Peryferie Valen
#11

ie pojmowała do czego potrzebny Mestowi kosmyk jej włosów. W jaki sposób kawałek rudego kłaka miał im pomóc w tej sytuacji? Skoro mężczyzna o niego poprosił, musiał mieć faktycznie jakiś powodu ku temu. Nie wyglądał, ani nie zachowywał się jak ktoś kto lubi polegać na innych. Na dobrą sprawę dopiero po prawie godzinie bezczynnego siedzenia przypomniał sobie języka w gębie. Co absolutnie nie przeszkadzało mu rzucać zaczepne komentarze.


Ucięte pasemko wylądowało w jego twardych dłoniach zanim skończył wygłaszać swój monolog. Od razu schowała puginał do pochewki na pasie. Chyba troszeczkę zdziwiła go tak natychmiastowa reakcja, bo szybko zamilkł. Złapał w szpony garstkę miedzianych włókien, nie pozwalając zmarnować się nawet pojedynczej nitce. Pewnie wydawało mu się, że będzie miała opory przed ścięciem kosmyka z głowy. Mylił się. Jej też się tutaj nudziło, a cena w postaci utraty kawałka fryzury nie była zbyt wygórowana za odrobinę swobody. To tak gdyby się w ogóle przejmowała czymś tak powierzchownym jak włosy.

Niechętnie zdjęła skórzane rękawice z dłoni. Nie lubiła tego robić. Przypominało jej to jak sama ma zniekształcone przez smoczą magię ręce. Coś na co ludzie reagowali wybitnie źle, prawie niczym na widok demona z czeluści piekieł. Kto wie, być może nie wykształconej gawiedzi jedno z drugim się kojarzyło, a że nie potrafili odróżnić ich od siebie to reagowali agresją na wszystko co nienaturalne.

Czuła gromadzący się dookoła ładunek. Za chwilę usłyszała pierwsze suche trzaski. Jaskrawe iskry tańczyły po nagiej skórze jej przedramion. Lawirująca w powietrzu energia w powietrzu przyjemnie ożywiała ciało. Przeszył ją niespodziewany dreszczyk. Prawie zapomniała jak wspaniałe to uczucie! Za dużo czasu minęło odkąd miała ostatnią okazję używać magii.

-Powiedz co planujesz zrobić. Jeśli nie będę wiedziała czego chcesz to będzie ciężko mi tobie pomóc. Sam wspomniałeś, że musimy współpracować, a zaufanie jest niezbędną jej częścią, więc musisz zdradzić swój plan. Dziki raczej go nie podsłuchają, także nie widzę powodu dla którego miałbyś go nie wyjawiać teraz. Chyba, że coś knujesz.

Była gotowa. Zgromadzony ładunek niespokojnie krążył po jej ciele zupełnie niczym wściekłe zwierzę. Miotało się wściekle na łańcuchu w dzikich poszukiwaniach ujścia, którym mogło by się zerwać na wolność. Jeśli obcy miał zamiar ją oszukać, powinien się z tym liczyć. Nie zdążyłby nawet mrugnąć zanim jego całe ciało zostałoby spopielone. Liczyła, że nie postanowi on kusić losu.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.10.2016, 02:02 przez Nyx.)

20.10.2016, 02:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#12

ziąłem od Nyx ostrożnie, kępek świeżo ściętych, połyskujących w słońcu  miedzianych włosów. Następnie odwinąłem parę centymetrów metalowej żyłki i ostrożnie je obwiązałem, by następnie schować je do wewnętrznej kieszeni, mojego przepastnego płaszcza. Nie przypuszczałem, że tak względnie problematyczna, w praktycznie każdym aspekcie osóbka, będzie potrafiła, od tak, zdecydowana i bez zająknięcia, pozbyć się cząstki siebie, jakim był kosmyk cennych włosów i powierzyć w dłonie nowo poznanego. Nazbyt ufna i beztroska, jednak...

W międzyczasie, dojrzałem jak fioletooka, zdejmuje ostrożnie i trochę niechętnie swoje skórzane rękawice, ukazując tym samy, z lekka zniekształcone palce. Zakończone przydługawymi, prawdopodobnie twardymi pazurami, przywodziły na myśl te, które były u mojego smoczego opiekuna. Spodobały mi się i przykuły moją uwagę, ale im dłużej się w nie wpatrywałem, tym bardziej intensywnie czułem na sobie spojrzenie Nyx. Prawdopodobnie, jej odczucia, były przeciwne do moich. Wejrzałem w głąb oczu jej i odnalazłem tam wreszcie to, czego od początku mi w nich brakowało. Fioletowe patrzałki płonęły. Zamarłem na chwile, nagła wewnętrzna przemiana, u młodocianej mędrczyni, wywołała u mnie falę antonimicznych, co do uprzednio wykreowanych uczuć, a przodująca impresja wygasiła pozostałe, było nią właśnie, długo nie używane zainteresowanie. Nie przypuszczałem, że w przeciągu tak krótkiej chwili, mentalna aura miedzianowłosej dziewczyny, może się aż tak bardzo zmienić.

Być może, mój początkowy osąd, w kwestii irytującej trzpiotki, nie do końca był trafiony. Ale mimo tego, iż zaczęła wzbudzać moje zainteresowanie, to poirytowanie jakie wywoływała samym swoim jestestwem, ani na chwilę nie przestało kolić. Jednak, również prawdopodobnie, to samo można było powiedzieć, o drugiej stronie. Zmęczona, znudzona i przepełniona narastającą niechęcią, sprawiała wrażenie, jakby opuszczenie naszego gniazdeczka, było dla niej największym wybawieniem. Mam nadzieję, że jej pośpiech, nie przyprawi nas o zgubę.

Usłyszałem narastające trzaski. Wokół przedramion skupionej mędrczyni dojrzałem nagromadzające się iskry.  Coraz więcej, coraz więcej i więcej. Lekki, niemalże niewidoczny ruch warg, w kierunku uśmiechu, dał mi wyraźnie do zrozumienia, jak wielką przyjemność sprawia jej, korzystanie, ze smoczej magii. W zupełności to rozumiałem. Problematycznym okazał się jednak, dodatkowy aspekt, bo przez niecierpliwość burzliwej dziewczyny, nasza sytuacja mogła się w każdej chwili pogorszyć. Gdy tylko ładunek był gotowy intencja Nyx, uległa kolejnej metamorfozie, a pełne determinacji słowa pokazały mi, nad wyraz znacząco, że moja gierka, mimo, iż przejrzana, wywołała docelową reakcję. Wiedziałem, że na tym etapie, głupie żarciki będą niewskazane, bo dalsze ich prowadzenie, może wywołać u mnie efekt, spopielenia, czego, z oczywistych względów, wolałem uniknąć, postanowiłem więc dokończyć tłumaczenie, nim cierpliwość miedzianowłosej, oraz moja do niej, wyczerpie się do reszty.

- Widzę, że próbujemy pokazać pazurki. Niestety, nie dość mądrze, ponieważ mnie nie posłuchałaś. Prosiłem, byś skupiła swoją moc, gdy nadejdzie ten moment. Powód jest prosty, magia Mędrców, silnie oddziałuje na otaczające nas zwierzęta. Miejmy nadzieję, że nie przyciągnie to jeszcze większej dozy problemów. Na przyszłość, bardzo proszę, słuchaj innych uważniej, jeśli brak Ci doświadczenia.

Zamilkłem, pozwalając, by znacząca pauza, dostatecznie wybrzmiała, po czym przeszedłem do kontynuacji.

- Co do celowości moich poczynań... Spokojnie, póki co, nie mogę pozwolić sobie na żadne dewiacje, ponieważ, jak sama zauważyłaś, siedzimy po uszy w gównie. Pokazałaś już, z resztą, nad wyraz spektakularnie, że władaniu masz, elektryczność, ale wyjaśnij mi naprędce, na czym polega Twoja magia, oraz zdolności z nią związane, abym mógł rozważyć wszystkie możliwości, uwzględnij również, w jaki sposób Twoim zdaniem, oddziała ona na otaczające nas dziki.
Westchnąłem ciężko i wstałem ostrożnie, by przykucnąć na gałęzi w gotowości, po czym dokończyłem pobieżne wyjaśnienia, lekko od niechcenia.

- Co do mojego planu, to obecnie mam trzy propozycje. Pierwsza, nie jest jakoś specjalnie złożona, ale to po prostu sposób, w jakim ja bym sobie próbował poradzić.  Mam przy sobie całkiem sporo, dobrze wyważonych rzutek, teoretycznie, jesteśmy na tym drzewie bezpieczni, więc mogę spróbować kolejno eliminować dziki, licząc na to, że stopniowo, z powodu zmniejszenia ilości, stado ucieknie. mogłabyś wtedy, posłużyć za ewentualne wsparcie. Druga propozycja wlicza już Ciebie. Jeśli Twoja moc na to pozwala, można spróbować odstraszyć je hałasem jaki wywołasz, oczywiście, po początkowym powaleniu naszego wybrańca, byśmy nie zostali z pustymi rękoma. Trzecia propozycja, to połączenie rzutek moją, metalową linką i stworzenie dookoła drzewa, czegoś, na kształt pastucha elektrycznego, tyle że zamiast elektrycznego kamienia, poprzez podprowadzoną linkę do Ciebie, zasilaniem stałabyś się Ty, by następnie sprowokować dziki i poprowadzić je tym samym na elektryczne ogrodzenie. Porażone i sparzone, raczej na pewno uciekną. I w tym przypadku, nie zapominajmy o naszym obiedzie. Hmmm dalej, mógłbym to nazwać w zasadzie i czwartą dodatkową opcją, a mianowicie, połączenie pierwszej, drugiej i trzeciej wersji. Czyli od początku, wyliczając: po pierwsze stworzenie pastucha, po drugie ubicie celu. Trzecie likwidacja pozostałych elementów. Cztery, w razie czego, szybka Twoja ingerencja błyskowo-dźwiękowa, mająca na celu odstraszenie reszty, jeśli coś poszłoby, nie po myśli. No i pięć, korzystanie z dobrodziejstwa natury.

Mówiąc, stopniowo wyjmowałem rzutki z plecaka, by następnie, wyliczając odpowiednie długości, łączyć je i obwiązywać metalową żyłką, tworząc coś, w deseń kolczastego sznura. Po skończeniu trzeciej rzutki zrozumiałem, co było nie tak. Rzutki, wbite w ziemię, uziemiły by prąd, który byłby w nie wtłaczany, przez co cały plan, mógłby co najmniej, nie wypalić. Sfrustrowany swoją głupotą, parsknąłem między zdaniem, by wyładować frustrację. Na szczęście miałem plan obejścia sytuacji. znajdywaliśmy się na drzewie, a liście, tak samo jak i drewno, nie przewodzą prądu. Przystąpiłem więc ponownie, do preparowania improwizowanego narzędzia, tym razem bacząc, by żyłka oplatała grubą warstwę liści i nie stykała się z metalem. Tworząc, dopowiedziałem.

- Osobiście, skłaniałbym się najbardziej ku tej ostatniej opcji, jednak, wpierw wolałbym zapytać się Ciebie, co o tym sądzisz i czy masz jakieś ewentualne uwagi, lub inne propozycje.

Nie dawałem tego po sobie poznać, ale znacząco odczułem przypływ dumy i kontentacji, z powodu tak szybko wykreowanego planu, bogatego dużą ilość wariacji. Duma oddziaływała na mnie do tego stopnia, że angażując się w przedsięwzięcie, zapomniałem o pierwotnym planie i założeniu, które popiskiwało delikatnie, w głębi mojej głowy.

Zastanawiała jeszcze kwestia samej Nyx. Moja nieustanna obserwacja, raz, po raz, wysyłała mi sprzeczne sygnały anonsem jej osoby, powodując zarazem narastające coraz bardziej zainteresowanie, jak i znudzenie, stylem bycia, nowo poznanej towarzyszki.

Pozostaje dalsza obserwacja, zobaczymy co pokaże czas.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2016, 11:42 przez Mest.)



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






22.10.2016, 07:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#13

STRAŻNIK
Miejsce: Peryferia miasta Valen
Pogoda: Wczesny wieczór. Wezbrał się wiatr.
SOUNDTRACK


łopotliwa sytuacja w jakiej znalazła się dwójka mędrców, zdawała się mieć kilka pomysłowych rozwiązań. Przynajmniej takiego zdania był Mest, zaś Nyx... Spochmurniała na słowa towarzysza. Tak jakby była przez jedną chwilę nieobecna. W tym czasie coś się zaczęło zmieniać. Dziki jakby stanęły w osłupieniu zaś niebo zaczęło zachodzić chmurami. Nie od razu, stopniowo. W gruncie rzeczy, chmury nadciągały już od dłuższego czasu w kierunku Valen, jednak zajęci "dziką" sytuacją mędrcy, nie zwrócili na nie uwagi.
Teraz, kiedy chmury pojawiły się nad ich głowami, mogli wyraźnie wyczuć unoszący się w powietrzu zapach siarki. Pierwsze smugi zapachu dotarły do czułych nozdrzy Mesta, potem do Nyx. Woń stawała się raz za razem coraz silniejsza, dziki zaczęły uciekać w popłochu.
Nagle zawiał potężny wiatr, tak jakby coś przeleciało nad głowami Śwista i jego nieobecnej towarzyszki. Oboje kojarzyli podobny zapach, ale nie mogli stwierdzić czym on był. Tak jakby fragment ich przeszłości zaczął ponownie żyć. Jednak z tą różnicą, że był wyczuwalnie groźny, niebezpieczny i tajemniczy. W pewnym momencie oboje usłyszeli huk jakby coś się zwaliło, a potem potężny ryk. Bestia była tak głośna, że można ją posądzić o użycie jakiejś mistycznej zdolności, wpływającej na ludzkie, pierwotne instynkty.
Mest zaczął drżeć. Jego ciało dostało gęsiej skórki. Mimo, iż nie rozumiał tego, jego serce odczuwało podświadomie strach. Organizm czuł, że pół kilometra od niego znajduje się coś ekstremalnie niebezpiecznego. Czyżby smocza mana przyciągnęła uwagę czegoś, czego nie powinni ujrzeć? A może to nie ich wina?
Nyx zaczęła powoli zamykać oczy. Jej obraz rozmazywał się z sekundy na sekundę, serce odczuwało przytłaczającą energię a ona na jedną chwilę straciła równowagę. Ześlizgnęła się z gałęzi, próbując instynktownie złapać za drzewo i uratować się. Jednakże była zbyt słaba i otumaniona. Jej jedynym wybawicielem mógł być najwyżej Aquar, lecz ten również nie zwrócił zbyt wcześnie uwagi na swoją towarzyszkę, odciągnięty w innym kierunku. Ujrzała jedynie jego lekko zdziwioną twarz i być może zaniepokojenie, ale tego nie mogła stwierdzić na pewno. Wszystko działo się w ciągu kilku sekund. Spadła. Jej oczy zaczęły gasnąć, sprawiając wrażenie nieobecnych. Jednak oddychała. Miała stłuczone ramię, ponieważ upadła na wystający kamień. Gdyby nie jej smocza odporność, upadek przyprawiłby ją o śmierć, jednak skończyło się na tajemniczej utracie przytomności i stłuczonej części ciała. Szczęście w nieszczęściu? Ciężko osądzić, jednak dwójka mędrców stanęła w obliczu trudnej sytuacji. Właściwie rzecz ujmując - trudniejszej niż poprzednio. Jedno było pewne, oboje muszą uciekać z obecnego miejsca, jak najdalej się da. Nie było czasu na planowanie, przemyślenia. Została im czysta spontaniczność, chociaż bacząc na wydarzenia... Czysta spontaniczność została tylko jemu.

Dzień się kończył, bowiem słońce zachodziło za horyzontem a pierwsze krople deszczu zaczęły spadać na ziemię, okalając także lico Córki Burzy, dając wrażenie jakby roniła łzy.


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







02.11.2016, 01:05
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#14

ekunda za sekundą, minuta za minutą, czas oczekiwania dłużył się niemiłosiernie. Czekałem i czekałem, ale Córka Burzy przeciągle milczała. Z początku nie wydawało mi się to dziwne, jednak... Jednak coś innego nie dawało mi spokoju, coś co kłuło głęboko w środku, z każdą chwilą narastając. Nie było mi dane pojąć jeszcze, czym dokładnie było to uczucie.


Niezauważalnie dla mnie, otoczenie zaczęło się stopniowo zmieniać, a czyste niebo, z każdą ustępowało pod naporem coraz to kolejno napływających czarnych chmur. Odczułem natomiast zmianę powietrza. Narastała duchota, a wraz z nią niepasujący do całego otaczającego terenu, dziwny, kłujący zapach. Siarka? Kolejne zmiany następowały po sobie, raz za razem. Dziki przez chwilę krzątały się nerwowo, by następnie stanąć nieruchomo i w skupieniu, jakby nasłuchując. Coś miało zaraz nastać, coś miało się zmienić. Napięcie rosło coraz bardziej. Serce biło coraz szybciej. Oddech robił się coraz cięższy. Mięśnie, z początku lekko, a następnie z coraz to większą intensywnością drgały. Dreszcze?
Kiedy tylko skończyłem preparowanie naszego improwizowanego wyjścia z zaistniałej sytuacji, spojrzałem pytająco na fioletooką Mędrczynię, by uzyskać odpowiedź na moje uprzednio zadane pytanie, jednak, jak dostrzegłem i ją dosięgły narastające zmiany. Nieruchoma, wpatrzona w pustą przestrzeń swoimi nieobecnymi fioletowymi patrzałkami, sprawiała wrażenie, jakby śniącej, nieprzytomnej. Chciałem coś powiedzieć, by jakoś pobudzić współtowarzykę, lecz i ja, sam stopniowo zacząłem ulegać przytaczającej aurze. Nie wiem ile czasu minęło, możliwie tylko parę minut, lecz odczuwalnie dla mnie, niemalże godzina dziwnego otumanienia. Coś jednak, wyrwało mnie z przedziwnego amoku, jakiś wewnętrzne wołanie. Gdyby nie to, skończyłbym prawdopodobnie, podobnie do Miedzianowłosej, ponieważ w chwili kiedy się tylko ocknąłem potężny wicher przebił się przez drzewa. Ledwie zachowałem równowagę podczas, gdy osłabiona, półprzytomna Nyx osunęła się spadając z drzewa, tracąc pod wpływem upadku już przytomność do reszty. Dziki rozpierzchły się prędko, wszystkie w jedną stronę, a wicher prawdopodobnie był zapowiedzią, mającej się niedługo pojawić ulewy. Nie było czasu na myślenie, nie rozumiałem co się dzieje, ale jakiś pierwotny instynkt nakazywał, tak samo jak w przypadku dzików, czym prędzej opuścić to miejsce. Bałem się? Spojrzałem na ręce, drżały, z resztą tak samo, jak i reszta ciała. Nim podmuch do końca przewiał się przez leśne poszycie, do moich uszu dotarł huk, przypominający walące się drzewa, a straszniejsze nastało zaraz po tym, bowiem potężny ryk zatrząsł całym lasem.
Ryk, przywiódł na myśl, coś odległego, coś co przed laty, często mi towarzyszyło. Caeruleum'el? Nie, to nie mógł być on, ponieważ owy ryk, w żaden sposób nie poruszał mną, tak jak to było w przypadku mojego smoczego rodzica. Ten, zdawał się jedynie pustoszyć moją duszę od wewnątrz i napędzać ją strachem.
Na około pół kilometra od nas, wyczuwałem przeraźliwą Bestię. Nie wiedziałem czym dokładnie jest, lecz nie było to istotne, ponieważ każdy mój cal ciała, czuł od niej przeraźliwe zagrożenie. Postanowiłem więc, czym prędzej opuścić tę pełną nieszczęść lokację.

-No nieźle... Nic to po mnie. Sekretna technika smoka... Spierda...

Coś mnie powstrzymało, spojrzałem w dół. Nieprzytomna wciąż Nyx, leżała nienaturalnie ułożona na stopniowo namakającej od deszczu ziemi. Zeskoczyłem ostrożnie z drzewa, aby sprawdzić jej stan. Nie nadawała się do wspólnej ucieczki, właściwie do niczego już się nie nadawała. Była całkowicie nieprzytomna.

-Bezużyteczna, od samego początku, aż po sam koniec. Szkoda, bo miałem wobec Ciebie inne plany, lecz teraz to już nie ważne, muszę się stąd zniknąć.

Mówiąc te pożegnalne słowa, chwyciłem nieprzytomną, po czym jak najszybciej przysunąłem ją w stronę naszego poprzednio zajmowanego drzewa, opierając ją o nie. Błyskawicznym ruchem pochwyciłem jej sakiewkę z monetami i schowałem do jednej z kieszeni płaszcza, a następnie prędko ruszyłem w stronę przeciwną do uprzednio słyszanego ryku, niemalże biegnąc. Nie było czasu na większe oględziny i ogarnianie sytuacji. Niezrozumiały instynkt nieustannie kłuł za każdą kolejną sekundę zwłoki, a to co powodowało mój lęk, mogło w każdej chwili nadejść.


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






10.11.2016, 22:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#15

STRAŻNIK
Miejsce: Peryferia miasta Valen / Dolne Valen
Pogoda: Wczesny wieczór. Panuje obfita ulewa.
SOUNDTRACK


ieczór zbliżał się coraz bardziej i bardziej. Krople deszczu, które chwilę temu spadły na ziemię, okalając ją życiodajną wodą, teraz tworzyły scenerię smutku i rozpaczy. "Punkt Żałości", to prawdopodobnie najlepsze określenie na miejsce, w którym leżała oparta o drzewo Nyx i stojący nad nią Mędrzec. Punkt, w którym kończyła się jedna przygoda, a rozpoczynała kolejna.
Woda wolno i bez pośpiechu, skapywała na twarz młodej kobiety, sprawiając wrażenie opuszczonej przez bogów. Samotnej... Zapłakanej z bezsilności. Jej los prawdopodobnie był przesądzony w momencie, w którym Mest postanowił zostawić ją samą. Spojrzał na nią swoim smoczym okiem, zwężając źrenicę. Widział ja ostatni raz bardzo dokładnie. Odwrócił się.

Uciekał ile sił w nogach. Wszystkie jego zmysły skupiły się na tym żeby opuścić peryferia Valen, nim wyjdzie coś czego nie powinien spotkać. Coś, czego nie chciał spotkać. Czuł na karku oddech śmierci, której przeciwstawiał się swoim hartem ducha i zdroworozsądkowym uporem. Deszcz dodawał mu sił, mógł poczuć adrenalinę. Jednak kłębiło mu się w głowie przeczucie, że ulewa, w której biegnie jest nie tylko darem od bogów, ale również cichym pożegnaniem z poznaną towarzyszką. Choć mało spędzili ze sobą czasu... Zostawił ją chowając się za ścianą wody. Ta zaś, tak bardzo rozmazywała obraz i zapachy, że wszelka istota próbująca wytropić go, była skazana na porażkę.
Parł przed siebie, pokonując kolejne metry. Nim zdał sobie sprawę, zostawił swoje poprzednie miejsce daleko w tyle. Nie mógł czuć się jeszcze bezpiecznie. Prawdopodobnie jeśli było tam TO, o czym myślał, nawet miasto nie gwarantowało mu bezpieczeństwa. Jednak była to lepsza idea przetrwania niż pozostanie na pastwę losu. W końcu człowiek żyje i walczy po to żeby przetrwać.

Po około dwudziestu minutach biegania, ujrzał bramy miasta, w których stali strażnicy, schowani pod kamiennymi zabudowaniami. Coś do niego wołali, ściągając go do siebie gestem ręki, jednak deszcz skutecznie przeszkadzał Mestowi w dosłyszeniu ich słów. "Nie ważne", mógł pomyśleć, chcąc jedynie poczuć komfort względnego bezpieczeństwa. Wbiegł do bramy, a wtem usłyszał.
- Szybko! Gdzieś łaził?! Nie widziałeś smoka towarzyszu! Chowaj no się do miasta i morda w kubeł! Dawno nam żodyn nie wzleciał tak blisko! - Wyjaśnił jeden ze strażników, zaś drugi wycedził przez zęby uwagą przesiąkniętą nerwami i strachem.
- Zamknij się Cedrik! Ino usłyszy cię taki, to zginiesz nim się zorientujesz. Ponoć Darrgo'num'el przeleciał nad miastem, ale ludzie mówią coś o Sama'el'u... Nie wiadomo w końcu, z którym mamy do czynienia... - To mówiąc wskazał mędrcowi palcem drogę do serca miasta, zostawiając go z poleceniem aby ukrył się w "Gospodzie pod Łososiem".

Deszcz lał nieubłaganie, rozmiękczając glebę, przynosząc wszędzie błoto i czyniąc scenerię nerwową, smutną, chłodną i co najważniejsze... Zdecydowanie napiętą. Jeśli to co mówili strażnicy jest prawdą, pozostaje modlić się aby bestia nie wpadła do miasta.


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







20.11.2016, 13:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#16

wspaniały Thornie, który jesteś jedyną drogą życia, wejrzyj na swoje dziecię i nie pozwól mu ulec temu pogańskiemu zatrwożeniu, w stronę innego niż Ty sam, panie i władco tego świata.


Lekki deszczyk przerodził się w ulewę tak silną, iż przywodziła na myśl swoistą wojnę nieba z ziemią. Nie miałem jednak czasu podziwiać tego malowniczego przedstawienia. Szalenie prędko bijące serce zdawało się nadawać rytm dla mojego biegu. W duchu dziękowałem nieustannie Thornowi za opiekę jaką mnie otacza i za deszcz jaki sprowadził, ku mojej ochronie. Nieustannie dostarczana moc z intensywnego opadu, na bieżąco zdawała się pokrzepiać całe moje ciało, negując tym samym możliwość zmęczenia, a sam deszcz skutecznie maskował jakikolwiek ślad, który mógłbym zostawić. Ciemne niebo, dodatkowo przysłonięte przez chmury, zmuszało moje oko, do baczniejszego skupienia, ze względu na narastającą ciemność. Wiedziałem, że jeśli owa bestia jest tym czym przeczuwałem, to moje szanse w mieście, jak i poza nim, były bliskie zeru, jednak mimo wszystko, postanowiłem spróbować tam swoich szans.  
Nie minęło nawet pół godziny nim, zza drzew dojrzałem światła oraz bramę główną Valen, wraz z sylwetkami stojących tam ludzi, lecz nieustająca deszczowa nawałnica, skutecznie ograniczała widoczność, jednocześnie zniekształcając z lekka obraz. Gdy znalazłem się dostatecznie blisko, by zostać zauważony, zobaczyłem jak jeden ze strażników macha w moją stronę i próbuje coś powiedzieć, jednak nieprzerwany deszczowy łoskot skutecznie go zagłuszał, powodując, że do mojego wrażliwego, smoczego ucha trafiały tylko pojedyncze dźwięki. Kiedy dotarłem i usłyszałem, co strażnicy mieli mi do powiedzenia, zamarłem. Otóż zdałem sobie sprawę, że moje przypuszczenia sprawdziły się, w nawet gorszym, niż uprzednio scenariuszu, oraz w jak wielkim zagrożeniu się znalazłem. Darrgo'num'el i Sama'el', nie ważne, która z tych bestii, ponieważ każda silna na tyle, by mogła przyczynić się do zagłady ludzkiego świata.

Mimo, iż wskazane przez strażnika miejsce nie było lokacją mojego zleceniodawcy, to zdecydowałem się uprzednio posilić i odpocząć, nim przejdę do celowości mojego bytu, w tym miejscu. Skierowałem się więc i ruszyłem zdecydowanym i szybkim krokiem w kierunku zaleconym przez strażnika.
Kiedy tak szedłem, czując stopniowo narastający komfort bezpieczeństwa, przez ułamek sekundy w głowie zaświtała mi kwestia losu mojej byłej towarzyszki, jednak szereg ważniejszych spraw skutecznie przysłonił kwestię Córki Burzy, pozostawiając jej temat w mojej głowie, ciągle nie rozstrzygnięty.


Gracz opuścił wątek


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






20.11.2016, 16:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#17

ecyzja jaką przyszło mi podjąć względem celu mojej dalszej podróży, swoiście miała w przyszłości odmienić mój los oraz kwestię postrzegania człowieczeństwa. Wszak choć serce na usługach ciemności, wewnętrzne ideały nieustannie podtrzymywały ukrytą głęboko w środku wiarę.

Rozejrzałem się dookoła, wszech otaczające drzewa wśród których unosiła się jeszcze z lekka popołudniowa mgiełka przywodziły wspomnienia sprzed dwóch dni. Uwolniłem się... Uwolniłem się wreszcie od tego śmierdzącego miasta. Nie było jednak czasu na refleksje, ponieważ to nie zapach zadecydował o opuszczeniu przeze mnie Valen. To dziwne przeczucie, któremu zwykłem ufać nakazywało mi je opuścić. Czy było to spowodowane smokiem, który niedawno ukazał się nieopodal murów miasta? Nie wiem...
Jedno było pewne, gdybym nie opuścił tego miasta, czułbym się dalej niepewnie, a o mało rzeczy dbałem tak bardzo, jak o swój komfort psychiczny.

Droga nie dłużyła się nazbyt, lecz minęło wiele kilometrów, nim na nowo w moje czarne serce zagościł względny spokój, dopiero wtedy zwolniłem. Podążałem nieopodal głównego szlaku prowadzącego do Grimssdel ale tak, aby unikać jakichkolwiek niepotrzebnych kontaktów, co sprawdzało się doskonale. Tak zalecał Mistrz i mimowolnie weszło mi to w krew.
Pomimo długiej podróży, starałem się pozostać skupiony i nie zaprzątać sobie niczym niepotrzebnym głowy, aż do czasu ewentualnego przystanku na odpoczynek, a że dochodziło już późne popołudnie, stwierdziłem, że najwyższy czas na postój. Z resztą, nie miałem siły, by dłużej odganiać myśli. Z dziwnych przyczyn w głowie nieustannie świdrowała miedzianowłosa Mędrczyni, niedawno miniony sen i wiele, wiele innych spraw, które z powodu ciągłego pośpiechu w dążeniu do celu, nie miałem czasu, odkładałem na późniejszy plan. Postanowiłem odpocząć na pobliskim, najwyższym drzewie. Szeroki i gruby konar odchodzący od rozłożystego liściastego drzewa, idealnie nadawał się na odpoczynek, czy również drzemkę.

Trzy szybkie skoki i już byłem na miejscu, leżąc na w miarę wygodnym, bo porośniętym przez mech konarze. Włożyłem ręce pod głowę i wpatrzyłem się w szarówkę, która spowijała niemalże całe niebo. Głębokie ziewnięcie zapoczątkowało lawinę myśli.
Na pierwszym planie zaświtała Nyx... Ciekawiło mnie, jak potoczyły się jej losy. Czy wstała, czy udało jej się uciec przed bestią, a może, choć to mało prawdopodobne, bestia zaopiekowała się nieprzytomną.
Sięgnąłem do kieszeni i uśmiechnąłem się. W moich smoczych palcach mieniły się delikatnie, miedziane włosy fioletookiej Nyx.

- Może i była irytująca, to prawda, ale z czasem mogła stać się użyteczna.

Krótko powiedziałem pod nosem. Mimo, iż tego nie pokazywałem to tak naprawdę byłem zainteresowany tym, jak potoczyła się historia z jej smoczym rodzicem oraz dlaczego ją przygarnął. Miałem w głębi duszy nadzieję, że te informacje pomogłyby mi znaleźć Lazurowego. Niestety, co było minęło i szansa na ponowne spotkanie Miedzianowłosej w tej ogromnej i niebezpiecznej krainie graniczyła z cudem. Obiecałem sobie, że kolejne spotkanie Mędrca, o ile kiedykolwiek przyjdzie mi go spotkać, poprowadzę w inny przyjemniejszy sposób.
Odłożyłem włosy do wewnętrznej strony płaszcza. Nie chciałem być sentymentalny, ale mimo wszystko moja ręka stroniła od odrzucenia tego pamiętnego kosmyka połyskujących włosów.

Teraz przyszedł czas na moją kochaną towarzyszkę. Zagwizdałem przeciągle, w sposób niemal niesłyszalny dla ludzkiego ucha. Nie czekając, sięgnąłem do sakwy z prowiantem i wyciągnąłem dorodny kawałek kurczaka, a następnie uniosłem wysoko ponad głowę, trzymając na wyprostowanej ręce.

- Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć , pięć, cztery, trzy dwa, jeden, zer...

Odliczałem dosyć głośno, z każdą sekundą opuszczając coraz niżej kawałek mięsa, nim zdążyłem skończyć, poczułem ogromne uderzenie powietrza i coś szybkim ruchem wyrwało kurczaka z moich smoczych pazurów. Wyszczerzyłem się szyderczo a następnie powiedziałem:

- Prawie się spóźniłaś!

Odwróciłem głowę za siebie. Tuż za mną siedziało ogromne ptaszysko. Smoliste i połyskujące upierzenie oraz krwiste, płonące nienawistne oczy, nie wspominając o nienaturalnych wymiarach, siedziało nieopodal na drugiej gałęzi rozszarpując do reszty i pochłaniając ofiarowane przeze mnie mięso. Srebrzyste pazury oraz dziób tylko dodawały uroku mrocznej bestii. "Drzazga" ochrzczona pieszczotliwym imieniem to czarny, unikalny i jedyny w swoim rodzaju orzeł. Mój najbardziej oddany i jedyny właściwie jednyny towarzysz. Od opuszczenia miasteczka, tamtego pamiętnego dnia, nie widziałem jej z bliska, ale wiedziałem, że jest nieopodal i nie oddala się zbytnio, z resztą tak była nauczona, by trzymać się swojego pana nie dalej niż kilometr. Kiedy tylko skończyła szarpać zdobycz podleciała bliżej i usiadła na moim zesmozonym, uprzednio odsłoniętym przedramieniu. Moją twarz na pewno wykrzywił grymas wysiłku. Klasycznie, mimo iż byłem mędrcem i moja siła fizyczna wykraczała poza ludzką, masa tego ptaka na dłuższą metę stanowiła dla mnie nie lada wyzwanie. Nic nie mogłem poradzić, to było jej miejsce, które sobie kiedyś wybrała. Byłem jedynym oprócz Mistrza, którego była w stanie zaakceptować, możliwe że to właśnie smocza mana pozwoliła mi ją tak dobrze oswoić. Aż miło było powspominać te wszystkie miesiące spędzone na uczeniu tego niezwykłego ptaka. Obejrzałem go dokładnie. Na prawej nodze widniał pojemnik na wiadomości, którym zazwyczaj dostarczane były zlecenia oraz na lewej schowany małe ostrze, zawiązane na pętli. Oba przedmioty zostały specjalnie dopasowane i umieszczone przez mistrza, tak by wszystko miało swoje zastosowanie. Uwielbiałem numer z nożem najbardziej spośród wszystkich, ale on był tylko wisienką na torcie. Postanowiłem poćwiczyć i wypróbować wszystkie komendy na nowo. W tym celu zeskoczyłem z drzewa i poustawiałem drewniane belki w taki sposób, aby przypominały człowieka. Do komunikacji z ptakiem używałem poddźwięcznego gwizdu, którego nauczyłem się od Mistrza, który dla ludzkiego ucha wybrzmiewał jak jedna dziesiąta zwykłego gwizdu, natomiast dla zwierząt, czy też mędrców był doskonale słyszalny, nawet z dużej odległości.

Pierwszą nauczoną przez ptaka komendą było przywołanie. Najprostsze bo na jeden przeciągły gwizd.
Druga atak oraz oszołomienie wrogiej jednostki. Dwa krótkie gwizdy w kierunku celu i już wiedziałem, że przeciwnik niebawem straci któreś z oczu, lub po prostu chęć do życia. Najlepiej sprawiało się kiedy wróg nie był świadom obecności ptaka. Wtedy doświadczał piekielnie silnego i ogłuszającego uderzenia pikującego z niebios ogromnego smolistego orła.
Trzecia komenda opiewała wokół rezygnacji i pozostawienie celu, lub ucieczki. W tym przypadku "Drzazga" po usłyszeniu trzech krótkich gwizdów, zazwyczaj niechętnie, ale dość szybko odpuszczała i wznosiła się wysoko.
Czwarta, chyba ulubiona dla tej bestii akcja to likwidacja celu. Niezależnie, czy przeciwnik ma pancerz, czy też nie, twardsze od stali srebrzyste szpony przebijały się przez niemalże wszystko i przy odpowiedniej prędkości i wyszarpywały krtań celu, po usłyszeniu dwóch przeciągłych, następujących po sobie gwizdów, po czym ptak jak najszybciej odlatywał, jak najdalej, niczym wprawiony skrytobójca.
Piąta komenda polegała na wyrywaniu i zabieraniu różnych rzeczy, a następnie upuszczaniu ich nieopodal właściciela orła, lub w przypadku niebezpiecznych przedmiotów takich jak miecze, topory itp. zaatakowanie ręki, w celu rozbrojenia celu. Polecenie było wykonywane po przeciągłym, dłuższym niż przywołanie gwizdnięciu i skierowaniu na cel.
Mimo, iż komend było wiele wiele więcej. Moją ulubioną było i tak "Ostrze z niebios". Urocza nazwa nadana przez mojego Mistrza przywoływana była jeden długi i dwa krótkie gwizdy jeśli wsparcie miało działać na właściciela i jeden długi gwizd i trzy szybkie, jeśli na inny cel. Po odpowiednim wygwizdaniu ptak wzlatywał nad właściciela, lub cel i pazurami rozrywał pętlę, powodując tym samym uwolnienie ostrza i jego spadek z nieba. Tylko mi dzięki smoczemu refleksowi oraz Mistrzowi, przez lata praktyki, udało się opanować ten popisowy numer, który jeśli był używany, powodował ogromny szok na twarzach przeciwników.

Po przećwiczeniu komend, na nowo zamontowałem ostrze przy nóżce orła i nakarmiłem go kolejnym kawałem surowego mięsa w nagrodę. Pogładziłem bestię pieszczotliwie, po czym wypuściłem.
Uśmiechnąłem się gorzko. Czerwone oko "Drzazgi" przypomniało mi mój niedawny, niezwykle realistyczny sen. Frustracja na nowo zagościła w moim sercu. Zacisnąłem mimowolnie pięści. Z dziwnych przyczyn czułem, że to miejsce jak i ta sytuacja wydarzyła się naprawdę...
Pamiętam, że obudziłem się w dziwnej krypcie, pośród grupki ludzi. Od części z nich biła niezwykła aura. To był pierwszy raz kiedy spotkałem mistyków. Władający czarną magią jednego żywiołu magowie, potrafiący czytać runy. Choć Mistrz nieraz mi o nich wspominał, to był pierwszy raz kiedy dane mi było zobaczyć ich w akcji. Lecz był wśród nich jeden szalony dziad, którego facjatę zapamiętałem aż za dobrze, którego jeśli bym kiedykolwiek spotkał, to poświęciłbym nawet część siebie, byleby tylko jak najdłużej cierpiał. Śmieć był wyznania Ilhezin i mimo iż widziałem w życiu dużo patałachów, to nigdy jeszcze nie przyszło mi spotkać tak chorego fanatyka. Wydarzyło się wiele... Przyszło nam walczyć z nieumarłymi, by finalnie za sprawą głupiej łowczyni stoczyć nieuczciwą walkę z potężnym demonem trzeciego kręgu, nim udało dam się rozwikłać sekrety tej lokacji. Paskudna i niezwykle silna była to bestia, nigdy wcześniej nie widziałem nikogo tak potężnego, nie licząc mojego smoczego rodzica. Po tej sytuacji wiedziałem, że jestem ciągle za słaby.

- O Thornie, dzięki Ci, że to był sen.

Narastający głód spowodował, że postanowiłem się pożywić. Dziś miałem pierwszy raz spróbować miodu. Mimo iż słyszałem o miodzie pitnym, to nigdy nie było dane mi zakosztować czystego pszczelego specjału. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy spróbowałem i zrozumiałem jak słodki to przysmak. Wiedziałem, że ten będę oszczędzał najbardziej, pożywiłem się więc rybami, chlebem oraz ćwikłom, a następnie po satysfakcjonującej strawie przystąpiłem do treningu.
Na cel obrałem sobie prostą zdolność, która przed laty sprawiała mi problem, ponieważ wymagała koncentracji, a za szczeniaka, zbyt szybko się rozkojarzałem, przez co dostawałem od Lazurowego nie raz srogie lanie.

Wodna telekineza.

Kwintesencja skupienia zawarta w detalu. Poprowadzić wodny ogon względnie do mojej woli tak, aby posłusznie wykonywał polecenia, podnosił oraz podawał przedmioty, wykonywał nimi czynności, niczym dodatkowa dłoń. Ćwiczyłem z początku na kawałkach drewna, potem na rzutach, niestety moja technika była ciągle niekompletna. Czegoś brakowało. Nie poddawałem się i spędziłem kolejne godziny, aż po samą noc piłując i pielęgnując tę z pozoru łatwą zdolność. Wiedziałem, że to właśnie ona będzie jedną z kluczowych i posłuży jako baza do rozwijania kolejnych technik.

Kiedy poczułem, że siły zaczynają mnie opuszczać, zdecydowałem, że pozostanę w miejscu mojego małego obozowiska i przeczekam do rana regenerując siły przed dalszą podróżą. Ku zabezpieczeniu dookoła drzew porozwijałem moją cienką linkę, a końcówkę doprowadziłem do drzewa, które uprzednio upatrzyłem na odpoczynek, linkę do dłoni i obwiązałem nią lekko palec, tak, aby w razie towarzystwa, nie pozostać zaskoczonym. Wytężyłem wzrok i słuch, aby jeszcze raz wczuć się w otaczający las i upewnić, czy nie czeka mnie żadne zagrożenie. Nie czując żadnego względnego zagrożenia, ziewnąłem przeciągle, lekko się porozciągałem, a następnie ułożyłem wygodnie i zapadłem w płytki, acz dosyć regenerujący sen.


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






28.12.2016, 19:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#18

szech otaczający ogień palił wszystko w zasięgu wzroku, a unoszący się z niego dym utrudniał oddychanie. Stałem pośrodku. Dookoła mnie, w płonących zgliszczach stały dziesiątki ludzi, rodziny z dziećmi, wszyscy zakrwawieni i wykrzywieni w paskudnym grymasie, patrzyli się na mnie i krzyczeli rozpaczliwie. To była jego wina, nie moja... Stał przede mną i się śmiał. Gniew rozpalił moje serce na dobre. Całą smoczą nienawiść skierowałem na niego. Najpierw otoczyłem wodą, a następnie ją zagotowałem. Cierpiał, musiał cierpieć... Ale On tylko się uśmiechał szyderczo i pełen satysfakcji, kiedy poczułem, że ilość many, nie pozwala na dalsze utrzymywanie we wrzącym wodnym uścisku, odpuściłem. Moje ciało zrobiło się ciężkie i wylądowało zaraz obok martwego Mistrza, na ziemi.

A cóż to był za upadek, leżałem zaraz pod drzewem na brzuchu twarzą w ziemi. Już świtało. Podniosłem się i otrzepałem, przeklinając pod nosem nocną mare. Mimo, iż upadek był z ponad dwóch metrów, to dzięki smoczemu refleksowi oraz odporności, udało mi się wyjść z sytuacji bez jakichkolwiek niedogodności. Podnosząc się ziemi zauważyłem coś dziwnego. Dokoła mnie unosiła się lekka mgiełka, natomiast trawa była mokra i jakby martwa, a po dotknięciu wydawała się gorąca. Dlaczego? Nie było mi dane jeszcze tego pojąć.

Uraczyłem się owocowym śniadaniem i nim ruszyłem w dalszą drogę, postanowiłem jeszcze raz, na nowo spróbować sił, by opanować nową zdolność. Po paru godzinach, nie będąc zadowolony z efektów, ruszyłem przed siebie, w kierunku, który nie tak dawno mocno wyrył się w mojej pamięci. Grimssdel. Mimo, iż samego miasteczka nie udało mi się odwiedzić to minione doświadczenia w okolicy skutecznie budowały niechęć do dalszej podróży. Jednak przeczucie krzyczało, krzyczało by iść przed siebie i porzucić Valen, na choćby jakiś krótki czas. Stwierdziłem, że najlepiej będzie odwiedzić miasteczko tylko po to, by kupić zapasy i jak najszybciej opuścić lokację i udać się przed siebie, dopiero wtedy decydując o dalszym planie. Dalszy plan...
Poczułem przeszywający brak sensu, ponieważ dopiero teraz dotarło do mnie, że w ten sposób tylko tracę czas. Ale niestety wewnętrzne ja było silniejsze od logicznej myśli i nakazywało nieustannie, aby udać się jak najszybciej do Grimssdel. Co mnie tam miało spotkać? Co takiego miało się wydarzyć? Nie wiedziałem... Ruszyłem więc na wpół ślepo, wychodząc naprzeciw przygodzie oraz przeznaczeniu...

Gracz opuścił wątek


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






29.12.2016, 04:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#19

więc znów przyszło mi wrócić na te tereny. Bywam tu tak często w stosunku do reszty tej parszywej krainy, że może czas pomyśleć nad jakimś schowkiem nieopodal, by w razie czego, gdy przyjdzie mi następnym razem tędy przechodzić, niezależnie od sytuacji, mieć jakiś punkt zaczepienia. Podróż tutaj zajęła mi niemalże cały dzień. Znajdowałem się już naprawdę blisko Valen. Ostatnie promyki słońca, zachodziły za horyzontem, a bramy miasta miały zostać niebawem zamknięte. Idealny czas, ponieważ to były ostatnie chwile, kiedy spóźnieni podróżni, czy handlarze mieli możliwość powrotu do miasta.

Dobrałem odpowiednie miejsce, gdzie znajdowała się dostateczna ilość drzew i krzewów, bym mógł ukryć swoje położenie. Z racji tego, że moje tępo było szybkie, a nie było mi dane minąć nikogo po drodze wiedziałem, że mam jeszcze chwilę czasu nim ewentualny cel nadejdzie. Zająłem się więc prędkim preparowaniem podstawowych pułapek. Do uprzednio odrąbanej gałęzi przyczepiłem dziesięć rzutek ustawionych na sztorc. Następnie metalową linką przyczepiłem do drzewa znajdującego się najbliżej szlaku. Gałąź zaciągnąłem i obwiązałem w taki sposób, że rozcięcie linki spowodowałoby uwolnienie gałęzi i ścięcie uderzeniem nadciągającego oponenta, wbijając w jego ciało ostrza. Kilka metrów dalej, przy pomocy wodnej techniki rozcinania, wydrążyłem kilka małych dołków na rozciągnięciu całej drogi, do którego to wrzuciłem ostre, kłujące gwiazdeczki, następnie przerobiłem pieńki drewna w taki sposób, by przysłaniał szczeliny, do niego również przywiązałem linkę, którą doprowadziłem do swojego drzewa. Ostatnim elementem pozostały dwie stalowe linki poprowadzone przez drogę, zaraz za pułapką z gwiazdkami. Choć nie była to najbardziej mordercza pułapka, to umieszczenie linek na wysokości pół metra od ziemi oraz dwóch pozwoliłoby skutecznie zaskoczyć uciekającego przeciwnika. Biegnącego przewrócić, a szarżującego na koniu zrzucić, bądź przeorać gardło. Wszystkie linki podprowadziłem do drzewa i umiejętnie obwiązałem, tak by każda miała swoje zastosowanie gdy przyjdzie na to pora. Aktualnie, każdy mógł przejść przez drogę, bez świadomości jak wiele zostało tu przygotowane i minąć to miejsce bezpiecznie, jeśliby taka była moja wola. Podczas wykonywania czynności, swoje skupienie nieustannie kierowałem w stronę mgły, tak by ta się nieprzerwanie się nawarstwiała dając mi przewagę zaskoczenia.

Oblizałem wargi i czekałem. Byłem gotowy w każdej chwili, jeśli ktoś miałby nadejść, zrobiłby to najprawdopodobniej w ciągu najbliższej godziny. Zeskoczyłem z drzewa i odszedłem kilkanaście kroków w stronę Grimssdel, poza zasięg mgły. Teraz mogłem dobrze ocenić, czy cel, który będzie się kierował do Valen, będzie tym właściwym. Dzięki swojej szybkości oraz cichemu ruchowi mogłem bez problemu wrócić na swoją pozycję niezauważonym. Pozostało nasłuchiwać i obserwować. Wytężyłem wszystkie swoje smocze zmysły. Podniecenie narastało z każdą chwilą, a serce na nowo zaczęło walić jak młot.

Choć do mnie... No choć... czekam.





Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






15.03.2017, 16:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#20

MG

Mest poczynił wszelkie przygotowania do zasadzki, jaką szykował... w sumie nie wiadomo nawet, na kogo. Chyba na nikogo konkretnego. Cóż - trudno. Grunt, że były szanse komuś dowalić.
...ale czy aby na pewno?
Czekał, czekał. No i czekał. A później czekał jeszcze jakiś czas. Cicho wszędzie, głucho wszędzie, na horyzoncie nic, czemu można by spuścić manto. Rosnąca frustracja skłaniała Mesta do wyładowania swojego gniewu, a to, co zrobił, można by podpiąć pod samookaleczanie. Przez chwilę zresztą chodziło mu to po głowie, ale po tym, jak z wkurzenia walnął pięścią w ziemię - gdzie go dłoń dość zabolała - zrezygnował z takich prób. Nie był głupi przecież. Tylko cholernie zirytowany, ze akurat wtedy, kiedy było jej najbardziej potrzeba, to mordy do obicia nie było nigdzie.
A może jednak?
Trzask patyków dotarł do niego pierwszy. Prawdę mówiąc, nie był nawet pewny, czy to rzeczywisty dźwięk, bo przez jakiś czas później powtarzał się bardzo rzadko i mgliście, jakby pojawiał się tylko w jego wyobraźni. Byłby w sumie całkiem możliwy - przecież za nim znajdował się nieduży zagajnik - ale sygnały docierające do uszu Mędrca zdawały się dobiegać z nieco innej strony. Trudno było mu jednak sprecyzować, skąd konkretnie. Wiatr dmący w jego uszy też w tym przeszkadzał. Niezbyt silny, ale... wystarczający.
Pewność zyskał dopiero, kiedy zauważył, że ktoś niedaleko skrzesał ogień. Ognisko zaczęło płonąć dość szybko, a światło błyskało z kierunku, z którego Mest przybył w to miejsce, by przyszykować pułapki. To zabawne, że zbłąkane duszyczki zatrzymały się zaledwie kilkaset metrów przed nią. Być może stwierdziły, że nie będą przechodzili przez nawarstwioną przez dłuższy czas mgłę przed nimi (jaką tak czy inaczej mogliby obejść), skoro przecież i tak musieli się przespać, by rankiem kontynuować podróż.
Mest, spoglądając w tamtym kierunku, przyuważył nieco konturów, jakie zarysowały się dzięki ognisku - noc była bowiem bezgwiezdna, a księżyc dawał bardzo nikłe światło, skryty za warstwą chmur. Niezbyt może gęstą, lecz wciąż skutecznie osłabiającą widoczność.
Kontury te przedstawiały stożkowaty kształt, wyglądający na prymitywny namiot. Ręki by sobie nie dał uciąć, ale było tam też co najmniej dwóch ludzi. Na ich wyposażeniu znajdowały się jakieś przedmioty, choć aby je poprawnie zidentyfikować, musiałby się zbliżyć. Na tę chwilę wyglądały jednak na zwykłe narzędzia lub bronie. Jeżeli ci włóczędzy dysponowali jakimiś wierzchowcami, nie było ich w zasięgu światła. Tętent kopyt również nie był dla Mesta w żadnej chwili słyszalny. Dziwne - na takich rozdrożach rzadko zdarzało się spotkać pieszych wędrowców.
Ale czyż Mest nie był jednym z nich?
Gdyby jednak porównał podróżników do takich jak on... czy wystarczyłoby mu brawury, by ich zaatakować?
18.03.2017, 01:23
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna