Południowe wzgórza Azarat
#1

Cytat:

Dzień drogi na południe od Azarat znajdują się niewielkie skaliste wzgórza. Znajdują się one w okolicy niedaleko biegnącego szlaku handlowego. Wzgórza te bardzo często są wykorzystywane jako kryjówki dla grup bandytów którzy mają świetną bazę wypadową do ataków na okoliczne karawany. Fauna i flora tu jest skąpa, typowa dla pustyni skalistej. Liczne jaskinie i pieczary służą nie tylko jako schronienie dla bandytów ale również jako kryjówki przeróżnych stworzeń. Niekiedy dochodzi również do ataków demonów dlatego też rabusie muszą mieć w swych szeregach mistyków. Jeśli takowych nie posiadają to albo szybko ich działalność zanika albo muszą podjąć ryzyko powrotu do Azarat.


MG


Słońce na pustyni wisiało wysoko na niebie i prażyło niemiłosiernie. Na całym nieboskłonie nie dało się ujrzeć żadnej nawet najmniejszej chmurki. Powietrze drgało z gorąca, i praktycznie stało w miejscu. Żadnego podmuchu wiatru. Spiekota okropnie dawała się we znaki dwójce konnym podróżnikom którzy zbliżali się do skalistych wzgórz.
Właściwie to był jeden jeździec który prowadził za uzdę drugiego konia na którym była przewieszona kolejna osoba. Ale od początku...

Szakal będąc jeszcze w Azarat pragnął nawiązać kontakt z wyznawcami Abadda, lecz musiał przy tym zachować dyskrecję. Chodziły pogłoski że w okolicznych wzgórzach na południe od Azarat grasuje banda rabusiów którzy mogą być właśnie wyznawcami tego tajemniczego i zakazanego kultu. Trudność polegała na tym że nie wiedział jak nawiązać z nimi kontakt. Udanie się do nich bezpośrednio mogło spowodować że zabiją go na miejscu bez zadania chociażby jednego pytania. Musiał coś zrobić, jakoś się wykazać. Czekał cierpliwie aż się nada odpowiednia ku temu okazja. Traf chciał że stał się jedynym świadkiem jak oto jakaś tajemnicza kobieta zwerbowała młodego zwiadowcę dając mu pękatą sakiewkę. Jedyne co usłyszał to żeby zbadał okoliczne wzgórza w poszukiwaniu bandy rabusiów. Szczegółów nie dosłyszał jak również nie widział dokładnie czy kobieta nie dawała mu czegoś jeszcze. Lecz jeśli kobieta działałaby w dobrej sprawie to z pewnością nie robiła by tego w ten sposób. Powinna wszystko zrobić by nikt się nie dowiedział gdzie ów zwiadowca podąża i jakie ma zadanie. A że on o tym się dowiedział, no cóż... Do niektórych los się uśmiecha a do niektórych wręcz przeciwnie. Do niego właśnie los się uśmiechnął. Miał możliwość zyskania przychylności w owej bandzie. Wystarczyło kobietę porwać i żywcem zawieść do nich. Pokazać im zdrajczynię i poświęcić w starożytnym krwawym rytuale. Niech ta istota niższego rzędu jakim jest kobieta dowie się czym kończy się zdrada wielkiego i potężnego Abadda.
Mając już cel Szakal długo się nie zastanawiał. Kiedy to kobieta podążała na swym koniu samotnie przez wąskie uliczki Azarat najemnik sprawnie obezwładnił ofiarę. Ogłuszył zdrajczynię, skrępował rzemieniem i zakneblował, przy okazji zdejmując z niej napierśnik i przewiesił przez grzbiet konia. Cały dobytek kobiety przytroczył do siodła jej wierzchowca.
W taki to sposób Szakal opuścił miasto. Na bramie strażnicy za bardzo nie wnikali co też stało się z kobietą. Dla tego społeczeństwa płeć żeńska była czymś gorszym, podgatunkiem. Wystarczyło skłamać że pragnie ladacznicę ukarać na środku pustyni. Nie robili z tym problemu. Puścili ich przodem.

A kim była owa kobieta? Shariel. Kim była? To wie tylko ona. Będąc ogłuszonym trudno się wytłumaczyć. Tak więc powoli odzyskiwała przytomność na środku pustyni. Głowa jej zwisała z boku jej wierzchowca. Widziała jak piach powoli ustępował skałom pustynnym. Ból oraz napływająca krew do głowy przyprawiała o jej zawroty. Było jej niedobrze. W dodatku ten upał. Usta jej spierzchły, a język wysechł na popiół. Chciała coś powiedzieć lecz trudno mówić kiedy w ustach ma się kawał brudnej szmaty. Patrząc na boki mogła się jedynie zorientować że kierują się w stronę południowych wzgórz Azarat. Ruszając głową poczuła jakąś skrzeplinę biegnącą przez całą długość jej policzka. To była zapewne krew. Całe ciało ją bolało od niewygodnej jazdy. Tu i ówdzie czuła mrowienie z odrętwienia.

Wzgórza były coraz bliżej...


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






15.11.2015, 18:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#2

Ojciec pożegnał się z życiem. Taka kolej rzeczy. W domu jednak wszystko stanęło na głowie. Służba jak i bracia Shariel jakby tracili głowę. Ona nie miała na to czasu. Musiała ostrożnie i w tajemnicy przenieść wszystko co tyczyło się kultu z ojcowskich gabinetów do siebie. Notatki, mapy i przedmioty zapewne rytualne. Schowała to wszystko w ogrodowej altanie pod podłogą. Tam nikomu nie przyszłoby do głowy czegokolwiek szukać i nikogo nie zdziwiłyby jej ogrodowe częste wizyty.
Sha była przekonana, że wszystko przygotowała poprawnie. Wykorzystując zamieszanie w domu dotyczące obrzędów pogrzebowych ojca wymknęła się w poszukiwaniu posłańca. nie ryzykowała by komukolwiek w domu aż tak zaufać, więc postanowiła działać na własną rękę.
Podejrzanej aparycji jegomość którego zwerbowała na mieście nie był początkowo zbyt chętny do współpracy, ale ciężka sakwa przekonała go do tajemniczej wspólniczki. Dodatkowo dostał zapewnienie że na wzgórzach w okolicy Azarat nie jest tak bardzo niebezpiecznie jak to mówią, byle tylko za dnia się tam znalazł ... a co najważniejsze od razu miał wyznawcom pokazać pieczęć na liście, co by go nie zabili jako szpiega albo innego intruza.
Zadowolona z siebie że przesyłka w końcu została bezpiecznie przekazana, miała jeszcze odbębnić umówiony patrol za brata. Wszystko co było jej potrzebne miała przygotowane - napierśnik i resztę uzbrojenia do tej pory dźwigał jej wierzchowiec. Po chwili szła wąską uliczką już opancerzona w napierśnik, gotowa do patrolu prowadząc konia za uzdę.
Nagle pociemniało jej w oczach a bruk ulicy przywitał się z jej twarzą dość boleśnie.

Kiedy zamroczenie zaczęło odpuszczać, pierwszym co poczuła był fakt, że się przemieszcza. Ból głowy zaatakował ze zdwojoną siłą. Żar lał się z nieba i czuła że jest spocona. Czuła również zapach krwi. Mdliło ją, ale nie mogła przełknąć śliny przez coś co miała wciśnięte w usta. Rytm jej serca bardzo przyspieszył. Próbowała przypomnieć sobie co się stało ale ostatnim wspomnieniem była ulica przed nią i wrażenie dobrze wykonanej roboty.
A jednak coś poszło nie tak. Nie wiedziała co. Czy zwykli bandyci napadli na nią czy to brat już zaczął działać chcąc się jej pozbyć. Ale jeśli to byłby on, to by kazał ją zabić od razu, przynajmniej tak by ona na jego miejscu działała.
Kątem oka widziała cień drugiego jeźdźca. Nie wiedziała czemu była prowadzona poza miasto, w stronę wzgórz.
O ironio opuściła miasto i pierwszy raz była wolna, choć stała się czyimś zakładnikiem.
Ciągle nie mogła przełknąć śliny i zaczęła wpadać w panikę że zaraz się udusi. Poruszyła się i chciała zawołać. Jedyne co z jej ust się wydostało to był niezrozumiały bełkot. Oddech Shariel przyspieszał coraz bardziej i stawał się płytszy. Szarpnęła się prostując plecy, chcąc choć trochę zmienić niewygodną pozycję lecz tylko pogorszyła swoim działaniem sytuację, bo miejsca które do tej pory tylko ją tylko mrowiły obudziły się nagle całą mocą odrętwienia. W dodatku poczuła że zaczyna się ześlizgiwać z końskiego grzbietu. Miała spętane dłonie i nie miała jak się przytrzymać. Zaparła się tylko łokciami lecz niewiele to pomogło i po chwili z głośnym jękiem od bolesnego uderzenia wylądowała na piachu.
Upadła na plecy a kurtyna ciemnych włosów zasłoniła jej twarz utrudniając ocenę otoczenia.
Zaparło jej dech. Niestety nie z zachwytu ale z bólu. Była oszołomiona i kręciło się jej w głowie a knebel ją dusił.
Mimo zrównoważonego charakteru i planowania wszystkiego na zimno teraz wpadła w panikę. Nie chciała umierać, było jeszcze tak wiele do odkrycia i do zrobienia. Abaddonie, dlaczego mnie nie chronisz? Ta myśl zdominowała jej umysł kiedy czekała na reakcję swego porywacza.
16.11.2015, 12:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#3

Zbliżała się pora święta. Abadd w określonych porach, wymagał ofiar od swoich wyznawców, o czym Zhakhal wiedział doskonale. Dobrze go wyszkolili. Pomimo swoich własnych bitew i prywatnych ambicji politycznych, nigdy nie zapominał o towarzyszach z kultu. Kiedyś jeździł z nimi ramię w ramię, podczas zorganizowanych napadów. Jednak aby piąć się w górę w hierarchi wyznawców Abadda, należało szerzyć jego wiarę poprzez miecz. Im większa sława, tym wyższa pozycja. Zasada choć brzmi na prostą, podpierana była wieloma regułami, których należało się trzymać.
Zbliżało się święto, a ono wymaga ofiar. Szakal dostrzegł kogoś idealnego, akurat kiedy przemierzał uliczki Azarat. Do końca nie zrozumiał swoich pobudek, ani przyczyny, dlaczego wybrał tę kobietę spośród wielu. Wierzył, że tym czynem powodował sam Abadd.
Nie było problemów z opuszczeniem miasta. Spętana kobieta, przewieszona przez konia, została odebrana przez strażników w sposób różnoraki, zawsze jednak sprowadzajacy się do prostego określenia - "własność". Czy to zakupiona niewolnica, czy niewierna żona, to nie miało dla nich większego znaczenia.
Drogę znał doskonale, choć nie obrał dokładnego kursu od razu. Odbił nieco, zataczając powoli delikatny łuk, prowadzący do celu. A celem była ukryta w górach twierdza kultu Abadda.

Jazda przez pustynię zawsze była ciężka, niezależnie czy podróżowało się w pełnym słońcu dnia, czy też w chłodach mrocznej nocy. Choć w przypadku nocy... Thanubris skrzywił się, kiedy twarz odpowiedziała piekącym impulsem wspomnień.
Słońce Pustyni jak zawsze było nieznośne, jadąc wolno musiał liczyć się z bardzo długim dniem w tych warunkach, był do tego jednak przyzwyczajony. Odpowiedni ubiór i specjalny kaptur z hełmem, chroniły go przed upałem. Mimo to, sięgnął do pasa po bukłak z wodą i nieznacznie unosząc front hełmu w kształcie Szakala, upił kilka łyków. Prawym ramieniem otarł to, co pociekło mu prawym policzkiem.
W tym momencie usłyszał jakiś niewyraźny dźwięk, bełkot wydobywający się spod knebla. Szakal obrócił się w siodle, aby spojrzeć na kobietę przewieszoną przez drugiego konia. Najwyraźniej się obudziła, a sytuacja w jakiej się znalazła nie dawała powodów do spokoju.
Miarowym, ale twardym głosem, zwrócił się nieco w eter, jednak poza nim i kobietą, nie było tutaj innego możliwego adresata:
- Nie wierć się.
Niestety, jego dobra rada nie została przyjęta z należytym jej zrozumieniem. Plama wody, parująca z ramienia Zhakhala, nie zdążyła jeszcze zniknąć, kiedy ciało ofiary uderzyło miękko w piach z asystującym temu głuchym jękiem.
Szakal sprawnie wstrzymał konia, uczepił lejce do siodła i ruszył w stronę leżącej kobiety. Znał pustynię wystarczająco dobrze, aby zrozumieć że pannica bez wody długo już nie wytrzyma.
Przykucnął w pobliżu twarzy jego towarzyszki z przymusu. Uczynił to w taki sposób, aby zasłonić sobą słońce. sam skrył się nieco w cieniu, ale sterczące uszy jego hełmu błyszczały złociście w promieniach. Przyjrzał się uważnie w jakim stanie znajduje się kobieta i ocenił go jako zadowalający. Odezwał się i zwrócił się już bezpośrednio do niej, ponownie brzmiąc tym samym, niemalże obojętnym tonem:
- Wyciągnę Ci knebel i dam Ci wody. Spróbuj krzyknąć, albo powiedz coś, co mi się szczególnie nie spodoba, to wcisnę szmatę głębiej niż jest teraz.
Wiadomość przekazał wolno, aby mieć pewność że każde jej słowo zostanie zrozumiane.
Odczekał chwilę, po czym sięgnął do tkaniny wepchniętej w usta kobiety i ostrożnie ją wyciągnął. Następnie sięgnął po bukłak u pasa i przystawił go do spierzchniętych ust towarzyszki. Przezornie nie rozpętał jej ani dłoni, a tym bardziej nóg. Jeśli zachowa umiarkowany spokój, podniesie ją do wygodniejszej pozycji siedzącej.
Przerwa w podróży nie może być długa, a częste zatrzymywanie się zupełnie im nie przysłuży. Szakal spędził wystarczająco dużo czasu w oddziałach Pustynnych Wojoników, aby znać się na rzeczy. potrafił ocenić odległość i porę dnia. Zhakhal spojrzał w stronę gór po czym ponownie zwrócił się do kobiety:
- Postaraj się nie wierzgać. Musimy dotrzeć do celu przed zachodem słońca w innym wypadku oboje zginiemy. - po krótkiej pauzie dodał jeszcze - Pewnie się boisz, to słuszne. Popatrz na to jednak z innej perspektywy, spotkasz Abadda wcześniej niż ja i będziesz mu usługiwać. A jeśli przyjdzie czas, ujrzysz mnie przy stole jego wojowników.
17.11.2015, 16:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#4

Długo nie trwało kiedy od czasu jej upadku z końskiego grzbietu nad głową Shariel pojawiło się oblicze porywacza. Dziewczyna nie wiedziała czy to był efekt zamroczenia czy może została oszołomiona, ale gość wyglądał upiornie. Po kolejnym uderzeniu serca zganiła się za głupie myślenie, bo oto jej oprawca miał po prostu maskę na twarzy. Skrywał oblicze za maską wyobrażającą prawdopodobnie pysk szakala, co oszacowała po kształcie uszu zwierzęcej facjaty.
Gdy się do niej odezwał przytaknęła głową że nie będzie krzyczeć. Nie mogła oddychać a co dopiero krzyczeć. Zaczęła łapczywie wdychać powietrze przez usta od razu gdy szmata została zabrana z jej ust. Przełknięcie śliny nie udało się, bo miała zbyt wysuszone gardło. Zaczęła się ponownie dusić i dopiero woda którą jej podał polepszyła trochę sprawę. W sensie że Sha zaczęła się dusić tą wodą, ale przynajmniej nie miała już uczucia jakby gardło miało się rozsypać jak kopiec z piachu.

W takim stanie niezbyt była skora do ucieczki czy jakiegokolwiek ataku. Po tym jak w końcu uspokoiła oddech i przestała kasłać próbowała się unieść do pozycji siedzącej. Miała nadzieję że mężczyzna jej w tym pomoże. Spętanymi z przodu rękoma obtarła usta i pozbyła się włosów z twarzy by móc lepiej się przyjrzeć temu, co ją tak załatwił.
Nie miała zamiaru dziękować mu za wodę. Przeszywała go spojrzeniem swych wielkich czarnych oczu. Prawdopodobnie wyglądała jak ostatnia sierota, ale na jej pobratymcach nie robiło to wrażenia. Wiedziała że jej życie w rekach bandyty jest wycenione mniej więcej na tyle, ile wynosi wartość jej biżuterii.
Bolały ją przede wszystkim plecy i czuła już pieczenie skóry w miejscach gdzie była skrępowana.
- Gdzie mnie zabierasz i po co? - Zapytała niby naiwnie tylko po to by zacząć rozmowę. Uważała że zawsze można polepszyć swoją sytuację stosując komunikację. Zakaszlała znów czując suchość w gardle. Poprosiła o wodę, a kiedy wypiła łyk kontynuowała. Tym razem grała na zwłokę. - Co masz na myśli że spotkam szybko Abaddona? Chcesz mnie oddać Jego wyznawcom? - Głos Shariel nie był wyprany z emocji jak głos jej porywacza. Jednak w tej chwili wydawało się, ze kobieta boi się mniej, niźli wówczas kiedy ocknęła się na końskim grzbiecie. Niewielkie były szanse na to, że porywacz zechce wplątać się w rozmowę z Sha. Jednak warto było spróbować.
Po wspomnieniu przez porywacza imienia jaj boga, Sha wyczuła że może jednak z tej matni się wykręcić żywcem. Oby tylko grupa wyznawców na wzgórzach okazała się tymi, których z którymi kontaktował się jej ojciec listownie. Jednak czasu na obmyślanie planu nie było. Trzeba będzie improwizować gdy znajdą się już na miejscu. Póki co była grzeczna i potulna by nie zostać zabitą zanim nadejdzie okazja na jej uwolnienie.
17.11.2015, 23:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#5

Po tym jak zakładniczka Szakala zakrztusiła się wodą, na chwilę odsunął bukłak. Po czasie pozwolił jej wziąć jeszcze kilka łyków, to jednak był koniec pojenia. Po pierwsze Thanubris  dobrze wiedział jak trudno o wodę na pustyni i należało szanować jej zasoby. Po drugie, miał tylko ograniczony zapas, a kobiecie potrzeba było wyłącznie tyle, aby zachować życie. Na jej przytomności jeźdźcowi jakoś nie specjalnie zależało. Chwila odpoczynku również była pokierowana wyłącznie skromną wygodą porwanej. Szakal dobrze odpoczywał w siodle, gdzie z resztą spędził kilka ostatnich lat swojego życia.
Pierwsze pytanie ze strony czarnookiej zupełnie zignorował, pozwolił jej posiedzieć chwilę, a sam czujnie rozejrzał się po okolicy. Powietrze falowało nad złocistym piaskiem, wzbudzając tym obrazy lewitujących łach. Pustynia potrafiła mamić, była bezwzględnym miejscem, dlatego też idealnie nadawała się na hartowanie ducha wojowników. Nie dziw zatem, że kasta Wojowników Miasta Azarat była uważana za jednych z najlepszych w sztuce walki i przetrwania.
Kiedy kobieta zwilżyła swoje gardło na tyle, aby nie utykały w nim słowa, nagle stała się niezwykle rozmowna. Szakal domyślał się jednak, że głównie chodziło o podróż, a raczej o jej odwlekanie. Wiedział, że wiszenie w pętach przez grzbiet konia, to chyba najmniej wygodna pozycja do jazdy, a i cel tej wyprawy nie był optymistyczny dla jego „towarzyszki”. Jej pytania jednak nie mogły niczego zmienić, Zhakhal nie zamierzał ryzykować uwolnieniem choćby nóg nieznajomej.
Ponownie odwrócił się w jej kierunku i zmierzył ją spojrzeniem spod swojej maski. Przez moment w rozbłysku słońca, mogła wyłowić  jego oczy spoglądające z spod wizerunku szakala. Były jak dwie studnie bez dna, jak dwa ciemne szafiry, jak nocny błękit skrywający mrok.
Kobieta najwyraźniej się ożywiła na wieść o Bogu Wojny i jego wyznawcach.  Czy chciał ją oddać? Zaczynał się nad tym zastanawiać, jednak święto rządziło się swoimi zasadami…
- Koniec rozmów.
W dłoni Jeźdźca ponownie zatańczyła szmatka, którą wcześniej kneblował kobietę. Zanim jednak wepchał ją na powrót zastanowił się, zawahał. Spojrzał w górę, oceniając słońce, a następnie jakby w akcie łaski, zmoczył nieco tkaninę. W ten sposób kobieta będzie mogła wyssać wilgoć z knebla, co nie pozwoli jej na odwodnienie się.
Wolał nie używać siły i miał nadzieję, że Azaratianka to zrozumie. Oczywiście mógł ją ponownie ogłuszyć ciosem rękawicy, jednak przytomna będzie bezpieczniejsza.
Rozważał jeszcze, czy nie wyciągnąć liny z juków i nie przywiązać kobiety do konia… Ton jego głosu nadal był nieco obojętny ale zarazem bardzo sugestywny. Ten sposób zachowania prezentował pewność siebie Szakala, niezachwianą odwagę i wiarę w słuszność każdej decyzji, każdego swojego słowa. Jakby urodził się przywódcą.
- Otwórz usta. Ruszymy w dalszą drogę, jeśli będziesz opóźniać jazdę, tuż przed zmrokiem pogonię swojego konia, Twój wierzchowiec pewnie również podąży za rozsądkiem. A Ty, wolałabyś nie zostać na pustyni po zmroku.
Oczekiwał współpracy, wszak to nie było nic osobistego. Nie miał powodów aby krzywdzić tę kobietę lub znęcać się nad nią w drodze. Ważny jednak był cel podróży i musiał tam dotrzeć.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2015, 09:49 przez Zhakhal.)

20.11.2015, 09:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#6

Na nic zdały się jej próby komunikacji z nieznajomym porywaczem. Nie chciał nic zdradzić. Zastanawiała się po co miała zostać przekazana ludziom ze wzgórz. Nikt z nich przecież nie znał jej tożsamości. Nie miał prawa, bo sytuacja była zbyt świeża. Pozostało jej już tylko czekać na spotkanie z losem, kiedy dotrą na miejsce.
Skoro porywacz nie był skory do rozmowy i sam uciął próby konwersacji to więcej się nie odezwała. Na dany przez niego znak do wyruszenia przełknęła nerwowo ślinę. Już wiedziała że jeśli nie zdjął jej więzów z nóg to znów miała jechać przerzucona przez grzbiet a do tego jak widać zakneblowana.
- Nie zamierzam krzyczeć. Daruj mi ten knebel. - Poprosiła. Co z tego że mężczyzna nasączył szmatę. Wetknięta w usta mogła tylko pogorszyć sprawę jeśli dziewczyna by zachłysnęła się wodą spływającą do gardła, bo przecież język miała mieć unieruchomiony.
- I tak nie mam tu na pustyni do kogo wołać o pomoc. - Demony nie były dla niej żadnym wybawieniem. Może i owszem udałoby jej się zrobić krąg ochronny i zdołać go utrzymać tak długo by przetrzymać noc, lecz pobyt na pustyni bez ekwipunku to pomysł bardziej ryzykowny od próby dogadania się z wyznawcami Abaddona.
O ile dostanie taką szansę.
Dlatego też była potulna i współpracowała z porywaczem by w możliwie jak najlepszym stanie dotrzeć do wzgórz. Liczyła na to, że zamaskowany wojownik nie pozbawi jej przytomności tuż przed samym spotkaniem z wyznawcami, bo wtedy może być za późno na jakiekolwiek tłumaczenia z jej strony.
20.11.2015, 14:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#7

Zbliżał już dłoń z kawałkiem tkaniny do twarzy kobiety.  Ta jednak ponownie podjęła próbę rozmowy, a właściwie przekonania Szakala, że knebel nie będzie potrzebny. Ręka Thanubrisa  zastygła w połowie drogi. W zasadzie porwana miała rację, byli na pustyni, tutaj raczej trudno było się spodziewać kogokolwiek. Jednak los miał to do siebie, że kuszony zawsze ulegał.  Nie można wykluczyć, że gdzieś nie natrafią na jakąś zbłąkaną karawanę, czy po prostu mały oddział jeźdźców Azarat, patrolujący okolicę. Co prawda, trudno oczekiwać, żeby mężczyźni wychowani na piaskach pustyni, mieli jakiekolwiek posłuchanie w słowach kobiety. Jednak na wzmiankę o Abaddzie, mogli już zareagować różnie. Większości Azaratczyków ten kult nie przeszkadzał, znajdowali się jednak Ci, którym jednak piękno wojny przeszkadzało w interesach. Dążyło to do prostego wniosku, że wyznawcy Boga Wojny, powinni zakończyć swoje działania, bo nigdy nie wiadomo, czy w swej skrytości, nie dążą do czegoś więcej…
Po krótkim zastanowieniu jednak, rozwinął tkaninę i ułożył ją na głowie swojej towarzyszki z przymusu. Bardziej przyda jej się schłodzenie i ochrona przed słońcem, niż knebel.
- Nie chciałbym Cię uciszać.
W zasadzie trudno było wyczuć, czy była to groźba, czy obojętne stwierdzenie. Wypruty z emocji głos Szakala nie przedstawił w tym wypadku żadnych wskazówek.
Wpadł też na pomysł, jak przyspieszyć tempo podróży. Ponowne przerzucenie kobiety przez siodło, mogło skutkować ponownym lądowaniem w piachu. Następny raz mógłby nie być tak szczęśliwy, a ofiara ze skręconym karkiem, to raczej marny przykład oddania.
Bezceremonialnie uchwycił czarnooką w biodrach i jednym podrzutem podniósł i przewiesił sobie przez ramię. Zupełnie jakby nic nie ważyła. Postąpił kilka kroków i posadził ją w siodle jej konia, tak że miała nogi opuszczone po jednej stronie jego grzbietu. Podniósł głowę w masce, kierując wzrok na twarz kobiety. Ponownie odezwał się tym spokojnym głosem, obojętnym ale zarazem rzeczowym:
- Na chwilę oswobodzę Twoje stopy.  Sprawię że będzie Ci wygodniej jechać. Drugą opcją jest ciągnięcie za koniem, więc przemyśl to zanim podejmiesz próbę ucieczki.
Zachowując ostrożność, rozsupłał więzy na jednej z kostek. W planie miał przywiązanie stóp porwanej do pasków mocujących siodło. Będzie wtedy mogła jechać swobodnie z nogami po bokach konia, siedząc przy tym prawidłowo we własnym siodle. Z drugiej strony nie pozwoli jej to na ucieczkę. Nawet jeżeli zdecydowałaby się popędzić  wierzchowca, to lejce i tak są prowadzone przez Szakala.
To rozwiązanie pozwoli im przejść w nieco szybszy kłus, a w razie konieczności w galop. Nakazał jej gestem przerzucenie nogi nad siodłem, przy okazji obserwując jej sprawność. Wolał ocenić ją w razie jakichkolwiek wypadków. Jeżeli usłuchała, przeszedł na drugą stronę, aby przywiązać drugą ze stóp.
Po zakończeniu węzłów i upewnieniu się, że są wystarczająco ciasne i napięte, udał się do swojego karego ogiera. Uchwyciwszy się łęku, jednym sprawnym skokiem usadowił się we własnym siodle. Poprawił jeszcze nogę na lewym boku, sadowiąc ją wygodnie przy wielkiej tarczy, która była tam zamocowana. Cmoknął na Vulpa i ruszyli, cicho stąpając po piasku pustyni. Znał kierunek, a twarzy Vogera nie widział od długich miesięcy, żeby nie powiedzieć – lat… Nie był sentymentalny, jednak zamierzał odwiedzić Mistrza, a w stosunku do niego, należało przejawiać respekt.
23.11.2015, 12:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#8

MG


W końcu ruszyli. Porywacz i porwana. Ten pierwszy okazał się być łaskawy dla tej drugiej a ta postanowiła odwdzięczyć się uległością. Dla kobiety jazda w siodle było wręcz wybawieniem w porównaniu do jej poprzedniej jazdy. Teraz zaznawała niebywałej wygody, choć była spętana i w normalnych warunkach ta jazda do przyjemnych by nie należała. No ale z początku upajała się wygodą możliwości siedzenia i podziwiania krajobrazu.
A krajobraz coraz ciekawszy był w miarę zbliżania się do wzgórz. Jeszcze zanim dotarli do owych wzgórz ujrzeli latające po okręgu jakieś ptaszyska. Po jakimś czasie ptaszory opadły na ziemię i zajęły się czymś. Traf chciał że trasa podróżnych prowadziła prosto w ich kierunku. I po krótkiej jeździe mogli rozpoznać ptaszory. To sępy dziobały jakąś padlinę. Podjeżdżając bliżej jeźdźcy mogli zauważyć że owa padlina to zwłoki człowieka. Im coraz bliżej byli tym sępy coraz bardziej zaniepokojone były. Co i raz łypały złowieszczym okiem w ich kierunku. Jeden z sępów wydziobał właśnie oko z oczodołu ofiary i tymże okiem również łypał dopóki nie zniknął w paszczy ptaka. Ptaszory nie były skore odstępować swej zdobyczy i dopiero kiedy bezpośrednio zbliżyli się do zwłok mogli rozpoznać więcej szczegółów.
A raczej Shariel mogła rozpoznać ponieważ w trupie mogła dostrzec swego zwiadowce którego wynajęła do przekazania wiadomości. Wiadomości skierowanej do grupy wyznawców Abadda. Widać jej posłaniec nie dotarł do celu. Padł praktycznie przed wzgórzami (wzgórza były już oddalone od nich maksymalnie o jakiś kilometr).
Podjeżdżając najbliżej jak się da sępy w końcu wzbiły się w powietrze lecz nie odleciały za daleko i zbyt wysoko. Krążyły cały czas nad ich głowami dając ciągle do zrozumienia że zwłoki to ich zdobycz i nie odstąpią jego. W momencie kiedy sępy wzbiły się w górę Zhakhal mógł dokładniej przyjrzeć się ofierze. Osoby młodego zwiadowcy z początku nie rozpoznał lecz dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się przypomni mu się gdzie też tego młodzieńca widział (Shariel rozpozna go o wiele szybciej niż Szakal). Oglądając zwłoki łowca zauważy że śmierć została zadana poprzez skręcenie karku, na jego ciele widać było też liczne siniaki (tam gdzie sępy jeszcze wydziobały sobie mięsa). Oprócz tego wokół zwłok Szakal zauważył dwa pióra. Pióra które w ogóle nie pasowały do upierzenia sępów, należały do zupełnie kogo albo czegoś innego.
Nad głowami podróżnych złowrogo zaskrzeczały sępy.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






24.11.2015, 01:52
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#9

- Dziękuję. - Chociaż tyle mu się należało za to ze jej nie zakneblował. Zaraz jednak jej rozbudzający się entuzjazm minął, bo porywacz uniósł ją do góry niczym worek z ziarnem przewiesił przez ramię a na koniec usadził w jej własnym siodle. Zapowiadało się jednak że i podróż minie bardziej komfortowo.
Gdy wspomniał o oswobodzeniu stóp przytaknęła mu głową i nie ruszała się jak nakazał. Przy okazji usłyszenia z ust zamaskowanego realnej groźby, oczy Shariel na chwilę zrobiły się wręcz ogromne gdy wizja ciągnięcia za koniem stanęła jak żywa przed jej oczami.
Kiedy poluzował więzy na jej nogach i nakazał przerzucenie nogi na drugi bok konia, Sha wykonała ten manewr płynnie. Może nie była wirtuozem jazdy konnej, lecz była bardzo zwinna a przy okazji korzystała z uroków posiadania długich nóg. Luźna skromna wierzchnia azaracka szata nie krępowała jej ruchów, za to spod niej można było zauważyć teraz rąbek zielonego delikatnego materiału sukni, którą to dziewczyna miała na sobie. Pod odsłoniętymi łydkami poczuła końską sierść, zaś na oliwkowej skórze ciepło palącego pustynnego słońca.
Dzięki praktycznemu podejściu porywacza co do prędkości poruszania się po pustyni siedziała aktualnie wygodnie w siodle. Jednak świadomość iż była przywiązana do wierzchowca należącego do rodziny więzami bardziej materialnymi niż więzi przyjaźni, budziła jej obawy. Gdy w końcu ruszyli, skupiła się na tym, by nie pokazać strachu. By być ponad tym wszystkim i zapanować nad sytuacją pozornie bez wyjścia.
Myśli w jej głowie kłębiły się i krążyły niczym sępy nad padliną.

Pojawienie się realnych sępów na ich drodze nie było niczym szczególnym. Póki byli daleko od ścierwa Shariel zachowywała naturalny spokój. W tak trudnym terenie jakim była pustynia, czasem zdarzała się jakaś padlina w postaci padłego konia czy truchła jakiegoś mniejszego zwierza. Po przejechaniu kolejnych metrów Sha zauważyła iż ofiarą pustynnych czyścicieli był jakiś nieszczęsny wędrowiec.
Gdy dotarli do grupy ptaków oraz ich posiłku, kiedy sępy wzbiły się w powietrze i ukazały swą zdobycz w pełnej okazałości Shariel nagle zamarła. Szczegóły ubioru wędrowca nie pozostawiały za wiele złudzeń. Zacisnęła na wodzach palce aż pobielały jej kostki. Pozostałości z rysów połowicznie obdziobanej twarzy mężczyzny potwierdziły jej przypuszczenia. To był jej posłaniec. Czy dotarł do celu i już wracał, czy nie zdążył przekazać wiadomości?

Spojrzała w stronę porywacza. Ciekawa była czy jej porywacz zrobi jakiś ruch by przyjrzeć się ofierze, czy od razu ruszą dalej.
- Pechowiec. Ciekawe gdzie poniosło jego konia.- Mruknęła pod nosem. Starała się by jej głos brzmiał obojętnie. Jej karta przetargowa w rozmowach z wyznawcami Abaddona zaczynała przypominać pergamin zbyt cienki aby na nim cokolwiek napisać. Modliła się o to, aby wyznawcy posiadali stare wiadomości sygnowane pieczęcią jej ojca, inaczej cała jej potulność i uległość wobec porywacza szła na marne. Nie miała zamiaru umierać nawet jeśli ku chwale swego boga. Chyba że posłaniec wracał ze wzgórz zanim umarł i wiadomość została dostarczona.
25.11.2015, 17:06
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#10

Pustynia rządziła się swoimi prawami. Była bezlitosna i nie pozostawiała żadnych złudzeń tym, którzy nie znali jej zasad. Rzecz jasna widok sępów nie dziwił, często jednak budził ciekawość. Szakal był nauczony, że tutaj zabija słońce albo człowiek. Nie było wśród piasków drapieżników skorych do zabijania i pozostawienia padliny. Tutaj liczył się każdy kęs.
Traf chciał, że miejsce nad którym krążyły ptaki, wypadało poniekąd na ich trasie, dlatego mógł delikatnie nagiąć szlak, szczególnie że byli już blisko celu.
Gdy podjeżdżali, obejrzał się na drugiego konia, przyglądając się swojej towarzyszce. Chciał ocenić jej stan, ale przy okazji upewnić się, że nadal stara się być potulna i uległa. Musiał przyznać w myślach, że było to niezwykle pomocne. Z drugiej strony, nie umknęły jego uwadze szczegóły takie jak kolor sukni pod jej szatą, a już na pewno jej oliwkowe nogi.
Zbliżyli się do ciała mężczyzny, jak okazało się po krótkich oględzinach. Nie za wiele można było się tam doszukiwać, padlinożercy nie próżnowali.
Szakal też jednak polował na padlinę, był psem pustyni, lisem na piaskach.
W zasadzie byłby mało zainteresowany tym ciałem, gdyby towarzysząca mu kobieta się nie odezwała. Co ją obchodził jakiś człowiek na pustyni, a poza tym, skąd miała pewność że miał konia i był sam? Może jechali grupą, ktoś pozostawił nieszczęśnika i oddalił się... wcale nie musiało ponieść jego konia.
Jej wypowiedź świadczyła o tym, że potrafiła wywnioskować coś więcej z całej tej sceny.
Tak na prawdę to przekonało Zhakhala aby wstrzymać konia. Zwinnym ruchem zeskoczył z siodła i zbliżył się ostrożnie do ciała. Wiedział, że sępy raczej niechętnie dzielą się zdobyczą, ale unikają większych od siebie. Nie znaczy to jednak, że nie będą próbowały odstraszyć natręta. Dlatego miał mało czasu. Przyjrzał się ciału i po chwili pojął skąd zna tego mężczyznę. To był facet wynajęty przez kobietę którą właśnie prowadził do Abbaddonistów. Przeprowadził szybką ocenę. Odnalazł siniaki, a dziwaczna fałda na szyi świadczyła o przekręconym karku. To była pewnie jego śmierć. Rany zadane wcześniej mogły świadczyć o przesłuchaniu.
Thanubris rozejrzał się pośpiesznie po okolicy. Nie było mowy o jakichkolwiek śladach, walczące ze sobą ptaszyska, skutecznie zatarły wszelkie ślady wokół. Wśród tego rozgardiaszu jednak, Szakal dostrzegł dwa pióra, które nie należały do sępów. Sięgnął po nie i schował je za pasem, później się im przyjrzy dokładniej.
Zerknął jeszcze, czy jest sens przetrząsania ubioru na truchle, czy nie ma jakichś sakw, czy rzeczy w kieszeniach. Jeżeli sępy nie były zbyt natarczywe, a strzępy ubioru świadczyły jeszcze o możliwości istnienia jakichś kieszeni, Szakal przeszuka szybko ciało.
Następnie wróci na siodło i ponownie ruszy w kierunku w którym zmierzali wcześniej. Przez ramię rzuci tylko do kobiety:
- Jego koń jest pewnie przy najbliższym wodopoju. Tam gdzie my zmierzamy.
Nie powiedział nic więcej, to wystarczyło za wszystko.
29.11.2015, 14:10
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna