Opuszczona wioska Kruczonoc
#11

Wpatrywała się w niego swoimi kasztanowymi oczyma, zupełnie tak jakby w jego spojrzeniu chciała się czegokolwiek doszukać. Mówią, że oczy są zwierciadłem duszy, wyrażają wszystko to, co leży człowiekowi na sercu. Nawet jeśli jest skute lodem, twarde jak kamień. Gemma nie raz próbowała pozbyć się uczuć i wie z autopsji, że prędzej założyłaby spodnie przez głowę.
Nie czuła się skrępowana. Nawet jeśli otaczała ich aura tajemnicy, skrytych mar z przeszłości, ona nie zwracała na nią uwagi. Skupiła się tylko i wyłącznie na słowach brata, jednak ich treść w żaden sposób jej nie zadziwiła. Choć omijał meritum, możliwie niecelowo, nie przerywała mu. Jedynie patrzyła prosto w jego oczy i przesuwała palec wzdłuż jego szczęki. Ktoś kiedyś powiedział, że jej dotyk jest przyjemny - jednak Gem nie wzięła tego do siebie, bo jakoś średnio przywiązywała uwagę do tego, kogo dotykała po pijaku. Ale teraz, mimo jawnej nietrzeźwości, zachowała jasność umysłu w stanie na tyle zadowalającym, by rozmawiać z Durielem jak człowiek. Można się zastanawiać, co w takim razie czynił z Gemmą alkohol? Dzięki niemu się otwierała. Zarówno w kwestii psychicznej, jak i fizycznej. Co do drugiego - do dziś się zastanawia, jakim cudem nikt nie zrobił jej bachora.
- Mamy więcej wspólnego, niż ci się wydaje. - powiedziała cicho, łagodnie uśmiechając się jednym kącikiem ust. Zdawała sobie sprawę, że jej niezbyt konkretna odpowiedź mogła pozostawić wiele niedomówień w głowie Duriela, ale wyglądało na to, że właśnie o to jej chodziło. Nie chciała się rozwodzić nad czymś, czego nie była ciekawa. Jedyne czego w tym momencie pragnęła, to poznać go do strony magii.
Podążyła za jego spojrzeniem, po czym również wbiła wzrok w ognisko. Kiedyś jej włosy były równie jasne - na przestrzeni lat przyciemniały, zupełnie tak, jak charakter Gemmy. Przez myśl przewinęło jej się niemiłe wspomnienie, kiedy to posądzono ją o bycie wampirem właśnie przez kolor włosów. Nie było się czym trapić, miejscowa kapłanka straciła syna, zginął z rąk krwiopijcy. Ta się wczuła, widziała w każdym wąpierza. Nikt jej nie wierzył, ale Gemma szybko się stamtąd zabrała. Tak to w życiu bywa - jeśli stracisz zaufanie raz, nigdy w pełni go nie odzyskasz. Jeśli nie uwierzysz sobie, nie uwierzysz nikomu.
- Każdy jest kowalem własnego losu. Dopóki będziesz uważał swoją przeszłość za piętno, inni też będą. Lepiej jest być dumnym ze swoich słabości, wtedy nikt nie może użyć ich przeciwko tobie. - powiedziała ze spokojem i chociaż się uśmiechnęła, w jej spojrzeniu pozostało coś, co wzbudzało pytania. Westchnęła głośno, po czym bezwolnie zdjęła kosmyk włosów z czoła brata.
- Ujmę to tak. Moja własna rodzina wymazała mnie z kart jej historii, zupełnie tak, jakbym nigdy nie przyszła na świat. Możesz sobie tylko wyobrazić, jak mogła czuć się dziewczyna bez nazwiska, przodków, posagu, możliwości zamążpójścia, a co za tym idzie - żadnego godnego startu w przyszłość. Miałam do wyboru wojaczkę albo dawanie dupy na jakimś rogu, resztę historii sam sobie dopowiedz. - odparła, wzruszając ramionami tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego. Jednak nie odwróciła wzrok i zeszła z jego kolan, po czym usiadła z powrotem tam gdzie wcześniej. Przez chwilę patrzyła w przestrzeń, po czym parsknęła pustym śmiechem sama do siebie i zwróciła obojętne spojrzenie w stronę Duriela. - Bo widzisz, ja niestety nie umiem władać piorunami. Choć, hm, to by w sumie wyjaśniało, czemu w twoim domu nie było dla mnie miejsca.


Gemma Theme Song
There's a reason she's alone - you can't pin her down
Because no one needs her home or needs her around








25.05.2016, 22:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Opuszczona wioska Kruczonoc
#12

Na zewnątrz panowała ciemność. Przez otwór w deskach nad nami, widziałem dokładnie iskrzące się punkciki, które od czasu do czasu dawały wrażenie jakby spadały. Spojrzałem na kobietę zdziwiony formą jaką mi odpowiedziała. Nawet nie wyczułem cynizmu w tym co mówiła. Może alkohol faktycznie działa na nią lepiej.
- Piękne słowa, ale dawno odłożyłem je na półki z balladami. To prawda, że każdy z nas kuje własny los. Jednak to czy jestem wyklęty, czy nie zależy wyłącznie od tych, którzy skazali mnie na banicję. Zresztą, nie uznaję czegoś takiego jak słabości. Chyba, że do alkoholu. - Wyjaśniłem rzucając uwagę z wlepionym wzrokiem w butelkę trunku. Upiłem łyk, drugi, trzeci... Potem czwarty i piąty. Butelka zrobiła się pusta... Spojrzałem na Gemmę. Wierciła mnie obojętnym wzrokiem, ja zaś opadłem w chwilowy trans... Jej usta, oczy a także spojrzenie były wyjątkowo intrygujące. Na dobrego Duronora, znowu poczułem ochotę żeby ją pocałować. Złapałem swoją wolną dłonią za jej dłoń, wystawioną najbliżej mnie, przyciagając Gemm w swoją stronę. Nasze usta spotkały się. Pocałowałem ją i zastygłem w chwili. Po prostu, było mi z tym dobrze. Nie miała czasu zareagować, skradłem jej kolejnego całusa. Zresztą procenty też nieznacznie weszły mi do głowy. Butelkę odłożyłem za posłaniem nie kończąc pocałunku. Dopiero chwilę potem, sięgnąłem po stygnącą potrawkę i spróbowałem jej. Była letnia. Przez czas naszej pogawędki zdążyła wystygnąć, ale lepsze to niż nic.
Wziąłem na metalową łyżkę odrobinę jedzenia i spróbowałem go. Suszone mięso, sos, zioła przechodziły przez moje gardło, sprawiając mi mnóstwo przyjemności. Byłem dobry w gotowaniu od kiedy sięgam pamięcią. W tym zapchlonym świecie to jedna z najlepiej budujących samopoczucie, morale i kondycje - umiejętności. Spojrzałem na Gemmę podsuwając jej jednocześnie jedzenie.
- Masz, zjedz to. - Poleciłem przeciągając się. Czułem się powoli ospały i bez chęci na cokolwiek. Nawet alkohol chwilowo nie sprawiał mi tej samej przyjemności. Położyłem się, podpierając głowę na splecionych dłoniach, patrząc sobie w drewniany sufit.
- Te "pioruny", o których mówisz były poniekąd powodem upadku naszego rodu. Jakby to powiedzieć... Gdybym je posiadał za czasów dzieciństwa, zostałbym wydziedziczony. - Zwróciłem oczy w stronę kobiety, patrząc czy smakuje jej moja potrawka.
- Prawdopodobnie nigdy już nie dowiemy się, co nasz ród planował i dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Być może próbowali w jakiś pokraczny sposób chronić swoją córkę? Może miałaś być ich "zabezpieczeniem" na wypadek gdyby całą rodzinę szlak trafił? Teoretyzuję, ale nie będę wnikał w przeszłość. Jest zbyt popierdolona żeby próbować ją zrozumieć nie mając żadnych wskazówek. - Westchnąłem cicho, zmęczony tematem rodu. W istocie ciekawiło mnie mnóstwo rzeczy i tajemnic jakie kręciły się wokół Raikamich, ale nie specjalnie miałem ochotę debatować nad tym co robili bez odpowiednich informacji. Przynajmniej nie teraz. Noc jest piękna, możemy się walnąć na miękkie posłanie. A przynajmniej jak na warunki polowe, jest ono miękkie. Do tego trunków pod dostatkiem i smaczne jedzenie.
Przekręciłem się na bok zamykając oczy. Czułem, że mój tatuaż zaczyna jarzyć się czerwoną poświatą. Smocze kontury pojawiły się z wolna w półmroku jaki panował. To było zabawne uczucie, gdyż magiczny atrament pod moją skórą zdawał się w pewien sposób stymulować splot mojej many. Może to moje mylne wrażenie, ale samo uczucie należało do jednego z przyjemniejszych. Otworzyłem oczy wraz z malutkimi błyskawicami, które na krótki moment pojawiły się przecinając ciszę. Nie były głośne. Można porównać ich dźwięk do głośniejszego szelestu liści. Ich pojawienie się było efektem regeneracji mojej many. Zawsze, kiedy przeciążam splot magiczny, regeneracja wygląda tak samo. W mniejszym lub większym stopniu przez chwilę pojawiają się błyskawice na moim ciele, a potem znikają. To trochę jakby rozmowa między mną a tym... kamieniem? który zespolił się z moją duszą. Jakby dawał znać o swojej postępującej odnowie.
Wstałem. Moje mięśnie napięły się, pokazując całą klatkę piersiową, wraz z bliznami i tatuażem, którego kontury odznaczały się w ciemnościach. Mimo, iż paliło się ognisko pomieszczenie nie należało do najlepiej oświetlonych. Spojrzałem na Gemm unosząc kąciki ust.
- Potrzebuję się... Przewietrzyć. Czekasz tutaj na mnie, czy chcesz iść ze mną? Nie mam siły ukrywać przed tobą faktu, że jestem sztucznym mędrcem. Ale bez względu na wszystko nie zdziw się jeśli zobaczysz coś dziwnego. - Poleciłem wodząc wzrokiem po półkach z alkoholem. Nie ubierałem koszuli. I tak będzie mi ciepło, jestem zahartowany, a powiew wiatru na pewno ostudzi we mnie zbędne emocje. No i alkohol. Zabawnie będzie smakował w tej destrukcyjnej scenerii Kruczonocu. W istocie lubiłem ciepłe miejsca, ale nie oznacza to, że zimnych nie tolerowałem. Poza tym... Magia pewnie mnie ociepli.
Podszedłem do stojących półek, sięgnąłem ręką po alkohol i ruszyłem do góry. Wychodząc dojrzałem naszych dwóch wierzchowców, które wtulone w siebie smacznie spały. Zaś Szczęściarz wychylił łeb w moim kierunku zaciekawiony sytuacją. Patrzył na mnie chwilę, ja również mierzyłem go wzrokiem. Zapaliły się raz jeszcze błyskawice w moich oczach. Zrozumiał sytuację. Widział już kilka razy efekt powolnej odnowy many. Wstał żeby podejść jednak ja zatrzymałem go dłonią mówiąc cicho "nie trzeba". Machnął z politowania łbem, wracając do wylegiwania się na ciepłej podłodze. Odkorkowałem trunek. Tym razem było to wino, na co nie zwróciłem nawet uwagi. Najważniejsze żeby przyprawiło mnie o chwilę miłej rozrywki, choć bardzo mało kreatywnej. Przeszedłem przez resztki karczmy, dotarłem do wyjścia i zasiadłem na zburzonym murze. Wychyliłem łyk wina przyznając w duchu, że smakuje iście zajeilheniście.
- Ta noc wydaje się całkiem przewrotna i zabawna, prawda? - Rzekłem przed siebie, w eteryczną przestrzeń, a kiedy to zrobiłem, moje ciało błysło błyskawicami. Kiedy bardzo mocno przeciążę swój splot many, regeneracja wygląda bardzo interesująco. Są najdalej dwa etapy: po pierwsze w moich oczach zaczynają szaleć wyładowania. Po drugie, błyskawice zaczynają co jakiś czas niczym węże, pulsująco przeplatać moje ciało. Wygląda to bardzo ciekawie i przyznam atrakcyjnie. A. Bym zapomniał. Mogę panować nad tym dla kogo są one niebezpieczne, a dla kogo nie. Tak jak każdy mędrzec według opowiadań może decydować o tym kogo jego magia zrani, a kogo nie, tak i ja mogę kontrolować swój żywioł poprzez zwykłą intencję. Chyba, że zapiski kłamią, ale wątpię w błędne doinformowanie arcymagów. Westchnąłem, widząc jak para bucha z moich ust pod wpływem niższej temperatury. Spojrzałem w niebo. Jeśli bogowie naprawdę istnieją, ciekawe co sobie myśleli, tworząc tak posrany świat, w jakim przyszło nam żyć.


DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






28.05.2016, 17:03
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Opuszczona wioska Kruczonoc
#13

Nie wpadłaby na to, że z jej ust popłynęły jakiekolwiek mądre słowa. Nie uważała się za osobę inteligentną - nie była głupia, ale uczyć życia nie powinna. Trzeba jednak przyznać, że przez to podejście wiele rzeczy nie zostało przez nią nigdy wypowiedzianych, w obawie przed ośmieszeniem się lub wyjściem na idiotkę. Czy alkohol miał dobre działanie? W pewnym sensie. Na pewno działał ośmielająco.
- Nie ma ludzi idealnych. Udawanie, że nie masz problemów, nie rozwiąże żadnej sprawy. - powiedziała cicho, obserwując jak Duriel pochłania kolejną butelkę alkoholu. Sama jakoś straciła ochotę, a to dziwne. Może dlatego, że nie czuła się ani rozgoryczona, ani szczęśliwa. Czuła się nijak. Stąd też wywnioskowała, że picie nie zmieni absolutnie niczego w tym momencie, a dla smaku się raczej tego nie robi.
Chciała coś powiedzieć, żeby przerwać ciszę. Duriel wydawał się być nagle nieobecny, więc zawiesiła swój wzrok na jego twarzy, próbując zauważyć jakąkolwiek wskazówkę dotyczącą jego myśli. Zmarszczyła brwi, czując jego dotyk na swojej dłoni. Chciała spojrzeć w tamtym kierunku, jednak on zdążył ją przyciągnąć do siebie i skraść kolejny pocałunek. W jej głowie znów zabrzmiał głos mówiący, że ich relacja nie powinna tak wyglądać. Ale szum alkoholu i zaskoczenie zdołały go zagłuszyć, przez co pozwoliła mu skończyć. A po wszystkim jedynie spojrzała łagodnym wzrokiem i pokręciła głową. Czy właśnie zaczyna się najbardziej chora część jej życia?
Przez tę całą rozmowę, zamieszanie i zaskoczenie zapomniała, że była głodna. Przypomniał dopiero jej o tym żołądek, kiedy brat podsunął jej jedzenie. Nie była pewna co do tego, jak Duriel gotuje. Nie wydawał jej się na takiego, co umie. Jednak stwierdziła, że pachnie całkiem dobrze, toteż spróbowała. I się zdziwiła. Smakowało naprawdę dobrze, więc zjadła wszystko, nie komentując zbędnie.
W końcu prawie zakrztusiła się jedzeniem, słuchając tego, co mówi mężczyzna. Odkaszlnęła, zaśmiała się cynicznie i spojrzała na niego oczyma, w których zdawała się rodzić powolna kurwica.
- Że, kurwa, co? Chronić? Mnie? Nie no, trzeba przyznać, zabrali się do tego w zajebisty sposób! Jakby żyli, to bym im z chęcią przekazała, że teraz to se mogą mnie w dupę pocałować. - skwitowała, po czym dokończyła potrawkę i odstawiła garnek. - Dzięki. - mruknęła o wiele spokojniej niż chwile temu, wycierając usta ręką. A rękę w spodnie. Nigdy nie twierdziła, że jest damą, ani że umie się zachować w towarzystwie.
Duriel się położył, a ona kucnęła przy swoim plecaku, szukając kawałka rzemyka, żeby związać włosy. Nie lubiła spać w rozpuszczonych, nie znosiła kiedy pakowały jej się do ust, po czym rano wyglądały jakby mieszkała w nich dzika wiewiórka. Wreszcie znalazła to, czego szukała i zaczęła zaplatać włosy w luźny warkocz. Parę kosmyków wymknęło się spod rzemyka, jednak lepsze było to, niż rude kłaki walające się po całej twarzy.
- Idź, jak dla mnie za bardzo pizga. - rzuciła i faktycznie nie miała zamiaru iść. Jednak patrząc na jego plecy, kiedy wychodził, zauważyła, że wychodzi bez koszuli. Nie mając pojęcia, że jego regeneracja sprawia, że na zimno to ma raczej wyjebane, złapała swój płaszcz i poszła za nim, w myślach nie omieszkując nazwać go debilem.
Podeszła do niego od tyłu i choć spostrzegła otaczające go ładunki, z dziwnych i nieznanych jej przyczyn nie przyszło jej do głowy, że mogłyby ją skrzywdzić. Normalna osoba trzymałaby się na dystans, ale Gemma przecież nigdy nie była normalna.
- Zmarzniesz. - powiedziała cicho, zarzucając na niego swój płaszcz. Przejechała dłońmi wzdłuż jego ramion, po czym położyła brodę na jednym z nich i westchnęła. Niech sobie będzie kim chce - miło wiedzieć, że jednak ma się rodzinę.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.06.2016, 22:06 przez Gemma.)



Gemma Theme Song
There's a reason she's alone - you can't pin her down
Because no one needs her home or needs her around








02.06.2016, 22:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Opuszczona wioska Kruczonoc
#14

lepiłem swój wzrok w ciemne niebo, pełne migających punkcików, które co rusz podążały w jakąś stronę. Nie wiedziałem dlaczego tak się dzieje, ani gdzie wylądują a mimo to czułem, że ich istnienie nie jest sprawą przypadku. Czułem bijącą od nich magię, której podstawami nie była mana, a wyjątkowa chwila. Czułem przepływające przez moje ciało błyskawice a także manę, która gotowała się do boju. Zupełnie jakby jakiś drugi "byt" wewnątrz mnie chciał dać upust swojej wściekłości... Ale nie mógł. Trzymałem na wodzy swoje smocze moce od dawna. Nie skrzywdzą nikogo, jeśli na to nie pozwolę, zniszczą wszystko, kiedy dam im znać "to ten moment". Tylko, że teraz nie przyszedł czas aby tworzyć nimi mordercze wiązki piorunów. Nie miałem czego ani kogo uśmiercać. Nie miałem też w tej chwili żadnych powodów aby używać błyskawic. Ot, po prostu potrzebowałem w spokoju przejść przez ten etap, kiedy splot many jest lekko obciążony i próbuje się ustabilizować. Jak wspominałem, przeciążając go, przechodzę przez dziwny przebieg regeneracji. Nie sądzę aby trwał długo, jednak pozostawanie na chłodnym powietrzu, powinno pomóc w leczeniu wszelkich deficytów. No i cóż. Smocza mana czyni cuda. Regeneracja mojego organizmu i tak jest zdecydowanie szybsza niż u zwykłego człowieka. Zastanawiam się jak prędko pierwotni mędrcy potrafią zregenerować ciężkie rany. Chciałbym kiedyś poznać takiego władającego smoczą maną. Nie miałem nigdy szansy dowiedzieć się jak prędko regeneracja przebiegała u mojego brata, nie był pierwotnym mędrcem, ale nie miał okazji zregenerować się, przez sposób w jaki wyzionął ducha.
Poczułem na plecach jakieś odzienie, a chwilę potem dłoń muskająca moje ramię i twarz wtulająca się na moim barku. Miałem wrażenie jakby Gemm w pewien sposób poczuła się bezpieczna, albo spokojna z niezrozumiałego mi powodu. Nie wiedziałem co siedzi jej w głowie, może procenty, może nie tylko to? W każdym razie było to bardzo miłe z jej strony. To prawie tak jakbym miał rodzinę, która się o mnie troszczy. Dawno zapomniałem jak to jest mieć takiego kogoś. Zwykle to ja troszczyłem się o innych jak tylko mogłem i nadkładałem całe swoje dobra tylko po to aby moim najbliższym było jak najlepiej.
- Dziękuję. - Przyznałem, nie odwracając nigdzie swojego spojrzenia. Jestem prawie pewny, że na ten jeden moment uśmiechnąłem się nie szyderczo, nie kpiąco ani sztucznie, tylko szczerze. Możliwe, że naprawdę ruszyło się coś we mnie poza alkoholem i oklapłą pałką. Heh.
Błyskawice znów się pojawiły, tym razem na dość duży dystans, bo sięgnęły kilku metrów od nas. Szczęściarz zerwał się wyraźnie przestraszony a może skonfundowany? Mimo wszystko nie spodziewał się takiego ładunku elektrycznego obok siebie. Nasze wierzchowce także momentalnie wstały z letargu panikując przy tym, jednak wilk dobiegł do nich dając im na swój sposób do zrozumienia, że nie ma żadnego zagrożenia. Łata wraz z koniem Gemmy patrzyły nerwowo na wszystkie strony, co trwało dłuższą chwilę, ale w końcu położyły się na nowo próbując zasnąć. Zaistniałe wydarzenie doprowadziło do sytuacji, w której na moment Kruczonoc zabrzmiał życiem. Było to lekko niepokojące, ale nie wydawało się specjalnie niewygodne. Sięgnąłem swoją dłonią po dłoń swojej siostry i wstałem oddając jej płaszcz.
- Wróć na dół i wyśpij się. Prawdopodobnie jeszcze kilka razy pojawią się błyskawice, więc pójdę się przejść. Zbadam może drugą część miasta, potem wrócę. Przyda mi się mały trening przed snem. - Powiedziałem pół żartem, pół przekąsem, bo nie do końca miałem ochotę ruszać się z miejsca, ale dbałem o nasze wierzchowce i względny spokój. Plus potrzebowałem zmęczyć organizm żeby szybciej pozbyć się promili i dobrze zasnąć.
- Wiem, że nie lubisz słuchać, ale zwyczajnie proszę. Nie idź za mną. Wrócę jak tylko wszystko ustanie. - Widziałem, że jest zmęczona, zresztą dobrze będzie jeśli w razie czego przynajmniej ona się wyśpi.
Zawróciłem do naszej bazy wypadowej, zabrałem jednego cymbała (nóż), a następnie zarzuciłem na siebie koszulę i wyszedłem pośpiesznie kierując się w stronę studni. Czułem pulsującą wewnątrz mnie manę. O ile regeneracja nie należy do najwygodniejszych chwil, o tyle mogłem być pewny, że wróciła prawie do swojego maksimum. Złapałem za ostrze, podszedłem do jednego ze zrujnowanych domów i wyciągnąłem pierwszą lepszą deskę, z której mogłem zrobić pochodnię. Brak odpowiedniego materiału był w prawdzie problematyczny, ale i ten miałem nadzieję znaleźć. Z koszuli nie będę go robić, a potrzebuję zaglądnąć w kilka miejsc.
Szedłem uliczkami, mijając widziane wcześniej obiekty, czy raczej ich pogorzeliska. Nawet na drodze dostrzegałem swoje wczorajsze ślady. Ruszyłem za nimi docierając do studni. Zostawiłem tam dwa wiadra, gdyż nie byłem w stanie zabrać ze sobą wszystkich. Wziąłem ze sobą jedno, oglądnąłem je dokładnie żeby się upewnić, że nic w nim nie ma. Spojrzałem w kierunku przystani, z której przybyliśmy do Kruczonocu. Moje nogi mimo woli ruszyły w tamtym kierunku. Nim się obejrzałem, znalazłem się na wzniesieniu widząc z góry wszystko to co obejmował aktualny krajobraz. Jeśli pływały tam zwłoki Aquamenów, próbowałem je policzyć. Być może zwróciło coś jeszcze moją uwagę, ale chwilowo nie czułem się w pełni mocy do analizowania rzeczy jakie dostrzegałem. Zmęczenie na tym etapie zrobiło swoje, alkohol także, no i regeneracja many dała o sobie znać. Co prawda od mojej podróży ze studni pojawiło się tylko jedno wyładowanie prawdopodobnie ostatnie, mimo to mogło jeszcze się pojawić. Nim dojdę do naszej bazy, wszystko wróci do normy. Zwróciłem wzrok na horyzont, na którym za jakąś godzinę zacznie pojawiać się pierwsza poświata słońca. Zszedłem w dół pod molo i zawróciłem w kierunku domków. Wydaje mi się, że należały do tutejszych rybaków, widziałem je przed tym jak wskoczyłem z Łatą i ekwipażem do wody. Warto sprawdzić czy nie ma tam beczek z rybami. Nawet jeśli nie są pierwszej jakości, z całą pewnością pozostawiono je w beczce z marynatą. O ile się nie mylę, niektórzy wkładali zamarynowane beczki, do chłodnego dołu z wodą, w której psucie się produktów zdecydowanie spowalniało. Domki znajdowały się jakieś dwieście metrów od mola, a za nimi ciągnął się las. Miałem drobne obawy, że żyją tam jakieś wesołe niedźwiadki, co lubią wpierdalać takie zbłąkane jak ja gagatki, ale nawet jeśli, mana jest moim zdaniem ustabilizowana. Jebnąć kilka razy piorunem to nie problem. Albo się przestraszą i uciekną, albo padną od mojej mocy. Huehuehue. Chyba humor mi zaczął wracać. To dobry znak. Trzeźwieję. No i przy okazji samopoczucie lepsze, a to ważne.
Dotarłem do najbliżej postawionego ode mnie obiektu, był w zadziwiająco dobrym stanie. Dach nienaruszony, zrobiony z siana i typowy rybny smród. Był tak intensywny, że najpierw zacząłem ziewać ze zmęczenia, a potem zastanawiać się co tam tak jebie niemiłosiernie. Wszedłem do środka przygotowując cymbałka do ataku. Gdyby coś na mnie wyskoczyło, najpierw odpaliłaby się moja zbroja błyskawic, potem nasyciłbym w mniejszym stopniu ostrze aurą piorunów. Nie mogłem tego robić tak efektywnie i efektownie jak na sowim Rairyuu, ale wciąż miałem do czynienia z żelastwem, które nabierając energii, emanowało pole elektromagnetyczne, dobrze wyczuwalne. Czym jest pole elektromagnetyczne? Daimon kiedyś mi o nim opowiadał, tworzy się przy dużych ładunkach elektrycznych, którymi są właśnie moje błyskawice/pioruny jak zwał tak zwał. W sumie to częściej błyskawice, gdyż wolę ograniczać swoją obecność. Różnica między jednym a drugim jest prosta. Pioruny są zjawiskiem z efektem akustycznym, zaś błyskawice nie. Jedynym plusem piorunów jest przeraźliwy hałas, od którego większość istot spierdala a przy okazji gromadzi więcej mocy. Tak. Pioruny są potężniejsze jako magia od błyskawic, ale nie posiadają efektu zaskoczenia. Chociaż... Same błyskawice nie należą do specjalnie skrytej magii. Raz użyjesz i każdy ją widzi. Może i nie wszyscy pojmują, ale rozumieją, że nie wolno się zbliżać. Gemm tego nie rozumiała, za to jestem prawie pewny, że instynktownie czuła bezpieczeństwo. Nie skrzywdziłbym jej.
Wszedłem do środka, smród buchnął w moje nozdrza przyprawiając o odruchy wymiotne. To nie był zapach samych ryb. W tym miejscu rozkładały się jakieś zwłoki i nie tylko? Rozglądnąłem się dookoła. Pod ścianą leżało na w pół zjedzone ciało jakiego człowieka. Krew rozpryskała się na pół pomieszczenia a samo ciało wyraźnie poddało się procesowi psucia. Chociaż widząc tę maskarę, było zepsute jeszcze zanim się zaczęło psuć. Odwróciłem głowę w drugą stronę, gdzie nie widziałem niczego niepokojącego, zaś smród był wyraźnie intensywniejszy. Były tam odchody. Dużo odchodów, i to nie małych bobków a jakaś jebana breja. Ktoś tutaj miał srakę i dam sobie chyba rękę upierdolić, że to wszystko wina radosnych niedźwiadków. Jeśli tu były, szukały rybek. Na pewno... Zawsze, kurwa, szukają rybek. Pff. Chuje.
Poszedłem na zaplecze. Okno wbudowane w drewnianą ścianę, dawało widok na las, zaś w podłodze widniała duża dziura wypełniona wodą. Bingo! Tam może znajdować się to po co przyszedłem. Spojrzałem w dół, a następnie w górę. Beczka była zaczepiona na linie, ale lina jest przerwana. Obok jest jeszcze jedna przerwana lina. Nie widzę tam za wiele. Kurde... Szkoda, że nie zabrałem ze sobą Szczęściarza... Ale już chuj... Chuj bombki strzelił, czy jak to się tam mawiało. Dobry Duronorze, boże mego szczęścia i stworzenia. Jeśli stwarzasz rybki, to weź stwórz tam na dole beczkę wypełnioną rybkami dobrej jakości. Przybliżyłem głowę do wodnego lustra, odbiła się moja twarz. Widziałem zmęczonego, pijanego, zdeterminowanego i wizualnie roztrzepanego gościa. "Przystojny jesteś draniu", przyznałem w duchu. Ignorując swoje odbicie, dojrzałem dwadzieścia centymetrów pod wodą, drewniane wieko. Wbiłem energicznie nóż w nie, ciągnąć do góry. Wieko ruszyło, ale nie otworzyło się od razu. Uderzyłem jeszcze raz, wyciągając w górę cymbałka. Otworzyło się. Miałem sporo krzepy w łapie, ale biorąc pod uwagę ile tam rybek musiało być i fakt leżenia beczki pod wodą, raczej przekreślał moje szanse na je wyciągnięcie. Chociaż... Mój talizman polepszył moją siłę i zwinność, mógłbym spróbować... Nie, jednak nie chce mi się.
Wbiłem w dół nóż i wyciągnąłem na nim rybkę. Była zamarynowana i gotowa do przyrządzenia. Pachniała jak... Ryba, nie wyglądała na zepsutą. Wstałem, wyszedłem na zewnątrz, złapałem za wiadro, wróciłem i zacząłem napełniać je rybami. Co prawda nie wszystkie się nadawały i miałem ograniczone miejsce, ale wciąż wiele z nich mogłem z powodzeniem zapakować. Uzbierałem w ten sposób około 26 ryb. Jak się tak przyglądałem zdawałem sobie sprawę, że wyciągam młode łososie. Największe osobniki dorastają do stu pięćdziesięciu centymetrów, a tutaj miałem rybki po trzydzieści może czterdzieści centymetrów. Wiadro upchałem nimi po brzegi, więc czas wracać.
Wyszedłem, zaczerpnąłem świeżego powietrza. Moje zmysły pracowały intensywnie. To był taki moment, kiedy od samego początku czułem się swobodnie, bo każdy zmysł śledził moje bezpieczeństwo. Nie wyczuwałem żadnej obecności, nie słyszałem, nie widziałem także niczego niepokojącego. Wróciłem po swoich śladach. Chciałem zaglądnąć do reszty domków, ale uznałem, że jestem zmęczony, wrócę tutaj może po odpowiednim spoczynku.
Skierowałem się do Kruczonocu, będąc na wzniesieniu obejrzałem się przez ramię. Miałem wrażenie, jakby coś mnie obserwowało a może po prostu coś podpowiadało mi, że w morzu znajdują się nie tylko Aquameny. W każdym razie nie dostrzegłem nic, za to poczułem lekki niepokój pociągający mnie do przyśpieszenia kroku.
- To jest turbo nie śmieszne. - Przyznałem na znak dezaprobaty dla uczucia niepokoju. Minęło może piętnaście minut, może dwadzieścia aż dotarłem na miejsce. Szczęściarz zerknął na mnie wodzony węchem. Widziałem, że oczy błysnęły mu z zainteresowania, jednak po mojej minie szybko wywnioskował, że jedzenie trzeba przygotować to też wrócił spać machając swoim ogonem. Zostawiłem ryby na zewnątrz, przemyłem dłonie w wodzie zostawionej we wcześniejszych kubłach i zszedłem na dół do Gemmy, kładąc się obok niej. Zasnąłem prawie od razu.
Jak zwykle śniłem o mało ciekawych rzeczach. Powtarzające się schematy przelatywały przez moją głowę dając upust mojej frustracji. Niemniej wypocząłem, a kiedy się obudziłem dostrzegłem jeszcze śpiącą Gemmę, która lada moment sama się wybudzi. Ognisko dawno zgasło, zaś promienie słońca otulały nasze twarze, przedostając się przez dziurę w drewnianym suficie. Wstałem, ubrałem się, przygotowałem pełen rynsztunek, doglądnąłem naszych wierzchowców. Czułem lekkiego kaca, ale nie był duży. Regeneracja many była dobrym momentem, bo i kaca podleczyła. Teraz zjeść dobre śniadanie i w drogę!
Zabrałem się za przeglądnięcie nocnego łowu, widziałem, że brakło dwóch ryb. Wilk jednak zrobił sobie śniadanie sam. Chciałem w tym momencie powiedzieć coś odpowiedniego, wyniosłego, pełnego dezaprobaty, braku poszanowania dla sytuacji...
- No kurwa. - Tyle wymyśliłem. Szczęściarz zwrócił łeb na mnie, szyderczo machając ogonem. On już wiedział w nocy, że będzie miał śniadanie. Ale niech go chuj srogi strzeli w łeb, będzie się oblizywał smakiem teraz.
- No i czego cieszysz ryja? Szczęściarz to widać nie tylko imię na pokaz. Ale wiesz? Teraz nie dostaniesz pieczonej ryby, hehehe. - Wyjaśniłem czując powracający humorek. Pogoda była ładna, jedzonko pod nosem i alkohol na zapas. Możemy wracać. Wilk spojrzał na mnie i kilka razy mruknął w taki sposób jakby się ze mną wykłócał, że nie powinienem tak robić. Jakby ktoś słyszał od boku jego wycie, doznałby wrażenie, że Szczęściarz próbuje powiedzieć "Jeb się, Kevin. To nie jest zabawne. Rozumiesz, to nie jest zabawne, Kevin." Dodajmy do tego jego proszącą mordkę i mamy obrazek czysto-złego sukinsyna. Widać, że ja go wychowałem. Hehe.
Rozpaliłem na zewnątrz ognisko, póki Gemm jeszcze nie wyszła. Przygotowałem ryby, oddzieliłem mięso od łusek, wyciągnąłem z chirurgiczną precyzją ości, a potem wrzuciłem na ogień i usmażyłem, doprawiając kilkoma pozostałymi z wczorajszej potrawki ziołami. Kiedy wszystko było gotowe, podstawiłem jedną rybę Szczęściarzowi, jedną sam zjadłem, a jedna czekała na moją siostrę, która zaraz pewnie ją zje wiedziona zapachem. Przyznam, że aromat był. Oj pachniało zajebiście! Ślinianki pracowały intensywnie więc to o czymś świadczy. Swoją drogą, te ryby i część alkoholi zabierzemy ze sobą. Zawinięte w pościel, którą znalazła łowczyni, kompleksowo przymocowane za siodłem. Nic nie wypadnie. Oj nic. Już ja tego dopilnowałem. Rybki były w wiadrze, ale owiniętym miękko żeby Łacie nie sprawiać problemów, zaś alkohole zostały zawinięte poziomo i przymocowane do wierzchowca Gemm. W sumie zabraliśmy osiem dużych trunków. Tylko tyle zmieściliśmy. Reszta została do czasu aż tutaj wrócimy lub wrócę sam z wilkiem. Jakby na to nie spojrzeć, obiecałem swój powrót Angafei. A jeden DŁUŻSZY przystanek w Kruczonocu, byłby nawet na rękę.
Kiedy wszystko przygotowaliśmy, ogarnęliśmy i upewniliśmy, że nic nie zostało, osiodłaliśmy wierzchowce ruszając w stronę jednej z bram wioski/miasta. W kierunku Lothil... Słońce otulało nasze twarze, a ja na pożegnanie zwróciłem głowę w kierunku morza. Cały czas miałem wrażenie, że coś tam widziałem, ale nie potrafiłem zdać sobie sprawy z tego co tam zobaczyłem. No nic...
- Ruszajmy w drogę! - Oznajmiłem ochoczo, ciągnąc za wodze swojego wierzchowca. Stolico. Niedługo do ciebie wrócę, czekaj na mnie.


Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.06.2016, 19:19 przez Duriel.)



DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






03.06.2016, 19:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Opuszczona wioska Kruczonoc
#15

Trudno było się kontaktować w taką śnieżycę. I w dodatku jadąc konno. Mimo tego, taka podróż byłaby cholernie nużąca. Oczywiście Nether niejednokrotnie wykazywał się być nad wyraz cierpliwy i potrafił znosić nudę, ale mając okazję rozmawiać z kimś pokroju Bana, trudno było się powstrzymać przed pytaniami.
Brodacz podjechał więc nieco bliżej towarzysza, choć zachowywał bezpieczną odległość, a może nawet i nieco zbyt bezpieczną. Tak czy inaczej, wciąż nie był szczególnie pewny swych zdolności jeździeckich; wypieprzyć to się nie wypieprzy na prostej drodze, ale a nuż to jego koń się spłoszy, albo koń Bana, i tyle będzie z komfortu podróży...
- Banie z Revii, a powiedz no mi... w jaki sposób zdobyłeś taką siłę? - zagadnął w końcu, próbując się przekrzyczeć przez warunki pogodowe, a przy okazji nie odgryźć sobie języka. - Ja miałem mentora, o którym inni wojownicy mogą tylko pomarzyć, a mimo tego, nie dorastam ci do pięt w walce! - darł się, mając nadzieję być dobrze usłyszanym. - Pewnie w Revii jest groźniej i w ogóle, ale czy mus przetrwania to cały sekret? Jakoś wierzyć mi sie nie chce!
- A te wilki... słyszałeś tę historię od Rutmira, co? Że w okolicy tej wioski, do której zmierzamy, czczono jakieś dziwne bóstwo? Myślisz, że przez to, że ta osada się sfajczyła, zniszczono jakąś pieczęć, która utrzymywała tego stwora w ryzach? A ten z kolei jakoś... nie wiem, zmutował istoty wokół? Te wilki mogły być jakąś... nie wiem, manifestacją jego powrotu, czy coś... myślisz, że to samo mogło stać się z okoliczną ludnością? Może to za daleko idące wnioski, ale... A, mniejsza. Zobaczymy na miejscu. - mówił już trochę mniej donośnym głosem. Nie wiadomo było w sumie, czy te ostatnie kilka zdań wygłosił bardziej do Bana, czy do samego siebie, po prostu porządkując myśli. Dobrze jest czasem pogadać z ego; łatwiej uporządkować fakty i wpaść na jakiś nowy pomysł.
Pogoda dokuczała podróżnikom, ale nie mogła ich powstrzymać. Mróz w sumie był na rękę Netherowi, który rany na poliku nie opatrzył; krew jednak krzepła w zimnie bardzo szybko, a więc i chorobom trudno było się przedostać do środka takiego Mędrca. No i po prostu brodacz wolał taką pogodę, niż jakieś upały.
Po kilku godzinach względnie spokojnej podróży, wioska zarysowała się przed oczami niewielkiej i niepełnej drużyny.
- Teraz trzeba się rozejrzeć, czy aby jakieś bestie nie krążą za blisko, no i zapewnić jakieś względne bezpieczeństwo... a rankiem rozeznać się z sytuacją ze szczegółami. Po zmroku trudno będzie wypatrzeć czegoś na powierzchni, a odpoczynek nieodzowny. - zaproponował Nether. Odpoczynek w tym miejscu, nie będąc pewnym, czy wokół nie kręci się tuzin kolejnych wilków, nie był ani komfortowy, ani rozsądny. Równie dobrze miejsce to mogło być plądrowane przez jakichś bandziorów, którzy dostrzegając dym, zgromadziliby się tu i złupili to, co z wioski zostało. Dodatkowo, przy rozglądaniu się po powierzchni wioski (domyślam się, że jest jeszcze w miarę jasno), może spotkają oddział Sir Eduma, a co za tym idzie, wymienią się informacjami. Przydałby się też jakiś prowiant albo bandaże, ale w spalonej doszczętnie osadzie będzie pewnie dość trudno o takie zapasy... chyba że w piwnicach. Tak, one mogły się ostać. I tam będzie najbezpieczniej odpoczywać. - Myślisz, że ci strażnicy, których tu wysłano, przeżyli? - zagadnął, choć bardziej dla przerwania ciszy, niż z ciekawości. Szczerze mówiąc, miał nadzieję, że spotkają ich żywych, ale raczej ze względów praktycznych, niż jakichś... emocjonalnych, czy coś. Zwyczajnie wygodnie byłoby zyskać jakąkolwiek informację odnośnie tego, co się tu wydarzyło, no i co działo się w międzyczasie.
04.06.2016, 22:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Opuszczona wioska Kruczonoc
#16

STRAŻNIK
Miejsce: Zrujnowana wioska Kruczonoc
Pogoda: Mroźna (wieczór)
KRUCZONOC

ioska, do której dotarli dwaj wojacy była już na pierwszy rzut oka zrujnowana prawie tak samo jak Ruiny Miasta Norwel, z tą różnicą, że Kruczonoc został zrównany z ziemią stosunkowo niedawno. Niemniej widok tego miejsca dawał do zrozumienia, że w tym całym pogorzelisku wszelkie schronienie będzie trudne do znalezienia. Być może gdzieś w sercu Kruczej wioski znajdują się bardziej zdatne do użytku zabudowania, istnieje także szansa na znalezienie jakiegoś zachowanego prowiantu, który w opustoszałych piwnicach przetrwał zagładę, choć co do jego świeżości nie będzie żadnej pewności.
Ban spojrzał na Nethera tak jakby nie wiedział za bardzo co odpowiedzieć. Dla niego posiadana moc była rzeczą naturalną, wyćwiczoną przez lata jakie spędził na niebezpiecznym kontynencie.
- Urodziłem się inny. Ponoć raz na jakiś czas w mojej rodzinie przychodzi na świat dziecię, obdarzone specjalnymi zdolnościami. Nie da się ich zdobyć w żaden sposób, los decyduje o naszych możliwościach. Ja, pomimo ciężkich treningów i bardzo trudnych warunków, byłem w stanie przetrwać dzięki swojemu plemieniu. Polepszyłem swoje zdolności, odkryłem różne możliwości własnego organizmu i zmieniłem się w broń, która odbiera życie a także je chroni. - Wytłumaczył rzeczowo, chociaż mogło się wydawać, że pominął wiele ważnych kwestii. W każdym razie nie wiadomo byłe co siedzi revijczykowi w głowie. Zdawał się być zamyślony, ale nie odrealniony od otaczającej go rzeczywistości.
- Hmmm, wydaje mi się, że wyciągasz strasznie dalece wysunięte przemyślenia. Urzędnik w istocie opowiadał mi o tej całej wiosce i że coś tam czczono, ale nie do końca dawałbym wiarę, że zbudzono jakieś bóstwo, czy ki czort wie. Bardziej realnym byłoby stwierdzenie, że istnieje pewna grupa ludzi władających bardzo zaawansowaną magią. Nie wiem jak to się na nich mówiło... Akolaci albo akoloci chyba. W każdym razie sądzę, że ktoś tutaj miesza w rejonach górskich, możliwe, że część zwierzyny została magicznie zaszczuta a inna część wykreowana przy pomocy magii. Na tę chwilę przyjmuję swój scenariusz za bezpieczniejszy. Jeśli w tej wiosce byli wyznawcy "czegoś" możliwe, że mają jakiś konkretny interes w zniesławianiu Kruczonocu. Ludzie to zaprawdę paskudny gatunek, jeśli patrzeć na nas z perspektywy takiego Ni'Oth'a, jesteśmy dużo bardziej niebezpieczni niż Revenger. Kombinujemy, zdradzamy, planujemy, zabijamy się wzajemnie z błahych powodów. Dlatego stawiam za rozsądne przyjąć, że i teraz ręka ludzka ma znaczenie dla tego co się tutaj wyprawia. Jedynie martwi mnie pogłoska o tym, że wioska została spopielona przez smoczą istotę. Walka z takim to najgorsza rzecz jaką mógłbym założyć... - Powiedział wyraźnie zaniepokojony. W istocie sprawa spalonej wioski, wraz z tym co działo się w okolicach była bardzo problematyczna. Nikt nie wiedział gdzie szukać źródła informacji a jedyna rzecz jaką dwójka mężczyzn dysponowała to: Kruczonoc, jacyś wyznawcy, Tyra'el, obłęd, "Coś", martwe ciało, wilki. I teraz połącz to w coś sensownego. Być może istniało jakieś ukryte powiązanie między wszystkim składowymi. Możliwe również, iż dodanie pewnych informacji do tego co wiadomo obecnie, naprowadzi na jakiś sensowny tor myślenia.
- Aktywowałem swoją barierę na odległość dwustu metrów. Na większą interwencję nie mam ani many, ani siły. W mojej barierze nie ma nikogo poza nami, niemniej najszybciej będzie jeśli podzielimy się zadaniami. Tym razem zwolnię tempa, nie chcę zostać całkiem bez many w tym opuszczonym przez boga miejscu, ale nie chcę także pozostać ślepym na niebezpieczeństwo. Zajmę się naszymi wierzchowcami i pomedytuję chwilę żeby odzyskać siły. W tym czasie Ty spróbuj znaleźć jakąś zdatną do użytku chatę, może piwnicę? Za piętnaście minut widzimy się tutaj. Wtedy ja ruszę zbadać okolicę. Może natrafię na jakieś wskazówki. - Kończąc, przeciągnął się i rozruszał kończony, kiedy Kat zapytał o ocalałych, Ban spojrzał bez słowa na towarzysza dając mu do zrozumienia, że nie robi sobie nadziei na odnalezienie oddziału zwiadowczego.
25.06.2016, 15:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Opuszczona wioska Kruczonoc
#17

Paskudnie zrujnowana osada, ot, co się nasuwało na myśl, gdy spoglądało się na nią z oddali. W miarę przybliżania się, sytuacja jawiła się w coraz to gorszym świetle.
Ban był najwidoczniej zdziwiony zadanym pytaniem, ale Nether nie był ani trochę zdziwiony odpowiedzią. Która, swoją drogą, wiele mu nie rozjaśniła. Prawdę mówiąc, to niczego się nowego nie dowiedział. Ale cóż, tego naprawdę można było się spodziewać; każdy musi znaleźć własną drogę i nią podążać, zdobywać doświadczenia na błędach, ale i bez nich, starać się być mądrym przed szkodą; w ten sposób człowiek staje się silniejszy. Ban najwidoczniej musiał mieć w pizdu okazji do błędów.
- Heh. Pewnie masz rację. - rzucił Broghor, słysząc o swoich ponoć za daleko idących wnioskach. - Czasem moje myśli wędrują zdecydowanie za daleko. I choć karcę się za każdym razem, bo nie sposób przewidzieć przecież przyszłości samym rozumem, mając tak szczątkowe informacje, to biorąc pod uwagę ostatnie zdarzenia w moim życiu, ale i te odbywające się tutaj... cóż, przyjacielu, nawet jakby tuzin prastarych bóstw się zbudził, to i to by mnie szczególnie nie zadziwiło. - rzekł, siląc się na uśmiech, ukazujący się nieznacznie w prawym kąciku ust. Nie był szczególnie wesoły; był to raczej grymas albo niewiele znaczący, albo znaczący zbyt wiele, by w prostych słowach to ująć.
Słuchał jednak dalszego wywodu Bana, rozważając jego słowa. I rzeczywiście, ten człek mógł mieć sporo racji. Co prawda nie co do kształtu określenia "Akolici", który dwukrotnie pomylił. Akolici, czyli chyba najpowszechniejszy rodzaj ludzi potrafiących biegle władać maną. Może nie byli szczególnie pospolici, ale zdecydowanie nie byli też rzadko spotykani, przynajmniej na kontynencie. Widocznie wśród ludu Revii takie określenie nie było stosowane, choć Ban w pewnym stopniu przypominał właśnie Akolitę.
Chwilę później Nether zaczął jednak nieświadomie się cieszyć, że nie poprawił swego kolegi w wymowie tego określenia, gdyż sam zaczął zachodzić w głowę, czy zapamięta "Ni'Oth'a", czy też "Revengera", o jakich wspominał Ban. Już nie mówiąc o samej wiedzy, co się kryje za tymi słowami. Jedyne, na co brodacz wpadł dopiero po kilku chwilach, to to, że były to jakieś egzotyczne zwierzęta, spotykane jedynie na Revijskiej wyspie.
- Taa, to też możliwe. Tyle że nie sądziłem, by akolici potrafili tworzyć na tyle zaawansowane, niemal żyjące własnym życiem stwory. No i nie pasowało by to, że się żywiły na tym zwiadowcy. Twory magiczne chyba nie powinny czuć głodu. Ale, cholera, do jakiej kategorii bym tych wilków nie próbował wcisnąć, tam mi jakoś nie pasują, choćby w najmniejszym stopniu znajdzie się coś, co nie będzie odpowiadało danej kategorii. Ale faktycznie, nie jestem ekspertem w dziedzinie czarów, jakimi parają się akolici. - przyznał Kat, co było w pełni zgodne z prawdą. Zresztą, nie był ekspertem w żadnej dziedzinie magii. Ale starał się jakieś logiczne przemyślenia prowadzić. - Więc chyba masz rację, przyjmijmy tę opcję.
Można było zauważyć nieznaczną zmianę rysów twarzy Nethera, gdy ten usłyszał wzmiankę o smokach. Trudno było sprecyzować konkretne uczucia na podstawie tak nikle okazanej mimiki, ale coś się jednak zmieniło.
- Smoki... W istocie, walka z nimi to jakby zaciskanie pętli na własną szyję. Ale nie musimy z nimi walczyć. - uśmiechnął się Kat. - Przynajmniej liczę na to, że zdołam się z nimi dogadać. - rzekł po krótkiej przerwie. - Jako daleki krewniak. - dodał już ciszej. Prawdą było, że smok, do jakiego trafił na wychowanie, nie był wcale taki młody. Od wielu pokoleń był związany z rodziną Broghorów - która zresztą do młodych rodów też nie należała - paktem, o którym w sumie Nether zbyt wiele nie wiedział. Prawdopodobnie smoczysko liczyło sobie wiele wieków. Kat nie zdziwiłby się szczególnie, gdyby był uczniem jednego z najstarszych żyjących smoków. Faktem jest też, że nie przejawiał póki co szczególnie niesamowitych, smoczych zdolności, ale wiele jeszcze przed nim. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zdoła to "wiele" odkryć.
Nadzieje na dyplomatyczne wyjście z ewentualnego kontaktu z wielką, prastarą gadziną mogły być płonne, ale Nether zawsze pragnął poznać jakiegoś innego smoka, poza swoim dawnym mentorem. Zawdzięczał mu bardzo wiele, a sądził też, że różne smoki mogą posiadać różne doświadczenia, podejścia do ludzi i przedstawiać zupełnie inne mądrości. Fascynowało go to, że istnieją na tym świecie stwory, które żyją dłużej, niż niektóre miasta, a nawet i cywilizacje, posiadające wiedzę i moc znacznie przekraczającą jakąkolwiek ludzką jednostkę... a przynajmniej tak myślał - jak to przekładało się na praktykę, trudno było stwierdzić.
Brodacz doskonale wiedział też, że smoki są wrażliwe na magię jego i innych Mędrców. Nie miał jednak zamiaru wykorzystywać tego przeciw tym wspaniałym stworzeniom. Wręcz przeciwnie, liczył na zachowanie jak najbardziej pozytywnych stosunków. Często nie było to łatwe, ale naprawdę chciałby mieć smoka jako kumpla. Niesamowita sprawa.
Wracając do tematu, Ban widocznie nie żywił większych nadziei względem spotkania żywego oddziału zwiadowców, albo choćby jego części. Co w sumie dość ciekawe, bo wcale niedziwnym zbiegiem okoliczności byłoby, gdyby oddziału akurat nie było w tym miejscu, w trakcie katastrofy. Równie dobrze mogli być rozproszeni po okolicach, w poszukiwaniu wskazówek, a nie w centrum. Skoro jednemu udało się dotrzeć dalej na szlak, inni mogli zaszyć się gdzieś w pobliżu. Oczywiście, równie dobrze wszyscy mogli spoczywać nawet i w jednym pomieszczeniu, kończąc, spaleni żywcem. Obie opcje były jednak możliwe, żadna zaś nie była pewna. Póki były szanse na odszukanie kogoś żywego - albo nawet i ciała, które przecież mogło nieść ze sobą kolejną poszlakę - należało szukać. W końcu każdy trop może się przydać.
Póki co jednak, Nether miał zamiar skupić się na poszukiwaniu schronienia na noc. Zrobiłby to i bez polecenia Bana; to jednak utwierdziło go w tym przekonaniu. Wiedział też, że nie ma co czekać na towarzysza, zatem mógł wyruszyć bez jakiegoś ociągania czy szczególnych konsultacji.
W poszukiwaniach rzeczywiście najlepiej było skupić się na piwnicach; jeżeli jakiekolwiek pomieszczenie ostało się na otwartej przestrzeni, najpewniej było w opłakanym stanie, w dodatku nie zapewniało też żadnej ochrony ani przed warunkami pogodowymi, ani przed bardziej żywymi niebezpieczeństwami, jakie mogły czaić się w okolicy.
Co jednak trzeba było zrobić, by znaleźć porządną, zdatną do użytku piwnicę? Ano najlepiej szukać jak najbliżej centrum tego połacia ruder. Bliżej centrum zazwyczaj odnajduje się budynki o większym znaczeniu strategiczno-gospodarczym, zajmowane przez ludzi o bardziej prestiżowych pozycjach w hierarchii społecznej. Tymczasem im lepszy budynek na zewnątrz, tym większe były szanse, że w parze szła z tym równie dobrze wykształcona piwnica. I ewentualne zapasy. Takimi właśnie kryteriami kierował się Nether, łażąc w okolicy i rozglądając się za widocznymi dziurami w ziemi, klapami czy jakimikolwiek innymi miejscami, mogącymi stanowić przejścia gdzieś pod ziemię. Oprócz tego, starał się zwracać uwagę na większe gruzowiska, gdzie większą część budynku stanowił kamień czy cegła. Były one znacznie droższe od drewnianych, zatem i wtedy miały spore szanse na dobrze skonstruowaną i wyposażoną piwnicę.
Oczywiście, mogło być inaczej, mogło się okazać, że zaledwie budynek dalej, pod niepozornymi kilkoma deskami zwyczajnej szopy, znajdowały się bezpieczne podziemia z kilkoma baryłkami porządnego piwa, a Broghor błądzi gdzieś po gruzach i znajdzie najwyżej jakiś ładny kamień albo zadrę w dup... w stopie. Ale jeśli tak, to trudno; podły los i tyle.
I, po krótkich poszukiwaniach... cholera, zdawać by się mogło, że w Kruczonocu nikt nie robił piwnic. Albo brodacz tak kiepsko szukał. Ale raczej nie; widocznie przed jego względnie bystrym okiem umykały wszelkie przejścia, zasypane popiołami, przypalonymi deskami, gruzem, niewiele znaczącymi, popsutymi przedmiotami, w których trudno było znaleźć ich dawne zastosowanie. Nie znalazł ani jednego schronienia. Nie było jednak aż tak trudno o nieco materiałów do budowy czegoś; choć cudów nie było, to raczej na spokojnie znalazłoby się deski, które były dalej zdatne do użytku. Pod gruzowiskami dało się też dostrzec jakieś szmaty, które wyglądały na w miarę dobrze zabezpieczone przed spłonięciem. Jeśli uda się je wygrzebać, co nie powinno być szczególnie trudne, przy odrobinie dobrej woli i pracy, to prawdopodobnie będzie można wykorzystać je do budowy czegoś na kształt schronienia.
Cóż, to chyba będzie musiało im wystarczyć.
Nether nie zbierał jednak tych materiałów: po pierwsze, nie było na to czasu, jeśli miał być punktualnie kwadrans po wyruszeniu, a starał się być w miarę uczciwy pod tym względem. Po drugie - nie było sensu zbierać teraz tego wszystkiego, skoro i tak pewnie wybudują się gdzieś w centrum wioski, żeby zasłaniające wzrok gruzowiska i zapach spalenizny, który gdzieniegdzie wciąż się unosił, ochronił ich od ewentualnych, niepożądanych spotkań.
Kat ruszył więc, kierując się w umówione miejsce. Mimo stwierdzenia Bana, że w okolicy raczej nie ma niczego groźnego, nie tracił na czujności. Wyostrzone zmysły były tu co prawda nieco przytępione przez wyżej wspomniane okoliczności, ale i tak powinny zdołać ostrzec go przed zagrożeniami. Na których skupił się głównie słuchem, bo wzrok padał pod nogi - głupio byłoby przebić sobie stopę jakimś gwoździem, czy coś.
30.06.2016, 17:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Opuszczona wioska Kruczonoc
#18

STRAŻNIK
Miejsce: Zrujnowana wioska Kruczonoc
Pogoda: Mroźna (wieczór)
KRUCZONOC


ether idąc przez zniszczoną wioskę, dojrzał... Czy raczej wyczuł dzięki swoim smoczym zmysłom, czyjąś obecność. Jeśli ruszył za swoim nosem, zobaczył zawaloną karczmę, która dalej prowadziła do swojej piwnicy. Wyraźnie niedawno ktoś w niej był, bowiem ludzka woń unosiła się pozwalając Katowi stwierdzić, iż przebywała tu dwójka ludzi, w tym dwójka zwierząt. Nie... Trójka. Dwa wierzchowce i jakiś... Pies? Przynajmniej po odciskach łap zostawionych na brudnej drewnianej podłodze, mógł coś takiego wywnioskować. Prawdopodobnie pojechali do Lothil, bacząc na ślady jakie zostawili.
Przyglądając się uważniej okolicy, zobaczyłby wyrąbaną w deskach dziurę, a w niej ugaszone ognisko. Prawdopodobnie ktoś zrobił w tym miejscu swoją kwaterę polową. Wewnątrz znajdowały się regały z alkoholem, który nie wiedząc czemu, był nietknięty. No... Poza kilkoma butelkami leżącymi na podłodze. Prawdopodobnie dwójka obcych, musiała zabawiać się nieźle w tej opuszczonej przez bogów otchłani. Jeśli byli to mężczyzna i kobieta, tym bardziej bawili się świetnie. Przynajmniej do takich wniosków mógł dojść Nether.

Gdyby postanowił zignorować zauważone miejsce, wróciłby w spokoju do swojego towarzysza. W między czasie, gdzieś z końca Kruczonocu zaczęły wyć wilki. Jeden, dwa, trzy... Coraz więcej. Po dotarciu w umówione miejsce, zobaczył Bana siedzącego spokojnie w jednym miejscu. Wyglądał zupełnie tak jakby medytował. Jego ciało zdawało się być bielsze niż wcześniej. Zaś, gdy Kat zbliżył się bardziej, ten uniósł kąciki ust, uśmiechając się.
- Dookoła nas jest szesnaście wilków. Nie wiem czy tego samego pokroju co tamte bestie, ponieważ moja magia chwilowo jest bardzo słaba, ale z niewiadomych powodów, nie atakują. I jak? Znalazłeś coś? - Zapytał, przy okazji racząc Broghora garścią nowinek. Na przekór mało komfortowych. Jednakże mając na uwadze magię mędrca, wilki nie musiały stanowić zagrożenia o ile ten zbudowałby swego rodzaju schron. Jakby na to nie spojrzeć, przy pomocy swojej magii mógł zbudować im bazę wypadową. Jednakże znacznie bardziej opłacalne byłoby stworzenie takiej bazy w miejscu, w którym wyczuł czyjąś obecność.

W głowie Nethera pojawił się błysk. Zobaczył w głowie swojego smoczego nauczyciela sprzed lat, a chwilę potem jakieś dwa inne smoki, których zupełnie nie rozpoznawał. To był krótki przebłysk, ale jego umysł coś mu podpowiadał. W zasadzie... To wyglądało tak jakby ktoś chciał się z nim porozumieć.


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







23.11.2016, 23:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Opuszczona wioska Kruczonoc
#19

Kat, przemierzając zgliszcza, szczerze liczył na odnalezienie jakichkolwiek wskazówek, ale i nie robił sobie szczególnie wielkich nadziei. Tym większe było jego zaskoczenie, że w pewnej piwnicy - najpewniej karczemnej - wciąż unosił się ludzki zapach. Zapewne obecność gospodarza owego przybytku zdążyłaby wywietrzeć, chyba że wydzielał... naprawdę intensywną woń. Dlaczegóż jednak nos Nethera wyczuł również zapach pozostawiony przez kogoś innego? Z tego co udało się wywnioskować Mędrcowi, przez jakiś niedługi czas rezydowała tu ludzka para wraz z wierzchowcami i chyba jakimś psem czy wilkiem. Tak wskazywały jego zmysły, jak i zdrowy rozsądek po zauważeniu kilku szczegółów, takich jak odciski butów czy łap odbite od pyłu, jaki osiadł po pożarze, czy chociażby porzucone parę butelek. Trudno było jednak orzec, czy byli to jacyś podróżnicy szukający schronienia, zwykli szabrownicy - chociaż to raczej nie, bo wiele wina by tu zapewne nie zostało - czy może... zwiadowcy, którzy mogliby w sporej mierze wspomóc Bana i Nethera. Może. A może i nie.
Tak czy inaczej, krótkie oględziny powinny wystarczyć, by uznać to miejsce za całkiem dobre na choćby chwilową kryjówkę. Przed odejściem, smoczy potomek rzucił jeszcze okiem po ścianach znalezionej piwnicy. Interesowały go ewentualne prześwity przez deski (lub cegły, kamienie czy jakikolwiek inny materiał, jaki posłużył twórcy budowli za budulec). Przydałaby się jakaś droga awaryjna - którą, w przypadku gołej ziemi, Mędrzec mógł sobie bez trudu utorować - gdyby przerośnięte wilki postanowiły zorganizować zasadzkę tuż nad jedynym wyjściem. Gdy już to zrobił, pomyślał też nad możliwością wprowadzenia tu wierzchowców. Czy będzie musiał użyć magii, by poluzować wejście? A może konie będą mogły skryć się gdzieś indziej?
Gdy wyskoczył z podziemnego pomieszczenia, po krótkiej chwili zorientował się, ze opuszczona wioska... wcale nie jest tak opuszczona, jaką pozorowała. Wokoło bowiem dało się słyszeć wilcze wycie. Z jakiegoś względu jednak te stworzenia nie atakowały, choć ze sporą pewnością Nether był w stanie orzec, że zostali z Banem przez nie wyczuci. Pomimo tłumiącego zapachu popiołów, Mędrzec wciąż miał na uwadze doskonały węch psowatych, ale i dobry słuch i wzrok.
Kierując się w stronę, w której spodziewał się swojego towarzysza, zastał go - choć w pozie może trochę nieoczekiwanej. A raczej niespodziewanej po przeciętnym człowieku. Mężczyzna pokroju Bana chyba żadnym zachowaniem nie zdziwiłby już Kata. Słowa wygłoszone po tym, jak Broghor zbliżył się na komunikatywną odległość, były spodziewane. Nawet co do ilości stworów zdolności sensoryczne towarzysza brodacza pokrywały się mniej-więcej z jego domysłami.
- Szesnaście. Moglibyśmy mieć z nimi nie lada problem, gdyby zaczęła się walka. Cała sytuacja wygląda na zasadzkę, a jednak wilki zdają się na coś oczekiwać. - powiedział Nether, bardziej niż próbując orzec coś błyskotliwego, miał na celu bardziej ustabilizowanie własnych przemyśleń względem natury owych stworzeń. Przysiadł się w odległości na dwa kroki od Bana, jakoś lepiej czując się, mając więcej bezpośredniego kontaktu z ziemią. - I nie wątpię, że są podobne do tych, które już spotkaliśmy. To byłby dziwny zbieg okoliczności, gdyby zwykłe wilki wychodziły tu na polowanie. Ziemie opustoszały już spory czas temu, choć nie wiem, ile dokładnie... Tydzień, może parę, tak na oko. Tak czy inaczej, wataha prędzej znalazłaby pożywienie gdzieś w lesie, niż w tych zgliszczach. Przynajmniej jak dla mnie. - kontynuował, próbując oszacować, kiedy dokonano tych zniszczeń, zwracając szczególną uwagę na intensywność zapachu spalenizny i stan ruin. - Ale, wracając. Znalazłem. Piwnica jakiejś gospody ostała się w dobrym stanie. Kryjówka to będzie bezpieczna i wygodna. W środku jest chyba wino i może jak poszperamy, to znajdzie się coś jeszcze. Jedyny problem byłby taki, że ktoś mógłby zasadzić się na nas przy wyjściu, ale nazajutrz, jak odpocznę, nie powinienem mieć problemów ze stworzeniem tylnego wyjścia. - zakończył, rozglądając się za Kulką i drugim wierzchowcem, jakie Ban miał przez jakiś czas pod swoją pieczą. Gdy znalazł klacz, zawołał ją cicho i poklepał, pogłaskał po karku. - Co myślisz? - zagadał, wracając wzrokiem na rozmówcę, znając jednak chyba już jego decyzję. Nie ociągając się, ruszył w stronę, z której niedawno wrócił, prowadząc za sobą resztę kompanii.
Nagle Nether odczuł coś dziwnego. Coś na kształt... przypomnienia sobie jakiegoś dawno zapomnianego, lecz niebywale istotnego faktu?... Nie, to było coś innego - dziwny przebłysk, wpływający jakoś na Kata, jednakowoż nie do określenia słowami było, w jaki sposób. Z odmętów jego umysłu wyłonił się nagle jego dawny, smoczy mentor. Majestatyczny, ogromny. Mądry, zrównoważony, ale jednocześnie szalenie groźny dla tych, którzy śmieli naruszać jego spokój. Raczej było to miłe skojarzenie, jednakże przez kręgosłup Kata przebiegły dreszcze. A po chwili smok przeistoczył się... albo i nie, raczej nie - w jego miejsce pojawiły się inne, dwa różne od siebie smoki. Tych z kolei Broghor ani trochę nie kojarzył, choć był niemal pewny, że nie były zwykłym wytworem jego wyobraźni.
Co to miało oznaczać? Trudno powiedzieć. Jeszcze nigdy się coś takiego mu nie zdarzyło... Chyba. Niecodzienny impuls wzbudził jednak w Netherze dwa odczucia. Pierwszym była niejaka tęsknota - wizerunek swego nauczyciela, ale i przybranego ojca, spowodował nostalgiczne emocje zarówno za samym przypomnianym obiektem, jak i miejscem, na którym rezydował - rodzimej wyspie Kata. Odruchowo zacisnąwszy pięść, kolejny raz w duchu Mędrzec poprzysiągł sobie, że nie daruje zdrajcom swojej rodziny zniewagi sprzed lat.
Druga impresja była mniej spodziewana i oczywista, gdyż niosła za sobą coś na kształt... chęci skontaktowania się? Oczywiste następstwo tęsknoty, ale zdawało się, że to miało jakieś głębsze podłoże... Kat postanowił zagłębić się w swój umysł w poszukiwaniu odpowiedzi na ten sygnał. Bogowie jedynie wiedzieli, co tu się stało. Niestety mieli to do siebie, że rzadko odpowiadali na zapytania śmiertelników.
30.11.2016, 07:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Opuszczona wioska Kruczonoc
#20

STRAŻNIK
Miejsce: Zrujnowana wioska Kruczonoc
Pogoda: Mroźna (wieczór)
1. CHWILA ZAWAHANIA
2. PODEJMUJĄC DECYZJĘ

ilki stały na wzniesieniu, oświetlone księżycową poświatą uważnie lustrując dwójkę podróżników, znajdujących się w dole pod bestiami. Ban wydawał się nerwowy, zupełnie tak jakby coś go zmartwiło. Być może to tylko bujna wyobraźnia, która tworzyła scenariusz niespodziewanego ataku. Ataku, w którym wojownik z Revii byłby bezbronny i zdany na łaskę swojego towarzysza. Złowrogie wycie wilków, tworzyło naturalną symfonię, ściszając się z każdą chwilą, ale nie dlatego, że brakowało im oddechu. Wilki brzmiały tak jakby znikały jeden po drugim. Wtem ban odwrócił głowę jakby w naturalnie przyswojonym tiku nerwowym.
- Moja magia do reszty zniknęła. Ale coś jest nie tak. Odniosłem wrażenie jakby wilki łączyły się w... - W tym momencie do uszu Revijczyka i Nethera doszło potworne wycie, inne od tego, które było słychać chwilę temu. To brzmiało bardziej jak mieszanka kilku tonacji wyjących w tym samym momencie, budząc dreszcze. Ani Ban, ani Broughor nie mogli dojrzeć swojego obecnego powodu do zmartwień. Wtem towarzysz mędrca zakaszlał krwią pokazując dłonią, że muszą się pośpieszyć i znaleźć jakąś kryjówkę. Prawdopodobnie nie mógł w obecnej chwili mówić. Zresztą słowa nie były potrzebne. Coś ich śledzi, coś będzie próbowało zamachnąć się na ich życie. Jeśli tutaj zostaną, kto wie co się stanie? Przynajmniej po postawie Bana można było wywnioskować, że rozsądnym jest natychmiastowe znalezienie kryjówki. Ta, o której wspominał brodacz będzie obecnie najlepszym rozwiązaniem. Problem mogły być wierzchowce oraz świadomość stanu revijczyka. Bacząc na sytuację ważniejsze jest ich życie niżeli koni, więc pozostawał głównie problem towarzysza. Rozwiązanie sytuacji zależało teraz głównie od Nethera. Miał ledwo dychającego kompana, który po ostatniej walce musiał bardzo ucierpieć. Do tego można było wyczuć odliczający się czas do czegoś... Niepożądanego z ich punktu widzenia. Jeszcze kryjówka plus ich zwierzęcy towarzysze stali pod znakiem zapytania.

Ponownie do głowy Nethera napłynęła jakaś myśl. Czuł, że może to być odpowiedź na jego próbę wyszukania odpowiedzi "co to za smocza wiadomość?". Jednakże razem z tym poczuciem, rozumiał, że coś go woła w podświadomości. Jeśli się temu podda, może na chwilę być niezdatny do funkcjonowania. Tylko, czy ta chwila znowu do niego wróci później? Czy będzie mógł oddać się próbom szukania odpowiedzi w bezpiecznym zaciszu? Nie potrafił tego stwierdzić. Za to doskonale znał obecną sytuację. Musiał więc podjąć jakąś decyzję. Co dalej?

Wsłuchując się mógł dosłyszeć stąpanie czegoś dwunożnego. Musiało to być duże "coś", bowiem znajdowało się po drugiej stronie wzniesienia a pomimo tego potrafił wyłuskać słuchem "jego" chód. Nie widział tego, ale było ciężkie i zdecydowanie zbliżało się w szybkim tempie. Przynajmniej taki wniosek nasuwał mu się wraz z coraz to głośniejszymi krokami. Oprawca znajdował się około 500 metrów od nich. Może mniej, może więcej. Tego nie dało się określić.

Niebo było przejrzyste zaś klimat mroźny. Wiatr docierający od strony morza, przywodził myśli o sztormach jakie w obecnej chwili muszą mieć miejsce. Więc? Co stanie się potem? Jak potoczą się losy Nethera Broghora i Bana z Revii? Tylko Duronor jeden wie, trzymając ich los w swojej łasce. 


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







14.03.2017, 14:48
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
2 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna