Drogi kupieckie
#11

Jak dawno nie siedziała w siodle! Dziewczyna uwielbiała to uczucie, podczas którego mogła dać się ponieść pędowi swojego przyjaciela, scalając ich instynkty i pragnienia w jedno. Zatem, kiedy wsunęła stopę w strzemię i podciągnęła się na łęku, żeby z elegancką gracją wylądować na Vexie, kiedy chwyciła w dłonie przyjemnie skrzypiące wodze, kiedy poprawiła juki, by nie zahaczały o niechronione przez czaprak boki konia... westchnęła cicho i zastygła w miejscu. Odnalazła wzrokiem Łowcę, bez którego właśnie prawie odjechała, niesiona radosną chęcią odczucia wiatru we włosach i wolności, jaką daje szaleńczy bieg przed siebie. Przesunęła juki do przodu i chwilę po tym wyciągnęła dłoń w stronę Łowcy.
- Wskakuj. Ta szkapa uniesie więcej niż na to wygląda. - chwyciła go pewnie i pociągnęła w górę. Miała nadzieję, że jeździł już wcześniej konno. I że wychodziło mu to naprawdę dobrze. Poprawiła tylko swoją kurtkę, by wiatr nie wkradał się niepotrzebnie pod jej ubranie i odwróciła się w siodle do mężczyzny. - A teraz trzymaj się mocno. - dziewczyna stuknęła lekko piętami w boki Vexa, a ten zatruchtał w miejscu i zarżał. Poklepała go po szyi. - Też się stęskniłeś, no nie, ty stara zołzo? - zwierzę zastrzygło uszami i raz jeszcze zarżało w odpowiedzi na pieszczotę Mistyczki.
Ignis poruszyła biodrami, popychając tym samym konia do stępa, a zaraz po tym mocniej wbiła pięty w jego boki. Vex niemal od razu zerwał się do galopu, który w ułamku sekundy zmienił się w cwał. Złotooka uwielbiała moment, w którym końskie kopyta nie dotykały ziemi, miała wtedy wrażenie, że naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych.
Krajobraz wokół nich zlewał się w jaśniejsze i ciemniejsze pasma zieleni. Tętent kopyt stanowił monotonne staccato, które uspokajało i wypełniało myśli. Dziewczyna pozwoliła Vexowi odsapnąć dopiero, kiedy zobaczyła pianę na jego bokach, jechali więc stępa w ciszy, której nie przerywała. Spojrzała ukosem na Bleysa, który siedział za nią, ale szybko odwróciła wzrok. Czuła jego oddech na swoim karku, a kiedy do niej to dotarło przeszedł ją dziwny dreszcz. Zaśmiała się krótko i pokręciła głową. Kiedy przestanie czuć się tak niepewnie z własnymi odczuciami? Odchyliła się w siodle, opierając głowę na ramieniu Łowcy i patrząc w niebo, pozwalając chmurom przesuwać się powoli nad jej głową i odbijać w jej oczach. Popuściła wodze, ale droga była prosta, wątpiła, by koń zboczył gdzieś, gdzie nie powinien. Uniosła dłoń do góry i wycelowała nią w niebo.
- Widzisz? Pierwsza gwiazda. - uśmiechnęła się miękko. Wyglądała jak dziecko, które chce za wszelką cenę ją chwycić. - Jest najjaśniejsza, przebija się nawet przez blask słońca. Wiesz, czym ona jest? - odwróciła delikatnie głowę w jego stronę, ale w zasadzie to przed oczyma miała teraz tylko jego szyję. Znów spojrzała w niebo. - To dusza, która dopiero co opuściła ciało. Dlatego jest tak zdeterminowana by świecić. By pocieszyć swoich ukochanych, pokrzepić ich tym blaskiem. - przymknęła oczy, powoli zauważając coraz więcej gwiazd. - Lubisz oglądać gwiazdy? - podniosła się, stając na siodle i obróciła, by siadając ponownie, być twarzą do Łowcy. Oddała mu wodzę w dłoń. - Kim jesteś, Kłamco? - spytała, patrząc mu w oczy, ciekawa odpowiedzi. Stwierdziła, że skoro zgodziła się mu pomóc, a przy tym wiedziała, że przydatności tej pomocy raczej nie zweryfikuje, to powinna wiedzieć coś o tym buńczucznym, bezczelnym i pociągającym łachudrze. - Możesz mi powiedzieć? - zmrużyła trochę oczy, uśmiechając się przy tym trochę smutno.
Przy kolejnym mrugnięciu już jej nie było przed Bleysem, już jej nie było w siodle, już jej nie było na koniu. Ignis przechyliła się przez bok Vexa i przeturlała się przez bark, po czym wstała i przez moment zastygła w bezruchu. Poprawiła futrzany kołnierz swojej kurtki i zafascynowanym spojrzeniem pochłaniała widok wokół siebie. Góry, które były pokryte lodem i śniegiem. Prawdziwe góry! Tak piękne, jak Levino jej opowiadał. Delikatnie rumieńce wypełzły na jej policzki, a oczy skrzyły się od zdumiewającego krajobrazu. Dziewczyna powoli ruszyła w stronę konia, ale nie miała zamiaru póki co na niego wchodzić. Popuściła popręg, by zwierzę nie odparzyło sobie boków przy schylaniu łba. Vex szedł przy niej, co chwila szturchając ją nosem lub kładąc głowę na jej ramieniu. Ignis co jakiś czas głaskała go po chrapach.
- Niedługo będzie się ściemniać. Dojedziemy przed nocą do miasta? - spytała, nie wyczuwając na razie żadnego zagrożenia. To nie była żadna pradawna moc, ale zwykłe przeczucie, instynkt wojowniczki, która nie jedną noc spędziła poza bezpiecznymi barierami i murami. - Czy może po drodze jest jakaś karczma, w której można odpocząć kilka godzin? - dodała, choć wizyta w karczmie nie była raczej pomysłem, który sprawiał, że czuła się całkowicie komfortowo. - Chyba, że nie przeszkadza Ci noc ze mną, pod gwiazdami? - skierowała ku Łowcy radosne spojrzenie, które po chwili zmatowiało, gdy uświadomiła sobie, jak bardzo to może być dla Bleysa niekomfortowe. - Nieważne, zapomnij. Na pewno coś znajdziemy.








11.09.2016, 20:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#12

Bleys nie miał potrzeby, by jechać na koniu razem z nią. Swobodnie mógł podróżować monotonnym krokiem znajdującym się gdzieś między truchtem a biegiem i nie czuć się ani zrażony, ani wyczerpany - ich cel nie był tak daleko, a mężczyzna przywykł do poruszania się na własnych nogach - przy jego zamiłowaniu do odwiedzaniu cudzych domów, pozostawianie konia znacząco ograniczało możliwości dróg ucieczki do wybrania, dlatego też - o ile nie planował dalekich podróży - konia nie posiadał.
Bądźmy jednak poważni, gdy urocza dama prosi mężczyznę, by usiadł tuż za nią, wdychał jej zapach i czuł jej bliskość, prawdziwy facet zgodziłby się nawet, by pojechać z nią na hipopotamie, jeżeli taki będzie jej kaprys. Więc bez zbędnych sprzeciwów czy dyskusji wskoczył do Igniski zanim zdążyła zmienić zdanie i wciągnął głośno zapach jej włosów śmiejąc się krótko - zapowiada się rozkoszna podróż. - rzucił lekko.
Po krótkim powitaniu Mistyczki ze swym zwierzęciem, wymianie uprzejmości, pieszczot i strzyżeniu uszami, byli gotowi do podróży. A ruszyli zaskakująco płynnie i szybko. ~Popisuje się.~ bardziej stwierdził niż spytał się w myślach. Wcale nie było potrzeby mknąć przez las niczym wicher, zwłaszcza startując tak szybko. Wrażenie było jednak przyjemne, łowca zmrużył oczy chłonąc wiatr rozbijający się o jego twarz. Po chwili jednak, Łowca zaczął się zastanawiać - czy jej koń przybył tu z pustynnych stron? Czy gdyby mieli zboczyć z przygotowanego traktu na bardziej dziki teren - poradziłby sobie? Pierwszy raz odkrył go w lesie, między drzewami, ale nie miał pojęcia jak sprawnie się tam dostali.
Inna rzecz, taki koń to prawdziwy skarb. Bleys miał masę doświadczeń z różnymi wierzchowcami, które wpadały w panikę na widok jakichkolwiek stworzeń z dziczy. Vex nie zszedł na zawał gdy obcował z tak wybuchową dziewczyną, jak Ignis! Już nie wspominam o demonach...
Łowca podążył wzrokiem za jej palcem, ale przez dłuższą chwilę nie mógł wypatrzeć czego wypatruje. Przez myśl przeszło mu, że ani pierwsza, ani ostatnia. Jedna z niezmierzonego ogromu. Postanowił jednak tylko uśmiechnąć się. - Faktycznie. - powiedział ciepłym głosem, uznając, że chętniej posłucha jej wizji, niż obrzydzi dziewczynie ich wspólną przejażdżkę. Tym bardziej, że wspomniana "pierwszość" nie była przecież wypowiadana dosłownie. - Hm..? - zachęcił, gdy zadała retoryczne pytanie. A gdy usłyszał odpowiedź, uśmiechnął się ciepło. - Piękna wizja. - powiedział do siebie bardziej, niż do niej.
Gdy zadała mu pytanie zawahał się. Czy lubił oglądać gwiazdy? W zasadzie nie był pewien. Nie był raczej marzycielem wpatrzonym w niebo. No chyba, że jego towarzystwo pragnęło siedzieć z marzycielem. Westchnął ciężko. - Lubię oglądać odbicie gwiazd w czyichś świecących oczach, Iskro. - powiedział dość ponuro. - Lubię patrzeć jak wpływają na ludzi. Samotnie jednak, nie potrafię się nimi cieszyć. - powiedział dla odmiany coś w całości szczerego.
Wziął od niej wodze, choć pojęcia nie miał dlaczego nagle mu je oddała. A później zadała kolejne pytanie. Uśmiechnął się na swój łobuzerski sposób. - Wrakiem człowieka szukającym drobin szczęścia. - odpowiedział i zwilżył wargę wpatrując się w bok jej szyi. Gdy zmrużyła oczy upewniając się, czy jej powie, wzruszył ramionami gubiąc cały figlarny wyraz twarzy. - Tylko tyle sam potrafię stwierdzić. - podsumował. - Może za jakiś czas, Ty mi powiesz więcej? - podsunął.
A potem zniknęła. Ha! Więc po to oddała mu wodze. Pierwsza myśl jaka przyszła mu do głowy, to odjechać bez niej i zobaczyć minę, jaką by go obdarowała. Cień dobrych manier podszepnął mu jednak, że nie tak traktuje się damy.
On też nie wyczuwał żadnego zagrożenia w okolicy - a jego zmysły były nawet bardziej niż jej wyczulone na to, co mogło im grozić w tych stronach. - Jeżeli nam zależy to tak, ale musielibyśmy dość mocno polegać na Twoim przyjacielu. - poklepał pieszczotliwie Vexa, żeby nie było wątpliwości o kim mówi.
Bleys także znalazł się na ziemi i przeciągnął leniwie.
- O karczmie nic nie wiem. - stwierdził zgodnie z prawdą. Gdy ostatnio tędy podróżował nie było niczego takiego. Ale to nic nie znaczyło.
- Noc z Tobą, pod gwiazdami? - w jego głosie rozbrzmiewały emocje, które ciężko było jednoznacznie określić jako entuzjazm, przerażenie, niepewność czy złośliwość. Pewnie miały wszystkiego po trochu. - O niczym piękniejszym nie mógłbym marzyć, pod warunkiem, że utulisz starego pryka do snu. Trochę się boję. - podsunął i zaśmiał się do tej wizji. Nie rozumiał jej spojrzenia. Przecież Bleys był lowcą, dziesiątki nocy spędził w dziczy. To, że zmierzali w stronę pustyni nie znaczyło, że wyskoczą tu na nich demony. I łowcy coś takiego nawet przez myśl nie przeszło - inaczej wcale by tu nie jechał. Bądźmy szczerzy, ale las czy miasto - w tych stronach, nie robi to specjalnej różnicy, gdyby miały się pojawić.








12.09.2016, 13:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#13

Tęskniła za szaleńczą jazdą na swoim złośliwym rumaku. Bywało tak, że Vex czasami stawał bez przyczyny i żadnymi sposobami nie dało się ruszyć tego krówska, ale zazwyczaj udzielał mu się nastrój Ignis i pędził przed siebie aż obojgu kończył się dech w klatce piersiowej. Mistyczka często jeździła konno zarówno po mieście, gdzie inaczej ciężko się przebić przed tłum, jak i na pustyni, gdzie pozwalały na to kamienne drogi, rozchodzące się od Azaratu w różne strony świata. Dziewczyna tylko raz zamieniła swojego wierzchowca na wielbłąda, który dzięki specjalnej konstrukcji swoich kopyt bez większego problemu porusza się po piaszczystych wydmach i obiecała sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi. Chyba nabawiła się wtedy choroby morskiej. W każdym razie nie mogła pozwolić, by Bleys szedł na piechotę obok nich, ponieważ wtedy nie było szans na galopowanie przez leśne gęstwiny i górskie ścieżki. Skrzywiła się niemal niezauważalnie, przecież koń w dzisiejszych czasach jest potrzebny jak lewa ręka! Czyli w sumie nie bardzo, ale jednak życie bez niego jest trudne do wyobrażenia.
Przycisnęła kolana do siodła i zaparła się w strzemionach, choć Łowca wcale nie potrzebował jej pomocy przy wdrapaniu się na zwierzaka. Usłyszała jego oddech, z którym wcale się nie krył, a chwilę potem wesoły śmiech. Ten mężczyzna doprowadzał ją do wściekłości w jednym momencie, a w drugim już nie pamięta co było jej powodem, bo śmiała, zmiękczona do kości jego bezczelnością. To było absurdalne. Nie pojmowała co się tu dzieje. Ale z drugiej strony, może to i lepiej? Może wtedy straciłoby to cały swój urok? Czując jego ciepło na swoich plecach rozluźniła się, nie zdając sobie nawet sprawy z tego jak wcześniej jej mięśnie były napięte przez chłód wieczora.
- Powiedz mi to za kilka godzin, jak zejdziesz z siodła. - odparła podobnym tonem i zaśmiała się, już czując mrowienie w mięśniach. Dobrze wiedziała, że sama także będzie później marudzić na ból tyłka, ud i łydek. Ale kto by się tym przejmował teraz? Przed nimi jeszcze kilka godzin podróży!
Owszem, popisywała się. I nawet nie miała tyle przyzwoitości, żeby próbować to ukrywać. Trzymała wodze jedną ręką, drugą wystawiwszy w bok, zupełnie jakby chciała chwycić wiatr w rozwartą dłoń. Jej włosy fruwały za nią dziko. Dziewczyna rzadko uchylała się przed gałązkami czy omijała przeszkody, typu kamienie czy zwalone pnie. Vex gnał przed siebie jak demoniczny pomiot, od których Mistyczka często go wyzywała. Co jakiś czas klepała go po szyi, żeby cieszył się jej uznaniem. W okolicach Azaratu taka jazda nigdy nie była możliwa. Pustynie nie są dobrym miejscem na dzikie przejażdżki, nocą zaś nie czerpie się z nim radości, kiedy trzeba panować nad nerwami swoimi, jak i konia. Vex był jednak całkiem opanowanym towarzyszem, tresowanym od maleńkości wynikiem mieszania wielu różnych ras koni z całego świata. Podobno. Z wyglądu przypominał raczej wielkiego kuca, któremu bogowie poskąpili kolorów, zalewając go nocną czernią.
Zmrużyła delikatnie oczy, szczerze zdziwiona brakiem złośliwego komentarza ze strony Bleysa. Krótka nutka wdzięczności przemknęła przez jej świadomość, kiedy zgięła rękę i położyła chłodną dłoń na policzku Łowcy. W sumie... sama nie wiedziała czemu to zrobiła, więc łagodnym gestem zsunęła ją z jego twarzy. Kiedy skończyła mówić, spojrzała na niego ostro. Chyba jeszcze od początku ich znajomości nie patrzyła na niego z taką dezaprobatą, taką złością i taką pewnością tego co mówi.
- To nie jest wizja! - otworzyła szeroko oczy, a jej usta poruszyły się bezgłośnie. Odwróciła się powoli, czując jak głupi rumieniec zawstydzenia wypełza jej na policzki. - Przepraszam, nie chciałam się unosić. - wymamrotała ledwo słyszalnie i ledwo zrozumiale. Ale za nic w świecie nie miała zamiaru się powtarzać. - Chodzi mi o to, że ci, którzy nas kochają, zawsze to jakoś okazują. A tam, w ich blasku i niezmienności, zawsze możemy znaleźć pokrzepienie. - jej szklane oczy wypełniły się łzami, które pociekły po jej policzkach. Łowca na szczęście nie mógł tego widzieć. Pozwoliła im wyschnąć i odetchnęła głębiej.
Odpowiedź dostała prosto w twarz, znaczy, po zmianie swojej pozycji w siodle. Miała nadzieję, że Łowca weźmie jej zaczerwienione oczy za efekt zimnego, ostrego wiatru. Chwyciła go za podbródek i przyciągnęła bliżej do siebie.
- Nie myl nocnego nieba z gwiazdami odbitymi na powierzchni stawu. Nie uznawaj czyichś uczuć za swoje. Nie bądź takim, jakim chcą Cię widzieć inni, bo wtedy tracisz tą cząstkę siebie, którą tak bardzo... - zmarszczyła brwi i spojrzała w bok. Zastanowiła się chwilę, co chciała powiedzieć, jakie słowo było tym pierwszym, które wypowiedziała już jej podświadomość. Uśmiechnęła się w końcu kącikiem ust. -...która tak bardzo mnie w Tobie urzeka. - Ignis miała wrażenie, że Bleys, mimo całego swojego zachwytu chwilami i czerpania z życia, hołdowania okazjom i zagarniania przyjemności, był bardzo smutnym człowiekiem. Nie umiała jednak powstrzymać uśmiechu, kiedy na jego twarzy pojawił się ten łobuzerski wyraz.
- Oh, jeśli chcesz, to ja już teraz mogę Ci powiedzieć kim jesteś. Chamskim, bezczelnym, aroganckim, zadufanym w sobie facetem, który myśli, że spił trochę wina z boskiego rogu i szczęście się od niego nie odwróci. To z jednej strony. - uniosła brew, przysuwając się do niego, zerkając to w jego oczy, to na jego usta. - A z drugiej strony... to będzie na razie moja mała tajemnica. - uśmiechnęła się złośliwie z ustami tuż przy jego ustach, po czym zniknęła mu z oczu.
Akurat to, ze Łowca może spróbować czegoś takiego jak popisowa ucieczka przed nią, Ignis nie obawiała się ani trochę. Jej koń był na tyle mądry, by nie odchodzić zbyt daleko złotookiej, a poza tym przychodził na gwizdanie zupełnie jak pies. W każdym razie Bleys nie uczynił nic takiego, a dziewczyna miała chwilę by nasycić oczy widokami. Popatrzyła na konia, który zatrząsł łbem, gdy Łowca poklepał go po szyi. Ignis uśmiechnęła się, zupełnie jakby patrzyła na małego, uroczego kotka.
- Nie ma sensu go przemęczać, poza tym powinnam dać mu się popaść. Owsa powinno mu wystarczyć, nie wiem tylko czy znajdziemy tu jakiś strumień. - rozejrzała się wokoło, szukając dogodnego miejsca na mały obóz. Wolała chyba jednak w tym wypadku polegać na Łowcy. Popatrzyła się na mężczyznę z czułym blaskiem w oczach, ale pokręciła głową, kiepsko ukrywając brak sprzeciwu.
- Macie zbyt zimne noce, by leżeć z dala od siebie i nie obudzić się rano zdrętwiałym jak kamień. - wzruszyła ramionami, poniekąd zgadzając się na jego żartobliwe warunki. - Poza tym chcę posłuchać opowieści o tych krainach. Proszę? - puściła mu oczko i poszła zajmować się zdejmowaniem siodła z jukami i ogłowia Vexa.








12.09.2016, 20:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#14

Cóż za mylne postrzeganie miasta! Przebijanie się przez ludzi było o wiele prostsze bez konia niźli z koniem. A już przebijanie się przez ludzi z jednoczesnym kolekcjonowaniem ich sakiewek, na koniu stawałoby się niemal niemożliwe. Taka to jest jak widać różnica, między młodą i piękną dziewczyną, na której wdzięki będą łasi wszyscy chłopcy z odrobiną fantazji, a która na samą myśl bliskości owych wzdryga się niechętnie, oraz podstarzałym zboczonym łowcą, który bliskości tłumu pożądał, dostrzegając w nim okazje różnego rodzaju, a o którego ocierać się, bez uprzedniego starania z jego strony, niewiele osób chciało.
Nie odpowiedział na jej roześmianą groźbę - czy jak inaczej nazwać słowa o kilku godzinach w siodle. Przecież to nie miało sensu, jak po skończonej podróży miałby jej mówić, że podróż się zapowiada?! Aj nierozsądna ta nasza mistyczka. Odpowiedział statecznym skrzywieniem warg w coś, co wyglądało wyjątkowo nienaturalnie jak na uśmiech Bleysa, które jednak szybko zniknęło z jego ust ustępując miejscu naturalnej, niepowstrzymanej wesołości. Co też się z nim działo, że jedna tylko dziewczyna potrafiła wprawiać go w dobry nastrój przez tak długi czas, nie doprowadzając przy tym w żaden sposób do furii?
Czy ukrywanie swych szczerych intencji to przyzwoitość? Czy popisywanie się było złe? Bleys zaprzeczyłby temu. Nieprzyzwoite mogłoby być co najwyżej przechwalanie się tym, jak szybko potrafimy biegać przed kimś, komu urżnęło nogi. Co ja gadam, nieprzyzwoite? Nieprzyzwoite to może mieć myśli pewien facet imieniem Bleys, gdy na chwilę przestanie się go zagadywać i pozwoli jego umysłowi na odrobinę swobody. W każdym razie w popisywaniu się nie było nic nieprzyzwoitego. Ba! To było wręcz właściwe i naturalne, jak długo rzecz jasna mistyczka miała się czym popisywać, ot co!
Bleys przez pewien czas zastanawiał się, czy jadą w taki sposób, że gałązki drzew całą swoją wolą (niezależnie ile tej woli mogą mieć gałęzie) próbowały walić mężczyznę po twarzy, z powodu beztroski mistyczki, czy też z jej złośliwości? Sama co prawda nie uchylała się przed nimi, ale i nie musiała przed zdecydowaną większością - Łowca na swoje nieszczęście nieco ją przerastał a jego twarz muskało coś więcej, niż delikatne liście. Nie narzekał jednak - och wspaniały - a zamiast tego pochylił się bliżej mistyczki i próbował patrzeć na świat z wysokości jej oczu. - Co widzisz, Iskiereczko? - zapytał bezwolnie, tuż koło jej ucha, choć w jego założeniu pytanie miało rozbrzmieć retorycznie w jego głowie.
Tym razem, dreszcz wywołany jej dotknięciem jego policzka, rozszedł się po nawet szybciej, niż go poczuł. Czyżby powoli przyzwyczajał się do jej - działającego nadzwyczaj nietypowo - dotyku? Uśmiechnął się słysząc jej pełen przekonania podniesiony głos, a później widząc jak rumieni się i odwraca. Gdy go przeprosiła, wstrętny Kłamca oczywiście usłyszał jej słowa, ale nie przejął się tym - Słucham, skarbie? - brzmiał jakby faktycznie nie wiedział, jakby nie usłyszał, jakby chciał zrozumieć. Pomijając jednak słowa jakie wypowiadał, jakimś cudem przygasił nawet złośliwy błysk w swoim oku do czasu, aż dostrzegł jej reakcję. Czy Ignis da się sprowokować..? Jakże ciężko było powstrzymać uśmiech, widząc ją tak zakłopotaną.
Później wyjaśniła dlaczego tak jej zależy na prawdziwości tej wizji. Bleys mógł się tego rzecz jasna domyślić - była samotna, pocieszenie odnajdując jedynie w gwiazdach, wśród których patrzyli na nią jej bliscy. Albo bliski, bez znaczenia. Teraz jednak miała także jego - przynajmniej do czasu, aż się nie rozstaną. Dlatego też Bleys położył dłoń na jej głowie głaszcząc delikatnie, jak dziecko, trzymając się konia tylko jedną ręką i nogami. - Masz rację, Ignis. - powiedział tylko. ~Jeżeli potrafisz to poczuć, to już nie jest tylko wizja. ~ dokończył w myślach. Jeżeli to była prawda, łowca trochę jej zazdrościł.
Uniósł brwi na jej słowa. Myliła się, nie uznawał cudzych uczyć za swoje. Doskonale wiedział, że to co widzą inni, należy tylko do nich. A on chciał być cząstką tego, czego sam nie potrafił sobie stworzyć. I chciał czerpać z ich nastroju, radości. Łatwo jest mówić, że powinien cieszyć się tym wszystkim sam, ale nie każdy to potrafił. A Bleys próbował niezliczoną ilość razy.
Jego oczy zwęziły się nieco gdy urwała wypowiedź, a gdy po odrobinie wahania dokończyła, pocałował ją w policzek czule i dziecinnie. - Podobno jestem kłamcą. - powiedział z nutą wesołości. Słowa te tyczyły się zarówno tego, jak starannie dobrała zakończenie wypowiedzi oraz tego wcześniejszego wątku. Nie wyjaśniał tego jednak pozostawiając jej dowolność interpretacji.
Wypiął dumnie pierś na jej wyliczankę, z każdym kolejnym słowem puchnąc z dumy bardziej i bardziej. Pomachał ręką wykazując totalny brak zainteresowania jej złośliwą tajemnicą, której i tak nie zamierzała mu teraz zdradzać - wiedział to, a nie chciał dawać jej satysfakcji. - Nie ważne. Już mi wystarczy. - zaśmiał się - Więc ten cały raj, całe moje szczęście jest od wina? - podsumował. - To wszystko tłumaczy. - zadrwił nieco z własnego życia, a potem przestał się puszyć, momentalnie i bez większej przyczyny, tracąc zainteresowanie tą całą rolą, w jaką się właśnie wcielił.
Łowca nie czekał na bardziej bezpośrednią sugestię, coby ruszył dupę szukając miejsca na obóz - nieśpiesznie odetchnął pełną piersią oceniając takie bzdury, jak wilgoć powietrza czy kierunek wiatru. Zważywszy na to, że byli w górach, to dość podstępne informacje i mogące zamiast człowiekowi pomóc, sprawić, że zbłądzi, jednak nie tym razem. Po krótkim spacerze usłyszał monotonny szum strumienia.
- Znajdziemy - oznajmił z opóźnieniem śmiejąc się, po czym wypatrzył idealne miejsce na obóz - położone nieco niżej, z jednej strony chronione zboczem, z drugiej gęstymi krzakami. - Tu nie powinno wiać ani roznosić naszego zapachu potencjalnym stworzeniom, z którymi niekoniecznie chcemy walczyć podczas odpoczynku. - stwierdził.
- Och, idealnie! Idealnie to ujęłaś! - podchwycił gdy zgodziła się na jego pomysł, po czym wyszczerzył się jakby dopiero co skończył siedemnastkę.
- No nie wiem, ktoś taki jak Ty, tylko zepsuje mi zabawę. - opierał się jej prośbie. - Normalnie opowieści o takich miejscach mogą wywołać co najmniej niepewne zerkanie po zboczach u słuchających, ale ktoś, kto dobrowolnie wychodzi naprzeciw demonów w ogóle nie doceni ich uroku... - tłumaczył, z trudem powstrzymując się przed pokazaniem ząbków.








13.09.2016, 16:53
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#15

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A kiedy siedzisz na końskim grzbiecie, ludzie o wiele rychlej schodzą Ci z drogi. Ignis nigdy nikogo nie musiała pozbawiać ich marnej własności, więc perspektywa przeciskania się przez tłum była dla niej czymś średnio przyjemnym, szczególnie gdy istniały inne możliwości. Nie znaczyło to jednak, że dziewczyna nie lubiła miast, rynków czy bazarów - na jednym z nich w końcu się wychowała. Ale musiała mieć nastrój, by przebywać wśród ludzi. W tłumie czuła się jeszcze bardziej samotna niż w zaciszu swojego pokoju. Dlatego też dla Ignis, przebijanie się przez masy ludzkie nie było najczęściej niczym przyjemnym, a już na pewno nie musiała martwić się o to, by ktoś połasił się na jej wdzięki. Na Wielkim Bazarze traktowano ją po prostu jak kupca spoza miasta, czyli z obojętną i obsceniczną pogardą.
Widząc jego nieznaczne skrzywienie na wzmiankę o kilku godzinach w siodle, uśmiechnęła się promiennie - a promienie owego uśmiechu wieńczyła okrutna złośliwość. Mężczyźni podobno o wiele gorzej znoszą długą jazdę, szczególnie jeśli nie są do niej przyzwyczajeni. Powstrzymała się jednak od jakiegokolwiek komentarza, bo zdawała sobie sprawę czym może on grozić. A żadnych masaży nie miała zamiaru mu robić. Dopiero kiedy jego wyraz twarzy stał się trochę bardziej naturalny, puściła mu oczko i odwróciła się plecami do niego. Nie do końca była w stanie wyjaśnić jakim cudem cieszyła ją sama obecność Łowcy, ale dla spokoju sumienia postanowiła myśleć o nim, jako o pierwszej przyjaznej jej osobie, jaką spotkała w tym świecie. I poniekąd była to prawda! Na pewno była to jakaś pokręcona wdzięczność. Potrząsnęła głową, zupełnie jak jej koń przed chwilą. Dziewczyno, dajże spokój tym myślom! ~ skarciła się delikatnie.
Ignis należała, i to bez cienia wątpliwości, do osób, które szczyciły się tym co potrafią i robiła to faktycznie bezwstydnie. Jej doświadczenie jednak było dość specyficzne. Czasem czuła się jak pustynna kobra, która unosi się i rozwija swój kołnierz z oczyskami, by zaimponować, ośmieszyć i wystraszyć swojego przeciwnika. Ten wąż bardzo rzadko atakował, ale inni się go bali. Złotooka żyła na podobnej zasadzie, ale nie miała zbyt dużego wyboru. Maniera ta została w niej jednak na tyle silna, że robiła pokazywała swoje mocne strony nawet, gdy nie było takiej potrzeby, ale przestała się przejmować zdumionymi czy pobłażliwymi spojrzeniami innych ludzi. Kochała jeździć konno i cieszyła się tym jak dziecko.
Droga nie była aż tak prosta jak pokazywały mapy. Blondynka musiała większość swojej uwagi poświęcić na kierowanie Vexa wprost na przeszkody, a nie pozwalając mu iść dookoła ich. Koń był cwanym leniwcem, ale Mistyczka znała jego kapryśne fochy. Niech się jeszcze trochę pomęczy, jemu także się przyda odrobina wysiłku. Jej twarz muskały co chwila liście czy małe gałązki, wiedziała więc, że Bleys podobnie musi znosić wybór jej szlaku. Nie była jednak przygotowana ani trochę na ciepły szept prosto w jej ucho. Wzdrygnęła się i lekko zachwiała w siodle, ale nie odwróciła do niego. Zamiast tego, delikatnie wtuliła plecy w jego klatkę, by mógł ją usłyszeć mimo szumu wiatru i tętentu kopyt.
- Początek swojego nowego życia, którego nie mogę dogonić. - uśmiechnęła się wesoło i popędziła okrzykiem konia. Odsunęła się od Łowcy, by mieć lepszy kontakt z koniem, poza tym jak wychylała się do tyłu, to Vex szalał z prędkością jeszcze bardziej.
Oho. Ohoho. Doskonale wiedziała, że ją usłyszał i zrozumiał. Zacisnęła wargi i spojrzała na niego burzowym wzrokiem. Już chciała się odezwać, ale w ostatniej chwili roześmiała się szczerze.
- Cieszy mnie Twoje posłuszeństwo. - zapewniła, gratulując sobie w duchu, że nie dała się sprowokować. Co za głupek z niego! Bawił się jej zakłopotaniem i skruchą, udając, że nie dociera do niego jej łagodna postawa. Bała się trochę do czego doprowadzi ich złośliwa wojna na słowa, ale póki nie byli aż tak chamscy, cieszyła się odbiciem piłeczki.
Popatrzyła na niego zblazowanym, zmęczonym spojrzeniem spod ciężkich powiek, kiedy zaczął ją głaskać jak kota lub małe dziecko. Chwyciła jego dłoń w swoje dwie ręce i siłą obniżyła jej wysokość.
- Wiem, że cierpisz na syndrom starczości, ale nie mam trzech lat. Nie wiem jakie dziewczątka to podnieca, ale od razu mówię, że na mnie nie działa. - puściła mu oczko, powoli puszczając jego dłoń. Bardzo powoli. - Muszę mieć rację. Gdyby tak nie było, to na co komu gwiazdy? - jej wzrok się rozpromienił. Ona sama używała gwiazd jako punktów orientacyjnych i nawigacji, czasem siliła się wyczytać z nich przyszłość - na próżno. Niemniej powód, który wypowiedziała głośno był dla niej niczym kamień węgielny dla rozważać o życiu i śmierci. Wierzyła w to bardzo głęboko.
Pozwoliła wypłynąć zaskoczeniu na jej twarz, kiedy nagle pocałował ją w policzek. Dotknęła tego miejsca palcami, mrużąc oczy pytająco. Przechyliła trochę głowę, a na jej obliczu pojawił się dziewczęcy, ale podbity jakąś taką niedorzeczną stanowczością, uśmiech.
- Nauczę się wyczuwać Twoje kłamstwa. Mnie nie oszukasz. - powiedziała wesoło, choć w jej słowach czaiło się coś na kształt... wyzwania? Obietnicy? Stwierdzenia? Wiedziała, że kiedyś byłaby w stanie odczytywać z jego kłamstw prawdę. Uśmiechnęła się do tej myśli.
Uniosła brwi, widząc jak Bleys - dosłownie - rośnie w jej oczach, jak się napina i zgrywa aroganckiego bufona. Zaczęła się śmiać, kiedy stwierdził, że to wszystko wino. Przytaknęła mu skwapliwie.
- Tak, masz rację. Gdybym wtedy nie wypiła tyle wina całe Twoje szczęście nie miałoby miejsca. Nie sądziłam, że jesteś w stanie tak bezpośrednio wszystko sobie wyjaśnić! Prawie Cię podziwiam. - po chwili odezwała się znowu, jakby się nad czymś zastanawiała. - Choć nie zwalałabym całej winy na wino. To niesprawiedliwe. - lecz nie wyjaśniła co jest ową niesprawiedliwością i dla kogo.
Kiedy każde z nich zaczęło się zajmować swoimi zadaniami, Ignis przytuliła się do szyi Vexa. Spojrzeniem powiodła za Bleysem, który szukał odpowiedniego miejsca na rozbicie ich obozu.
- Vex... powiedz mi, że nie postępuję jak ostatnia idiotka... - uśmiechnęła się lekko, na myśl o Łowcy. Zwierzak popatrzył na nią tylko z dezaprobatą i zatrząsł łbem. No cóż, musiała wystarczyć jej taka odpowiedź. Przewiesiła sobie jego ogłowie przez ramię i ruszyła do miejsca, które wskazał różnooki. Ona byłaby skłonna spać w każdym możliwie płaskim miejscu, co raczej nie zapowiadało jej długiego życia, dlatego wolała, żeby czymś takim zajął się zawodowiec. Ściągnęła siodło i czaprak, które przeniosła w pobliże krzaków. Koń oddalił się we własną stronę, Ignis go nie zatrzymywała.
- Naznosisz trochę drewna? Ja pójdę po wodę. Napijemy się chociaż czegoś ciepłego. - już miała iść w kierunku strumienia, ale zaśmiała się, słysząc jego aprobatę dla jej decyzji.
- Ciekawa jestem co Ci siedzi w głowie... - pokręciła swoją czupryną, wznosząc oczy do nieba. - Ktoś taki jak ja? - udała niepomierne zdziwienie. - Obca w tych stornach, zagubiona dziewica? Na pewno wywołasz niejeden dreszcz na moim ciele. - uśmiechnęła się czarująco, a w jej oczach rozbłysły złośliwe, rozchichotane iskierki. Miała wrażenie, że ulatują z niej nawet wtedy, kiedy już oddaliła się po wodę.








13.09.2016, 20:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#16

"Nie musiała"?! Cóż to za niewłaściwie określenie! Bleys także nie musiał. Podobnie jak dowolny osobnik na tym świecie "nie musi". Zawsze ma się wybór. Być może tragiczny, ale jednak. Nawet konający z głodu biedak nie musi kraść pożywienia - zawsze może przecież po prostu skonać. Ale to tylko pozbawione pierwotnego wydźwięku wtrącenie czarnego humoru, które chciałem zawrzeć w tym poście. W każdym razie Bleys także nie robił tego bo "musiał". Robił to bo lubił. Robił to, bo nie lubił - ludzi. Robił to bo umiał. Robił to dla sportu. Robił to by sprawdzić, czy będzie w stanie. Robił to, bo ludzie się prosili swoją nierozwagą. Robił to z wielu różnych przyczyn, zawsze jednak miał wybór. Szczęśliwie Bleys w przeciwieństwie do Ignis nie skupiał się wśród ludzi na poczuciu samotności, mogąc cieszyć się ich nierozwagą. Nie zmienia to faktu, że sam także miewał dość tłumu. Jak każdy.
Jej nieskrępowana radość, na jego skrzywiony niechętnie wyraz twarzy, budziła tylko jedną wątpliwość. KTO CIĘ NAUCZYŁ TAKIEGO ZACHOWANIA, TY BESTIO TY!? - Bleys powstrzymał się jednak od wyrzucenia tych słów podniesionym głosem nawet w żartobliwym tonie i westchnął tylko ciężko.
Nie mam pojęcia, jak Igniska od komentarza miałaby przejść do masowania Bleysa, ale jeżeli znacie łowcę trochę lepiej ode mnie, to fakt, rozsądna postawa.
Jeżeli potrafimy wyjaśnić przyczyny radości, którą wywołuje przebywanie z tym kimś, to czyż nie właśnie te przyczyny nas cieszą, miast samego towarzystwa? Pewne rzeczy lepiej po prostu zaakceptować i cieszyć się nimi, a nie szukać ich źródła.
Odpowiedziała mu ładnie. Nie tylko słowami, ale o opierając się o niego w tak ciepły, pełen ufności sposób. To było przyjemne uczucie. Łowcy przeszło przez myśl, że Ignis wygląda trochę jak niedopieszczona kotka. Jakaś jego część czekała, aż dziewczyna zacznie mruczeć. Uśmiechnął się więc, gdy zamiast tego usłyszał słowa. ~Może następnym razem ~ pocieszył się w myślach. - Widzę, że starasz się za wszelką cenę. - zaśmiał się gdy przyśpieszyła, a potem naszła go ochota by jak mądry starzec (albo stary mędrzec!) pogładzić się po brodzie i powiedzieć... no dobra, nie gładził się po brodzie żeby nie spaść z konia, słowa jednak wymówił - Strzeż się jednak, bowiem im szybciej gonisz życie, tym łatwiej życie może od Ciebie umknąć. - starał się brzmieć jak najbardziej mądrze i poważnie co... w jakimś stopniu mu wyszło. Och słodka Ilhezin, czy Łowca naprawdę przemieniał się już w starego pryka?
Zdaniem Bleysa jej wybrnięcie z sytuacji wcale nie byo tak wdzięczne i zgrabne, jak mogło się to wydawać mistyczce, pokręcił jednak głową zrezygnowany. - No i masz chłopie, oto plony jakie zbierasz za ładne słówka. - skarcił się - A mogłeś przybrać wyraz twarzy idioty i rzucić wielce wymowne "coooo?', ewendualnie doprawiając zgrabnym "móóówisz?" - mówił głośno, i bacznie przyjrzał się dziewczynie. Niech no mu tylko powie, że i tak ma wyraz twarzy idioty, to Bleys straci co do niej wszelkie nadzieje!
- Bo to nie miało podniecać. - wyszczerzył się złośliwie. - Tak się buduje zauuufaaanie. - zniżył głos tak, że ledwie mogła go usłyszeć w tych warunkach, udając, że zdradza jej przy tym najpilniej strzeżony sekret.
- Pewnie znalazłoby się kilku wariatów, którzy znaleźli by sobie powód istnienia gwiazd. Ale! - przerwał budując napięcie - przecież Ty tu jesteś najważniejsza. Gdybyś Ty nie miała powodu, któż by się przejął tamtymi szaleńcami!/ - zapytał zupełnie poważnym głosem.
Przyglądał się jak dotyka miejsca w które ją pocałował, patrzył na jej stanowczy wyraz twarzy, skinął jej głową z aprobatą. - Postaraj się. - zachęcił. Tak naprawdę nie bardzo wierzył, by możliwym było przejrzenie wszystkich jego słów, ale jeżeli będzie dostrzegała te bardziej oczywiste, to czyż nie przyjemniej będzie się im komunikowało? Trochę strasznie, nieswojo, ale jednak przyjemnie... prawda?
- Bo do serca kobiety zawsze należy znaleźć odpowiedni klucz. - rzucił w przestrzeń zamyślonym głosem. Wyszczerzył się, gdy powiedziała, że "prawie go podziwia". Przecież wszyscy wiedzą, że to znaczy to samo co: podziwiam się, ale wstydzę się przyznać. - No wiadomo. Na nic klucz, gdy brak klucznika. Ktoś musi wziąć te narzędzia, i otworzyć wstydliwe serduszko. - puścił jej oczko gdy powiedziała o niesprawiedliwości.
Naznosi drewna. Nie uznał za stosowne komentować, po prostu działał. I tak miał taki plan. Ale skinął głową z aprobatą na propozycję czegoś ciepłego. Choć był ciekaw, czy w tej propozycji kryło się "zrób mi jakiś napar" czy może "przygotuję coś do picia"...
- Dziewica?! ZNOWU!? Niebywałe! - rzucił przejęty nieco głośniej, niż wcześniej mówił. A później kręcił głową z niedowierzaniem - Ja to mam szczęście, ależ szczęście... - i mruczał coś do siebie niezrozumiałego. Po chwili mruczenia, zamrugał mądrze i spojrzał na nią jednocześnie celując w jej biust drżącym palcem - Ignis. . . Jesteś niemożliwa. Niesamowita. Wspaniała.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2016, 20:18 przez Bleys.)









16.09.2016, 16:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#17

Szczera, prosta, bezinteresowna i nieznająca swojego powodu radość jest chyba najpiękniejszym zjawiskiem na tym świecie. Ignis jednak nie była w stanie pozbyć się myśli, że ta radość nigdy nie będzie w zasięgu jej posiadania. Czuła się z Bleysem jak w baśni, która opowiada o bohaterach podróżujących po świecie i robiących niebywałe rzeczy. Ale z drugiej strony bolała ją myśl, że nie może w tej bajce spotkać Levino i przeżywać wszystkie przygody razem z nim. W dalszym ciągu nosiła smutek w sercu, tylko dlatego, że nigdy więcej już nie zobaczy jego krnąbrnego uśmiechu i nie ogrzeje się w jego ramionach. Tylko, że... nic nie wróci mu życia. A ona nie powinna marnować swojego na tęsknotę za iluzją, której nigdy nie dogoni. Wiedziała też, że Levi nie chciałby dla niej takiego życia. Dlatego też... mimo tej całego szczęścia jakie odczuwała... nieustannie, gdzieś w głębi swojego serca, czuła smutek, który dławił ją w gardle. Nie wiedziała czy to kwestia czasu, ale miała nadzieję, że kiedyś uda jej się zaakceptować jego stratę i cieszyć się tym, co aktualnie przewija się przez jej dłonie. Przebywanie z Bleysem łagodziło tępy ból jej serca, ale nie umiała dojść do porozumienia ze swoim sumieniem. Czy to dlatego, że mężczyzna wypełnia to miejsce swoją obecnością, czy to ona zapełnia je, bo jest świadoma braku Levi'ego do końca swojego życia? Przygryzła wargę, boleśnie. Nie chciała żadnego zamiennika. Chciała uwierzyć, że Łowca nim nie jest. Przecież różnili się od siebie jak dzień różni się od nocy. Zacisnęła mocno powieki, a chwilę potem dostała w twarz gałęzią. Małe listki i fragmenty gałęzi zostały na jej policzkach i czole. Powoli otworzyła oko i niezgrabnym ruchem przejechała dłonią po twarzy. Cały świat krzyczy do niej, żeby się ogarnęła. Westchnęła, uśmiechając się ze zrezygnowaniem. I co ja mogę? Nie mam innego wyjścia, jak po prostu się uśmiechnąć. ~ pomyślała, kręcąc niemal niezauważalnie głową.
I dlatego postanowiła mu zaufać. Całkowicie dobrowolnie i świadomie. Jeśli będzie tego żałować, to nie będzie mogła mieć pretensji do kogokolwiek innego niż siebie samej. Udzieliło jej się ciepło jego ciała. To dodało jej otuchy, a ta z kolei zmieniła się siłę i determinację, by działać tak, jak sobie zaplanowała. Czyli totalnie bez żadnego planu. Uśmiechnęła się kącikiem ust, słysząc jego śmiech i odwróciła delikatnie głowę, zerkając na niego z ukosa.
- Hm... Przemyślenia starca będącego jedną nogą w trumnie? - uniosła brew i odwróciła głowę, by spojrzeć na trakt przed nimi. Nie zwolniła ani trochę, ale rzuciła w wiatr. Bardziej do siebie niż do Łowcy, zupełnie jakby potrzebowała usłyszeć te słowa na głos, by była w stanie w nie uwierzyć. - Nie dam mu umknąć, nie teraz.
Przechyliła lekko głowę i zawinęła włosy z jednej strony za ucho, by nie wpadały jej w twarz. Minę miała co najmniej zdegustowaną. Po chwili zaśmiała się serdecznie, zakrywając usta dłonią. Dopiero kiedy się uspokoiła, podniosła na niego roziskrzone od wesołości oczy.
- Wyraz twarzy idioty ani trochę Ci nie pasuje, Kłamco. - puściła mu oczko, choć słowa, które chciała powiedzieć w tym momencie wręcz dało się wyczytać z jej spojrzenia. Wzruszyła jednak tylko ramionami i nie przestawała się uśmiechać.
- Oh... - zrobiła duże oczy, zupełnie jakby ta informacja ją zdumiała i zaciekawiła jednocześnie. Nie starała się nawet usłyszeć, co do niej szepcze, bo to, co robi z głupimi i naiwnymi ludźmi wcale jej nie interesowało. Machnęła ręką, tak się odpędza natrętną muchę. Niech nie myśli, że będzie wnikać w takie sprawy, o.
Popatrzyła na niego niezrozumiale. Nie miała pojęcia o jakich szaleńcach mówi i o co się ją tak na dobrą sprawę pyta. Rozejrzała się po bokach, zupełnie jakby skądś miała przyjść jej pomoc lub podpowiedź. Położyła dłonie na biodrach, poddając się i patrząc na niego z dziwną frustracją, której powodem był jej brak zrozumienia.
- Czy Ty mnie aby nie obrażasz? - zmarszczyła brwi i pochyliła się w jego stronę, choć chwilę potem odsunęła się raptownie, czując jego usta na swoim policzku. Skinęła głową, na znak, że będzie się starać go rozszyfrować. W końcu też był człowiekiem. To na pewno było możliwe. I choć nie znała jego motywacji czy planów, wiedziała, że staje się dla niej kimś cennym w jej małowartościowym życiu. Czy to działa w obie strony? A co jeśli on też ją będzie umiał przejrzeć? Zmartwiła się na moment. Ale po chwili spojrzała na niego... i pomyślała, że może to jednak może być w jakiś dziwny i zwariowany na swój sposób, ale przyjemne. Prawda?
- Klucz do serca? - popatrzyła na niego jakoś tak nieswojo. Tego już nie rozumiała absolutnie. Przecież serce to nie drzwi ani klatka! Czy ludzie tutaj inaczej postrzegają zakochanie? Może faktycznie mają jakieś klucze... To pewnie jakaś ich tradycja. Jak pierścionki czy kolczyki w innych kulturach. Skrzywiła się i zamrugała kilka razy. Cóż, wiele jeszcze czeka ją niespodzianek. - Myślałam, że ludzie muszą się kochać, a nie zamykać pod kluczem. - wydukała, mając nadzieję, że wpasowała się w realia i nie powiedziała nic głupiego. Po chwili spojrzała na mężczyzna całkowicie zbita z tropu. Klucznik? W sensie, że kapłan? Wniosła oczy ku niebu i westchnęła głęboko. Pokręciła głową i rzuciła w przestrzeń, zanim poszła nabrać trochę wody. - To przecież jest chore...
Wyjęła z luk bukłaki na wodę, manierkę i nieduży rondelek, które wzięła ze sobą, by napełnić je w strumieniu. Koń poszedł za nią niczym wierny pies, ale Ignis nie zwracała na niego uwagi. Kiedy wróciła, bukłaki i manierkę znów schowała do juk, a rondelek postawiła obok. Spojrzała na ułożony stosik drewna w miejscu, gdzie najlepiej było rozpalić ogień. Wyciągnęła delikatnym ruchem dłoń nad stos, a spod jej ręki, niczym płatki śniegu, zaczęły spływać na drewno czarne iskry. Ogień buchnął niemal natychmiast. Ignis z kilku gałęzi złożyła prowizoryczną konstrukcję, która trzymała rondelek kilka centymetrów nad ogniem. Dodała do wody liście mięty i szałwii, dodała kilka płatków jaśminu i dolała couzi. Powinni chyba coś zjeść jeszcze...
Popatrzyła na Łowcę, mrużąc oczy. Skrzyżowała ręce na piersiach i przechyliła głowę.
- Bleys... dobrze się czujesz? - podeszła do niego szybko i ujęła w obie dłonie jego drżącą rękę. Wyglądał jakby miał gorączkę lub omamy. - Gadasz dziś od rzeczy... - w jej spojrzeniu zabłysło na krótko zmartwienie.








17.09.2016, 18:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#18

No z tymi "naj" to się lepiej nie zapędzać moja miła. Wszak na świecie jest bezmiar rzeczy wspaniałych, i jeszcze więcej tych mniej przyjemnych, wyodrębnianie tylko jednej z nich jako "naj-jakiejś" to okrucieństwo i dyskryminacja pozostałych! Ale zgadzam się, niezrozumiała acz szczera radość wypełniająca dusze i serca ludzkie istotnie, stanowi coś pięknego i śmiało może rywalizować z tymi wszystkimi, którym ktoś chciałby nadać tytuł najpiękniejszych.
Łowca niewątpliwie posłałby jej figlarny uśmiech, gdyby usłyszał z jej myśli słowa o baśni oraz robieniu niebywałych rzeczy, co rzecz jasna mężczyzna zinterpretowałby w sobie właściwy sposób. Jako komplement. Proszę się jednak nie oburzać, wszak robił co mógł, by ktoś połechtał jego przerośnięte (zdaniem niektórych) ego.
Smutek, który dziewczyna odczuwała - swoistą pustkę i tęsknotę za człowiekiem, którego łowca nigdy nie pozna, stanowiła coś, co zdaniem Bleysa powinno jej przejść, lub przynajmniej zostać mocno przygłuszone dzięki jego towarzystwu i nie pojawiać się na powierzchni jej myśli czy uczuć tak długo, jak długo nic nie poruszy jakiegoś wspomnienia czy skojarzenia trwale w niej zakodowanego. Fakt, że tak nie było, i Igniska ciągle czuła w najlepszym razie mieszankę uczuć dowodził jednej z dwóch rzeczy - Łowca przeceniał siebie i swoje miłości łagodzenia kobiecych męk, albo mistyczka była tak dogłębnie cierpiąca, że przerastało to wszystkie przypadki, z jakimi mężczyzna miał dotąd do czynienia.
Jeżeli o mnie chodzi, myślę, że fakt, iż sumienie ją gryzło nie wynikał z tego, że dziewczyna zapełnia pustkę wywołaną brakiem Leviego, a z tego, że o tym rozmyślała. To rozpamiętywanie boli. W szczególności te bezproduktywne. Cóż innego bowiem: rozpamiętywać ból, tęsknotę i cierpienie, starannie ostrząc groty lodowato wyczekujące na czas krwawej zemsty, a co innego zagnębiać się myślami o tym, że może nasze uczucia wywołane są nie uczuciami samymi w sobie, a pustką która nas ogarnęła. W końcu pustkę tak czy inaczej należy zapełnić. Co wcale nie znaczy, że tym samym nadpisujemy wspomnienia o tym, co było przed pustką.
Słowa "nie będzie mogła mieć pretensji do kogokolwiek innego niż samej siebie" brzmią jak coś, co mógłby wypowiedzieć tylko i wyłącznie młody, naiwny, niedoświadczony życiem chłopaczek. Kobieta zawsze znajdzie sposób, by winę zrzucić na świat wokół, chociażby - może nawet rozsądnie! - na mężczyznę, który zawiódłby jej zaufanie. Albo na cokolwiek innego. Wystarczy tylko chcieć. A to, że czasami płeć piękna ma ochotę poużalać się nad samym sobą, to przecież prawo wszystkich ludzi!
- Któż lepszy jest by snuć mądrości o śmierci, niż ten, kogo chwyta w ramiona? - odparł na jej uwagę głosem na poły mądro-starym, na poły rozbawionym.
- A pewnie. - zgodził się zupełnie poważnie. - Z twarzy to ja jestem błyskotliwy księciunio. – zapewnił mimo, że dość brutalny kłam zadawał niedbały zarost i ozdobiona blizną twarz wojownika.
- Paranoiczka. - zawyrokował krótko na jej pytanie ozdobione uniesionymi brwiami. Nie obrażał. Tak po prawdzie jednak, nie dzieliła go od tego wcale barwa głosu czy treść słów, a jedynie zamiar (czy raczej jego brak) obrażania oraz świadomość braku tego zamiaru - gdyby chciał ją obrażać, powiedziałby dokładnie to samo i to w identyczny sposób. Puścił jej oczko by pogłębić dezorientacje mistyczki.
- Tak kochana. - pokiwał glową z przekonaniem. - Klucz do serca. - powtórzył i uśmiechnął się. - Dowód, że Twoje serce należy do drugiej osoby. - ciągnął mówiąc jednocześnie prawdę i nieprawdę. Bo czyż w miłości nie chodzi o to, by metaforycznym kluczem otworzyć twardą powłokę jaka chroni serca przed przywiązaniem się do kogoś? A to, że złodziej-włamywacz-bajerant taki jak Bleys może mieć kilka sposobów by otworzyć serduszka co wrażliwszych dziewuszek, to już takie uroki tego niesprawiedliwego świata.
Bleys uśmiechał się ciepło, taktownie przy tym milcząc na temat jej wypowiedzi. Ewidentnie nie zrozumiała cóż znaczyło otwieranie serca wyimaginowanym kluczem, preferując raczej niewinną formę niewoli, w jaką Bleys chyba powinien spróbować - w celach naukowych! - wpędzić mistyczkę, nim wyjaśni istotę rzeczy.
Łowca, po tym rzecz jasna, jak już zaopatrzył dziewczynę w drwa i wskazał dobre miejsce na obóz, postanowił pozwolić sobie na odrobinę relaksu i obserwacji, pozwalając jej układać stosiki na których przygotowywała ziołowy napar. Niestety, nie dała mu przyjemności oglądania jak starannie pracuje nad patykiem by wykrzesać nieco ognia, bezczelnie oszukując swoją czarną, magiczną zapalniczką (a podobno takie to ryzykowne i niedobre bo można oszaleć! Ach, nierozsądna dziewucha!). Mimo wszystko, szło jej sprawnie - tego się w zasadzie spodziewał, a jednak poczuł się w jakiś dziwny sposób uspokojony tym faktem. To było relaksujące - być jednocześnie z kobietą i z kimś, kto sam potrafi coś zrobić w dziczy. W dodatku tylko we dwoje.
Gdy podeszła do niego ewidentnie zmartwiona, zgłupiał. Totalnie zbaraniał. Albo go wkręcała, albo była najbardziej niewinnym stworzeniem na świecie, które zupełnie nie zdawało sobie sprawy, że obwieszczanie iż jest dziewicą facetowi, z którym nie tak dawno się przespała, jest delikatnie to ujmując manipulacją lub cudem. Bleys uznał to z wielkim entuzjazmem za cud. To wcale nie było od rzeczy!
- Wybacz. Ekhem. Dziewice mnie onieśmielają. - zapewnił, czemu rzecz jasna całkowicie zaprzeczały jego zachowania.








22.09.2016, 20:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#19

Smutek, który czuła kojarzył jej się z baśnią o słowiku w ogrodzie pełnym białych róż. Pamiętała dobrze, jak żal, gorycz i obezwładniające przygnębienie wzięło ją w swoje ramiona, kiedy Levino opowiadał jej tą bajkę dawno temu... Ogród, w którym śpiewał słowik należał do młodzieńca zakochanego w pewnej dziewczynie, która zażyczyła sobie czerwoną różę na dowód jego miłości. Chłopak jednak czerwonej róży nigdzie nie mógł znaleźć, nie mógł jej nawet nigdzie dostać, a przez to popadł w rozpacz, którą wyrażał smutnymi, lecz w dalszym ciągu pięknymi, pieśniami. Słowika poruszyła ta nieszczęśliwa miłość, dlatego zaczął prosić róże, aby te zmieniły swój kolor, niech to zrobi chociaż jedna z tych tysięcy, które tutaj rosną! Niemniej, żadna róża nie chciała tego uczynić. Po błaganiach słowika, zgodziła się na to tylko jedna... lecz postawiła warunek. Słowik musiał przytulić się swym sercem do jej ciernia, by krew zabarwiła jej płatki na szkarłat. Malutki ptaszek zgodził się na to, poświęcając swoje życie dla miłości dwójki ludzi, których właściwie nie znał. Róża płakała, kiedy słowik wbił się swoim ciałem w jej kolec, ale ptaszyna cieszyła się z tego, co robi. Następnego dnia, kiedy słowik leżał martwy wśród białych - i jednej czerwonej - róż, wszystkie kwiaty szeptały między sobą o jego uczynku. Młodzian, który zauważył w ogrodzie czerwoną różę, szybko ją ściął i pobiegł czym prędzej do swojej ukochanej... lecz ta trzymała w ręku wielki bukiet czerwonych róż, patrząc na tą jedną z pogardą i niechęcią, odrzucając całkowicie chłopaka, który w tym momencie wyrzucił i podeptał czerwoną różę. Różę, która była symbolem poświęcenia się dla miłości małego, cudownego życia. Dziewczyna czuła się jak słowik, który oddał wszystko co najcenniejsze, by potem rozczarować się rzeczywistością i innymi istotami. Ciągle czuła w sercu cierń. I choć miała świadomość, że choć odebrano jej wszystko, to róża dalej kwitnie, a jej krwiste płatki rozkochują w sobie każdego. Jejku, jak ona za nim tęskniła...
Ignis miała przeczucie graniczące z pewnością, że zdecydowana kobiet, z którymi przebywał Bleys, była jednakowo głupia, głośna i urocza. Nie sądziła, by choć trzy potrafił wymienić z imienia, jeśli spytałaby się o kogoś interesującego. Na takiego jej przynajmniej wyglądał, ale ona nie znała się zbyt dobrze na facetach. Ignis takie kobiety kojarzyły się jednak nieuchronnie z totalnym brakiem możliwości prawdziwego zakochania się, ponieważ tak często zmieniały swoich partnerów, którzy swoją drogą nie byli pod tym względem lepsi od nich. Mistyczka zakochała się po raz pierwszy swoim życiu i utrata tego mężczyzny była dla niej wstrząsem tak wielkim, że uciekła z miasta, z którego przez wzgląd na swoją pozycję, nie miała praca uciec. Porzuciła wszystko tylko po to, by oddać honor jego rodzinie i powiadomić ich, co się stało z Levim. To uczucie nie zgasło, nie zniknęło, nie zmieniło się. Dalej go kochała, choć była świadoma, że nie może żyć przeszłością. A i tak czuła się poniekąd jak zdrajczyni. I klęła na niesprawiedliwość losu za to, że zabrał jej jedyną osobę, która to uczucie podzielała. Także ból rozpamiętywania pozostanie, bo jej zemsta będzie musiała zaczekać na odpowiedni moment. Ale gdy ten nadejdzie, pomści Levino bez chwili wahania.
- Myślę, że znajdę kilku bardziej odpowiednich do tego ludzi. - mruknęła, ucinając swoje wcześniejsze rozmyślania. Zaśmiała się i spojrzała oceniająco na Łowcę. Pokręciła głową, wznosząc oczy ku górze. - Ani błyskotliwy, ani księciunio. - posłała mu promienny uśmiech, który jednak szybko zbladł, kiedy nazwał ją paranoiczką. Westchnęła przeciągle i odwróciła się, przynajmniej udając, że kontrola drogi to jej główny obowiązek w tym momencie.
Skrzywiła się nieznacznie, kiedy mówił o kluczu do serca i jego przynależności do innej osoby. To po raz kolejny skojarzyło jej się z małym słowikiem. Nie podobało jej się to porównanie. Odruchowo, nawet o tym nie myśląc, odsunęła się od Łowcy o krok. Skrzyżowała ręce na piersiach i przygryzła palec wskazujący, intensywnie się nad czymś zastanawiając.
- A co, jeśli w czyimś sercu jest już klucz? Złamany, którego nie da się wyciągnąć. - przeczesała dłonią włosy i spojrzała na Łowcę oczyskami, które pod pozorną ciekawością i beztroską, były poważne i obce? - Zostają wytrychy? - spróbowała się uśmiechnąć, ale nie wiedziała czy jej to wyszło.
Czuła, że ją obserwuje. Zazwyczaj to uczucie niosło ze sobą niepokój, tym razem jednak było całkiem przyjemne. Co prawda nie pochwalała podziału na pracujących i leniących się, ale cóż, akurat w tej sytuacji nie było nic do roboty. Patrzyła się w ogień, mieszając co jakiś czas napar. Rozmyślała o tym, co mówił Bleys. O tym, co będzie robić dalej. Westchnęła ciężko. Zupełnie nie miała pomysłu na swoją przyszłość. Nawet tą najbliższą. Przelała rozcieńczony alkohol z ziołami do manierki i podeszła do Łowcy. Te dziwne emocje jeszcze jej nie opuściły, dlatego całkowicie nie rozumiała dlaczego martwi się o Bleysa, skoro dobrze wie, że nic mu nie jest! Potrząsnęła głową i zacisnęła mocno powieki, które po chwili otworzyła i spojrzała mężczyznę ze zmęczonym uśmiechem.
- Nie wydawałeś się onieśmielony, kiedy byłeś ze mną w łóżku. - zaśmiała się cicho, ale szczerze. Zakryła usta dłonią i podała mu manierkę, wracając do parującego kociołka. Kucnęła przy ogniu, chcąc zaczerpnąć od niego jak najwięcej ciepła.
- Wiesz Łowco, chcę z Tobą walczyć. - powiedziała całkowicie lekkim tonem, który bardziej pasowałby do chcę, żebyś mi kupił ciastko. Wyglądała jak mała dziewczynka, która wymyśla sobie absurdalne życzenia. Blask ognia odbijał się w jej oczach i włosach, po chwili skrywając je w cieniach. A jednak, mimo nierealności tej sceny, było w niej coś bardzo silnie utwierdzającego w rzeczywistości.








27.09.2016, 18:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#20

W całej tej baśni o poświęceniu i miłości, słowik nie był tym, który cierpiał. Słowik nigdy bowiem nie rozczarował się rzeczywistością. Dzielna ptaszyna, wierząc w prawdziwość uczucia, doceniając starania i chcąc się poświęcić, nie widziała okrucieństwa tego świata. To nie był bohater, który zaznał klęski u kresu swej podróży. Wierzył to co robi i umarł szczęśliwy. Za przyszłość, która pozostała w jego wyobraźni do samego końca. Nie - nie słowik jest tam rozczarowany. Rozczarowany był chłopak, który choć w uczuciu nie pozostał niewzruszony, starał się i uświadomił sobie, że wszystko to na nic. To on zasmakował klęski, on się poddał i stracił nadzieję. Historia ptaka zaś, posiadała piękne zakończenie. Jakkolwiek jednak, cała reszta tej metafory umyka mi niefortunnie. Nie rozumiem kto - lub co - jest różą w opowieści mistyczki. Nie rozumiem czyje płatki rozkochują ludzi. Wiem tylko, że Ignis cierpi bardziej od słowika. Zupełnie niezasłużenie.
Myliła się. To, że łowca nie odtrącał urodziwych kretynek, wcale nie znaczyło, że w życiu przebywał tylko z takimi. Najprościej popatrzeć na mistyczkę - wszak wcale nie kretynkę - z którą przebywało mu się wręcz bajecznie. Nie tylko idiotki są na tym świecie nieszczęśliwe. Śmiem twierdzić, że idiotkom lżej godzić się z niesprawiedliwością świata i rzadziej szukają pocieszenia. A to, że kretynkom łatwo wmówić, że są nieszczęśliwe - lub nie dość szczęśliwe - a Bleys robił to notorycznie (coby pozbyć się poczucia dobijającej pustki i samotności), wcale nie umniejszało istnienia kobiet z czymś więcej niż pustką w głowie. Choć przyznać musiałby szczerze, że jeżeli chodzi o imiona dziewuch interesujących, łatwiej byłoby mu wymienić je z tych, z którymi wcale nie miał łóżkowych historii, taki już ten świat podły.
Problemem prawdziwego zakochania się jest to, że zdecydowana większość kobiet pragnie czegoś takiego, nie potrafiąc go odróżnić od tego "nieprawdziwego". I zdaniem łowcy - najpewniej czegoś takiego - o ile w ogóle istnieje, a nie stanowi jedynie mit powtarzany przez te, które chcą być lepsze od towarzyszek łowcy - mogą doświadczyć tylko wybrane jednostki, nie jest zaś przywilejem ogółu. Łowca nigdy nie czuł czegoś takiego. Wolał więc nie wyrokować w żadną stronę.
- Opanuj się! - skarcił ją surowo. - Jesteśmy na odludziu. - skwitował i wyszczerzył się do niej -Wstrzymaj się z docinkami choć do najbliższej osady, bo całkiem stracisz wiarygodność!
- A poza tym, jak mówię, że jestem najlepszy, to jestem najlepszy. Ot co. - zaśmiał się rozbrajająco, ewidentnie nabijając się teraz z własnej, głupawej pychy.
Skinął jej poważnie głową. - Ano dokładnie. Ani błyskotliwy, ani księciunio. - potwierdził. - Błyskotliwy księciunio. Coś co wykracza ponad jedno i drugie. - puścił jej oczko w odpowiedzi na promienny uśmiech.
Bleys nieco się zdziwił, gdy mistyczka odsunęła się od niego. Ewidentnie zrobiła to bezwiednie - nie tak powinny reagować na łowcę kobiety! Ale nie przejął się tym, bo ktoś, kto będzie się zbyt przejmował kobiecymi humorami nie zachowa czasu na nic innego. Niemniej, to dziwne. Kobiety z natury lubią takie opowieści!
Zniósł jej spojrzenie bez drgnięcia powieki. Gdy zapytała o wytrychy, uśmiechnął się troskliwie i objął ją po czym przyciągnął do siebie. - Nie, Iskierko. - zapewnił, choć tak naprawdę wsadzenie wytrycha w miejsce, gdzie siedziała część złamanego klucza było jeszcze prostsze niż korzystanie z samego wytrycha - abstrahując od metafory. - Serce to zbyt delikatne miejsce, aby pchać do niego zbyt wiele. Tylko skrzywdzilibyśmy właścicielkę. - zapewnił melodyjnym, ciepłym, trochę niepasującym do jego szorstkiej twarzy głosem. - Bez pośpiechu, łagodnie, powoli i z uczuciem.. trzeba wydostać ten klucz. Inaczej będzie w sercu cierniem aż po sam kres świata. - uśmiechnął się słabo i oddał jej trochę swobody ruchu, przyglądając się jej reakcji. - Czasami, gdy sami sobie z czymś nie radzimy, nie trzeba się poddawać Iskro. Można poprosić o pomoc. - westchnął ciężko, a potem rozległa się dość długa chwila ciszy. Chwila, która oddzielała jedno od drugiego – łagodne rady, od czegoś, co zaczęło w nim kiełkować. W troskliwych oczach łowcy pojawił się dobrze znany, głupi błysk. - Poza tym, wykorzystywanie klucza w zamku jest dla amatorów! Jeżeli ktoś biegle włada wytrychami, nie zniżyłby się do tego, he-he. - jego szorstki, ciężki, pozbawiony emocji a wypełniony durnymi przechwałkami głos miał rozbić narastająca atmosferę i rozładować napięcie. To nie była sytuacja, w której powinna porwana chwilą rzucić się w jego ramiona i leczyć z sercowych ran. To było coś, co musi do niej dotrzeć, co powinna przemyśleć - sama, w dłuższym czasie. Trzeba było więc powiedzieć to, co się miało do powiedzenia, i rozładować to - pozostawiając jedynie w jej głowie.
- Czy dziewica powinna mówić takie rzeczy głośno!? - obruszył się na jej śmiech. Napił się naparu, który mu podała. Syknął jak wąż - gorące, oczywiście. O czym ten stary głupiec myślał wpatrzony w jej jasną postać kiedy mu go podała? Na pewno o niczym rozsądnym, khe khe.
- Po co? - zapytał i poczochrał jej głowę pomimo wcześniejszych zakazów. - Jestem wyższy płomyczku. - zapewnił, zupełnie jakby nie zrozumiał idei. Oczywiście z czystej złośliwości.
- W czym? - zapytał w końcu gdy nuta złośliwej wesołości rozeszła się w przestrzeni. - Nie będę z Tobą "walczył" dla samej walki. Nie chcę. - stwierdził lekkim, acz zdecydowanym tonem. - Mogę z Tobą za to rywalizować w czym chcesz. Wyścigi, kości, puszczanie kaczek, rzucanie do celu, podciąganie, chowanego, wymyśl sobie. - kąciki jego ust ewidentnie sygnalizowały, że jest w tym jakiś podstęp.








28.09.2016, 14:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
2 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna