Drogi kupieckie
#21

Całkowita racja. Słownik nigdy nie odczuł bolesnego rozczarowania. Nie miał możliwości przekonać się o tym, jak podłe potrafią być zrządzenia losu. Umarł szczęśliwy, wierząc, że jego poświęcenie dało początek czemuś pięknemu, odwzajemnionej miłości. Jednak życie stracił nie tylko słowik. I róża je utraciła. I kto wie, może także zakochany młodzieniec? Ignis nie umarła, to fakt. Nie poświęciła swojego życia dla czyichś uczuć. Ale to jej zabrano miłość, wypompowano ją całą, niczym słowiczą krew. Pod tym względem czuła się pusta, a jej emocjonalne rozterki i wahania uderzały ją z całą swoją mocą, kiedy myślała o Bleysie. Podświadomie bała się, że jeśli zacznie jej zależeć na Łowcy w jakimkolwiek sensie, będzie to dla niego gwóźdź do trumny, i to dosłownie. Nie byłaby w stanie znieść takiej straty po raz wtóry.
Dziewczyna mogła mieć tylko wyobrażenie o kobietach w zimnych krainach. W Azaracie nie było zbyt wielu wyróżniających się czymkolwiek kobiet. Te, które rzeczywiście coś znaczyły były daleko poza jej zasięgiem - a w końcu była Mistykiem, więc w hierarchii też nie stała nisko - i zajmowały się demoniczną magią, głównie w celu leczenia rannych wojowników. Albo przynajmniej tak jej wmawiano i nikt nie wiedział co naprawdę robią. A to samo w sobie budziło w złotookiej chorą ciekawość. Z drugiej strony były ponętę dziewczyny w haremach, te jednak szkolono tylko w jednym celu, a ich głupia prostolinijność i służalczość sprawiały, że Ignis wręcz rozsadzało ze złości. Nie miała zatem realnego obrazu zwykłej kobiety w tych stronach, ale i tak przypuszczała, że wszędzie są podobne schematy ról kobiet w społeczeństwie. W każdym razie gdyby miała na ślepo opisać ulubiony typ kobiet Bleysa, to byłaby właśnie słodka idiotka. Dlatego nie miała pojęcia czemu zdecydował się na tak długi pobyt w jej towarzystwie. No, chyba, że przeceniła swoją inteligencję i Łowca ma ją za debilkę. Pokręciła szybko głową. Dość tych bzdur. Popatrzyła na mężczyznę trochę wystraszonym wzrokiem, ponieważ wyrwał ją z rozmyślań dość ostrym tonem. Zmrużyła ślepia i westchnęła przeciągle. Machnęła ręką od niechcenia, jakby pozbywała się wkurzającej muchy.
- Oh, Bleys. - teatralnym gestem uniosła dłoń do czoła. - Wybacz mi. Wybacz, że używam tak skomplikowanych metafor, kiedy powinnam mówić do Ciebie dosłownie. - puściła mu oczko i poprawiła kaptur kurtki. Uśmiechnęła się miękko i przytaknęła w końcu. - Tak, tak. Jesteś najlepszy. Tylko... możesz uściślić w czym? - spytała lekko, ale patrzyła na niego uważnie kątem oka. Jego próżność, z której sam się śmiał, była całkiem zabawna, choć Ignis czasem nie była pewna czy to zawsze były tylko żarty.
- Nie wyglądasz mi na księcia, niezależnie jakbym na Ciebie nie patrzyła... - zaśmiała się uroczo, bo przez oczami miała bardzo niegrzecznego Łowcę, którym się okazał wczoraj. - Książęta to pizdy. Podobno. - wzruszyła ramionami.
Ewidentnie za dużo rozmyślała. A to z kolei sprawiało, że czuła się całkowicie bezbronna. W końcu kto jak to, ale ona nie dałaby się nikomu podejść i to do tego stopnia, że uświadomiłaby sobie, że jest w pułapce, dopiero wtedy kiedy się w niej faktycznie znalazła. No, może w tym przypadku to nie była pułapka, tylko objęcia Bleysa, niemniej musiała się ogarnąć. Chyba czuła się przy nim zbyt bezpiecznie i całkowicie opuściła gardę. Uniosła głowę, by spojrzeć na jego zarośniętą twarz. Spojrzała na niego nieufnie, mrużąc swoje błyszczące oczy.
-Właścicielkę? Dlaczego mam wrażenie, że mówisz, jakby to mężczyzna zawsze był prowodyrem wszelakich miłości? Kobieta nie może otworzyć tej kłódki, jaką jest serce? - dalej patrzyła na niego podejrzliwie, ale zamilka na jakiś czas. - Ja się nigdy nie poddaję, Kłamco. Ale i o pomoc nie proszę, choćby w moim sercu było tysiąc cierni. - powiedziała w końcu łagodnie, choć w jej tonie dało się usłyszeć dziwną stalową twardość. Cisza, która między nimi rozbrzmiała, była wręcz ogłuszająca. Kiedy dziewczyna zdecydowała się wreszcie przytulić do Łowcy, w jego oczach zobaczyła durny błysk. Zrezygnowała. Zamiast tego popatrzyła na niego jak na pięcioletnie dziecko, które jest święcie przekonane o swojej dorosłości.
- Hm? Więc do jakiej grupy należysz? Twoje zręczne palce biegle władają wytrychami? - uniosła dwuznacznie brew i uśmiechnęła się rozbrajająco. Odepchnęła go od siebie z zadowoleniem kwitnącym na twarzy. Miała dużo do przemyślenia, ale zostawi to sobie na bardziej odpowiedni moment. W końcu musieli jeszcze zrobić kilka rzeczy przed snem. Poszła więc w swoją stronę.
Patrzyła na Łowcę spod uniesionych brwi. Owszem, podała mu gorący, parujący jeszcze napój, a ten pchał go sobie do ust. Czy chociaż poczuł, że manierka jest tak ciepła, że aż paluchy bolą? Zaśmiała się z jego rozkojarzenia, bo była pewna, że wie o czym myślał w tym momencie.
Niemal warknęła, kiedy znowu ją poczochrał, z cierpliwym znużeniem odtrąciła jego rękę i poprawiła sobie włosy. Spojrzała na niego z wyrzutem.
- A co wzrost ma do walki? - spytała, zupełnie nie rozumiejąc. Przecież nie raz walczyła z większymi od siebie i wiedziała, że nie ma to zbyt wielkiego wpływu na przebieg walki. Była pewna, że Bleys także dobrze to wie.
- Chcę z Tobą walczyć wręcz. Nie robiłam tego od kilku lat. A ostatni trening miałam trzy tygodnie temu, kiedy opuszczałam Klejnot Pustyni. - jej wzrok był wręcz błagalny. Chyba nie umiała dobierać odpowiednich słów w rozmowie z Łowcą. Albo nie rozumiała jego niechęci do walki z nią. Uśmiechnęła się nagle jakoś tak... złośliwie. - Choć w sumie, jeśli chcesz rywalizować... powiedz mi, w czym jesteś najlepszy? - zatrzepotała rzęskami zalotnie, jak niewinne dziewczę, które próbuje się przypodobać ukochanemu chłopcu. - A ja Cię w tym pokonam. - puściła mu oczko.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2016, 20:40 przez Ignis.)









30.09.2016, 19:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#22

Czy powinniśmy żałować róży? Czy nie stanowiła w tej opowiastce czarnego charakteru? Czyż nie za jej właśnie namową słowik przytulał się bliżej i bliżej, coraz dalszy od krainy żywych? W końcu - czy śmierć zmazuje winy?
Wytrzymała by. Nie bez trudu, nie bez łez i rozpaczy, ale mimo wszystko - Bleys w nią wierzył. Ludzie wytrzymają bardzo wiele ponad to, co potrafią sobie wyobrazić. Niczym szczury chwytające się życia. Nawet krzycząc, że chcą umrzeć, trwają przy nim desperacko. I są w stanie przy nim trwać. Nie wszyscy co prawda chcą to zrobić - niektórzy widzą w śmierci początek swej legendy lub źródło współczucia innych, jednak ludzie są w stanie wytrzymać naprawdę wiele. Wystarczy nadać życiu jakikolwiek sens. Jakikolwiek promyk nadziei bądź czegokolwiek. Gdyby ktoś lub coś nadałoby to mistyczce, ona też by wytrzymała. Jeszcze pewniej niż wszyscy inni. Gdyby miała po co. Gdyby miała do czego dążyć, jakiś cel, jakąś obietnice, jakichś przyjaciół. Gdyby miała cokolwiek, o czym mogłaby pomyśleć w chwili próby. Cokolwiek, co trzymałoby ją życia. Wtedy wytrzymałaby wszystko. Jak inaczej wyjaśnić, że wciąż kroczy przez te krainy, z czymś tak mglistym jak rodzina poległego kochanka, której nawet nie poznała i nie wie, czy ta nadal żyje?
Zabawny, zupełnie praktyczny podział ludzi. Kobiety, które coś znaczyły, to dla mistyczki te, które były wyżej w hierarchii. Owszem, w Azaracie ustanawiały ją dość ciekawe warunku, jednak nawet tam, Bleys nie dyskryminowałby w ten sposób. Nauczył się oceniając jakość towarzystwa, a nie jego status. Dużo bardziej zastanawiałby się nad tym, co mają w głowie lub rzecz jasna w urodzie, niż tym, jaką funkcję pełnią. A ukochana córka jakiegoś barda czy podróżnego kupca, która tryska ciekawością świata i naprawdę potrafi zaciekawić znanymi jej historiami, była w jego ocenie - pomijając już całkowicie kwestie urody - ciekawszą towarzyszką, niż zarozumiała pizda z wyższych sfer, która może być przeszkolona z najróżniejszych, przydatnych dziedzin - choć bądźmy szczerzy, nie w tych stronach - i drażnić samym swym istnieniem czy sposobem poruszania się.
Jej teatralne gesty szczerze bawiły łowcę. Gdzie ona się tego nauczyła? Obserwowała w dzieciństwie miejscowego błazna? Sam łowca nigdy nie miał okazji obserwować żadnego przedstawienia, choć chyba w jego gestykulacji, zupełnie poza udziałem jego świadomości, też pewnie pojawiały się podobne zagrania. Co ja gadam, jakie pewnie?! Przecież nieustannie się z siebie nabija udając straszliwego bufona!
- No.. ten... - zawahał się jakby właśnie ktoś mu udowodnił, że jest kretynem, choć deklarował coś zupełnie innego. - Niechciał bym się ekhm... ograniczać własnymi słowami. Także eee... no. Bez komentarza, o! - dukał.
Początkowo przybrał naburmuszony wyraz twarzy, ale gdy opisała sobie znaną wersję książąt, Bleys roześmiał się. - Iskierko, Ty to potrafisz jednym zdaniem przekonać człowieka, by zrzekł się całego dziedzictwa! - zapewnił. - Niechaj będzie! Rezygnuje! - powiedział uroczyście po czym przeszedł na konspiracyjny ton. - Acz lepiej nie mów tego przy innych książętach. To strasznie wrażliwe pizdy. - puścił jej oczko. Osobiście nie miał niemiłych doświadczeń, ale ileż to się słyszało historii o znęcaniu się nad biednym ludem który pozwolił sobie powiedzieć zbyt wiele!
Zastanowił się chwilę nad jej słowami, ale odpowiedź przyszła do niego sama. ~ Bo nigdy nie widziałem, by jakaś kobieta to zrobiła. Kobiety co najwyżej ciągną facetów za fiuta, zniewalając ich przy tym jeszcze bardziej niż jakieś tam romanse. - nie powiedział tego na głos. - Być może potrafi. Nigdy jednak nie widziałem czegoś takiego. - odpowiedział zamiast tego dość zrezygnowanym, ale i nawołującym do pogodzenia się głosem. - Rozumiem. - powiedział, po czym zaciął się na chwilę, zastanawiając się, czy dodać coś jeszcze. Przemógł się. - Pamiętaj jednak: to zwykłe tchórzostwo - bać się okazać słabość innym ludziom. - pouczył jak na starca przystało. Dość jednak miał w życiu oglądania, jak ktoś zapewnia sam siebie, że zrobić coś samotnie to odwaga, i pogrążał się coraz bardziej w poczuciu odrzucenia.
Zdaniem Bleysa, ten pełen pobłażania wzrok mistyczki był lepszy, niż gdyby miała mu się całkiem rozkleić. Chciał, by się podniosła się na nogi na dobre. Chciał się nią cieszyć. Chciał by było jej z nim dobrze. Ale nie chciał, by była absolutnie niezdatną do samodzielnego życia, całkowicie od niego zależną kulą przywiązania i emocji. Nie chciał by patrzyła na niego jak ocalony przed głodem pies, patrzy na tego, który go przygarnął. Pragnął kobiety, która stanie o własnych siłach, by zapragnąć go, a nie tylko upatrywać w nim szansę. By rzucić się w jego ramiona dając mu satysfakcje i radość. I wierzył, że to się stanie tylko wtedy, gdy będzie mogła sama nad wszystkim pomyśleć. W przeciwnym razie wspinałaby się po Bleysie i stała wtulona w niego, niezdolna wykonać kroku samotnie. A cóż to za szczęście, gdy ktoś jest z Tobą z konieczności, a nie z pragnienia?
- Skąd! - zaprzeczył energicznie. - Ja jestem zbyt nieśmiały by w ogóle myśleć o takich sprawach. - puścił jej oczko, wciąż mając w pamięci, jak żywiołowo zareagowała gdy wcześniej wspominał o nieśmiałości. Czemu by więc nie pociągnąć wątku!? Zwykłe przechwałki byłyby przecież nudne na dłuższa metę.
Kobiety to podstępne bestie. Nawet jak nic nie robią - trwają ino w tych swoich przeurokliwych ciałkach, mogą sprowadzić na biedny, męski świat rychłą i bolesną zagładę. Brutalnie wbijając igły w spójną taflę męskiej koncentracji i skupienia. Szczęśliwie Bleys jedynie nieco się poparzył. Przeżyje!
Westchnął z rezygnacją na jej pytanie. - Nie ważne. - rzucił chyba jedną z najokrutniejszych fraz, jakie mógł rzucić komuś, kto nie zrozumiał jego słów. Ewidentnie zbyt dużo przebywał z kobietami.
Powstrzymał swój naturalny odruch - ziewnięcie - gdy opisywała mu swoją smutną sytuacje jaką była tęsknota za treningiem. Nie sądził, by treningi fizyczne brała całkiem na poważnie, w końcu miała swoją magię. Najwidoczniej nieco jej nie doceniał. Nawet jednak, gdyby był świadomy, to nie przejąłby się tym. Gdyby nie oczy. Jej żółte, wlepione w niego ślepia patrzyły z błaganiem i desperacją. A ona chciała walczyć wręcz - czyli ani magii, ani kusz - może jednak nie muszą się pozabijać? Nie zdążył wydać z siebie kolejnego przeciągłego westchnięcia, gdy przeszła do zalotnego trzepotania rzęsami które ugodziło w jego ego. Wyszczerzył się nieco jak szaleniec. A może zacisnął zęby? To właśnie on chciał ją pokonać w tym, w czym była najlepsza. I to z całkowitą niedbałością. - To, w czym jestem najlepszy wymagałoby zbyt wielu zbyt złożonych rzeczy, byśmy mogli to tutaj porównać. - powiedział twardo i z przekonaniem. - Byłoby to pewnie coś w stylu: bezdźwięcznego balansowania na nierównej, stromej powierzchni przy jednoczesnym atakowaniu wielu ruchomych celów w tym samym czasie, samemu przy tym będąc w ciągłym biegu. -zmrużył oczy. - Ale nie martw się. Wymyślę coś. Nawet związanego z walką wręcz, co byś nie czuła się rozczarowana. - puścił jej oczko i ruszył do przeglądania swoich bagaży. Wyciągnął z nich kawałek czerwonej tkaniny, którą sprawnym ruchem pociął na cztery paski, a następnie dwa z nich jeszcze na pół. Nie śpiesząc się z wyjaśnieniami obwiązał jej kilkukrotnie kawałek tkaniny wokół nadgarstka, powtórzył czynność z drugim a na końcu najdłuższym obwiązał ją w talii, za każdym razem zawiązując na końcu kokardę.
- Masz na sobie trzy kawałki tkaniny. - stwierdził oczywistość zawiązując sobie materiał w podobny sposób na rękach. Następnie zdjął płaszcz. - Pobawimy się w pokaz uników. - puścił jej oczko. - Ten kto pierwszy straci dwa z trzech swoich kawałków materiału, daje drugiemu buziaka na znak uznania. wyszczerzył się i skończył wiązać swoje. Kawałki czerwonego materiału powiewały luźno na wietrze. - Gotowa? - zapytał łagodnie, całym ciałem będąc gotowym do wystrzelenia w jej stronę by porwać ten znajdujący się na jej lewym nadgarstku, lub odskoczyć, gdyby zamierzała zacząć podobnie. Na jego szczęście - choć nie był to zupełny przypadek - wiatr wiał mistyczce w plecy. Tak, że materiał aż się wpraszał do rąk łowcy.








30.09.2016, 21:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#23

Złotookie dziewczę było przekonane, że nie umrze śmiercią naturalną i było to dla niej przeświadczenie całkowicie naturalne. Nie bała się śmierci, ale i nie szukała jej w żaden sposób. Wiedziała, że będzie walczyć z całych swoich sił, że będzie łamać wszystkie swoje obietnice, że będzie porzucać wszystkie swoje moralne zasady, byleby tylko móc oddychać tym stęchło-słodkim powietrzem. Ignis nie była w stanie nawet wyobrazić sobie innego zakończenia swojego żywota niż podczas walki o kolejny dzień, kolejny wschód słońca. Ale i tak nie zamierzała żegnać się z tym światem prędko, bo jeszcze wcale go nie znała. Przy życiu trzymały ją tak trywialne sprawy jak sprawne serce i mózg... a nie coś, czego mogła się chwycić. Nie miała raczej żadnych górnolotnych ideałów, nie miała planów, nie miała choćby zarysu swojej przyszłości w tych krainach zimna i obojętności. Chciała okazać szacunek rodzinie zmarłego, nic ponadto. Gdyby była na miejscu matki Levino, byłaby wdzięczna za wiadomość o śmierci dziecka, nawet jeśli owa wiadomość była okrutna i niesprawiedliwa.
Praktyczny i rzeczywisty z punktu widzenia jasnowłosej dziewczyny. W społeczeństwie Azaratu kapłani i kapłanki miały jedne z wyższych statusów, a jakiekolwiek lepsze ich poznanie uniemożliwiał fakt, że byli w pewien sposób odseparowani od zwykłych ludzi. Jeśli chodzi o dziewczyny z haremu, to nie miała najmniejszych powodów do szukania ich towarzystwa czy prób poznania. Traktowała je jak narzędzia, które służyły męskiej części Klejnotu Pustyni do rozluźnienia lędźwi, a to, co mówiły między są całkowicie jej nie dotyczyło. Z kupcami rozmawiała częściej niż z ludźmi ze swojego oddziału. Było, oczywiście, kilka wyjątków, które potwierdzały regułę, ale generalnie dziewczyna nie pałała sympatią do swojego otoczenia. Utrzymywała dystans, który zapewniał jej odpowiednio dobre informację o tym, co się dzieje w ich świecie, a jednocześnie oddzielał od tego cienkim woalem aksamitu. Kobiety ją nie ciekawiły. Mężczyźni jej nie ciekawili. Ignis była obojętna na masę, klasy, sfery czy grupy, jeśli jednak zaczęła ją pociągać pojedyncza jednostka, abstrahując od płci, to cieszyła się towarzystwem i możliwością rozmowy. Takie chwile jednak bywały niezmiernie rzadko.
Może były to podpatrzone w dzieciństwie ruchy sceniczne, może kiedyś widziała takie obrazy, może słyszała o czymś takim lub po prostu mignęło jej to jakiś czas temu przed oczami. Nie pamiętała tego jednak i jej ruchy były całkowicie naturalne, choć bez wątpienia przesadzone i złośliwe. W każdym razie popatrzyła na mężczyznę z szerokim uśmiechem, a potem zaśmiała się wesoło, trochę pojednawczo, a trochę jadowicie. Puknęła go palcem wskazującym w czoło.
- No właśnie. Po co się ograniczać? - puściła mu oczko i zjechała dłonią po jego policzku, szyi i klatce piersiowej, zatrzymując dłoń dopiero na jego brzuchu. Spojrzała na niego z wymownym uśmiechem i odwróciła się powoli.
Zaśmiała się szczerze na jego rezygnację z książęcowania i pokręciła delikatnie głową, nie wiedząc czy to zrezygnowanie czy głupia wesołość. Może jedno i drugie na raz. Odwróciła się delikatnie w jego stronę, patrząc kątem oka na niego.
- Zrzekasz się? Głupek. Lepiej zmień obraz książąt, który mam w głowie. - uniosła brwi i uśmiechnęła się, ewidentnie rzucając mu wyzwanie. Ciekawa była czy je podejmie, ale tyle co go znała, wątpiła, żeby spasował. Nie taki dumny facet jak on.
Ignis skoncentrowała na nim uważny wzrok, nieprzekonana jego słowami. Westchnęła w końcu i wzruszyła ramionami.
-Skoro tak mówisz. Dla mnie i tak to niedorzeczne. Nie można kogoś rozkochać w sobie i zabrać mu z tego powodu wolność. Miłość jest tą wolnością. A przynajmniej ja tak to rozumiem... - skrzywiła się, trochę żałując swoich słów, choć nie było w nich nic złego. W jej jasnych oczach zaczęły się gromadzić burzowe chmury, a jej włosy wyglądały jak naelektryzowane.
- Są sytuacje, w których nie jest w stanie nic pomóc. Ani drobny podarek, ani potężna magia. Są rzeczy, których utraty nic Ci nie wynagrodzi, zostawiając w Twojej pamięci ziejącą zimnem pustkę. Są ludzie, którzy potrzebują tylko jednego, by odczuć spokój duszy. Potrzebują czasu, Bleys. I ja do takich ludzi należę. A do tego, dość niefortunnie, uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. - westchnęła ciężko, starając się przegonić burzę z jej twarzy. - No nie? - zapytała głupio i bezsensownie, przeczesując dłonią włosy. Nie szukała potwierdzenia lub zaprzeczenia własnych słów u Łowcy, jednak nie chciała tego kończyć swoją osobistą kropką. Nie chciała się o to spierać, ale też chciała jasno dać mu do zrozumienia, że są sprawy, z którymi Bleys jej po prostu nie jest w stanie pomóc, niezależnie od jakości jest chęci.
Ignis darowała sobie komentarz, pozwalając przebrzmieć milczeniu. Nie była osobą, która uzależniłaby się od kogokolwiek, pozwoliła sobą zawładnąć czy się zdominować. Czuła się całkowicie równa we wszystkimi ludźmi, mimo tego, że miała różne opinie i stereotypy w głowie. Ale każdemu potrzebującemu rzuciłaby się na ratunek. Bleys był dla niej dość pokrętnym wsparciem i punktem zaczepienia, ale nie jak lina, po której można się wspinać, lecz raczej jak szczelina, w którą można władować dłoń czy stopę, by podciągnąć się o własnych siłach wyżej i wyżej. Widziała w nim przyjaciela, rywala i kochanka, może kiedyś ujrzałaby w nim nawet mężczyznę, którego byłaby w stanie pokochać, ale nawet to nie zmieniłoby faktu, że będzie dla niej motywacją do stawiania nowego kroku o własnych siłach, a nie o jego ramieniu. Nawet nie była świadoma jak z tą krótką refleksją na jej twarz wypełzło łagodne zastanowienie, a potem zmęczony, ale ładny, uśmiech.
- Oh. Wybacz. Widocznie musiałam Cię z kimś pomylić. - uniosła brwi i podparła boki rękoma. Ciekawe jak zareaguje na przytaknięcie ku jego fałszywej nieśmiałości. Uśmiechnęła się kąckiem ust.
-Nieważne? - uniosła brew, patrząc na niego spod byka. Choć w tym momencie i tak była wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o zachowanie spokoju. W końcu wzniosła oczy ku niebu. - A więc nieważne. - wykręciła młynka nadgarstkiem, aż jej strzyknęły kości. Skrzywiła się lekko. To tylko umocniło ją w postanowieniu do nakłonienia go do walki. Nie była pewna czy jest w stanie z nim wygrać, ale mimo to chciała mu przyłożyć pod pozorem walki z choć podstawową ilością zasad.
Nie wiedziała czy to był uśmiech czy szczękościsk, ucieszyła się jednak widząc, że jej staranie nie poszły na marne. Przewróciła swoimi pięknymi oczyskami i westchnęła.
- Banał. I starta czasu. - uśmiechnęła się w końcu, wysłuchawszy jego litanii w czym to on nie jest taki dobry. Miała świadomość tego, że się nie przechwalał, ale całkowicie odbiegało to od jej wizji ich aktualnej walki. - Hm? Co takiego? - powiodła za nim spojrzeniem, a chwilę później podeszła do niego.
Nie komentowała, kiedy obwiązywał ją kawałkiem tkaniny, a potem powtórzył tą czyność, tylko ze sobą. Sprawiła czy zawiązane przez niego prowizoryczne wstążki się nie rozwiążą i uśmiechnęła się jak tak trochę dziko. Nie wyglądała, jakby w jej wersji miał być to pokaz uników.
- Bez magii, bez broni, bez żadnych nieprzyjemnych sztuczek, tak? W porządku, zgadam się.
Spojrzała Bleysa, a chwilę potem wyciągnęła rzemyk z bluzki i związała nim sobie włosy w wysokiego kucyka. Przesunęła się kilka kroków w bok, by jej wstążki nie garnęły się same z siebie do dłoni Łowcy. Ugięła miękko nogi w kolanach.
- Bardziej nie będę. - uśmiechnęła się, nie spuszczając z niego wzroku. Miała opory, żeby uderzyć w niego jako pierwsza. Ah, walić to. ~ stwierdziła w końcu. Nie może przecież całe życie czekać aż ktoś pierwszy ją zaatakuje! Jej prawa ręka pomknęła ku lewej ręce Łowcy, a gdy odskakiwał, odbiła się mocniej od ziemi, drugą dłonią sięgając do jego pasa po zwisający kawałek materiału, niemal w tym samym momencie starając go kopnąć brzuch, by zaraz potem odskoczyć. Nie wysilała zbytnio, żeby uderzać w niego z większą siłą, ale chciała zobaczyć jak szybki i sprytny jest naprawdę. Nie odrywała wzroku od jego dłoni, choć miała straszną ochotę spojrzeć mu w oczy.








02.10.2016, 18:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#24

Śmiałe i odważne słowa, do których niewielu ludzi by się przyznało. Nie wiem tylko, czy dowodzą szczerości z samym sobą, i przyznania się do tego, ile byłoby się w stanie zrobić w obliczu śmierci, czy może to kwestia znajomości samej siebie oraz znajomości tego, do czego potrafią doprowadzić skrajne sytuacje. Może Ci wszyscy pewni siebie ludzie, którzy nigdy nie złamią obietnic i nie przekroczą moralnych zasad tak naprawdę nie chcą "wyglądać lepiej", a po prostu nie potrafią sobie wyobrazić dramatu sytuacji o której mowa? Może to nie odwaga, a świadomość i zrozumienie? Tak czy inaczej, Bleysowi spodobałyby się te słowa. Większość osób, które mówiłyby co innego to kłamliwe pizdy. Dobrze być kimś ponad to, czyż nie?
Serce i mózg - jakże to trywialne i prawdziwe - zapewniało jej możliwość życia. Bezsprzecznie. Jednak samo serce i mózg, bez żadnej, choćby mglistej motywacji, zapewniało jedynie pompowanie krwi w żyłach i nadzorowało proces oddychania. Żeby się podnieść, zrobić cokolwiek, potrzeba było nawet najbardziej podstawowych celów. Nie mówimy o niczym górnolotnym czy ambitnym. Dając przykład mogłoby to być chociażby zjeść i się wysrać - elementarne korbki nakręcające człowieka do ruchu. A powiadomienie rodziny zmarłego - nawet, jeżeli nie jest jej wielką ambicją, a czymś, co jej zdaniem "powinna zrobić", było dużo bardziej wyrafinowanym celem, niż po prostu się nażreć. I tyle. To sobie znalazła, dla „tego” się poruszała. Przynajmniej do czasu, aż jej uwagę przyciągnie coś (lub ktoś) innego.
Bleys był w szczerym szoku, kiedy jasnowłosa mistyczka, jak gdyby nigdy nic, bez pytania, bez rozmowy, zawahania czy czegokolwiek, najwzyczajniej w świecie puknęła łowcę. Hola! Przecież to on był tu myśliwym! Zmrużył podejrzliwie oczy. Pomijając komiczny wydźwięk niedopowiedzenia przy określeniu "puknęła", jej palec wskazujący atakujący czoło łowcy stanowił coś nie bardziej przyjemnego dla mężczyzny, niż chwile gdy różnooki czochrał dziewczynę. Ruch jej ręki monitorował ze stoickim spokojem. Nie był już młodzieńcem szalejącym na każdą pieszczotę, nie poddał się więc jej złośliwej prowokacji, która chyba - no bo cóż innego? - miała pobudzić jego potrzeby.
- Tak będzie łatwiej. - skwitował łagodnie. - Przecież ten obraz jest właściwy. Po co mam Cię okłamywać? - zapytał nieco rozbawiony. Widział z jej miny, że rzucała mu wyzwanie, choć nie do końca wiedział co miała na myśli. Przecież on kiedy mianował się księciem, wcale nie zachowywał się jak wspomniana pizda! - Za jakiś czas zostanę samozwańczym księciem, który nie będzie ograniczony dworską pizdowatością. - puścił jej oczko. - A Ciebie zrobimy może księżniczką z przymusu, hm? Chciałabyś? - zapytał całkowicie zaprzeczając idei przymuszania jej do czegokolwiek.
Uśmiechnął się do dziewczyny w taki sposób, w jaki może się uśmiechnąć ktoś doświadczony życiem widząc, jak dziecko z zapałem broni swoich naiwnych racji, niezetkniętych jeszcze z okrucieństwem świata. Spojrzenie Bleysa wyrażało coś na kształt dumy z jej walki o własne przekonania, oraz współczucia. Odezwał się jakby chciał ją przygotować do starcia z nadchodzącą rzeczywistością. - Miłość wyzwala. Można dzięki niej umknąć ograniczeniom, dyskryminacjom, niechęci. Wszystkiemu w zasadzie. - przyznał, i o dziwo wcale nie miał teraz na myśli miłości cielesnej. No, przynajmniej nie tylko. - Ale potrafi też uzależniać, czyniąc życie bez niej niewyobrażalnym dla kochanków. - strzelił karkiem przekrzywiając głowę. - Ludzie bardzo często stają się jej niewolnikami.. - W tym miejscu naszła go myśl, że w tą pułapkę wpadają także mężczyźni. Czy to jednak kwestia kobiet, które "otwierają zamknięte serduszka" czy czyste szaleństwo strony męskiej?
- Zawsze jest "coś". - rzekł twardo. - Czasami poza naszym zasięgiem. Czasami poza wyobrażeniem. Czasami poza akceptacją. - westchnął. - Nie chodzi o wynagrodzenie straty. To najokrutniejsze, co można robić, przypisując utraconemu metkę "czegoś gorszego". - odpowiedział. - Czas to najlepsze lekarstwo, Ignis. Czas jednak przyjmuje różne formy. Może być czasem rozpamiętywania, czasem uciekania myślami i czasem łez. - posłał jej wyrozumiały, współczujący wyraz twarzy. - Może być też czasem pracowitości, czasem rozrywki, czasem szaleństwa. - uśmiechnął się słabo. - I każdy z tych czasów, ciągle stanowi najlepsze lekarstwo: "czas"... Można jednak wpłynąć na skuteczność tego leku. Można wykorzystać go najlepiej jak się da. - zakończył. Tu wcale nie chodziło o to, czy byłby w stanie jej pomóc - choć zdaniem łowcy, sama jego obecność jej pomagała. Może to nieco próżne, a może po prostu dojrzałe, ale gdy człowiek pogrążony w samotności walczy ze swoimi myślami, ciężko mu otworzyć się na świat i dalsze życie. Ciężko zrobić pierwszy krok. Będąc koło Bleysa, mistyczka już robiła kroki, choć nie przestała jeszcze rozpamiętywać. To coś, jak start przed startem.
- Jeżeli nic nie dzieje się bez przyczyny, może i nie bez przyczyny jest to, że mnie spotkałaś? - podsunął niewinnie.
- Zapewniam, że moja towarzystwo jest nie gorsze, niż tego o kim myślałaś. - puścił jej oczko raz jeszcze zadając kłam własnej nieśmiałości.
Z trudem powstrzymał śmiech na jej reakcję, gdy powiedział "nieważne". Nie zamierzał jednak odchodzić od swojego stanowiska. Niemniej, był w stanie zrozumieć, że chciała mu wtłuc. No jak tu nie chcieć!?
Gdy już mistyczka związała włosy, i oboje byli gotowi, w niebieskim oku Bleysa błysnęło coś drapieżnego, coś dzikiego, coś pierwotnego. Zupełnie jakby to nie było ludzkie oko, tak skrajnie kontrastowało ze spokojnym, nie odbijającym światła brązem jego sąsiada. On, w przeciwieństwie do dziewczyny, wpatrywał się w jej oczy. Nie ograniczał się co prawda tylko do nich - to były bajki, że z samych oczu da się przewidzieć wszystko, jednak z całą pewnością, można było wyczytać "coś", i wykorzystać to dla swojej przewagi. Mięśnie mężczyzny naprężyły się, gotowe do wyuczonego skoku. Bleys od lat walczył z wykorzystaniem kusz i noży, jednak nie niebywała precyzja i celność były jego atutami. Łowca potrafił walczyć bronią dystansową także w zwarciu, ścierając się z całymi gromadami dzikich stworów. Kluczem do tego była skrętność, sprężystość, zwinność i instynkt. Bleys nie polegał na niczym tak bardzo, jak na tym. Nie miał niczego innego.
Dlatego w chwili, gdy jej ręka leciała by pochwycić kawałek tkaniny wokół jego nadgarstka, wyuczonym ruchem poruszył ręką tak, jak zwykł to robić by na minimalnym dystansie rzucić nożem. Niewielki, energiczny obrót. Tym jednak razem nie miał w dłoni noża. Zakręcił młynka owijając sobie nadmiar tkaniny wokół nadgarstka, utrudniając jego złapanie. Nie było to może najuczciwsze, ale przecież nikt nie wspominał o jakichś zasadach, prawda? W tym samym czacie oddalał rękę, całym ciałem wykonując zręczny piruet, w podobny sposób owijając sobie tkaninie którą oplótł się w pasie blisko ciała, a jednocześnie wykonując unik przed jej atakiem.
W efekcie tego manewru, jej noga wcale nie uderzyła go w brzuch, a otarła się o jego bok i plecy, by w następnej chwili złapana prawą ręką mężczyzny kontynuować ruch. Dziewczyna nie mogła się od niego odbić, bo nie znalazła twardej podpory, jedynie się otarła, Bleys zaś pchnął ją dalej, obracając jednocześnie bokiem do kierunku w którym leciała. Chwilowo nie próbował porywać jej kawałków tkaniny, ciągle pilnując jednak swoich. Był za to ciekaw, czy dziewczyna będzie potrafiła ustać na nogach, gdy po własnym kopnięciu leciała nie do przodu a w zupełnie niezaplanowany sposób.








03.10.2016, 13:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#25

Przygryzła wargę z zadowoleniem, patrząc na niego miękkim, powłóczystym spojrzeniem, które ślizgało się po jego ciele wraz z ręką Mistyczki. Puściła mu oczko, widząc jak okrutnie podejrzliwie skierował na nią wzrok. Przecież nic złego nie robiła, nic nie kombinowała, po prostu stuknęła go w czoło, żeby nie był taki hop do przodu. Wcześniej nawet nie myślała o tym w kontekście prowokacji. No ejże, jakim cudem miała budzić jego potrzeby, kiedy była pewna, że wszystkie są już zaspokojone na co najmniej kilka następnych tygodni? W każdym razie miała wrażenie, że Bleys zbaraniał z zaskoczenia - chyba nikt wcześniej nie pozwalał sobie na coś takiego w stosunku do Łowcy. I ta myśl właśnie strasznie jej się podobała.
- Łatwiej? - uniosła brew, jakby stwierdzenie, że ten obraz jest prawdziwy i dlatego łatwiej jest go używać do przedstawiania rzeczywistości był totalną głupotą. - Nie sądziłam, że jesteś osobą, która idzie na łatwiznę. - przyznała sucho, choć nie była pewna czemu to wywołało w niej taką reakcję. Chyba faktycznie oczekiwała od Bleysa więcej niż od kogokolwiek innego, a mimo to nie miała do tego całkowitych podstaw. Pokręciła głową, przesuwając dłoń ponownie na wysokość jego klatki piersiowej, by nie mógł się do niej bardziej zbliżyć. Przechyliła głowę, patrząc się na niego jak na głupka i w końcu się zaśmiała. - Nie, nie chciałabym, ale dziękuję za propozycję. Jeśli kiedykolwiek będę chciała być księżniczką, to sama sobie wybiorę księcia. Nie na odwrót. - uśmiechnęła się lekko, delikatnie unosząc brwi.
Widząc jego spojrzenie, przepełnione dumą... i czymś, na kształt rozbawienia czy współczucia, westchnęła głośno. Miała przemożną ochotę, żeby podejść do niego i zacząć bić go pięściami po klacie, z bezsilnej, zrezygnowanej złości. Była przekonana, że jego doświadczenia nie mają pokrycia z jej własnymi, że ich światy są zbyt różne, by je ze sobą zestawiać, że oni są w jakiś sposób swoimi całkowitymi przeciwieństwami, jeśli chodzi o podejście do życia... a mimo to, tylko westchnęła. Nie podobało jej się, że Łowca pouczał ją w takich kwestiach, nawet jeśli miał rację. A może właśnie to najbardziej ją wkurzało?
-Wiele rzeczy, brzmiących równie patetycznie, podobno wyzwala. Miłość, śmierć, walka, cierpienie, wiedza, władza. I wszystko to może uzależniać. - uśmiechnęła się, trochę zmieszana własnymi słowami. Nie chciała się kłócić w tej kwestii, ale też nie uważała, że wysłuchiwanie racji jednej strony powinno pozostać bez odpowiedzi. Zresztą, ona sama czuła się bardziej wyzwolona, kiedy pędziła na końskim grzbiecie hen w nieznane niż w objęciach jakiegokolwiek mężczyzny. Skrzywiła się i wzdrygnęła, kiedy strzelił karkiem. - Mimo wszystko uważam, że jeśli się kogoś kocha, to nie można go ograniczać sobą. Nie można robić z innych ludzi, a już szczególnie tych bliskich naszemu sercu, bezwolnej kukły. Co to za szczęście iść z niewolnikiem do łóżka? - popatrzyła na niego wzrokiem, w którym jakiś dziwny smutek, a jednocześnie rozbawienie mieszały się ze sobą w blasku iskierek.
Odwróciła się do niego bokiem, kiedy mówił. Nie chciała bezsensownie komentować, że owszem, ma rację - jeśli nienamacalny czas określić jako rzecz, która jest trochę ponad naszym pojmowaniem, faktycznie, jest coś, co pomaga. I przecież to powiedziała.
- Eh, Kłamco... - dziewczyna spojrzała na niego łagodnym, ciepłym spojrzeniem, w którym odbijało się tysiąc gwiazd. Milczała długo, może trochę za długo. Kiedy w końcu się odezwała, miękki ton jej głosu otulił okolicę swoim brzmieniem. - Czemu mi to mówisz? - spytała po prostu. Naprawdę nie rozumiała celu jego słów, bo była pewna, że wyraziła się całkowicie jasno jeśli chodzi o jej potrzebę oddania się w ramiona czasu ze swoimi myślami. Nie łudziła się, że zrozumie ją od początku do końca, ale przynajmniej nie będzie jej zarzucał swoimi nadinterpretacjami jej cierpienia. To, że był przy niej, było wystarczającym i najlepszym wsparciem, jakie mogła uzyskać od drugiej osoby. Spojrzała na niego tak jakoś... inaczej. Prosto w jego różnokolorowe oczy. I uśmiechnęła się, niemal rozświetlając mrok wokół nich.
- Na pewno ma swoją przyczynę. - potwierdziła cicho, a jej uśmiech nieznacznie się poszerzył.
- Nie wierzę w zapewnienia, których nie mogę zweryfikować... - przewróciła oczkami i spojrzała na swoje paznokcie. Starając się powstrzymać śmiech.
Zauważyła błysk w jego oku, który sprawił, że miała gęsią skórkę. Nie umiała tego wyjaśnić, ale wcześniej nie była w stanie powiedzieć, że Bleys jest wojownikiem. Jest po prostu... Łowcą. Myśliwym. Kłamcą. Teraz, kiedy patrzyła na jego błękitne oko przeorane blizną, wiedziała, że umie walczyć. I choć to irracjonalne, ucieszyła się z tego powodu. Nie łudziła się na wygraną od samego początku, bo nigdy nie trenowała intensywnie walki wręcz i to w dodatku bez sztyletu... ale fakt, że jest z nią mężczyzna, który ma w sobie dziką bestię, był dla niej dziwnie podniecający. Podłapała jego spojrzenie i puściła mu oczko. Ciekawe co z tego wyczytał?
Złotooka miała przede wszystkim swoją magię. I bez zbędnej skromności, uważała się za jednego z silniejszych Mistyków w Azaracie. Nie znaczyło to jednak, że była aż tak zapatrzona w siebie, żeby nie umieć walczyć na inne sposoby. Uczyła się zarówno sztuk walki jak i zbójnickich metod walki sztyletem, umiała walczyć siedząc na koniu oraz miała wrodzoną predyspozycję do wszelakich broni miotanych. A poza tym, umiała też szybko spierdalać, co nie raz uratowało jej życie nocą, kiedy większość członków oddziału leżała martwa na lodowatym piasku. W każdym razie ten rodzaj walki, który sama wybrała, świadomie i dobrowolnie, był jej największym problemem. I miała nadzieję, że Bleys udowodni jej, że jednak i ona może się czegoś nauczyć od niego. Co nie było jednak równoznaczne, że tanio sprzeda swoje wstążki...
Uniosła brew, widząc jak w ułamku sekundy zamiast ślicznych kokard na ciele Bleysa ujrzała rulony tasiemki.
Czując jego rękę na swojej nodze zaklęła w myślach, czując jak leci w przód z prędkością, która wcale jej nie przypadła do gustu. Kiedy poczuła, że Łowca ją puszcza, runęła dłonią na ziemię, stając na ręce i wykorzystując narzucony jej impet, okręciła się na niej, mając nadzieję, że Bleys będzie jeszcze w zasięgu jej nóg - które rozłożone do niemal szpagatu znów popędziły w jego stronę. Ignis okręciła się na rękach dwa razy, a potem ugięła lekko łokcie i odbiła się, by stanąć na nogach. Kiedy tylko to robiła, od razu skoczyła do Łowcy, markując swoją prawą ręką uderzenie w jego lewe ramię, lecz w ostatniej chwili cofnęła dłoń odsuwając się trochę i kopnęła go w kolano, a następnie przesunęła się nieco w lewo i zamaszystym, mocnym ruchem powtórzyła tą czynność, tylko w zgięcie kolana z tyłu. Nie tracąc czasu na sprawdzanie skuteczności, jej dwa palce podążyły ku złączeniu szyi i barku, mniej więcej na wysokości jednej trzeciej mostka. Drugą ręką mierzyła w dół pachowy, fachowym wzrokiem oceniając miejsce, gdzie znajduje się czwarte i piąte żebro. Dopiero po chwili dotarło do niej jak ozięble przyszło jej traktować miejsca, które przy użyciu odpowiedniej siły, mogłyby go zabić... Nie przeszkodziło jej to jednak w wyprowadzeniu swojego ataku.








05.10.2016, 19:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#26

Co, jeżeli fakt, że nikt nie pozwalał sobie na takie zachowanie względem łowcy, miał jakieś przyczyny? Co, jeżeli czoło Bleysa było pozostawione w spokoju nie bez powodu? Co, jeżeli myśl, która wzbudzała niepoprawny entuzjazm dziewczyny, może doprowadzić do tragedii!?
- Co innego stawiać czoła trudom, a co innego utrudniać sobie na siłę. - odparł ze wzruszeniem ramion. Zdaniem łowcy to nie było nic złego. Nie znaczyło to jednak, że zawsze wybierał łatwiejszą drogę. Czasami, chcąc dobrać się do czyjejś sakiewki, obierał bardziej przytomne cele... w końcu trzeba się rozwijać, doskonalić i sprawdzać, czyż nie?
- Wybornie! - ożywił się. - Tym lepiej wpasujesz się w rolę księżniczki z przymusu. A jak jeszcze będziesz się opierać... - pociągnął wizję z rozmarzeniem mrużąc oczy. - I rzecz jasna, będziesz moją księżniczką, bo tak mówię. A ja nie będę pizdowatym księciem wiecznie czekającym aż się zdecydujesz! - uśmiechnął się łobuzersko, choć tak po prawdzie, sam nie snuł teraz żadnych wyobrażeń jej oporów czy przyszłych wspólnych chwil księcia i księżniczki.
Uśmiechnął się z uznaniem gdy wymieniała patetyczne ścieżki do wolności. Ona sama powiedziała, że miłość nie powinna niewolić. Zdaniem Bleysa zaś, wolność jaką dawała była właśnie... równie mistyczna jak wolność z śmierci czy cierpienia.
- Oni sami stają się kukłami. Z własnej woli. Lub wbrew własnej woli, a pod przymusem podświadomości. - odpowiedział i wyszczerzył się. - Nie wiem Ignis. - rzucił. - A co? Jesteś ciekawa? - podsunął radośnie. Czy chciał wyciągnąć z niej najskrytsze fantazje, czy może miał na swoich usługach jakiegoś niewolnika-żigolo, i zamierzał na nim trochę zarobić?
Nie odpowiedział jej od razu. Patrzył na nią i chłonął jej łagodne, ciepłe spojrzenie. Później przeżuł coś nieistniejącego, i otworzył usta. - Bo drażni mnie fatalizm. - mięśnie na jego twarzy stężały, jakby w tym słowie było coś niedobrego. - I wszelkie jemu podobne twierdzenia, o tym, że nic się nie zaradzi. - rozwinął. - Nic się nie da. - skrzywił się - Nic nie pomoże. - podniósł dłoń i machinalnie przejechał palcami po bliźnie na swojej twarzy. - Raz w życiu doświadczyłem sytuacji, w której nic się nie dało. - uśmiechnął się. - I nie akceptuje jej istnienia. - jego wzrok złagodniał, jakby właśnie wymazał z historii niewygodny fakt, nie pozostawiając nawet smugi. Może nawet Bleys rozumiał, że niewiele może zrobić. Może wiedział, że bardziej nie może jej pomóc. Może zdawał sobie sprawę, że czas płynie sam z siebie, nie potrzebując żadnych bohaterskich łowców. I może akceptował to. Ale nie akceptował głośnego przyznania się do niemocy.
Rozłożył prowokacyjnie ręce. - Któż broni Ci weryfikować? - odparł hardo.
Całe jego ciało pracowało w zupełnie odmiennym trybie. W rzeczywistości nie pojawiło się żadne nowe zagrożenie, a Bleys nie zbliżył się do śmierci, a jednak jego organizm zaczął pompować krew jak szalony, wywołując coś na kształt szumu. Gdy puściła mu oczko, w jego głowie jednocześnie zabrzmiały pytania:
~Drażni się?~ ~Wyzywa?~ ~Prowokuje~ ~Odwraca uwagę?~
A na żadne z nich nie rozbrzmiała odpowiedź. Bleys nie skupiał się na tym, wszystkie rozbrzmiały, ale żadne nie było teraz ważne. Z jakichś przyczyn, wbrew chęciom, Bleys nie potrafił postrzegać tego jako całkowitą zabawę. Owszem, nie zamierzał szarżować, nie zamierzał jej krzywdzić, nie zamierzał wielu rzeczy. A mimo to, jego organizm działał zupełnie tak, jak działał wielokrotnie, przy spotkaniu stworzeń z dziczy.
Łowcy są arcymistrzami posługiwania się bronią. Ludzie najróżniejszych profesji mogą całe życie szlifować swoje zdolności w tej jednej dziedzinie, a nigdy nie osiągną ich mistrzostwa. Niemniej, Bleys był władcą kusz i krótkich noży do rzucania. Cuda, jakie potrafił robić z ich pomocą nie były tym samym co walka wręcz. Dlatego jego przewaga, jeżeli chodzi o wyprowadzanie ciosów gołymi rękoma, rozmaite chwyty czy markowanie uderzeń, spadała do poziomu zwykłych śmiertelników, a na swoją korzyść musiał wykorzystywać nadludzką zwinność.
To właśnie ta zwinność sprawiła, że uchylił się przed jej ciosem. Fakt, że dziewczyna zdołała znaleźć podporę w rękach, gdy walczyła z rozpędem który sama sobie nadała, a mężczyzna dodatkowo wzmocnił, dowiódł dwóch rzeczy. Miała sporo siły w tym kruchym ciele oraz... była szalona! Przecież te kości mogły, ba, powinny! trzasnąć, a nie pozwolić jej na wykonanie płynnego obrotu. Bogom niech będą dzięki, Bleys zdołał odchylić się do tyłu również dowodząc braku rozsądku w którym powinien trwale uszkodzić swój kręgosłup i rozminął się z jej nogą o centymetr. Szybko przeciągnął nogą po ziemi oddalając się od niej, jednocześnie nie wracając do pozycji wyprostowanej, by nie dostać kolejnym ciosem a także nie być łatwym celem poniżej pasa. Przetarł czoło w teatralnym geście, który najlepiej opisałoby słowo "Uff" i rzucił, czy może raczej zaczął żartobliwe
- Gdybym wiedział... - urwał, a w tym momencie jego wciąż czujne ślepia wychwyciły niespodziewanie szybki ruch w jego stronę. Dziewczyna nie dawała za wygraną, kiedy tylko jej nogi dotknęły ziemi, wystrzeliła w stronę mężczyzny i musiał się ratować robiąc dwa kroki do tyłu. To mu dało czas by unieść rękę do bloku. Nie spuścił jej jednak z oczu. Na jej podpuchę stracił odrobinę czasu i nie mógł już wykonać uniku, ale zdążył skontrować atak jej nogą w kolano... blokując kolanem. Po prostu, ugiął je i przygotował tak, by nadziała się w dość bolesny sposób. Gdy próbowała go obchodzić, on obracał się analogicznie, tak aby jej kolejny cios również był obosieczny. Zabolało.
Bleys skrzywił się na myśl o jej dalszych atakach. Uznał, że musi zacząć jakąś ofensywę, albo nie będzie przyjemnie. Dziewczyna okazała się zbyt sprawna, by mógł z tego zrobić zwykły pokaz uników i bloków. A w dodatku zdawała się chcieć mu po prostu wtłuc, a nie przejmować się jakimiś durnymi kawałkami tkaniny. Niebiosa, za co!?
Właśnie dlatego Bley czekał.
Czekał na jej atak. Czekał aż wyprowadzi kolejny cios. Czekał obserwując jej ruchy, obserwując ułożenie jej ciała, obserwując jej oczy.
Nie czekał długo. Jakieś ćwierć sekundy. Mistyczka nie chciała przerywać swojej kombinacji. Łowca musiał jej ją przerwać na własną rękę.
Uśmiechnął się.
Uśmiechnął się tak, jak mógłby się uśmiechnąć duch do rycerza mówiącego, że chce przebić go mieczem.
Uśmiechnął się tak, jak zwykł się uśmiechać w chwilach, gdy zamierzał pokazać coś nieprawdopodobnego.
Uśmiechnął się tak, jak uśmiechnie się do niej tylko raz w życiu, pokazując, że nie należy go nie doceniać.
A później wykonał ruch. Płynny, skomplikowany, chory.
Wyglądało na to, że odskoczył od jej ataku. Jego głowa, szyja, ręce, klatka piersiowa, tułów... wszystko to oddalało się od dziewczyny. Umykało jej dłoniom. Ale Łowca wcale nie odskoczył. W rzeczywistości, gdyby nie atakowała w przód, a od góry, Bleys skończyłby leżąc na ziemi. Teraz jednak, wychyliła sie do przodu a mężczyzna odchylił się do niemożliwej pozycji unosząc przy tym jedną nogę.
I zaatakował. Kopnął jej nogi a później szarpnął uniesioną własną, wykorzystując jej wychylenie i zmniejszone poczucie stabilności, by sprawić, że zaczęła się obracać wokół własnej osi. W tym samym czasie jedna z jego rąk, wokół których zawinięta była tkanina ruszyła w miejsce, w którym znajdowała się końcówka paska przyczepionego do jej talii. Chwycił go ledwie dwoma palcami, i odbił się od podłoża swoją jedyną nogą, która stykała się z ziemią, a następnie unosząc się może na wysokość 30 centymetrów, kopnął dziewczynę z półobrotu, czy może bardziej właściwie - odbił się od niej lecąc bokiem w przeciwnym kierunku i turlając się po powierzchni by płynnym skokiem znów znaleźć się na nogach. Z tego szalonego wyskoku nie byłby w stanie wylądować na nogach, nie mówiąc już o uniesieniu się po podhaczeniu jej nóg, ale przecież przeturlanie się po ziemi to żadna ujma na honorze, prawda? Zwłaszcza, jeżeli zgodnie z planem powinien mieć w dłoni jeden "punkt" zdobyty tym nierozsądnym kontratakiem? Lepiej jednak, żeby miał ten punkt!
-kolejne tasiemki miałabyś na nogach. - Dopiero dokończył wypowiedź którą zaczął nim się na niego rzuciła. Mówię dopiero, ale cały ten komiczny manewr wykonał niemal jednocześnie, więc od urwania minęło nie więcej niż pięć sekund.








06.10.2016, 18:48
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#27

Jeśli jej niewinne zagrywki miałyby doprowadzić do tragedii, na pewno by do niej doprowadziły już dawno. Jedna rzecz, że Ignis nie miała Łowcy za kogoś, kto zwleka z opieprzeniem innej osoby, a druga, że we własnym - być może całkowicie błędnym - przekonaniu, nie zrobiła nic za co mógłby się na nią długo gniewać. Chyba aż tak nie zdziadział?
- No... tak. - spojrzała na niego, powoli unosząc brwi. - Uważasz, ze zmiana mojej opinii to utrudnianie sobie egzystencji? - jej wzrok wyrażał brak zrozumienia, ale w końcu zaśmiała się krótko i wzruszyła ramionami. - No ja bym się chyba podjęła takiego wysiłku, jeśli bym chciała przekonać Cię do siebie. - popatrzyła  na niego kątem oka, poprawiając kaptur swojej kurtki. - Też lubię ułatwiać sobie życie. Ale jak już powiedziałeś, niektóre trudy warte są stawienia im czoła. - puściła mu niejednoznaczne oczko. Złotooka nie miała pojęcia co Bleys musiał przejść w swoim życiu, że czasem faktycznie zachowywał się jak dziadek, którego dni są już policzone. A każdy oddech ma datę ważności. Była pewna, że jeszcze wiele przed nim, szczególnie, jeśli zamierza pozostać w jej towarzystwie. A na to się zanosiło, choć między sobą nie ustalali nic z tych rzeczy.
Pomachała obiema rękami przed sobą, jakby chciała się od niego odgrodzić, wzbudzając silny strumień wiatru. Jego rozmarzone spojrzenie było dla niej w tym momencie przerażające.
- Eya, zwolnij! - podparła w końcu boki rękoma i spojrzała na niego groźnie. Przynajmniej tak się jej wydawało, że to spojrzenie nabrało takiego charakteru. - Ja się na księżniczkę nie nadaję, zrozum. Mam za małe cycki i za duży mózg, wybacz. - jej oczy po chwili przepraszającego wyrazu, rozweseliły się tysiącami iskierek, kiedy sama dziewczyna zaczęła się śmiać. - Poza tym dość szybko przyklejasz do mnie słowo "moja". - dodała gładko, robiąc niewinną minką i łącząc ręce za plecami. Wiedziała, że to żarty, ale i tak ją bawiły. Lubiła jak się z nią droczył, a to z pewnością znamiona czegoś takiego miało.
- Eh, nie. Dzięki. Nie ciekawi mnie seks z niewolnikiem w jakimkolwiek znaczeniu tych słów. - skwitowała, machnąwszy ręką.
Jej łagodne spojrzenie momentalnie nabrało nieprzyjemnej ostrości, choć dziewczyna nie poruszyła się nawet o centymetr. Jednak sposób w jaki jej oczy odzwierciedlały jej myśli, był wręcz przerażająco prosty do odczytania.
- Nie uważam się za fatalistkę. Zbyt dobrze wiem, jak oni łatwo dają się wykorzystywać. Niemniej, uznaję istnienie losu i braku przypadkowości. Ale to z kolei nie znaczy, że zdaję się na jego łaskę. - przeczesała dłonią włosy, a potem ujęła delikatnie podbródek w dwa palce, mrużąc delikatnie oczy. - I wiesz, co mnie dziwi? Fakt, że mnie nie obraziłeś, przynajmniej dosłownie, a mimo to poczułam się obrażana. - zmarszczyła brwi, jakby ta myśl była naprawdę czymś zdumiewającym. Westchnęła, pokręciwszy głową. Czy to kolejny problem w komunikacji z innymi ludźmi czy po prostu ona przesadzała? Nie miała najmniejszego pojęcia, która z wizji bardziej do niej przemawia.
- Broni? - spojrzała na niego jakoś tak dziwnie i zaśmiała się krótko. - Nikt mi nie broni. Po prostu czasem bywa tak, że czegoś nie chcę. Więc tego nie robię. - wyznała lekkim tonem. No przecież aż tak łatwo jej nie sprowokuje.
Ignis nie była stworzeniem z dziczy. Nie miała zbyt wielkiej wprawy w walce wręcz. Jej jedyną mocniejszą stroną w walkach w zwarciu było używanie specjalnie wyprofilowanego sztyletu, który zadawał - wydawałoby się - dość powierzchowne rany. Te jednak mogłyby okazać się śmiertelne. MogłyBY. Bo Mistyczka do tej pory zabijała jedynie kukły i demony. Znała różne metody na prowadzenie walki, ale one opierały się głównie na unieszkodliwieniu niektórych mięśni przeciwnika i nie była pewna ile zajęłoby doprowadzenie ich do użyteczności. I chyba średnio jej zależało na tym, żeby sparaliżować Łowcę dla tak głupiego powodu, jakim były trzy kawałki materiału.
A jednak i ona nie umiała myśleć o tym jak o zwykłej walce. Była pewna, że jej szanse na wygrane są marne, ale to nie znaczyło, że się podda bez walki. I to takiej, która Bleysa może zaboleć. Nie czuła się zagrożona. Nie czuła specjalnie dużej agresji w sobie. Ale chciała sobie udowodnić, że może dać sobie radę bez magii, która tyle razy ratowała jej życie. A poza tym, kiedy zaczęła już myśleć o walce, nie chciała jej przegrać. I to powodowało w niej chorą motywację, do tego, by Bleys uznał ją za przeciwnika, z którym trzeba się liczyć.
Serce zabiło jej szybciej, kiedy uniknął jej ciosu. Nie powinien był. Zmrużyła oczy, kiedy odsunął się na niewielki dystans, czując jak w lewej ręce rwie jej mięsień. To, co zrobiła było czystym odruchem, za który przyjdzie jej zapłacić później. Krew uderzyła jej do głowy, kiedy nowa fala determinacji zalała jej ciało. Uśmiechnęła się drapieżnie, patrząc na niego spod przyciemnionych rzęsami oczu. Niemal się nie zaśmiała, kiedy tym razem on wykazał się znajomością teatralnych gestów. Nie czekała aż dokończy.
Nie musiała myśleć. Jej ciało automatycznie przechodziło z jednego ruchu do drugiego, w sposób tak płynny, jakby tańczyła. I rzeczywiście, w jej wykonaniu wyglądało to bardziej jak taniec niż próby ataku ze skutkiem złodziejstwa. Skrzywiła się, kiedy nadziała się na jego kolano. Zagryzła zęby i wryła stopę w ziemię, wysuwając lekko łokcie w tył, chcąc stracić trochę pędu i zachować lepszą równowagę. Zrobi to znowu. Zamiast próbować zaatakować go z boku lub tyłu, powtórzyła swoje kopnięcie, ale nie było ono już na wysokości kolana, ale górnej części ramienia Łowcy, a następne, od razu po tym pierwszym w jego głowę, choć tu ruch ten nie działał na zasadzie kopnięcia, a raczej mocnego szturchnięcia. Przez jej twarz przebiegł grymas bólu. Może jednak nie powinna się powstrzymywać? W jej oczy zmatowiały, niczym burzowe chmury przed ulewą z piorunami. Do zablokowania takiego ciosu zazwyczaj nawet jedna ręka by nie wystarczyła, więc dziewczyna czekała aż któraś z dłoni Bleysa znajdzie się w jej zasięgu, by zerwać z niego kawałek tkaniny. I choć w tej sytuacji miałaby łatwiej z pasem, to chciała go zostawić sobie na koniec.
Odskoczyła od niego, a jej klatka piersiowa unosiła się szybciej niż zazwyczaj. Na jej ustach malował się dziwny uśmiech, oczy pozostały skryte w cieniu włosów. Drażnił ją fakt, że na razie to ona wyprowadzała wszystkie ataki. Ona też czekała. A teraz miała świadomość, że Łowca był cholernie szybki i zwinny, może nie przerażająco silny, ale jego reakcje były irytująco dobre. Patrzyła na niego, chwilę, ułamek sekundy, moment na oddech, cichą refleksję, ale to co zobaczyła, sprawiło, że jej myśli natychmiast się uspokoiły, a umysł nakazał zmysłom na cholernie duży wysiłek. Bo ten debil się uśmiechnął! Złotooka jednak czuła podskórnie, że nie znaczy to dla niej nic dobrego. Wypuściła powoli powietrze i przymknęła powieki, a potem wyskoczyła ku niemu.
Jej oczy ledwie zarejestrowały fakt, że coś jej nie tak.
Niby się odsunął...
Kurwa.
Ty chyba sobie żartujesz...? ~ przemknęło jej przez myśl, kiedy Bleys uniósł jedną nogę. Chciało jej się śmiać, bo kojarzył jej się z jakimś pokracznym skorpionem. A ona wiedziała jak sobie z nimi radzić.
Jej ręka nieubłaganie pędziła do przodu, lecz Ignis zamiast ku żebrom, wypuściła rozłożoną dłoń ku uniesionej nodze Łowcy, ku jego kolanu, by delikatnie ją tam położyć, a chwilę potem w jej miejscu pojawiła się stopa Mistyczki. Ignis odbiła się lekko od nogi Bleysa i przeskoczyła go saltem. Nie chciała się zastanawiać co by z nią było, jakby nie zdecydowała się na wcale haniebną ucieczkę. Wykorzystując to, że całym ciałem wychylił się do tyłu, od razu chwyciła jego przedramię w swoje ręce i przerzuciła go przez swoje plecy. Wysiłek ten był dla niej za duży jak na tak szybkie sekwencje, że zamiast dobić Łowcę i zabrać mu wstążki, upadła ciężko na kolana obok niego. Skrzywiła się znowu, bo ból w nodze stawał się nieznośny.
- Weź schudnij... - wydyszała, powoli się podnosząc. Odruchowo chciała pomóc mu wstać, ale to nie był dobry pomysł, jeśli sama nie chciała znaleźć się na ziemi. Zaczekała będzie we względnie stojącej pozycji. Tym razem nie miała zamiaru atakować jako pierwsza, bo nie przynosiło jej to oczekiwanych rezultatów. Napięła mięśnie, siłą woli zapominając o bólu. Popatrzyła na niego i skinęła lekko głową.








08.10.2016, 10:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#28

Zemsta ponoć najlepiej smakuje na zimno. W myśl tej zasady, ludzie doświadczeni życiem nie są zobligowani do pokazywania pazurów natychmiast, nie muszą się nawet pokazowo "fochać".
- Uważam, że zmiana opinii zgodnej z rzeczywistością, to głupota. - stwierdził lekko. - Ja nie jestem zwyczajnym księciem Iskierko. I nie mam interesu w dowodzeniu, że pizdy nie są pizdami. - absolutnie nie przejmował się jej odwracaniem kota ogonem. On wiedział swoje i nie zamierzał dawać sobie tego wybić. Zresztą, postanowił, zadeklarował coś i nie powinien się z tego wycofywać, jak na faceta przystało!
Zaśmiał się na jej protest. Zaśmiał się szczerze i długo. - Nie mylisz aby księżniczek z kurwami? - puścił do niej oczko. - Ja wiem, jeżeli mowa o kobiecych zawodach, oba cholernie popularne - jeden w bajkach drugi w świecie. - pokazał ząbki - Ale choć i księżniczki niektórzy chcieliby brać w obroty, wielkość cyca stosunkowo rzadko towarzyszy ich funkcji. - westchnął jakby współczująco - Zwłaszcza, że spora część pada ofiarą politycznych układów zanim cyc czy mózg zdąży im urosnąć do sensownych rozmiarów. - przechylił głowę - Słowem - nie przejmuj się. A ja, jako wrażliwy książę, zapewniam, że docenię Twój urok. - rzucił uspokajająco, jakby dziewczyna naprawdę się przejmowała.
- Twarda. Opiera się! - rzucił takim głosem, jakby nie mówił do niej, a komentował z jakimś robolem z odległości parunastu kroków, jak dziewczyna odmawia jakiemuś nachalnemu typowi ku uciesze publiki. – Lubię takie. – dodał z ewidentną drwiną kierowaną nie do niej, lecz do ludzi których parodiował.
Patrzył jak jej twarz nabierała ostrości zupełnie bez emocji. - Jeżeli nie zdajesz się na jego łaskę, to w porządku. - powiedział ulegle. W myślach tylko dodał ~Ale u diabła, nie mów w takim razie "nic się nie da zrobić".~ nie chcąc jej prowokować bez sensu. Zresztą, to i tak już jej powiedział wcześniej. Po co się powtarzać?
Wzruszył ramionami. - Jeżeli nie wierzysz w coś, bo nie chcesz tego zweryfikować choć możesz, nie brzmi to tak, jakbyś nie chciała w to uwierzyć? - odparował. - Czy nie znaczy to aby, że dzielna mistyczka boi się uroków mego towarzystwa, w obawie na przykład przed... - dramatyczna pauza - uzależnieniem?
Ciężko mi opisać przebieg walki, bo w poprzednim poście pisałem o sposobie odpowiadania na atak Igniski, teraz zaś okazało się, że forma jej ataku uległa przynajmniej częściowym zmianom. To zupełnie burzy ciąg ruchów Bleysa, który odpowiadał właśnie na nieprzerwane natarcie dziewczyny, w myśl którego kopała go, a później bez chwili zawahania atakowała rękoma. Łowca wtedy chciał zaczekać na jej atak ale nie miał okazji, bo nastąpił natychmiast po pierwszym. Teraz Ignis wstrzymuje się również czekając... załóżmy jednak, że to nie wpływa na działania Bleysa. Że na tą nową sytuację, reaguje dokładnie tak, jak reagował na poprzednią, a żeby nie spierać się do czasu reakcji jednego lub drugiej, wybierzmy wariant w którym czas ten nie ma znaczenia.
Tak więc, kiedy Bleys został zaatakowany nie w kolano, a wyżej - w ramię oraz głowę, nie próbował blokować ciosu. Uchylił się w dół i w przeciwną stronę pozwalając nodze dziewczyny przemknąć ponad nim, przynajmniej tej pierwszej. Kolejny cios wykraczał poza możliwość jego uniku, jeżeli nie chciał skończyć na ziemi całkiem bez równowagi, postanowił więc zablokować go ręką. W teorii to uderzenie miało dużo mniejszą siłę od pierwszego, bo dziewczyna nie miała czasu na porządne odzyskanie równowagi i pędu po pierwszym, chybionym uderzeniu, ale i tak zabolało na tyle, że Bleys nie był w stanie utrzymać jej nogi i wywalić dziewczyny na ziemię.
Czemu nie podciął jej w tamtej chwili? Nie wiedział.
Ale po nieplanowanej walce spojrzeń, wypuściła powietrze, opanowała się. To nie była dzika seria ciosów którą mógł skontrować swoim popisowym unikiem i wywołanym dzięki niemu elementem zaskoczenia jak planował. Obserwowała go dokładnie, jakimś cudem widziała co się święci i spektakularny manewr wziął w łeb. Chciał ją zaskoczyć tym ruchem, ruchem jak to ładnie określiłaś, pokracznego skorpiona, a jednak dziewczyna widziała to wszystko, ogarniając wzrokiem więcej, niż tylko punkty w które celowała. Szlag, jeżeli złodziej nie potrafił wykonywać ruchów poza widocznością ofiary, chyba się starzał.
Dziewczyna zaatakowała, teoretycznie nadając siłę ciosom do przodu, do przodu, podczas gdy Bleys oddalał się od niej, a później zniżał tak, by jej ręce przeleciały nad nim. Zwykły człowiek nie byłby się w stanie tak odchylić i zachować dość sił, by kopnąć ją, podskoczyć i przeturlać się na bok zanim go dosięgnie. Zwykły człowiek nie mógłby skoordynować tylu ruchów jednocześnie. Zwykły człowiek nie odchyliłby się do tyłu niemal do poziomej pozycji by jednocześnie odbić się od ziemi na jednej nodze i zawirować w zręcznym manewrze. Zwykły nie mógłby tego zrobić. Ale Bleys? Bleys dałby radę. Gdyby nie... Szlag! KURWA! Nogę na której się opierał przeszył potworny skurcz. ~JA PIERDOLĘ!~ Krzyknął w myślach na poły w złości na poły z bólu. Wiedział, że jego plan spalił na panewce. Wiedział, że jeżeli nie odbije się od ziemi od niej odskoczyć, wszystko pójdzie w cholerę. Wiedział, że go zaboli. I wiedział, że popisowy numer, który chciał jej zaprezentować, wcale nie będzie powodem do dumy. Zbłaźnił się jedynie.
Pierdolony skurcz w najmniej oczekiwanym momencie dał dziewczynie szasnę, by wyhamowała swój cios i położyła rękę na jego nodze. Bleys chciał ją kopnąć praktycznie płasko, załóżmy więc, że była dość rozsądna, by oprzeć się na tej, na której mogła znaleźć podporę - czyli na tej, która opierała się o ziemię sparaliżowana bólem. Łowca zacisnął zęby, gdy zapulsowało w jego nodze i sięgnęło aż głowy. Nie zaobserwował nawet jakim sposobem dziewczyna, która teoretycznie tułowiem i górą ciała pędziła do przodu, nagle przeniosła stopę - coś wydawało mu się, powinno pozostać z tyłu, by odbić się od tego samego miejsca w którym przed chwilą była ręka. Czy to ona bawiła się jego percepcją, czy może ból przyćmiewał jego zmysły? Czy cała reszta dziewczyny znajdowała się już daleko za nim, czy jakimś cudem wyhamowała na tyle, by dogonić ciało nogami? NIE MIAŁ POJĘCIA!
Nie wiedział. Nie miał czasu się zastanawiać, na pół ogłuszony bólem, na pół sfrustrowany. Wytężając zmysły do maksimum aktualnych możliwości, walcząc z ogłuszającym bólem skupił wzrok na tyle, by wypatrzyć czerwień. Wypatrzył tylko fragment tkaniny u jej pasa, na który chciał zapolować swoim wcześniejszym manewrem. Zupełnie bez planu czy jakichś bardziej zaawansowanych manewrów wychylił rękę by złapać go już nie palcami, a w całą garść.
I tak już się nie utrzyma, nie wstanie, nie zrobi nic. Wyrżnie o ziemię. Postanowił więc ratować resztki godności i chwycił kawałek materiału.
A później oderwał się od podłoża. Niezupełnie tak jak tego planował. Ona przeleciała nad nim jak jakaś akrobatka, i chwyciła jego ramię, by wykorzystać swoją prędkość i rzucić go w cholerę. Łowca był chyba zbyt ogłuszony by rozumieć co się dzieje, w każdym razie poleciał dobre kilka kroków, i nawet nie próbował amortyzować upadku. Pieprzona noga całkowicie utrudniała logiczne myślenie.
Szczęśliwie dla niego upadł w miarę łagodnie, i przeturlał się kilka razy by skończyć leżąc na plecach.
Bolało. Cholernie bolało. A jednak jakimś sposobem Bleys był rozbawiony.
Śmiał się. Śmiał się kaszląc i krzywiąc z bólu na zmianę.
- Khe, Khe - mniej więcej tak to brzmiało. Leżał płasko na plecach. W garści trzymał zdobyty kawałek tkaniny, jednak nie dawało mu to żadnej przewagi. Po pierwsze - nie był w stanie stanąć na bolącej nodze, więc mogła z nim skończyć bez trudu. Po drugie gdy lądował z jego lewej ręki również zleciała tkanina.
- Pierdolony szczęściarz ze mnie. - rzucił w przestrzeń całkowicie zaprzeczając swojemu aktualnemu położeniu. Wbrew pozorom jednak, nie było w tych słowach ironii. Mówił nawet nie szukając jej wzrokiem. Nagle przeszył go jeszcze potężniejszy ból, który wykrzywił jego twarz w brzydki sposób. Postanowił spróbować się unieść i rozmasować skurcz. - Staruszek już ze mnie, kochana. - zapewnił zupełnie, jakby faktycznie był już starcem, posłał jej wesołe spojrzenie. Zaczął masować swoją nogę, ewidentnie nie żywiąc chęci do dalszej walki. - Gdybym nie starł się z szurniętą mistyczką, a walczył z jakąś watahą wilków dla przykładu, już byłbym trupem. - w jego głosie pobrzmiewał ból, choć skurcz powoli zaczął ustępować. - Farciarz ze mnie. - zapewnił ponownie.








09.10.2016, 16:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#29

Wniosła swoje złociste oczy ku rozgwieżdżonemu niebu i machnęła ręką. Chyba nie było sensu próbować przekonać go, że jej opinia o nim może ulegać płynnym - mniej lu bardziej - zmianom, a fakt bycie księciem w jakimkolwiek sensie mógł być jednym z decydujących o tym czynników.
- Rozumiem, nadzwyczajny książę. - przechyliła głowę i odgarnęła włosy za ucho. Postanowiła nie wchodzić nawet mu w słowo i dać spokój pizdom, po prostu stanęła i patrzyła jak Łowca zanosi się śmiechem. W końcu sama też się roześmiała.
- Myślisz, że mylę? - spojrzała na niego z niedowierzaniem, ale chwilę potem uśmiechnęła się, rozbawiona. Nie miała żadnego wyobrażenia o księżniczkach, ale coś było w tym, że kojarzyły jej się tylko z bajkami. Nigdy żadnej na oczy nie widziała, a i wątpiła, by miała ku temu okazję. - Smutne życie, prawda? Być narzędziem w rękach innych ludzi... - odezwała się nagle, podążając za współczującym westchnieniem Bleysa. Teoretycznie ona też była narzędziem. Ale jej sytuacja była jednak całkowicie inna, nie widziała większego sensu w zestawianiu ich ze sobą. Położyła mu dłoń na ramieniu i popatrzyła na niego już trochę weselszym wzrokiem. - Mój urok? Aż tak jara Cię moja magia, że nazywasz ją urokiem? - wyszczerzyła się słabo.
Ignis kiedyś nie była osobą, którą łatwo zaskoczyć. Widziała wiele, a jeszcze więcej słyszała. Świat w książkach stał przed nią otworem, kupcy byli świetnymi suflerami, a jej wyobraźnia robiła resztę. Po opuszczeniu granic Azaratu świat okazał się jednak całkowicie inny niż mogła przypuszczać. Miał więcej kolorów, dźwięków, zapachów. I miał Bleysa. Dziewczyna patrzyła na niego przez dłuższy czas, a na jej twarzy zaczęło malować się zwątpienie. Odwróciła wzrok, krzyżując ręce na piersiach i wpatrzyła się gdzieś, daleko, byle tylko nie widzieć twarzy Łowcy. Czy ona była naprawdę tak łatwa do odczytania? Do zrozumienia? Nie mogła mogła uwierzyć, że Bleys powiedział tak lekkim tonem coś, co ją męczyło bardzo długo - i do czego sama nie chciała się przyznać nawet przed sobą. Nie umiała być szczera pod tym względem, dlatego też nie chciała o tym myśleć. Westchnęła w końcu ciężko i opuściła głowę, a jasne włosy odgrodziły ją od reszty świata. Kiedy ponownie się wyprostowała, odgarnęła palcami włosy i popatrzyła na Łowcę niepewnie.
- A powinnam się bać? - uśmiechnęła się słabo i znowu odwróciła od niego spojrzenie. Uniosła je ku gwiazdom, które odpowiedziały jej potępiającym milczeniem. To było bolesne. - Bo chciałabym być tak dzielna jak dzielna jestem w Twojej wyobraźni. - zdobyła się w końcu na odwagę i spojrzała na niego z dziwnym kaprysem błyszczącym w oku.
Tym razem nie mam co opisywać jeśli chodzi o moją przekozaczoną walkę, ponieważ zrobiłeś to za mnie. Przejdę zatem do jej końca.
Dziewczyna przez chwilę nie bardzo wiedziała co się stało. Nie miała pojęcia z czego ten szaleniec się śmieje! Choć bardziej przypominało to konanie rannego jelenia. Krzywiąc się z bólu, którym pulsowały jej noga i bark, podeszła do Łowcy i spojrzała na niego, wzrokiem wodząc od jego oczu, do ręki, w której trzymał kawałek jej tkaniny. Zmrużyła oczy i usiadła mu okrakiem na brzuchu. Nie zwróciła uwagi na to, że z jego ręki spadł kawałek materiału, po prostu wlepiała w niego dzikie, rozzłoszczone spojrzenie.
-Nie kpij ze mnie. - rzuciła i uniosła pięść tak mocno zaciśniętą, że aż wyszły żyły na jej ręce. Zamachnęła się, ale uderzyła w ziemię obok głowy Łowcy. - Przecież widziałam, że pokonałbyś mnie bez trudu... - przesunęła dłoń na jego policzek i pogłaskała go delikatnie kciukiem. Jej wzrok nabrał łagodności pitnego miodu, kiedy pochyliła się nad Bleysem. - Nie miałabym z Tobą szans w prawdziwej walce. - przyznała cicho, a w jej głosie dało się usłyszeć niepewność.
Jeszcze raz spojrzała na jego dłoń. Wplotła swoje palce między jego i przyciągnęła je bliżej swojego ciała, kładąc ją sobie na policzku. Nie była pewna jakie były warunki wygranej, ale wiedziała, że to on zwyciężył. Przełknęła ślinę i popatrzyła mu w oczy, te różnobarwne i tajemnicze. Co ona sobie właściwie myśli...? Musnęła delikatnie jego usta wargami, po chwili wpijając się w nie mocno i miękko. Trwało to kilka uderzeń serca, kiedy uniosła się delikatnie, czując się zawstydzona jak mała dziewczynka. Zupełnie nie wiedziała co się z nią teraz dzieje.








12.10.2016, 18:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Drogi kupieckie
#30

W dowód uznania skinął głową, gdy powiedziała ulegle, że rozumie, tytułując przy tym należycie. A co! Jak ktoś Cię nazywa nadzwyczajnym księciem, chyba nie szkodzi pozachowywać się wspaniałomyślnie, czyż nie?
Posłał jej uśmiech w odpowiedzi i musiało jej to wystarczyć. Nie komentował pytania, zresztą i tak chyba nie bardzo oczekiwała, że jej odpowie. Czy się myliła? "A jak Ci się wydaje?" zapytałby upierdliwy mędrzec chcąc zmusić ją do myślenia. Bleys w nią wierzył. Sądził, że sama dojdzie i zada sobie to pytanie!
- Smutne tylko, jeżeli je sobie uświadomisz. - odpowiedział w podobnym tonie. Dla niego, dla Ignis, dla większości z tej myślącej i złaknionej wolności mniejszości, byłoby to straszne. Ale nie wątpił, że zdecydowana większość księżniczek może być tego nieświadoma, od najmłodszych lat wychowana i oswojona z naturalnością takiego stanu rzeczy. Jak tęsknić za czymś - za innym życiem - gdy się go nie poznało, a większość kmiotków robi maślane oczy i zazdrości lepszego urodzenia? Do tego trzeba mieć coś więcej w głowie, niż to, co wtłacza wychowanie gdy wychowuje się kogoś na narzędzie.
- Zapewniam, nie. - odpowiedział szybko, jakby w słowie magia było coś obrzydliwego. Nie popadajmy jednak w paranoje, przecież Bleys całkiem nieźle znosił jej sztuczki i popisy... jak na Bleysa, rzecz jasna. - Chyba, że napar który mi podałaś to eliksir miłosny. Wtedy rozważę, czy to Ty jesteś źródłem, czy pochodzi spoza Ciebie. - kąciki jego ust delikatnie uniosły się.
Dla łowcy to, że ludzie uzależniają się od siebie było równie naturalne jak to, że żarli, spali i srali przez całe życia. Że budowali domostwa do których chcieli wracać, że dobierali się w grupki w których czuli się dobrze. Naturalna kolej rzeczy. Unikanie tego zaś uważał za równie bezsensowne, co unikanie posilania się w strachu, że kiedyś jedzenia nie będzie i doświadczymy głodu. Dlatego mówił o tym lekko. Dlatego mówił o tym w żartach. I dlatego sam się nie obawiał poczucia uzależnienia i straty jaka może dopaść człowieka. Bo to było naturalne. A poza tym, Bleys był nieco znieczulony. Tragedia we wczesnym dzieciństwie, strata wszystkiego co w jego mniemaniu dało się stracić, nastawiła go sceptycznie do wizji wiecznej sielanki. Późniejsze życie umocniło go w przekonaniu, że ludzie umierają, odchodzą, znikają. Niektórzy za nimi płaczą, inni zaciskają zęby, jeszcze inni wspominają ich przy winie i ogniu. Bleys był gdzieś między ostatnią a przedostatnią grupą. Lubił ludzi, lubił ich poznawać, przywiązywać się do nich. I mógł nie chcieć, by odchodzili, mógł nie chcieć ich opuszczać, mógł pragnąć pozostać z nimi - wyruszyć gdzieś wspólnie. Jednak gdy dla przykładu sprzymierzy się z innym łowcą, z którym będzie nadawał na jednakowych falach, z którym będzie polował i spędzał czas - rzecz jasna gdy akurat nie będzie go spędzał z płcią piękniejszą - a łowca ów zginie podczas jakiegoś polowania, Bleys nie załamie się niechętny do dalszego życia. Wkurwi, tak, to na pewno. Może coś zniszczy, może coś zaszlachtuje, może się wyżyje. W końcu jednak siądzie przy winie w tawernie i opowie o swym poległym przyjacielu, a później zacznie żyć dalej. Część ludzi mogłaby to określić jako zdolność do zjednywania sobie innych, odnajdowania się wśród nich i braku poczucia straszliwej samotności wynikającej z tego, że nie ma się nikogo na świecie. Bleys określiłby to raczej jako doświadczenie w odczuwaniu straty. A to co najgorsze często najlepiej hartuje człowieka i jego charakter.
Dlatego gdy dziewczyna zadała mu pytanie, Bleys odpowiedział jej z przekonaniem. - Nie, nie powinnaś. Nie dlatego, że nie masz czego. Dlatego, że strach nie jest wart Twego życia. - odwzajemnił jej spojrzenie, zdobywając się na dość współczujący wyraz twarzy - Żałujesz czasu, który spędziłaś z Levino? Żałujesz wszystkiego co robiliście? Chciałabyś, by to nigdy nie istniało? By nigdy Cię nie poznał? Byś Ty go nie poznała? - zmrużył niebezpiecznie oczy na myśl która go naszła - I nie waż się mówić, że żyłby, gdyby nie Ty, bo bez Ciebie pewnie nie wróciłby z tej pierdolonej pustyni zanim zaczęliście wspólną historię..
Westchnął ciężko rezygnując z dalszego ciągu tyrady. - W każdym razie, jeżeli nie żałujesz tego co z nim przeszłaś, nie zachowuj się tak, jakbyś żałowała. - dokończył.
Pojęcia nie miał o co tej wariatce chodziło. Chciała walki więc dał jej walkę. Na początku trochę pasywnie ją badał fakt. Nie rzucił się jak szaleniec do ataku, ale to chyba pewien wyraz szacunku! Później gdy już przekonał się, że jest zbyt sprawna, by pogrywać z nią jak z dzieckiem, postanowił przejść do szybkiej, gwałtownej kontrofensywy. A to, że dorwał go skurcz to chyba nie jest jego wina! Przeciwnie! To świat kpił z niego! Wiecie co można zrobić, gdy świat z Was kpi? Dwie rzeczy. Przejąć się. Lub roześmiać. Bleys wolał drugą opcję. Więc śmiał, błogosławiąc cyce Ilhezin za ochronę przed różnymi paskudztwami. Pojedynek - niezależnie od tego jak bardzo mógłby chcieć się przed dziewczyną popisać - nie był sprawą życia i śmierci. Lepiej zaś, by dobry los chronił życie łowcy, niż jego wizerunek. Z pragmatycznego punktu widzenia.
Tak czy inaczej dziewczyna siedziała na nim ewidentnie wściekła, a Bleys postanowił robić dokładnie to, co powinien robić chcąc uniknąć dalszej bitki. Wygrać. Więc kiedy ona wpatrywała się w jego twarz dzikim, rozzłoszczonym spojrzeniem, łowca wpatrywał się w jej ślepia jednocześnie jedną ręką rozplątując wiązanie na jednej z rąk dziewczyny tak, aby Boże broń się nie zorientowała, że to robi. W końcu trzeba być poważnym, albo zaraz...
Uderzyła koło jego głowy. Zadrżał. Nie dlatego, że bał się ciosu. Nie dlatego, że nie potrafił się zachować, kiedy ktoś go przyłapie na kradzieży - najważniejsze to nie dać po sobie poznać. Nie. Zadrżał, bo przez myśl mu przeszło, że jego lekkie podejście, że fakt, iż ona próbowała rozmawiać, a on zupełnie nie dając po sobie poznać kombinował dookoła tematu, rozdrażniły dziewczynę. Przez myśl mu przeszło, że to właśnie stąd ta agresja. Bo jeżeli nie, to niby skąd? A w przypadku, gdyby Ignis czuła się obrażona w jakiś sposób, jeszcze nie wiedział do czego była zdolna. A w tej chwili, Bleys nie posiadał przy sobie ani kuszy, ani większej ilości noży - tylko jeden, a wątpił, by się przed nią obronił bez broni gdy na nim siedziała.
- Nie kpię, dziewczyno. - odparł jej twardo kiedy wypowiedziała swoje słowa. Chciał coś dodać, ale w jedną chwilę jej spojrzenie złagodniało, oczy stały się słodkie a dotyk delikatny. Pogładziła jego policzek co napawało go jednocześnie podnieceniem i frustracją. Zacisnął wargi rozdarty między pragnieniem by się z nią pieprzyć tu i teraz i zrzucić ją by ratować urażoną dumę.
On miał nie kpić? On, który wywrócił się jak idiota a teraz słuchał o tym, jak wygrałby z nią bez trudu i jak pokonałby ją w prawdziwej walce? Szlag, przecież to co teraz stoczyli było bardziej w jego stylu niż jej. Skoro tu przegrał, jak można wnioskować że w prawdziwej - takiej z magią - walce miałby wygrać?! Bleys miał okropne przeświadczenie, że ona sobie z niego bezczelnie drwi. A jednocześnie wiedział, że tak nie jest. Dziwne, pierdolone, sprzeczne uczucia. Szlag.
Odpowiedział na pocałunek. Intensywnie. Zaczął na nią napierać. Ścisnął jedną ręką jej plecy, na drugiej się oparł i obrócił ją tak, że skończyła na ziemi, nie przerywając pocałunku. A na koniec ugryzł ją dość mocno w wargę, ale nie wywołując krwawienia. - Nie chwal mnie nim zobaczysz prawdziwy ku temu powód. - odpowiedział wstając. - To? - uniósł dłoń w której trzymał kawałek tkaniny który jaj rąbnął gdy na nim usiadła. - To mnie nie zadowala. Nie uznaję wyniku, w którym jedyne co pokazałem to pierdolony skurcz nogi. - jego oczy wydawały się zmęczone. - I to jest jedna z niewielu sytuacji, w których nie chcę. - nie precyzował, że chodzi o seks bo wydało mu się to oczywiste. -Brak mi mojej pewności siebie. - przekrzywił głowę i uśmiechnął się słabo. - Przez jakiś kwadrans.








13.10.2016, 13:52
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna