Peryferie Valen
#21

eśna cisza skutecznie wprawiała w nastrój, stopniowo przywodząc do coraz to bardziej obfitych i intelektualnych spostrzeżeń otoczenia. Moje serce napędzane tymi jakże wspaniałymi myślami zdawało się używać własnego rytmu, by interpretować odczucia. Gdyby sam Thorn postanowił odczytać moje myśli zrozumiałby, że to co uzewnętrzniałem w tej pięknej lokacji, nijak się miało do mojego wnętrza...

GDZIE KURWA JEST DO KURWY NĘDZY KURWA KTOKOLWIEK, ŻEBYM MÓGŁ KURWA GO ZAKURWIĆ! BO JUŻ KURWA NIE WYTRZYMAM!
THORNIE! Trzymaj swego syna, żeby nie targnął się na własne życie...
NO ALE KURWA NO!


Głośne krzyki frustracji w mojej głowie skwitowałem wyładowaniem emocji poprzez posłanie siarczystego ciosu, ku matce ziemi. Zabolało jak wszyscy diabli, w końcu i taki też był bagaż emocjonalny, jaki w sobie dusiłem. Pozorne rozładowanie samookaleczeniem wdarło do mojego serca chęć zaprzestania odczuwania negatywnych myśli, niestety ze znikomym skutkiem. To było jak nałóg. Choroba, na którą zapadła moja dusza. Choroba, albo raczej błogosławieństwo. Byłem wybrany. Smoczy rodzic przekazał mi pogardę dla tego świata. Choć sam nigdy nie mówił o tym otwarcie, wywyższał się nad inne morskie stwory, nawet nad ogarniętego złą sławą Aquer'tor'ela. Nie lubował się również w tym, co żyje na powierzchni. Ten cichy przekaz zawsze dominował w mojej duszy. Potem przyszła kolej na Mistrza. On tylko powielał i powielał tę pogardę kierując ją na zupełnie inny, bardziej inspirujący tor. Odbieranie życia. Skoro coś jest gorsze, albo słabsze, to po co w ogóle istnieje? Trzeba się tego pozbyć, by miało szansę odrodzić się jako lepszy, czystszy byt.

Jeszcze teraz ręka napierdala, dramat. Synu rodu Star, zaklinam Cię. Uspokój siebie i swoją duszę, takie przemyślenia nie uchodzą zawodowemu skrytobójcy Ale jak mam się kurwa ogarnąć, skoro nikogo nie ma, a ja się przygotowałem, by kogoś zaciupać. Wszystko przez to, że zlecenie mi się nie zrealizowało. Mogłem zajebać wtedy wszystkich w tej karczmie...

I tak dalej, i tak dalej. Niezwykle bogaty monolog wewnętrzny przerodził się w szerokopasmową dysputę w kwestii zakatrupiania wszystkiego co się rusza oraz z czasem pojmowania kwestii życia rzeczy lub istot pozornie martwych i tematu, czy ich destrukcja przynosi korzyści.

Ale weźmy kurwa, takie jebane drzewo. Niby takie martwe, a jednak żywe. Jakby je rozwalić to już będzie bardziej martwe niż żywe. Hehehe, ZAJEBAĆ DRZEWO! Mest, skup się co Ci da dekonstrukcja drzewa. Pozornie przywiedzie Cię do radości, natomiast poczucie niespełnienia wyewoluuje do gorszego jeszcze stadium. ZAJEBAĆ DRZEWO! Nie popadaj w obłęd, tylko dlatego, że brak Ci celu. ZAJEBAĆ DRZEWO! Cierpliwości, nie możesz się zachowywać jak dziecko pozbawione zabawki. ZAJEBAĆ KURWA DRZEWA! Minęły ledwie dwie godziny, a Ty już się stresujesz. Nie tak Cię uczył Mistrz. Niech ziemia ciężką mu będzie. Jest tu racja. Poczekam jeszcze chwilę... Od razu lepie... Ale potem, rozpierdolę ten las.

Więc, czekałem. Czekałem, czekałem, czekałem, aż do moich uszu zaczęły dochodzić trzaski gałęzi...
Nie wiedziałem, czy w głowie mam aż tak bardzo źle, że moje wewnętrzne alter ego w postaci urzeczywistnionej, zaczęło dokonywać niszczenia lasu, czy może rzeczywiście mam do czynienia ze swoistym łutem szczęścia, na skraju psychicznej wytrzymałości.
Wytężyłem zmysły by wsłuchać się w dźwięki lasu. Nadal nie byłem pewny. Szum wiatru również robił swoje, naprzeciw moim planom. Wtem ujrzałem nieopodal blask świeżo wykrzesanego ogniska. W moje serce ponownie wlał się spokój, a w miejsce szaleństwa nastąpiło klasyczne podniecenie. Ciężko było dojrzeć z dej odległości, ale na pierwszy rzut oka, około dwie osoby stały przy ognisku. Po dokładnym przyjrzeniu, dojrzałem jakieś przedmioty przy ich ciałach, jednak odległość uniemożliwiała identyfikację.

Zarzuciłem kaptur i swoim wyuczonym cichym krokiem ruszyłem w kierunku palącego się ogniska, pilnując na bieżąco otoczenia, by nie zostać zaskoczonym, ani by żadna, nawet najmniejsza gałązka nie trzasnęła pod moim butem. Zbliżyłem się na odległość, pozwalającą mi oszacować z kim, lub czym mam do czynienia, bez zdradzenia swojej pozycji. Wsłuchałem się też w ewentualne dialogi oraz skoncentrowałem się na węchu by wyczuć, czy jest więcej potencjalnych oponentów.


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






19.03.2017, 00:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#22

MG

Drzewo wyglądało bardzo prowokująco. Może nie fuknęło na Mędrca, ale gałęzie poruszyły się "zapraszająco". A może to wiatr nimi potrząsnął?
Kiedy jednak smocze zmysły wyczuły zbłąkanych włóczęgów nieopodal, Mest stracił ochotę na rozstrząsanie, czy aby bór rzeczywiście chciał się z nim bić. Bardziej interesująca zdawała się być wizja pozbawienia życia tych dwóch... czy iluś, jacy nagle się niedaleko zalęgli.
Zaczął się więc zbliżać do nich z podwyższoną ostrożnością, próbując wykorzystać swoje doświadczenie w domenach skradania się i obserwacji, by zdobyć jak najwięcej informacji o podróżnych - samemu pozostając niezauważonym. Nie wszystko jednak poszło po jego myśli. Było dość ciemno...
Po zbliżeniu się na bezpieczną odległość do ogniska, pod nogami trzasnęła mu więc jedna, nieduża gałąź.
Tyle dobrze, że zgrała się z zupełnie naturalnym trzaskaniem drewna w palenisku. Ci dwaj przy ognisku niczego nawet nie podejrzewali. Zachowywali się, jakby nie dostrzegali, ani nie usłyszeli skradającego się do nich Mesta.
- ...ale zrobiła dobrze, że kazała mi nazbierać drwa przed zapadnięciem zmroku. Wkurwiłem się, ale, hehe, średnio chciałoby mi się ruszać dupsko po opał teraz, w taką ciemnicę.
- Ano. - odparł drugi facet. - Nie dziwię ci się. Tyle, że coś długo nie wraca.
- Dej spokój... znasz ją. Wie, jak sobie poradzić.
- Może i masz rację. Zdrowie.
I pociągnęli wraz ze swych piersiówek, krzywiąc się później nieznacznie.
Zdawać by się mogło, że ci dwaj mężczyźni byli mniej zaniepokojeni o tajemniczą damę, niż Mest. Kto wie, skąd mogłaby nadejść?...
W miarę zbliżania się Mędrca, płomień ogniska rósł. Teraz rzucał nieco światła na kontur czegoś większego za jednym z facetów. Sporych rozmiarów namiot, wystarczający chyba, by pomieścić w środku ze cztery osoby.
Wokół ogniska było też kilka drewnianych pieńków - Mest naliczył siedem - a na dwóch z nich siedzieli ci dwaj. Jeden z nich wstał, chwycił siekierę i porządnym, wyuczonym chyba cięciem znad głowy rozciął pieniek na dwoje, po czym poprawił, dzieląc drewno na ćwiartki. Jedną z nich dorzucił do ogniska.
Mędrzec był jednak za mało doświadczony w walce, zwłaszcza dwuręcznym toporem, by móc stwierdzić, jak dobrze posługiwał się ten typ owym narzędziem. Widać było w jego ruchach wprawę, ale czy podobnie wyglądałoby to w przypadku spotkania się z ruchomym wrogiem? Nie wiadomo.
- Ech... pieniek. Żadnej frajdy z tego, co, Log?
- Taaa. Ni zabawy, ni pożytku.
- Heh... - przysiadł na pieńku facet, rosłej budowy. Tamten drugi sprawiał wrażenie bardziej krępego, lecz póki siedział, niewiele dało się o nim powiedzieć. Obok niego leżała tarcza, a u pasa miał chyba jakąś broń, ale Mest nie był w stanie określić, co to konkretnie było - póki nie zacząłby obchodzić obozowiska.
Przedmioty jakie leżały wokół okazały się być paroma siekierami, drewnianą tarczą z licznymi śladami użytku (właśnie tą, jaka leżała obok Loga), piłę ramówkę, którą zapewne poprzecinane były te pieńki, wbity w ziemię szpadel i  jakieś wiadro, trudno powiedzieć, czy puste, czy pełne.
Dodatkowo smocze zmysły pozwoliły przyuważyć Mędrcowi kontur czegoś skrytego za pieńkiem faceta, jaki wstał, by dołożyć do ogniska. To była... kusza. Czy była załadowana? Trudno rzec. Ale przekonać się chyba gorzej.
Na domiar złego, z namiotu wypełzło coś małego i przeciągnęło się. To był... kot. Ten mały, zdradliwy skurwisyn od razu zwrócił uwagę na Mesta. Spoglądając na jego, najeżył się i prychał. Ci dwaj przy ognisku nie zwracali na niego uwagi, ale kwestią czasu było, jak to zrobią...
24.03.2017, 19:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#23

erce podgrzewało podniecenie, jednak przezorna ostrożność studziła ambicję. W miarę zbliżania się do ogniska nader ostrożnie, coraz to bardziej zdawały mi się być widoczne postury oraz ekwipaż moich domniemanych dwóch celi. Czułem się w tym momencie jak drapieżnik, chowający się w trawie i doglądający swojej ofiary. Tak skupiony i tak nieruchomy, że najprawdopodobniej zdawałem się być bardziej statyczny od pni drzew, które co jakiś czas z lekka poruszały się pod wpływem co jakiś czas przewiewającego, delikatnego wiatru.

Z wypowiedzianych przez mężów słów, dane mi było zrozumieć, że nie tylko oni są w obrębie zagajnika, w dodatku ich towarzyszka, której wyczekiwali, najprawdopodobniej nie była byle kim. "Tym lepiej..."- pomyślałem i uśmiechnąłem się w duchu. Zabicie płotek oczywiście, ukoiłoby pragnienie, ale najprędzej nie przywiodłoby do satysfakcji jaką chciałem w tej chwili osiągnąć. Jej zwieńczeniem, mogła być kobieta, która miała nadejść. Choć nie lubowałem się w mordowaniu kobiet, ba nawet czułem do nich swoistą słabość, to uzbrojona wojowniczka, czy po prostu stawiająca opór żeńska jednostka, nakręcała mnie tak bardzo, że zapominałem często o swoich upodobaniach i preferencjach, względem dobierania celów. W tej sytuacji nie zapowiadało się wcale, by miało być inaczej.

Czułem niepewność, w rosnącym oczekiwaniu i podświadomie coś podpowiadało mi, że najlepiej będzie zabawić się w trochę inny, mniej konwencjonalny dla skrytobójców sposób. Mistrz lubował się w tej technice, jeżeli cele były przypadkowe oraz niewiadome, a kwestia upewnienia wymagała wywiadu. Postanowiłem, na wzór mojego mentora z lekka zmienić taktykę, na tę bardziej nietypową. Swoista przemiana z polującego drapieżnego kota, w brutalnego i śmiercionośnego wilka, wyskakującego z owczej skóry. Korzystając ze swojej dobrze wyuczonej sztuki perswazji postanowiłem zaprzyjaźnić się z moimi przyszłymi celami i w ich towarzystwie wyczekać przyjścia ich towarzyszki.
Na wszelki wypadek z many, wykreowałem sobie jedną wodną mackę na poziomie łopatki niemalże kompletnie niewidoczną w obecnie panujących ciemnościach, która póki co, miała pozostać w pogotowiu schowana z tyłu. Jakby któryś z oponentów postanowił od razu zaatakować bądź wystrzelić z kuszy. Wtedy, jeśliby niemożliwe było dostatecznie szybkie schowanie za drzewem, lub zrobienie uniku, spróbowałbym odbić strzałę, lub złamać ją w locie.

By nie wzbudzać podejrzeń, cofnąłem się paręnaście metrów w tył, ciągle się skradając. Kiedy byłem dostatecznie daleko, zmieniłem pozycję na bardziej pewną i wyprostowaną, zrzuciłem z głowy kaptur i odsłoniłem twarz.
Uśmiechnąłem się serdecznym i radosnym uśmiechem. Łagodnym, pełnym nadziei i szczęścia głosem przebiłem się przez trzaski ogniska oraz ciemność. Następnie pewnym, choć ostrożnym krokiem, ruszyłem w stronę obozujących, będąc gotowym na nieoczekiwane.

-Dobrzy ludzie! Najwspanialszym bóstwom dzięki, że pozwoliły mi was odnaleźć. Nie lękajcie się i wybaczcie, że przeszkodziłem. Nie mam złych zamiarów, jestem tylko podróżnym, który zgubił drogę do Valen jak i swojego wierzchowca. Nie jestem tutejszy i zbłądziłem. Mój koń przestraszony myszy, zawiódł mnie w te dzikie ostępy i porzucił. Czy pozwolilibyście przeczekać zbłąkanemu, do wzejścia słońca?



Jeśli pozwolisz, chciałbym zacytować: "Prawdę mówiąc jednak, jego doświadczenie nie równało się jego zdolnościom... zwłaszcza, że wszystkie graty spoczywające na jego barkach ważyły drugie tyle tego, co sam mędrzec."

Ja rozumiem zasadę, Mistrz Gry ponad wszystko, lecz nie wydaje mi się, by moje oporządzenie w magiczny sposób urosło na wadze, w przeciągu jednego posta. Biję tutaj do tego, że jest to kolejny raz kiedy mówimy o ekwipunku mojej postaci jako o rzeczy niemożliwie ogromnej. Oczywiście jestem świadom, że teraz trzasnęła tylko gałązka. Ale boję się dnia, w którym będziemy kwestionować, to czy na wyważeniu przesadnym biednego Łotrzyka, nie przyłoży się do jego śmierci.

Włączając sam aspekt tego, że jako mędrzec, Mest ma zwiększony udźwig, chciałbym byśmy wspólnie przyjrzeli się pełnej wadze mojego ekwipunku, by rozwiać wszelkie wątpliwości. Przytoczę w tym celu mój ekwipunek.


Amulet Bractwa: 100g
Duży pakiet miłośnika noży:
"Całkiem spora ilość, bo koło trzydziestu, dobrze wyważonych małych noży do rzucania"
Trzydzieści razy sto gram daje trzy kilogramy. (plus dodatkowe dziesięć i podajniki kilo trzysta)
"Bliźniaczki: Czyli dwa wręcz identyczne noże o lekko zakrzywionym ostrzu" - Dwa razy trzysta pięćdziesiąt gram.
"Siepacz: (olbrzym) Czyli wbrew pozorom nóż do rzucania, od klasycznych rzutek różni znacznym rozmiarem i ciężkością. Cały ten nóż jest o długości pół metra, specjalnie wyważony, tak aby sam koniec ostrza był dużo cięższy. " - Spokojnie jeden kilogram.
Towarzysz: Czyli ostatni element mojego nożowego ekwipunku. Troszeczkę dłuższy od klasycznych noży, lekko wykrzywiony i przeznaczony wyłącznie do walki w zwarciu. - Pięćset gram.
"Plecak: zwyczajny, poręczny, wygodny i przede wszystkim pakowny" - Pięćset gram:
Apteczka - Jeden kilogram
Lina: Długa na około piętnaście metrów, bardzo wytrzymała. - Dwa kilogramy
Klucz East Star: sto gram
Prowiant: A raczej jego resztki. - Pięćset gram
Wodne Płuca: Pojemniki na wodę zrobione z żołądków niedźwiedzich, pozszywanych w taki sposób aby, był szczelne. Pojemność pojemników to około dwa litry. - Dwa kilogramy(Waga pojemników wypita)
Większy bukłak na wodę: Wykonany z miękkiej, nieusztywnionej skóry jeleniej o pojemności 4 litrów. Zastosowanie miękkiej skóry dało efekt taki że: im mniej wody w bukłaku, tym miejsca on zajmuje. - W normalnych warunkach cztery kilogramy, obecnie zużyty - dwa kilogramy
Mniejszy bukłak na wodę. W przeciwieństwie do większego bukłaka, ten został wykonany z utwardzonej skóry, przez co nie zmienia swojej objętości. Pojemny na 750 mililitrów. - Jeden kilogram.
Kompas, Krzesiwo magnezowe, Metalowa żyłka - pół kilograma
Bombowa sakwa - Czyli po szczęśliwej piąteczce każdego rodzaju alchemicznych bomb. - Piętnaście razy po pięćdziesiąt gram plus torba. - Jeden kilogram.
"Kłujące gwiazdeczki" -  Trzysta gram.
Saszetki z proszkami. - Czternaście razy po dziesięć gram - około sto pięćdziesiąt gram.
"Mała torba na ubrania" Z całą pojemnością - jeden kilogram.

I na koniec, gwóźdź programu.

"Hybrydowa zbroja łuskowo-płytowa: wykonana z różnej wielkości czarnych łusek, przymocowanych do podkładu z zamszowej skóry jeleniej przy pomocy dwóch nitów o ozdobnych, mosiężnych główkach. Pancerz stworzony na bazie kruszcu Tur'ah'mok, z domieszką minerałów barwiących na czarno i zmniejszających połysk, składa się z płytowego napierśnika oraz naplecznika. Sam napierśnik jest tak poszerzany, ażeby zasłaniał boki. Napierśnik jest ośrodkiem konstrukcji, jednak najbardziej rozbudowanym i odpornym elementem całego pancerza jest obojczyk, orazlewy naramiennik, który również jestpłytowy. Elementy płytowe ciągną się wzdłuż lewej ręki i kończą na palcach, które zakończone są jakby płytowymi szponami. Całe opancerzenie skonstruowane jest w taki sposób, by jak najlepiej przylegać do osoby noszącej. Taka budowa konstrukcyjną, w połączeniu zastosowaniem jak najlżejszych materiałów, daje swobodę poruszania. Przede wszystkim, pancerz nie wydaje za dużo dźwięków przy poruszaniu, a dzieje się tak za sprawą specjalnego rodzaju gąbkowatego morskiego porostu nałożonego na wewnętrznej stronie łusek i płyt, przez co poruszanie nie powoduje trzeszczenia, czy innego rodzaju stukotu charakterystycznego dla pancerzy tego typu. Cechą charakterystyczną tej zbroi jest mała osłona prawej ręki, które na celu ma uzyskanie jak największej szybkości ruchu. Całość po skrócie można by przedstawić tak, jakby lewa strona służyła do obrony, a prawa do błyskawicznego ataku. Jako element ozdobny, na plecach posiada wszytą wilczą skórę, która połączona jest ze zbroją. Buty skórzane z dodatkiem metalowych umocnień, posiadają metalową płytę pod podeszwą, aby uniemożliwić ich przebicie, w przypadku postawieniu stopy na kolcach itp. a sama podeszwa wykonana jest z twardej skóry. Buty jak i nagolennice zostały wykonane w podobnej konwencji co pozostałe elementy zbroi, jednak opancerzenie jest równoległe względem siebie."

Typowa płytówka, NIECZOŁGA wahała się w okolicach od dwudziestu do trzydziestu kilo. W moim przypadku, są to w najlepszym wypadku dwie trzecie zbroi płytowej. (Oczywiście o wiele mniej)
Ale zostańmy przy siedemnastu kilo(jeśli byśmy mieli do czynienia z normalnym kruszcem. W swojej zbroi zastosowałem Tur'ah'mok. "Jego zaletą jest mała waga, bo ok. 0,5kg na 200cm3, gdzie taka sama bryłka żelaza waży 2,7kg i ma identyczną wytrzymałość." - Czyli około 3,14... Dajmy na to Trzy kilogramy i pół.




Sumując to wszystko i zaokrąglając w górę nawet często nazbyt, wychodzi nam dwadzieścia dwa kilogramy ciężaru rozlokowanego na całe ciało, dopasowanego i rozkładającego się tak jak trzeba.

Tworzyłem tę postać, w oparciu o własne doświadczenia i wiedzę, następnie zwiększyłem możliwości poprzez wiek, fizjologię oraz gatunek.(Mędrcy dla mnie figurują jako lepszy byt) Oprócz tego mamy przyzwyczajenie do stałego obciążenia, plus wiele innych czynników. Nawet jeśli waga wszystkiego co Mest ma przy sobie zakalałby w okolicach trzydziestu kilogramów nie sądzę, że dla wytrenowanej, silnej jednostki stanowiłby to problem, w biegłym i wprawnym poruszaniu. Ale to tylko moje zdanie. Na zakończenie chciałbym dodać, że przecież nie stworzyłbym postaci, nie biorąc tych wszystkich ewentualności pod uwagę.
#WybaczWywód


Pozdrawiam
Kuzyn MEST



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






26.03.2017, 22:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#24

MG

Gdy Mest szedł w stronę ogniska, coś mu podpowiadało, że jest mocno nie w porządku... jakby czuł, że wchodzi prosto w paszczę jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Co prawda ostatnimi czasy w ogromnym stopniu nabrał sił, ale jego instynkt płatnego zabójcy reagował samoistnie. Czyżby sam ładował się w pułapkę, zasadzkę?
Było jednak już za późno, by się odwrócić i stwierdzić, że jednak wcale go tu nie było. Został zauważony przez obydwu członków "obozowiska". No i kota.
W miarę zbliżania się i swojej pokojowej mowy, dostrzegał pewne niepokojące ruchy ze strony "drwala", za pieńkiem którego wystawała częściowo kusza. Nie zdradzały jego zamiarów w pełni, więc głupio byłoby nagle zmienić plany i atakować... Dopóki gwałtowny ruch nie potwierdził, że ten człowiek chce oddać strzał. A Mest zdążył przybliżyć się dość znacznie...
Bez szczególnego celowania, po prostu odruchowo wystrzelił, kierując mordercze narzędzie prosto na Mędrca. Czy trafiłby? Trudno rzec. Lot bełtu jest dość szybki. Mestowi udało się odbić macką nadlatujący pocisk, choć z niejakim trudem, powiodło się.
Kątem oka dostrzegł jednak, że bełt nie był jedynym zagrożeniem. Zanim pierwszy facet zdążył zadziwić się magicznymi zdolnościami zbłąkanego wędrowca, Log również zrobił jakiś dziwny, gwałtowny ruch.
Nie było wiele czasu na ratowanie się, jeśli był to bełt z kolejnej, niezauważonej tym razem kuszy. Wytrzymałość macki na łopatce została naruszona - czy wytrzyma odbicie kolejnego pocisku?
Tymczasem "drwal" sięgał ponownie po siekierę, zapewne chcąc w niedalekiej przyszłości ruszyć do ataku. To nie on był jednak źródłem nie do końca znanego zagrożenia...
28.03.2017, 07:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#25

imo, iż wszystkie instynkty były negatywnie nastawione, co do zaistniałej sytuacji, z lekka obracając je w stronę wszelako pojętej gotowości na wszystko, ruszyłem przed siebie... Ku mojemu zaskoczeniu, moja rozwinięta umiejętność przekonywania, nie przyniosła oczekiwanych skutków, ba wręcz przyniosła odwrotne, bowiem zamiast powitalnych słów, zostałem uraczony wystrzelonym z kuszy bełtem. Nie było rady, trzeba było działać, zdejmując łatkę podróżnika i pokazać kły.

Na moje szczęście udało mi się wystrzelony pocisk odbić uprzednio spreparowaną macką, niestety poprzez obronną czynność w chwili obecnej macka wymagała regeneracji. Thornie, dziękuje Ci za Twą łaskę...- pomyślałem i zarechotałem uradowany, wreszcie miało nastąpić to, czego już tak długo nie miałem okazji zakosztować, a od czego przecież byłem uzależniony. Zobaczyłem kontem oka, jak jego towarzysz najpewniej planuje wyszykować przeciwko mnie swój ruch. Postanowiłem go uprzedzić i skupić się wpierw na nim, zanim wystąpię przeciw pierwszemu. W końcu, mało kto nosi przy sobie dwie kusze na raz, a poprzednia wymagała ponownego załadowania. Postanowiłem jednak pozostać ostrożnym w jego kwestii, bo już przed chwilą przejechałem się na swojej pewności siebie. Jeśli atak Loga, nie miałby być niczym innym jak kolejnym strzałem z kuszy, lub też jakimś przedmiotem poddanym w ruch w celu odesłania mnie do świata zmarłych, skupiłbym swoją moc by jak najprędzej odbudować uszkodzoną mackę, by przy jej pomocy odbić już ewentualnie posłany przedmiot w moją stronę, jednocześnie wykonując gwałtowny ruch za najbliższe drzewo. Kiedy tylko potwierdziłyby się moje przypuszczenia i uczułbym, że zagrożenie minęło, przekierowałbym swoją moc, by utworzyć kolejne dwie macki na swoich łopatkach. Teraz miała być kolej na mnie i na najbardziej niszczące narzędzie. Wyciągnąłem ręce za siebie i skupiłem moc dookoła ostrza tej masywnej rzutki. W międzyczasie, dwoma mackami wyjąłem po jednej rzutce ze sprężynowego mechanizmu zamontowanego na żebrach i używając mocy rotującej, wyskakując zza drzewa posłałem w stronę Loga, by zaraz później wysłać niosącego śmierć Siepacza. Takie zastosowanie miało wykluczyć chybienie największą rzutką, ponieważ dwie pozostałe zostały posłane z dwóch stron oponenta, aby wykluczyć zrobienie przez niego uniku.
Ostatnia macka, pozostawała w nieustannym ruchu zaraz za mną, niczym czujny, wodny koci ogon. Była w każdej chwili gotowa by zablokować atak z zaskoczenia, który mógł nadejść z tyłu, lub wspomóc obronę z przodu, jeśli tego miała wymagać sytuacja, w końcu cały czas miałem w głowie, mającą niebawem powrócić, ich towarzyszkę, a nie mogłem sobie pozwolić na ponowne zaskoczenie.

Jeśli mój pierwszy atak odniósłby sukces powodując unieszkodliwienie Loga i nie wystąpiłoby nic zaskakującego, a drwalopodobny ruszyłby w moją stronę próbując się na mnie swoją siekierką, wykorzystałbym aktywne wodne bicze, by unieszkodliwić oponenta serią bolesnych uderzeń. Najpierw w kierunku dłoni, by wytrącić narzędzie, potem zaś po całym ciele, skupiając się na szyi, genitaliach i splocie słonecznym, a zaprzestałbym dopiero chwilę po tym, jak byłbym pewien, że oponent już mi nie zagraża.




Hmmmmm... wypadałby ustalić, ile kosztuje regeneracja uszkodzonej macki, żebym wiedział ile sobie odjąć oraz czy regeneracja zawsze będzie obejmować taki sam zakres many.
Manę odejmę, jak będę wiedział co się wydarzyło.

Pozdrawiam
Kuzyn MEST

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.04.2017, 21:14 przez Mest.)



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






31.03.2017, 17:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#26

MG

Okazało się, że Log rzucał jakimś ostrym narzędziem, które rozcięło powietrze i ugrzęzło przez krótką chwilę w masie wody, jaka zdołała je odbić. Mędrzec zidentyfikował je po chwili jako przeciętny nóż do rzucania.
Po efektach tego ataku Mest zdołał, dzięki swojemu doświadczeniu w "pracy", wyprowadzić pewne wnioski. Albo rzut wcale nie był tak dobry technicznie, a jedynie względnie celny, albo narzędzie było dość tępe. Parowanie bowiem nie odbiło się prawie w żadnym stopniu na wodnym biczu.
Gdy jednak zwrócił uwagę na drugiego przeciwnika, dostrzegł refleks kolejnych dwóch noży u pasa wrogiego miotacza. Jako że dzieliła ich odległość paru metrów, a ognisko między nimi utrudniałoby zwarcie, ten sięgnął po kolejny. Zapewne za chwilę miał zamiar nim rzucić...
Tymczasem drugi bandzior zdołał już przyjąć bojową gotowość i ruszał do ataku na Mesta, który w międzyczasie przyszykował słodką zemstę. Z racji tego, że w pobliżu nie znalazł żadnej osłony, postanowił zlikwidować przeciwnika, zanim ten sprawi kolejny kłopot. Walka jeden na jednego zawsze jest prostsza.
Wyrzucił dwa noże, które świsnęły, a jeden z nich wbił się w prawy biceps wroga - przez niefortunną próbę uniku. Z poprzedniego rzutu Loga chyba wynikało, że był praworęczny - zatem nie lada była to przewaga. Choć zawsze mogło się okazać, że lewą kończynę miał równie sprawną.
Okazało się jednak, że zbieranie takich przewag przez osłabianie wroga nie było nawet koniecznością. Mężczyzna zatoczył się i upadł po tym, jak Siepacz zagnieździł się głęboko w jego piersi.
"Drwal" miał atakować na odlew, ale również nie zdążył. Wodne bicze sprowadziły na niego powolną klęskę. Po kilku chwilach był stłuczony i bez poprzedniego zapału do walki. Dyszał zmęczony, wręcz jęczał, czekając tylko na ostateczny cios.
A kot prychnął i uciekł.


Jeśli uznam to za potrzebne, podam ci koszty many. Nie musisz mi o tym przypominać.
Masz cztery pierścienie odnowy na +5, to daje ci 24 regeneracji many na post. Wystarczająco, żeby przywołać i utrzymać jedną mackę i zregenerować ją z niezbyt wielkich obrażeń.

<w tym poście zaszła potrzeba>
-30PM za dwa bicze, -4 za utrzymanie trzeciego, 4, 4 i 8 za nóż, nóż i siepacz przy rzucie. I +24. To daje ci rachunek 26 na minusie. Nie musisz tego odejmować, napiszesz posta i będziesz miał -2, to prawie że bez różnicy.
<chyba ze chcesz jakoś efektownie zabić typa, który czeka na śmierć, to odejmij>
04.04.2017, 13:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#27

otowe. Wreszcie dokonałem dzieła. Log, jak i jego towarzysz spoczywali już na miękkiej ziemi, dookoła jednego z nich rozlewała się stopniowo kałuża krwi. Drwal leżał nieopodal swojego towarzysza, jęcząc z bólu. Najprawdopodobniej po serii ciosów wymierzonych przez wodne macki, nie był w stanie się poruszyć, nie było tu mojego zdziwienia, uderzenia z mojej strony były wymierzone i pewne tego, gdzie mają trafić. Mimo, iż dokonałem już niemalże upragnionego czynu, w tle, gdzieś na końcu języka, czułem lekki smak goryczki, jakby niespełnienia. W pierwszej chwili, nie potrafiłem określić, czym jest to uczucie spowodowane... Pełen wzgardy wejrzałem na Loga i skupiłem na nim chwilę swoją uwagę, krytykując w myślach jego kunszt nożownika. Ogromna rzutka wbita była niemalże aż po rękojeść, w klatkę piersiową przeciwnika. Nie było raczej szansy, by mógł przeżyć coś takiego. Siepacz dopadł celu perfekcyjnie i rozkoszował się teraz ciepłą i świeżą krwią, prosto z serca swojej ofiary. Choć w głębi duszy zastanawiało mnie, czy od otrzymania ciosu uchronił mnie sam Thorn, to wierzyłem, że moje umiejętności odegrały tu kluczową rolę. Ironicznym zdawał się być fakt, że nożownik zginął od władanej broni, lecz moje obycie, doświadczenie jak i to że byłem w końcu kimś pokroju nadczłowieka, dawało mi znaczną przewagę. Wytężyłem słuch i rozejrzałem dookoła, by upewnić się, że nikogo nie ma w pobliżu. Nim podszedłem bliżej w stronę ogniska, pociągnąłem spory łyk z spreparowanej rurki wysuniętej spod kołnierza, po czym nasunąłem maskę na twarz. Licho wie, kto mógł być w pobliżu, a profesjonalizm i nauki Mistrza silnie odbijały się nieustannie na moim funkcjonowaniu. Właściciel topora, nie wyglądał, jakby był w stanie się ruszyć, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, podobny stan miał Log... Tyle, że gorszy, dużo gorszy... Przypomniałem sobie wreszcie, czym było to uczucie niespełnienia. Na początku naszego ciekawego zapoznania, usłyszałem coś o kobiecie, o której wspominał jeden z obecnie tu leżących... Według słów, miała nadejść niebawem. Nie widziałem wcześniej w pobliżu żadnego innego ognia, a do moich smoczych narządów słuchowych nie docierały żadne dźwięki. W tej ciemności idąc przez las, każdy człowiek wydawałby mnóstwo hałasu, a używając pochodni z dużej odległości mógłby pozostać prędko zauważony. Jedynym wariantem, który wydawał się jak najbardziej prawdopodobny, było to, że kobieta która ma nadejść, nie znajduje się jeszcze dostatecznie blisko. No no. Możliwe, że zabawa się jeszcze nie skończyła. Zarechotałem podniecony. Kto wie, co jeszcze zdarzy mi los...- powiedziałem w duchu, po czym prędko przystąpiłem do działania. Skupiłem uwagę na namiocie... czy na pewno był pusty? Gdyby coś się w nim ruszyło, wiedziałbym o tym pierwszy, więc nieustannie z dozą ostrożności w tej kwestii skierowałem się najpierw na dwóch mężów, pozwalając by pozostałe trzy macki pełniły rolę straży.

Ruszyłem wpierw w stronę "Drwala", by dokończyć dzieła. Podchodząc w taki sposób, aby drugi leżący nagle nie zmartwychwstał, by zadać mi na plecy cios z zaskoczenia, zbliżyłem się do ledwo dychającego oponenta. Aby pozostać bezpiecznym wykreowałem kolejną wodną mackę na łopatce i skierowałem w stronę drugiego oprycha opierając ją na nim, tak by wiedzieć, kiedy tamten się choć minimalnie ruszy. Ciągle uważnie pilnowałem terenu dookoła wykonując każdą czynność. Z niewiadomych przyczyn, czułem się obserwowany... Miałem jednak nadzieję, że to jedynie Thorn patrzy na swego sługę, podczas pozbywania się bezbożnych.

Gdy znalazłem się nad oprychem do mojej głowy weszło stare wspomnienie. Był to pierwszy dzień kiedy było mi dane poznać Mistrza i sytuacja w której uratował mnie z rąk oprychów. Byłem wtedy zbyt słaby. Choć nie wspominałem nigdy dobrze tamtego dnia, to najprzyjemniejszym uczuciem tego doświadczenia był moment, jak moje pazury, rozpędzone otaczającą je wodą, zanurzyły się w krtani mojego oprawcy. Postanowiłem i tym razem spróbować dokonać podobnego czynu. Obmyślony plan, wymagał jedynie realizacji, dlatego też przykucnąłem obok konającego i odsłoniłem smoczą rękę. Łuski lekko zamigotały ciemnoszafirową poświatą w tańczącym ogniu. Wyciągnąłem rękę w tył i skupiając się, by cios był jak najbardziej precyzyjny, posłałem ostre pazury prosto w krtań "Drwala", by następnie ją wyszarpać. Czułem, jak ciepła krew wylewa się na moje pazury i jak tryska na rękę. Tamten posłał mi jeszcze jedno rozpaczliwe spojrzenie, nim przestał ruszać się do reszty a pustka zagościła w jego oczach. Poczułem to... Moje serce zabiło szybciej jakby wysysając energię życiową z mordowanego, karmiło się obecną chwilą zaspokajając mój głód. Było mi w tym ułamku sekundy tak błogo i przyjemnie, a moje ciało przeszyły ciarki. Kiedy wreszcie wyzionął ducha do reszty, przystąpiłem oględzin i zabrałem wszystko co uznałem za przydatne lub interesujące, tak zrobiłem najpierw z kuszą. Podobnie i postąpiłem z drugim towarzyszem. Pozostało mi zabrać swój ekwipaż z ciała Loga i upewnić się, czy na pewno nie żyje. Na początku wyrwałem z jego klatki piersiowej Siepacza oraz moje rzutki z jego ręki, które strumieniem wody z ust na prędko opłukałem z ciemnej czerwonej posoki i następnie umieściłem na swoim miejscu w swoim ekwipunku.

Jak uczułbym, że w pobliżu nadal nie ma nikogo i jestem bezpieczny, zacząłbym przeszukiwać namiot, w kwestii ewentualnych znalezisk. Aby uniknąć zaskoczenia, przy po mocy macek, zdjąłbym całą górną część i odrzucił na bok, pozwalając by pozostało wszystko co jest na ziemi, wraz z całą zawartością. Następnie przystąpiłbym do zebrania fantów, jeśliby oczywiście nie wynikło z moich działań nic nieoczekiwanego.
Po zakończeniu wszystkich zbierackich czynności, wspiąłbym się na najbliższe, wyciemnione drzewo i pozostał tak jeszcze jakiś czas w oczekiwaniu i nasłuchiwaniu na nadejście kolejnego ewentualnego celu. Byłem gotowy...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






10.04.2017, 13:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#28

MG

Ci ludzie nie posiadali przy sobie zbyt wiele. Dwie sakiewki u pasa nie były pełne od złota, ale coś tam w nich się znalazło. Kilkadziesiąt monet w jednej i drugiej, niestety, większość to miedziaki. Ciekawym znaleziskiem były co prawda noże do rzucania i kusze - całkiem sprawne. Nie był to może szczyt możliwości rzemieślniczych, ale ze wprawną ręką można by ustrzelić tym jakiś cel.
Z drugiej strony to ze wprawną ręką idzie i szpadlem i patelnią kogoś zajebać, także wielce mi to odkrycie.
Ale, wracając do tematu, noży do rzucania było całe cztery sztuki, co zaś bełtów się tyczy - łącznie siedemnaście. Piękne to one jednak nie były. Kiepsko wystrugane z jakiegoś drewna, ledwo nadawały się do użytku. Na krótki dystans mogły być niezłe, ale przy większych odległościach pewnie dawałyby dość... znaczną różnicę w celności, w porównaniu do profesjonalnie wykonanych. Groty miały jednak dość dobre. Tępawe i gdzieniegdzie przetarte, zdarzyło się nawet kilka wyszczerbionych, ale wyglądały na zrobione przez kogoś, kto na robocie się zna.
W namiocie zaś było dość... ciemno. Spodziewana sytuacja, zwłaszcza że był środek nocy. Trudno byłoby się po omacku odnaleźć, ale po odrzuceniu płachty na bok i dzięki płonącemu nieopodal ognisku oraz dobremu oku Mędrca, nie było większych kłopotów w rozpoznaniu, co jest w środku. A co było? Niewiele. Tyle, co przydrożni bandyci mogą przy sobie mieć.
Kilka par butów o wątpliwej woni - nos Mesta zmarszczył się mimowolnie. Pary przepoconych ciuchów, choć niektóry wyglądały na względnie świeże. Być może kobieta, o jakiej gadali ci faceci, była na tyle zaradna, by przemyć je w Grimssdel? Albo zostały zwyczajnie zrabowane dość niedawno. Prócz tego parę koców i poduszek, wyglądających jak te z powozów, podkładane pod tyłek. Tu były raczej używane by miękcej było pod głową w trakcie snu. Dodatkowo porozrzucane gdzieniegdzie puste butelki i z dwa tuziny chyba pełnych, z zatyczkami korkowymi. Zdaje się, że z winem, ale kto to wie?
Następnie zabójca wspiął się na pobliskie drzewo, oczekując przybycia celu. Znów cholera go zaczęła strzelać, bo przez długi czas nic się nie działo, na tyle, by jego ekscytacja walką zdążyła wygasnąć.
W pewnym momencie coś jednak strzeliło nieopodal. Zwierzę? A może kobieta, która miała wkrótce przybyć?
Minął jednak jakiś niedługi czas i... nic. Przez minutę czy dwie nie dobiegał już zupełnie żaden dźwięk, poza trzaskaniem ogniska.
12.04.2017, 18:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#29

ażda chwila dłużyła się niemiłosiernie, a fałszywy alarm poprzez trzask gałęzi pogrążył tylko uczucie wyczekiwania. Choć już nie tak dotkliwie, jak w trakcie poprzedniego oczekiwania, to niewątpliwie ta sytuacja wlała nową nutkę frustracji w moje serce. Cokolwiek miało nadejść, nie nadeszłoby prędko. Mistrz często mówił o tym, jak bardzo powinienem wdrażać w siebie tę cechę i że bez niej, ta profesja nie ma sensu. Możliwe, że miał rację, ale perspektywa wyczekiwania na coś co możliwie nawet mogło nie nadejść, niszczyła moje wszelkie jej pokłady.

Nadrzędny cel był osiągnięty, nawet jeśli rozkosz pozostała niepełna, ale była możliwość, by temu zaradzić. Wolałem jednak wpierw oddalić od miejsca krwawego zajścia. Szybki zeskok z drzewa uprzedził obranie kierunku na poprzednią miejscówkę, gdzie spreparowane pułapki oczekiwały mojego rozmontowania. W trakcie pochodu dezaktywowałem dwie macki, pozwalając, by pozostałe dwie w pogotowiu pozwijane oczekiwały na moich plecach. A następnie skupiłem się na swojej ulubionej umiejętności czyli kreowaniu mgły. W mojej torbie jak i na plecach ciążyły nowe nabytki, a było to pół tuzina butelek wypełnionych winnym trunkiem, kusza, siedemnaście bełtów oraz cztery noże do rzucania. Choć te ostatnie odstawały jakością od moich, to ciągle dało się z nich zrobić dobry użytek. Resztę planowałem sprzedać, bo nie widziałem w nich większego użytku.

Kiedy dotarłem na miejsce, które uprzednio przygotowałem na zasadzkę, nasłuchiwałem jeszcze przez chwilę, czy nic nie nadciąga, po czym zabrałem się za odzyskiwanie przedmiotów z spreparowanych pułapek. Nim skończyłem, jednym, przeciągłym, długim poddźwiękowym gwizdem przebiłem się przez las. Akurat kiedy ostatnia rzutka powędrowała do mojego plecaka uczułem ciężar na swoim prawym ramieniu. Uśmiechnąłem się mimowolnie.

- Witaj moja droga towarzyszko. Dawno żeśmy się nie widzieli, prawda? Niestety, nie mam nic do ucztowania. Mam natomiast zadanie dla Ciebie, które musisz dla mnie wykonać...  

Ptaszysko patrzyło się na mnie bystro swoimi czerwonymi ślepiami i wykrzywiało raz po raz łeb. "Drzazga" wyczekiwała niecierpliwie polecenia, jakie przyjedzie jej wykonać... albo czegoś do jedzenia. Zawsze chodziło o któreś z tych dwóch a raczej tylko o drugie, bo to pierwsze i tak zazwyczaj kończyło się tym drugim. Iście wyrachowana to była bestia. Zmierzałem na nowo do Valen, dlatego też opłacalnym było otrzymać tam zlecenie. Choć poprzednie z niewiadomych przyczyn nie doszło do skutku, to ciągle miałem potrzebę na coś z prawdziwego zdarzenia, bo położenie do snu pary pachołków, zwyczajnie mi nie wystarczało. Uniosłem rękę i pozwoliłem, by smoliste ptaszysko przeszło na okolice przedramienia po czym wyszeptałem nazwę lokacji, w której preferowane miało być zlecenie i wypuściłem w powietrze. Podmuch wiatru spowodowany ruchem ogromnych skrzydeł zmierzwił mi włosy, które odruchowo natychmiast poprawiłem. Moje dłonie zatrzymały się na sześciu splecionych warkoczach, które znajdowały się z tyłu głowy. Miały przypominać mi, jak wiele celów mam jeszcze do osiągnięcia. Mimowolne zdenerwowanie zagościło do mojego umysłu. Przez przykre zbiegi okoliczności, od momentu uśmiercenia Mistrza błąkałem się tam i z powrotem, nie zbliżając się ani trochę do upragnionych zamierzeń...

Teraz pozostało mi jedynie czekać na powrót smolistego myśliwego i stopniowo zmierzać do Valen. Wpierw jednak chciałem dać sobie chwilkę odsapnąć. Zbaczając nieco z głównego traktu o paręnaście metrów, obrałem na cel największe drzewo z najszerszymi gałęziami, po którym się wspiąłem i okrywając się płaszczem, uraczyłem moje ciało półgodzinną, może godzinną drzemką. Z wstępnych obliczeń, jeśli nie przyszłoby mi napotkać niczego nieoczekiwanego, miałem dotrzeć do bram miasta najwcześniej w okolicach świtu, czyli kiedy bramy akurat się otwierały. Liczyłem, że do tego czasu, "Drzazga" wróci z upragnionym zleceniem, bym wiedział co czynić dalej...

Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2017, 00:07 przez Mest.)



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






15.04.2017, 02:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen
#30

Podróż mijała im spokojnie, a kiedy młodzieniec skończył opowiadać historię swego życia, mistyczka cieszyła się ciszą, jaka nastąpiła. Dookoła nich słychać było ćwierkanie ptaków, które wyśpiewywały najróżniejsze piosenki, ucieszone tym pięknym dniem. Czarnowłosa spojrzała z ukosa na swego nowego towarzysza, który rozglądał się dookoła siebie z uradowaną miną i wypiekami na policzkach. Mimo, iż szli oni wytartym traktem, Alfred z powodu swego braku doświadczenia co chwilę się potykał, znacznie spowalniając ich podróż.
Po kilku godzinach marszu Chichi zarządziła przerwę, po czym usiadła na ziemi opierając się wygodnie o drzewo i przymykając oczy. Czuła na sobie wzrok chłopaka.
-Wszystko dobrze? - Zapytał, świdrując mistyczkę wzrokiem. - Nie wyglądasz najlepiej. Chyba faktycznie konieczne będzie zrobienie dla ciebie tego lekarstwa. - Dodał, po czym z zaskoczenia przyłożył mistyczce rękę do czoła, aby sprawdzić, czy ta nie ma gorączki. Zaskoczona tym nagłym gestem dziewczyna złapała jego nadgarstek i wykręciła go. Z ust młodzieńca wydarło się ciche sapnięcie z bólu.
-Wybacz. - Powiedziała chłodno, puszczając rękę towarzysza. - Zaskoczyłeś mnie.
-Nie, to ja przepraszam... - Odparł Alfred, po czym, aby ukryć zmieszanie, zaczął szukać w plecaku rośliny Nye. Po kilku minutach poszukiwania wyciągnął z torby małe zawiniątko i wręczył je mistyczce.
-Dziękuję. - Dziewczyna uśmiechnęła się do niego starając się, aby wyglądało to jak najbardziej szczerze. - Potrzebne jednak będzie mi ognisko i trochę świeżej wody, aby móc zrobić napar.
-Zostaw to mnie, ja znajdę wodę! - Krzyknął chłopak, jednak po chwili rozejrzał się bezradnie wokół siebie, najpewniej zastanawiając się, w którą stronę powinien się udać.
Dziewczyna spojrzała na niego zażenowana, po czym przymknęła oczy próbując wyczuć na swej skórze subtelne różnice w wiejącym wietrze. Po paru sekundach wskazała, w którą stronę należałoby się udać, aby odnaleźć strumyk i ruszyła w tamtą stronę wraz z Alfredem. Nie ufała mu na tyle, aby puścić go samemu, gdyż obawiała się, że mógłby się zgubić, co tylko przysporzyłoby jej większej ilości problemów.
Po kilku minutach marszu ujrzeli przed sobą malutki strumyk, nadający się jednak do nabrania wody, a nawet złapania paru ryb.
-Proponuję, żebyś łowił dla nas parę ryb i nazbierał wody, a ja w tym czasie uzbieram trochę drewna na ognisko. - Zaproponowała Mistyczka, wpatrując się w oczy młodzieńca.
-Pewnie, nie ma problemu! - Zgodził się ten od razu, jakby rozradowany samą myślą o współpracy. - Jakbyś tylko potrzebowała pomocy, to mów!
Szarooka skinęła tylko głową, po czym wzięła się za zbieranie drewna. Ta niewymagająca większego skupienia czynność pozwoliła jej się rozluźnić i pomyśleć nieco nad obecną sytuacją. Póki co nie żałowała, że pozwoliła młodzieńcowi przyłączyć się do siebie. Nie mogła zaprzeczyć, iż pod pewnymi względami okazał on się dla niej pomocny. Była zdecydowana nie ujawniać przed nim, iż posiada ona magiczne zdolności, co mogło stanowić pełen problem w przyszłości. Uznała jednak, że jeśli tylko zacznie on jej przeszkadzać, po prostu się go pozbędzie.
Spojrzała ukradkiem w stronę strumyka, gdzie Alfred pochylał się nad wędką, zupełnie pochłonięty zdaniem, jaki zleciła mu dziewczyna. Kiedy poczuł jej spojrzenie na swych plecach odwrócił się do niej i posłał jej szeroki uśmiech. Mistyczka również uśmiechnęła się do niego, po czym westchnęła cicho i zabrała się do układania stosu na ognisko. W czasie, kiedy była nim zajęta chłopakowi udało się złowić pięć średnich rozmiarów ryb. Szybko zajął się oprawianiem ich, a w tym czasie Chichi szykowała dla siebie lekarstwo.
Pokruszyła zaschnięte kwiaty rośliny nye, po czym delikatnie dosypała je do bukłaka z wodą, który przez jakiś czas trzymała nad ogniem, aby znajdujące się w środku lekarstwo nabrało odpowiedniej temperatury. Gdy już było gotowe wypiła je, krzywiąc się lekko z powodu kwaskowatego posmaku tej rośliny. Miała nadzieję jednak, że szybko jej to pomoże.
Kiedy Chichi skończyła przygotowywać lekarstwo Alfred szybko przygotował dla nich rybny posiłek, który okazał się całkiem niezły w smaku. Kiedy Alfred usłyszał pochwałę od swej towarzyszki jego twarz od razu przybrała rozradowany wyraz i Mistyczka była pewna, że gdyby tylko posiadał ogon, zaraz zacząłby nim machać.

Kiedy dzień zbliżał się już ku końcowi, a słońce rzucało coraz dłuższe cienie, nadając wszystkiemu wokół niemalże karykaturalny wygląd, mistyczka uznała, iż będzie to dobre miejsce do spędzenia nocy. Plusem podróżowania we dwójkę było to, iż mogli podzielić się nocnymi wartami, dzięki czemu być może uniknie kolejnych przykrych niespodzianek z udziałem dzików i innych świniowatych.
- Jesteśmy już na peryferiach Valen, jutro powinniśmy dojść do miasta, a póki co noc spędzimy tutaj.
-Jesteś pewna, że to bezpieczne? - Spytał chłopak, rozglądając się niepewnie dookoła. Miała to być zapewne jego pierwsza noc spędzona na łonie przyrody i doskonale było widać, iż nieco go to przeraża.
-Będziemy nawzajem trzymać wartę i zostawimy rozpalone ognisko. Nie sądzę, żeby miało nam coś zagrażać. - Odparła dziewczyna. - Ja popilnuję pierwsza, więc możesz się teraz zdrzemnąć.
Chłopak przystanął na jej propozycję, i po kilkunastu minutach moszczenia się, ścielenia i wzdychania, jego oddech w końcu stał się równy i spokojny. Mistyczka uklękła koło niego, wpatrując się w jego śpiącą twarz. Kiedy się nie odzywał, był nawet uroczy.
Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, po czym delikatnie dźgnęła chłopaka palcem w policzek aby upewnić się, że ten na pewno śpi. Kiedy już nabrała pewności szybko rozebrała się i wykąpała w strumyku, zmywając z siebie wraz z brudem cały trud ostatnich dni.
Po kąpieli ułożyła się nago na brzegu aby wyschnąć i wpatrywała w górujące nad nią konary drzew. Zawsze, gdy oglądają je z tej pespektywy czuła się maleńka niczym mrówka, jakby nie mogła równać się z ogromem tego świata.
Kiedy już wyschła, a jej skóra stała się napięta i pokryta gęsią skórką szybko ubrała się w spodnie, koszulkę i sweter, po czym uklękła nie ziemi, wsłuchując się w oddech młodzieńca. Gdy usłyszała ciche chrapnięcie uśmiechnęła się z satysfakcją, a następnie skupiła na ćwiczeniu nowej zdolności.
Starała się siłą woli tak poruszyć wiatrem, aby ten wzniósł w górę małą gałązkę, a następnie przeniósł lub przerzucił w miejsce, om jakim myślała Mistyczka. Mimo, iż czynność ta mogła z pozoru wydawać się prosta, to wymagała jednak skupienia i umiejętnego panowania nad własną mocą. Pomimo wielu nieudanych prób Chichi nie poddawała się i ćwiczyła dalej.
Kiedy już minęły około trzy godziny i warta mistyczki dobiegała końca, ta kucnęła koło chłopaka i delikatnie wbiła mu palec między żebra, chcąc go w ten sposób dobudzić. Zaskoczony tym młodzieniec zerwał się z ziemi, po czym potknął o własne nogi i upadł twardo na tyłek. Mistyczka wpatrywała się w niego przez kilka sekund, po czym wybuchła głośnym śmiechem, widząc jego zdezorientowaną minę. Po kilku chwilach Alfred również zaśmiał się zawstydzony, po czym wybąkał parę słów przeprosin.
Kiedy już chłopak przejął wartę, a Mistyczka ułożyła się wygodnie na kocu przykrywając się płaszczem poczuła, jak zmęczenie zaczyna pomału ogarniać całe jej ciało, a sen przychodzi szybciej, niż się spodziewała.
09.05.2017, 18:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna