Drogi kupieckie
#91

STRAŻNIK
Rozpoczęcie walki



Mędrzec chciał unieść dłonie, aby okazać przeciwnikom swoje pokojowe zamiary, jednak w duchu planował już kontratak. Niestety, mężczyźni, którzy byli strażnikami, bądź najzwyczajniej się pod nich podszywali nie zamierzali czekać na atak ze strony przeciwnika.
Ich ataki zsynchronizowały się. Kiedy Rhaegar zaczął kumulować w dłoni energię i tworzyć ognistą kulę, strażnik wystrzelił w jego stronę z kuszy. Mimo, iż mędrzec starał się jak najszybciej uskoczyć przed atakiem, to niestety ciało nauczone walki mieczem i innych bezpośrednich potyczek nie było przyzwyczajone do zwinnych zwrotów. W momencie uskoku bełt przeszył ubranie na lewym ramieniu smoczego syna i mimo, iż nie przebił się on przez jego środek, to dość mocno ranił mężczyznę rozcinając skórę. Mędrzec zaraz po upadku chciał uwolnić kulę ognia, jednak ogłuszony siłą zderzenia z ziemią i bólem ramienia nie był w stanie dokładnie wycelować.
Pocisk przeleciał strażnikowi nieco ponad ramieniem, po czym rozbił się na rosnącym za nim drzewem. Siła eksplozji jednak była tak silna, że żar z owego strzału poważnie poparzył twarz oraz plecy strażnika, przypalając jego ubranie. Ten wrzasnął wypuszczając odruchowo kuszę z ziemi i odruchu kładąc piekące plecy w śniegu.
Niestety, mędrzec nie mógł skupić się na tym drobnym sukcesie, gdyż spłoszony użyciem tej techniki koń zarżał mocno, wzbijając się na tylne kopyta, wyrwał lejce z uścisku drugiego strażnika i ruszył wprost na leżącego na ziemi mędrca...
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2017, 21:24 przez Chichi.)

17.11.2017, 21:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#92

Nie wszystko poszło tak jak to sobie zaplanowałem. Obraz ukazany w głowie, w którym idealnie ranie mężczyzna z bronią dystansową i zajmuje się od razu jego pomagierem, rozmywał się ukazując rzeczywistość. Nie doceniłem szybkości swojego przeciwnika i fakt, że może o wiele szybciej niż ja reagować na dane sytuacje. Bełt został wystrzelony w momencie gdy w mojej dłoni zaczęła pojawiać się ognista energia i mimo najszczerszych chęci uniknięcia tego moje ramie przeszyła powierzchownie amunicja. Nie była to rana krytyczna lecz bardzo odczuwalna. Syknąłem upadając na drugi bok a pocisk w tym samym czasie pofrunął w kierunku mężczyzny mijając go odrobinę i uwalniając energie na przeszkodzie w postaci drzewa znajdującego się za jego plecami. Już po mnie. Takie były moje pierwsze myśli, jednakże okazało się, że siła eksplozji a także żar pochodzący z ognistej kuli był na tyle silny, że dopadł strażnika raniąc go po twarzy i plecach. Upuścił kuszę stając się zupełnie bezbronnym. To był mój czas, moment, który mogłem wykorzystać po początkowym niepowodzeniu. Niestety, ale musiałem zając się czymś zupełnie innym. Nie wziąłem pod uwagę bojaźliwości swojego wierzchowca, który ze strachu zaczął wierzgać aż w końcu zerwał się kierując swoje kopyta prosto na mnie. Cholera.
Staram się przeturlać na bok chociaż to zależy od pozycji w jakiej się znajduje. Jeżeli leżę równolegle do zbliżającego się zwierzęcia to po prostu turlam się na bok starając się uniknąć zmiażdżenia jakiejkolwiek kończyny, zaś w drugim przypadku najpierw skupiam się na dolnych partiach ciała. Za pomocą nóg staram się ustawić równolegle oddalając się delikatnie od trasy, którą biegnie koń w ostateczności ratując się rękoma dzięki, którym odpycham się dalej zmniejszając ryzyko bliskiego spotkania z wierzchowcem.
Gdy tylko będę bezpieczny wybijam się za pomocą rąk, a następnie spoglądając na mężczyznę z włócznią ruszam po okręgu w taki sposób aby być poza zasięgiem jego broni i podbiegam do rannego strażnika wyjmując w miedzy czasie broń i raniąc go w okolicy jednego barku wbijając ostrze na głębokość czterech, pięciu centymetrów bądź do czasu aż natrafię na kość. Kusza, którą wyrzucił była niezaładowana więc nie powinna sprawiać mi żadnych problemów, a również ponowny załadunek nie powinien być taki prosty. Następnie zamierzam cofnąć się kilka kroków by móc skupić się na ostatnim mężczyźnie.
08.12.2017, 18:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#93

STRAŻNIK



Głośne rżenie konia oraz tętent jego kopyt na chwilę zmusiło wszystkich zebranych w walce do skupienia się na zwierzęciu. Strażnik, który nie był ranny w napięciu obserwował, jak zwierzę pędzi wprost na mędrca. Jego szybka reakcja była jedyną opcją, jaka mogła mu się pomóc uratować.
Na szczęście, zarówno adrenalina jak i naturalne zdolności pomogły wyjść Rhaegarowi cało z tej sytuacji. Zdążył on na czas rozeznać się w sytuacji i przeturlał na bok, czując delikatne ukłucie bólu w rannej ręce, a zwierzę przebiegło tuż obok niego, stawiając kopyto niemal o centymetr od jego twarzy.
Gdy tylko ten kryzys został zażegnany nie było czasu na odpoczynek. Mędrzec znajdował się w środku walki i tylko od jego szybkich i przemyślanych decyzji zależało, czy uda mu się wyjść z tego cało. Mężczyzna chciał wybić się na rękach i od razu ruszyć do ataku, jednak jego zranione ramię nie pozwoliło na takie akrobacje. W momencie wybicia poczuł on bół w ręce, jakby jego rana mocniej się rozerwała. Mędrzec musiał wstać normalnym sposobem, co nieco zwolniło jego akcję.
Ranny strażnik nadal leżał na ziemi postękując cicho z bólu i nie sprawiając już większego zagrożenia, jednak mędrzec przezornie postanowił go dobić. Mężczyzna z włócznią pilnie obserwował kroki mędrca. Wyszedł już z szoku po zranieniu jego towarzysza i teraz najwidoczniej chciał zemścić się, pozbawiając mędrca życia.
Rhaegar dobył miecza i podszedł do rannego. Gdy tylko jego towarzysz zorientował się, co się dzieje ruszył w stronę mędrca. Wszystkie następne zdarzenia działy się niemal jednocześnie. W momencie, w którym miecz Rhaegara wbił się w ciało rannego, tamten krzyknął okropnie z bólu, próbując odsunąć się od wroga, co jedynie pogorszyło jego ranę, w miejscu której ubranie zaczęło stawać się ciemniejsze.
-Ty tchórzliwy psie!- Alcor rzucił się w stronę mędrca celując włóćznią wprost w środek klatki piersiowej mędrca. Mimo, iż Rhaegar obserwował pilnie Alcora, tak nagły atak nie dawał mu zbyt wiele czasu na reakcję, zwłaszcza, że jego broń znajdowała się w ciele drugiego strażnika. Pozostawało mu jedynie próbować odbić atak mieczem, lub zrobić unik.



Pysiu kochany, pamiętaj, że jeśli masz zranioną rękę, bo oberwałeś w nią z kuszy, to nawet jeśli nie przebiła Ci jej centralnie, a jedynie raniła, to to nadal rana, nadal boli a Ty nawet nie miałeś czasu sprawdzić, jak bardzo jest poważna. Musisz brać na to poprawkę w swoich postach. Ten bełt równie dobrze mógł uszkodzić Ci mięśnie.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2017, 23:10 przez Chichi.)

26.12.2017, 23:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#94

Płynne złoto jej oczu zostało przygaszone przez ciemne chmury, które powoli, ale nieuchronnie zaczęły pokrywać jeszcze nie tak dawno czyste niebo. Ignis skrzywiła się lekko, wciąż nie mogąc się przyzwyczaić do zmienności pogody w tej krainie. Sama nie wiedziała, czy to bardziej dar czy przekleństwo tych miejsc. W Azaracie nigdy nie musiała przejmować się czymś takim jak wilgoć wnikająca głęboko pod ubranie, osadzająca się na skórze, wnikająca w kości i niedająca się wygrzać przez długi, długi czas. To trochę tłumaczyło w jej oczach pijackie skłonności wielu ludzi spoza słonecznego miasta. Nic lepiej nie rozgrzewało w takich chwilach jak mocna gorzałka z dużą ilością korzennych przypraw. Przynajmniej te smakowały jak zapamiętała.
Uśmiechnęła się lekko, przytulając głowę do łba swojego konia. Pogładziła go po chrapach i dmuchnęła w nie krótko, na co Vex ewidentnie się obruszył, niezadowolony. Parsknął i odwrócił głowę w przeciwną stronę. Ignis pokręciła głową, a jej jasne włosy podążyły za tym ruchem. Poprawiła swój kaptur wykończony puszystym futrem i ścisnęła mocniej zapięcia skórzanej kurtki. Jeszcze chwila, a zaczęłaby szukać rękawiczek w swoich jukach, ale w końcu z niechęcią spojrzała na kupca i wzruszyła ramionami.
- Cóż, ja jednak nie umiem być straszna. Ani charyzmatyczna. Ani skrajnie bezczelna. A widzę,
że bez takich cech człowiek jest traktowany gorzej niż wściekły kundel.
- westchnęła, ale mimo tych słów, w jej oczach błysnęła pojedyncza iskierka. - Nie traćmy na niego czasu, Bleys. - dodała cichym, ale stanowczym głosem. Nie zamierzała zostać tu ani chwili dłużej. Co sprawiało, że ludzie - ta sama rasa! - zachowywali się tak skrajnie różnie w Azaracie i poza nim? No cóż, prawie spaliła mu połowę konia. To mógł być powód do złości. Ale z drugiej strony ten człowiek nie wydawał się ani trochę chętny do pomocy klaczy. Zacisnęła zęby, czując jednocześnie wyrzuty sumienia, wstyd i niepohamowaną złość. Oboje przeżyją - o ile ona stąd odjedzie i nie będzie musiała dłużej patrzeć na kupca. Mieli i tak poważniejsze problemy.
Złapała się za łęk siodła, włożyła stopę w strzemię i podciągnęła się, płynnym ruchem wsiadając na Vexa. Skróciła wodze i pchnęła biodrami, skręcając w stronę Łowcy szybkim kłusem i wyciągając w jego stronę rękę. Wiedziała, że nie daje mu dużo czasu na reakcję, ale z tego co mogła o nim powiedzieć, nie powinien być to dla niego problem. Jej spojrzenie na moment złagodniało, kiedy Ignis wpatrzyła się prosto w te dwukolorowe tęczówki Kłamcy. Przeszedł ją dreszcz, kiedy mocno uchwyciła jego przedramię i pociągnęła go, by ułatwić wskoczenie na jej karego wałacha. Przez długi czas się nie odzywała, gnając przed siebie i zderzając się z zimnym wiatrem i zalążkami deszczu. A może to był śnieg? Sama już nie wiedziała... W każdym razie nie było to do końca przyjemne. W końcu zwolniła, dając Vexowi odpocząć.
Milczała uparcie, choć mnóstwo słów cisnęło jej się na usta. Czuła wypieki na policzkach, ale miała nadzieję, że Bleys uzna, że przyczynę coraz zimniejszy wiatr. W końcu poluzowała wodze i spuściła wzrok. Złociste włosy przesłoniły jej jasną twarz.
- To wszystko jest takie bez znaczenia. Takie bezsilne. - powiedziała w końcu, ale chyba bardziej do siebie niż do Bleysa. - Nie będę umiała żyć wśród takich ludzi. Co ja sobie w ogóle myślałam? - dodała niepokojącym głosem, wpatrując się w niebo. Brzmiała jak początkujący szaleniec. - To ma być wolność? To ma być to, co miałam znaleźć? - przygryzła wargę. - Levi? - zacisnęła powieki i przełknęła ślinę. - Gdzie jest to moje beztroskie jutro...?
Na Smoki, co ona robiła? Upijała się, spała z pierwszym spotkanym mężczyzną, prawie zabiła konia, choć przysięgała, że nie skrzywdzi żadnej istoty żywej poza demonami... Spojrzała na swoje dłonie, które drżały delikatnie. Powodem nie było zimno. Zacisnęła je w pięści, pozwalając by oplotły je cieniste płomienie. Tym była. Prawie demonem. Sama siebie już nie poznawała.
- Nie umiem się tu odnaleźć, Kłamco. Niezależnie od tego, gdzie się udam, jestem obca. - dodała, patrząc w jego stronę, ale gdzieś na usta, bark. Drażniło ją to, ale nie miała w sobie już tej śmiałości, która pozwalała patrzeć jej w oczy każdemu, kogo spotkała. To było dość osobliwe doznanie. Nigdy wcześniej nic takiego nie przyszłoby jej nawet do głowy, w końcu jak można być na tyle słabym, by nie unieść ciężaru czyjegoś rozczarowanego spojrzenia? Eh, a jednak Ignis teraz tak się czuła.
- Wiesz, Bleys... - odetchnęła głębiej, a drobne krople spływały po jej twarzy, kiedy wpatrywała się we wczesne zalążki burzy. Cała siła natury odbijała się w jej oczach. -...czy to tak dużo, chcieć mieć obok siebie kogoś, kogo całe życie chce się trzymać za rękę? Nie puszczać, mimo burz i palącego ognia? Zamieci? Krwi? Gniewu? Czym można na to zasłużyć? - zmrużyła oczy, a jej delikatna, lodowata dłoń chwyciła lekko dłoń Bleysa.
Iskra otworzyła szerzej oczy i cofnęła dłoń. Odetchnęła z irytacją. Tak bardzo starała się nie żyć przeszłością i tym, co mogło być, a nie jest. Nie umiała zaakceptować życia. Nie wiedziała jak to się robi. Przeczesała dłonią wilgotne włosy i pospieszyła Vexa do kłusa, przez chwilę skupiając się tylko na podrygującym przed nią i pod nią światem.
- Jestem pieprzoną bronią na demony. Jedną z najbardziej niebezpiecznych osób na tym świecie. A od kilku tygodni czuję się jak mała dziewczynka, która została porzucona wśród cierni. Znowu. Może to brzmieć jak użalanie się nad sobą... ale nikt się mnie nie pytał czy chcę zostać uosobieniem cienia, by walczyć lub zginąć, zatruta własną magią. Nikt nie dał mi wyboru. - czuła jak jej serce bije, rozgrzewając całe jej ciało. - A pomiatają mną nawet zwykli kupcy. Nawet moi bracia. Nawet mój mistrz to robił. - mocno zacisnęła dłonie na wodzach, a ostatnie słowo było niemal krzykiem, zduszonym przez zęby. - Dlaczego jedyne światło w moim życiu musiało zgasnąć... - choć miało to być pytanie, ton jej głosu pogodził się z faktem, że tak się stało. Szkoda, że umysł tego nie zrobił. - Gdybym była silniejsza, to też by się stało, prawda?
Przez chwilę milczała, czując się jak głupie, bezradne dziecko. Chciałaby być bardziej opanowana, twardsza, normalniejsza. Odrzuciła wilgotne włosy z twarzy, a jej wzrok się wyostrzył. W tej chwili wyzwałaby samego Ojca Burz, by z nim walczyć o swoje życie. By wreszcie jej jątrzące rany stały się bliznami. Nie miała pojęcia jak tego dokonać, ale walka wydawała się jej jedyną rozsądną opcją.
- Dlaczego taki ladacznik, kłamca, włóczęga i wojownik jedzie ze mną? Nie uwierzę Ci, że tylko dla nauki run. Czemu jedziesz ze mną, choć nawet nie wiem gdzie się udajemy? - niemal krzyczała, by jej głos dotarł do niego przez wiatr i deszcz. - Czemu jedziesz z magiem, którego nienawidzisz? Czemu nie zostawiłeś mnie na pastwę losu, kiedy mnie zobaczyłeś w lesie? Przecież masz swoje życie!
Vex chyba wyczuwał jej emocje, ponieważ nie zwalniał, choć droga zaczynała delikatnie wić się pod górę. Ignis zdecydowanie brakowało piątej klepki. Nie była normalna. Nie czuła się taka. Nie umiała znaleźć swojego miejsca w życiu, wśród jakichkolwiek ludzi. Tęskniła za jasnymi gwiazdami na tle ciemnego nieba, które tak dobrze znała, dzięki Leviemu. Teraz była tylko burza. Wszędzie.








29.12.2017, 23:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#95

Szczera wiara w fakt, że delikatna dziewczyna - taka o złocistych oczach i jasnych włosach, szczupła, zwiewna, niemalże eteryczna - okaże się lepszą negocjatorką, lepszym mówca i w powszechnym rozumieniu istotą budzącą większe zaufanie... okazała się zupełnie zwodnicza i nietrafiona. Ignis - przynajmniej w czas tej jednej próby - zawiodła na całej linii. I nic nie zmienia tu fakt, że kupiec był zawszonym tchórzem, idiotą i istotą tak wkurwiającą, że nawet Bleysowi ciężko sobie przypomnieć kogoś kto mógłby z nim konkurować w tej materii. Niemniej - w sytuacji w jakiej się znaleźli, w sytuacji, gdy poirytowani upartymi głazami jedynie zastraszyli biedaka niemal do poziomu obszczanych gaci, najlepszym co mogli zrobić była ewakuacja.
Nie musieli się naradzać, nie musieli o tym mówić.
Niemniej jednak, dziewczyna z Azaratu przed odwrotem rzuciła kilka słów. Łowca uśmiechnął się w odpowiedzi pod nosem z dużą dozą politowania dla jej westchnięcia i użalania się. Może i nie wyszło zbyt charyzmatycznie, może i nie wyszło w ogóle - w jakimkolwiek sensie - dobrze. Niemniej, w tym miejscu, tego jakże - pfu! - pięknego dnia, zupełnie nikt nie był traktowany jak wściekły kundel. Bleys coś o tym wiedział. Bleys miał swoje pijackie epizody, w których prześmierdły tanią gorzałką, pozbawiony chęci i motywacji na przemian próbował nieudanej kradzieży i podszczypywania pośladków dam, które w jego pobliźnionej mordzie nie dostrzegały (obecnych przecież!) przebłysków inteligencji i szorstkiego uroku mężczyzny z krwi i kości. Och, w takich dopiero sytuacjach - zwyzywany, wykopany, obity, opluty, wyśmiany a do tego zmagający się z drastycznym spadkiem samopoczucia - człowiek może czuć się potraktowany gorzej, niż wściekły kundel.
Ale Bleys miał dosć rozsądku, by nie wdawać się w tą dyskusję przy kupcu. Wiedział, że jeżeli nie ugryzie się teraz w język, później może być zmuszony biec za nią i jej ślicznym konikiem. Jakoś bardziej uśmiechało mu się podróżować w przyjaźni i z uśmiechem. I koniem jako środkiem transportu, rzecz jasna.
Zamiast wdawać się w dyskusję z mistyczką spojrzał tylko w stronę kupca, który przed chwilą z niespodziewaną wręcz odwagą rzucił w ich stronę swojskie "chuj wam w dupę" i posłał do tego zaskakująco dziarskie spojrzenie wywołując głupawy wyszczerz zębów łowcy. - W końcu trochę odwagi - padło z ust Bleysa, który poklepał kupca w ramię na chwilę przed tym, jak wskoczył na konia Ignis korzystając z jej wyciągniętej dłoni.
Gdy jechali we dwoje na jej koniu, Ignis wyraźnie gryzła się ze sobą i przechodziła jakąś wewnętrzną walkę dobra i zła, zupełnie jakby urządzała sobie sąd ostateczny i ważyła wszystkie swe uczynki. Łowca miał ogromne pokłady empatii - dlatego zainteresował się z całym swoim skupieniem otaczającym ich krajobrazem, średnio zresztą widocznym z racji pogarszającej się pogody.
Dlatego też zamrugał z zaskoczeniem, gdy przez szum wiatru przebiła się miła dla ucha melodia jej głosu. Nie zrozumiał jednak kompletnie co miała na myśli, więc strategicznie wrócił do wpatrywania się w otoczenie.
Po chwili usłyszał jak wywołuje swojego "Kłamcę", uznał więc, że nie będzie w stanie dłużej wymigiwać się z udziału w jej „wewnętrznej” walce i poświęcił więcej uwagi wypowiadanym przez nią słowom. Niezależnie od tego gdzie się udam, jestem obca - brzmiały.
- Nie to, że jesteś obca jest Twoim problemem. - odpowiedział łagodnie. - Postaw w karczmie kilka kolejek, a nikt nie uzna Cię tam za obcą - zaśmiał się krótko, lecz urwał nagle. - To ludzie, których spotykasz, są dla Ciebie obcy. Nie tylko nie znasz poszczególnych jednostek, ale nie znasz ich jako "masy", nie rozumiesz, nie wiesz dlaczego postępują tak jak postępują, nie wiesz kim są. - ciągnął tonem pomiędzy znudzonym wykładowcą tłumaczącym coś wyjątkowo topornemu uczniowi, a tonem troskliwego rodzica. Dziwny był to zestaw. W tym momencie Bleys zmęczony jej ponurą miną chwycił jej podbródek i uniósł twarz tak, że spojrzała mu w oczy. - Ale nie martw się. W zamian za naukę run, ja mogę „nauczać Cię ludzi”. - obiecał pokrzepiająco. A później w bezczelnie protekcjonalny sposób pocałował ją czule w te jej rozkosznie blade czółko.
Dziewczyna dalej ciągnęła swoje wizje, które w normalnych okolicznościach Bleys uznałby za wręcz wspaniałą okazję. Bo czyż może być na świecie kobieta łatwiejsza to oczarowania niż ta spragniona romantycznego trzymania się za dłonie w świetle zachodzącego słońca aż do końca świata wyszeptując sobie obietnice, że nie rozstaniemy się nigdy, niezależnie od tego co przyniesie zły los?
A jednak, z Igniską nie było tak prosto, Bleys nie chciał bowiem wyszeptać jej czułych słówek i zwodniczych obietnic, skusić i zwabić do jej własnego łóżka, ponurego pokoiku w gospodzie, nad brzeg jeziora czy też do pobliskiej stodoły (niekoniecznie w tej kolejności)... Nie chciał całej wieczności wspólnego trzymania się za dłonie, z ponurej konieczności skompresowanej do kilku dni intensywniejszych doznań zakończonych przytłaczająco smutnym pożegnaniem (lub tajemniczym zniknięciem), i późniejszego zwiedzania kolejnych zakamarków niezmierzonego świata, z racji przytłaczającego bólu serduszka, niezwykle rzadko przerywanego wspominkami pożegnanej istoty...
Ignis była mu potrzebna. Żywa. Chętna do pomocy. Nieobrażona. I bez poczucia bycia oszukaną lub zdradzoną.
Poza tym, była wojowniczką, którą szanował na swój sposób - takich osób nie należy oszukiwać aż tak prymitywnie.
W końcu też, była groźna, i to niezależnie od swoich obietnic niekrzywdzenia ludzi - skrzywdzone kobiety nie zawsze postępują racjonalnie.
Dlatego Bleys nie obiecywał jej bajek i nie zwodził słodkimi słówkami.
- Nie wiem, Iskierko. - odpadł swobodnie, z łobuzerskim błyskiem w oku - Być może dużo. Ja bym tak nie potrafił. - stwierdził gładząc jej białe włosy gdzieś z lewej strony szyi. Gdy dziewczyna najpierw położyła dłoń na jego dłoni a później szybkim ruchem ją zabrała, chwycił ją za rękę i szarpnął w swoją stronę. - Nie jestem dobrym wyznacznikiem, ale ja nie potrafiłbym trzymać Cię za dłoń przez wieczność. Pragnąłbym trzymać Cię za wiele innych miejsc, na wiele innych sposobów. - zapewnił i wypuścił jej rękę. - Może w życiu nie chodzi o to, czego my pragniemy, ale o to, czego pragną inni? Może jeżeli my im to damy, oni nam się odwdzięczą? - zapytał co zadziwiające, bez wyraźnej sugestii, że mówi o własnych pragnieniach. Odchylił się do tyłu wlepiając wzrok w szare niebo i milczał przez dłużą chwilę.
W końcu wlepianie ślepi w niebo okazało się zbyt niebezpieczne, jej koń przyspieszył jeszcze a Bleys musiał się chwycić dziewczyny by nie zlecieć.
- Nie jesteś bronią, Ignis. Jesteś cholernie uroczą dziewczyną, i dobrze, że czujesz się jak dziewczynka, bo to dużo bliższe bycia człowiekiem niż jakaś tam broń mogłaby marzyć. - odpowiedział jej niezbyt się przejmując, czy mówiła do niego czy do siebie. - I to nie brzmi, jak użalanie się nad sobą. To jest użalanie sią nad sobą. Ciebie nikt nie pytał czy chce zostać uosobieniem cienia. Ciebie nikt nie pytał czy chcesz walczyć, czy chcesz być tym czym jesteś. - mówił łagodnie i w tym momencie przerwał - Innych ludzi nikt nie pytał czy chcą być rozszarpani przez demony, czy chcą być spaleni przez pierdolonych magów wywyższających się swoimi zdolnościami, czy chcą urodzić się z chorymi nogami lub z wiekiem stracić wzrok. - jego głos zrobił się ciężki i surowy. I jakby... zmęczony. - Ale wiesz co, Ignis? Ludzie potrafią z tym żyć. Niektórzy przeklinają los za to co ich spotkało, inni zaś korzystają z tych drobnych szans i wyborów, które im pozostały. Właśnie dzięki takim ludziom żyję. Właśnie tacy ludzie - bezsilni, w starciu z... - zawahał się - losem - dokończył choć coś w jego oczach mówiło, że nie o los a demony chodziło - sprawiają, że choć nie mają dobrej drogi wyjścia, szukają jej za wszelką cenę i „jakąś” znajdują.
- Wiesz dlaczego ten kupiec Tobą pomiatał, Ignis? - zapytał dużo łagodniej. - Bo myślisz, że Tobą pomiatał. Bo myślisz, że zasługujesz, na bycie pomiataną. Bo chcesz być pomiatana. Bo czujesz, że powinnaś. - ciągnął. - Ten kupiec szczał w gacie, był spanikowany, zagubiony i zdesperowany. Zrugał nas jak każdy mężczyzna, któremu kończą się argumenty i nie ma zielonego pojęcia co zrobić lub powiedzieć. Zrugał, bo czuł się przyparty do muru. Nikim nie pomiatał, bo i jak miałby to zrobić? To zwykły, pierdolony kupiec. Tchórz, niedorajda, cwaniak, skurwysyn, wyzyskiwacz. Jeżeli ktoś taki kimkolwiek pomiata to tylko tymi, którzy mu na to pozwolą bo czują, że powinni być pomiatani. To wszystko jest w ich głowach. W Twojej głowie. - choć Bleys nie unosił głosu, choć mówił spokojnie... melodia jego słów układała się w coś, co Ci bardziej bezpośredni nazwaliby skromnie opierdolem.
- Tak, stałoby się. Bo to przeszłość, a przeszłości się nie zmieni. Dopóki będziesz się nią zadręczać, nie ruszysz naprzód. Jedyne, co może się zmienić to to, że nie pozwolisz sobie nigdy doświadczyć czegoś podobnego. Tylko to, co przed nami, możemy zmienić, Ignis. - odpowiedział na jej kolejne pytanie.
- Po co mam Ci odpowiadać, Ignis? I tak mi nie uwierzysz. Pewnie słusznie. Dlatego wyrób sobie własne zdanie. Dlaczego z Tobą jadę? Dlaczego nie zostawiłem na pastwę losu maga, którego nienawidzę? Odpowiedz sobie sama. I proszę - gdy już będziesz pewna - daj mi znać jak brzmi ta odpowiedź.








30.12.2017, 01:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#96

Skrzypienie skóry jej kurtki, chrzęst kamieni pod okutymi metalowymi obcasami butami, ucisk ostróg, które w gruncie rzeczy nie były jej potrzebne. Wszystko to wydawało się wręcz iluzoryczne, kiedy błądziła wzrokiem po gromadzących się obłokach. Zapach wilgotnego lasu, nieprzeszkadzający jej zapach własnego, spoconego ciała. Ignis dalej czuła się nie na miejscu w krainie gór i zieleni, w której każdy zachowywał się niczym król, wyglądając przy tym jak pospolity żebrak. Nie umiała znaleźć w tych ludziach skruchy, którą należy okazywać ludziom innych kast i powołań. Nie było tu porządku, na którym mogła się oprzeć i spróbować zbudować logikę kultury ludzi tych krain. Spojrzała na Bleysa, któremu szło to lepiej, choć nie chciała tego przyznawać na głos. Jej nerwy powoli traciły na wytrzymałości, niemal słyszała jak z trzaskiem rozrywają się ich kolejne włókna, niczym stara, zbutwiała tkanina. Nie zwróciła uwagi na to, że ciągle wpatruje się w Łowcę, jego twarz ukrytą w cieniu, jego oszczędne i czujne ruchy. Skrzywiła się lekko, uświadomiwszy sobie fakt, że nie przeszkadza jej widok tak niechlujnego mężczyzny. Wcześniej uznałaby to za nie do pomyślenia. W swoim innym życiu.
Nie musiała się z nim naradzać, pokazywać tajemnych znaków czy silić się na jakąkolwiek uprzejmość. Czuła, że Łowca nie będzie miał nic przeciwko ulotnieniu się z tego miejsca. Może i była laikiem w takich kwestiach, ale nie widziała tu już nic, co w jakikolwiek sposób mogłoby im pomóc - niezależnie czy chodziłoby o informacje o atakach demonów czy ziołach, które mogli kupcowi... no cóż, zabrać. Ugh. Ukraść. Tak, to bardziej odpowiednie słowo. Na Duronora, nie przeszkadzało jej nawet to, że mogła stać się beznadziejną złodziejką. Odetchnęła, powoli wypuszczając powietrze. Może jednak lepiej trzymać się z dala od ludzi? Nie była przekonana czy chce stać się taka jak oni.
Na karym, wielkim koniu, okutana w ciemne ubrania wykończone futrem, wyglądała jak jakaś mara. Ciemność jej ekwipunku jeszcze bardziej podkreślała biel skóry, złoto oczu i włosów, które teraz sciemniały przez obecną wszędzie wilgoć. Czuła się nierealnie, patrząc na wyrastające zewsząd góry i lasy, które przytłaczały ją swoją obecnością. Było to dziwne uczucie, być na tak ogromnej przestrzeni, a mimo to czuć się przez nią ograniczoną. Spojrzała na Zachód, gdzie w jakiś pokrętny sposób czuła się bardziej wolna, nawet jeśli skuto ją przysięgami i obowiązkami. Tam niebo wyglądało na bardziej dostępne dla śmiertelników. Tutejsi bogowie zaborczo go pilnowali, sprowadzając burze i zawieje. Iskra nie była specjalnie religijna, ale w tej sytuacji to stwierdzenie jej się nawet podobało. Znaczyło przynajmniej tyle, że to nie do końca jej wina, że nie może sięgnąć nieba.
Kłamca wykazał się tym niebywałym przebłyskiem inteligencji, dzięki któremu wolał się zamknąć. Vex miał swoje humory, a Ignis nic nie sprawiłoby większej satysfakcji, jak zwalenie całej winy na konia, który uskoczył w bok i się spłoszył, zmuszając Łowcę do pościgu za Mistyczką i jej wałachem. Zamiast tego Bleys chwycił jej dłoń, rzucając kilka słów do kupca, na których złotooka już się nie skupiała. Pognała przed siebie, czując ulgę w smagającym ich wietrze i specyficznemu zapachowi, który zawsze się pojawia przed burzą.
Burza... ta prawdziwa miała dopiero nadejść. Ignis się zawahała. Czy ona w ogóle chciała brać w niej udział? Czy zamierzała walczyć dla tych wszystkich istot, które zapewne na to nie zaslugiwały? Czuła się naprawdę bezsilna... nie do końca uświadomiła sobie fakt, że zaczyna wypowiadać swoje wątpliwości na głos. Choć tak bardzo chciała usłyszeć odpowiedź na to, co dręczyło ją najbardziej. Czy jest w ogóle sens podejmować walkę? Zogniskowała wzrok na swoich dłoniach. Zaczerwieniły się od mrozu i powoli zaczynały sztywnieć. Jak ludzie mogli tu żyć? Przecież chodzenie w tylu warstwach ubrań było męczące i problematyczne.
Zmarszczyła brwi, kiedy usłyszała głos Bleysa. Spięła mięśnie, czując narastającą irytację. Nie chciała komentować, że wszystko w takim razie sprowadza się do alkoholu. Lub do pieniędzy, które trzeba na niego wydać. Po prostu... on nie rozumiał. Przez jej twarz przebiegł niebezpieczny grymas złości, kiedy chwycił jej podbródek. Musiała się wykręcić, w bardzo niewygodny sposób. Nie to jednak ją irytowało.
- Nie rozumiem. - przyznała powoli, choć uważała to za zbędne. Oboje to wiedzieli. Słowa Łowcy nie były odkrywcze, brzmiały jak słaba przypowieść, której tło powinno wiać moralnością i wskazywać właściwą drogę. A może to ton jego głosu sprawił, że aż się w niej zagotowało ze złości? Brzmiał jak starzec, który przekazuje swe mądrości wnuczce. - Ale nie uwierzę, że ktokolwiek - przy czym to ostatnie słowo jasno wskazywało na Bleysa - zna wszystkie motywy postępowania ludzi. - w jej wzroku dało się zauważyć zmęczenie, zupełnie jakby była wykończona próbami, które sama podejmowała by, zrozumieć. Prychnęła cicho, jak rozjuszona kotka, kiedy pocałował ją w czoło. Odwróciła się od niego, ale nie mogła nie uśmiechnąć się z rozbawieniem. Ten mężczyzna doprowadzał ją tak skrajnych uczuć, że to było wręcz śmieszne. - Próbuj. Zobaczymy, które z nas będzie lepszym uczniem.
Na szczęście, Łowca nie komentował. Zrozumiał ją na swój własny, pokrętny i zboczony sposób. Ignis nie chciała romantycznej miłości, czułych słów i okazywania uczucia każdym możliwym gestem. Nie mogła po prostu pogodzić się ze stratą, wyrwą w sercu, która bolała coraz bardziej z każdym oddechem. Dla niej to była po prostu kolejna niesprawiedliwość. W całym jej życiu nie było momentu, w którym mogła zatrzymać choć strzęp szczęścia. Odbierali jej wszystko bez mrugnięcia okiem. Nie miała w końcu nic dla siebie... Skuliła się w sobie, wsłuchując się w monotonne stukanie kopyt Vexa. Z jej ust wydobywała się para, która po chwili osadzała się kropelkami na futrze jej głębokiego kaptura. Każde kolejne szczęście wydawało się tylko kolejnym bólem, którego nie chciała znosić. Ignis wolała już niczego się nie trzymać, nic nie łapać, pozwolić szczęściu przelatywać obok. I czuć coraz większą pustkę, która pozwoli jej zapomnieć i przestać odczuwać cokolwiek. To wydawało jej się najrozsądniejsze.
Nie rozumiała. Naprawdę nie rozumiała dlaczego Bleys jest tutaj razem z nią. Widziała praktyczne zalety podróżowania z Mistykiem i jej obietnic, ale miała wrażenie, że to nie jest wszystko. Zdecydowanie zbyt często czuła się przy nim jak idiotka. Przymknęła oczy, czując dotyk jego zimnej dłoni na rozgrzanej szyi. Jego chropowaty głos przywodził jej na myśl ostrzenie i tak ostrego sztyletu.
- Dobrze wiesz, że nie chodzi mi o dosłowne trzymanie się za ręce. Żeby tego dokonać, prawdopodobnie musiałabym taką dłoń komuś odciąć. - westchnęła, odchylając lekko głowę, by oprzeć ją na barku Łowcy. Pozwoliła by deszcz siąpił na jej twarz. Uśmiechnęła się rozkosznie, rozbawiona jego słowami. Z jednej strony wiedziała, że mówi prawdę, a z drugiej... no właśnie. Wiedziała, że jest ta druga strona, choć nie umiała jej wyjaśnić nawet samej sobie. To było coś odległego, coś, co sprawiało, że jego słowa były także kłamstwem. - Jesteś całkiem uroczy, kiedy próbujesz zapewnić mnie o tym, że przy nadarzającej się okazji mogę liczyć na fakt, że nie będziesz miał nic przeciwko, żeby mnie wykorzystać. To pocieszające. - zaśmiała się cicho, dalej patrząc w niebo. Jej uśmiech przygasł, kiedy wyciągnęła dłoń ku spadającemu deszczowi. - Może masz rację... ale co, kiedy nie mamy nic godnego zaoferowania? - powoli podniosła głowę, a mokre strąki włosów przylepiły się jej do twarzy. - Chyba nie chcę być już związana tym, czego inni ode mnie... pragną uzyskać. Nie mam tego. - uśmiechnęła się smutno, ale był w tym uśmiechu pewien czar, pewna świadomość i przekonanie, że to co powiedziała, jest szczere. I musi to w końcu zaakceptować.
Nagle przyspieszyła, chcąc poczuć więcej wiatru na twarzy, który koił by jej zarumienione policzki. Zerknęła w tył, nie odwracając głowy. Liczyła, że Bleys mimo wszystko nie spadnie.
Choć... może jednak wolała, żeby spadł.
- Czyli mam być wdzięczna, za to co się ze mną stało?! - krzyknęła ze złością, pozwalając światu rozpływać się wokół niej w smudze prędkości. - Nie mam nic, rozumiesz, nic, co by sprawiało, że chcę doczekać kolejnego dnia! Nie mam celu! Nie mam... nic. - skończyła twardo, zatrzymując konia. Odwróciła się w stronę Bleysa, przerzucając nogi na jedną stronę siodła. Patrzyła się na niego, a złote oczy strzelały iskrami. - Nie wiem nawet, co może być takim celem. Nie rozumiem świata. Nie rozumiem ludzi! - jej dłonie zacisnęły się w pięści, kiedy zbliżyła się do Łowcy. Kolejne słowa wypowiadała już ciszej, jakby się bała, że ktoś może je usłyszeć i przypisać do niej. - Nie wiem jak mogą żyć w taki sposób, w jaki żyją. Nie wiem, dlaczego umierają w taki czy inny sposób. Dlaczego nie załamują się, mimo całego bólu, jaki ich spotkał.
Widziała w jego oczach niewypowiedziane słowa. Położyła dłoń na jego barku, ale nie patrzyła się już w dwukolorowe tęczówki. Wydawała się nieobecna przez jakiś czas, a w jej spojrzeniu można było dostrzec ból, który nie dotyczył jej samej. Nie powiedziała jednak ani słowa, skrywając tajemnice świata głęboko w sobie.
- Zazdroszczę takim ludziom. Którzy są na tyle silni, by zmagać się z... losem. Którzy widzą w tym sens. - powiedziała sucho, ześlizgując się z grzbietu konia. Złapała go za uzdę i przez chwilę prowadziła, czując jak w zesztywniałych mięśniach budzi się życie. Nie znosiła tego uczucia. Zdusiła w sobie złość, która wypełniała ją z coraz bardziej z kolejnymi słowami Łowcy. Przymknęła oczy, pozwalając Vexowi wybierać właściwą drogę. Pomiatanie nie tyczyło się jedynie zachowania. Kryło się także w słowach, tonie głosu, spojrzeniu, podejściu. W tym wszystkim, czego człowiek nie umie do końca kontrolować. Nie chciała jednak się tłumaczyć przed Łowcą. W końcu odpowiedziała cicho:
- Bleys, ja prawie zabiłam konia. Bez żadnego powodu. - powiedziała, jakby to było wystarczające usprawiedliwienie. Co prawda, kupiec sam wjechał w jej płomienie, które miały zatrzymać wóz, ale mimo wszystko. Nie czuła się z tym dobrze. - Założenia korzystania z mojej mocy były chyba trochę inne. - skrzywiła się, ciesząc się jednocześnie, że Bleys nie widzi jej twarzy. Czuła się naprawdę głupio przez to, co zrobiła. Westchnęła cicho, trochę spokojniej. Nie mogła odmówić mężczyźnie sensu jego słów. Spojrzała na drogę - przed nią. Nie była przekonana, że jest w stanie cokolwiek zmienić. Czuła się słaba i gasnąca. Ale...
- Co mogę zmienić, Kłamco? Jestem pojedynczą iskrą, która niknie w mroku gęstego nieba. - odwróciła się w jego stronę, a na jej twarzy czaił się przekorny uśmiech. Zupełnie, jakby chciała nim powiedzieć, że jeśli spadnie odpowiednio, może spalić cały, wiekowy las.
Zaśmiała się cicho, słysząc jego odpowiedź. Nie spodziewała się innej, choć i tak chciałaby ją usłyszeć. Nawet jeśli to miałaby być bajka. W jego słowach zawsze kryło się to ziarenko prawdy.
- Dlaczego ze mną jedziesz...? Nie wiem. Naprawdę nie mam pojęcia. Może wyrzuty sumienia, że chciałeś mnie okraść, kiedy byłam nieprzytomna? Może odczuwasz starczą litość dla mojej niedoświadczonej życiem osoby? Może się we mnie zakochałeś, choć jeszcze to do Ciebie nie dotarło? A może naprawdę chodzi Ci tylko o to, by nauczyć się run. Pewnie wszystko po trochu... - westchnęła, jakby trochę rozczarowana, że świat nie może być czasami czarno-biały. Spojrzała na niego wyzywająco. Z uśmiechem, który mówił wiele. - Lepszym pytaniem jest, dlaczego ja się zgodziłam na Ciebie i Twoje towarzystwo, Kłamco.








30.12.2017, 15:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#97

Być może to właśnie Ignis nie rozumiała. Być może właśnie alkohol i pieniądze na niego wydane były lekiem, o którego skuteczności ktoś taki jak ona nigdy by nie pomyślał. Byc może te wszystkie pijane, ale przyjacielskie gęby, radosne śmiechy i półprzytomne oczy zadowolone z jej obecności mogłyby ukoić ból w jej sercu, choć tak naprawdę nikt, kto by tego nie spróbował nie przypuszczałby, że to możliwe.
Rzecz jasna, ukoiłby jedynie na chwilę. Krótką.
Ileż jednak jest warty chwilowy rozbłysk światła i nadziei, w ponurym, czarnym życiu bez perspektyw na choćby drobiny kryształków radości kropli akceptacji?
Roześmiał się całkowicie serdecznie. Po części dlatego, że miała racje, po części dlatego, że właśnie bez bezpośrednich słów podważała jego autorytet jako znawcy ludzkiej natury. Urocza, jasnowłosa bestyja.
- I słusznie, że nie uwierzysz, Iskierko. Bo nikt nie jest na tyle głupi, by próbować je poznać. - zapewnił lekkim tonem. - Ludzi jest niezliczona ilość, każdy z nich ma swoje własne motywy, przeżycia, preferencje i zboczenia. I wszystkie one stanowią jedynie ostatnią szczyptę przypraw, nadającą daniu właściwego wyrazu. - puścił do niej oczko co ciężko byłoby zinterpretować, gdyby nie rozmawiało się z Bleysem i nie zakładało, że jego pokrętny wypaczony umysł we wszystkim znajduje jakiś zabawny erotyczny podtekst.
- Nie chodzi o odgadywanie wszystkich szczegółów i motywów. Chodzi o dostrzeganie powtarzalnych schematów, o rozumienie ogólnego archetypu, przez co wszystkie ruchy, działania i zwyczaje nabierają ogólnego sensu. - przerwał na chwilę pozwalając by wypowiedziane słowa zostały właściwie przetrawione i zrozumiane. - Jeżeli będziesz wiedzieć czego spodziewać się po ludziach, będziesz wiedzieć co jest niespodziewane, kiedy pojawiają się nietypowe motywy, kiedy coś się dzieje, kiedy coś jest niewłaściwe. - zaśmiał się co szybko przerodziło się w szorstki atak kaszlu. - Na razie natomiast pewnie większość z tego co widzisz, wydaje Ci się dziwnie, niewłaściwe i pozbawione sensu, dlatego jesteś zagubiona i "obca", czyż nie? - zapytał trochę retorycznie, choć dając jednocześnie szanse do zaprzeczenia
Jej prychanie w odpowiedzi na jego pocałunek nie mogło wywołać innego efektu niż bezczelny wyszczerz. Urocza z niej była istota, zwłaszcza, gdy kocie prychanie zestawić z jej zabójczą mocą - wspaniały kontrast.
- Serce mi się raduje, że mogę Cię w ten sposób pocieszyć. - odparł z przesadnym zachwytem w głosie. - Zawsze marzyłem, by być dla kogoś prawdziwym światełkiem w mrocznym tunelu ponurego życia. - teraz jego głos przeszedł w ton właściwy dla recytowania wierszy.
- Och, aniele, pytasz o to prawdziwego specjalistę. - ponownie rozległ się dźwięk szorstkiego śmiechu. - "Co jeżeli nie mamy nic godnego zaoferowania". - powtórzył po niej z rozmysłem przeżuwając słowa. - Najprościej wtedy, udawać, że mamy. Sprzedać ludziom iluzję. To takie czary, przez które niektórym robi się lepiej. Można by rzec, takie dobre uczynki. - przekrzywił głowę robiąc rachunek sumienia. W zasadzie nie rozminął się za bardzo z prawdą. Robiło się ludziom lepiej. Konkretnie - jemu się robiło, gdy ktoś łyknął bajeczkę o jego wspaniałości.
Na jej pełen złości krzyk chrząknął znacząco.
- A kto mówi o wdzięczności? - zapytał łagodnie, choć rozsądek nakazywałby albo zamknąć gębę, albo krzyczeć głośniej od niej. Bleys był dość dorosłym mężczyzną, by czasem postępować wbrew rozsądkowi.
Odwróciła się w jego stronę a on patrzył w jej złociste oczy. Teraz jej nie przerywał, pozwolił krzyczeć, miotać się, zaciskać piąstki. W końcu głos jej się załamał. Łowca ciężko wypuścił powietrze. - Widzisz, Ignis, marzenia to piękna bajka. - jego głos był suchy, ciężki, pozbawiony emocji. - Piękna bajka o lepszym jutrze, która wielu daje nadzieje i motywację. - ciągnął monotonnie. - Ale z doświadczenia wiem, że czasem marzenia dopada kryzys, czasem pogoń za nimi - czy samo szukanie tego, co można by uznać za godny cel - jest wyczerpujące, męczące, dobijające. Zapewnia zupełnie odwrotny efekt od zamierzonego. Zniechęca. - ani na chwilę w jego głosie nie pojawiła się żadna wyraźniejsza nuta. Monotonny, spokojny dźwięk. - Wiesz, co należy wtedy zrobić? - dopiero teraz w jego głosie zabrzmiało coś więcej. Jakby ciekawe pytanie dziecka zadającego zagadkę, na którą samo nie zna odpowiedzi a jednak samo zadawanie tej zagadki daje mu satysfakcję. - Porzucić marzenia. - rozbrzmiało z gorzką nutą ostateczności. - Nie użalać się nad ich brakiem czy tym, że umykają poza nasz zasięg. Nie myśleć o nich, nie szukać ambitnego celu, nie pragnąć lepszego jutra. Porzucić to wszystko w cholerę. I... żyć - brzmiał niemal smutno. - Żyć zawszoną chwilą, cieszyć się z drobnych pozbawionych sensu pierdół, nienawidzić smrodu zarzyganej alejki pełnej nieprzytomnych chlejusów, cieszyć się z deszczu, który stłumi ten cholerny smród, przeklinać królika za pieprzony los i cieszyć się, gdy ten cholerny królik wyzionie ducha by napełnić nasz kociołek na kolację. - przerwa, głęboki oddech. - Gdy zaczniesz się skupiać na dniu dzisiejszym. Na tym, by prycza na jaką rzucisz swoje cielsko nie była pełna robactwa, na tym by zmyć z siebie pot z podróży czy uchlać się dla spokojnego snu, gdy całe Twoje życie stanie się pozbawioną sensu wegetacją, w której nie ma znaczenia czy dożyjesz kolejnego dnia... coś się wydarzy. Prędzej lub później. - wzruszył ramionami jakby to nie miało żadnego znaczenia - Przyjdzie podróżnik który postawi wszystkim kolejkę i opowie o swojej przygodzie. Pojawi się jakiś zadufany w sobie mag, któremu z czystej pogardy zapragniesz złamać obie ręce jeżeli tylko uniesie choćby paleć w kierunku niczego niewinnego wieśniaka. Albo chmury rozejdą się na niebie ukazując gwiazdy, pod którymi niegdyś walczyłaś wierząc w lepsze jutro i na powrót zapragniesz do niego dążyć znużona tym, czym się stałaś... - urwał opowieść zupełnie niespodziewanie i dziwnie. - To nie musi być aż tak skrajne i przykre, Iskierko. To może być przyjemne i błogie. Może być rozkosznym, pozbawionym sensu marnotrawstwem własnej młodości. Sęk w tym, by gdy marzenia i lepsze jutro dają nam jedynie ból i cierpienie, porzucić je skupiając się jedynie na radościach i bolączkach najbliższej chwili. Sęk w tym, by pozwolić sobie na odrobinę dystansu. Przerwy. Później zaś, sama wrócisz na właściwe tory. Ludzie bowiem nigdy nie przestają marzyć. - podsumował.
- Ludzie nie muszą być silni, by zmagać się z losem. Nie muszą widzieć w tym sensu, ani większego celu. - rzucił do niej, choć sam nie zeskoczył za nią z konia. - Czasami chodzi o proste "chuj wam w dupę", gdy nie widzisz już żadnego wyjścia z sytuacji. Czasami chodzi o zwykłe "pierdol się", wyrażające wewnętrzny bunt przeciw nieuniknionemu. Czasami chodzi o ostatnie dopierdolenie - losowi, światu, wiatrowi, czemukolwiek. Cóż z tego, że huragan nie przejmie się, gdy zwyzywasz go, wyklniesz i zapewnisz, że jego matka jest kurwą? Cóż z tego, że nie poczuje się zrażony, gdy polecisz uratować przywiązanego łańcuchem wilczura, tylko po to by ten jebany wiatr nie miał satysfakcji? Dać upust złości, emocjom i wewnętrznemu sprzeciwowi. To naturalne. A czasem prowadzi do pięknych rezultatów.
- Prawie zabiłaś. I niecelowo. Świat się nie skończył, Ignis. Następnym razem będziesz uważniejsza, podpalisz koło lub obijesz mordę idiocie, który prowadzi konia prosto w płomienia tak, że następnym razem dwukrotnie się zastanowi czy to bezpieczne. - odparł szorstko, bez zbędnego rozczulania się nad sytuacją.
- A dlaczego bycie iskrą jest złe? Dlaczego pragniesz być płomieniem? Może powinnaś zaakceptować to, kim jesteś? Może nie musisz niczego zmieniać?
Bleys zaśmiał się najgłośniej i najbardziej szczerze od dłuższego czasu słuchając jej gdybania. - Wybacz, Ignis. - mówił przez śmiech i w końcu również zeskoczył z jej konia. - ale nigdy nie miałbym wyrzutów sumienia po "chęci" okradnięcia kogoś nieprzytomnego. Słodka Ilhezin, jak wrażliwym trzeba być by obwiniać się za grzeszne myśli? - ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że spodziewał się odpowiedzi.
- To akurat oczywiste. Zawdzięczasz mi życie. Pamiętasz? Krwiożercze, straszliwe pająki. - puścił jej oczko.








30.12.2017, 17:06
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#98

Może nie rozumiała, a to było prawdziwe narzędzie do uśmierzenia smutku. A może zdążyła się już napatrzeć na te pijane, ale przyjacielskie gęby, by wiedzieć, że grupka pijanych mężczyzn częściej dzieli się pięściami wybijającymi zęby, niż wspólną radością. Choć, całkiem możliwe, że ona także była tam obecna, za każdym razem. Na tą jedną, krótką chwilę. Chyba nie o takie szczęście i nie taką akceptację jej chodziło. Jeszcze żałowałaby potem krzywdy uczynionej takiej bandzie.
Uśmiechnęła się lekko, słysząc jego śmiech. Pokręciła jednak głową i westchnęła. Każde słowo Łowcy było obślizgłe. Z każdego zagonienia w kąt, umiał się wydostać. Czy to paradoksalnym odwróceniem sytuacji, czy też gromkim śmiechem, po którym zapomninało się swojego najważniejszego argumentu. Ignis nie do końca wiedziała jak to działa. Westchnęła w końcu, nie mogąc się nie zgodzić z tak ogólnymi prawdami świata. W końcu spojrzała na niego z ukosa.
- Powiedz mi jeszcze, że słońce wschodzi na Wschodzie, a ogień jest gorący. - wzruszyła ramionami, wpatrując się w jego ślepia. - Chyba nie myślisz, że umknął mi ten fakt, co Kłamco? Że każdy człowiek jest inny, a wszystkimi kierują te same emocje, choć powodują je różne rzeczy? - wywróciła oczkami, na jego mrugnięcie. Stary zboczeniec. Stary, śliski zboczeniec. Zaprzeczyła ruchem głowy, ale spojrzenie skierowała na drogę. - Mówisz prawdę. I kłamiesz jednocześnie. Nawet znając schematy, rozumiejąc archetypy i będąc niesamowicie spostrzegawczym, nie będziesz w stanie rozumieć ludzi, jeśli nie będziesz umiał osadzić ich w kontekście. - westchnęła, przechylając głowę w lewą stronę. Mokre włosy coraz bardziej przylepiały się do jej nieosłoniętego ciała. Parsknęła z irytacją, ale stwierdziła, że nie ma sensu z tym walczyć. - Jeśli znam kontekst, mogę zrozumieć. Przykładowo, kulturę Azaratu znam zbyt dobrze, by źle ją interpretować. Tej kultury nie rozumiem, choć wszystko wydaje się identyczne. Ale tak naprawdę nic nie ma sensu... Ludzie są tacy... tacy... - szukała odpowiedniego słowa, mrużąc złociste oczy i przykładając palec wskazujący do ust. - ...nieposłuszni. - skrzywiła się, bo nie do końca o to słowo jej chodziło. - Nie macie szacunku, do nikogo. Nawet do siebie. - westchnęła, kryjąc twarz w jednej dłoni. Drugą wciąż trzymała wodze. - Wszyscy jesteście niewłaściwi. Nie macie świętości. Wasze zachowania sprawiają, że tracę wiarę w wypowiadane przez Was słowa. - spojrzała na niego wzrokiem, w którym zmęczenie zmagało się z bólem. - Jak mogę nie być kimś obcym, w krainie ludzi pozbawionych... - znów się zawahała, nie wiedząc jakich słów użyć, by oddać swoje myśli i odczucia. Umilkła na chwilę, próbując objąć to wszystko umysłem na chłodno. - ...ognia. Żyjecie w wiecznej burzy, która powoli gasi także mój ogień. - w jej słowach nie było wyrzutów ani rozpaczy. Raczej coś na kształt prawdziwego niezrozumienia, jak można nie mieć tak ważnego kawałka duszy, który nadaje oczom blask i czyni ludzi pełnymi życia. Rzadko widywała tu osoby, których spojrzenie ewidentnie wskazywało na to, że to, co robią, jest tym, co robić powinni. Może dlatego czuła się tutaj tak bardzo niedopasowana.
Na szczęście nie widziała jego wyszczerzonego uśmiechu. Podobał jej się, a chwila obecna nie była idealnym momentem do pokazywania tego rodzaju emocji - a przynajmniej, nie jemu. Choć ton jego głosu ewidentnie wskazywał, że Bleys z chęcią by się podroczył.
- Nie pocieszyłeś mnie, Kłamco. To tak zwana ironia, w swoim życiu pewnie często się z nią spotykałeś. - machnęła ręką, ale uśmiechnęła się złośliwie. - Tylko proszę, nie wyskakuj mi tu z tekstem, że to imię Twojej ulubionej prostytutki.
Przymknęła oczy, rozważając jego kolejne słowa. Przez moment nie czuła wiatru, deszczu, monotonnego ruchu konia na górzystym terenie. Przez tą chwilę po prostu myślała. Iluzja percepcji. Jak blisko z tego punktu było do stania się kimś innym? Ignis nie chciała się zmieniać, ale może nie miała już innej możliwości do wyboru.
- Chyba się z Tobą zgadzam. - przyznała niechętnie, choć złość powoli zaczęła w niej kipieć. Spojrzała na niego, a w jej oczach złoto mieszało się z czernią mocy, która ją wypełniała. Opanowała się niemal od razu, a niezmącony odcień jej tęczówek znów spoglądał na Bleysa. Słuchając jego głosu, monotonnego jak strugi deszczu, w końcu zeszła z Vexa. Spojrzała na Łowcę, mrużąc oczy.
- Ile marzeń musiałeś porzucić, by być tu gdzie jesteś? By być tym, kim jesteś? - spytała cichym, dość smutnym głosem. Nie wiedziała czy się z nim zgadza, pewnie znalazłaby tysiące powodów, dla których mogłaby rozpocząć z nim spór, co zaczęło być ich zamiennkiem rozmowy. Smutek jego głosu ścisnął jej serce mocniej, niż chciałaby to przynać. Przed tym właśnie chciała uciec. Bleys mógł śmiać się głośno i mówić o bez cienia wstydu o wszystkich swoich wymyślonych zaletach, ale nie był w stanie ukryć smutku w oczach. Dlatego po prostu skrywał oczy, by nikt nie dojrzał w nich prawdy.
Przynajmniej tak to widziała Ignis. Jednocześnie wiedząc, że nigdy nie dowie się czy miała rację.
Miała ochotę ściągnąć go z konia i pocałować mocno, zupełnie nie pojmując skąd to uczucie się w niej wzięło. Odsunęła się krok do tyłu, by nie wejść Vexowi pod kopyta. I by ukryć rozpalający oczy rumieniec. Odchrząknęła i rozejrzała się wokoło.
- Czy próbujesz mi zasugerować tą historią, że dziś nie mamy gdzie spać, co jeść, raczej się nie wykąpiemy i prawdopodobnie coś nas zaatakuje, gdy nie będziemy się tego spodziewać? - Ignis uniosła brew, nagle zdając sobie sprawę, że faktycznie zmierzcha, a na ich drodze nie było nic, poza lasami i górami. Choć przynajmniej mieli w sakwach trochę alkoholu. Dziewczyna westchnęła cicho, patrząc z tęsknotą w niebo. Chmury się nie rozeszły. Wzruszyła ramionami, jakby reszta jego słów nie docierała do niej aż tak prostą ścieżką. - Inaczej daję upust złościom i frustracjom. Znaczy... dawałam. - westchnęła, gładząc Vexa po szyi. Jego sierść zostawała na jej dłoni.
- Nie mówię, że bycie iskrą jest złe. Ale wiem, że kiedyś stanę się pożogą. Prawdziwym inferno. Dlatego wolę stać się płomieniem, by choć trochę mieć nad sobą władzę. - powiedziała pustym głosem. Potem przyjdzie śmierć. Nie będzie nic więcej.
Spojrzała na niego z lekkim wyrazem zaskoczenia na twarzy. Dopiero po chwili zrozumiała skąd wziął się jego głośny śmiech. Matko Smoków, w tym człowieku nie było za grosz pokory. Uśmiechnęła się szelmowsko, kiedy Bleys zadał swoje pytanie o grzeszności myśli. Uniosła brew, ale nic nie odpowiedziała, choć wiedziała, że tego właśnie od niej oczekuje. Wzruszyła tylko ramionami i zrobiła niewinną minę, jakby nie miała pojęcia o co mu chodzi. W końcu była grzeczną dziewicą.
- Nie zawdzięczam Ci życia, łajdaku. - westchnęła w końcu, kręcąc głową. - Nikt normalny przecież by się do takiego długu nie przyznał... - dodała ciszej, ale na jej ustach kwitł delikatny uśmiech.








30.12.2017, 18:42
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#99

- Ogień jest gorący? - zapytał z niedowierzaniem w głosie - Czy to właśnie próbujesz wmawiać biednym ludziom? - podsunął pomysł, jakby ta wizja była absurdem nie do pomyślenia.
- Sęk w tym, by osadzić ich w kontekście. Brutalnie, bez pytania, szorstko. Po poszlakach dopowiedzieć sobie do całości. A im więcej doświadczenia w tym masz, tym szybciej dostrzeżesz pomyłkę i skorygujesz błędy. - odparł.
- Cóż to znaczy, kłamać i mówić prawdę jednocześnie? Czy taką osobę można nazwać szczerą? - jego głos przybrał filozoficzny wydźwięk.
- W tej kulturze brakuje jednego, głównego elementu, który spaja Twoją. Ludzie są nieposłuszni, nie dostrzegają bowiem korzyści płynącej z posłuszeństwa. Nie dostrzegają konieczności i konsekwencji przeciwstawiania się jej. - ciągnął. - Nie wiem, czy to źle czy dobrze. Prawdopodobnie to co właściwie leży gdzieś pomiędzy światami skrajności. Ale świat się zmienia, a te zagubione owieczki kiedyś mogą potrzebować ognia takiego jak Twój. - zmrużył różnobarwne ślepia - ...i jestem pewien, nawet jeżeli teraz wydaje Ci się, że ten ogień przygasa, gdy pojawi się konieczność zapłonie na nowo, dając nadzieję tym nieposłusznym, zagubionym, zapijaczonym owcom nieznającym posłuszeństwa. - w ramach tej wypowiedzi Bleys popadał w coraz silniejsze zamyślenie, ostatecznie bardziej zastanawiając się nad groteskowym widokiem Ignis besztającej nieszczęsnych wieśniaków za brak dyscypliny, niż skupiając się na puencie, którą chciał jej przekazać.
- Wojny, kataklizmy, demony... - rzucił w końcu powoli wypowiadając słowa - jak myślisz, czy wszystkie te okropne rzeczy czynią ludzi lepszymi, czy wprost przeciwnie? - Łowca sam nie był pewien. Z jednej strony oblicze zagrożenia, wzrastająca pokora, determinacja, dążenia do jakiegoś celu, to były wartościowe rzeczy. Z drugiej strony żołnierze gwałcący wieśniaczki, wyzyskiwanie poszkodowanych, szaleństwo i desperacja...
- Nie musisz się wstydzić, Ignis. A poza tym, nie mam ulubionej prostytutki, te okrutne kobiety okradają biednych mężczyzn w chwilach ich największej słabości - jak w ogóle można mieć jakąś ulubioną?! - przeszedł od lekceważącego zignorowania jej wytyku i rzekomego zaprzeczenia, jakoby Bleys był jej pocieszeniem, do zabawnego (w jego mniemaniu) rozważania sympatii do kobiet oddających się za pieniądze.
Na jej cice, smutne pytanie odpowiedział uśmiechem, który wyrażał najwięcej smutku ze wszystkich jego dotychczasowych min. - Nieważne, Ignis. - rzucił. - Nieważne ile marzeń. Nieważne ile razy te same marzenia. - pociągnął niechętnie, powoli wymawiając słowa. - Ważne, że one wracały. I będą wracać. - zamknął oczy. - A dalsze pytania w tej materii będą zbyt intymne. Będą naruszały moją prywatność. Innymi słowy - nie przystojną damie. - otworzył oczy a jego uśmiech, choć w zasadzie nie zmienił się ani o odrobinę, wydał się jakiś bardziej swobodny.
- Bardzo dobrze, Ignis. Przedstawiłaś sytuację wręcz beznadziejną! Teraz, o ile dorwiemy coś do jedzenia i nikt nas nie zaatakuje możemy uznać to za powód do świętowania! - zapewnił z pompą - że już nie wspomnę o niewysłowionej radości, jaką niechybnie wywoła w Tobie świadomość, że zmarznięta, samotna i smutna być może odnajdziesz męską pierś do której mogłabyś przytulić się by ukoić wszelkie smutki. - tym razem nawet się nie wyszczerzył, przez co zabrzmiało to niemal, jak coś zupełnie normalnego, naturalnego i właściwego.
- Dyscyplina i opanowanie są dobre, Ignis. Bywa jednak tak, że instynkt, emocje i silne pragnienia potrafią zdziałać równie wiele a nawet więcej, gdy zachodzi konieczność. Być może nie warto się tym zadręczać?
Pokręcił głową. - Ach ten buntowniczy okres. Ten syndrom wyparcia. - rozbrzmiało z rezygnacją. - Prawdziwe utrapienie, z tymi młodymi pięknościami. - podsumował i jakoś tak dziwnym trafem jego spojrzenie zsunęło się nieco poniżej linii jej oczu.








30.12.2017, 19:23
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie

- Oh, czyli jednak z tym słońcem to zgadłam? - wyszczerzyła się do mężczyny, który próbował zaprzeczyć podstawowym prawdom świata. Lub je proklamować. W różnej kolejności.
Ignis przeszedł dreszcz, kiedy kropla wody wleciała jej za kołnierz. Syknęła z bezsilną irytacją i poprawiła kurtę.
- Nie tak łatwo osadzać w kontekście kultury, których nie znamy. - stwierdziła szorstko. Na wielkim targu Azaratu widziała ludzi każdej rasy, a mimo to nie umiała wyobrazić sobie czytania z ruchu ciał i spojrzeń ludu z Dranvul. Choć może to dlatego, że mieszkańcy Miasta Słońca przykładają do tego największą wagę, tak samo jak do wypowiedzianych... i niewypowiedzianych słów. - Choć nie jest to wiedza niedostępna dla wszystkich. - zgodziła się, bo to stwierdzenie było kolejną ogólną prawdą. - Eh, źle mnie rozumiesz. Nie znam odpowiedniego słowa w tym języku... po prostu, w Azaracie każdy zna swoje miejsce. Wie, co może i czego mu się zabrania. Każdy zawód jest cenny, bo służy w jakiś sposób walce z demonami. - spojrzała na niego, a jej spojrzenie nagle nabrało blasku, jakby dopiero teraz zrozumiała dziecinnie prostą rzecz. - Brak Wam jedności. Troszczycie się tylko o siebie. Dlatego tak bardzo nie pasujesz mi do tego wszystkiego. - dodała dobitnie, patrząc na niego z dziwnym uśmiechem. W każdym razie wydawała się z siebie bardzo zadowolona. - Prędzej czy później będziemy musieli stanąć do walki, a wbrew pozorom, mamy tylko jednego wroga. Demony. - mówiła twardym głosem, w którym słychać było zdecydowanie wykute przez lata walk. Pokręciła głową, a jej wzrok stał się odległy. - Ja nie jestem pewna, czy chcę być ogniem dla takich ludzi. Nie wiem czy stanę do walki, jeśli ta nastąpi za mojego życia. Może pozwolę mu po prostu zgasnąć. - było to dla niej jakieś rozwiązanie, choć nie wierzyła za bardzo w swoje słowa. Instynkty brały górę, kiedy chodziło o walkę z demonami. Zamyśliła się nad jego kolejnymi słowami. - Nie umiem Ci na to odpowiedzieć. Pewnie zależy od ludzi. Wojna może uwolnić ich najlepsze lub najgorsze cechy. Kłopotliwe pytanie. - skrzywiła się w końcu, nie patrząc na Bleysa. - Tak samo jak nie umiem wyjaśnić, dlaczego w Twoich słowach słyszę zarówno prawdę, jak i kłamstwo. Jestem w stanie Ci zaufać, choć Ci nie wierzę. - zaśmiała się krótko, ale ta dziwna sprzeczność budziła w niej tylko rozbawienie. Mogło tak zostać, nie przeszkadzało jej to.
- Wstydzić? Myślałam, że ten etap mamy już za sobą. - uniosła brwi i wzniosła oczy ku niebu. Uśmiechnęła się krzywo, wcale nie zaskoczona takim obrotem sytuacji. - Cóż, po prostu wyglądasz na takiego... choć nie. Po krótkim namyśle stwierdzam, że prędzej upiłbyś już i tak pijaną damę, a potem ją wykorzystał nim jej mąż zorientuje się, że żony nie ma w pobliżu. Hm... z tym jednak raczej nie masz problemów, na pewno szybko ją oddajesz. - wyszczerzyła się złośliwie, a przez jej oczyska skakały iskry rozbawienia. Puściła mu oczko i zniknęła mu sprzed twarzy, schodząc z konia.
Dotknęła zimnymi palcami jego dłoni. Coś... smutek w jego głosie... odebrał jej odwagę, by spojrzeć mu prosto w twarz. Zamiast tego patrzyła na blizny rysujące się na jego palcach i grzbiecie ręki. Chciała wiedzieć więcej, ale milczała.
- Jesteś ostatnią osobą, którą posądziłabym o troskę o własną intymność. Szczególnie przy damie. - chciała, by ton jej głosu był równie swobodbny, ale nie była w stanie ukryć rozczarowania. Nie mogła go w gruncie rzeczy za to winić, ale... i tak była ciekawa.
Dziewczyna rozejrzała się wokoło z dość sceptyczną miną. Skrzyżowała ręce na piersiach i westchnęła.
- No, na szczęście mam przy sobie Łowcę, więc nie powinnam się martwić o to, że nic nie upolujemy, prawda? - uniosła brew i odwróciła się, by popuścić popręg Vexowi. Jeszcze go nie rozkulbaczała. - Chyba musimy znaleźć jakąś jaskinie. Albo zrobić szałas. Na całe szczęście mój znajomy Łowca pewnie i z takiej opresji nas wyciągnie, co? - mówiła dalej. - A wtedy może w nagrodę przytulę się do jego męskiej piersi! - zaśmiała się wesoło, bo bez żadnej głupiej miny wcale nie brzmiał jak Bleys, do którego zdążyła się już przyzwyczaić.
Westchnęła, ale skinęła mu głową. Owszem, nie było warto się zadręczać przyszłością, której nie uniknie. Dlatego potrzebowała czegokolwiek, co choć trochę odwlekło by ten moment.
- Te starsze już się nie wypierają? Czy już nie są w Twoich oczach pięknościami? - spytała, nie komentując spojrzenia Łowcy, które prześlizgiwało się po jej ciele. I tak była ubrana w tyle warstw, że nie było widać zbytnio jej kształtów. - To co robimy? Rozbijamy się tutaj czy idziemy szukać jaskini? Prowadź Łowco, jestem zdana na Twoje umiejętności.








30.12.2017, 20:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
3 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna