Port
#1

Niedaleko od północno-wschodnich obrzeży Lothil znajduje się niewielka, podłużna zatoka, która z niewiadomych względów pomijana jest na niektórych mapach. Ma jednak dość wysokie znaczenie, gdyż to właśnie w tym miejscu wpływają i wypływają wszelkie okręty.
Port ten odbiega swoim wizerunkiem od niektórych, gdzie kradzieże i rozboje są na porządku dziennym. Typy spod ciemnej gwiazdy dziwnym trafem znajdują upodobanie w podobnych dzielnicach, ale akurat w stolicy, która nie bez kozery znana jest jako "miasto handlu i sprawiedliwości", nie są oni zbyt powszechnie spotykani. Patrole straży regularnie obchodzą to miejsce, a tutejsi ludzie też potrafią dbać o siebie. Marynarze zaś, pod wodzą doświadczonych kapitanów, którzy często pływają chociażby do Teolii, są zwykle choć w podstawowym stopniu szkoleni bojowo. Podsumowując: trudno tu o zwyczajnych bandziorów. A i infrastruktura tego miejsca nie sprzyja napaściom czy włamaniom; miejsce to pełni rolę raczej przystani dla statków, niż zwykłej dzielnicy miasta. Oprócz kei i wielu okrętów można tu znaleźć też rybackie chaty i dość dużą, ale niezbyt szacowną gospodę. Pospolity przybytek, wciąż jednak posiadający więcej klasy, niźli pijackie ostoje w niektórych portach.

MG

Dość niedawno do kei przybiła koga, w której wprawne, marynarskie oko wychwyciłoby pochodzenie Teolskie. Wskazywał na to chociażby dziób statku, który nie był tak spiczasty, jak w statkach rodzonych w dłoniach Greathardzkich rzemieślników, ale i nie tak "stępiony", co można było zauważyć w okrętach produkcji Lothilskiej. Oprócz tego drewno, z jakiego powstał, miało widoczne znamiona chyba najbardziej pospolitego rodzaju drzewa, występującego na wschodniej wyspie; było dość ciemne, a jego słoje były bardziej bordowe, niż brunatne. Karmazynowa Lily była zaiste zachwycającą konstrukcją, zwłaszcza, gdy przychodziło komuś patrzeć na odbijające się od niej promienie zachodzącego słońca.
Niektórzy z ludzi, jacy chcieli na nią w dzisiejszym dniu wkroczyć, nie mieli jednak szczęścia oglądać owej panny w tak sprzyjających okolicznościach. Zaskakujące, jak duża grupa zebrała się akurat tego poranka, by zgodnie z wieścią głoszoną przez heroldów, pomóc Teolii w jej kłopotach, by nie przeniosły się one z podziemi na powierzchnię. A może część z nich chciała zwyczajnie popatrzeć na odpływającą Lily?
Tak czy inaczej, tego poranka było zdecydowanie o wiele bardziej tłoczno, niż zwyczajnego dnia. Panowała ożywiona atmosfera, mimo że warunki pogodowe nie były szczególnie sprzyjające. Wokół można było zaobserwować delikatną mgiełkę, a orzeźwiająca bryza mogła być dla niektórych nieco zbyt chłodna. Wokół unosiła się woń soli i ryb, ale nie była szczególnie nieprzyjazna dla nozdrzy.
Dość długa kolejka rysowała się wzdłuż pomostu, który prowadził do Karmazynowej panny. Kładka była opuszczona, zaś wszystkie potrzebne ładunki były już na statku. Gdzieniegdzie na pokładzie widać było krzątających się marynarzy, ale większość przybywających tu osób, które wcześniej nie miały okazji płynięcia na grzbiecie Lily, bardziej interesowała się skrybami. Dwóch z nich siedziało przy biurku, postawionym kilka metrów przed kładką i cały czas zręcznie manewrując piórami i atramentem w wielu zwojach. Na drewnianym blacie mieściły się trzy księgi, zgaszona, do połowy wypalona świeca, parę zapasowych piór i słoiczków z atramentem, no i najważniejsze - kontrakty, które każdy wchodzący na statek i niebędący jeszcze pracownikiem Teolii, musiał podpisać. Traktowały one o zadaniu, jakiego musieli podjąć się najemnicy, poruszały też kwestie wynagrodzenia i, rzecz jasna, przede wszystkim zasad.
- Następny, proszę. - rzekł starszy ze skrybów o krótkich włosach przyprószonych siwizną, który poza widocznego w dłoni pióra, wyposażony był również w monokl. W międzyczasie chwycił uprzednio podpisany przez kogoś zwój oraz drobną sakiewkę i schował przedmioty gdzieś pod biurko, prawdopodobnie do jakiejś szuflady lub innego pojemnika. Wziął też nowy, zapisany już pewną formułą zwój, wymagający jedynie osobistego podpisu zainteresowanego.

Niniejszym każdy, kto własnoręcznie podpisze się na tym zwoju, zobowiązany jest do stawienia się na służbę Teolii, by pozbyć się zagrożenia grasującego w jej podziemiach.
Śmiałek zgadza się też na wypełnianie rozkazów kapitana Karmazynowej Lily oraz osób przez niego wyznaczonych, póki znajduje się na okręcie oraz do momentu odprowadzenia do urzędu miasta Teolii, gdzie otrzyma kolejne informacje oraz wytyczne dotyczące zadania.
Koszt podróży w większości ponosi miasto, ale każdy kto wstąpi na służbę, winien jest ponieść koszt pożywienia oraz napitków, jakimi zostanie ugoszczony na pokładzie w trakcie rejsu. Do pobrania rzeczonej opłaty uprawnieni są skrybowie, jacy przyjmują i to zgłoszenie.
Na statku obowiązuje takie samo prawo, jak na lądzie. Każdy, kto będzie go unikał lub łamał, dostanie adekwatny do swych postępków, sprawiedliwy osąd, co również jest kwestią kapitana.
Wynagrodzenie za udowodnione wykonanie zadania to 50 złotych monet oraz względy Lorda Chadira Straus.

..........................

- Umowa nie podlega dyskusji, ale oferuję rozjaśnienie wszelkich niejasności z nią związanych, o ile jakiekolwiek się pojawią. - dodał starszy skryba. Młodszy, choć młokosem nazwać go trudno, schował kolejny zwój i wsypał garść monet gdzieś pod biurko. Zainteresowany, jaki chwilę temu złożył swój podpis, wkroczył na statek.
- Następny, proszę. - powiedział, kładąc kolejny, świeży zwój i czyniąc wszystko tak, jak jego starszy kolega po fachu, zgodnie z procedurą.
30.06.2016, 04:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#2

Kaszt przybył do stolicy wieczorem, udał natychmiast się do portu. Tam jak głosiła wieść miał być okręt. Sprawdził jeszcze raz czy cały jego ekwipunek jest na miejscu i ruszył w stronę gospody. W niej dowiedział się że okręt na który czekał przybył wraz z zachodem słońca. Miał nazywać się Karmazynowa Lily. Jak mówiła nazwa koga miała być zbudowana z bordowego drewna.
Łowca zamyślił się, jeszcze całkiem niedawno przebył drogę w przeciwną stronę. Nie przepadał za podróżami morskimi. Wciąż miał w pamięci sztorm z którym musiał walczyć gdy tu płynął. Było to coś koło dwóch tygodni temu przypomniał sobie. Zdawało się że czeka go powtórka. Nie podobała mu się wizja siebie rozrywanego przez mieszkańców głębin pomiędzy resztkami zatopionego statku. Może tym razem nie czeka go zmierzenie się z siłami natury. Z zasłyszanych podczas ostatniego rejsu nowinek wiedział też o innym zagrożeniu, Aquer'tor'el morski smok miał zatapiać niezliczone liczby okrętów i był tym co najbardziej bali się marynarze. Łowca nie brał ich słów nigdy na poważnie ale sądził że za tę legendą może kryć się więcej niż tylko sztormy. Cóż nawet jeśli i taka bestia by istniała to była możliwa do zabicia. W myślach łowcy od dawien dawna rozpalało się marzenie by wyrżnąć wszystkie potwory jakie tylko chodzą po tym świecie. By nikt już więcej nie skończył jak jego brat. Z sztormem nie dało się walczyć, potwór morski był możliwy do pokonania.

Było ciemno, łowca postanowił przespać się na plaży by nie tracić pieniędzy na nocleg w gospodzie. Liczył że tej nocy nie będzie padać. Rozłożył się wygodnie i patrzył w wielki błękit przed nim. Swoje rzeczy uważnie trzymał pod sobą tak by mieć pewność że nikt mu ich nie ukradnie. Częste straże sprawiały jednak że nie bał się o to tak bardzo jak na szlaku. Drzemał wsłuchując się w falujące morze. Miał krótki sen w którym widział swój amulet rozbrzmiewający jasnym światłem. Czuł jakby wilcze oczy wyostrzyły się i stały bardziej realistyczne. Tym razem nie wydarzyło się nic strasznego. Wbrew przeciwnie teraz czół się jakby bezpieczniejszy. Obudziła go jasność nadchodzącego dnia. Spędził jeszcze godzinę na plaży ćwicząc wytrwale. Było rześko, bryza sprawiała że człowiek czuł się dużo lepiej. W ustach po całej nocy czół słony posmak. Miał ochotę na rybę, jednak gdy pomyślał nad tym ile pieniędzy posiada zdał sobie sprawę że może poczekać jeszcze trochę.
Usadowił się wygodnie i czekał na wschód słońca by stawić się przy wejściu na okręt. Nie wiedział ile zajmie zaokrętowanie ale jak sądził po poprzednich podróżach nie trwało to wiele. Teraz odpoczywał obserwując pojawiający się nad horyzontem jasny okrąg. Jego cień dzielił plażę na pół i sięgał aż do położonego dalej pomostu. Westchnął i wypił nieco wina z bukłaku, niedaleko ktoś patroszył i piekł ryby na obiad. Po kilku łykach wina Balista wstał i ruszył zobaczyć co dzieje się przy okręcie. Zebrała się tam spora grupa ludzi. Nie śpiesząc się zbytnio Kaszt czekał. Był głodny ale jak wiedział posiłek będzie pewnie o tej samej porze dla wszystkich i miejsce w tej kolejce tego nie zmieni.

Minęło trochę czasu, dalej dało się wyczuć zapach pieczonej ryby do sprawiało że głód łowcy nasilał się. Za Balistą była już pokaźna kolejka a on sam był już przed dwoma jegomościami. Nie umiał pisać ani czytać a widział że każdy przed nim obecny składał podpis na tajemniczych papierach. Zmartwiło go to bardzo, nie chciał zgadzać się na umowę z góry. Kaszt miał podejść już do starszego skryby ale zawahał się chwilkę i ktoś zajął jego miejsce.
Westchnął ale wtem usłyszał że młodszy napomknął coś o rozjaśnieniu tego co zawiera umowa. Nie czekając aż znowu ktoś go uprzedzi podszedł do młodszego skryby.
- Zaliż mógłbyś przeczytać co tam w tej umowie leży? Jarzem niepiśmienny, kędy wiedzieć chce co tam stoi. - Powiedział uprzejmie do młodszego skryby. Miał nadzieję że ten nie oszuka go i łowca nie wyląduje na jakimś paskudnym kontrakcie który zamieni go w czyjegoś niewolnika. Już starczyło to co spotkało go ostatnio, podróżując w odwrotną stronę. Męka z tym starym dziadem, który zrobił z niego tragarza. Kurwa musiał prędzej czy później nauczyć się czytać. Nie było opcji, ale teraz trzeba było do cholery dowiedzieć się co w tym kontrakcie. Bo jeśli zrobią z niego tanią siłę roboczą to ktoś oberwie po łbie.
30.06.2016, 15:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#3

- Przepraszam, przepraszam, najmocniej przepraszam... - W porcie było bardzo tłoczno i to jeszcze nim w ogóle dotarli do pomostu. Luthien więc dzielnie torował drogę obie i przede wszystkim swojej towarzyszce podróży. Nieśmiało przepychał się więc między ludźmi i posyłając im nerwowy uśmiech tym, którzy w zamian obdarowywali go takim...mało...przychylnym...grymasem aprobaty takiego zachowania. Och, no, niestety...nie mógł jednak pozwolić na to by Ath przedzierała się przez ten tłum sama. Jego męska natura w przeciwnym wypadku gdzieś by załkała, a tak po raz pierwszy od dawna miała okazję zabłysnąć tym bardziej, że rzadko się zdarzało, żeby dwa dni z rzędu towarzyszyła mu dobrowolnie jakaś niewiasta nie będąca siostrą. Albo trupem. Dola naukowca.
- Chyba przyjdzie nam trochę poczekać. - Zauważył nieśmiało, lekko się rumieniąc. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Athlauna przyciągała spojrzenia. Roztaczała tą taką swoją aurę dostojeństwa, że aż Luthienowi ciężko było sobie wyobrazić, że jednak nie należy do jakiego wysokiego rodu. Choć może to była kwestia wychowania się w wielkim miecie, stolicy...Do tego zdawał sobie sprawę, że wyglądał przy niej...dość licho. - Mam nadzieję, że moje towarzystwo nie przysporzy ci wstydu bądź problemów. Niestety w wielu kwestiach brakuje mi...ogłady. - I prezencji. Dodał w duchu, a na twarzy pojawiły się dwa soczyste rumieńce. Głowę miał nieco spuszczoną, a ręce zajęte zaplataniem zaplecionych rzemyków ozdabiających kant jednej ze skórzanych toreb którą był przepasany.
- A-ch, już...- Z rozmyśleń wyrwał go głos jednego ze skryb do którego podszedł dopełnić formalności. - Z-za panią Voegembe również uiszczę koszty wiktu. Jeżeli obie tylko tego zażyczy...- zaoferował zdając sobie sprawę, że jak na mężczyznę przystało należało to o jego obowiązku, zaś z drugiej strony może to jakoś naruszało jej honor i nie powinien tak wybiegać z tą propozycją bez jej skonsultowania? Kobiety teraz były bardzo rezolutnymi stworzeniami, a przynajmniej w oczach szamana.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.06.2016, 20:27 przez Luthien.)

30.06.2016, 20:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#4

Dotarcie do Lothil zajęło im chwilę, toteż niezwykle się ucieszyła na widok jakichkolwiek zabudowań. Naprawdę nie wiecie, jak bardzo trafia człowieka szlag, kiedy przez większość czasu nie mija nawet żywej duszy. Co prawda Gemma miała towarzystwo, w końcu podróżowała ze swoim bratem, ale co to  za rozrywka jak humor twojego bliźniaka sprowadza się do nieskromnych aluzji i porównywania wszystkiego z twoimi cyckami. Przez pewien czas jest nawet zabawnie, potem zaczynasz to grzecznie przemilczać, aż w końcu walczysz wściekle z rosnącą kurwicą i chęcią wybicia mu paru przednich zębów. Na szczęście ostatni etap dawał o sobie znać już blisko przedmieść, więc nie miała okazji zejść z konia i przekazać mu, co o tym myśli.
Nieopodal stolicy Duriel spotkał swojego starego znajomego. Z tego co usłyszała, wołali na niego Ludwig i był właścicielem karawany. I w sumie tu się kończyły potwierdzone informacje o nim samym, bo jak później dowiedziała się od brata, Ludwiczek miał w zwyczaju opowiadać historie wyssane z palca, takie jak grzmocenie nieistniejących córek jakichś możnowładców. Trochę przykry sposób podbudowywania sobie ego, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Jednakże zdążył napomknąć coś o jakiejś tajemniczej wyprawie do Teolii, w celu wypruwania flaków jakimś maszkarom. Gemma aż uśmiechnęła się na samą myśl, w końcu wreszcie miałaby jakąś rozrywkę! A zapłata to swoją drogą, nie była najważniejsza, ale to całkiem miły dodatek. Z jednej strony chciałaby, żeby Duriel wyruszył z nią, ale podobno miał sporo do załatwienia, a z drugiej - przynajmniej sobie odpocznie od niego i jego siarczystych bąków.
Zanim jednak ruszyła do portu, pozwiedzała odrobinę stolicę. Była tu raz, lata temu i w sumie niewiele się pozmieniało. W jednej części przepych taki, że głowa mała, a w drugiej bieda piszczy tak głośno, że plątające się pod nogami szczury czuły się zazdrosne. Swoją drogą ilość gryzoni była zastanawiająca, bo ze względu na brak higieny w slumsach mogły roznieść jakieś paskudztwo. A lekarze ratowali tylko szlachtę, bo biedaków nie było na nich stać. Biedaków nigdy nie stać na nic, dlatego właśnie są biedakami. Jakie to logiczne. A odkrywcze, że dech zapiera.
W końcu dotarła do przystani i ku swemu niezadowoleniu zauważyła, że tłoczno tutaj jak w dniu rozdawania darów pod świątynią Ilhezin. Każdy wypierdek umiejący trzymać miecz, który usłyszał o możliwym zarobku, pchał się na statek do Teolii jakby od tego zależało jego życie. A Gemma z autopsji wiedziała, że chciwość nie popłaca. A jedynie wkurwia innych.
- Rusz żesz tę dupę człowieku, bo jak ja ci pizgnę, to się skończą śmiechy-chichy! - warknęła do chłopaka, który blokował jej drogę i odepchnęła go ze sporą dozą werwy, przez co skutecznie utorowała sobie drogę. Trzeźwa Gemma się nie pieprzy w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu. Zresztą nigdy nie była fanką debili, którzy zasłaniali swoją grubą dupą wszystko co możliwe. Trudno też się dziwić, że zachowywała się chamsko. Albo raczej - po swojemu.
- Mnie też przeczytaj. Ale nie miń się z prawdą, bo ci zrobię z dupy zajazd. - zagroziła młodszemu skrybie, stając obok mężczyzny, który określił się jako niepiśmienny. Jest tutaj parę minut, a już znalazła swojego! Bo widzicie, Gemmy nikt nie nauczył ani czytać, ani pisać. Jak miała gdzieś zostawiać swój podpis, to ciepała jakieś szlaczki i udawała, że tak właśnie ma być. Ludzie wtedy brali ją albo za artystkę, albo za idiotkę. Ale ona miała gdzieś obydwie te rzeczy. - I ile stoi wikt, bo jak miarkuję, jakiś jest? Nie żebym była taka hej do przodu z płaceniem za własną robociznę, ale ja tu jestem z tego no... powołania. I trochu z nudów. - podsumowała opierając dłonie na biurku, po czym puściła oczko do drugiego ze skrybów. Nie żeby gustowała w starych dziadkach, bo co to, to nie. Ale to wcale nie wykluczało tego, że oni nie gustowali w niej.


Gemma Theme Song
There's a reason she's alone - you can't pin her down
Because no one needs her home or needs her around








30.06.2016, 23:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#5

Pozwoliła się poprowadzić wśród tłumów. Z delikatnym uśmiechem przemykała lekkim krokiem wśród innych zapaleńców ryzykownej wyprawy. Kiedy Luthien osłaniał ją, ona przypatrywała się ciekawie tak zwanej konkurencji.
- Nie spodziewałam się aż tylu ludzi - orzekła po dłuższej chwili, kierując wzrok na zarumienionego towarzysza. - Trudno będzie coś zdziałać już na samym początku, ale chyba wiem, jak powinniśmy wobec tego postąpić.
Dotknęła pocieszająco ramienia jej nowego towarzysza.
- Nie martw się. Trochę więcej pewności siebie, inaczej reszta to wykorzysta przeciwko tobie.
Na szczodrą propozycję Luthiena zamrugała jedynie niewinnie oczami, spoglądając tylko, czy na pewno jest tego pewien. Widząc jego zdecydowanie, jedynie uśmiechnęła się lekko, rzuciła okiem na umowę zlecenia i podpisała się, będąc zaniepokojoną możliwością wypełniania rozkazów kapitana i innych osób na pokładzie. Następnie pozwoliła, by młodzieniec zachował się jak mężczyzna wobec damy i kiedy uiszczał opłatę za nią, ona podziwiała Karmazynową Lily.
Po wszystkim pociągnęła go delikatnie w stronę statku, by znaleźć na pokładzie dogodne miejsce do podróży. Przewidywała ścisk i niewygody.
01.07.2016, 01:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#6

MG

Mewy krążyły wokół okrętu i wzdłuż wybrzeża, wypatrując jakiegoś interesującego pożywienia. Podobnie inne ranne ptaszki, które gromadziły się powoli na pokładzie statku, a które były jednocześnie zbyt chytre, by poświęcić parę monet na pożywienie w pobliskiej gospodzie. Albo na tyle sprytne, że wiedziały o tym, że jedzenie będzie zwyczajnie dostępne na statku.
A propos, właśnie jeden z nich dotarł do skrybów: Kaszt, choć zawahał się chwilkę przed dojściem do skryby starszego, otrzymał jednak po chwili miejsce u tego drugiego.
- Eee... khm, oczywiście, oczywiście. - odparł nieco zaspany, ale jednocześnie zdziwiony pytaniem kusznika, młody człowiek za biurkiem. - Ja się znam na pisaniu, a nie na rąbaniu, więc jakoś się trzeba uzupełniać, czyż nie? - uśmiechnął się, wracając jednak niemal natychmiast wzrokiem do swoich papierów. Chwilę później zapanowało wokół niemałe poruszenie, co skutecznie przeszkodziło w dopełnianiu dalszych formalności.
Oto bowiem Gemma, dziarsko przecinająca kolejkę niczym lodołamacz, odepchnęła jakiegoś młokosa, przez co ten omal nie spadł z pomostu. Zapewne odwdzięczyłby się jej pięknym za nadobne; był jednak zbyt oszołomiony zaistniałą sytuacją, no i tym, że to jakaś panna prosiła się o zaczepkę, a nie pospolity bandzior. Chwilkę później zwróciła się owa "dama" do młodszego ze skrybów. Ten był coraz to bardziej skonsternowany, nie bardzo wiedząc, co począć. Spojrzał na starszego kolegę, który był jednak zajęty swoimi sprawami, od których nie oderwały go nawet niewielkie zamieszki, jakie miały miejsce tuż pod jego nosem. Tak samo oczko, jakie puściła do niego nieco później Gemma, zostało perfidnie niezauważone.
- Oczywiście. W takim razie podejdźcie bliżej oboje, załatwimy to szybciej... - rzekł, gdy wróciła mu odrobina animuszu, nie ukazując w głosie szczególnych emocji. Słysząc kolejną kwestię Łowczyni, uniósł delikatnie dłoń. - Dobrze, za chwileczkę to wyjaśnię... po kolei. - powiedział, podsuwając zwój bliżej obojga niepiśmiennych. - Począwszy od góry... podpisując się na tej umowie, deklarujecie chęć pomocy Teolii, by pozbyć się bezpieczeństwa, jakie grasuje tam, w podziemiach. W trakcie pobytu na statku, jesteście zobowiązani do wypełniania rozkazów kapitana statku i upoważnionych przezeń osób. Po dobiciu na ląd zostaniecie odprowadzeni do urzędu, gdzie otrzymacie kolejne wytyczne. - spojrzał na Gemmę, która uprzednio pytała o koszt podróży. - Moim zadaniem jest z kolei zebrać na tej umowie wasze podpisy oraz dziesięć srebrnych smoków. Rzecz jasna, na pokładzie nie życzymy sobie łamania prawa, jakie obowiązuje również na lądzie. A pod koniec poruszona jest kwestia nagrody: pięćdziesiąt złotych smoków za udowodnione wypełnienie zlecenia i oczywiście przychylność Lorda Straus. Tu - wskazał palcem - jest miejsce na wasz podpis. Wystarczą inicjały... - zaczął, wyjmując czysty, niewielki kawałek pergaminu. - udzielę wam krótkiej instrukcji. Jak się zwiecie? - zapytał, po czym, jeżeli usłyszał satysfakcjonującą odpowiedź, naskrobał piórem inicjały zainteresowanych, wyraźnie zaznaczając, które są czyje i tak dalej. Następnie polecił powtórzyć owe znaki, podając pióro i zwój zarówno Kasztowi, jak i Gemmie. Wszystko wyglądało uczciwie i nie powinno budzić podejrzeń oszustwa.
Z kolei do starszego skryby podszedł Luthien, a zaraz za nim była Athlauna, której starał się na swój własny sposób torować drogę. Mężczyzna z monoklem uniósł nieco wzrok, słysząc niewyraźne słowa Szamana. Następnie skierował wzrok na towarzyszkę za nim, która najwidoczniej nie miała nic przeciwko danej propozycji. Skinął głową, przysuwając słoiczek z atramentem i podając dwa zwoje wraz z piórem.
- Proszę pytać, jeżeli pojawią się jakiekolwiek wątpliwości. - rzekł, nieco znudzonym, acz dobrze słyszalnym głosem. Człek ten może nie wykazywał się szczególnym profesjonalizmem, ale z pewnością był dobrze przeszkolony. A jako że najwidoczniej żadnych niejasności nie było - a przynajmniej żadnych, o których odważono by się wspomnieć - wkrótce para Szamanów była gotowa, by przekroczyć kładkę i zawitać na statku. Nie było tam może tłoczno (jeszcze), ale nie wiało też pustkami.



Kaszt, możesz uzupełnić ilość many; przyjmuję, że na początku sesji jesteście względnie zdrowi i wypoczęci. Ah, no i jeszcze jedno - kiedy piszesz o tym co twoja postać czuła, to piszesz to właśnie przez u. Nie podkreśla ci "czół", bo to liczba mnoga od czoła. ^^
Kaszt i Gemma - jeżeli wasze postacie zdecydują się na zdradzenie imion, podpisanie się i uiszczenie wyznaczonej opłaty, możecie założyć, że bez większych problemów przejdziecie już na pokład statku.
Kaszt, Gemma, Luthien - odejmijcie sobie odpowiednią kwotę SS (10, dla Lu 20). Gem zostanie 30, Kasztowi 71, Lu zaś będzie musiał poświęcić całego złocisza i otrzyma 30 srebrników reszty (o czym może napisać w poście lub nie, wtedy podliczymy to pod "załatwienie formalności" z posta powyższego), zatem skończy z 79 ZS i 40 SS.
02.07.2016, 05:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#7

Więcej pewności siebie! Gdyby dawano mu za każdym razem gdy to słyszał srebrną monetę...Albo naruszali jego przestrzeń osobistą w ten sam sposób, jaki czyniła to Athlauna to byłby bogaty i prawdopodobnie faktycznie zyskałby na pewności siebie. A tak to zmarszczył czoło i będąc nieco speszonym rzucił z wyrzutem nieśmiałe:
- Jestem pewny siebie...- Zaczął, a gdy tylko poproszono go o uiszczenie opłaty to zaczął grzebać w sakwie dodając na wprędce - ...nie chcę po prostu onieśmielać innych. - Zażartował, zaraz jednak chrząkając i zgarniając resztę ze stołu, wcześniej odpowiednio się podpisując.
Gdy znalazł się na pokładzie poczuł, że...
- W takim towarzystwie czuję się bardziej jakbym płynął podbijać jakąś wyspę. - I fakt, nie dało się zaprzeczyć, że większość ludzi na pokładzie była uzbrojonymi po zęby najemnikami. - Przynajmniej nie musimy obawiać się piratów.
03.07.2016, 20:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#8

Kusznik słuchał uważnie młodszego skryby przed nim. Patrzył się w niego uważnie starając się poznać czy mówi prawdę, nie tylko on. Młoda kobieta obok niego także nie umiała pisać ani czytać. Nikt nie mógł nawet podejrzewać jak ucieszyło to Balistę. We dwóch to jakoś zawsze raźniej. Co by nie mówić była to harda dziewoja. Idąc pomostem narobiła sporego zamieszania, odpychając jednego z czekających jak i chwile potem otwarcie zagroziła skrybie. Zaiste taki hart ducha sprawił że Kaszt aż uniósł brew z podziwem.
Jej ekwipunek zainteresował też niejako zboczenie zawodowe łowcy, otóż wojowniczka zdaje się walczyła łukiem. Broń dystansowa wzbudziła u niego szczery podziw. Choć swoją drogą walka łukiem u kobiety nie była czymś niezwykłym. Kaszt powątpiewał by kobiece ciało było w stanie wytrzymać tak potężne ciosy jak mężczyzna. W każdym razie musiało to wymagać więcej treningu. Unikanie walki bezpośredniej idealnie pasowało więc do kobiet. Biorąc pod uwagę wyposażenie dawało się poznać różnice w stylu walki. O ile balista polegał na potężnej sile ognia spodziewał się że kobieta polegać będzie na szybkostrzelności swej broni. Nie było czasu jednak rozmyślać więcej gdyż skryba czytał dalej swój tekst. Jak z niego wynikało mieli zapłacić 10 srebrnych smoków i następnie być pod komendą kapitana aż do przybycia do Teoli. Ta deklaracja sprawiła że łowca zawahał się nieco. W końcu kto do cholery wie jakie będą to rozkazy. Jeśli skończy się na wynieś przynieś pozamiataj, kapitan czy ktokolwiek inny próbujący zmusić go do wykonywania brudnej roboty pozna ile waży jego broń.
Co by jednak nie mówić wyglądało na to że młody mężczyzna mówi prawdę. Ba wyciągnął nawet papier pokazując jak należy zapisać inicjały. Kaszt chętnie zdradził swe miano. Wątpił by ktokolwiek go znał a zatargów z prawem nie miał więc co by to zmieniało. Spodobał mu się za to symbol jakim miał się podpisać. Uznał że miłym dodatkiem było by wygrawerowanie go na kuszy. Wracając do skryby. Zanim znaczek pojawił się w wyznaczonym miejscu łowca usilnie starał się go zapamiętać.
Próba pisania nie była łatwa. Delikatne pióro wymagało wielkiej precyzji. Zupełnie jak strzelanie wymagany był jednak nieco inny chwyt. Nieprzyzwyczajone do niego ręce Balisty z trudem nagryzmoliły to coś co miało być podpisem.
Chwilkę potem Kaszt wydobył z sakiewki 10 srebrnych smoków i wręczył skrybie. Wyglądało uczciwie to uczciwie zapłacił. Lepszej okazji szybko nie będzie by się najeść i zawalczyć. Mało tego  jeszcze była nagroda i to niemała. Za taką cenę było warto ryzykować, najwyżej trzeba będzie wykonać drobny bunt. Na tym wypełnionym uzbrojonymi ludźmi okręcie jednak kapitan raczej nie powinien bawić się w władcę niewolników. Strach było pomyśleć co było by gdyby wybuchły tu większe burdy.
Po uregulowaniu zapłaty łowca przeszedł trochę do przodu i puścił na kładkę pierwszą nie nieznaną mu hardą dziewoję. W końcu była damą, choć znacznie lepiej uzbrojoną w stosunku do większości znanych mu dam. No i nie bardzo miał ochotę zostać zrzuconym do wody. - Proszę panią przodem. - wyglądało niewinnie ale zawierało więcej logicznego myślenia niż pustego zwyczaju. Każdy chłop domyśli się też jaki inny atut niosło też puszczanie dam przodem.
Teraz zostawało wpakować się na okręt i ocenić sytuację jaka czeka na pokładzie. Najbardziej istotnym elementem sytuacji było mianowicie, kiedy dostaną coś do jedzenia. Żołądek Kaszta jasno sugerował ze ten musi się pożywić. Znudzony zaczerpnął łyk wina z bukłaku opierając się o najbliższą stabilną powierzchnię pionową. Postać chwilkę... odpocząć... zorientować się gdzie co jest.
Znaczna liczba nieznajomych odstraszała. Nie mniej przerażające było to że to konkurencja która potem może spróbować go zabić byle tylko zgarnąć nagrodę.
Należało przyjrzeć się uważnie wszystkim i wybrać komu można zaufać choć odrobinę.
Zaczerpnął kolejny łyk.
A może już za bardzo panikuje. Odprężył się nieco i obserwował dalej. Oparty wygodnie plecami mógł tak długo czekać. Jego sprzęt był do tego przygotowany. Mocowanie z tarczą było tak osadzone w fragmencie skórzanej zbroi by nie wbijać się w plecy podczas marszu, teraz też spełniało swe zadanie. Można było skupić się na obserwowaniu i ... podsłuchiwaniu tego co ci bliżej mają do powiedzenia.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.07.2016, 21:15 przez Kaszt.)

04.07.2016, 02:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#9

Na uwagę Luthiena jedynie zmarszczyła brwi, szukając takiego miejsca na pokładzie, by mieć szansę gdzieś usiąść albo chociaż oprzeć o reling. Przy okazji uważnie przyglądała się innym ochotnikom, jak i załogi, która miała ich zabrać do Teolii.
- Myślisz, Luthien, że są tutaj większe, zorganizowane grupy? Czy może większość narwańców, którzy podobierali się w dwie, trzy osoby? - zapytała, od razu próbując odpowiedzieć sobie samej na to pytanie, lustrując ciekawie innych. - Chyba warto byłoby się dogadać z kimś jeszcze. Tak sądzę.
Stojąc tak w stroju podróżnym, z plecakiem, bawiąc się przy okazji końcówką warkocza, zgadywała, że wyglądała z tego całego towarzystwa najmniej poważnie. Jakby znajdowała się tam przez przypadek. Nie przeszkadzałoby jej to jakoś szczególnie, gdyby tak ją postrzegali wszyscy dookoła, dodając do tego epitet "nieszkodliwa".
04.07.2016, 20:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#10

To nie tak, że Gemma nie potrafiła zupełnie czytać. Kiedy była młodsza próbowano ją tego nauczyć, ale szło jej to niezwykle opornie. Toteż gdyby miała teraz faktycznie samodzielnie przeczytać tę umowę, to zeszłoby się jej ze dwie godziny, bo składanie literki do literki i przeklinanie w tym samym czasie jest niezwykle czasochłonne. Nie mówiąc już o rozumieniu tego, co właśnie wyczytała, a przecież po to się podpisuje takie rzeczy. Żeby potwierdzić, że się przyjęło do wiadomości dany dokument. Co prawda Gemma nie do końca pojmowała, po co im ta cała biurokracja, na cholerę im te sygnatury. Przecież to wcale nie tak trudno podrobić.
Jednak mimo faktu, że brakowało jej podstawowej edukacji, była niezwykle pewna siebie. Parła przez życie z werwą, nie przejmując się nikim, kto próbował zbić ją z pantałyku. Miała w sobie mnóstwo buty, która nie była zbyt częstym zjawiskiem u kobiet, więc niedziwne, że wzbudzała zaskoczenie. Kątem oka zauważyła, jak zerka na nią jej nowo poznany kumpel w niedoli jaką jest bycie niepiśmiennym i jedynie posłała mu lekki uśmiech, niemówiący wiele o tym, co właściwie Gem ma na myśli.
Przysłuchiwała się słowom skryby, pilnując uważnie, co by żadne z nich nie wydało się jej zbyt podejrzane. Na szczęście nie używał jakiegoś górnolotnego języka, który zazwyczaj sprawiał, że bolał ją mózg, toteż zrozumiała w lot. Bez żadnych oporów wyjawiła swoje nazwisko, bo nawet jeśli ktoś tu ją znał, to w tamtej chwili nawet przez myśl jej to nie przeszło. Przekopiowała swoje inicjały na kartkę, co nie sprawiło jej jakiegoś większego problemu - przecież umiała pisać runy, trzymanie pióra w ręce jej nie przerastało. Problemem było rozróżnianie liter, ale w tym pomógł jej uczynny skryba.
Nie była zachwycona faktem, że trzeba było płacić za rejs. Ale nie miała ochoty narzekać, bo rozumiała, że załoga za darmo nie pływa. A że smoki na drzewach nie rosną, to trzeba je wyciągać od pasażerów, bez względu na to czy podróżują służbowo czy rekreacyjnie. Dlatego wcisnęła rękę w swój dekolt (ku uciesze gawiedzi) i wyjęła stamtąd sakiewkę. Po krótkiej chwili uważnego liczenia wygrzebała dziesięć srebrników i położyła je na stole przed młodym skrybą. Była gotowa zainwestować w tę wyprawę, bo możliwość zarobku była spora. A kto nie gra, ten nie wygrywa. W końcu wcisnęła sakiewkę z powrotem tam, gdzie pierwotnie się znajdowała i poprawiając koszulę ruszyła na kładkę.
- Jakże miło z twojej strony! - powiedziała ochoczo do nieznajomego, kiedy przepuścił ją przodem. Uśmiechnęła się wesoło, niezwykle zaskoczona, że ktoś na tym świecie jeszcze pamięta o manierach. Bo ona sama porzuciła je już lata temu. - Tak trudno teraz spotkać porządnie wychowanego mężczyznę. - dodała, klepiąc go czule po ramieniu i ruszyła na statek, nie oglądając się więcej za siebie.
Kiedy wreszcie weszła na pokład, zdjęła plecak z ramion i ułożyła go tuż przy burcie, po czym nie przejmując się brudną podłogą usiadła obok niego. Oparła się wygodnie o drewno i wyciągnęła do przodu nogi, by po chwili położyć sobie na kolanach swój łuk i zacząć napinać cięciwę. Nie żeby była poluzowana, ale przezorny zawsze ubezpieczony. A poza tym musiała się czymś zająć.


Gemma Theme Song
There's a reason she's alone - you can't pin her down
Because no one needs her home or needs her around








04.07.2016, 22:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna