Chata niani Zeldy
#1

Cytat:

Wzdłuż brzegu rzeki przepływającej przez Miasto Handlowe prowadziła nieutwardzona ziemista droga. Momentami na drodze widać było kawałki desek które służyły jako kładki prowadzące przez błoto kiedy podczas deszczu ziemia nasiąkała i tworzyła się mokra ziemista breja. Przy takiej to właśnie drodze, nad rzeką znajdowała chata która zapewne znana była przez każdego mieszkańca Miasta Handlowego.
Chata była niepozorna, można wręcz powiedzieć że wymagała generalnego remontu. Domostwo to posiadało spadzisty dach pokryty słomą z którego to wystawał kamienny komin. Strzecha wydawała się dopiero co naprawiona lecz nie można tego powiedzieć o reszcie budynku. Drewniane okiennicy miały powyłamywane albo spróchniałe deski, niektóre wisiały tylko na jednym zawiasie a inne w ogóle się nie domykały. To samo można powiedzieć o drzwiach wejściowych które zostały wykonane z dwóch części różnych drzwi i zbite razem. W drzwiach, w górnej ich połowie od strony zewnętrznej brakuje jednej deski która zapewne została wyłamana z powodu toczącej jej próchnicy. W dodatku drzwi te nie zawsze porządnie się zamykają.
Kiedy z zewnątrz chata sprawiała wrażenie na zapuszczoną to w środku wydawała się zupełnie inna. Wnętrze chaty było niezwykle przytulne i ciepłe (choć bardziej tu mowa o ciepłej atmosferze niż temperaturze powietrza). Zniszczone drzwi wejściowe prowadzą do niewielkiej sieni w której znajdują się dwie pary drzwi. Drzwi po lewo prowadzą do głównej komnaty chaty a drzwi po prawej do sypialni gospodyni. Z sieni jest również wejście na strych na który można wejść po niewielkiej drabinie która znajduje się pod ścianą naprzeciwko drzwi wejściowych.
Główna komnata chaty jest największym pomieszczeniem budynku. Na jednej ścianie znajduje się kamienny kominek w którym praktycznie przez cały dzień pali się ogień. W zasadzie jest to wymóg z powodu panujących w całym domostwie przeciągów. Przy kominku znajduje się kociołek który jest podwieszany nad ogniem kiedy trzeba coś ciepłego przyrządzić. Pomieszczenie te służy lokatorce zarówno jako kuchnia jak i miejsce pracy. Pod jedną ze ścian znajduje się prycza wyłożona materacem wyłożonym sianem. Na pryczy u wezgłowia leży starannie złożona pościel. Obok pryczy stoją szafeczki, zapewne ze ściereczkami, ręcznikami oraz kubkami i miseczkami. Pod leżem znajduje się miedziany nocnik. Na środku komnaty znajduje się drewniany stół pod którym wstawione są drewniane stołki. Pod ścianami stoją jeszcze jedna duża szafa, jeden duży kufer, dwa drewniane wiaderka, miotła. W szafach i kufrach znajdują się rzeczy wykorzystywane przez właścicielkę. Na parapetach porozstawiane są wszelkiej maści tłuczki i moździerze. W kącie pokoju znajduje się bujany fotel z poduszką na szacowne cztery litery oraz narzutą (zapewne na kolana).
Niemalże na każdej ze ścian domostwa a mowa tu o całej chacie a nie tylko głównej komnaty porozmieszczane są półki na których stoją wszelkiej wielkości, grubości dzbaneczki, fiolki, słoiki i inne pojemniki czy pojemniczki. W pojemnikach tych znajdują się przeróżne zioła, maści, napary, wywary czy mikstury. Pod sufitem porozwieszane są również suszące się zioła. Podobny składzik ziół znajduje się na strychu. W całym domostwie ogólnie roznosi się niezwykły aromat ziół.
Sypialnia lokatorki jest bardzo skromna. Ot prycza podobna do tej co w sali głównej, szafa, kufer i szafeczka nocna z prywatnymi rzeczami.
Trzeba dodać że nad drzwiami wejściowymi widnieje szyld oznajmujący to co można tu spotkać. Na szyldzie widnieje zielona fiolka przypominająca miksturę leczniczą. Nad fiolką widnieje napis "Niania Zelda".

Niania Zelda


Niania Zelda to przemiła kobieta która coraz bliżej jest wieku starczego niż średniego. Choć tak naprawdę nigdy się do tego nie przyzna twierdząc że wciąż jest piękna i młoda. Ma długie  siwe włosy najczęściej zaplecione w długi warkocz który opada jej na ramiona. Mimo że jej twarz jest już gdzieniegdzie pomarszczona to widać że za młodu musiała być piękną kobietą. Niania ma ciepłe piwne oczy oraz uroczy uśmiech. Jej cichy i łagodny głos może sprowadzić spokój na każdego niecierpliwego klienta z jakim ma do czynienia.
A klientów ma przeróżnych gdyż od kilkudziesięciu lat jest zielarką i uzdrowicielką w Mieście Handlowym. Kształciła się w Starej Uczelni a przez ostatnie lata poszerzała również wiedzę alchemiczną. Zelda jest również nazywana "Niania Zelda" ponieważ większość dzieci rodzących się w Mieście Handlowym są urodzone przy jej asyście. Do jej przydomka również idealnie pasuje jej charakter. Otóż jej dom jest zawsze otwarty dla dzieci i innych potrzebujących. Bardzo często jest tak że jeśli nie ma żadnego chorego to przesiadują u niej pobliskie bachory i słuchają z jej ust wszelkiej maści baśnie, bajki i legendy. Dodatkowo jeśli aktualnie opiekuje się jakimś chorym który spoczywa na pryczy w głównej komnacie to niezwykle troskliwie się nim zajmuje. Praktycznie niańczy swych pacjentów, lecz pomimo swego ciepłego i matczynego charakteru jest również wymagających znachorem. Nie uznaje grymaszenia podczas kuracji, nie znosi głosu sprzeciwu przy jej metodach a kiedy ktoś postara się odmówić spożycia jakiejś mikstury to potrafi przyłożyć drewnianą łychą i nawtykać tak pacjentowi że ten czym prędzej ze skulonymi uszami wypije lek.
Nieodłącznym towarzyszem znachorki jest jej rudy pręgowany kot. Bardzo często zwierzę te towarzyszy swej pani podczas leczenia pacjentów.

MG

Cytat:Do głowy Anshii powracała świadomość. Nie wiedziała jeszcze co się dzieje, być może dalej spała, lecz kiedy otwarła swoje fioletowe ślepka, światło dnia poraziło ją, od razu wprawiając w konsternację. Oczy bolały kobietę, były strasznie ociężałe a do tego wrażliwe na światło. Przynajmniej teraz.
- Wreszcie się obudziłaś! Cztery dni spania, bałam się, że umrzesz z odwodnienia... Widzę, że nawet twoje żyły zaczęły powoli powracać do siebie. - Powiedziała jakaś kobieta. Jednak jeśli Karui chciała ją dostrzec, musiała otworzyć oczy narażając je na ból, zaś gdyby przełamała go, obraz zrobiłby się niewyraźny, jak wtedy, kiedy... No właśnie co się tutaj dzieje? Kim ona jest i co tutaj robi? Pamięta tylko czyjeś ciepło głos, który kazał się jej zbudzić. Nazywała się Anshia Karui, była chyba mistykiem?

Zatem dziewczyna się obudziła, ale miała poważny problem. Niezbyt wiedziała gdzie się znajduje, ani jak się tutaj znalazła. Zaraz potem usłyszała głos jakiejś kobiety. No nie znała tej osoby, a przynajmniej nic nie mówił jej ten głos.
- Jakie żyły? Cztery dni? O czym ty mówisz? - Zapytała lekko śpiącym i być może ochrypłym z odwodnienia głosem. Nie miała w sobie poczucia czasu, to też niezbyt pojmowała całą sytuację.
Po raz kolejny spróbowała otworzyć oczy, ale powieki zdecydowanie nie chciały z nią współpracować. Dlatego też jeśli była w stanie uniosła rękę i zakryła nimi oczy, rozchylając ostrożnie lukę między małym, a serdecznym palcem. W ten sposób dopuszczała nieco mniej światła, ale nadal czuła jakby ktoś je octem polewał. Mimo to próbowała walczyć z tym bólem, a jednocześnie ograniczać jego siłę. Jakoś nie widziało jej się cierpieć od razu po przebudzeniu.
- Tak w ogóle, to gdzie ja teraz jestem? I co tutaj robię? - Zapytała z dozą niepewności w głosie. Tak im bardziej się zastanawiała, tym bardziej nie miała pojęcia dlaczego właściwie tutaj jest. Do tego chciałaby się czegoś napić, ale głupio było poprosić, z resztą jeśli te cztery dni to prawda, to niezbyt fajnie będzie wracać do zdrowia, o ile jest do czego wracać.

- Ciii... -usłyszała ciepły kobiecy szept.- Na pytania i odpowiedzi przyjdzie jeszcze czas. Ważne że wracasz do nas.- dodała. Po chwili poczuła ciepłe, delikatne dłonie na swej twarzy. Dłonie sprawdziły jej czoło, potem sprawdziły tętno na szyi a na końcu upewniły się czy takie same tętno wyczuwalne jest na ręku przy nadgarstku.
Kiedy Anshia chciała spróbować otworzyć oczy poczuła jak coś wskoczyło na jej klatkę piersiową i w momencie kiedy osłaniając ręką dostęp światła do oczu otworzyła je ujrzała zbliżający się koci nos w jej stronę. Poczuła również ciepły oddech zwierzęcia na swym policzku. Lecz nawet lekkie otwarcie oczu sprowadziło na nią ogromny ból w gałkach ocznych.
- Bolą cie kochanie oczy?- zapytał kobiecy głos widząc że mistyczka stara się przez nie patrzeć lecz nie do końca jej to wychodzi.- Za chwilę coś na to poradzimy. A narazie zajmijmy się bardziej przyziemnymi sprawami.
Usłyszała że kobieta wstaje i gdzieś idzie. Szuranie stóp pozwalało mniej więcej zorientować gdzie kobiecina się znajdowała. Usłyszała stuk metalowych przedmiotów oraz dźwięk przelewania czegoś. W powietrzu wyczuć można było aromat ziół, warzyw i... kurczaka? Następnie usłyszała jak kobieta siada znów w pobliżu miejsca gdzie leżała.
- Jesteś teraz u niani Zeldy w Mieście Handlowym. I właśnie zjesz ten rosołek.- odpowiedziała kobieta ciepłym ale stanowczym głosem.
Anshia poczuła jak przed nią unosi się aromatyczna para. Pachniało rosołem. Takim prawdziwym, domowym, jaki pamiętała z dzieciństwa. Mistyczka usłyszała jak kobieta miesza w rosole.
- Nie otwieraj oczu kochanie. Ale otwórz buzię.- powiedziała znów łagodnym głosem. Karui usłyszała jak niania Zelda dmucha na łyżkę ostudzając zupę.- No już. Dalej. Nie marudzimy.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






28.03.2016, 19:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#2

Odpowiedź kobieciny mało satysfakcjonowała Anshię, która próbowała zebrać jakiekolwiek fakty, byleby uświadomić sobie co tutaj robi. Ze wszystkich sił próbowała sobie przypomnieć coś, albo może nawet cokolwiek, ale niestety im dłużej się skupiała, tym bardziej jej głowa pękała. Naprawdę nie miała siły by walczyć z tym bólem dłużej niż moment. Na dodatek ta pani zaczęła sprawdzać jak się ma ciało białowłosej. Z powodu niemożności używania oczu, była zdana na głos tejże osoby, która jak się wydawało Anshii, czuwała nad nią w ciągu ostatnich dni. Sama wolałaby zobaczyć w jakim stanie obecnie się znajduje, co się tak naprawdę dzieje i przede wszystkim - gdzie ona do smoczego licha jest?! Pozostało jej tylko westchnąć, pełnym zrezygnowania wydechem z płuc, które coś zaatakowało... Chociaż to też nie było do końca poprawne określenie sytuacji. Jakiś ciepły oddech na twarzy, łapki znajdujące się na jej ciele, no na bank jakiś sierściuch, jak się później okazało, był to kociak.
- Bolą? Dobre żarty! One palą jakby je żar nieskończonego słońca sięgnął! No żywy ogień, najżywszy i najokrutniejszy płomień jaki dane mi było poznać! - Zaczęła narzekać na swój obecny stan oczu, z którymi nic nie mogła zrobić, a co najgorsze, nie mogła ich używać.
- Przyziemnymi sprawami? Dobre sobie! Naprawdę chciałabym, ale... Ale... - Jej głos zaczął drżeć, kiedy uświadamiała sobie ogromną pustkę w swojej głowie, kompletny brak jakichkolwiek wspomnień, czegoś do czego mogłaby się odnieść, cokolwiek. Naprawdę chciałaby teraz nie myśleć o tym, że jest prawie ślepa, ale z drugiej strony ma przez sobą zupełnie inny ból - ból braku sensu i celu istnienia, wypalający na duszy najgorsze spośród najgorszych znamion. Aż zagryzła swoje wargi, praktycznie do krwi, choć z jej oczu nie płynęły łzy.
- Dlaczego?! - Krzyknęła, jednocześnie łkając, pełna żalu i wewnętrznej złości. Nie rozumiała dlaczego akurat teraz się tutaj znalazła, o co właściwie chodziło, a przede wszystkim kim ona do cholery jest!
Anshia odwróciła głowę, w kierunku gdzie szła jej opiekunka. Robiła to wręcz instynktownie, jakby brak możliwości widzenia, chciała zrekompensować sobie za pomocą lokalizowania innych przy użyciu słuchu. Oczywiście daleko jej było do mistrzów tejże techniki, ale miała świadomość gdzie mniej więcej ta kobiecina się znajduje. Do tego tej dźwięk cieczy... A ten zapach? Zioła, ciepłe mięsko, para która jak zwykle się wokół tego unosi. Od razu białowłosa usłyszała swój brzuch, którzy zaburczał smutno. No nic, trzeba będzie nakarmić głodomora.
Kobieta miała chwilę, żeby ochłonąć, ale jej wewnętrzne nerwy nie dawały za wygraną. Czuła się po prostu beznadziejnie. Najchętniej to zwinęłaby się teraz w kłębek i zasnęła na całą wieczność. Niestety, ta cała Zelda nie miała zamiaru jej chyba odpuścić. Na dodatek, teraz miała karmić chorą kobietę? Przez dłuższą chwilę rzeczywiście się wzbraniała, ale czując, że nie wygra tej batalii, odpuściła, delikatnie otwierając swoje usta, w oczekiwaniu na ciepłe jedzonko.


Mistyk będący w cieniu... Tysiąca słońc






31.03.2016, 21:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj

PRZEDMIOT

Kliknij w obrazek


Chata niani Zeldy
#3

MG


Wykrzyczane pytanie zapewne było skierowane do wszelkich bytów boskich jakimi rządziły tym światem. Widząc tę scenę niania Zelda spojrzała z troską na swą podopieczną.
- Z pewnością jest to związane z tym co się stało z tobą zanim do mnie trafiłaś. Kiedy przyprowadzono cię do mnie słonko to kazali mi jedynie zaopiekować się tobą.- zaczęła mówić staruszka swym ciepłym pełnym troski głosem.
Staruszka ostrożnie włożyła łyżkę z zupą i makaronem do otwartej buzi Anshii. Smak rosołu był wyborny. Nigdy takiego nie jadła. Chociaż. Zdawało jej się jednak że podobny smak skądś pamiętała. Lecz nie wiadomo skąd. Może z dzieciństwa? Lecz jakie miała dzieciństwo skoro nawet tego nie pamięta? Kim była skoro nawet własnych rodziców nie potrafi sobie przypomnieć?
- Powiedz mi skarbie jak się zwiesz? Co się takiego wydarzyło że znalazłaś się w takim stanie?- zadawała kobiecina pytania przy okazji karmiąc swą podopieczną. W pewnym momencie okaleczona mistyczka poczuła znów na policzku ciepły podmuch powietrza a potem wilgotny nos kocura. Ponownie sierściuch zainteresował się jej twarzą. Powąchał jej usta zainteresowany zapewne co też dziewczyna jadła. Potem znów zaczął obwąchiwać jej twarz w szczególności oczy.
- Rudy. Daj odpocząć.- powiedziała łagodnym tonem kobiecina głaszcząc po głowie kota ale stanowcza odsuwając jego łeb od twarzy dziewczyny.- Teraz nie dziwię się że Rudy przeleżał większość czasu w okolicach twojej głowy skoro wzrok masz uszkodzony.- mówiła spokojnym głosem dalej karmiąc.- Jak zjesz to obwiążemy oczy chustą. Wieczorem jak będzie ciemniej sprawdzimy czy coś się polepszy czy nie.
Kolejne łyżki zupy wędrowały do ust Anshii.
- To jak? Kto cię kochanie tak urządził?- zapytała staruszka tym razem poważniejszym tonem. Odłożyła łyżkę do miski którą postawiła na stole obok. Niania poklepała dziewczynę po udzie a Anshia nic nie poczuła. Oto młoda mistyczka odkryła właśnie kolejny objaw. Czuła że kobieta kładzie rękę w okolicach jej nóg. Czuła po prostu ruch pościeli. Lecz niczego nie czuła od pasa w dół. Nic. Żadnego dotyku, ucisku. Zupełnie nic.
Taka młoda dziewczyna a ledwo żywa. Teraz okazuje się że została oślepiona. Staruszka jeszcze nie wiedziała że mistyczka niczego nie pamięta.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






02.04.2016, 21:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#4

Kobieta nie oczekiwała właściwie żadnej sensownej odpowiedzi, bo przecież czy istniał ktoś kto wziąłby ją teraz na poważnie i odciążył z tego problemu? Jasne, że z radością dowiedziałaby się dlaczego się tutaj znalazła, ale przede wszystkim interesowało ją jedno. Co takiego robiła zanim się tutaj obudziła, jak to możliwe, że doprowadziła się do takiego, a nie innego stanu. Tysiące pytań zalewały jej myśli, sprawiając, że im bardziej się na nich skupiała, tym gorzej się czuła na swoim sercu. Gdyby tylko w jakiś sposób odzyskała swoje wspomnienia, z pewnością mogłaby rozwiązać zagadkę. Niestety, na tą chwilę ani trochę się na to nie zanosiło, więc Anshia będzie musiała znosić swoją wewnętrzną pustkę, brak wiedzy o tym kim tak naprawdę jest. Nie wspominając o innych niedogodnościach, choćby w postaci tego nieszczęsnego oślepienia.
Białowłosa chociaż słuchała jednym uchem, tego co ta cała niania Zelda ma do powiedzenia, wyłapała coś, co ją zainteresowało. Właściwie to rozbudziło ciekawość do granic możliwości, dając kobiecie jakąś szansę, by dowiedzieć się czegoś co było przed obudzeniem się tutaj. Może to pomoże w odzyskaniu choćby fragmentu i tak rozbitej pamięci.
- Do Ciebie trafiłam... Trafiłam? Przyprowadzono? Jak to przyprowadzono? Kazali? Kto mnie tutaj przyniósł? Kimże oni byli?! Przecież... Przecież to niemożliwe. - Słychać było w jej głosie, że ona musi to wiedzieć, na już, na teraz! Zaklinała się w myślach, bo niczego nie pamiętała. Czy możliwe było, że ona straciła pamięć do tego stopnia, że naprawdę nie wiedziała co się z nią działo. Znowu poczuła ten nieogarnięty mętlik w głowie, który sprawiał ból w jej sercu.
Czując smak zupy, przez moment zastanawiała się nad jej smakiem. Niby skądś go kojarzyła, ale za nic nie była w stanie sobie przypomnieć skąd. Nawet strzępków dzieciństwa nie miała w swojej głowie, po prostu nic, dokładna, idealna pustka. Ani obrazu rodziny, ani przyjaciół o ile miała, nie wie czym się zajmowała będąc szkrabem, czy wyglądała tak samo, czy może podobnie... A może no cóż, była inną osobą. Problem nie mógł być teraz rozwiązany, nie było ku temu powodów ani środków. Słysząc pytanie o to kim jest i jak to się stało, że znalazła się w takim stanie, milczała przez dłuższą chwilę.
- Mów mi... Myślę, że Anshia. Chyba tak mam na imię. Przepraszam, ale nie pamiętam nic. Nie wiem jak to możliwe, że się tutaj znalazłam, ani kto mnie tutaj przyprowadził. Nie mam pojęcia co się ze mną działo, że jestem teraz w takim stanie i nic nie mogę z tym zrobić. W moim umyśle mam po prostu pustkę. Nie potrafię przywołać żadnego obrazu z przeszłości, no po prostu żadnego! To jest w tym wszystkim najgorsze, że nie mam pojęcia kim byłam, co robiłam wcześniej... A tak bardzo chcę to wiedzieć. - Jej wypowiedź przerywana krótkimi łkaniami. Tak, znowu płakała, czując się naprawdę beznadziejnie w obecnym położeniu. Właściwie ta cała niania nie była taka zła, chciała jej pomóc, tylko no niestety nie miała jak tego zrobić. Niestety, pozostawało jej wrócić teraz przede wszystkim do zdrowia i odzyskać wzrok.
Kociak znowu zaczął interesować się jej twarzą. Początkowo ją to irytowało, bo sierściucha nikt nie zapraszał, ale teraz już się do niego przyzwyczaiła. Gdyby mogła, to chętnie by go pogłaskała, ale ze względu na obecny stan było to raczej w sferze marzeń, a nie realiów.
- W porządku. Na razie i tak moje oczy są do niczego, ogólnie czuję się beznadziejnie, ale to chyba bardziej na sercu niż na ciele, rozumiesz o co chodzi? - Znów uskarżała się na swój nieszczęsny los. Obecnie leżąc na łóżku miała tylko dwie opcje, albo siedzieć cicho, albo coś mówić, nawet jeśli będzie to upierdliwe narzekanie. Przy okazji zdążyła zjeść kilka łyżek zupy. Była naprawdę dobra. Kobieta stopniowo przestawała przejmować się tym, że przez nią myśli o rodzinnym podwórku, bo najważniejszym było wrócić do zdrowia.
- Tak jak mówiłam, naprawdę nie wiem... Nie pamiętam niczego z tego co stało się zanim się tutaj obudziłam. - Mruknęła, mając ochotę zasnąć. W tym samym momencie usłyszała klepnięcie, a nawet kilka. Nie brzmiało to jak trzepanie łóżkiem, ale raczej uderzanie o ciało, które było czymś okryte... Do tego ruch pościeli. Skoro kobiecina chodziła po izbie, to oznaczało, że najprawdopodobniej uderza właśnie jej ciało, ale był jeden problem. Nie czuła tego, ani trochę, nic.
- Nianiu? Czy ty mnie dotykasz? - Zapytała drżącym głosem, pełnym przerażenia, po chwili milczenia dodając równie przestraszonym głosem.
- Bo jeśli tak... To ja nic nie czuję. - Wypowiedziała te słowa prawie szeptem. To znowu podłamało białowłosą, która była teraz przykuta do łóżka. Miała nadzieję, że wkrótce się ruszy stąd, a tu nici z tych planów.


Mistyk będący w cieniu... Tysiąca słońc






03.04.2016, 23:23
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#5

MG


Staruszka zmartwiła się kiedy oznajmiła że nic nie czuje poniżej pasa. Włożyła dłoń pod kołdrę i przesunęła nią po nodze aż do stopy swej podopiecznej.
- Czujesz coś?- zapytała a następnie wbiła mocno palce podbicie stopy. Mistyczka oczywiście nic nie czuła.
- Spokojnie dziecinko po kolei.- pogłaskała po głowie białowłosą dziewczynkę by dodać przynajmniej na chwilę otuchy.- Anshia. - dodała po chwili z troską w głosie. Tak naprawdę to nie wiadomo czy rzeczywiście tak miała na imię ale skoro tak twierdzi to trzeba się tego trzymać.
- Przynieśli?- zapytała zdziwiona na słowa.- Oni?- ponownie zapytała zdziwiona by po chwili zorientować się że to ona sama jest winna. Niania czasem wtrącała w swe wypowiedzi wiejską gwarę i nawet nie zorientowała się że powiedziała "kazali" choć tak naprawdę nie miała na myśli liczby mnogiej.- Ach wybacz skarbie. Źle mnie zrozumiałaś. Nie było onych. Tylko on. Przyniósł cię jakiś wędrowiec. Kto to był? Nie wiem.- powiedziała niania po chwili namysłu.- Nie przedstawił się i nie kojarzę by kiedyś do mnie zawitał. Nigdy go wcześniej nie widział. Lecz cztery dni temu przyniósł mnie ciebie w takim stanie w jakim się właśnie znajdowałaś. Ledwie żywa. Myślałam że naprawdę opuścisz ten świat. Kazał mi się tobą zająć, zostawiając jedynie pięć złotych smoków na leczenie. Przyszedł, zostawił, zapłacił i kazał wyleczyć. Nic więcej nie powiedział. Myślałem że ty coś więcej o nim powiesz.
Niania mówiła zatroskanym tonem. Wstała i zaczęła krzątać się po pomieszczeniu. Anshia słyszała szuranie jej stóp, słyszała jak otwierają się drzwiczki szafek czy kredensu. Słyszała odrywane od pęczku suszonych roślin. W pomieszczeniu rozlegały się dźwięki przygotowywanych medykamentów. Stukot szklanych pojemników, dzbanuszków, ucieranie w moździerzu. W powietrzu zaczął unosić się trudny do określenia aromat miażdżonych ziół. Nad ogniem ponownie zaczęła bulgotać woda w garnku.
Krzątanie się niani po pomieszczeniu dało mistyczce chwilę na przemyślenia. Kiedy staruszka wspomniała o tym że do niani przyniósł ją jeden nieznajomy wędrowiec nic za bardzo nie mogła sobie przypomnieć. Przypomniała sobie jedynie jakiś ciepły głos. Przypomniała sobie słowa jakiejś deklinacji. Zaczynała się od słów:
Cytat:"Głupie dziewczę.
Jak zawsze w gorącej wodzie kąpane,
jak zawsze pełne energii.
...
- Amnezja. Na amnezję podamy kłącze z łodygami rhizomy eleutherococci.- niania zaczęła mruczeć coś pod nosem choć w tym momencie Anshia miała głowę zajętą czym innym. Przypomniały się jej słowa. Lecz co oznaczały?
- Na oczy nałożymy maść Nye. Oraz wywar z odrobiną kulczyby wroniego oka. Ale to odrobina. Dosłownie ciupinka.- dalej mruczała do siebie staruszka.- Oraz kocimiętka. Dla smaku i... Już się skarbie od Rudego nie uwolnisz.- powiedziała nieco głośniej w stronę mistyczki.- To dobrze. Koty to magiczne stworzenia. Nawet jeśli będzie natrętny to nie odganiaj go skarbie. Koty potrafią wyczuwać choroby a niekiedy wyciągać je z chorych.- kiedy staruszka wspomniała o kocimiętce kot zeskoczył z piersi Anshii i wskoczył na stół a przynajmniej tak się mistyczce wydawało gdyż słyszała jego mruczenie nieco wyżej niż ona leżała.
- A poszedł mnie stąd!- staruszka przegoniła kocura a przynajmniej starała się ale ten wpadł w istny szał czułości, mruczenia i ocierania się.
Na koniec staruszka podeszła do dziewczyny.
- Obandażuję ci teraz głowę by nie zeszła maść z oczu. Wieczorem sprawdzimy efekty.- powiedziała cicho po czym nałożyła zimną i lepką maść na powieki dziewczyny. Następnie zaczęła bandażować jej głowę.
Kiedy skończyła staruszka podeszła do niej z parującą miseczką. Unoszące się pary nie były przyjazne dla nosa.
- To napar z rhizomy z odrobiną kulczyby i kocimiętki. Nie musi smakować. Ma działać. Wystarczy łyk albo dwa.- staruszka mówiła cichym ale stanowczym głosem. Zaraz koło jej ręki znalazł się też i kocur który mruczał i miauczał głośno.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






04.04.2016, 21:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#6

Białowłosa tak bardzo chciała widzieć, gdzie niania ją dotyka, żeby mieć świadomość ile dokładnie ciała zostało sparaliżowane. Ta sytuacja wyjątkowo komplikowała położenie kobiety, która to za obecny cel nadrzędny postawiła sobie odzyskanie choćby części świadomości, elementarnej wiedzy na swój temat. To wszystko sprawiało, że Anshia czuła się zagubiona, być może jak nigdy dotąd... Cholera wie jaka jest prawda, bo jej pamięć to jakieś wióry, a nie stabilne kolumny. Miała ochotę przeklinać w myślach na tą chorą sytuację, a najlepiej to coś zrobić z tym fantem... Niestety na razie trzeba było chociaż wrócić do zdrowia, a to już było wyzwaniem. Może ta niania Zelda pomoże stanąć o własnych siłach na nogi.
- Nie... Cholera jasna, no nic nie czuję! Kompletnie, zupełnie nic. Tak jakby to nie było moje ciało. Tylko dlaczego mnie coś takiego spotyka... - Burknęła bardziej do siebie, niż staruszki, która się nią opiekowała.
Czując rękę na głowie... Zdawało jej się, że została potraktowana jak jakieś dziecko, a może to tylko takie głupie wrażenie. Anshia westchnęła głośno, wyrażając swoje zmartwienie. Białowłosa nawet nie była do końca pewna, czy to jej imię.
- Po prostu Anshia. To jedyne co pamiętam, ostatni okruch mnie, który pozostał ze mną... Nawet nie wiem ile mam lat, nie mam pojęcia gdzie żyję, co robiłam, czy nie miałam się z kimś spotkać choćby dzisiaj. Ta sytuacja jest paskudna. - Ponownie wyrzuciła z siebie to co jej ciążyło. Chwilę później dowiedziała się, że tak naprawdę przyniósł ją jeden mężczyzna. Gdyby tylko miała pełną władzę nad ciałem, to nawet i siłą wyciągłaby wszelkie informacje... A może tylko tyle wiedziała. Znowu masa pytań kłębiła się w głowie białowłosej.
- Problem w tym... Że nie przypominam sobie kogokolwiek... Ani żeby ktoś mnie tutaj przynosił czy ratował z opresji. Moja pamięć to wielka studnia bez dna, a przede wszystkim bez światła. Naprawdę chciałabym coś o nim wiedzieć, może odpowiedziałby na moje pytania, może bym wiedziała co i dlaczego mnie sprowadziło do takiego stanu... A może od zawsze byłam sparaliżowana? Niech by to szlag. - Później niania odeszła zajmować się lekarstwami.
Anshia zamiast tego zanurzyła się w swoich myślach. Studni, w której pojawił się na chwilę nikły płomyk. Kobieta usłyszała pewne zdanie, które było dziwnie znajome. Nawet nie spostrzegła, kiedy nieświadomie odpowiedziała szepcząc
- Przecież wiem... - Miała dodać jakieś imię, ale go nie znała. Kiedy uświadomiła sobie, że odpowiedziała na własne wspomnienie, poczuła się dość nieswojo. Nie rozumiała tych słów, a tym bardziej dlaczego tak odpowiedziała. Czego one dotyczyły, czy były z czymś związane...
Dopiero głośniejsze słowa obudziły kobietę z rozmyślań. Miała ochotę zamrugać oczami, ale w jej przypadku to mogłoby być samobójczą zachcianką.
- W porządku. Akurat ten kot mi nie przeszkadza. - Odparła spokojniej Anshia. Następnie delikatnie zdjęła dłoń ze swoich oczu, a moment później poczuła zimną maść. Właściwie nie wiadomo czy to dobrze czy źle. Może złagodzi ten nieznośny ból... A przy odrobinie szczęścia odzyska wzrok. Później bandaż na głowę i gotowe. Mogła już leżeć w spokoju, ale czekały ją jeszcze jakieś lekarstwa. Wredna para. Wyglądało na to, że kot chętnie by się dał pokroić za to co białowłosa będzie za chwilę pić. Szkoda tylko, że ona niekoniecznie by to chciała, ale jak mus to mus, otworzyła usta i czekała żeby dostać ten napar i mieć go z głowy jak najszybciej... A potem drzemka! Zdecydowanie tak.


Mistyk będący w cieniu... Tysiąca słońc






05.04.2016, 18:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#7

MG


Białowłosa mistyczka mając jeden zmysł wyłączony inne zmysły zwiększyły swoją czułość. Dzięki temu usłyszała jak staruszka przeklnęła pod nosem niemalże niedosłyszalnie na wzmiankę że dziewczyna jednak nic nie czuła od pasa w dół. Ten fakt dał mistyczce do zrozumienia że w tej kwestii może być problem nawet dla samej niani. Choć staruszka nie dała tego po sobie poznać to jednak ziarnko niepewności w umyśle Anshii zostało zasiane.
- Spokojnie dziecko. W takich przypadkach konieczne jest zachowanie spokoju. Wpadanie w panikę i błądzenie po omacku nic nam nie da a pogłębi nasz stan.- staruszka mówiła uspokajającym tonem. Mówiła też tak jakby i ją dotyczyła kwestia amnezji mistyczki. Nie chciała by dziewczyna poczuła się sama w tej sytuacja. Chciała by dziewczyna zaufała jej, by otworzyła się aby wspólnie zmierzyć się z problem.
- Jak sama dziecinko powiedziałaś. Twoja pamięć jest jak studnia. Teraz musimy wziąć jedynie cebrzyk i zacząć nabierać z tej studni wodę.
Staruszka po zabandażowaniu głowy dziewczyny pogłaskała ją po policzku. Niania chciała by dziewczyna czuła że znajduje się pod dobrą opieką, i że może tu czuć się bezpiecznie. Usłyszała jak zielarka odłożyła na stół miseczkę po wypitym naparze.
- To co teraz dostałaś powinno nieco otworzyć twój umysł. Wywar z kulczyby wroniego oka sprawi że może fragmenty pamięci odblokują się. Trzeba być dobrej myśli moje dziecko.- mówiła łagodnie niania Zelda.- Kocimiętka sprawi że niedługo poczujesz się senna. Nie broń się przed tym. Zaśnij a otwarty umysł sprawi że może dzięki marzeniom sennym coś ci się przypomni.
Staruszka zaczęła poprawiać poduszki na których leżała młoda mistyczka. Poprawiła też pościel. Pragnęła by dziewczynie było jak najwygodniej. W międzyczasie kocur zaczął łasić się do białowłosej. Miauczał głośno i mruczał. Ocierał się o jej twarz a na koniec ułożył się na jej piersi utrudniając nieco oddychanie. Swój rudy łeb przytulił do szyi pod brodą Anshii.
- Sprawdźmy co wiemy aktualnie o tobie moje dziecko. Nazywasz się Anshia i jesteś piękną o alabastrowej cerze dziewczyną. Budowę masz taką że z pewnością wcześniej walczyłaś. Twoje nogi są umięśnione więc sparaliżowana musisz być dopiero od momentu kiedy trafiłaś tu do mnie. Twoja cera trochę przypominają twoje słowa dotyczące światła. Jest bielutka, bije od niego blask. Oczywiście kiedy nie jest posiniaczone.... - ostatnie zdanie niania wypowiedziała szeptem do siebie choć wyostrzone zmysły przez kulczybę wronie oko sprawiły że Anshia dokładnie je usłyszała. Co ciekawe mistyczka poczuła również działanie kulczyby w bardziej nietypowym miejscu. Otóż poczuła dziwne mrowienie w okolicach jej łona. Można powiedzieć że to dobry objaw bo przynajmniej zaczęła coś czuć w okolicach poniżej pasa. Przynajmniej wiadomo będzie że będzie mogła zaspokajać swe potrzeby fizjologiczne a przynajmniej o nich mówić by odpowiednio zareagować na nie.- Masz piękne fioletowe oczy. A przynajmniej takie miałaś jak trafiłaś do mnie i sprawdzałam ci źrenice. Masz również długie białe włosy które idealnie pasują do twej alabastrowej cery. W blasku słońca musisz lśnić niczym gwiazda na wieczornym niebie. Twój strój ukazywał walory twej urody dzięki czemu mogłaś podobać się niejednemu mężczyźnie.- dalej komplementowała staruszka młodą mistyczkę.- Lecz płaszcz z revengera jak i umięśnienie może wskazywać że wojaczka nie jest ci obca. Choć i z tym osądem bym nie szalała za bardzo. Nie jesteś bardzo umięśniona kochanie. Ale do kurczaków też nie należysz.
Staruszka opowiadała o mistyczce spokojnym łagodnym głosem. Mówiła to co widziała, oraz swoje wrażenia na jej widok. Kiedy zielarka mówiła o świetle mistyczce wydawało się że to bardzo istotny element w jej przypadku. Światło musiało mieć jakiś wpływ na jej życie. Lecz jaki? Tego jeszcze nie wiedziała ale to był kolejny kawałek układanki który mógł ją doprowadzić do odkrycia kim jest albo kim była. Tyle że ten element rodził kolejne pytania a odpowiedzi nie dostarczał. Przynajmniej w tej chwili.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






09.04.2016, 14:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#8

Białowłosa nawet nie do końca chciałaby słyszeć to wszystko, co ucho zdołało wyłapać. Chwilami miała wrażenie, że może lepiej jednak byłoby pójść spać i się już więcej nie obudzić, nie przejmować się tym, że już nic nie czuje od pasa w dół, że jest ślepa... Tak, to zdecydowanie byłoby przyjemniejszą opcją, pozbawioną problemów. Właściwie taki długi, słodki sen to wspaniały pomysł, tylko, że na razie jeszcze nie mogła sobie na to pozwolić. No nic, może za jakiś czas będzie ku temu jakaś stosowna okazja, by to zrobić.
- Jestem spokojna... Tak myślę. - Odparła Anshia, w głosie mając zrezygnowanie. Tak, teraz czuła się kompletnie rozbita wewnętrznie. Poza tym jakoś nie skupiła się nad tym, że niania użyła zwrotu "nasz". Nawet nie miała siły na to, żeby skoncentrować się na interpretowaniu tego... A może powinna? Tylko, że nie jej kompletny brak energii skutecznie to uniemożliwiał. Po prostu czuła, jakby wszelkie życie z niej uszło i nie miało zamiaru wrócić.
- Tylko, że woda w nie jest tak mętna, że nie idzie z niej nic wyczytać, ani pojąć. To wszystko jest naprawdę ciężkie. Chciałabym wrócić do swojego normalnego życia. - Zajęczała, mrucząc coś pod nosem.
Kobieta zaczynała się czuć lepiej, przynajmniej pod względem typowo fizycznym. Rzeczywiście, jej ciało miało bardzo dobrą opiekę, ale duchem czuła się paskudnie. Na szczęście miała przy sobie nowego towarzysza, rudego kociaka, który obecnie ofensywnie zaanektował sobie jej klatkę piersiową, usadawiając się głową pod jej gardłem. Typowy kociak, który jak znajdzie swoje miejsce, to sobie raczej nie odpuści.
- Zaczynam powoli czuć, ale ten Rudy... No nic, niech sobie śpi. - Anshia miała niewielkie problemy z oddychaniem, dzięki sierściuchowi, ale nie miała siły ani chęci zganiać go z siebie.
Później białowłosa wysłuchała opisu swojego wyglądu. Nawet nie mogła sobie przypomnieć, jak tak naprawdę wygląda. Chciałaby zobaczyć siebie w lustrze, ale jej oczy nadal były niesprawne, więc musiała czekać, aż odzyska w nich choćby częściową sprawność. Właściwie te słowa niby coś mówiły, ale póki siebie nie zobaczy, to będzie miała problem z tym, żeby to wszystko poskładać w całość. Tylko jedna rzecz wzbudziła w niej większe zainteresowanie. Słowa dotyczące siniaków, chociaż wypowiedziane zostały szeptem, to nadal bez problemu je usłyszała. Aż było to dziwne, ale możliwe, że ten cały wywar zaczyna po prostu działać. Na dodatek zaczęło ją mrowić w ostatnim miejscu, w którym powinno. Anshia poczuła się dość dziwnie, ba! Nawet jakaś jej część uważała, że jest to co najmniej niestosowne.
- Jeny... Dobrze mi. - Wyszeptała najciszej jak tylko mogła, czując przyjemne mrowienie, tylko dlaczego akurat teraz.
- Naprawdę jestem posiniaczona? Mam białe włosy? Futro czego? Po prostu nie potrafię zobaczyć własnego wyglądu, oczami wyobraźni. Niestety, na razie nie jestem w stanie... Może później coś się zmieni, ale teraz? Z resztą trudniłam się wojaczką? Czy to było możliwe, żeby będąc kobietą o dość delikatnej urodzie, prawie białej cerze zajmować się walką?! Nie potrafię sobie tego wyobrazić. - Zaczęła się odrobinę zastanawiać nad tym wszystkim, ale po chwili znowu wróciła do swojego dziwnego świata rozważań.
Na domiar złego była wzmianka dotycząca światła. Nie rozumiała czemu, ale czuła, że ma to dla niej znaczenie. Niestety, jej umysł jeszcze niczego nie podpowiadał na ten temat, a jedynie wymownie milczał. No nic, pozostawało teraz modlić się o to, żeby teraz w jej głowie pojawiło się coś sensowego, jakaś odpowiedź na ciężkie pytania, no cokolwiek!


Mistyk będący w cieniu... Tysiąca słońc






11.04.2016, 14:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#9

MG


Na wzmiankę o tym że podopiecznej jest dobrze niania uśmiechnęła się lekko.
- Wywar zaczyna działać dziecinko. Zapewne zaraz zaśniesz.- poinformowała ją spokojnie staruszka poprawiając przy okazji poduchę i kołdrę. Ściągnęła kota z jej piersi lecz zwierzak za chwilę znów wskoczył na pierś dziewczyny a potem przeszedł na poduchę i wtulił swój łeb do policzka białowłosej rannej mistyczki.
- Teraz siniaków nie masz. A raczej znikają te które miałaś. Cztery dni leżałaś to miały prawo zniknąć do tego czasu. Ale masz rację. Z początku sprawiasz wrażenie na delikatną ale jak bliżej się przyjrzeć to tak nie jest. Musiałaś ćwiczyć się w walce. Przynajmniej tak mi się wydaje. A futro to revengera. Revenger to bliżej nie poznana rasa. Zawsze wydawało mi się że można ich traktować jako wymarłą, legendarną rasę. Lecz twe futro pokazuje że jednak revengerów między bajki nie można włożyć. Ale w tej chwili to nie jest ważne. Śpij dziecinko.- powiedziała babcinym głosem niania głaszcząc swą sękatą dłonią głowę Anshii. Po chwili mistyczka usłyszała szuranie stóp staruszki jakby przez chwilę krzątała się po pomieszczeniu. Na koniec niania podeszła w róg pokoju i usiadła w swym bujanym fotelu. Ciche trzeszczenie płoz fotela słychać było w rytmie bujania się.
Panujący spokój i cisza oraz rytmiczny dźwięk bujanego fotela oraz ciche mruczenie kota sprawiło że Anshia coraz bardziej senna się robiła. A właściwie to chyba najbardziej do tego przyczynił się właśnie kot. Słuchanie mruczenia sprawiało że samemu się robiło sennym. I był taki ciepły i puchaty. W dodatku oczy były zamknięte. Nie pozostało nic innego jak wraz z kotem udać się do krainy snów.
Zapadając w sen poczuła jeszcze smak zjedzonego wcześniej rosołku. Znała ten smak. Jadła to kiedy była dzieckiem. I ta myśl była ostatnią myślą zanim zaczęła śnić.
Cytat:Ciemność powoli rozmywała się. Ujrzała zieleń. Soczystą zieleń trawy pod swymi małymi stopami. Była boso a miękka trawa miło łaskotała ją w stopy. Słyszała szum fal rozbijających się o skały wybrzeża. Stała nad klifem patrząc na ten cudny widok. Lekka bryza od strony morza rozwiewała jej włosy. Odwracając się dziewczynka ujrzała swą rodzinną wioskę. Wioskę pełną życzliwych jej ludzi oraz przyjaciół i kolegów- jej rówieśników. Miała sześć lat.
[...]



To co napisałem w kolorze to jest początek snu. Chcę byś opisała fragment ze swego życia kiedy byłaś sześciolatką. Uczucia jakie chcemy ukazać w tym śnie to fakt że byłaś kochanym dzieckiem i że miałaś wiele przyjaciół i kolegów.
Pamiętaj że to sen więc możesz też nieco przekolorować to. Część opisanych w tym śnie sytuacji musi być realne ale część może być specjalnie przekolorowane (w sensie fikcyjne, marzenie senne).
Emocje jakie sen przyniesie powinny również mieć silny wpływ tuż po przebudzeniu.



Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






17.04.2016, 13:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#10

Ciemność powoli rozmywała się. Ujrzała zieleń. Soczystą zieleń trawy pod swymi małymi stopami. Była boso a miękka trawa miło łaskotała ją w stopy. Słyszała szum fal rozbijających się o skały wybrzeża. Stała nad klifem patrząc na ten cudny widok. Lekka bryza od strony morza rozwiewała jej włosy. Odwracając się dziewczynka ujrzała swą rodzinną wioskę. Wioskę pełną życzliwych jej ludzi oraz przyjaciół i kolegów - jej rówieśników. Miała sześć lat.
Anshia stała boso nad klifem z rozpostartymi rękoma. Chłonęła każdy delikatny powiew wiatru, zamknęła swoje oczęta i otworzyła umysł. Gdyby ktokolwiek przechodził obok, uznałby, że jest jakąś uczennicą druida, która próbuje połączyć się z naturą. Niemniej jeśli ktoś zapytałby tej małej dziewczynki, dlaczego robi to co robi... Nie wiedziałaby co odpowiedzieć. Po prostu czuła, że dzięki tej drobnej czynności jej wnętrze jest szczęśliwsze, czystsze. Z resztą, wielu rzeczy nie potrafiła ani sobie, ani innym wytłumaczyć ze względu na swoją niewielką wiedzę. Była przecież tylko dzieckiem biednych rodziców, którzy to trudnili się łowieniem ryb. Niemniej zawsze uważała, że tutaj jest jej miejsce. Spokój, świeże powietrze i przyjaciele, to było to co sprawiało, że nie chciała się stąd ruszać.
Delikatne muskanie poruszającymi się źdźbłami trawy chwilami potrafiły łaskotać nagie stópki dziewczynki. Anshia uśmiechała się, chociaż bardzo nie lubiła tego uczucia. Dlatego też usiadła na trawie w taki sposób, że kostki i stopy już były w powietrzu, bezpośrednio nad skałami i morzem. Zawsze rodzice jej powtarzali, żeby tak nie robiła, bo może spaść w dół, ale jakoś nigdy się tego nie słuchała. Przecież wciąż żyła, to dlaczego się oni tak martwili. Prychnęła tylko, przekręcając głowę na lewy bok. Słyszała stamtąd jak mewy mają zamiar rozpocząć swoje polowanie. Zatem oznaczało to, że wkrótce i rodzice pójdą do łodzi, by złowić kilka obślizgłych ryb. Praktycznie każdego dnia musiała znosić ich obecność na stole, bo często nie było niczego innego do jedzenia. Gdyby tylko te ryby smakowały zupełnie inaczej w zależności od gatunku... Ale nie, one wszystkie po tylu latach zlewały się w jedno. Chociaż inni mogli jej pozazdrościć tego, że kiedy jedli obiad, to wszyscy wspólnie zasiadali do stołu. Tak, kontakt z rodzicami miała wspaniały, co sprawiało, że takie problemy jak ciągłe jedzenie tego samo, czy inne sytuacje płynące ze słabej sytuacji materialnej, stawały się błahostkami, którymi nie warto było się przejmować.
- Rodzice pewnie zaraz wyruszą. - Stwierdziła, widząc jeszcze więcej mew, latających nad morzem, w niewielkiej odległości od klifu. Anshia podwinęła nogi i wspierając się na rączkach, powoli wstała. Kolejny powiew morskiej bryzy i czyste niebo wskazywało, że więcej ludzi niż zwykle wybierze się na łowienie ryb. Jeszcze tylko swoimi małymi dłońmi próbowała przeczesać swoje włosy. Ciemnobrązowe, sięgające do łopatek, a na dodatek mocno skręcone zapewne od morskiego powietrza, były po prostu niesforne i bardzo oporne we wszelkiej formie pielęgnacji. Dziewczynka otrzepała swoją wyszarzałą już sukieneczkę długą do kolan i ruszyła biegiem do domu. Delikatna i miękka trawa była wspaniała, zwłaszcza jeśli chce się po niej przemieszczać boso.

Chwilę później już stała między domkami, idąc wydeptanymi ścieżkami. Jak zwykle, nie pomyliła się. Przed domem ojciec Getho już stał z wielką siecią przewieszoną przez bark. Jak na swoje trzydzieści-parę lat trzymał się całkiem dobrze. Szeroki w barkach, umięśniony, wysoki prawie na dwa metry. Do tego ciemnobrązowe, gęste włosy, bez siwych włosów czy oznak łysienia. Miał ostre rysy twarzy, orli nos i stalowy kolor źrenic. Ubrany był w szarozieloną tunikę, obwiązaną lnianym sznurkiem w pasie i brązowe spodnie. Matka Sevirra kończyła pakować prowiant. Kobiecina, która już zdążyła nieco przybrać na wadze, a w połączeniu ze średnim wzrostem - na oko 165cm, wyglądała dość zwyczajnie. Czarne, kręcone włosy sięgające do barków z reguły, jak i tym razem były zaplecione w prosty kucyk. Spore, szmaragdowe oczy i serdeczny uśmiech, to były znaki rozpoznawcze tej kobiety o wielkim sercu. Kiedy tylko zobaczyła swoją córkę, pomachała do niej ręką. Anshia czym prędzej podbiegła do rodziców i przytuliła się do nich. Zawsze tak żegnała się, kiedy wypływali w morze.
- Jeśli przyjdzie pani Halio, to dzbanki są na stole. Niedługo wrócimy, Śpioch robi to co zwykle. - Sevirra ucałowała córkę w czoło i ruszyła z mężem w dół wioski, gdzie piaszczysty brzeg i niewielkie, drewniane molo było wszystkim, co potrzebowali okoliczni mieszkańcy wioski. Anshia stała w furtce, aż rodzice nie zniknęli jej z oczu. Później wróciła do domu... Z zewnątrz wyglądał jak zwykła, drewniana chatka, nic specjalnego w tych stronach. Trzy okna, z czego dwa w kierunku prowizorycznej ulicy. Drzwi z jakiegoś innego drewna, wyglądały solidniej niż ściany budynku. Do tego wejście znajdowało się pod niewielkim zadaszeniem. Na ich podwórku można było się też doszukać niewielkich grządek, ale z powodu mało urodzajnej ziemi, niewiele roślin dawało owoce. Za domem znajdował się niewielki dołek z iłem, gdzie Anshia bawiła się, jeśli nie mogła akurat wyjść gdzieś dalej.
Dziewczynka otarła stopy o trawę i weszła do domu. Od razu poczuła delikatny zapach kwiatów, które były posadzone w doniczkach na parapecie. Rzadko kiedy musiała się nimi zajmować, to też nie zwracała na nie większej uwagi, niźli tylko powąchanie ich zapachu. Anshia podreptała do miejsca, które określała mianem swojego pokoju. Mata, kufer na ubranie i wiadro to całe wyposażenie tego pomieszczenia... Był tutaj też jeszcze kot o imieniu Śpioch, który jak to zwykle leżał na macie. Miał czarne futro, poza białą końcówką ogona i lewą, przednią łapką w tym samym umaszczeniu. Dodatkowo jego prawe ucho miało nacięcie, nieznanego pochodzenia. Brązowowłosa wzięła sierściucha w dłonie i usiadła na jego miejscu, które było rozgrzane od dłuższej drzemki, a samego pupila postawiła na swoich nogach. Kot niechętnie się przebudził z głośnym protestem wyrażonym przeciągłym "Mraaaaaaaau". Jak łatwo się domyślić, nie przepadał, kiedy ktokolwiek przerywał mu drzemkę. Mimo to dość szybko ułożył się na nogach dziewczyny, jakby nie chciał tracić ani sekundy ze swojej ulubionej czynności. Anshia jednak nie miała zamiaru dawać mu spokoju, głaszcząc zwierzaka, a to za moment drapiąc go za uszkiem i koło gardełka. Śpioch cichutko mruczał, jakby podobały mu się pieszczoty, ale chciał to jednak ukryć przed dzieckiem. Dziewczynka już dobrze znała swojego drogiego pupilka, więc kiedy tylko delikatnie otwierał i zamykał swoje łapki, to wiedziała, że trafiła w jego czuły punkt. Uwielbiała, kiedy kociak mruczał z zadowolenia, kiedy mogła się do niego przytulić i powąchać jego futro... Z reguły miało zapach trawy albo siana w zależności od pory roku. Niemniej dla brązowowłosej był to jeden z najprzyjemniejszych zapachów... Bo zawsze kojarzył się jej z przyjacielem. Nie ważne, że ten praktycznie całe dnie jedyne co robił, to spał gdzie popadnie, przede wszystkim na łące, znacznie rzadziej w domu. To był jej kompan, który ogrzewał, jeśli w nocy bywało zbyt zimno, albo swoim mruczeniem powodował uśmiech na dziecięcej twarzy, nie oczekując nic w zamian - a może tylko bezgranicznego uwielbienia, jak to kociaki mają w swojej naturze panów domów.
Anshia wtuliła się w swojego pupila, tak jakby już nigdy nie chciała go puszczać. Trwała tak przez dobrą minutę, jak nie dłużej, po czym musiała zająć się odrobinę domem pod nieobecność rodziców. Odłożyła Śpiocha, głaszcząc go na odchodne. Brązowowłosa poszła do kuchni po miotłę, która była dużo większa od niej. Mała złapała w swoje drobne rączki narzędzie i postanowiła nieco pozamiatać, skoro i tak musiała zaczekać na pani Halio. Już od dzieciństwa miała tak, że w czasie wolnym musiała czymś się zająć. Nie to, żeby potrzebowała cokolwiek roznosić, ale nie mogłaby teraz tak po prostu iść spać czy coś w tym guście.
Zamiatanie szło nawet znośnie, biorąc pod uwagę różnice wzrostu dziewczynki w stosunku do narzędzia jakim się posługuje. Oczywiście, nie była w stanie robić tego jakoś super szybko czy zręcznie, ale no tragedii nie było, a nie zniszczyła niczego prostym końcem styla. Kiedy tylko mniej więcej ogarnęła kuchnię, zrobiła to samo w przedpokoju. Tam poszło jej znacznie szybciej, ale to z powodu mniejszej powierzchni, która na dodatek nie była założona meblami jakby choćby taki stół czy krzesła. Na sam koniec zgarnęła śmieci i wyrzuciła je za okno. Tak minęła jej może godzina czasu, może troszkę mniej. Anshia niestety chwilowo nie miała się czym zająć. Była jeszcze zbyt młoda, by myśleć o zrobieniu jakiegokolwiek porządnego obiadu, który raz, że nasyci rodziców, a dwa nie spali przez przypadek domu. Dlatego też wdrapała się na krzesło i spojrzała na ścianę. Wisiały na niej tradycyjne talerze gliniane, które podobno miały sporą wartość i porównywalną liczbę lat za sobą. Nie wyglądały jakoś oszałamiająco. Ot brązowe, spore, okrągłe, płaskie z rysunkami. Pierwszy przedstawiał jakąś roślinkę, bo były na nim zielone listki ułożone w takie niespełna półokręgi, a w środku nich jakieś czerwone owoce, białoróżowe kwiatki i w rogu jakiś żółty ptaszek. Dla dziewczynki talerz jak talerz, nic nadzwyczajnego. Kolejny przestawiał pomarańczowego węża z białymi i czarnymi paskami o bardzo dziwnej głowie z czymś co mogłoby być naroślami. Na dodatek ział on czymś dziwnym, bo Anshia do tej pory nie wpadła na to, co to mogłoby być – wyglądało na coś białego, istotnego, ale jednak dziewczynka nie mogła skojarzyć co się pod tym kryje. Istota ta była na zewnętrznej części talerza, natomiast w środku znajdowała się czarna gwiazda z czterema promykami bijącymi z jej wnętrza. Brązowowłosa zbliżyła się, żeby się upewnić, czy jej oczy nie płatają figla, ale nie pomyliła kolorów. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się, żeby dojść na koniec do wniosku, że może twórca się pomylił przy tworzeniu, bo przecież to wąż mógłby ziać czymś czarnym. Gwiazdy natomiast zawsze świecą w nocy, więc to trochę bezsensu, że została uwieczniona akurat w kolorze czarnym, a nie białym jak coś co wypluwa bestia. No nic, jakby teraz czasami młoda wpadła na pomysł, żeby przemalować ten talerz, to pewnie rodzice by się nieźle wściekli, przecież tyle razy powtarzali, że te talerze są niezwykle cenne. Ponieważ w dalszym ciągu nie miała się czym zająć, to oglądała następne gliniane twory. Na trzecim przedstawiono coś zupełnie innego. Znajdowali się na nim jacyś dziwni ludzie, a w sumie było ich ośmiu. Siódemka prawdopodobnie mężczyzn siedziała w jednej linii, większość z nich miała zarost, mniejszy czy większy – ale tylko jeden z nich miał siwe włosy i nienaturalne oczy w kolorze fioletu. Był mniej więcej na środku całej tej ferajny, a w dłoni dzierżył coś dziwnego, ale ze względu na wielkość, Anshia nie mogła określić co konkretnie. Reszta osób w tym rzędzie wyglądała dość zwyczajnie, ciemne albo czarne włosy, szaty bogatsze albo nieco skromniejsze, ale żaden z nich nie wyglądał na żebraka. Niemniej znacznie bardziej zastanawiała postać będąca nad nimi. Wyglądała na kobietę sądząc po tak długich, srebrnych włosach, że na talerzu wyglądały jak wielki parasol nad tymi mężczyznami. Jej opierzone ręce także rozłożone na boki były otoczone czymś jasnym. Na dodatek ta postać wyglądała, jakby unosiła się nad rzędem siedmiu gości, którzy nie zdawali sobie sprawy z jej obecności, albo nie przedstawiono tego. Dziewczynka kompletnie nie rozumiała co takiego zostało tutaj przedstawione, może poza tym, że ta kobieta wyglądała jak anioł i chciała opiekować się postaciami, znajdującymi się pod nią. Możliwe, że tak było, a może niekoniecznie… Anshia nie znała jeszcze świata zbyt dobrze, a o magii słyszała tyle, że jest wykładana na Starej Uczelni, gdziekolwiek to jest… I może tyle, że jej wujek jest dość znanym czarodziejem, ale nigdy nie miała okazji go poznać. Westchnęła cicho, zastanawiając się, czy kiedykolwiek będzie jej dane spotkać innych członków rodziny. Nie to, żeby nie lubiła tego miejsca, ale jest bardzo ciekawa swoich korzeni, czy ma jakiegoś sławnego przodka, a może o tym nie wie. Zawsze chciała zgłębiać tajemnice, ale może to też spowodowane jest dziecięcą ciekawością, którą wciąż się kieruje. Z tym rozmyślań wyrwało ją bardzo przyjemne uczucie ocierania się kota o nogę. Pochyliła się, żeby wziąć Śpiocha na ręce.
- Już się wyspałeś? Nie wierzę kochany. – Pomiziała noskiem po jego karku i łopatkach, a potem odłożyła na podłogę. Uwielbiała tak go brać na ręce i pokazywać cały świat, ale w zimie jej się to nie udawało ze względu na wagę zwierzątka.

Brązowowłosa wróciła do wpatrywania się w te talerze. Ilekroć to robiła, tylekroć miała nadzieję, że coś z nich zrozumie, ale z reguły i tak kończyło się to fiaskiem. Niemniej nadal próbowała, licząc na to, że trafi się jej jakiś przebłysk, który sprawi, że ją olśni. Następny wyglądał dość dziwnie, na tyle, że Anshia nie miała żadnego pomysłu na jego znaczenie czy sens. Przedstawiał on naprzemiennie czarne i białe płomienie wychodzące z dłoni. Ciemniejsze były bardziej bujne, zakręcone, ale jaśniejsze dłuższe, prostsze, wywodzące się bezpośrednio z ręki. Oba przeplatały się ze sobą, tworząc bardzo dziwne połączenie. Dłoń zaś była w bardzo nietypowym ułożeniu. Palce wskazujący i środkowy były wyprostowane, zaś serdeczny i mały ściśnięte jakby w pięść. Tak, zdecydowanie wyglądało to dość nietypowo, ale no cóż, kto by tam rozumiał zamysły artystów. Tacy już oni są i nie należy martwić się tym, że czasami nie pojmuje się ich przekazu.
Z tych rozmyślań, młodą dziewczynkę wyrwało pukanie do drzwi. Dość szybko wróciła na ziemię i pobiegła otworzyć, nawet nie pytając kto jest po drugiej stronie. Jako mieszkanka niewielkiej wioski znała praktycznie wszystkich, to i nie miała nawet w głowie pomysłu, żeby ktoś chciał zrobić jej coś złego. Z resztą nigdy nikogo tutaj ani nie napadano, ani nie okradli, ani nawet nie ranili, a co dopiero żeby kogoś zabić. Tutaj spokojna okolica, niczym się nie trzeba się takim przejmować. Także nie było zdziwieniem dla dziewczynki, kiedy w progu zobaczyła panią Halio, a przy niej jej córkę Talio. Ta z zamkniętymi oczami już nabierała powietrza, żeby wyrecytować formułkę powitania się z rodzicami Anshii, kiedy ta dała jej kuksańca w bok. Od razu oprzytomniała i spuściła głowę w dół, będąc nieco zakłopotaną.
- Dzień dobry, rodziców na razie nie ma, są na połowach. Zgaduję, że przyszła pani po dzbanki? – Zapytała brązowowłosa, od razu gestem ręki zapraszając do środka. Najpierw Halio weszła, a za nią jej córka, już śmiejąc się do Anshii. Rodzina gości trudniła się zielarstwem. Z powodu nadmorskiej roślinności trzeba było znaleźć inne sposoby leczenia, niż te na równinach w centrum Atarashii. Do tego bardzo często używały części drzew, przede wszystkim szyszek i igieł, z których jakimś cudem robiły wspaniałe syropy. Z tego powodu rodzina tej kobiety była niezmiernie szanowana i lubiana, bo jak trzeba było jakiejś medycznej pomocy, to właśnie na ich łasce się było. Na całe szczęście brązowowłosa nigdy nie słyszała o tym, żeby pani Halio komukolwiek odmówiła pomocy. Zawsze uważała ją za całkiem w porządku kobietę. Wyglądem nie wyróżniała się z tłumu, krótkie blond włosy, morski kolor oczu i serdeczny uśmiech to były podstawowe elementy składające się na jej najbardziej widoczną aparycję. Mierzyła może 160cm, może odrobinę więcej, była nieco przy kości, ale to nic dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę to, że już urodziła trójkę dzieci, ale dwójka z nich zmarła we wczesnym wieku, tak że Anshia nie miała okazji ich poznać. Podobno miała ze 35 lat, ale kto by tam liczył. Niemniej najbardziej w oczy rzucał się sposób ubierania tej kobiety. Wielokolorowe koraliki, przez które przebiegały pasemka włosów. Na szyi jakiś amulet z piórami i dziwnymi sznureczkami. Płaszcz ze strzępkami na końcach, które były w pełni zamierzone, a nie powstałe przez przypadek podczas użytkowania.
- Twoja mama robi naprawdę piękne dzbanki Anshio. Mam nadzieję, że kiedyś i ty będziesz robiła takie małe dzieła sztuki. – Brązowowłosa lekko się zakłopotała, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Nawet pozwoliła mi patrzeć na to jak je robiła. Nie miałam pojęcia, że trzeba na to tyle czasu, ale najwięcej pracy chyba było przy ich malowaniu. Cieszę się, że się pani podobają. – Dziewczynki spojrzały na dzbanki, które stały na stole. Takie niby zwyczajne, ale jakby ktoś się przyjrzał bliżej, to zobaczyłby poza delikatnymi żłobieniami, obrazki w nich skryte. Jeden z nich wyglądał dość zwyczajnie, ale właśnie ten najbardziej podobał się Anshii. Od dołu przedstawiał on morskie fale, po jednej stronie spokojne, a z drugiej wzburzone, jakby w trakcie największego sztormu, jaki nawiedził te ziemie. Powyżej prostszej tafli unosiły się drobne płotki, ale nad chaotyczną wodą… Była olbrzymia ryba, jakiej dziewczynki nigdy nie widziały. Sevirra tłumaczyła, że to coś nazywa się wielorybem i jest bardzo rzadkie, wręcz niespotykane w tych wodach. Niemniej dziewczynka nie umiała sobie wyobrazić tego stworzenia na podstawie takiego niewielkiego obrazka. Powyżej stworzeń znajdowała się sieć, która była na wysokości zwężenia dzbanka, a nad nią już żadnego rysunku nie można było się dopatrzeć. Wyżłobiony dziubek nad którym kobieta pracowała całą noc, uchwyt delikatny, bardzo cienki. Aż dziewczynka martwiła się, że może się przerwać, czy coś takiego, ale matka zawsze jej tłumaczyła, że są bardzo wytrzymałe. Drugi dzbanek wyglądał znacznie bardziej wystawnie. Przedstawiał on anioła o złocistych włosach sięgających aż za pas. Ubrany w najzwyklejszą, śnieżnobiałą szatę, nawet nie była przepasana sznurem. Ręce wzniesione ku górze, jakby postać modliła się do bogów tego świata. Najbardziej jednak intrygowały Anshię skrzydła tejże istoty… Bo nie miała jednej pary, ale aż trzy. Dziewczynka nigdy nie słyszała o istotach, które miałyby tyle skrzydeł, nawet w bajkach dla dzieci nie było o nich mowy. Niemniej fantazja rodzicielki Anshii uchodziła za niezrównaną w tej wiosce. Uchwyt natomiast wyglądał jak smoczy ogon, do tego miał nawet widoczne łuski, a zakończony był sporym kolcem, który stykał się z górą dzbanka. Pani Halio obejrzała dokładnie te dwa naczynia, jakby szukała jakichkolwiek skaz czy uszkodzeń, ale niczego się nie doszukała.
- Podziękuj mamie, wykonała naprawdę wspaniałą pracę. Dobrze, że mamy tutaj w wiosce kogoś, kto potrafi coś takiego zrobić. To co przywożą z miast jest już z reguły mocno uszkodzone, albo nietrwałe. To co Sevirra robi potrafi przetrwać naprawdę wiele… Talio idziesz do domu, czy zostajesz tutaj bawić się z Anshią? – Zapytała na koniec swojej córki, która tylko złapała mocno za rękę brązowowłosej, dając do zrozumienia matce, że zostaje tutaj. Blondynka tylko uśmiechnęła się do obu dziewczynek, rzucając na odchodne.
- Bawcie się dobrze. – Po tych słowach wyszła z domu, zostawiając przyjaciółki same w domu. Talio nieco zmieszana popatrzyła na Anshię, w dalszym ciągu trzymając ją za rękę.
- Wybacz. – Cofnęła dłoń, a brązowowłosa tylko się roześmiała. Już dobrze znała swoją przyjaciółkę, że bardzo często przed swoją matką udaje taką nieśmiałą i niegroźną, ale tak naprawdę to istna bestia. Właściwie to nie wiadomo skąd ma taki talent do udawania tego wszystkiego. Niemniej Anshia także nigdy nie pytała, bo w sumie i po co. Dobrze wiedziała jaka jest dziewczyna, a przed nią nie udawała… Chyba. Talio była mało podobna do swojej matki, bo miała czarne, proste włosy sięgające aż do pasa. Zazwyczaj zaplecione w zwyczajny warkocz, bez żadnych ozdób jakie nosi pani Halio. Oczy zaś równie ciemne jak włosy, niby takie węgliki, które wiecznie się cieszyły albo coś knuły. Talio była drobnej budowy, często żartowano, że jest takim patyczkiem, do tego nieco niższa niż Anshia. Ubrania zwyczajne, lniane rybaczki i koszula w wyblakło-niebieskim kolorze. Widać, że nie należały do burżuazji tej wioseczki.

Talio z Anshią zostały w domu. Brązowowłosa podbiegła do okna i tylko patrzyła, aż pani Halio zniknie między domkami. Kiedy tylko to nastąpiło, uśmiechnęła się od ucha do ucha i odwróciwszy do swojej przyjaciółki, pełnym ekscytacji głosem powiedziała.
- To co? Teraz idziemy do Solla? – Węgliki Talio wybuchły tysiącem drobnych iskierek. Tak, czarnowłosa za każdym razem, kiedy tylko wspominane było imię ich wspólnego przyjaciela, to momentalnie ożywała i rozkwitała niczym kwiat pustyni potraktowany kroplą wody.
Także i tym razem postanowiły się zakraść do domu swojego przyjaciela. Odczekały jeszcze chwilkę i pobiegły do niego co sił w krótkich nóżkach. Szybko dotarły do skrzyżowania, rozejrzały się czy ktoś czasami jeszcze nie szedł na łowy, ale nikogo już nie było. Najwidoczniej wszyscy musieli siedzieć teraz w łódkach i wybierać się na połów. Za to przyjaciółki popatrzyły na siebie porozumiewawczo. Rozumiały się praktycznie bez słów jeśli chodziło o pewną sprawę – przejście na skróty do domu Solla. Prowadziło ono przez domek starszego mężczyzny, znanego w całej miejscowości jako największego zrzędę w całym Atarashii. Nikt jak on nie potrafił tak narzekać na wszystko i wszystkich. W każdej rzeczy mógł doszukać się czegoś, co było w jego najjaśniejszym mniemaniu nie tak. A to jedzenie nie tak przygotowane jak być powinno, a to nie ma jakiś składników, a to nie smakuje. Można było wyliczać jego argumenty w nieskończoność, a i tak mogłoby komuś zabraknąć czasu do tego. Niemniej mimo nieopisanego poziomu upierdliwości staruszka o imieniu Iml, dziewczynkom bardzo często udawało się przemknąć przez jego niewielką działkę otoczoną dziurawym płotkiem i szybciutko znaleźć się przed domem Solla. Jak wcześniej postanowiły, tak też uczyniły. Talio jako pierwsza przeszła między połamanymi deskami, następnie za nią ostrożnie Anshia. Rozejrzały się czy aby na pewno teren czysty, ale że nikogo nie widziały, to pognały na przestrzał. Biegły tak szybko jak tylko mogły, ale brązowowłosa poczuła mocne uderzenie w nogę, o mało nie przewracając się na twarz. Odwróciła wzrok, a nagle jej ciało oblał zimny pot. Iml ze sztachetą w dłoni zaczął swój pościg. Nieważne, że ten człowiek mógłby mieć spokojnie osiemdziesiąt lat, przecież ma swoje priorytety, choćby ochrona swojej ziemi.
- Talio! W nogi! – Anshia pisnęła ze strachu na przyjaciółkę, a obie od razu przyśpieszyły. Brązowowłosa chyba nigdy dotąd tak szybko nie przebierała nogami. Dobrze wiedziały, że jak je dopadnie, to nie wrócą w jednym kawałku do domu… O ile wrócą! Podobno Iml poza tym, że był niemiłosiernym zrzędą, to jeszcze kradł dzieci i sprzedawał je na targu. Nikt nie chciał być oddzielony od przyjaciół, swojego domu i rodziny. Dlatego też dziewczynki miały niezwykłą motywację, by pryskać stamtąd tak szybko jak tylko mogły. Nie ważne, że musiały przebiec przez kępkę pokrzyw czy ostu…. Grunt, by uciec! Na domiar złego, staruszek ani myślał zaprzestawać pościgu. Na szczęście po drodze spotkały dwie tutejsze kobiety, które widząc Imla ze sztachetą w dłoni, zaczęły otwarcie go obgadywać na cały głos. Wtedy staruszek przystanął, coś zrzędząc na nie, a dziewczynki… Pokazały język mężczyźnie i pognały do swojego celu.

Kiedy dobiegły do domu Solla, obie zobaczyły wóz z karawany, która akurat przybyła poprzedniego dnia. To oznaczało tylko jedno – starszy brat ich przyjaciela wrócił do rodzinnej wioski. Nie była to najprzyjemniejsza wiadomość, gdyż Baho zachowywał się niezwykle okrutnie, jednocześnie wywyższając się nad każdym mieszkańcem tej miejscowości tylko z jednego powodu. U chłopaka w młodości odkryto magiczny dar, co za tym idzie został wysłany do Starej Uczelni, by pobierać nauki od znanych magów, którzy byli gotowi dzielić się swoją wiedzą i umiejętnościami z młodszym pokoleniem. Niestety, podobno o ile dawno temu Baho był bardzo uprzejmym i miłym chłopcem, o tyle tej wyjazd go odmienił. Szybko stał się zadufany w sobie, pyszny… Na tą wioskę patrzył z nieskrywaną pogardą, podobnie z resztą traktował ludzi, bo przecież oni byli tacy ciemni, musieli trudnić się pracą fizyczną, która przecież była tak uwłaczająca. To właśnie działało dziewczynkom na nerwy, że oceniał je przez tak niesprawiedliwy pryzmat. Tym bardziej, że rodzice Baho nie byli magami, ale ojciec zarządzał tym miejscem, był swoistym wójtem, więc czarodziej i tak jakoś mógł się wybronić przed hipokryzją.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że Baho dla Solla zawsze zachowywał się jak przykładny brat. Ilekroć wracał w rodzinne strony, przywoził coś dla chłopca, opowiadał mu historie o wielkim świecie i dawnych dziejach. Dziewczynki tyle razy wspominały, jaki czarodziej jest naprawdę, ale no cóż, ich przyjaciel nie był ani razu świadkiem takiej sytuacji, co za tym idzie nie miał podstaw ku temu, by zgodzić się z oskarżeniami. Soll był twardo wychowanym chłopcem, na przyszłego zarządcę wioseczki. Zawsze powtarzał, że ”Póki nie zobaczę, to nie uwierzę! Nawet nie próbuj mnie przekonywać! i tego się trzymał. Niektórzy szeptali, że być może i on ma w sobie żyłkę do magii, ale jego rodzice nawet jeśli by to odkryli, to woleli ostatniego syna zostawić w domu, by po ich śmierci zajął się tutejszymi ziemiami. Z resztą cała ta rodzinka wydawała się być pokręcona. Rodzice dwóch synów opiekowali się wioską. Uchodzili za dobrych ludzi z licznymi znajomościami, które mogły pomóc bez względu na to z jakim problemem przychodzili do nich mieszkańcy.
Dziewczynki obeszły karawanę i podeszły bliżej. Soll rozmawiał ze swoim bratem przez gankiem. Widać było, że czarodziej miał dla niego prezent, jakiś dziwny pakunek. Uśmiechnął się do młodego i potarmosił jego blond czuprynę. Ten chciał tego uniknąć, ale ze względu na różnicę wzrostu, nawet nie miał na to szans. Dziewczynki grzecznie przywitały się z rodzeństwem, na co chłopcy uśmiechnęli się. Talio o mało co by nie zemdlała, ale na szczęście Anshia zdołała ją dźgnąć, by ta jeszcze nie odpływała do świata swoich marzeń o blondynie.
- To dla Ciebie młody. – Baho cierpliwie zaczekał, aż Soll rozerwie ozdobny papier i zajrzy do środka. Młodszy niepewnie włożył dłoń i wyjął… Latawiec, a raczej coś co miało go przypominać. Właściwie to był on poskładany, więc na moment mag wziął go w dłonie i doprowadził do formy, która była gotowa do użycia. Na zewnętrznej części został wyhaftowany sporej wielkości jastrząb. Rozpostarte skrzydła tylko dodawały mu majestatu godnego łowcy. Oczy wydawały się niezwykle bystre, chociaż tylko zostały uwiecznione na drobnych niciach, to jednak… Można było przypuszczać, że latawiec jest magiczny. Do tego w szponach trzymał sporą rybę! Chociaż w tych stronach jastrzębie nie żyły, to jednak taki obrazek aż zaparł dech w piersiach wszystkim.
- Specjalnie poprosiłem, żeby na płótnie znalazła się ta ryba. Myślę, że Ci się podoba braciszku. – Soll patrzył jak zauroczony w podarek, od razu przytaknął głową i przytulił się do Baho.
- I zapomniałem wspomnieć… Odwróć latawiec. – Młody przez moment nie rozumiał po co ma to zrobić, ale wykonał polecenie brata. Mag pokazał palcem malutki kamyczek ubarwiony na biało.
- To kamień wiatru. Osobiście go ładowałem na uczelni. Widzisz, dzięki temu nawet w kompletnie bezwietrzny dzień będziesz mógł bawić się tym latawcem, bo wtedy kamień będzie tym brakującym powiewem wiatru. – Dziewczynki nie mogły uwierzyć, że coś takiego jest możliwe, aż obie z ekscytacji cichutko zapiszczały.
- Baho… Ale mieszkamy nad morzem! Tutaj zawsze wieje bryza, więc ten kamień był naprawdę niepotrzebny. Ty braciszku to czasami jesteś okropnie niepraktyczny, chociaż wiem, że chciałeś mnie przekonać do magii. Dobrze wiesz, że ja nie mam ani trochę daru, nie to co ty. – Uśmiechnął się do maga, na co ten tylko westchnął. Anshia dobrze wiedziała, że Soll wielokrotnie był namawiany przez brata do tego, by pracował nad sobą i odnalazł dar. Niemniej blondyn nigdy nie chciał w sobie tego szukać. Brązowowłosa nigdy nie rozumiała tego u swojego przyjaciela. Nawet jeśli zostałby zarządcą tej wioseczki, to dzięki magii byłby tylko bardziej szanowany. Znała go i wiedziała, że jest dobrą osobą i nic nie mogło go zmienić.
- Pewny jesteś, że wszędzie? To chodźcie ze mną… Albo może lepiej! Polecimy tam razem. – Talio od razu zrobiły się rybie oczy.
- Jak to polecimy? Ale my nie umiemy latać! – Słychać było, że co najmniej przeraziła się wizją lotu. Anshia za to intensywnie wpatrywała się w Baho, oczekując odpowiedzi albo jakiejś formy wytłumaczenia takiej sytuacji i możliwości.
- Jestem magiem wiatru, takie sztuczki dla mnie to nic nadzwyczajnego. Nie przejmujcie się, to nic strasznego. Też z początku się bałem, ale teraz wiem, że to jest wspaniała zabawa… To jak, gotowi? - Brązowowłosa była zadziwiona taką postawą ze strony Baho. Nigdy jeszcze nie był dla nich taki miły, ale możliwe, że wreszcie się zmienił i stał się dobry. Przecież zawsze po prostu odchodził od nich, kiedy się pojawiały, a teraz był nawet gotowy z nimi gdzieś polecieć przy użyciu magii. No cóż, może rzeczywiście się zmienił.
- Złapmy się wszyscy razem, tak jakbyśmy stali w kółku. Później poczujecie moją magię, nie bójcie się. Może Wam się wydawać, że stajecie się lekkimi jak piórko, to normalne. Najważniejsze jest to, żebyście nie puszczali swoich dłoni, dopóki Wam nie pozwolę. Na razie się wspólnie uniesiemy, a w między czasie będę Wam tłumaczył jak się należy zachowywać podczas lotu. - Baho złapał brata i Anshię, podobnie jak Talio. Przyjaciele patrzyli niepewnie po sobie, kiedy to mag zaczął się powoli unosić z ziemi. Brązowowłosa poczuła dziwne mrowienie, które przechodziło od dłoni, stopniowo na całe ciało. Rzeczywiście wydawało jej się, że waży tyle co nic, że nie musi stąpać po ziemi. Na dodatek poczuła lekkie łaskotanie, przez co początkowo odruchowo chciała się wyrwać, ale Baho mocno ją przytrzymał.
- To łaskocze! – Zachichotała Anshia, kiedy zaczęła odrywać się od ziemi. Chwilkę później oderwała się także Talio, rozglądając się niespokojnie wokół siebie. Jej mina mówiła, że nie wierzy w to, co właśnie się z nią dzieje.
- Hej, ja latam! Anshia ja latam! Waaaaaa, lataaaaam! - Przebierała swoimi drobnymi nóżkami w powietrzu, jakby pływała na pieska w wodzie. Widać było po niej, że chociaż jest to zupełnie nowe doznanie, to cieszy się nim jak małe dziecko słodkim lizaczkiem. Natomiast Soll przez dłuższą chwilę pozostawał na ziemi. Wyglądał jakby się nad czymś poważnym zastanawiał, aż wreszcie wziął głęboki oddech i powoli oderwał się od podłoża, dołączając do pozostałych.
- Widzisz, to nie takie straszne. Ba! Myślę, że to bardzo przyjemne poczuć się wolnym jak ptak, nie sądzisz? - Lekko pociągnął Solla, po czym szturchnął go barkiem. Blondas popatrzył tylko niepewnie, ale i na jego młodziutkiej twarzyczce zagościł uśmiech.
- No to teraz drogie dzieci mnie słuchają. Naładowałem Was moją maną, która pozwoli nam na bezproblemowy lot za Zagajnik Topoli. Tam nie ma zbytnio wiatru, więc będziemy testować latawiec, który dałem Sollowi. Za moment będziecie mogli puścić ręce i samodzielnie lecieć. Z takich bardziej praktycznych wskazówek to najłatwiej wyobrazić sobie powietrze jako wodę, która nie sprawia oporu przy poruszaniu się. Ostrożnie z akrobacjami, żebyście nie stracili orientacji w powietrzu. Jak coś będzie się z Wami działo, to od razu krzyczeć, albo piszczeć. Zrozumiano? - Baho popatrzył na trójkę przyjaciół, która przytaknęła głową na znak, że przyswoiła sobie otrzymane wiadomości. Zatem nie pozostawało im nic innego, jak się oddzielić i lecieć.
Anshia ostrożnie oddzieliła się od reszty, a w jej ślady poszedł i Soll i Talio. Wszyscy w trójkę nieco stracili na wysokości, będąc teraz mniej więcej pięć, góra sześć metrów w przypadku Baho. Mag tylko uśmiechnął się, machając, że mogą już lecieć.
- To jak to miało być? - Nim zdążyła dokończyć, śmignęła do przodu, odruchowo zasłaniając twarz rękami. Anshia zaczęła śmiać się z przyjaciółki, że tak nagle wypruła. Baho natomiast od razu zareagował rzucając się w pościg za czarnowłosą. Sunął w powietrzu niczym pocisk, aż znalazł się nad swoją ofiarą i złapał ją mocnym objęciem. Momentalnie oboje zwolnili, a może trzy sekundy później unosili się w miejscu. Soll widząc tę sytuację wyglądał na dość zniesmaczonego
- Myślę, że powinniśmy do nich dołączyć. Dasz radę lecieć? - Chłopiec popatrzył na Anshię, która popatrzyła na ziemię, później na swoje stopy i na końcu przyjaciela.
- Wiesz co? Chyba tak… W ogóle czuję się jak jakaś magiczna wróżka. – Brązowowłosa uśmiechnęła się od ucha do ucha, a Soll zaczął powoli lecieć, z czasem nabierając prędkości. Anshia miała wrażenie, jakby chłopak nie robił tego po raz pierwszy. Jej zeszło nieco dłużej na odepchaniu się, ale przypominając sobie wskazówkę od Baho, także i ona zaczęła przyzwoicie lecieć w powietrzu. Rzeczywiście początkowo trudno było sobie to wszystko jakoś w głowie poukładać, ale brązowowłosa wyobrażając sobie siebie jako mewę, zaczęła zwiększać wysokość na jakiej się znajdowała. Rozpostarła swoje ręce i odrobinę udawała teraz ptaka.
- Hej, to rzeczywiście działa! Ale to jest wspaniałe! – Czuć wiatr we włosach, wolność i brak grawitacji… Tak, dla małego, rozmarzonego dziecka to wręcz idealny stan.
Nim dwójka z tyłu dołączyła, to Baho i Talio już unosili się oddzielnie. Na twarzy czarnowłosej gościł wyraźny czerwony rumieniec, na co dolatująca Anshia tylko się roześmiała, powoli przybliżając ręce do tułowia.
- Tak właściwie to ile masz lat Baho? – Brązowowłosą zawsze to zastanawiało, a zapominała zapytać o to jego młodszego brata.
- Czternaście… A co? - Odpowiedział od razu, ale stał się nieco zmieszany.
- Nic, po prostu byłam ciekawa… To co, lecimy dalej? – Anshia nawet nie czekając na odpowiedź reszty, po prostu rozłożyła ręce… I odleciała. Tym razem jednak zrobiła to o wiele szybciej, najwidoczniej jej ciało już zaczynało przyzwyczajać się do tej sytuacji, co za tym idzie korzystać garściami z takiej umiejętności. Soll natomiast swoim lotem przypominał bardzo dziwne zwierzę. Anshia słyszała o nim od rodziców, ale podobno jest niezwykle rzadkie, a zwie się delfinem. Sevirra pokazywała czasami je na swoich talerzach, a sposób pływania demonstrowała poprzez płynne ruchy dłoni, która falowała. Podobnie w tej chwili wyglądał Soll. Dłonie mocno dociśnięte do bioder, on sam zaś to się obniżał, to podwyższał w locie. Dość sprawnie dogonił Anshię, która to oglądała się za siebie i wpatrywała w Talio, która rozmawiała z Baho. Uśmiechnęła się do nich, ale w swojej duszy, tak, że na zewnątrz, tylko kąciki ust delikatnie się uniosły.
- Chciałabym tak częściej, a ty? – Zapytała może bardziej siebie, niż Solla, ale ten i tak wiedział, że jego przyjaciółka chętnie pozna jego zdanie.
- Gdyby nie to, że rzadko jest w domu… To pewnie by się tak działo. Tęsknię za nim, chciałbym, żeby i on był towarzyszem naszych zabaw. Bardzo by nam pomógł w budowaniu baz czy leśnych wycieczkach… A tak, to siedzi na tej uczelni i wraca tylko jak ma przerwę od nauki, czyli rzadko. - Anshia poklepała przyjaciela po ramieniu, a ten lekko się spłoszył.
- Hej! Soll, nie bój się to tylko ja! Nie tylko do ptaków należą teraz te przestworza! Z resztą, nie przejmuj się, masz przecież nas… Masz mnie, jest także Talio. Do tego zawsze są przy Tobie rodzice, którzy z pewnością chcą dla Ciebie jak najlepiej! Zawsze rodzice chcą dobrze! Jesteśmy dla Ciebie jak rodzina, przecież doskonale o tym wiesz... Z resztą widzisz jak się stara, żebyś czas kiedy wraca, spędzał jak najdłużej z nim. Bawi się z nami, dzieli tym co potrafi najlepiej. Soll. Masz najwspanialszego brata na świecie. – Brązowowłosa uśmiechnęła się od ucha do ucha, zarażając jednocześnie swojego przyjaciela. Blondyn widać, że miał o niebo lepszy nastrój, niż wcześniej, także i dziewczynka poczuła się dzięki temu lepiej.
- Zaraz lądujemy! Zagajnik Topoli pod nami! - Krzyk z tyłu, oprzytomnił dwójkę z przodu. Od razu popatrzyli na to, co znajdowało się pod nimi i rzeczywiście – stare topole. Wiele z nich już było połamanych, do tego między drzewami wydawało się, że jest o wiele ciemniej niż z dala od nich.
- Chwila! Dlaczego lecimy nad tymi drzewami, skoro przecież wcześniej byliśmy tylko kilka metrów nad ziemią! – Anshia dość szybko załapała co jest nie tak w tym, że… Leci nad drzewami, tak, że ich czubkom niewiele brakowało, by ją smyrać po brzuszku.
- Nie zauważyłaś, że w pewnym momencie była skarpa i mocny spad w dół? - Soll popatrzył zdziwiony na przyjaciółkę, która właściwie przecież powinna to wiedzieć.
- Ja… Nigdy nie byłam w tych stronach. Nie miałam pojęcia, że no tutaj jest taki spad. – Anshia była mocno zakłopotana, kto jak kto, ale ona uchodziła za straszną łazęgę i włóczykija, który znał sporo ścieżek i nietypowych miejsc w okolicy.
- Teraz rozumiem dlaczego tutaj chcecie sprawdzać latawiec! Tutaj nie dociera bryza i nie ma wiatru! Dobrze myślę? - Talio z radości zapiszczała, kiedy Baho zgodził się z jej teorią.
- Zatem to tak… - Anshia widziała, że las się już kończył. Musiała jeszcze tylko minąć kilka drzew, bo wysokość jej lotu zaczęła stopniowo się zmniejszać.
- Uważajcie, bo teraz będzie Was czekać lądowanie… Tylko od Was zależy czy będzie ono miękkie, czy się wywalicie… Kto ostatni, to łamaga! - Baho zaśmiał się i nagle zaczął pikować, kręcąc się wokół własnej osi.
- Oj braciszku! Dopadnę Ciebie! To ty jesteś tutaj łamagą wśród nas! - Soll pomknął w swoim stylu delfina za magiem. Anshia machała co sił w nogach i rękach, będąc za chłopcami… Tylko Talio chwilowo unosiła się z boku, aż w końcu uśmiechnęła się i pochyliła.
- Wy wszyscy to łamagi! - Czarnowłosa pomknęła jak za pierwszym razem, niczym strzała wypuszczona z długiego łuku! Po chwili już wyminęła swoich przyjaciół i brata Solla… Że skończy jej się energia. Poczuła to będąc niespełna metr nad ziemią, kiedy zaczęła niezdarnie machać rękami na pomoc… Uderzyłaby nawet o podłoże, gdyby nie to, że Baho jeszcze mocniej przyśpieszył i złapał dziewczynkę za kołnierz.
- Oj młoda… - Westchnął mag, kiedy powoli odstawiał czarnowłosą na ziemię. Pomierzwił jej czuprynę, spoglądając jak brat i Anshia lądują jednocześnie.
- Dzięki. – Wyszeptała do Solla, który specjalnie zaczekał, aż przyjaciółka będzie lądować. Zawsze wiedziała, że może na niego liczyć i rozumieją się bez słów. Tym razem także doskonale się rozumieli… W końcu nikt z nich nie mógł być łamagą, jeśli Baho został wykluczony z osób do tego tytułu, to przyjaciele nie mogli być tak nazwani. Gdy tylko mag odwrócił się i zaczął rozmawiać z Talio, Soll i Anshia przybili klasycznego żółwika.
- Może by ich tutaj zostawić? – Zaśmiała się brązowowłosa, ale Soll miał zupełnie inne plany. Wyjął latawiec, który wziął ze sobą, by sprawdzić, czy aby na pewno działa. Baho z Talio podeszli i sprawdzili czy cały sznurek jest w nienaruszonym stanie.
- Możemy zaczynać. Po prostu puszczasz linkę coraz to wyżej, aż kiedy latawiec będzie na odpowiedniej wysokości. Wtedy to musisz mocniej złapać za sznurek, żeby Ci nie uciekł i opleść wokół dłoni. Zrozumiano? - Soll przytaknął, po czym zabrał się za puszczanie zabawki. Powoli, stopniowo zwalniał sznurek, a kamień w latawcu delikatnie zaświecił się na biało, co sprawiło, że płótno się naciągnęło… Jakby zostało potraktowane powiewem wiatru. Anshia z ciekawości obśliniła swój mały palec, by sprawdzić czy wieje… Ale z żadnej strony nie poczuła zimna. Czyli jednak ten latawiec był zaczarowany.
- Braciszku! Braciszku! To działa! To naprawdę działa! – Zaczął krzyczeć podekscytowany Soll, który chociaż nie rozumiał do końca na jakiej zasadzie ten kamień daje wiatr, to jednak cieszył się niezmiernie, że mógł się bawić zabawką w miejscu, gdzie inni by nie mogli. Talio aż zaczęła bić brawo, ciesząc się podobnie jak Anshia.
- Ale fajnych rzeczy Was tam uczą! Też bym tak kiedyś chciała. – Baho popatrzył tylko z politowaniem na Anshię, która pod wpływem chwili miała ochotę stać się kiedyś wielką czarodziejką! Ah, cóż by to było za życie, być niezwykłym i utalentowanym magiem, który swoją mocą pomaga innym, przemierza świat by go czynić lepszym. Tak, to z pewnością nie mogłoby być nudne. Soll popatrzył na brata znacząco, na co ten tylko pomierzwił jego włosy i poklepał po barku, jakby dawał przyzwolenie na coś… Dziewczynki zaraz przekonały się, że ich przyjaciel zaczął biegać z latawcem tam i s powrotem, robiąc esy floresy na trawie, aż w końcu Soll do nich wrócił i zapytał.
- A może chcecie się pobawić? - Talio nie trzeba było powtarzać. Nawet nie czekała na reakcję blondasa, tylko wyrwała mu z ręki sznurek, który natychmiast się rozwiązał i sama zaczęła biegać.
- Cała ona… - Podsumowała Anshia, która położyła się na trawie, podziwiając niebo. W spokoju wdychała specyficzne tutaj powietrze, przesiąknięte zapachem topoli, ale także jakiegoś minerału, który dawniej wydobywano w tych stronach. Rozkładała swoje palce u stóp, uśmiechając się tak szeroko jak mogła. Właśnie w taki sposób najlepiej było spędzać czas… Kiedy natura otaczała ze wszystkich stron, a przyjaciele emanowali szczęściem, czy można było w wieku sześciu lat chcieć czegoś więcej? Wreszcie zamknęła swoje oczy, a wyobraźnia sama podyktowała obraz ich paczki na kolejnych głupich przygodach, kiedy to zdobywali jakąś leśną kryjówkę… Albo wyruszali upolować jakąś rybkę przy pomocy własnoręcznie wystruganych kijaszków. Zawsze mogli uciekać przed nalotem wściekłych mew, które odkryły, że młodzi mają coś smacznego i do tego łatwo dostępnego. Później uzmysłowiła sobie, że miłym jest spędzić ze wszystkimi taki przyjemny dzień. Nawet Baho nie wybrzydzał i wspólnie się bawił z młodszymi… Tak, takie spotkania mogłyby odbywać się częściej, a pewnie nikt by na to nie narzekał. Dziewczyna nawet nie wiedziała, kiedy Baho zaczął klepać ją po barku.
- No młoda marzycielko, wstajemy. Pora na nas, wkrótce się ściemni. - Brązowowłosa aż się zerwała do pozycji siedzącej. Nie mogła uwierzyć, że to tak szybko zleciało, przecież nie tak dawno tutaj przylecieli.
- Wystarczy mi mocy na powrót? - Zapytała niepewnie Talio, która w pamięci musiała mieć swoje lądowanie.
- Spokojnie, lecę z Wami. - Baho już zaczął gromadzić manę, by ponownie wykonać zaklęcie. Wyglądał na niezwykle skupionego, zwłaszcza jak na dość młodego chłopaka… Tyle dobrze, że wcześnie został wysłany na nauki, dzięki czemu już mając niespełna dziesięć lat opanowywał podstawy magii wiatru. Dlatego też nikogo nie dziwił fakt, że dość szybko wstał i był gotowy na wzniesienie się w powietrze. Wszyscy ponownie stanęli w kole i unieśli się, ale tym razem znacznie niżej niż poprzednio. Możliwe, że to ubytek many, ale tym razem Baho miał plan. Ominęli łukiem zagajnik, który wydawał się nie mieć końca. Dodatkowo z powodu znacznie niższego pułapu, tym razem Anshia mogła podziwiać wszystkie robaczki, które człapały po ziemi, na czele z radosnymi pasikonikami. Co jak co, ale taka forma lotu wydawała się dziewczynce znacznie przyjemniejsza, chociaż nie potrafiła uzasadnić dlaczego tak uważa.
Po ominięciu zagajnika, została im do przebycia dość wysoka skarpa, taka na kilka metrów. Baho wyleciał na przód formacji, wykonał obrót wokół własnej osi i zaczął lecieć pionowo, ku górze. Wszyscy patrzyli z podziwem, kiedy wykonywał akrobację.
- Dzięki temu zmienicie podłoże, od którego się odpychacie. Mocny zamach ręką wystarczy, żeby całe ciało poleciało. - Mag patrzył z góry, aż młodsze towarzystwo powtórzy za nim ten ruch. Początkowo przestraszeni, ale dobrze wiedzieli, że albo zaliczą główkę ze ścianą ziemi, albo polecą, więc siłą rzeczy innej opcji nie było. Talio jako pierwsza się przekręciła, a za nią Soll i Anshia. Nawet sami się zdziwili, że to takie proste. Niemniej dzieci już tak mają, wewnętrzną ukrytą siłę, która pozwala pokonywać strachy i zmartwienia. Później sunęli za Baho, który już czekał na nich na górze.
- Cieszę się, że mogliśmy spędzić taki wspaniały dzień wszyscy razem. – Talio obdarzyła wszystkich szczerym i serdecznym uśmiechem, który podobno mógł stopić lód.
- Ja także… Jesteście dla mnie całym światem. – Anshia także czuła się szczęśliwa, a w tym towarzystwie tak jakby miała rodzeństwo. Czasami zastanawiała się jak to jest mieć braciszka czy siostrzyczkę, ale zamiast tego miała wspaniałych towarzyszy, którzy zastępowali jej taki brak.
- Na zawsze razem… - Dodał Soll, z którego oczu pociekły łezki. Od razu znalazł się na końcu, żeby nikt tego nie zauważył, że przecież się wzruszył, podobnie jak reszta. Niemniej jako chłopiec dumę swoją chronić musiał.
Wszyscy szczęśliwie wylądowali na polanie przed wioską, czując wyraźnie w sobie brak siły. Bardzo możliwe, że ten lot wyczerpał w nich więcej, niż byli przygotowani myśleć. Chociaż i tak byli zdania, że taka wyprawa należała do gatunku tych niezwykłych, w końcu nie każdego dnia przybywa Baho i pierwszy raz poczuli smak lotu, wspaniałego doznania, którego jako ludzie zazdrościli ptakom.
Po tym wszystkim zmęczona Anshia przyczłapała do domu. Drzwi były otwarte, co oznaczało, że rodzice wrócili z połowu. Dlatego przyśpieszyła swój nieco chwiejny krok, wpadając do środka, a dłonią łapiąc się drzwi.
- Wróciłam! – Brązowowłosa pełna uśmiechu… I trawy we włosach weszła do środka, gdzie czekali już rodzice. Matka podeszła bliżej, czyszcząc córkę z pozostałości z wyprawy. Westchnęła cicho, patrząc latorośli w oczy. Pogłaskała ją po umorusanym policzku, a następnie ucałowała w czółko.
- Opłuczę dłonie i już idę zjeść… Złowiliście coś ciekawego? – Uśmiechnęła się i pognała do izby, gdzie stało wiadro z wodą. Nabrała jej trochę i obmyła ręce jak i twarz przed posiłkiem. Wytarła się w ręcznik i podreptała do stołu. Getho już tam siedział i nalewał zupy. Jej zapach był przyjemny, ale Anshia jak bardzo by chciała, o tyle nie mogła dokładnie określić czym pachnie… Niemniej wiedziała, że będzie to smakowity posiłek. Sevirra z resztą robiła tylko dobre rzeczy, a przynajmniej takie było zdanie dziewczynki, która uważała swoją matkę za królową kuchni.
Dziewczynka zasiadła do kolacji, a matka nalała jej talerz zupy. Widziała już, że w środku pływa jakiś kawałek ryby, zatem mogła się domyślić, że będzie to zupa rybna. Dlatego czym prędzej dopadła swoją łyżkę i zaczęła wiosłować. Całodniowa przygoda sprawiła, że była niesamowicie głodna, gotowa zjeść wszystko cokolwiek byłoby zjadliwe… A zjadliwe było dla niej nawet drewniane krzesło. Zatem zapychała swój wewnętrzny głód zupką. Przy okazji kątem oka zobaczyła jak rodzice trzymają się za ręce i patrząc sobie w oczy, a ich wzrok był pełen miłości. Dziewczynka aż się uśmiechnęła, czuła jak przyjemny nastój udziela się także jej.
- Smacznego… - Wyszeptała, a rodzice się roześmiali i poklepali ją po głowie. Po tym zabrali się do pałaszowania przysmaku Sevirry. Nawet Śpioch przyszedł, zamruczał i podreptał przy stole domagając się czegoś dla siebie.
- Cały dzień śpisz, ale jak czujesz jedzenie, to nagle się pojawiasz. – Podsumowała go Anshia, drapiąc jednocześnie za uszkiem. Uwielbiała tego kociaka, po prostu był idealny. Dała mu kawałeczek ryby, jaki zdołała wyłowić łyżką. Getho w tym czasie zabrał się za zbieranie naczyń po jedzeniu. Jak zwykle, ucałował żonę w czoło, kiedy zabierał jej talerz, a później odłożył wszystko na bok. Uśmiechnął się, kiedy także córka skończyła posiłek, po czym wziął jej rzeczy.
Po obiedzie Anshia podziękowała i kompletnie bez sił powędrowała do siebie, wręcz runęła na matę i nawet nie wiedziała kiedy zasnęła…


Mistyk będący w cieniu... Tysiąca słońc






10.07.2016, 14:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna