Południowe wzgórza Azarat
#31

Zdawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Shariel z zadowoleniem obserwowała reakcję ptaszora znów wydającego z siebie pełne entuzjazmu odgłosy pogruchiwania, takie jak w czasie kiedy z nim handlowała. Zaczęła planować, lecz zbyt wiele myśli nie zdążyło się przez umysł przewinąć, bo nagle sparaliżował ją ryk istoty a potem padła jakby rażona piorunem ... prosto w twarz.
Być może była za bardzo skupiona na spoglądaniu z zafascynowaniem to na istotę, to na rysunek na piasku a być może zbytnio się rozluźniła chłonąc tę chwilę i zbyt zaufała poczynaniom pierzastego. Faktem jest to, że nawet nie zauważyła ciosu, który powalił ją ziemię. Próba jakiejkolwiek reakcji na niespodziewany atak Shimaru nie była możliwa do zrealizowania przez mistyczkę. Tak samo jak analiza wydarzenia, dlaczego ją nagle zaatakował.

Bolesna ciemność przesłoniła na chwilę świat Shariel.

Powrót do rzeczywistości był nie mniej bolesny od zapadania w objęcia słodkiego niebytu nieświadomości.
Shariel czuła że jej twarz puchnie dość szybko pod powyginaną od ciosu maską. Maska jednak tym samym stała się jakby zimnym okładem na pulsujący bólem polik dziewczyny.
Uniosła się na łokciach i zza zmrużonych powiek zobaczyła że pierzasty jest zajęty walką. W kolejnej chwili, po tym jak pulsowanie w głowie się odrobinę zmniejszyło próbowała rozpoznać osobnika z którym walczył ptaszor. Tyle że za wiele nie widziała zza pleców pustynnej bestii.

Cios który powalił ją na ziemię był bardzo silny. Na szczęście maska przejęła sporą dawkę impetu uderzenia. Abaddon musiał czuwać nad nią, bo upadając nie wypuściła kosy z dłoni.
Widząc że walka trwa w najlepsze a Shimaru z zapałem wali pięściami w agresora, Shariel podniosła się mając przed sobą niczym nie chronione plecy ptaszora.

Nagle atakujący stwora pojawił się w zasięgu jej wzroku i poznała w nim swego porywacza. Jednak coś popchnęło go do tego szalonego czynu, jakim była podróż po nią, poniesioną wgłąb wąwozu przez oszalałego ze strachu wierzchowca. Podczas próby nawiązania kontaktu z pierzastym jakakolwiek wizja zabicia go celem wydostania się z jego towarzystwa była daleka i mglista. Nagle okazja do ucieczki stała się realna. Stwór był zajęty walką. Mogła albo pomóc w walce i zaatakować niespodziewającego się ataku ptaszora od tyłu, albo zostawić swego porywacza na pastwę bestii.
Widząc jednak jak efektywnie mężczyzna walczył, mogło okazać się, że jednak to on powali stwora a wtedy jej ucieczka zbyt wielkiego sensu nie będzie miała, choć w tej sytuacji w jakiej była teraz pojmanie jej mogło być trudne. A jeśliby jakoś przyczyniła się do ubicia Shimaru być może jej porywacz zastanowiłby się czy warto ją znów atakować i pojmać czy lepiej odpuścić i współpracować bo obydwoje byli w takiej jakby sytuacyjnej dupie, choć ona jednak trochę bardziej.

Szybka kalkulacja pomogła podjąć decyzję dziewczynie.

Ścisnęła mocniej drzewce kosy. Zamachem rozłożyła ostrze robiąc krok w bok przeciwnie do okręcających się ku niej walczących by nadal być ukryta za plecami stwora.
Nie było czasu na finezję bo nie wiadomo było jak ułoży się za chwilę ciało ptaszora. Skoro nie było już szans na komunikację z pierzastym, to chociaż była szansa na zebranie jakiś materiałów do badań z jego truchła.
Tył istoty był tak samo imponujący jak jego przód. Znaczy się pod względem muskulatury rzecz jasna. Wyrostki kostne sięgające łopatek chroniły jego kark przed atakiem. Szerokie plecy poniżej były nagie, nieosłonięte. Shariel więc mogła osłabić go głębokim cięciem na tyle, by jej porywacz sprawę walki z ptaszorem zakończył.
Jak pomyślała, tak zrobiła. Z całej siły zamachnęła się by wbić koniec ostrza kosy pod łopatkę Shimaru od strony przeciwnej w którą walczący zaczęli się obracać. Miało to na celu oprócz osłabienia i wywołania bólu zdezorientowanie stwora. Jeśli się jej to udało, to szybkim ruchem ciągnąc w poprzek wbitym w ciało ostrzem miała zamiar skośnie przeorać głęboko muskularne plecy ptaszora tnąc jego mięśnie bezlitośnie.
Po zadaniu ciosu odskoczyłaby do tyłu by znaleźć się poza zasięgiem walczących i zarazem poza zasięgiem gniewu zranionego stwora, nadal będąc jednak w gotowości do walki jeśli zaszłaby taka potrzeba. Zimna i skupiona pomimo pulsującego bólu szczęki skoncentrowana była na bezpośredniej walce kosą.
13.01.2016, 16:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#32

MG


Walka trwała na dobre. Krew wrzała wśród walczących. Widać było że dla jednego jak i drugiego walka to ich  życie. Różniła ich jedynie sztuka walki.
Ciosy Shimaru mimo że były niezwykle silne to po chwili najemnik odczuł że i one zaczęły słabnąć. Czyżby były efektem zdartych do żywego kłykciach na pięściach stwora? Stwór słabł to pewne. Wyczucie momentu do kontrataku był jedynie kwestią czasu a dla doświadczonego wojownika uzbrojonego w cierpliwość i chłodny umysł nie stanowiło to problemu.
W międzyczasie ocknęła się Shariel. Po krótkiej analizie sytuacji mistyczka dźwignęła się na nogi a następnie krótkim szarpnięciem rozłożyła kosę bojową przy okazji trzymając się cały czas za plecami Shimaru. Cichy szczęk broni nie umknął uwadze Zhakhala, w tym momencie miał niezwykle wyczulone zmysły i dźwięk ten choć cichy to usłyszał choć do końca nie wiedział z czym się wiąże gdyż skupiony był na stworze.
Zhakhal i Shariel, porywacz i ofiara, jednym słowem wrogowie mimowolnie zaczęli działać wspólnie. Ataki najemnika i mistyczki zostały wyprowadzone praktycznie w jednym momencie. Różnica może była ułamka sekundy ale jakże istotny to był ułamek. No ale po kolei.
Zhakhal wyczuwszy odpowiedni moment po ciosie Shimaru odskoczył w prawo. Przez ten ruch Shimaru musiał wykonać obrót albo przynajmniej półobrót wyprowadzając jednocześnie zamach prawym ramieniem niczym cepem. Choć do samego półobrotu ptaszor zabrał się z pewnym chwilowym opóźnieniem gdyż został zdezorientowany przez ruch miecza najemnika, a raczej wrażenie zniknięcia broni dzięki Pomrokowi Abadda. Półobrót stwora sprawił że plecy Shimaru były idealnym celem dla mistyczki. Ostrze kosy wbiło się pod łopatkę ptaszora i szybkie cięcie zrobiło pokaźną ranę przez całe plecy stwora (od dolnego łuku prawej łopatki do lewego boku pleców na wysokości nerek). Krew bryznęła na dziewczynę. Cięcie to nie było może śmiertelne lecz bardzo dotkliwe i cios Shimaru nie dotarł do celu. Jednocześnie ten właśnie ułamek sekundy zaskoczenia ptaszora (zarówno zniknięciem broni jak i ciosem w plecy) sprawił że cios Szakala nie do końca wyszedł tak jak zaplanował lecz w efekcie był skuteczniejszy niż zakładał. Cios trafił w górną część ramienia ześlizgując się z niego odcinając przy okazji pokaźny kawał mięśni stwora. Ostrze zatrzymało się w głowie stwora. A dokładniej określając to ostrze przecięło kawałek szyi i wbiło się pod prawą stronę żuchwy stwora. Końcówka ostrza dotarła do mózgu robiąc w nim krwawą miazgę. Przy okazji krew chlusnęła na ostrze sprawiając że piasek który znajdował się przy ostrzu został oblepiony posoką. Ciało ptaszora zwiotczało i padło na ziemię. Niewiele brakowało a zakleszczona broń w czaszce padającego stwora wyrwałaby się z dłoni najemnika. Lecz Thanubris był doświadczonym wojownikiem i mógł się tego spodziewać. Mocnym szarpnięciem uwolnił ostrze z głowy Shimaru.

Nagle zapadła cisza. Naprzeciwko siebie stały uzbrojone dwie postaci. Porywacz dzierżący pawęż i miecz, sprawiał wrażenie jakby był obleczony czarnym pyłem który dezorientował patrzących w jego stronę. Ofiara, w pogiętej masce i rozłożoną kosą bojową.

Jak któremuś przyszłoby do głowy spojrzenie w górę to ujrzeliby że na wzgórzach zbierają się ptasio-ludzkie cienie (z początku 2 cienie). I swymi lśniącymi ślepiami przyglądając się tej osobliwej dwójce ludzi (przyglądają się jedynie, nie sprawiają wrażenia do chęci ataku). Dodatkowo z głębi kanionu doszło do ich uszu odgłos konającego konia. Coś jakby był żywcem rozrywany na części.

Zhakhal mana 82/85


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






14.01.2016, 00:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#33

Pochłonięty bitewną myślą, skupił się na swoim przeciwniku tak bardzo, że dopiero po chwili dotarło do niego, że kobieta nie wspierała się na kiju, a na kosie bojowej. Wyczuł jednak podświadomie, że aktualnie nie stanowi zagrożenia dla Szakala, nie kiedy mają potężniejszego, wspólnego wroga.
Walka miała zakończyć się zranieniem stwora tak dotkliwie, aby ten stracił wolę do kontynuowania bitwy, albo nawet odsłaniając się na zabójczy cios. Stało się jednak kilka rzeczy, których bojowy umysł Zhakhala nie uwzględnił, a mianowicie wytrącenie Shimaru z równowagi przez cios w plecy.
Łowca widział, że łuk ciosu Khopeshem układa się zupełnie inaczej niż zamierzał, jednak teraz powstrzymanie tego, kosztowałoby go więcej siły niż kontynowanie. Fala energii włożona w cios, wzbierała już od stóp, wzmacniana przez każdy kolejny mięsień jego ciała.
Ostatecznie wewnętrzna część ostrza ścięła płat skóry i mięśni z ramienia bestii, zupełnie jak kawałek pieczeni odcinany nożem. Samo zakończenie łuku broni było tępe, zdolne do zadawania ran obuchowych, jednak moc uderzenia sprawiła, że miecz wbił się w głowę Shimaru. Wyraźny dźwięk pękających pod miażdżącym uderzeniem kości, przeszył Szakala przyjemnym dreszczem. Thanubris widział jak ciemny pył na ostrzu spija zachłannie krew przeciwnika, starając się nasycić nieposkromiony głód Abaddona.
Ciało Shimaru drgnęło w pojedynczej konwulsji, a następnie zwiotczało upuszczając z siebie życie. Łowca w ostatnim momencie wyrwał miecz z czaszki martwej bestii. Następnie zakręcił Khopeshem szybkiego młynka, strącając z ostrza oblepiony krwią pył, który jak maź przylepił się do skały pod nogami ludzi. Miecz natychmiast uzupełnił straty, ponownie znikając pod cieniem pyłu.
Gdzieś po wąskim świetle wąwozu przetoczył się ulotny cień, skusił on Zhakhala aby spojrzeć ponad siebie. Wyglądało na to, że bestia rzeczywiście nie była samotnikiem, musiało żyć pośród jakiegoś stada… najwyższa pora aby się stąd zbierać. Szczególnie wtedy, kiedy dotarł do nich dźwięk kwilącego konia. Łowca już nie musiał się dłużej zastanawiać, co się stało z wierzchowcem kobiety. Spojrzał na nią, całą pokrytą krwią, dzierżącą kosę w dłoni. Bojowe uniesienie jeszcze go nie odpuściło i może dlatego przez moment spoglądał na nią oczami Abaddona. Przemówił do niej zimnym i nadzwyczaj opanowanym głosem, który zupełnie nie pasował do człowieka walczącego przed chwilą na śmierć i życie:
- Zyskałaś niebywałą wartość w oczach Wojny. Podejmij walkę, a już nie będzie ujmą dla mnie, poderżnąć Ci gardło. Pójdź ze mną, a Abaddon zadecyduje, czy chce Cię w swoim królestwie, czy pozwoli Ci tworzyć jego świat tutaj.
Niczego nie obiecał. Nie darował jej życia. Nie miał takiej mocy. Nadal mogła zginąć jako ofiara, teraz już o wielkiej wartości, bo skąpana w krwi przeciwnika. Z drugiej strony, miała potencjał… Czy to właśnie czuł Vogel, kiedy odnalazł Zhakhala?
Nie mogli tutaj dalej zostać. Musieli dostać się do obozu bandytów, skąd wyruszą dalej... jak już Szakal dowie się kilku szczegółów o zapiskach które się tam kryły.
W znaczący sposób wykonał płynny wymach tarczą, zataczając łuk, zupełnie jakby zapraszał kogoś do pomieszczenia. Dawał tym znać, aby kobieta ruszyła przodem. Jeśli Thanubris by prowadził, mógłby szybko nadać tempo biegu, za którym by Porwana nie nadążyła. Biegnąc za nią, może ją delikatnie popędzać, ale przede wszystkim osłaniać tyły. Nie zrzucił z siebie jeszcze Pomroku Abadda. Przeczuwał, że teraz mogło mu to dawać również przewagę psychologiczną. W końcu, jeżeli bestie widziały jak zginął członek ich stada, pewnie powiążą fakt, że padł dopiero kiedy na Szakalu dokonała się ta dziwna przemiana. Wcześniej wydawało się, że ustępował pola rozszalałemu potworowi.
Kiedy dotrą do rozdroża, Zhakhal poinstruuje kobietę gdzie musi skręcić, przekazując jej uwagi które usłyszał wcześniej od Farida.
Ciągła czujność i gotowość do walki nie odpuszczały Szakala. Pojedynek rozgrzał jego mięśnie, a smak zwycięstwa wzmocnił jeszcze bardziej jego siłę mentalną. Choć był na tyle rozważny, aby jednak uniknąć kolejnych potyczek z Shimaru, gdzieś głęboko w nim czaiło się uczucie żalu, pragnienie krwi, walki i zadawania śmierci. Był Śmiercią.


Przepraszam za tak długą zwłokę. Jednak ostatnio trochę przyszpilił mnie czas, bo zrobiło się gorąco zarówno w pracy jak i na uczelni. Mam nadzieję, że nie macie do mnie urazy =)
22.01.2016, 09:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#34

Końcówka ostrza kosy mistyczki gładko wbiła się w ciało pod łopatką ptaszora. Zagłębione w ciele ostrze rozcięło ukosem plecy stworzenia oblewając Shariel posoką. Ze względu na to, iż miała na twarzy założoną maskę, strumień nie ubrudził jej twarzy, jednak poczuła intensywny zapach krwi.
Śmiertelny cios porywacza zakończył żywot pierzastej bestii. Ciało istoty upadło pomiędzy nich.
Wojownik stojący przed nią wyglądał jakby był pokryty jakimś pyłem. Zaciekawiła ją ta magiczna umiejętność porywacza.
Shariel pierwsza ocknęła się z odrętwienia.
Szybko pochyliła się i zerwała trzy miniaturowe czaszki zdobiące ciało martwego ptaszora. Zabrała również kilka jego piór i wrzuciła wszystko do swej torby podróznej, którą to od razu przewiesiła przez pierś. Zmięty list do wyznawców na wzgórzach również był w jej dobytku. Chciała jeszcze zabrać maskę skrywającą twarz ptaszora, lecz uznała że była to za duża i za ciężka rzecz.
Wtedy usłyszała ryk z głębi wąwozu i zdała sobie sprawę z tego iż jej wierzchowiec nie zdołał jednak przeżyć.
Podniosła się i już miała skomentować nagły atak zamaskowanego na istotę z którą się udało jej porozumieć, kiedy to on się odezwał.
Lecz jeśli myślała że zostanie pochwalona za skuteczną pomoc, to się myliła. Zyskała tylko rangę godniejszej ofiary. Zagryzła zęby żeby nie powiedzieć czegoś co by sprowokowało atak porywacza. Szczęka dziewczyny zapulsowała nagłym bólem po ciosie pierzastego. Wyznawcy Abadda nie powinni tak epatować swą wiarą kiedy nie wiedzą komu się mogą o niej niechcący wygadać. Chyba że mieli pewność że tajemnica ta nie zostanie dalej przekazana, co było równoznaczne ze śmiercią osoby która dowiedziała się o wyznawcach. Inaczej cała praca jej ojca nie miała sensu. Musieli się póki co kryć, by móc w sekrecie zgromadzić siły, a kiedy ich siatka rozrośnie się w odpowiednią siłę i wpływy, to wtedy dopiero miało nastąpić ujawnienie wyznawców w glorii Abaddona i pozyskanie czy to po dobroci czy mieczem. Co zaś pewne ofiar dla bóstwa będzie wtedy pod dostatkiem.

I w odpowiedzi tylko skinęła mu głową, choć piękna wiązanka przekleństw cisnęła się na jej usta.

Shariel zabrała jeszcze porzucony wór z fantami należący do martwego ptaszora. W drugiej ręce nadal trzymała rozłożoną kosę. Bardziej dla zapewnienia sobie podparcia kijem niźli faktycznej obrony ostrzem. Ale błyszczące zakrwawione ostrze mogło działać odstraszająco na kolejnych ewentualnych agresorów.

Chcąc nie chcąc skorzystała z zaproszenia porywacza i ruszyła przodem przed mężczyzną. I ona zauważyła towarzystwo które nagle zainteresowało się tym, co działo się w dole. Czas był najwyższy by się zabrać z tego miejsca. Nie odzywała się ani słowem. Kołowało się jej w głowie jednak szła pewnie, nadal naładowana zastrzykiem adrenaliny. W dodatku miała upragnione fanty. Szkoda było tylko że ptaszor musiał zginąć. Zyskała mimo wszystko wiedzę, że jest możliwość komunikacji z tymi stworzeniami. Miała nadzieję, że jeśli w kryjówce na wzgórzach wszystko pójdzie po jej myśli, to potem jeszcze będzie miała okazję na ponowny kontakt z tymi pierzastymi bestiami.
Wiedziała iż wojownik nie zaatakuje jej teraz od tyłu skoro jakąś wartość zyskała jako ofiara.
Droga powrotna dłużyła się jej bardzo. Żuchwa bolała niemiłosiernie a opuchlizna sprawiła że musiała unieść zakrwawioną i pogiętą maskę. Przy okazji upaćkała sobie palce w gęstej zastygającej wolno na słońcu krwi ptaszora. Wytarła je po chwili o napierśnik i szatę wierzchnią.

Na rozdrożu postąpiła zgodnie z rzeczowymi poleceniami porywacza. Nie zauważyła tym razem nikogo na skałach, więc szła spokojnie przed siebie. Wypatrywała należącego do mężczyzny wierzchowca, który to miał czekać na nich przed ścieżką wiodącą do obozu. Koń miał być la niej ostatnim przystankiem w drodze do wyznawców. Niedługo wszystko miało się rozegrać. W głowie snuła już plan jak będzie rozmawiać z wyznawcami i kiedy ma ujawnić wyznanie swemu porywaczowi. Wtedy też okaże się kto być może stanie się ofiarą dla Abadda.
22.01.2016, 14:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#35

MG


Zerwanie trzech spreparowanych głów z pasa Shimaru nie sprawiło Shariel wiele problemów tak samo zabranie kilka piór. Mistyczka miała szczęście że ptaszor wcześniej wywalił ze swego worka kilka z cięższych przedmiotów takich jak stare garnki i obuta w sandał stopa. Dzięki temu dodatkowy ciężar w postaci worka tak zwanego Demona Pustyni nie sprawił wiele problemów.
Zamaskowany łowca jak i zamaskowana mistyczka ruszyli w drogę powrotną. Ptaszory które z zainteresowaniem przyglądali się im z górnych półek skalnych nie robili im problemów. Nie atakowali. Gdyby któreś z nich odwróciło się tuż przed zakrętem chcąc ostatni raz spojrzeć na pokonanego stwora zauważyliby jak z półek skalnych zeskakują gładko pozostałe Shimaru. Otoczyli ciało swego kompana i wspólnie wzięli na ręce. Sprawiali wrażenie jakby przeprowadzali wojownika w jego ostatnią podróż, jakby oddawali mu hołd. W tej scenie było niezwykle wiele szacunku do własnego gatunku. Nie to co można zauważyć wśród ludzi.
Podróż do ścieżki prowadzącej w bok nie sprawił im już problemu choć patrząc w górę zawsze widzieli przynajmniej jeden cień Shimaru. Czyżby sprawiali wrażenie jakby upewniali się że opuszczą ich tereny?
Ruszyli wąską, kamienistą ścieżką. Nie była na tyle stroma że nie poradziłby sobie na nim koń. Po dwóch stronach ścieżki znajdowały się dwie pionowe skalne ściany, więc nie było możliwości nigdzie zboczyć ani spaść w ewentualną przepaść. Po krótkim marszu jedna ze ścian (lewa) nagle się skończyła i po lewej mieli wielką przepaść. Ścieżka miała szerokość mniej więcej na tyle że stanęłyby obok siebie dwa wierzchowce. Widząc tę drogę Zhakhal domyślił się że opryszki musieli zasłonić oczy jego wierzchowcowi. W ten sposób może udałoby im się przeprowadzić zwierzę w miarę bezpiecznie. Ścieżka nie była może zbyt długa lecz za to okrążała ścianę którą mieli po prawej. Po zatoczeniu łuku doszli w końcu do niewielkiej półki skalnej na której znajdował się wierzchowiec Szakala. Koń przywiązany był do prowizorycznego uchwytu na lejce. Obok na ziemi usypana była niewielka sterta suchej trawy. Obok zwierzęcia leżały również rzeczy należące do najemnika. Sama półka skalna ograniczona była od przepaści niewielkim murkiem, chociaż murkiem trudno to byłoby nazwać. Były to luźno ułożone kamienie jeden na drugim, bez żadnej zaprawy ani niczego w podobie. Murek sięgał mniej więcej do połowy uda.
Nigdzie natomiast nie było widać bandy oprychów. Rozglądając się wokół ujrzeli wbite w ściany zardzewiałe już lecz jeszcze wciąż mocne stalowe pręty. Przypominały one szczeble drabiny.
-Ej! Jak chcecie to zapraszamy na górę!- Do uszu dobiegł ich głos jednego z nich. Wysoko nad nimi (jakieś 10 metrów) wychynęła głowa. Jeden z oprychów wskazał ręką na uchwyty wbite w ścianę. Jednocześnie zrzucono linę do której przymocowano kilka mniejszych sznurków.- Przywiążcie do tego swe rzeczy, wciągniemy je na górę!
Kiedy wejdą na górę oczom im ukaże się kolejna półka skalna tyle że o wiele większa niż ta niżej. Choć podłoże nie było za równe lecz miejsce było idealne na kryjówkę. Przy ścianach nawisu rozłożone były koce świadczące o legowiskach bandytów. W głębi nawisu w centralnej jego części płonęło ognisko. Pod jedną ze ścian znajdowało się składowisko ciernistej roślinności która stanowiła dobrą pożywkę dla ognia. Na granicy samej półki widoczne wyrysowane runy. Runy jednak w niektórych miejscach były już pozacierane. Miejsce do obrony było idealne. Jedyne ewentualne demony jakie mogły mieć swobodny dostęp do kryjówki to demony latające, lecz przed nimi przede wszystkim miały właśnie chronić wymalowane runy.  
Obok ogniska na legowisku wylegiwał się jeden z bandy. Od razu było widać że był ciężko ranny. Wnętrze kryjówki również śmierdziało. Śmierdziało śmiercią. Ranny ewidentnie był już jedną nogą po tamtej stronie. Kiedy podróżni stanęliby na półce jeden z bandy odezwałby się od razu.
-No tak najlepiej! Ugośćmy ich tu jeszcze i...
-Zamknij się Zah!- bandyta zwany Zahem nie zdążył dokończyć gdyż skarcił go ten który wcześniej przedstawił się jako Farid. Jednocześnie Kassab zdzielił Zaha dłonią w tył głowy.
Farid klęczał przy rannym i podawał mu coś do picia z niewielkiej miseczki. Farid zerknie na Szakala.
-Al Tufa załatwili Demony Pustyni dwa dni temu. Był strasznie zmasakrowany. Ledwo co udało nam się go tu przyprowadzić.
W obecności swego przywódcy Farid mówił z troską choć wcześniej najemnik był świadkiem jego nielojalności względem Tufa. Podchodząc bliżej Al Tuf uchyli nieco powieki spoglądając na Szakala. Na ten widok zakaszle nagle a z ust jego krew wypłynie.
-Słyszałem o tobie... Szakal.... Lis Pustyni.... Jeździec...- ranny nie dokończył ponieważ znów zaniósł się kaszlem po którym ponownie krew sączyła się z jego ust. Głos miał chrapliwy, cichy, mówienie sprawiało mu trudność. To że przeżył dwa dni z takimi obrażenia to chyba tylko sprawka samego Abadda była.
-Ja... nie dałem rady Szakalu... musisz... musisz...- znów zaczął mówić i znów przerwał. Opadł na legowisko i ciężko dychał. Zamilkł na chwilę.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






23.01.2016, 14:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#36

Pozwolił kobiecie prowadzić przez całą drogę, Nie widział powodu aby zabezpieczać trasę przed nimi. W pewnym momencie ścieżka prowadziła nad krawędzią, która uświadamiała, że nie dobrze byłoby postawić na tej drodze jakiś fałszywy krok. Na szczęście Łowca całkiem pewnie czuł się w ruchu i był pewny swych umiejętności balansowania ciałem. Z resztą, nie były one tutaj szczególnie konieczne, zważywszy, że ścieżka nie była przesadnie wąska. Mogły się tutaj zmieścić na szerokość dwa konie.
W tym miejscu Zhakhal poczuł się już w miarę pewnie i rozwiał Pomrok Abadda. W jednej chwili, jego zakrzywiony miecz odzyskał swój blask bieli, a z jego postaci zniknął mylący oczy, drgający całun. Sam pył wydawał się opadać, ale rozwiał się nienaturalnie szybko, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Zupełnie jakby rozpuścił się w powietrzu. W tym miejscu mógł też śmiało przytroczyć swoje ostrze na powrót do pasa, a swoją tarczę zarzucić na plecy. Dawało mu to dalej większą swobodę ruchów.
Kiedy już okrążyli ścieżką wzgórze, dotarli do małej półki skalnej, na której Szakal dostrzegł swojego ogiera. Podszedł do Vulp-a i poklepał go delikatnie po karku. Obejrzał przelotnie swojego wierzchowca, czy nie wyrządzono mu żadnej krzywdy, a następnie przebrnął szybko wzrokiem przez swoje juki. Wolał się nie dowiedzieć, że przy rozkulbaczeniu zginęło mu kilka drobiazgów. Choćby miecz zabitego posłańca, który zawinął w kocu. Wyglądało jednak na to, że wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Najwyraźniej bandyci nie byli na tyle głupi, aby okradać Szakala.
W końcu dotarł do nich głos bandytów, dobiegający gdzieś z góry. Kiedy Thanubris podniósł wzrok, zobaczył nieznanego mu jeszcze mężczyznę. Następnie przy głowie Łowcy zadyndała lina. Nie miał potrzeby z niej korzystać. Juki wraz z siodłem i tak pozostają przy Vulpie, a to co miał przy sobie, nie ograniczało jego zdolności wchodzenia po prętach przypominających drabinę.
Tutaj również gestem głowy nakazał kobiecie iść przodem. Jakoś mało go obchodziły dobre maniery i fakt, że będzie pod sukienką Porwanej. Bardziej miał na uwadze fakt, aby nie dawać kobiecie sposobności do ucieczki. Niby nie wykazywała żadnych przejawów, jednak jako wolał zachowywać czujność i nie dopuszczać sytuacji korzystnych dla Porwanej. Ot nawyki wojownika.
Po dotarciu na górę, okazało się, że jest to kolejna półka skalna, tylko głębsza. Trochę go to rozczarowało. Liczył na jakieś przejście, ścieżkę do zapomnianej budowli, albo chociaż fasadę miasta wykutego w skale. Gdzie na tej półce skalnej bandyci chcieli znaleźć jakieś zaginione zapiski?
Po rozeznaniu się w terenie i określeniu lokalizacji przywódcy szajki, miał zamiar się do niego udać, kiedy usłyszał znajomy głos. Gdzieś wewnątrz Szakala przepełzło bardzo złe uczucie. Odwrócił swoją maskę w stronę Zaha, który po swoich słowach dostał lekko po głowie. Zhakhal skierował ku niemu swoje kroki, dopóki nie stanął przed bandytą, który wcześniej tak chętnie życzył śmierci jeźdźcowi. Stanął blisko, tak że Zah mógł swobodnie wyłowić zza maski blask Szafirowych oczu Szakala, tak bardzo kontrastujących z jego ciemną karnacją – nienaturalnie. Głos Łowcy był zimny i bardzo nieprzyjemny.
- Ten który życzy Śmierci innym i nie spełnia jej obietnicy, sprowadza jej wzrok na siebie. Obyś nie zaznał już snu, bo we śnie Śmierć Cię przyjmie.
Nie wiedział dlaczego to powiedział, jego słowami kierował Abadd, władający Śmiercią, bóg wojny. Sam Thanubris był Śmiercią, jej ramieniem i teraz zebrał w sobie niebywałą siłę woli, aby powstrzymać swoją pięść, od zmiażdżenia nosa na paskudnej facjacie Zaha.
Farid w tym czasie wypowiedział się w sprawie Al Tufa, niejako podkreślając bohaterstwo ich przywódcy. Zhakhal musiał przyznać, że było w tym nieco racji, zdążył poznać się na tym, jakim przeciwnikiem jest Shimaru, czy jak nazywali ich rozbójnicy – Demony Pustyni.
Szakal podszedł bliżej przywódcy bandytów. Doceniał wielkich wojowników ich odwagę i wolę. Al Tuf wyglądał na jednego z tych, którzy nie obawiali się wyzwań. I na jednego z tych, który przecenił ostatecznie swoje siły…
Kiedy umierający mężczyzna spojrzał na Szakala i przemówił, okazało się że poznawał Jeźdźca. W jakiś sposób Thanubris docenił ten fakt i skinął głową w stronę przywódcy szajki. Nie dociekał o jakich sprawach dokładnie słyszał i z jakich źródeł.
Zhakhal nie poganiał, cierpliwie czekał kiedy Al Tuf zaniósł się kaszlem. Beznamiętnie spojrzał na stróżki krwi spływające z jego ust. Wyglądało to na rozległe obrażenia wewnętrzne, pewnie połamane żebra i przynajmniej jedno z nich, tkwiące w płucach. Pamiętając z jaką mocą i szybkością pracowały ramiona Shimaru, wojownik mógł sobie łatwo uzmysłowić, co by było gdyby ten grad ciosów padł nie na tarczę, a na tors.
Przywódca kontynuował swoją wypowiedź. Twierdził, że czemuś nie podołał, jednak nie przekazał czym musi się teraz zająć Szakal. Ponownie wyczerpany padł na prowizoryczne posłanie. Ponownie Zhakhal nie poczuwał się, aby ciągnąć go za język. Wiedział, że jeżeli jego przypuszczenia są prawidłowe, to każde słowo przywódcy, a nawet kolejne oddechy, to ból wywoływany żarem w klatce piersiowej. Zamiast tego odwrócił się do Farida.
- Czy znasz jakieś szczegóły tego po co Al Tuf tu przybył? Gdzie stoczył walkę i dlaczego?
Był świadomy tego, że umierający go słyszał, ale miał nadzieję, że jego jedynym zadaniem będzie wyłącznie uzupełnienie historii opowiedzianej w wersji Farida. Korzystając też z okazji, chciał wybadać jeszcze inny grunt, poziom wiedzy zgromadzonej tutaj szajki bandytów. Znajdowali się w okolicach Starej Twierdzy, więc mogli coś słyszeć…
Ustawił się tak, aby móc zaobserwować reakcje każdego z nich, a dopiero wtedy zadał swoje kolejne pytanie:
- Poszukuję w tych okolicach starego przyjaciela. Zwą go Vogel, Jeździec Nocy. Wiedzie, czy mogę go gdzieś tutaj odnaleźć?
Jest duże prawdopodobieństwo, że bandyci zupełnie nie zareagują na to imię, czy jego przydomek. Wątpił aby go znali, choć mogli słyszeć plotki. Wolał się jednak upewnić i zachować szczególną ostrożność w tej kwestii. Teraz oczekiwał odpowiedzi na swoje pytania, wciąż pilnując aby kobieta nie postanowiła opuścić półki skalnej.
25.01.2016, 14:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#37

Mistyczka z zadowoleniem przyjęła fakt iż wierzchowiec porywacza jednak był w umówionym miejscu. Ona wiedziała swoje. Koń mógł zostać ukradziony albo co gorsza zabity, kto tam wiedział jakie intencje przyświecały tym, co zranili jej konia. Widać jednak że grupa bandytów ze wzgórz czuła respekt przed wojownikiem, bo nie dość że jego wierzchowiec dobrze był traktowany, to po chwili rozległy się glosy zapraszające ich ... na górę. Tak jak przekazał jej zamaskowany porywacz. A dokładniej zapraszali w górę.
Nie było innego wyjścia, tylko się dostosować.
Sha przywiązała do zrzuconych sznurów swoją torbę oraz worek z fantami należącymi niegdyś do Shimaru. Kosę również owinęła sprytnie, by mogli wciągnąć ją na górę.
- Do stu demonów, nie było prostszej drogi? - Zaklęła pod nosem patrząc na pręty stanowiące szczebelki pnące się do góry.
No i właśnie teraz zaczynały się schody dla niej. I żeby to były schody. Sha westchnęła głęboko. Oczyściła myśli i próbowała wyzbyć się emocji i strachu. Potarła energicznie dłonią swoją obolałą i opuchniętą szczękę. Sprawdziła trwałość pierwszego pręta szarpiąc go ręką a kiedy nawet nie drgnął zaczęła się wspinać a przecież chwilę temu pomogła wykończyć Shimaru. I nawet  połowy tego nie bała się co teraz. Czemu zatem teraz czuła szpony strachu trzymające ją za gardło i sprawiające że po plecach czuła spływające kropelki potu? Mimo że starała się uspokoić z całych sił nie dało się nie zauważyć iż posuwała się w górę niepewnie a kolana jej dość mocno chwilami drżały. Zdecydowanie, wspinanie się nie było tym, co lubiła najbardziej.
W końcu kiedy usiadła na półce skalnej która była schronieniem ludzi ze wzgórz, mogła odetchnąć. Zainteresowanie mężczyzn skupiło się na jej porywaczu. Ona zaś w tym czasie spokojnie odwiązała z lin które wciągnęły je na górę - swoją broń, torbę oraz worek Shimaru. Ktoś z głębi kryjówki powiedział o tym który ją więził, Szakal. W sumie patrząc na kształt jego maski, innego przezwiska ciężko by się było spodziewać.
Starając się nie rzucać w oczy słuchała uważnie rozmowy obcych mężczyzn. Siedziała spokojnie w niewielkiej odległości od reszty, z kosą ułożoną na kolanach. Zdjęła maskę z głowy i przyjrzała się wgnieceniu. Ślad po łapie pierzastego szpecił harmonijne rysy twarzy wymodelowanej na masce.

Mrużąc oczy zlustrowała również runiczne zabezpieczenie kryjówki. Pomysł mieli świetny, gorzej z wykonaniem, bo nie uszło jej uwadze, że kilka run miało koślawo wyrysowane elementy zaś w innych miejscach osypane z góry kamyki poprzecinały linie tworzące ochronę. Jeśli ta bariera w ogóle działała, to była bardzo słaba i niepewna. Ale ona nie po to tutaj przybyła. Swoją torbę znów przez pierś przewiesiła czując się od razu pewniej. Gapiła się przez chwile na worek należący do zabitego przez nią i Szakala, Shimaru. A miała okazję się dogadać z pierzastym i być może poznać tę dziwną rasę istot. Zaciekawiona zaczęła grzebać w dobytku stwora, korzystając z okazji że nikt się nią chwilowo nie interesował. Ciągle jednak miała na uwadze rozmowy toczące się obok.
Dobrym znakiem było to, że nie została pojmana. Całkiem ją ignorowali jako niepotrzebny element przyczepiony do swego rozmówcy. To dawało jej czas na to, by przekonać się czy to oni byli wyznawcami których szukała. A jeśli tak, to sytuacja samego zapoznania z nimi już wydawała się bardziej komfortowa niżeli wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyła tych bandytów, skrępowana, przywiązana do siodła i prowadzona jak ofiara na rzeź.

Imię wymówione przez Szakala już gdzieś widziała. Widziała a nie słyszała. Zapewne przewijało się w listach jej ojca adresowanych do wyznawców Abaddona. Tyle że listy i notatki były w Azaracie, w jej domu, ukryte przez nią dobrze.

Ciągle była czujna, mimo iż przeglądała zawartość worka. Nie wyrzucała jednak nic z niego, by w razie co móc szybko zgarnąć cały dobytek.
26.01.2016, 16:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#38

MG


Widok z kryjówki był naprawdę niesamowity. Znajdowali się praktycznie na szczycie jednego z wyższych skalnych wzniesień w całych Południowych Wzgórzach Azarat. W dole widać było pozostałe skaliste wzgórza a gdzieś tam wiła się dolina w której stoczyli pierwszą walkę z Shimaru.
Zah widząc jawną groźbę ze strony Szakala uśmiechnął się jedynie nerwowo po czym splunął mu pod nogi i opierając kuszę o ramię podszedł nad krawędź kryjówki po czym wlazł na drabinkę i wszedł na górę. Szczeble drabinki prowadziły również na szczyt wzgórza skąd jeszcze lepszy punkt widokowy był, a przy okazji można była na szczycie zaopatrzyć się w zapas cierniowej roślinności.
Kiedy najemnik po wysłuchaniu Tufa zwrócił się do Farida ten chwilę popatrzył na Tufa zamyślając się. Tuf odpoczywał, zbierał siły.
- Al Tuf niewiele mi mówił. Wiem że poszukiwali jakiegoś grobowca. Jakiegoś ostatniego Mistrza Zakonu czy coś w tym stylu.- Farid wzruszył ramionami, widać było że mało go to obchodziło. Zhakhalowi jednak ta wzmianka coś mówiła. Jeszcze kiedy podróżował razem z Voglerem słyszał że Abaddoniści w tej chwili są rozproszeni ale wszyscy starają się zrobić jedno. Odszukać swej dawnej siedziby z czasów świetności ich kultu. Ale lokalizację tej siedziby znali jedynie Wielcy Mistrzowie Zakonu. A ostatni z Mistrzów zginął wieki temu. Od tamtego czasu poszukiwano miejsce jego ostatniego spoczynku. Podobno w jego grobowcu zawarto wskazówki gdzie można znaleźć ukrytą sławetną siedzibę Zakonu Abaddonistów. Zhakhal lata temu dowiedział się od Voglera że on również poszukuje owego grobowca, wtedy jeszcze z marnym skutkiem.- Mówił też o jakichś listach. Że przepadły kiedy wraz z innymi trafili na gniazdo tych Demonów. Teraz próbował odzyskać te listy. Widać z jakim skutkiem.- ostatnie słowa wypowiedział wskazując głową na Al Tufa po czym pokręcił z niedowierzaniem głową.
Al Tuf natomiast znów zakaszlał. Uniósł dłoń. Nie miał sił już unieść głowy.
- Szakalu... Szakalu...- zachrypiał niemalże niedosłyszalnym tonem. Dał do zrozumienia by najemnik się zbliżył. Miał mu coś do przekazania. Kiedy wojownik posłucha się i przytknie ucho do ust umierającego ten zacznie mu szeptać. Wypowiadane słowa będą tak ciche że pozostali z obecnych nie mieli szans na zrozumienie i usłyszenie ich.- Kiedyś byliśmy tu całą grupą... Tak jak i ty szukaliśmy Voglera.... On znalazł grobowiec lecz ponoć nie opuścił go już.... Mój przywódca Qasim... On miał listy... w nich były informacje... Lecz szukając Voglera trafiliśmy na gniazdo tych potworów... Były ich dziesiątki... Wszyscy zginęli oprócz mnie... Chciałem odzyskać listy... Musiałem tę bandę z rekrutować.... Szakalu... Musisz... Oni to innowiercy... Szakalu zabij ich wszystkich... Nie mogą dostać się do miasta! Odnajdź listy! Zabij ich!- ostatnie słowa wypowiadał z nadzwyczajną energią. Energią ulatującego życia z ciała. Jednocześnie by spotęgować prośbę Al Tuf zacisnął dłoń na przedramieniu najemnika. Uścisk miał silny tak jak konający który próbuje ostatnim tchnieniem złapać jeszcze odrobinę życia. Wydając rozkaz zabicia Al Tuf zamilkł, oddech zaniknął, skonał.
Shariel miała rację że kojarzy imię Voglera. Wielokrotnie przewijało się to imię w listach jej ojca z grupą wyznawców Abadda. Niestety listów było dużo a po śmierci ojca nie miała czasu na dokładne i wnikliwe przeczytanie ich. Nie wiedziała do końca co się w nich znajduje. Jedyne co zauważyła to fakt że ojciec zawsze robił kopię swych odpowiedzi. Tak więc listy te zawierały kompletną korespondencję między nim a grupą.
W worku Shariel znalazła bukłak z wodą (jej własność zgarnięta przez Shimaru), jakieś kamyczki, paciorki. Uwagę jej przykuł fakt że w worku znajdowały się lejce wraz z wędzidłem, przerażające było to że na wędzidle wciąż zaciskały się końskie zęby. Zęby tkwiły we fragmencie pogruchotanej końskiej czaszki. Oprócz tego znaleziska na koniec Shariel wydobyła zdobiony nóż. Rękojeść i podpórka dla noża wykonane z metalu miały kościane motywy.

obrazek poglądowy
http://ecx.images-amazon.com/images/I/61...SX425_.jpg


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






27.01.2016, 12:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#39

Reakcja ze strony Zaha wywołała tylko lodowaty błysk oka u Szakala. Przez głowę Łowcy przebiegły setki możliwości zadania szybkiej śmierci rabusiowi. Rozważył te szybkie, te bolesne oraz te niebywałe długie. Jego umysł wojownika jednak szybko wrócił na ścieżkę chłodnego myślenia i pozwolił odejść łajdakowi. Ten wspiął się wyżej, najprawdopodobniej na jakiś rodzaj punktu obserwacyjnego.
Chwilę później już wysłuchiwał enigmatycznych informacji podawanych mu przez Farida, które nie powiedziały w zasadzie Zhakhalowi nic nowego. Pamiętał twierdzę w której się ukrywali Abaddoniści, najwyraźniej jednak była to jedna z kryjówek tymczasowych. I ich grupa nie była zbyt liczna. Poza Szakalem i Voger, liczyła tylko pięciu innych członków. Nawet mimo to, stanowili silny oddział konny, budzący grozę. Każdy jednak miał własną misję, Abaddon miał poważniejsze plany, dlatego ich grupa musiała się rozdzielić, a zadania jakie dostawali, były podawane tylko do uszu tych, którzy mieli je wykonać. Dlatego Szakal nie wiedział, gdzie udał się Voger po tym jak grupa się podzieliła.
Listy, jakiś impuls w podświadomości zareagował na to słowo, jednak nie mogąc go teraz skojarzyć, Thanubris chwilo odsunął tę myśl. W tym momencie też Al Tuf powrócił ponownie z progu bramy między światami żywych i umarłych. Ponownie nawoływał Szakala, dlatego wojownik nachylił się nad konającym przywódcą, ponieważ jego głos cichł z każdym oddechem.
Strzępki informacji, którymi rzucał umierający, powoli układały się w części historii. Czy gdzieś się obiło Szakalowi o uszy imię Quasim? Była ich tutaj grupa, wyznawców Abaddona, jednak polegli daremną śmiercią. Jest ich tak mało, a kolejne ostrza woli Abadda, powędrowały do jego stołu. Czekają, aż na świat spadnie Chaos i powrócą u boku Wojny, stąpając po popiołach.
Następne słowa, wywołały u Łowcy znajomy dreszcz. Zadać śmierć innowiercom, zdrajcom sprawy. Uśmiechnął się lewym kącikiem ust. I choć nie można było dostrzec tego gestu przez maskę Szakala, to był pewien, że Al Tuf rozumiał. Wyszeptał tylko słowa, które mógł dosłyszeć wyłącznie konający:
- Dopełnię woli Abadda. Możesz już zasiąść przy jego stole Al Tufie.
W tym momencie też objawiła mu się wizja. Raczej wspomnienie, ale bardzo wyraźnie. Zupełnie jakby myśl, która kołatała mu się gdzieś w podświadomości, teraz dopiero nabrała znaczenia. Pewnie mędrcy nazwali by to skojarzeniem faktów, uwolnieniem umysłu, czy jakimiś innymi bzdurami związanymi z psyche. Szakal wiedział, że to wola Abadda.
Wcześniej nie zwracał na to specjalnej uwagi, był skupiony na przeciwniku. Teraz jednak umysł podsunął mu wizję tego, co Shimaru trzymał w swojej prawej dłoni, kiedy Łowca rozpoczął z nim walkę. Były to zapisane karty, które mogły być wspomnianymi listami. Zostały one jednak przy martwym Shimaru i prawdopodobnie zabrane wraz z nim do gniazda bestii. To wcale nie ułatwiało tego zadania. Jednak teraz musiał skupić się na zupełnie innej rzeczy. Przywódca wojowników, ukryty Abaddonista, wydał ostatni dech, a wkrótce nielojalni rabusie udadzą się do Azarat, rozpowiadając plotki i tajemnice. A te mają przykry przypadek, trafiania do uszu ludzi, którzy rozumieją ich znaczenie.
Łowca rozejrzał się po półce skalnej. Oceniał jej wymiary, aby wiedzieć ile posiada miejsca do walki. Policzył przeciwników, przeanalizował miejsca w których stoją, broń którą dysponują i ogólne możliwości ciała bazując na ich budowie. Wychwycił również wzrokiem porwaną kobietę, która zajęta była przeglądaniem zdobyczy.
Wiedział, że nagły atak może zaskoczyć przeciwników z drugiej strony jednak nie był pewien, co do skuteczności jednego wojownika przeciwko całej grupie. Tutaj musiał wykazać się sprytem, przebiegłością Szakala. Teren sprzyjał wielu różnym taktykom, trzeba je tylko dobrze dobrać.
Miał w pamięci spory stos suchych krzaków, który służył do podtrzymywania ognia. Były to cienkie gałązki, które należało często podrzucać do ognia, który natychmiast je trawił. To idealny materiał, który może posłużyć za odwrócenie uwagi.
Z drugiej strony, Thanubris posiadał także rzadki dar poznawania się na ludziach. Intuicyjnie potrafił określić typ człowieka. Kiedy tylko tego potrzebował, cechowała go charyzma i potrafił budzić respekt. Dlatego teraz też zwrócił się do Farida, wyczuł bowiem, że to właśnie ten mężczyzna był liderem grupy.
Przemówił do niego twardym głosem wojownika, na tyle jednak głośno, że inni zgromadzeni na półce skalnej, też mogli go usłyszeć.
- Al Tuf odszedł śmiercią wojownika. Możemy wspólnie kontynuować jego drogę. W ostatnim tchnieniu zdradził mi, że u celu miała czekać go chwała i bogactwa, w zapomnianej przez świat kryjówce.
Zrobił krótką przerwę. Ta półprawda miała być zachętą. Wiedział, że Ci ludzie nie będą się kierować kodeksem wojownika. Wierzył jednak, że złoto zamydli im oczy. I tak już byli nielojalni wobec swojego lidera, trzeba było zatem uderzyć w tę strunę.
- Tu nie chodzi o honor, w grę wchodzi złoto. Al Tuf zamierzał z niego zrobić użytek, dlatego nic o nim nie wspominał. Ja proponuję równy podział. Nie dzieliłbym się tą informacją, ale potrzebuję najemników. Potrzebuję wojowników. Jeśli odrzucacie propozycję, droga wolna, już nie wiąże was lojalność Al Tufowi.
Tutaj zamilkł w oczekiwaniu na odpowiedź Farida. Wiedział, że niezależnie od decyzji, będzie miał jeszcze noc. Rabusie nie wyruszą do Azarat teraz, nie kiedy zmierzch był bliżej niż świt. Nie kiedy groziła im noc na pustyni. Jeżeli zdecydują się odejść, wyruszą o świcie. Kupił sobie czas i miał teraz więcej możliwości ocenienia siły przeciwników.
03.02.2016, 13:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Południowe wzgórza Azarat
#40

Zabranie worka Shimaru okazało się jednak dobrą decyzją. Odnalazła swój bukłak który zabrała znów do swych rzeczy przełożyła. W dodatku pomiędzy kilkoma dziwnymi rzeczami, które do niczego nie były jej potrzebne a za które to uznała paciorki i lejce wraz z kawałkiem konia, znalazła coś ciekawego. Rozejrzała się w koło patrząc czy nikt jej nie obserwuje i wyjęła odrobinę ku światłu zdobycz. Obróciła kilka razy w dłoni nóż o rękojeści stylizowanej na kościaną. Podstawkę od razu włożyła do swej torby. Nóż ukryła pod napierśnikiem a dokładniej pomiędzy wierzchnią szatę a nim u swego prawego boku.
Niby była zajęta oglądaniem fantów, jednak cały czas starała się mieć kryjówkę bandytów na oku. Starała się zapamiętać jakie przedmioty gdzie są poukładane oraz gdzie były poskładane bronie najemników. Resztę fantów ptaszora zostawiła w spokoju a worek położyła u swego boku. Shariel trochę dziwnie czuła się dotykającą uda szczękę konia leżącą w zdobyczach Shimaru. Ciągnęło ją do tego by wyjąc swój dziennik i zapisać po kolei to co było w rzeczach należących do istoty którą musiała zabić wspólnie ze swoim porywaczem. Niestety okoliczności nie sprzyjały takiemu działaniu i musiała mieć w pamięci skarby Shimaru. Jeden z tych skarbów zaś nosiła już przy sobie.
Tym bardziej wyczuliła się na bandytów, po słowach jednego z nich o tym, że pojęcia nie miał o co chodzi z Mistrzem Zakonu. Szybko wywnioskowała dlaczego jej ojciec taki nacisk kładł w listach na zachowanie dyskrecji oraz czujności. Widać nie wszyscy w grupie byli wtajemniczeni w temat. A oznaczało to, że jej grupa rozproszyła się najmując do współpracy tutejszych bandytów, innowierców. To z kolei komplikowało jej aktualne położenie. Skoro zapewne jedyny który by jej uwierzył był konający, to nadal musiała mieć się na baczności. Mimowolnie zerknęła na ostrze swej kosy.

Gdy jej porywacz, głośno zagadnął o śmierci Al Tufa, mocniej palce zacisnęła na kosie trzymanej na kolanach. Odetchnęła głęboko pozbywając się dreszczy niepokoju. Od odpowiedzi tych, których to Szakal mamił wizją złota, zależało jej położenie. Czerpała siłę z wiary w to że Abaddon nie przypadkiem sprawił że znalazła się własnie w tym miejscu. I że na pewno nie była tu tylko po to, by stać się byle ofiarą.
04.02.2016, 19:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna