Południowe wzgórza Azarat
#11

MG


Przeszukanie truposza okazało się nawet opłacalne. W jednej z wewnętrznych kieszeni tkwiła pękata sakiewka wypełniona srebrnymi monetami (zawierająca trzydzieści srebrnych monet). Lecz tak naprawdę to tylko to się znajdowało przy zwłokach. Żadnej broni, żadnych zniszczonych bukłaków, a przede wszystkim nie było listu którego zapewne spodziewała się Shariel. Po krótkich oględzinach łowca i jego więzień mogli ruszyć dalej. Z tego faktu najbardziej zadowolone okazały się sępy gdyż tuż po odjechaniu opadły na truposza i kończyły swój posiłek.
Podążając dalej ku wzgórzom natrafili na ścieżkę, nie lepszym określeniem była droga krwi w której odbite były końskie kopyta. Droga prowadziła prosto między wzgórza, prosto w skalistą dolinę, wzgórza były strome nienadające się do jazdy konnej (i trudne do eksploracji pieszej). Tuż przy wejściu do doliny znajdowała się wyschnięta, praktycznie czarna od posoki kałuża. Wszędzie wokół znajdowały się fragmenty rozerwanych juków. W polu widzenia widać było zniszczony bukłak, zapasy żywnościowe, miecz. W samej kałuży dostrzec można było fragmenty końskiej sierści oraz kawałki mięsa i skóry. Lecz po samym wierzchowcu ślad wszelki zaginął. I tu kolejne dziwne pióro znaleźli. Lecz wokół panowała cisza. Jedynie wiatr leniwymi podmuchami unosił w górę niewielkie drobiny piasku i pyłu.
Czując zapach śmierci konie zaczęły być niespokojne lecz zagłębiając się między skaliste wzgórza nerwowość ich minęła. Po zwierzętach nie widać było niepokoju. Wkraczając między wzgórza powietrze nieco się zmieniło. Na samym dnie doliny rządził cień, przez co powietrze nieco chłodniejsze było. Dla wędrowców była to wielka różnica. Od razu lepiej się poczuli. Podłoże również się zmieniło, z piaszczystego na skaliste. Stukot kopyt głucho odbijał się echem od skał.
Po jakimś czasie jazdy doliną zrobiło się nieco nieswojo. Wszędzie widać było skalne załomy, nawisy czy też półki. Lecz nigdzie nie było widać śladów pobytu ludzi. Choć łowca bacznie przyglądał się otaczającym go skalistych ścian.
Czułe zmysły łowcy pozwoliły ich usłyszeć zanim jeszcze się pojawili. Wpierw usłyszał lecący ze wzgórz drobny kamyczek a chwilę później dostrzegł kątem oka ruch za jednym z załomów. A potem do uszu obydwu wędrowców dotarł szczęk zamka kuszy i brzęk cięciwy. Bełt odbił się od skalistego podłoża.
-STAĆ! KTO IDZIE?! NASTĘPNY STRZAŁ TRAFI W KTÓREGOŚ Z WAS!- W dolinie rozległ się tubalny krzyk od strony z której padł strzał. Łowca dojrzał ruch jeszcze w dwóch innych miejscach. Przynajmniej trzech przeciwników było powyżej nich na wzgórzach skrytych za skałami. Postać która krzyczała wyłoniła się zza skały by było go częściowo widać. Uniesioną miał kuszę i wycelowaną wprost w dwójkę podróżnych. Ubrany był w postrzępione pustynne ubranie. Trudno powiedzieć czy pod łachami miał jakąś kolczugę czy inną zbroję. U boku w pochwie wisiał mu miecz. Głowa była obwiązana chustą. Widać było jedynie oczy.
Pomimo jawnego zagrożenia od strony trójki bandytów Zhakhal miał nieodparte wrażenie że ktoś lub coś jeszcze im się przygląda. Lecz to było jedynie przeczucie, jego wyczulony zmysł. Lecz nie potrafił określić skąd to zagrożenie mogłoby nastąpić. A może to tylko wariacja zmysłów?


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






29.11.2015, 21:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#12

Krótkie przeszukanie ciała, zaowocowało w przyciężkiej sakiewce. Po sprawdzeniu jej wnętrza, można było oszacować tylko, że zawiera sporą sumkę w srebrnych smokach. Zhakhal schował ją w połach swojego ubioru, a liczenie zostawił sobie na później. Nie było to teraz tak ważne.
Po tym jak ruszyli dalej, nie minęło dużo czasu kiedy wjechali do wąwozu. Przeciskali się między wysokimi skałami, a droga stawała się coraz trudniejsza. Nie było innego wyboru, jak jechać gęsiego i choć już w tym momencie konie zaczynały się boczyć, chwilę później było dużo trudniej nad nimi zapanować. Mimo lekkiej ochłody i ogólnego polepszenia atmosfery, było czuć zapach śmierci. Specyficzny aromat krwi i mięsa, który Szakal tak dobrze znał z pola bitwy. Wierzchowce również potrafiły rozpoznać ten zapach…
Gdy tylko wyjechali zza załomu, jeźdźcy mogli dostrzec mało przyjemny widok. Co prawda suchy klimat już zrobił swoje, dlatego spora plama krwi zdołała już zastygnąć, a kawałki mięsa i skóry wysychały z wolna.
Krótkie szacowanie miejsca, dały pogląd sytuacji Thanubrisowi. Wyglądało na to, że tutaj padł koń posłańca, którego minęli na piaskach pustyni. W pobliżu rozpoznawalne były strzępy juków wraz z ich zniszczoną zawartością. Dziwiły jednak porzucone zapasy żywności i rozpruty bukłak. Nawet miecz leżący bezładnie. To nie wyglądało na rabunek, ani na żadne pole walki. Coś po prostu zabiło konia i przeniosło w inne miejsce. Bardziej dziwił fakt, że nie było dalej żadnych śladów krwi… Jedynym wytłumaczeniem było skaliste zbocze, jednak kto lub co, wnosiłoby ciężką kobyłę ku górze?
Zhakhal przystanął tylko na chwilę, tylko po to aby zebrać miecz. Jako wojownik miał szacunek do broni białej i nawet jeżeli nie zamierzał jej sprzedać, pewnie komuś go podaruje. Po bardzo szybkich oględzinach, umieści go przy jukach własnego konia, wsuwając go w zawinięty koc tak aby nie był widoczny.
Podążając dalej trafili w miejsce ogarnięte głębszym cieniem, ale budzące większy niepokój. U Szakala wzbudził tylko wzmożoną czujność. Nasłuchiwał i obserwował okolicę na tyle uważnie, aby móc wyłapać ewentualne niebezpieczeństwa. Gdy tylko usłyszał usypujące się kamyczki, natychmiast wstrzymał konia. W samą porę, gdyż potem rozpoznał charakterystyczny szczęk i świst. Bełt wykrzesał iskry zaledwie kawałek przed nimi, odbijając się od skalistego podłoża. Chwilę później pojawił się strzelec, celując w nich już ponownie naładowaną kuszą. Co do umiejętności mężczyzny oraz celności samej broni, Szakal nie miał żadnych wątpliwości. Wiedział też, że mają jedną szansę na odpowiedź, a groźba nie jest czczym gadaniem. Jednak zachowując czujność, wsparł prawą dłoń blisko rękojeści czepesza, drugą natomiast oparł o rant tarczy uczepionej siodła. Pod tarczę podłożył również lewą stopę, aby szybkim podbiciem pozwolić sobie na jej szybkie dobycie. Wątpił, że jest w stanie zdążyć przed nadlatującym bełtem, jednak wierzył, iż Abadd strzeże swych wojowników wojny. Powoli i dyskretnie wysunął stopy ze strzemion.
Nie tracił jednak czasu i odpowiedział strzelcowi swym normalnym, raczej obojętnym, ale władczym głosem:
- Zwą mnie Szakalem, lisem pustyni, który ostrzył zęby na bitwach. Zmierzam odwiedzić mego druha Vogera, a tędy wiedzie jedyna droga.
Coś jeszcze nie dawało mu spokoju. Zhakhal miał wrażenie, że poza trójką osobników przed nim, ktoś jeszcze jest w okolicy. Był czujny, a każdy jego mięsień spięty i gotowy do walki. Żył wojną i żył dla wojny. Choć należało unikać niepotrzebnych bitew, nigdy jednak od nich nie uciekał.
Jeżeli napastnikom nie spodoba się jego wypowiedź, wykona unik na lewo, przechylając się w siodle. W tym samym czasie dobędzie tarczę i postara się schować za nią jak największy fragment ciała. Podczas opadania na lewo wykona obrót i najzwyczajniej sturla się z końskiego grzbietu, lądując na kolanie skryty za tarczą. Wtedy będzie miał już dostatecznie dużo czasu, aby sięgnąć po Khapesh i przygotować się do pojedynku. Nierównego. Bo to tylko trzech, przeciwko Szakalowi.
01.12.2015, 16:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#13

Odkąd wyruszyli z miejsca w którym został zabity jej kurier podróż mijała już bez zbędnych słów.
Pomimo więzów na rękach oraz nogach Shariel po raz pierwszy tak naprawdę mogła poczuć pustynny oddech na swym ciele. Dziwnie szybko oddaliła się od niej wizja martwego posłańca. Inne wizje aktualnie zaprzątały chłonny umysł Sha.
Do tej pory nigdy nie opuszczała Azarat. Owszem, znała wszelkie zakamarki tej części świata, lecz była to wiedza wyczytana z map, notatkek i ksiąg, które czytała chcąc dowiedzieć się wszystkiego co było jej potrzebne do badań w temacie demonów.
Wzgórza pomiędzy które po jakimś czasie wjechali znała tylko w postaci naniesionych na papier znaczków wzniesień. Teraz chłonęła widok roztaczający się przed jej oczami porównując go do wyrytych w pamięci rycin z ksiąg czy układu wzgórz na mapie. Nowa wiedza pochłonęła ją bez reszty. Przestrzeń, teren pełen wzniesień pofalowany zróżnicowany a i co jakiś czas upstrzony lichą roślinką. Dziewczyna kreśliła w swym umyśle swoją mapę tego miejsca.
Atmosfera tego osobliwego poczucia szczęścia które czuła Shariel nagle znikła, gdy ta zobaczyła pobojowisko znajdujące się przed nimi na trasie. Ścieżkę z krwi i porozrzucany zniszczony ekwipunek zapewne należący do będącego nieco już w tyle, martwego wędrowca.
Shariel przełknęła ślinę i rozejrzała się czujnie w koło. Jak mogła zignorować zagrożenie które cały czas się przecież gdzieś mogło czaić w okolicy. Zaślepiona urokami chwilowej niewolnej wolności całkiem utraciła czujność. Zresztą skoro teraz jej los leżał w rękach zamaskowanego wojownika to i tak wpływu na zbyt wiele rzeczy nie miała.
Jej porywacz zaczął przeszukiwać rzeczy bezładnie porzucone przez kogoś czy coś, co miało pewnie w okolicy swe schronienie.
Próbowała coś dojrzeć kręcąc się w koło, lecz nawet nie wiedziała czego by miała szukać jako ślad obecności potencjalnego agresora. Zdała się zatem na co jak już wcześniej zauważyła ogarniętego w temacie mężczyznę i siedziała cicho czekając na jego decyzję co dalej.
Szybko okazało się, że ich postój nie będzie w tym miejscu zbyt długi, i dobrze bo jej wierzchowiec był coraz bardziej niespokojny i bała się by jej nie poniósł.

Im dalej wchodzili w dolinę a cień stawał się dłuższy chroniąc ich częściowo przed upałem, tym Shariel była bardziej skupiona. W pięknie pagórków zaczynała dostrzegać liczne niebezpieczeństwa. Strome zbocza, załomy za którymi mogło się kryć niebezpieczeństwo, które nagle mogło się zmaterializować i odciąć im drogę.
Niedługo potem jej obawy się potwierdziły.
Pierwszym znakiem były osypujące się kamienie, potem nagłe zatrzymanie. Drugim znakiem był bełt wystrzelony im prawie pod nogi przez kogoś, kto zaraz pojawił się w górze.
Starała się stać cieniem, być niewidoczną i nieważną. Zgarbiła się nieco i pochyliła do przodu słuchając jednocześnie uważnie tego co mówił ten, który ich zatrzymał.
Odpowiedź porywacza zrobiła na niej wrażenie. Widać nie blefował, a wiedział gdzie jedzie i po co. Nie wiadomo było jednak czy ci na górze to byli bandyci czy wyznawcy. Jeśli już miała wpaść w czyjeś łapy, to raczej tych drugich.
Zatem trzeba było podjąć środki ostrożności póki nie okaże się co dalej. Z ust starszego brata, Achsula wiele razy słyszała opowieści czego to bandyci nie robili z kobietami, więc by nie podzielić ich losu Shariel zaczęła działać.
Nie ruszyła się. Nawet jej brewka nie pykła kiedy koncentrowała się na przelaniu mocy w otaczające ich luźne, sporej wielkości kamienie. W razie ataku tych z góry, zamierzała posłać ku nim lawinę kamieni. W takich warunkach ciężko byłoby agresorom strzelać a ona miałaby czas na ewentualną ucieczkę.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.12.2015, 22:19 przez Shariel.)

03.12.2015, 21:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#14

MG

Osoba która wyszła zza kamieni przyglądała im się chwilę jakby nad czymś się zastanawiał.
- Na co czekasz Farid? Zabijmy ich. Weźmy konie i spierdalajmy stąd!- Szakal usłyszał głos drugiego z ukrytych przeciwników. Okoliczne skały odbijały głosy i echem do nich dochodziły rozmowy zamaskowanych bandziorów.
-Zamknij się Zah! Ile razy mamy ci mówić byś nie zdradzał naszych imion! A teraz to chuj jasny strzelił!- odwarknął mężczyzna który wcześniej został nazwany imieniem Farid.- Musimy zyskać na czasie. Nie możemy już polegać na Tufie!- powiedział gniewnie w kierunku z którego dochodził głos nazwany imieniem Zah. Postąpił dwa kroki naprzód ciągle mając uniesioną kuszę i celując go w stronę Szakala.- Rzućcie broń! Inaczej nafaszerujemy ciebie i twoją panienkę bełtami.- zamaskowany jegomość sprawiał wrażenie jakby nie widział że Shariel jest skrępowana. Zbliżając się przyjrzał się uważniej łowcy i mistyczce wciąż jednak zachowując bezpieczny dystans.
- Znacie się na runach?- zapytał ostro choć w jego tonie pobrzmiewała nutka niepewności i... strachu? Czyżby rzezimieszkowie którzy dotychczas przesiadywali zapewne tygodniami w tym miejscu zaczęli czegoś się obawiać?
Shariel przypomniała się ostatnia korespondencja ojca z wyznawcami Abadda. Przywódca bandy informował o kilku zaginionych członkach. Przywódca nie znał się dobrze na runach, a morale bandy spadało na łeb na szyję. Prosili o przemycenie do Azaratu by odbudować morale, siły i zwerbować kilku członków. Musieli mieć kogoś kto się zna na runach inaczej długo w tym miejscu się nie utrzymają.
W ostatnim liście ojca Shariel zaadresowanym do Al Tufa jej ojciec zwracał się z prośbą o wytrzymanie jeszcze kilku dni aby on mógł przygotować wszystko w Azaracie. Ostatnimi słowami w liście (napisanymi już ręką Shariel) było zapewnienie o przysłaniu mistyka obeznanego w pisaniu run ochronnych.
Niestety wciąż przecież nie wiadomo czy ten list dotarł do właściwych odbiorców.
-Daj spokój Farid! Zabijmy ich i spierdalajmy!- krzyknął ten nazwany Zahem.
W tym właśnie momencie wśród skał dał się słyszeć przeraźliwy skowyt. Dźwięk ten wręcz ranił uszy. Wywoływał ból głowy, zgrzytanie zębów. Sprawiał że serce szybciej zaczynało bić, ze strachu. Wierzchowce łowcy i mistyczki zarżały nerwowo i zaczęły przestępować z kopyta na kopyto. Jeźdźcom chwilę zajęło uspokojenie koni, a w zasadzie Szakalowi ta sztuka się udała. Shariel musiała maksymalnie skupić się na wierzchowcu by go uspokoić.
-Słyszałeś! One nam kurwa nie dadzą spokoju!- krzyknął Zah ukazując się zza skał. Widać było jego zdenerwowanie. Nie był tak opanowany jak Farid.
-Spokój Zah! Dobrze wiesz że nic nam teraz nie zrobią! Spierdalaj do Tufa! Kass miej na oku dziewczynę!
W tej grupie widać było wielkie napięcie i zdenerwowanie. Choć najbardziej widoczne to było u Zaha. Jeszcze chwila a ten osobnik mógł stracić panowanie nad sobą, dlatego też najwidoczniej najlepszym rozwiązaniem było wysłanie Zaha by się wycofał. Zah odwrócił się na pięcie przeklinając na czym świat stoi i zniknął między skałami. Za to pojawił się trzeci z oprychów który to celował w Shariel.
-To jak? Umie któreś z was pisać runy?- stanowczym tonem ponowił pytanie Farid
Szakal rozglądając się wokół ujrzał jakiś cień na szczytach skał, wysoko, wysoko nad głowami zarówno jeźdźców jak i bandy rzezimieszków. Wydawało się że dostrzegł zarys skrzydeł ale nie był pewien. Cień był widoczny tylko przez ułamek sekundy.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






07.12.2015, 00:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#15

Sądząc po tym jak układał się dialog ludzi stojących powyżej niej i jej porywacza, przemyślany atak z ich strony raczej nie mógł szybko nastąpić. Praktycznie dawało się wyczuć ich nerwowość.
Za to już skierowane do niej i jej zamaskowanego towarzysza konkretne pytanie o mistyka uspokoiło ją na tyle, że porzuciła koncentrację zaniechując póki co ataku. Marnowanie energii na atak, kiedy okazało się że są to wyznawcy do których pisała, też było bezcelowe. Odkrycie karty przetargowej, którą była umiejętność pisania runów i nie tylko, na tak wczesnym etapie nie byłoby również mądrym posunięciem. Tym bardziej że nie wiedziała jak może zareagować porywacz na to gdyby się odezwała bez jego pozwolenia. Będąc tak blisko celu nie warto było ryzykować uszkodzenia ciała przez nieposłuszeństwo.

Kołatające jeszcze przed chwilą serce dziewczyny uspokajało się. Rozmyślanie nad rozwiązaniem problemu było jej chlebem powszednim. Przy szukaniu wyjścia z sytuacji zaczynała się rozluźniać i uspokajać. Póki co instynkt jej nie zawiódł. Bycie posłuszną doprowadziło ją w dobrym stanie tak jak chciała do wyznawców.

W zależności od tego, co powie wyznawcom jej porywacz, ona przygotuje swoje rozegranie. Siedząc w siodle była lekko zgrabiona i póki co nie odzywała się dając pole do działania mężczyźnie. Wedle prawideł Azarackich. Nie ukrywała też więzów które mogły być widoczne na jej nadgarstkach, choć zapewne nie było z góry zbyt dobrze widać iż jest ona zakładnikiem.

Skowyt rozlegający się pomiędzy wzgórzami przerwał jej rozmyślania. Zaczynało w końcu coś się dziać.
Jej wierzchowiec zastrzygł uszami, parsknął i zadreptał niespokojnie w miejscu. Oczywiście nie zauważyła tajemniczego cienia zajęta uspokajaniem swego konia.
08.12.2015, 23:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj

PRZEDMIOT

Kliknij w obrazek


Południowe wzgórza Azarat
#16

Czekał spokojnie kiedy trójka mężczyzn dyskutowała o losie podróżnych. Szybko analizował sytuację, wyczekiwał okazji i sposobności. Przyswoił sobie również ich imiona, aby przeciwnicy nie byli dla Szakala zwykłymi rabusiami.
Cała trójka była niezwykle podenerwowana, wyglądało na to, że nie mieli specjalnie przemyślanego planu. Kierował nimi strach i desperacja.
Ten który nazywał się Zah, wydał na nich śmierć niemal od razu. Domagał się zastrzelenia dwójki wędrowców i zrabowania majątku. Zhakhal obiecał sobie, że to on będzie umierał najboleśniej.
Farid trzymający kuszę wydawał się być najbardziej rozważnym typem w szajce i to z nim będzie trzeba rozmawiać.
Ten z kuszą, którego nazwali Farid postąpił kilka kroków do przodu, a echo jego głosu odbiło się między ścianami. Nakazał rzucić broń, mimo iż żadne z dwójki konnych nie miało jej w ręce. Jednak chwilę później padło magiczne pytanie. Szansa której wyczekiwał Thanubris. Czy znają się na runach? Oczywiście, że tak. Szakal zna się na wszystkim, co tylko może przedłużyć jego życie na chwałę Wojny i Śmierci.
Kolejny nerwowy krzyk Zaha, który coraz wytrwalej przypieczętowywał swój los. Szakal już czuł przyjemne mrowienie w piersi, już czuł obecność Śmierci. Ona zawsze kroczyła gdzieś blisko, przemawiała przez jego miecz.
Echo skowytu które potoczyło się po ścianach, jakby tylko utwierdziło Zhakhala w tym poczuciu. Coś się zbliżało, a napięcie rosło. Choć Łowca zachowywał spokój, a jego myśli były czyste, to mięśnie drgały niezauważalnie pod jego pustynnym ubiorem. Thanubris nie wiedział skąd dobiegał skowyt, choć starał się go rozpoznać. Czy była to jakaś pustynna bestia? Czy może demon czający się w mroku jakiejś jaskini… Według relacji mężczyzn, cokolwiek to było – teraz nie mogło im czegokolwiek zrobić. Czyżby chodziło o dzień? Jeżeli tak, to niewiele go już zostało.
Po krótkiej dyskusji, odesłali Zaha do Tufa. Szakal domyślał się tylko, że Tuf musi być przywódcą szajki. W miejsce zdenerwowanego mężczyzny, pojawił się inny z napiętą kuszą.
Zhakhal zdecydował się na podjęcie dalszej dyskusji, należało wykorzystać słabości przeciwnika. W tym też momencie mignął mu jakiś cień. Gdzieś powyżej ścian wąwozu, coś jakby przemykający ptak – ale czy na pewno? Wydawało się za duże na ptaka…
Uniósł głowę ku górze, aby przyjrzeć się szczelinie między wysokimi skalnymi ścianami. Gdy opuszczał głowę, zwrócił swą maskę ku temu, który nazywał się Farid. Głos Szakala był spokojny, brzmiał jednym tonem, wyprutym z emocji:
- Znam się na runach. Pozwól, że pokażę, zabezpieczyłem nimi swoją tarczę.
Powoli przełożył prawą nogę nad grzbietem konia i zsunął się z siodła. Równie powoli ściągnął tarczę, obrócił ją w stronę Farida i drugą ręką wskazał rant, na którym wykute były trzy kręgi runiczne. Dyskretnie postąpił przy tym o krok do przodu, mało zauważalnie skracając dystans.
- Czy to Ci wystarczy, aby nas przepuścić dalej? Czy będziemy tutaj czekać, aż to co lata nad wąwozem postanowi tutaj wylądować?
Specjalnie wcześniej podniósł wyraźnie wzrok ku górze, teraz to powtórzył na moment i czekał aż wiedzeni niepewnością oraz ciekawością mężczyźni, zerkną ku górze. Śmiało wykorzystał ich lęk i zdenerwowanie. Przypuszczał, że będzie to odruch raczej instynktowny, sięgający korzeni istoty walki o przetrwanie. On też walczył o swoje życie.
I bardzo nie lubił, kiedy mierzy się do niego z kuszy.
Jeżeli tylko uda mu się zyskać sekundę rozkojarzenia u bandytów, postara się przejąć inicjatywę. Momentalnie zasłoni się tarczą, a prawą ręką dobędzie Khapesh. Skróci dystans do Farida w szybkim doskoku. Wykorzystując pęd oraz własną siłę, postara się wyprowadzić druzgoczący cios pawężem z pchnięcia, który jak ma nadzieję, ogłuszy Farida, a przy odrobinie szczęścia połamie kuszę. W tym czasie również skupi moc w swoim ostrzu i użyje Oszustwa Abadda, którego celem będą oczy drugiego mężczyzny z kuszą, nazwanego Kass. Ten drugi manewr ma raczej na celu zdobycie pozycji wyjściowej do zadania wymachu mieczem. Wspomagając się lekkim przykucem, wykona wymach skośnie od dołu, z prawej do lewej. Khapesh obrócił tak, aby uderzać tępym zakończeniem sierpowatego łuku, korzystając z obuchowej części broni. Celem jednak nie będzie sam bandyta, a raczej jego kusza. Tak wykonany cios po pierwsze powinien podbić mu broń ku górze, co przy przypadkowym wciśnięciu spustu, powinno nadać inny kierunek lotu bełtu, gdzieś w okolice nieba. Ponadto liczy również na wytrącenie broni z rąk rabusia i możliwe jej uszkodzenie. Woli oszczędzić Porwanej Kobiecie bełta w piersi, nie po to wlókł ją całą drogę przez pustynię, aby wyzionęła ducha tuż przy celu ich podróży. Ponadto w walce na miecze czuje się pewniej, dlatego w pierwszym ruchu chciał pozbawić strzelców ich broni dystansowej.
Nie zamierzał ich jeszcze zabijać, wolał mieć ich ogłuszonych, a na pewno rozbrojonych.
Jeżeli będą chcieli kontynuować walkę, Szakal przybierze pozycję bojową, chowając się za tarczą z mieczem w drugiej ręce, gotowy nieść śmierć. Jeśli jednak ich zapał bitewny nieco opadnie, to Zhakhal nadal zachowując wysoką czujność, postanowi z nimi jednak zamienić nieco słów.
Nawet jeśli nie nadarzy się szansa do ataku i obezwładnienia przeciwników, postara się swym spokojnym, zimnym i opanowanym głosem przekazać to samo zdanie, które zwieńczy każdy z możliwych scenariuszy:
- Teraz możemy porozmawiać… spokojnie.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.12.2015, 20:14 przez Zhakhal.)

09.12.2015, 10:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#17

MG

Szakal zsiadł z konia i podszedł w stronę Farida. Mężczyzna drgnął nerwowo i wycelował w jego stronę.
-Stój kurwa bo cię ustrzelę!- krzyknął nerwowo w jego stronę. Nie nabrał się na sztuczkę ze spojrzeniem w górę, widać że codziennie był wystawiony na obserwację. Wiedział że coś tam się czai, już dawno uodpornił się na nerwowe rozglądanie się wokół. Lecz pomimo tego że nie dał się nabrać na sztuczkę to atak Thanubrisa go zaskoczył. Szybkość Szakala była iście nieludzką, stąd też zaskoczenie. Farid został uderzony tarczą, wręcz powalony na ziemię. Jedyne co mógł zrobić to rozłożyć ręce na boki dzięki czemu uchronił kuszę od zmiażdżenia uderzeniem tarczą. Padając na plecy Farid mimowolnie nacisnął na spust kuszy. Bełt ominął łowcę i trafił w... zad konia Shariel. Strzał nie był groźny ani śmiertelny dla wierzchowca lecz na tyle skuteczny by spłoszyć zwierzę które pognało przed siebie w głąb kotliny. Jednocześnie wierzchowiec Thanubrisa również wykazał się pewną nerwowością, a raczej werwą bo trzeba przyznać że rumak najemnika przeżył niejedną bitwę. I zrobił kilka kroków w stronę drugiego z oprychów Kassa, tuż przed nim stanął dęba wymachując przednimi kopytami. Oprych musiał zrobić unik by nie zostać stratowanym, przeturlał się w bok a następnie zrobił kilka kroków w górę po skalistym wzniesieniu. W takich warunkach trudno byłoby zwierzęciu ruszyć za nim, skały zbyt śliskie były. Wycelował kuszę w stronę Thanubrisa.
-Uspokój to bydle albo wpakuję ci bełta w dupę a potem zarąbię też tego czworonoga!- warknął w jego kierunku.
Trzeba dodać że wcześniejszy zamysł użycia Oszustwa Abadda nie miało celu gdyż Kass stał za daleko od nich stąd też Szakal skupił główną uwagę na Faridzie przykładając ostrze do jego gardła. Choć trzeba powiedzieć że najemnik był w dobrej sytuacji. Z jednej strony przykładał ostrze do gardła jednego bandziora a drugiego natomiast mógł kontrolować przy pomocy tarczy gdyż mógł się osłaniać od ewentualnego strzału.
Tuż po ostrzeżeniu Kassa Szakal usłyszał śmiech. Z dołu. To śmiał się Farid.
-Myślisz że boimy się śmierci? My się z nią pogodziliśmy dawno temu. Pytanie czy ty się z nią pogodziłeś?- śmiał się mrużąc oczy gdyż refleksy promieni słońca odbijające się od ostrza Szakala raziły  jego źrenice. Uniósł lekko głowę, tak że ostrze dotykało bezpośrednio jego skóry. Wystarczyło pociągnąć ostrzem a poderżnięte miałby gardło.- Śmiało. Przeciągnij ostrze, a ja obiecam ci że już żywy stąd nie wyjdziesz. Widziałeś ich?-zasyczał pytająco wbijając uważnie wzrok w najemnika- No pewnie że widziałeś. Zapewne głowisz się co lub kogo widziałeś. Z czasem przyzwyczaisz się do nich. No chyba że wcześniej zwariujesz. A kiedy stracisz czujność. Zabiją każdego po kolei. Zaczną od koni. Was zostawią sobie na koniec.- Farid zaśmiał się. Był to śmiech histeryczny. Położył z powrotem głowę na ziemię.
- Kass, opuść broń lecz bądź w pogotowiu.- mówiąc to spojrzał kątem oka na łowcę.- A czy ty możesz porozmawiać spokojnie?- odpowiedział na pytaniem na pytanie Szakala.

A co z Shariel? Widać dziewczyna wyrwała się z niewoli. Całkiem przypadkiem bo oto pędziła skalistym kanionem niesiona na grzbiecie swego wierzchowca. Mając skrępowane ręce trudno było utrzymać się w siodle. Jedyne co jej zostało to trzymać się kurczowo łęku siodła i starać się uspokoić zranione i przestraszone zwierzę. Wierzchowiec zaprowadził ją w głąb kanionu. Słychać było jedynie tętent kopyt konia. Po jakimś czasie bieg zwierzęcia zmniejszył się aż po chwili zaczął powoli stąpać po ziemi. Zaczął strzyc nerwowo uszami. Kręcił się w kółko przestępując z nogi na nogę.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






14.12.2015, 14:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#18

Zdążyła jako tako ugłaskać spłoszonego wierzchowca kiedy nagle awantura przybrała na sile. Znaczy się jej porywacz postanowił zaatakować ludzi ze wzgórz.
I cały misterny plan się rypnął.
Nagle świst i koń oszalał. Dobrze że Shariel była przywiązana do niego, bo ranny w zad zerwał się z miejsca niosąc ją wzdłuż wąwozu głębiej i dalej.
Walka pozostała w tyle i tyle dziewczyna widziała swego oprawcę i ludzi którzy mogli jej pomóc. Przez chwilę panika zagościła w jej sercu lecz było to naprawdę krótkie załamanie. Wiedziała że jej położenie jest złe, a może być jeszcze gorsze kiedy zagłębi się w tereny będące we władaniu tego czegoś, co wcześniej spłoszyło konie zaledwie jednym wyciem.

Jeszcze kiedy jej wierzchowiec pędził na oślep, przytulona do jego szyi pochylona nisko zaczęła uspokajająco do niego mówić.
- Ciii mały, spokojnie. No już już. Nic już nam nie grozi. Powoli. Tak jest zwalniamy ... noooo dobry konik. Dzielny konik.- Wiedziała że na ból wiele nie pomoże teraz, ale musiał skończyć się ten szalony galop zanim stanie się im większa krzywda.
O dziwo koń po niedługiej jeździe zatrzymał się i Shariel mogła zacząć działać.
Wiedziała że wiele nie zdziała gdy nadal będzie spętana, dlatego też cały czas szepcząc spokojnym głosem uspokajała konia recytując modlitwy do Abaddona i jednocześnie próbowała powolnymi ruchami dłoni poluzować więzy by je w końcu z siebie zrzucić.
- Z północy, z południa
Z zachodu, ze wschodu
Wzywam Cię ... Panie Wojny,
przybądź do mnie.
Abaddonie, ojcze mój, smoku smoków...
- Monotonne powtarzanie słów wzywających Wielkiego Abaddona miało na celu zwolnienie rytmu serca, uspokojenie i rozluźnienie się celem oswobodzenia się.

Jeszcze kręcąc dłońmi i zacieśniając kości dłoni planowała co dalej. Na szczęście zamaskowany porywacz nie przywłaszczył sobie jej ekwipunku.

Jeśli uda się pozbyć więzów z dłoni to uwolnienie stóp będzie formalnością. W pierwszej kolejności zajęłaby się koniem by mu ulżyć. Miała nadzieję że rana nie była głęboka i da się wyjąć bełt bez problemów.

Po sprawdzeniu co z koniem Shariel miała plan zwiększyć swe szanse przeżycia poprzez założenie napierśnika i uzbrojenie się w kosę. Typowej broni dystansowej nie miała lecz mogła równie poradzić sobie z niebezpieczeństwem na odległość wspierając się mocą.
Jeszcze łyk albo dwa łyki wody dla siebie i wierzchowca i zrobiłaby niewielki rekonesans po najbliższej okolicy. Po względnym rozpoznaniu terenu i uznaniu że jest bezpiecznie czas by był na podjęcie dalszych kroków.
Skierowałaby się w drogę powrotną prowadząc konia obok siebie by go nie przeciążać.
Skoro koń się uspokoił to może dałby radę pójść z powrotem. Tylko taka droga wydawała się dla dziewczyny logiczna.
Lepiej wpakować się w paszczę przeciwnika którego się już zna, niźli włazić z butami dalej być może w leże tego potwora który potrafił zabić bez problemów uzbrojonego i przygotowanego na niebezpieczeństwo posłańca.
Oby walczący zostawili trochę śladów by nie musiała błądzić za długo. Złotą maskę założyłaby na twarz. Pod nią czuła się zawsze bezpieczniej.

Jeśli jednak więzy okazałyby się zbyt mocne jak na jej możliwości manualne, to jedynym możliwym ruchem z jej strony po wykonaniu małego rozpoznania terenu z grzbietu konia, byłaby próba zawrócenia konia w stronę z której uciekł. Skoro w końcu się uspokoił, to może dałby radę wrócić do miejsca w którym zaczęła się ta cała szopka.

W każdym przypadku czujność dziewczyny oraz jej zmysły byłyby maksymalnie wyostrzone.
W przypadku ataku z góry jeśliby była spętana próbowałaby zarzucić oponenta lawiną kamieni i jednocześnie dociskała by się do końskiego grzbietu tak, by nie dać się wyszarpać z siodła.
Gdyby przyszło jej walczyć z ziemi z szarżującym na nią przeciwnikiem, zapewne w ruch poszłaby kurzawka a potem kosa.

Plan na każdą możliwą ewentualność rysował się w głowie Shariel coraz to dokładniej. Opanowanie i chłodna kalkulacja którymi dziewczyna się cechowała przydawały się w takich chwilach. Co prawda do tej pory takich okoliczności nie znalazła się za wiele razy, a przecież przez większość czasu spędzonego na nauce zajęło jej czytanie między innymi o przygodach, wędrówkach, wielkich czynach mężnych odkrywców i o niezmordowanych walecznych bohaterach legend. Tym od zawsze żyła i to chciała robić kiedy była zamknięta w domu w Azaracie. Studiować runy i legendy. A kiedyś pójść ich tropem i szukać prawd zaklętych w starożytnych ruinach.
Do tego przygotowywała się teoretycznie od zawsze i teraz był czas na to, by wykorzystać okazję i sprawdzić czy była gotowa zacząć realizować swe cele.
15.12.2015, 00:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#19

Nie wszystko poszło tak jak podpowiadała wyobraźnia wojownika. Spodziewał się tego, bowiem na polu bitwy nigdy nie dzieje się tak, jak ktoś sobie zaplanował. Czasami ciężko przewidzieć odpowiedź przeciwnika lub przejrzeć jego ukryte karty.
To jednak nie powstrzymało Szakala przed przeprowadzeniem ataku. Kwestie były dwie, nie lubił stać na przegranej pozycji i nie lubił kiedy to jemu wydawano polecenia. Krótkim i błyskawicznym atakiem, Łowcy udało się udowodnić, że nawet w beznadziejnej pozycji, jest w stanie pokąsać. Wydawało mu się, że ten wybryk wprowadzi Status Quo.
Niestety chaos bitwy zwolnił bełt, który tylko szczęściem nie trafił porwanej kobiety. Nie było jednak czasu na oddech ulgi, kiedy to spłoszony koń uprowadzonej oszalał i pognał w głąb kamiennego korytarza. Niewiele brakowało, aby ogier Thanubrisa nie pociągnął za towarzyszem. Na szczęście był to wierzchowiec szkolony w boju i nie łatwo było go wyprowadzić z postawy. Stanął dęba i zaczął grozić kopytami jednemu z mężczyzn, który wspiął się wyżej na półkę skalną. Zhakhal wolał nie utracić tutaj wiernego konia, dlatego przeciągłym gwizdem przywołał go do porządku.
Szakal wciągnął powietrze i poczuł delikatny aromat pola walki, ziarna chaosu, będącego mieszaniną zapachu potu i krwi. Ulotnił się szybko.
Przytrzymywał sierpowaty łuk swojego Khapesha przy gardle Farida, wystarczyło jedno cięcie aby pozbawić bandytę głowy... gdy ten zaczął się śmiać.
Cóż on wiedział o śmierci. Strach pomieszał mu rozum, tutaj na prawdę działo się coś niezwykłego. I to tuż pod nosem wyznawców Abadda?
Przez moment, krótką ulotną chwilę, Szakal chciał ściągnąć maskę i pokazać Faridowi, jak na prawdę wygląda oblicze śmierci. Jak wygląda narzędzie w rękach boga wojny...
Powstrzymał się jednak i pozwolił bandycie mówić. Słuchał uważnie, starając się wyłowić wszystkie informacje, nawet te pisane między wierszami. Nie wiedział dokładnie z jakim przeciwnikiem przyszło im się tutaj mierzyć. Zastanawiało go tylko, dlaczego nie próbowali opuścić tego miejsca? Czy nie warto było podjąć się ryzykownej wędrówki przez pustynię? Jeżeli nie byli w stanie przeciwstawić się przeciwnikowi, to wszystko było lepsze, niż chowanie się i oczekiwanie na śmierć. Ci ludzie pozwalali, aby strach trawił ich od środka, pozostawiając na koniec tylko pustą skorupę.
Widywał już to, kiedy atakowali. Walczył w wielu bitwach i nie rzadko trafiał na wojowników, których oczy były puste. Ginęli bez walki, w głębi duszy życzyli sobie śmierci.
A ta nadchodziła.
Na pytanie Farida odstąpił z mieczem, pozostawiając jego kark nietknięty. Przypiął go do pasa, jednak nie odpuścił dłoni z rękojeści. Swoją postać również chował za tarczą i nie dopuszczał do siebie utraty czujności.
- Znajdźmy moją towarzyszkę. W drodze możecie mi opowiedzieć szczegóły. Przywiązałem się do swojego konia, dlatego utnę łapy komukolwiek lub czemukolwiek, co będzie chciało go zabić.
Tutaj przeniósł spojrzenie na kusznika o imieniu Kass, który nie tak dawno temu, nieomal nie ustrzelił czarnego ogiera.
- Panowie poprowadzą?
Jego beznamiętny głos wibrował gdzieś głęboko. To uspokajała się nuta jego bitewnego podniecenia. Było krótkie i małe. Dalekie od prawdziwej wojny. Wybacz Abaddzie, Panie wojny i chaosu...
Szakal odstąpi kilka kroków w tył i pozwoli się bandytom przeorganizować i ustosunkować do, niewypowiedzianej wprost, oferty Łowcy. W tym czasie Zhakhal podejdzie do swego konia, co powinno bardziej go uspokoić, a jeżeli nie zauważy żadnych agresywnych lub niepokojących ruchów od strony bandytów, poprowadzi konia za uzdę. Wolał teraz go nie dosiadać, nie wiedział co czeka go w głębi kanionu, a to w tamtym kierunku prawdopodobnie znajdowała się kryjówka rabusiów. Wolał częściowo skrywać się za tarczą i być gotowym na ewentualną pułapkę. To też powinno dodać odwagi Faridowi i Kassowi, w końcu chodzili po swoim terenie.
Szakal wciąż się zastanawiał, czy pytać ich o ukrytą twierdzę wyznawców Abadda i o ich samych. Nie wiedział ile i czy w ogóle bandyci coś wiedzą o tym miejscu...
Zhakhal znał je, wiązało się nierozerwalnie z jego historią i z losem Łowcy.
20.12.2015, 22:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#20

MG


Zhakhal


Kiedy Szakal zdjął ostrze z gardła Farida bandyta wpierw dźwignął się podpierając się na przedramionach. Widząc że najemnik przypina broń do pasa zaczął powoli wstawać na nogi. Podniósł przy okazji swą kuszę i naładował ją. Odwrócił się unosząc broń do góry. Uśmiechnął się w stronę Khanubrisa.
- Lepiej być przygotowanym na wszystko. Czyż nie?- pytaniem odpowiedział na swe poczynania i nieznacznie spojrzał w górę na okalające ich skaliste wzgórza. Splunął siarczyście.
- Kassabie rusz przodem. Wypatruj dziewczyny. Nie znikaj z pola widzenia.- wydał krótkie polecenia swemu towarzyszowi. Kassab (w skrócie Kass) przeklął coś po cichu po czym nałożył chustę na twarz i ruszył przed siebie.
Zostali sami. Farid spojrzał na najemnika po czym na konia. Uśmiechnął się krzywo.
- Macie szczęście że nie napotkaliście ich wcześniej. Gdybyście zamiast nas spotkali... Demony Pustyni.- ostatnie słowo wypowiedział z nutą strachu i trwogi.- Nie byłoby co zbierać po was. A w szczególności po koniach. Nie wiedzieć czemu zabijają przede wszystkim konie. A potem stopniowo ludzi.- Farid zaczął opowiadać idąc obok Szakala. Kuszę cały czas trzymał naładowaną opartą o bark. Co i raz zerkał na okoliczne wzgórza. Khanubris nigdy nie słyszał o takich stworach jak Demony Pustyni i trudno było wyłowić ze słów Farida o jakiego stwora chodzi tak naprawdę. Bo jakby nie patrzeć ta banda zbójów postanowiła nazwać te stwory po swojemu.
- Najchętniej byśmy się stąd wynieśli.- Farid pokręcił głową i splunął na ziemię zmieniając przy okazji temat.- Ale nasz szef poszukuje jakiegoś dziennika albo kogoś kto tu kilka lat temu zabładził czy coś w tym stylu. Ale niedawno sam został napadnięty przez te Demony. Teraz ledwo żyje. A wrócić do Azaratu nie możemy bo musi wpierw nam w mieście jakaś szycha załatwić kryjówkę. Tak więc utknęliśmy w tym syfie po uszy. Nasz szef zdycha, a tylko on zna się na runach a jak narazie z tego co nam wiadomo runy odstraszają ich od naszej kryjówki.- dziwne wydawać by się mogło że nieznajomy tak ochoczo swą tożsamość. Ale życie w takich warunkach gdzie nerwy ciągle wystawiane są na próbę to nie dziwota że człekowi z ulgą przychodzi niekiedy po prostu zwykłe wygadanie się. A to że wykazuje tym samym swe niekompetencje, no cóż, najwidoczniej w tej chwili on ma to gdzieś. Bandyta ponownie spojrzał na Szakala mrużąc przy tym oczy.- Tak więc jeśli naprawdę znasz runy to przydasz nam się. Ostatnio runy się zatarły i trzeba je w niektórych miejscach poprawić a w niektórych napisać od nowa. A jak blefowałeś...- Farid zamilknął i przyjrzał się uważniejszej Khanubrisowi. Spoważniał.- Witaj w piekle. I możesz już teraz pożegnać się z koniem. My nie musimy nic robić. Albo już teraz poderżnij mu gardło. Przynajmniej oszczędzisz sobie bardziej makabrycznego widoku.
Rozmawiając najemnik i bandzior dogonili Kassaba. Drugi bandzior stał przy niewielkiej skalnej dróżce która odbijała w bok między kolejne skalne twory.
- Koń dziewczyny pogalopował dalej w głąb doliny. Co robimy?- Kass zapytał niepewnie Farida. Ten natomiast splunął ponownie.
- Kurwa. Dalej w głąb doliny zaczyna się teren Demonów. Rzadko kiedy zapuszczamy się tam nieprzygotowani, a ostatnio po ataku na Tufa to w ogóle. Chcesz iść dalej Szakalu?- Farid również zapytał niepewnie. Skinął głową w stronę niewielkiej dróżki.- Niedaleko stąd mamy swój obóz. Może z twoją pomocą uda nam się przetrwać kolejną noc a potem pryśniemy do Azaratu. Pierdolić Tufa i te jebane poszukiwania, i tak zdechnie.- Farid najwyraźniej lojalność stracił już jakiś czas temu. A on chciał żyć. I chciał się stąd wyrwać. A przecież ich spotkanie nie było na tle rabunkowym, oni w tych ciężkich warunkach mając już zmącone umysły musieli zachować ostrożność w kontakcie ze wszystkim i wszystkimi. Jedyne o co pytał to o runy a nie o kosztowności. A kusze? Toż to ostrożności nigdy nie za wiele.- Więc?- Farid ponowił pytanie.
Szakalowi tylko jedno nie dawało spokoju. Starał się sobie przypomnieć co to było takiego lecz ciągle ta myśl uciekała z jego umysłu. Aż w końcu sobie przypomniał. Kiedyś przed laty jego mistrz coś wspominał o południowych wzgórzach Azaratu. Coś mówił że będzie musiał się kiedyś wybrać w te rejonu w poszukiwaniu wskazówki gdzie mogłaby się znajdować pradawna siedziba Abaddonistów. Ponoć natrafił na jakieś pogłoski że właśnie wśród tych wzgórz znajdowała się wskazówka gdzie ta legendarna siedziba znajdować się może. Czyżby ci ludzie szukali tego samego co jego mistrz Voger?


Shariel


Shariel była wolna. No można tak powiedzieć jeśli uznać to że się jest przywiązanym do konia i ma się spętane ręce. No ale nie ma już jej oprawcy. Ma niepowtarzalną okazję do uwolnienia się. W trakcie szalonego galopu konia było to niemożliwe dlatego też dziewczyna skupiła się wpierw na uspokojeniu swego wierzchowca co jej się udało. Z trudem i to dopiero po dłuższym czasie ale jednak jej się udało. Jedyny minus że wylądowała w nieznanym miejscu i to sama zdana wyłącznie na siebie.
W takim to momencie postanowiła się uwolnić przy pomocy ruchów nadgarstka oraz zębów. Sztuka ta również udała się młodej dziewczynie. I nie osądzajmy że jej oprawca nie spisał się dobrze zawiązując węzły na nadgarstkach Shariel. Widać to najwyższy Abadd postanowił żeby uwolnić dziewczynę. Kiedy węzły opadły z jej dłoni Shariel poczuła jak z cudownym uczuciem rozchodzi się krew w jej dłoniach. W końcu wolne od rzemieni. Cudowne uczucie - wolność. Można było przygotować się do drogi powrotnej.
Ruszyła przed siebie w drogę powrotną prowadząc za sobą ranne zwierzę. Na początku droga przebiegała spokojnie, jedynie cichy stukot kopyt odbijał się od okolicznych skalnych ścian.
W pewnym momencie jej koń zastrzygł uszami, parsknął nerwowo i zaparł się kopytami pociągając kobietę do tyłu. Wierzchowiec stał się nerwowy i zaczął ciągle parskać i prychać. Rzucał łbem na boki, ciągnął w tył chcąc się uwolnić. Widać że szykował się do ucieczki.
W tym samym czasie kobieta usłyszała spadające kamyczki z okolicznych półek skalnych. Patrząc w górę z początku nic nie zauważała. Lecz przy uważniejszym przyjrzeniu się dojrzy ludzki cień na półce skalnej umieszczonej wysoko w górze. Ludzki? No z początku taki się zdawał. Lecz po chwili cień odbił się od półki skalnej i opadł na ziemie z szeroko rozłożonymi ramionami. Kobieta usłyszała trzepot piór. Oto z dziesięć metrów przed nią wylądowała ptasio-ludzka istota. Umięśnione ludzkie ramiona posiadały pióra na przedramionach. Istota też miała owłosione nogi zakończone drobnymi kopytkami. Za nim na ziemi opadł pierzasty ogon. Tors istoty był ludzki i niezwykle umięśniony. Lecz najgorsza z tego wszystkiego była głowa. Przypominała czaszkę. Z tej odległości trudno było dostrzec czy na głowie tkwiła czaszka w formie hełmu czy maski czy to po prostu zwykłe oblicze tej istoty. Faktem było to że oblicze stwora było upiorne bo przypominało czaszkę jakiegoś innego zwierzęcia. Na grzbiecie łba wyrastały długie kostne kolce które również wyrastały z pierwszych kręgów karku. Spod oczodołów błyskały czerwone ślepia. U biodra miał przewiązaną przepaskę do której przyczepione były jakieś okrągłe kształty. Po chwili mistyczka zorientowała się że owe okrągłe kształty to ususzone, zakonserwowane ludzkie głowy. Choć z tej odległości sprawiały wrażenie jakby w jakiś sposób zostały nieco spreparowane tak że zostały skurczone do rozmiarów dużej kuli. Stwór trzymał w dłoni wielki brudny worek. Przekrzywił głowę łypiąc swymi błyszczącymi na czerwono ślepiami.
Zaskowyczał. Od skalnych ścian odbił się ten przeraźliwy dźwięk który już mistyczka wcześniej słyszała. Jej koń szalał i szarpał za uzdę.
Stwór nie wykonywał na razie wrogich ruchów. Przypatrywał się jedynie kręcąc głową na boki. Wskazał palcem w stronę konia i wydał z siebie niezrozumiany gulgot. Był poirytowany strachem wierzchowca. Widać że to mu się nie podobało, choć jednocześnie przyglądał mu się z... zainteresowaniem?
Następnie popatrzył na mistyczkę. Pogrzebał coś w worku i... rzucił w jej stronę jakiś przedmiot.
Była to stara, pogięta i zniszczona metalowa piersiówka. Stwór rzuciwszy ją przyglądał się i kręcił głową z niecierpliwością.

Obrazek poglądowy



Zhakhal


W momencie kiedy najemnik i dwójka bandytów stali na rozstaju dróg również usłyszeli przeciągły skowyt nieznanej istoty. Koń Szakala stał się nerwowy na ten dźwięk. Farid spojrzał w głąb doliny.
- Dopadł ją. Albo zaraz to zrobi.- powiedział krótko tonem jakby dziewczyna już była martwa.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






21.12.2015, 02:27
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna