Peryferie Valen

iegłem ile tchu w nogach tylko po to by przetrwać. Adrenalina, chęć pomocy mojej porwanej koleżance... To wszystko sprawiało, że chce nie chciałem się zatrzymywać. Pierwszy trup, drugi i trzeci. Czułem się jak na polu bitwy, walki tak wielkiej jakoby przeszła tu gigantyczna armia. Zwłoki były wszędzie, gdzie nie spojrzę to widziałem fekalia, odrąbane kończyny... I to wszystko mogło być sprawką mojego domniemanego kompana. Ten typ jest niebezpieczny i muszę z nim porozmawiać i to szczerze. Niemniej jednak zaskakiwało mnie co ten mężczyzna jeszcze przede mną ukrył. Na domiar złego kolejny ryk przeszył mój umysł, a ja usłyszałem kolejne polecenie. Nie zrozumiałem go jednak... Ratować mojego smoczego brata? Co jest kurwa?! Czyżby jakiś mój "kuzyn" miał kłopoty? Niczego już nie rozumiem. Co prawda niby jakieś elementy układanki układają się w całość, ale kto to może być? Nie wiem, ale się dowiem. Nie tylko z powodu smoka, który może ze złości zabić niewinnych cywili, ale dla własnego poczucia obowiązku. Jesteśmy gatunkiem wyrzutków... Potężnych smoczych synów, ale nie każdy z nas ma moc aby obronić się przed wynaturzeniami tego świata, największymi potworami... Ludzi. To mój zasrany obowiązek by udzielić im pomocy i tak zamierzam zrobić. Muszę go tylko odnaleźć i mu pomóc.

W końcu dotarłem do epicentrum hałasu, który wykryłem za pomocą moich smoczych zmysłów. Byłem tam oddalony zaledwie o kilkaset metrów, ale mój wzrok, mój słuch i węch wyczuwały wszystkich tu zebranych jakbym stał niemal obok. Adrenalina znów dawała o sobie znać zwiększając możliwości genetyczne o kilkanaście procent. To było coś... Pierwszy raz to czułem. Biegłem coraz to szybciej i szybciej gdy nagle... Moja dłoń, ręka czy nawet ramie zaczęło niesamowicie boleć. Spojrzałem na nie ukratkiem by sprawdzić co się dzieje. Przez to jednak nieco się zachwiałem i o mały włos nie upadłem. Na moje szczęście udało mi się złapać równowagę i biec dalej. Teraz ich widziałem... Wszystkich. Nawet Berde, który przystroił maskę i czyhał na porywacza. Dobrze, bardzo dobrze. Ja wtedy mogłem się zająć moją towarzyszką. Jeśli uda jej się jakkolwiek uciec próbowałem do niej podbiec najbliżej jak mogę. Berde powinien to widzieć i pozwolić mi ją zabrać do miasta. Później zajmę się rozkazem smoka i odnajdę mędrca, który ma zostać do skrzydlatego potwora dostarczony. Podczas biegu w stronę czarnowłosej aktywowałem na moich rękach dwie warstwy Powietrznej Osłony, aby w razie czego móc się bronić przed atakami ze strony porywacza. Musiałem być pewny, że uda mi się pomóc tej dziewczynie. Poza tym... Z nią również muszę porozmawiać. Mimo że mam mętlik w głowie, to ta dziewczyna coś ukrywa a ja się dowiem co to. Tak czy siak, plan był prosty. Z wyjętym kosturem i Powietrznymi Ochraniaczami biegłem ile mi starczyło sił w nogach, aby pomóc dziewczynie, jeśli tylko uda jej się wydostać. Jeśli nie... Wtedy dojdzie do konfrontacji dwóch na jednego pomiędzy porywaczem, a mną i Berde. Mam jednak nadzieję, że ten człowiek również nie pozwoli skrzywdzić dziewczyny. Jeśli to zrobi... Nie. Muszę wierzyć w niego. Być może to właśnie on jest tym mym smoczym krewnym o którym mówił smok. Kto wie, być może to właśnie jego szukam.





Odejmuje 6 many za Osłonę
Pozostało: 64 Many



Umiejętności Daniela:
Dzięki jednej z moich umiejętności, gdy spojrzycie mi w oczy możecie czuć się nieco niepewnie, czuć delikatny dyskomfort a nawet mały strach. Fajnie by było jakbyście to uwzględnili podczas rozmowy ze mną.






01.06.2018, 17:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen

STRAŻNIK



szystko stało się niesamowicie szybko. Nagły huk, później oślepiający błysk, a następnie szaleńcza ucieczka w stronę bezpiecznego miasta. Strategia Mesta podziałała, jego przeciwnik zatrzymał się w miejscu, trąc oczy. Nawet nie próbował gonić za Mędrcem, co dało uciekinierowi odpowiednio dużo czasu na przygotowanie się do swej strategii. Potężne macki wręcz wyrzucały go naprzód. Pokonywał kolejne przeszkody, nic nie potrafiło stanąć mu na drodze. Parł nie niepokojony niczym w stronę bezpiecznej przystani. Coś było jednak nie tak, jednak dopiero po kolejnych dwóch skokach zdołał uzmysłowić sobie co to było.
W całej swojej panicznej ucieczce nie zauważył, że jego towarzyszka postanowiła zrezygnować z jego wsparcia i na własną rękę poszukać zbawienia. O ile ciężko jej było się wydostać z objęć wodnych macek o tyle cięższe zadanie oczekiwało na nią zaraz po tym. Rozpędzony do granic możliwości Mest nawet nie myślał o zatrzymywaniu się. To jednak nie przeszkadzało zabójczyni, która wyczekała odpowiedni moment pomiędzy skokami i sama odskoczyła od swojego wątpliwej jakości wybawcy. Prędkość, z jaką się poruszali była jednak zbyt wielka jak na jej osłabione ciało. Upadek był bolesny. Bardzo bolesny.
Pierwszym co poczuła było jeszcze większe ukłucie bólu w skręconej nodze. Później było już tylko gorzej. Nie mogąc utrzymać się na osłabionej kończynie, Chichi przewróciła się, a pęd sprawił, że zaczęła po prostu toczyć się niekontrolowanie po ziemi. Kamienie wbijały się boleśnie w jej ciało, a cierniste krzaki, przez które przelatywała raniły ją dotkliwie dziesiątkami drobnych ran. Najgorsze było jednak zatrzymanie się. Przez wszystkie dotychczasowe przeszkody wręcz przelatywała bez najmniejszego oporu. Drzewo, na które wpadła na końcu było jednak zbyt mocne. Uderzyła w nie z taką mocą, że przez dłuższą chwilę nie mogła złapać oddechu. Bolała ją cała klatka piersiowa, jakby miała połamane wszystkie żebra. Ale dopiero gdy spojrzała na swoją nogę naprawdę straciła oddech. Wygięta pod nienaturalnym kątem krwawiła obficie z powodu jej własnej kości, która przebiła skórę i teraz błyszczała w delikatnych promieniach wschodzącego słońca. Czerwień zlewała się z bielą, zamazując się przed jej oczami. Ostatnim co zobaczyła to dwie postacie, które biegły w jej kierunku. Nie była w stanie rozpoznać kto to, gdyż oczy odmówiły jej posłuszeństwa. Ciemność zapadła nad piękną zabójczynią, samotną w samym środku niebezpiecznego świata.

Mest miał jednak swoje własne zmartwienia. Dużo większe niż odczepienie się od niego zbędnego balastu. Dookoła niego zapadała coraz większa ciemność, co było nadzwyczaj dziwne, gdyż bezpośrednio przed sobą widział wschodzące słońce. Cienie nie tyle co się wydłużały, co wręcz rozrastały się nienaturalnie, tworząc ogromne, ciemne plamy na ziemi, które łączyły się, tworząc nieprzebyty ocean mroku.

STÓJ!

Głos w jego głowie był na tyle potężny, że wytrącił mędrca z równowagi. Żeby uniknąć przewrócenia się, musiał wstrzymać się chwilowo z kolejnym skokiem. Wtedy też usłyszał nad sobą donośny łoskot, jakby ogromna góra przeleciała nad nim. Potężny podmuch wiatru wręcz zwalił go z nóg, a potężne tąpnięcie zatrzęsło ziemią dookoła niego, gdy olbrzymi smok wylądował bezpośrednio przed nim. Dobrze znał tę bestię. Opowieści o niej przyprawiały o ciarki nawet najodważniejszych wojowników. Czarne jak noc łuski nawet nie odbijały światła. Żaden poblask nie był w stanie wydostać się od tego potwora, który za cel obrał sobie niewielkiego mędrca. Z nienawiścią przyglądał mu się teraz krwistoczerwonymi ślepiami. Gdy w końcu przemówił, jego dech przeszedł Mesta niczym oddech śmierci.

Dziecię Caeruleum'ela. Niepotrzebnie biegłeś. Przed mrokiem nie istnieje żadna droga ucieczki. Jest wieczny, nieskończony i niepokonany. Powinieneś to wiedzieć jako jedno z naszych dzieci. I tylko twoje pochodzenie Cię uratowało. Pójdź ze mną, chłystku. Są ważniejsze sprawy niż twoje marne problemy.


prawy przybrały ciekawy obrót. Daniel zauważył jak Berde obrywa wybuchem nagłego światła, po czym dookoła niego powstała gruba warstwa dymu. Po chwili wyszedł z niej, kaszląc i trąc oczy, jednak najwidoczniej zrezygnował z dalszej pogoni. Podążając wzrokiem za porywaczem, mędrzec był w stanie wypatrzeć, że ten mocno się zmienił. Jego poprzednia umiejętność tworzenia wodnych macek przybrała nowej mocy - cała armia tych tworów wyrosła z jego ciała. Dzięki nim szybko zaczął uciekać przed napastnikami. Nie było mowy o dogonieniu go. Wszystko wskazywało na to, że niedawna towarzyszka Daniela na dobre uciekła z jego rąk...
A może jednak nie? Niewielki kształt oderwał się od pędzącego uciekiniera i potoczył się po ziemi, taranując po drodze każdą przeszkodę. W tym kształcie Daniel rozpoznał Chichi, która najwidoczniej sama postanowiła zaprzestać współpracy z niedawnym przeciwnikiem. Mędrzec ruszył w jej stronę, aktywując przy okazji wszystkie niezbędne formy ochrony. Zaraz za nim, bez słowa szedł Berde.
Obraz, który ujrzał Daniel po dotarciu na miejsce upadku był okropny. Chichi była cała pogruchotana. Siniaki i drobne rozcięcia zdobiły całe jej ciało, zaś z jednej z nóg wystawała kość. Aż dziw było, że wciąż żyła, jednak unosząca się delikatnie klatka piersiowa wskazywała, że iskierka życia wciąż się w niej tli. - Musimy uciekać. Jeśli ma przeżyć musimy dostać się do miasta. Tutaj nie mamy szans - powiedział Berde, gdy tylko zrównał się z Danielem. Mędrzec zauważył, że jego towarzysz trzyma w ręku długie ostrze, którego wcześniej nie widział. Przypatrywał się otoczeniu z uwagą, szykując się na ewentualny atak. - Musisz ją ponieść, ochronię was. Tylko szybko, jest na skraju śmierci. - Głos Berde brzmiał jakby wydawał rozkazy, co w obecnej sytuacji nie było wcale takie dziwne. Jeśli mieli uratować życie dziewczyny musieli działać niezwłocznie.
Wtem nad ich głowami przeleciał cienisty potwór. Smok był ogromny i przywodził na myśl otchłań. Nie zainteresował się nimi ani trochę. Odleciał w stronę Valen, lądując zaraz przed uciekającym w stronę miasta porywaczem. Znajdował się idealnie między nimi, a bezpieczną przystanią. A byli już tak blisko! - Nie możemy czekać. Smok chyba znalazł inną ofiarę. Miejmy nadzieję, że się naje zanim tam dobiegniemy. - powiedział Berde, bo czym zaczął kierować się pospiesznie wprost w stronę Valen - czy też w tej sytuacji wprost na smoka, który wylądował przed miastem.



Chichi straciła przytomność. Nie odpisuj w następnej kolejce.
05.06.2018, 13:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen

dążyłem niemal na czas, choć to niemal sprawiło cholernie wielką różnicę. Nim dotarłem na miejsce bitwy ujrzałem jedynie wielki kłębek dymu, a za nim porywacza który zainteresował mnie swoją dziwną budową. Z jego ciała wyrastała niezliczona ilość wodnych macek które umożliwiły mu ucieczkę. Z tego co sam wiem tylko magowie potrafią takie coś uczynić, a więc nasz porywacz nie był zwykłym śmiertelnikiem. Dobrze wiedzieć, że nie musiałem nim stawać twarzą w twarz bo inaczej skończyło by to się dla mnie bardzo nieciekawie. Tak czy inaczej porywacz uciekł, był zbyt szybki dla mnie. Momentalnie wyłączyłem swoją zdolność ochrony bo poczułem się nieco bezpieczniej. Nie znaczyło to jednak że się nie rozglądałem w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. W ciągu tej jednej nocy nauczyłem się, że jest ono wszędzie, nie ma znaczenia w jakiej postaci występuje. Po prostu należy być czujnym. Nagle z wielkiego obłoku czarnej mgły wyszedł Berde nieco pokaszlując. Cieszyłem się że go ujrzałem i powiedziałem: - Dobrze, że nic Ci nie jest. Szkoda tylko że ten zbir uciekł z Tą dziewczyną...- Po czym z prędkością pędzącej strzały zauważyłem jak jakaś czarna postać upada z pleców porywacza. Wiedziałem kto to, wiedziałem kim była ta nieco rozmazana sylwetka. Niemal od razu popędziłem w jej stronę, a widok jaki ujrzałem był nienormalny. Pełno siniaków, ran i krwiaków... A na dodatek ta noga, która swym nienaturalnym wyglądem i wystającą kością mogła sprawić mdłości u mniej wytrzymałych osobistości. Poczułem cholerny gniew, złość którą skierowałem do tego mężczyzny po tym jak zobaczyłem na własne oczy jak potraktował tą dziewczynę. Mogło się wydawać, że już po niej, że to koniec jej przygody w naszym świecie, gdy w nagle zobaczyłem jak jej klatka piersiowa delikatnie się porusza. To był znak. Ona jeszcze walczy, a ja powinienem jej pomóc. Spojrzałem momentalnie na Berde po skinąłem na znak że zrozumiałem. Momentalnie zdjąłem swój płaszcz, a następnie starałem się usztywnić nogę, a przede wszystkim kość która przebiła skórę, tak aby nie poszerzyć rany dziewczyny. Była to prowizorka, ale nie miałem wyboru. Mimo że się śpieszyłem to starałem się pomóc jak najlepiej tylko mogłem. Gdy byłem gotowy ponownie spojrzałem na mojego towarzysza mówiąc: - Wezmę ja na plecy, ubezpieczaj nas. Proszę, musimy ją uratować. - Po czym wziąwszy swoją byłą towarzyszkę na plery, zabierawszy przy okazji jej łuk i torbę, wziąłem głęboki oddech, a następnie zacząłem biec ile tchu w płucach w stronę miasta. Wtedy właśnie ujrzałem przed nami wielką bestię, która przypominała mi swą sylwetką dość dobrze mi znane stworzenie... Tak, to był jebany smok. Starałem się go ominąć jak tylko mogłem, nie miałem ochoty na konfrontacje z nim w tym momencie, oj nie. Teraz muszę zrobić dobry uczynek i uratować tą kobietę. W innym wypadku na zawszę przestanę być dobry, a życie ludzkie stanie mi się obojętne. Jeśli ludzkość jest tak krucha, to nie warto jej pomagać. Mam jednak nadzieję że się mylę, a dla niej będzie jakaś nadzieja. W między czasie pod moją koszulą uformowałem wokół tułowia wietrzną osłonę drugiego stopnia tak by była mało widoczna. Nie mogłem pozwolić aby ktoś mnie teraz zatrzymał, po prostu musiałem biec dalej, dla Berde, dla tej dziewczyny, a przede wszystkim dla siebie.





Zabieram tyle samo many co w ostatnim poście



Umiejętności Daniela:
Dzięki jednej z moich umiejętności, gdy spojrzycie mi w oczy możecie czuć się nieco niepewnie, czuć delikatny dyskomfort a nawet mały strach. Fajnie by było jakbyście to uwzględnili podczas rozmowy ze mną.






06.06.2018, 21:48
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen

ierwsza część planu wyszła bezbłędnie. A przynajmniej tak przypuszczałem. Zamaskowany anihilator został w tyle, oślepiony i zduszony moimi zabawkami. Potencjał mojego żywiołu, przez swoją fizyczną i elastyczną formę był nieokiełznany i to był właśnie ten moment, kiedy miałem okazję najlepiej jak potrafię przetestować jego możliwości. Mknąłem niczym wiatr, wykonując swoje wielkie susy do przodu, jak najszybciej, byleby zdążyć do Valen przed swoimi lękami i obawami... jak wiatr... Właśnie! Chichi mogłaby mi pomóc, używając swojego wiatru! - pomyślałem, lecz wtedy to poczułem zaciskając swoje macki, że coś się zmieniło... mój balast znikł. Nie wiedziałem co o tym sądzić... Nie utrzymałem jej w mackach i spadła? Raczej mało prawdopodobne... podobnie z opcją, by to była sprawka tego zamaskowanego typa... Musiała sama wysunąć się i odskoczyć. Tylko z jakim skutkiem... przy tej prędkości, aby wyjść cało z opresji musiałby asystować się wiatrem przy lądowaniu. Szkoda, wielka szkoda... Byłaby doskonałym materiałem, miała potencjał. O ile nie zaszlachtuje ją ścigający nas do niedawna typ, to być może... jeszcze się spotkamy, w końcu dobrze zapamiętałem jej zapach. Tak, kiedy wszystko się uspokoi, odnajdę ją i wyjaśnię parę rzeczy, należy się to jej. A teraz... CZYM PRĘDZEJ DO VALE... czym są te narastające cienie, słońce przecież już blisko... Czyżbym był bliski omdlenia? Nie, to nie to, więc co...

Myśli jak i ruch zostały wstrzymane przez potężny smoczy rozkaz. Głos wywołał niemałe zachwianie, do tego stopnia, że musiałem się gwałtownie zatrzymać, wyhamowując asystującymi mackami... Kolejnym zwiastunem boga ciemności było uderzenie wiatru, które jeszcze bardziej zachwiało moim mędrczym ciałem, później było już tylko straszniej...

Ciemność i śmierć... te dwa dominujące odczucia zagościły w moim sercu, gdy tylko ujrzałem przed sobą niepokonane monstrum. Choć wspomniane uczucia nie należą do tych, których można używać do określania swojego nastroju czy samopoczucia, tak zupełnie nic innego doświadczonego wcześniej  nie przychodziło mi na myśl, by porównać... Thornie, czy to ty? - pomyślałem pełen nadziei, na spełnienie jednego ze swoich najskrytszych pragnień, lecz szybko pojąłem jak bardzo się myliłem. Teraz byłem zdany tylko i wyłącznie na łaskę smoczego władcy.

Każde słowo tej złowieszczej kreatury uderzało w moją głowę niczym młot. Czułem się ledwie jak robak wobec stojącej przede mną boskiej istoty. Wiedząc, że nie posiadam najprawdopodobniej innych opcji ukróciłem wodne dłonie i uklęknąłem na jedno kolano składając pokłon przed bogiem ciemności, po czym odpowiedziałem:

Tyś jest boskim władcą, tyś uosobieniem najprawdziwszego mroku...
Wybacz mi trwogę i słabość. Teraz, jestem już gotów na twe rozkazy.
Prowadź mnie władco, Zdaję się na twoją wolę...



W zależności od potrzeb sytuacji zostawiłbym, bądź wyłączył wodne macki oraz wodny płaszcz, zdając się w pełni na rodzaj podróży zaproponowanej przez smoka, gdziekolwiek i cokolwiek miałby to być. Jeżeli podróż okazałaby się dostatecznie długa, spożytkowałbym czas na pochłonięcie racji żywnościowych zapakowanych mi przez Sforę i spróbował jak najdelikatniej i z należytym szacunkiem podpytać smoczego władcę, o jego związek z moim smoczym rodzicem...



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






07.06.2018, 13:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen

STRAŻNIK



mok chwilę przyglądał się poczynaniom mędrca, owiewając go swoim ciepłym oddechem. Widocznie był zadowolony poddańczą postawą człowieka, jednak ciężko było cokolwiek odczytać z jego paszczy. Z bliska Mestowi udało się zauważyć, że łuski jaszczura miały głęboką, czarną barwę, gładką jak lustro. Mędrzec ujrzał w nich swoje odbicie, zniekształcone, karykaturalnie wygięte. Jakby patrzył na kogoś kto był jego złym bratem bliźniakiem. Albo kogoś, kim dopiero miał się stać.
Niewiele było czasu na zastanawianie się nad sensem tego, co właśnie ujrzał. Smok warknął głucho, po czym bez słowa zaczął machać skrzydłami, powoli wzbijając się w powietrze.

Nie mamy czasu na twoją powolną podróż.

Rozbrzmiał głos w głowie mędrca. To, co stało się potem miało już na zawsze pozostawić ślad na psychice mężczyzny. Smok pochwycił go w swoje szpony, nieopatrznie wbijając jeden z nich w ramię zabójcy. Niewyobrażalny ból przeszył jego ciało, gdy ostry jak brzytwa pazur zagłębiał się coraz bardziej, tnąc mięśnie, zgrzytając o kości i wręcz oddzielając rękę od torsu mężczyzny. Mest był pewien, że gdyby nie reszta szponów utrzymujących jego ciało, spadł by, pozostawiając w uścisku smoka jedynie swoją krwawiącą kończynę. Przy każdym ruchu skrzydeł kolejne fale bólu zalewały mężczyznę, gdy pazur poruszał się w jego ranie. Trwało to naprawdę długo, gdy pokonywali kolejne kilometry, oddalając się od pozornie bezpiecznego Valen.

Krzyk rozdarł smoczą jamę, gdy pazur wydostał się z ciała zabójcy. Smok spojrzał na niego z niesmakiem, po czym prychnął lekceważąco.

Martwy na nic mi się nie przydasz.

Powiedział, po czym podszedł do Mesta. Ziemia drżała pod jego łapami, gdy z każdym kolejnym krokiem zbliżał się do wykończonego mężczyzny. Kałuża krwi rozrastała się, gdy życiodajny płyn wyciekał z jego ciała. Nawet gdyby chciał nie byłby w stanie się poruszyć. Osłabienie wzięło nad nim górę i jedyne do czego był teraz zdolny to patrzeć bezsilnie, jak smok nachyla się nad nim, wyciągając w jego stronę zakrwawiony pazur. Kolejny krzyk rozbrzmiał, gdy jaszczur zaczął przecinać resztki tkanki łączącej rękę od torsu. Powoli, systematycznie, jakby robił to latami nacinał kolejne warstwy ciała zabójcy, tnąc skórę, mięśnie, docierając aż do kości. Nieprzyjemny trzask rozdarł powietrze, gdy jednym ruchem wyłamał ramię ze stawu, po czym powrócił do cięcia strzępków mięsa, które pozostały. Gdy skończył, bezceremonialnie odrzucił odciętą rękę gdzieś w bok, jakby była nic nie znaczącym śmieciem. Krew lała się strumieniami, opuszczając ciało Mesta. Z każdą sekundą czuł, że jego życie coraz bardziej zbliża się ku końcowi. Ostatnim co zapamiętał to zielony płomień smoka, rozgrzewający jeden z jego pazurów, który później z sykiem przytknięty został do rany, zasklepiając ją. Ból był zbyt potężny nawet dla tak doświadczonego awanturnika jak Mest. To, co przeżył było zbyt ciężkie i jego umysł postanowił znaleźć ucieczkę. Ciemność otuliła jego myśli, pozostawiając go na pastwę smoka.


***

STRAŻNIK



patrywanie złamania otwartego kawałkiem materiału nie przyniosło zbyt wielkich skutków. Co prawda zatamowało krwawienie i nie pozwoliło kości na zbytnie przemieszczanie się, jednak nie było pewne czy nie narobiło więcej szkód niż pożytku. Dopiero po dotarciu do miasta będzie w stanie w pełni ocenić stan zdrowotny kobiety. O ile do tego miasta dotrą...
Biegli we dwójkę, mędrzec wraz ze swym śmiertelnie niebezpiecznym towarzyszem. Z każdym krokiem zbliżali się do czarnego smoka, który górował nad wszystkimi, rozsiewając dookoła coraz większe cienie. Nie było wątpliwości, że to mężczyzna stojący przed nim był jego głównym celem. Po chwili jaszczur zaczął wzbijać się w powietrze, chwytając przy tym w swe szpony niedawnego towarzysza dziewczyny. Usłyszeliście krzyk bólu, niknący szybko w oddali wraz z oddalającym się smokiem.
- No to problem z głowy... - mruknął Berde pod nosem, nie zwalniając ani kroku. O ile w pewnym sensie miał rację, o tyle niebezpieczeństwo wcale się nie zmniejszyło. Smok był jedyną barierą między nimi, a bestiami przyciągniętymi tutaj magią mędrca. Teraz, kiedy jedyna przeszkoda została usunięta, rzuciły się wygłodniałe na żer. Na horyzoncie widzieliście całe mrowie poruszających się kształtów, które mknęły w waszym kierunku. Wyostrzony wzrok Daniela zauważył wśród nich niedźwiedzie, wilki ale też dużo bardziej niebezpieczne stworzenia, takie jak potwory, z którymi niedawno walczyła dziewczyna na jego plecach wraz ze swoim porywaczem. Były ich dziesiątki, jeśli nie setki. A wszystkie obrały sobie jeden cel.
- Kurwa... W nogi! - wrzasnął przerażony Berde, przyspieszając kroku. Mury miasta zbliżały się z każdą sekundą, jednak to samo tyczyło się stworzeń depczących im po piętach. Towarzysz Daniela co chwilę odwracał się przez ramię, żeby ocenić poziom niebezpieczeństwa. Pot spływający po jego twarzy nie wróżył nic dobrego. Przerażenie w jego oczach powiększało się z każdą chwilą. Skoro on miał przed sobą wizję końca, co dopiero mówić o Danielu, będącym dodatkowo obciążonym przez ciało dziewczyny?
- Biegnij! - Krzyknął Berde, zatrzymując się na chwilę w miejscu i wyjmując zza pazuchy długie ostrze, którym przeciął wpół skaczącego na niego wilka. Krew rozprysnęła się po ziemi, czerwieniąc się rubinowo w porannym słońcu. Jeszcze tylko chwila i będą bezpieczni. Jeszcze dosłownie parę minut...
Bramy miasta zaczęły powoli się otwierać, a z nich wylewały się coraz to nowe zastępy uzbrojonych żołnierzy. Mury miejskie dookoła zaroiły się od łuczników, naciągających cięciwy. Miasto przygotowywało się do obrony przed hordą potworów. Między tymi dwoma potęgami znajdowały się trzy niewielkie punkciki, które gnały co sił w nogach w stronę bezpieczeństwa. Rozkazy dowódców rozbrzmiewały w powietrzu, zgrzyt metalu o metal dotarł do uszu uciekających, gdy żołdacy wyciągnęli miecze. Berde przeciął kolejnego wilka, jednak kolejne zajmowały jego miejsce. Szybki rzut oka przez ramię utwierdził Daniela w przekonaniu, że im się nie uda. Coraz to nowe monstra zajmowały miejsce powalonych przez jego towarzysza, który zdążył już zostać poważnie zranionym. Krew lejąca się z rany w głowie zalewała mu twarz utrudniając widzenie. Kolejna rana otworzyła się na jego ręce, gdy pazur jednego z potworów przeciął jego ubranie. Następne monstrum zamachnęło się, aby zadać kończący cios, a Berde już wiedział, że nie uda mu się go uniknąć.
Nagły świst przeszył powietrze, gdy morze strzał zalało pole bitwy. Przeszywały bezlitośnie ciała potworów, powalając całe rzesze trupem. Żadna z nich nie dosięgnęła uciekających. Światełko nadziei zaświeciło się w ich oczach. Ta chwila wytchnienia dała im siły, aby zebrać się do ostatniego, wyczerpującego sprintu. Przed nimi wyrósł mur tarcz, w którym została niewielka luka dla uciekających. Byli tak blisko! Daniel dotarł do niej pierwszy, wbiegając bez zatrzymania się za zastępy żołnierzy. Za sobą usłyszał znajomy głos, a gdy odwrócił się żeby zobaczyć co się dzieje, zobaczył Berde stojącego na czele oddziałów obronnych, wznoszącego miecz nad głowę. - Za Valen! Za Reyndolla! - krzyknął, po czym poprowadził swoje zastępy naprzeciw fali potworów.
Wielu zginęło tego dnia, a pole bitwy było sprzątane jeszcze długi czas po nim. Wszyscy z trwogą opowiadali historie o szaleńczej obronie i o bohaterach, którzy brali w niej udział. Dzielni mężowie stanęli naprzeciwko przeważającym siłom i wytrwali, zapewniając bezpieczeństwo niewinnym mieszkańcom miasta. Ta opowieść jest jednak na inny, spokojniejszy czas. To, co miało niedługo nadejść przyćmiło nawet Masakrę u Wrót. A w samym środku huraganu, który miał się rozpętać znajdowały się dwie osoby, które cudem przeżyły bitwę.



Na tym kończy się nasza przygoda, drodzy gracze. Niestety nie będę w stanie prowadzić dwóch osobnych wątków, więc jestem zmuszony poprosić was o znalezienie innego MG. Dziękuję wam za współpracę i przygodę, którą razem przeżyliśmy. Każdy z was dostaje 10k eteru w nagrodę oraz małe conieco, które odkryjecie w swoich następnych przygodach. Niech Duronor czuwa nad wami!
10.06.2018, 22:26
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna