym, cichym westchnięciem.
Czasem, kiedy patrzyła na białowłosego, widziała śnieżnego wilka otoczonego bydłem. Był silny, dziki i drapieżny, ale samotny. Tak bardzo sam, tak opuszczony, choć dalej pełen majestatu. Jaśniał w jej oczach, ilekroć była zmuszona do przebywania z ludźmi. Tęskniła wtedy za nim tak bardzo, że miała ochotę krzyczeć. Choć był niedostępny i chłodny, uparła się by dać mu namiastkę ciepła. Widziała w jego oczach odbicie siebie - dosłownie i w przenośni. Zawsze patrzył na nią. I dobrze, przecież była cudowna! Często zastanawiała się czy chłopak poza nienawiścią i ambicją ma w sobie jakieś inne odczucia, emocje. Vin miała ich aż za dużo.
Czy faktycznie była jego skarbem? Czy znalazłby sobie innego pomocnika? Czy byłby w stanie zaufać komuś innemu? Dziewczyna nawet nie chciała o tym myśleć, bo automatycznie wpadała we wściekłość i miała ochotę zniszczyć każdego, kto stanąłby na jej drodze. Tylko do niej to należało. Inni się nie liczyli.
Czerwonowłosa z chęcią zmierzyłaby się z którymś ze swoich smoczych braci. Wszyscy po kolei ignorowali ją, nie traktowali jako zagrożenia. Była niewielką kobietą, śliczną i delikatną. Nikt nie potrafił dostrzec bestii w jej spojrzeniu. Przez myśl jej przemknęło jak wiele istnień polegnie przez swoją własną głupotę.
- A co, chcesz mnie gdzieś zaprosić, a nie wiesz w jaki sposób? - odpowiedziała na jego uśmiech, uśmiechem. - Nie licz, że się zgodzę. Mam inne plany na wolne wieczory. - mruknęła słodko, choć jej źrenice zwężyły się, jakby wyczuła świeżą krew.
- To tylko teoria. - jej uśmiech rozwiał się błyskawicznie, a zastąpiło je zwątpienie. Bardziej chodziło jej o możliwości wykorzystania włosów Mesta niż stwierdzenie, że w ten sposób Mest zamierzał działać. Dopiero po chwili zmrużyła oczy, a między jej brwiami pojawiła się głęboka zmarszczka. Warknęła głucho. - Będziesz mną gardził, za używanie każdej metody do uczynienia Cię królem? Jeśli szamańskie rytuały mają mi w tym pomóc, to się nimi splamię. - jej oczy były ledwo widoczne spod kaptura, ale od dziewczyny niemal biła aura wściekłości, która pochłaniała światło. - Jeśli ktoś taki stanie nam na przeciw, śmiało, niszcz go. - wzruszyła ramionami, siląc się na obojętność. Czasem dziwiła się jak nisko mogła upaść dla realizacji ich celu.
Skinęła głową, na znak, że się zgadza na taki obrót spraw. O tak. Zioła mogą się okazać bardzo potrzebne.

Gracz opuścił wątek








21.08.2017, 22:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna