Hala Smoczych Bóstw
#1



dniem 24 października rozpoczynamy forumowy, pięcioetapowy event. Każdego tygodnia zrobimy krok przez "Halę Smoczych Bóstw", tym samym odkrywając kolejno zaplanowane wydarzenia. Dodatkowo, pod koniec każdego tygodnia będziemy publikowali opowieści poszerzające wiedzę o uniwersum Atarashii a także idące za nimi ciekawostki i smaczki. Jesteście gotowi? Śledźcie Halę Smoczych Bóstw na bieżąco! Zabawa potrwa do końca listopada.

Zapraszamy do wzięcia udziału w dyskusji na temat eventów oraz spekulacji dotyczących najbliższych opowieści! Wszelkie posty należy zamieszczać pod tym postem.



30 października - Legenda Podwodnego Miasta



31 października - Rozpoczynamy 2 etap eventu, czyniąc drugi krok przez Halę Smoczych Bóstw. Tym samym ogłaszamy dodatkowe wydarzenie z okazji Halloween!
Do naszego świata zostały zesłane eteryczne duchy, które przybrały formę dyń. Ich obecność może spowodować problemy zdrowotne lub problemy na tle religijnym. Aby się ich pozbyć, należy zdobyć specjalne dyniowe pieczęci. Są one kluczem do odpędzania zaklętych, złych Dyń! Co więcej! Z niewiadomych powodów, każda Dynia broni jakiegoś skarbu... Żeby się dowiedzieć czego tak uparcie bronią, trzeba je odesłać w eteryczną nicość!

Dyniowe pieczęci można pozyskać na dwa sposoby. Pierwszym jest pisanie postów fabularnych, z których istnieje szansa zdobycia pieczęci dzięki zaimplementowanemu systemowi dropu. Ponieważ nie wszyscy mają możliwość i okazję pisać posty fabularne, wychodzimy naprzeciw takim osobom i umożliwiamy zdobycie postów poprzez pisanie strasznych opowiadań z uniwersum Atarashii! O tym, czy dyniowa pieczęć zostanie przyznana, zadecyduje jakość przekazanej historii.


ODEŚLIJ ZŁĄ DYNIĘ!
Ten napis wyżej "Odeślij złą dynię", to jest link. Tak. Trzeba w niego kliknąć żeby móc użyć dyniowych pieczęci. Tak. Trzeba kliknąć w jedną z dyń, które pokażą się na podstronie. Jest ich dziewięć.



Wszystkie straszne historie należy zamieszczać w tym poście, a my w gronie administracyjnym, będziemy informować Was pod postami o tym czy przyznajemy pieczęć.

Zachęcamy, do dalszej dyskusji i spekulacji dotyczących następnych tekstów. Forma dowolna! Informujemy także, że każdy z Was, otrzymał na start jedną dyniową pieczęć!



6 listopada - Baśń o Syrenie i Krakenie



7 listopada - Skoro rozgrzewkę Halloweenową mamy zakończoną... Przyszedł czas na kolejny krok przez halę Smoczych Bóstw. Tym razem Waszym zadaniem jest napisać porządną, mroczną historię, która będzie osadzona w naszym uniwersum. Forma dowolna. Możecie upiększać teksty obrazkami, muzyką, wierszami... Najciekawiej zrealizowana praca, z najlepszą fabułą i ciekawym przesłaniem, będzie mogła otrzymać limitowane przedmioty, z limitowanymi atrybutami.
Eteryczny pierścień +12 z ULTRA legendarnymi atrybutami, paczki bonusów za posty (etery x2/x3 lub doś. x2/x3) a także specjalne receptury uroków, które będą ustalane na bazie potrzeb wygranej osoby.
Ponieważ otwieramy konkurs na najlepsze, mroczne opowiadanie, zostaje zablokowana możliwość tworzenia opowiadań za dyniowe pieczęci. Te będzie można zdobywać wyłącznie z postów fabularnych. Szansa na ich zdobycie zostanie zwiększona do 40%.
W trzecim etapie można zamieścić tylko jedną pracę konkursową, dlatego dobrze przemyślcie swoje opowiadanie. Liczymy na dopracowaną, mroczną, ciekawą i pomysłową pracę. Będziemy także nagradzać dodatkowymi punktami uczestników, którzy jako pierwsi zamieszczą swoje opowiadania.



17 listopada - Duchy Odległych Krain



17 listopada - Zaczynamy kolejny etap niestety kilka dni po czasie. Wraz  z nim czynimy czwarty krok przez Halę Smoczych Bóstw, aktywując drop przedmiotów w postach! Jest to pierwszy raz, kiedy każdy z Was będzie miał szansę zdobyć wymarzony przedmiot z postów fabularnych! Czy to pierścień odnowy? Eteryczny pierścień? Kontrakt, Zwój, Legendarne pierścienie lub całkowicie unikalny eteryczny ekwipunek? Może otrzymasz smocze jajo? A może zdobędziesz paczkę bonusów do eteru? Brzmi tajemniczo? Odkrywaj możliwości Atarashii! To wszystko jest od dzisiaj możliwe! Zdradzamy już teraz, że ten krok będzie wiązał się z następnym, dlatego więcej informacji udzielimy wam dopiero w poniedziałek!






— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







24.10.2016, 00:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#2

- Ej Thom! Paczaj! Butelka z odrobiną bimbru. Dawaj do zapijaczonego Sotha. Podręczymy go!- jakiś zasmarkany dzieciak znalazł właśnie brudną butelkę w stertach śmieci w jakimś ciemnym i brudnym zakątku niewielkiego miasteczka.
- Super! Może znowu nam coś opowie!- odpowiedział mu równie zasmarkany i brudny kolega w buszowaniu miejskich uliczkach.
Dzieciaki wzięły ze sobą cenne znalezisko i ruszyły biegiem przez kręte drogi miasteczka. Po chwili trafili do jakiejś zatęchłej speluny, tudzież mordowni. Urwisy uchyliły nieco drzwi i przez szparę zerknęły do środka.
- I co jest?- zapytał młodszy z nich który za dużo nie widział lecz popychał swego towarzysza by móc nieco więcej ujrzeć.
- Nie pchaj się! Nie. Nigdzie go nie widzę!- po tych słowach obydwa obszarpańce wpadły z hukiem do środka speluny. Jako że była to godzina przed południem to nie było w środku za dużo klientów. W zasadzie to nie było nikogo nie licząc pijaków którzy leżakowali oparci o blaty stołów którzy leżeli twarzami we własnych rzygowinach.
- Wynocha stąd!- dzieciaki usłyszały krzyk oberżysty i właściciela owego jakże kulturalnego przybytku.
Dzieciaki w pośpiechu zamknęły drzwi i stanęli przed speluną ze zmieszanymi minami. Po chwili usłyszeli szyderczy śmiech który rozległ się w niewielkiej odległości od nich z ciemnej pobliskiej uliczki.
Śmiał się białowłosy mężczyzna, znaczy się nie białowłosy bo jego włosy teraz były brudne i przetłuszczone ale kiedyś były białe. Oczy miał przekrwione z przepicia a jego strój łowcy był totalnie brudny od błota i własnych rzygowin.
- Życie wam gówniaki nie miłe że tam zaglądacie?- zapytał śmiejąc się wciąż. Mężczyzna siedział oparty o zmurszałą ścianę kamienicy. Siedział we własnych rzygowinach bo nie miał siły wstać. Od jego osoby czuć było wyraźny i niezwykle silny odór alkoholu.
- Czego chcecie od tamtych świń co to na własne stoły rzygają?- zapytał obszarpańców. Soth najwidoczniej wyszedł by kulturalnie oddać na zewnątrz zawartość własnego żołądka, gardząc tymi co to rzygali tam gdzie siedzieli.
- Eeee... od tamtych nic... ale mamy coś dla ciebie!- powiedział starszy z nich nich i nieco odważniejszy. Wyjął zza pleców brudną butelkę i pokazał ją Sothowi. Potrząsnął.
Na dźwięk chlupotania Sothowi oczy zalśniły. Jeszcze nie wytrzeźwiał a już miał ochotę na kolejną dawkę alkoholu.
- Dawajcie gówniaki!- jego dłoń wystrzeliła w stronę dzieciaków lecz te szybko od niego odskoczyły. Soth nie miał siły by nawet wstać i o mało co nie upadł.
- Nie ma tak łatwo!- odkrzyknął mu łobuziak kiedy odskoczył.- Dostaniesz dopiero wtedy jak nam coś opowiesz!- odpowiedział z łobuzerskim i zawadiackim uśmiechem na ustach.
- Spierdalajta gówniaki!- odwarknął łowca i znów oparł się ciężko o ścianę kamienicy.
Soth westchnął ciężko i zerknął na skarb trzymany przez dzieciaki. Mlasnął językiem i opierając głowę o ścianę przymknął nieco oczy.
- Niech wam będzie jebane psubraty!- przeklną łowca i na chwilę zamilknął zbierając nieco myśli by wymyślić jakąś opowieść.
- Słyszeliśta o zatopionym mieście Drav?- zapytał łowca uchylając nieco powieki i spoglądając przekrwionymi oczyma na dzieciaki.
- Nie. Jest wyspa Drav ale miasta nie ma!- odparł jeden ze smarkaczy.
- Owszem jest. To znaczy było bo teraz jest zatopione a wyspę nazwano ku pamięci o tym mieście.
- Naprawdę? A co się stało że całe miasto zostało zatopione?- zapytały zaciekawione dzieciaki.
-Otóż w tym mieście była jedna taka młoda dziewczyna. Zwała się Sabetha...- Soth zaczął swoją opowieść.
- Znowu ona?- zapytały zdziwione dzieciaki. Najwidoczniej bohaterką wszelkich opowieści łowcy była pewna dziewczyna o wdzięcznym imieniu Sabetha.
- Zamknąć się gówniaki!- warknął Soth i dalej zaczął opowiadać.- Otóż ta Sabetha zadawała się z jednym takim łowcą...
- Z Sothem?- wtrąciły się dzieciaki zgadując kolejnego bohatera opowieści.
- Mam opowiadać czy sami sobie opowiecie?- zapytał ze złością łowca.- Tak zadawała się z Sothem. I podczas swych różnych podroży trafili do miasta Drav. Soth był zmęczony drogą i zamierzał napić się czegoś w pobliskiej karczmie. Lecz Sabetha była totalną jędzą i stwierdziła że dzielnemu wojownikowi nie należy się nawet odrobina odpoczynku przy kufelku piwa. Zamiast dobrego trunku zamówiła kubek wody i dała odważnemu łowcy do wypicia. Kiedy ten poczuł że w naczyniu nie ma alkoholu wściekł się i zaczął na nią krzyczeć. Wyzywał ją od wiedźm przebrzydłych i katów okrutnych co to się dręczą nad biedną duszą. W złości wykrzyczał "a niech cię krew jasna zaleje!". I kiedy to wypowiedział wiecie co się stało?- Soth pochylił się w ich stronę i pytanie zadał przyciszonym głosem.
- Nie... co?- zapytały jednocześnie dzieciaki zaciekawione.
- I ją zalało. Tyle że nie krew a woda. W momencie kiedy Soth wypowiedział te słowa to... Zagwiździło, zapiździło... znaczy się trzęsienia ziemi, ulewy i gromy jaśniste spadły na całe miasto. Po kilku dniach miasto zniknęło przykryte falami wszechobecnego morza. Do dziś morze to niezwykle wzburzone jest. A wiecie dlaczego? Wiecie jaki z tego morał?
- Nie...
- Morze wzburzone jest z jednego powodu. A mianowicie...- Soth zamilkł na chwilę po czym powiedział zachrypniętym głosem morał opowieści- NIE ODMAWIAJ ALKOHOLU SOTHOWI!
Kiedy powiedział w ich kierunku morał opowieści Soth znów postarał się wyrwać flaszkę dzieciakom. Obszarpańce wypuściły butelkę i uciekły ze śmiechem. Soth po chwili podniósł flaszkę.
- Jebane gówniaki!- mruknął Soth i przytknął butelczynę do ust.- Niech ich szlag!- zaklną wypluwając zawartość flaszki. Był to rozcieńczony bimber deszczówką która spływała po śmieciach które znajdowały się w uliczce gdzie dzieciaki ją znalazły.- Jebać to!- mruknął Soth i znów przytknął flaszkę do ust. Może i było obrzydliwe ale alkohol to alkohol. Liczyły się procenty we krwi a nie smak.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






29.10.2016, 13:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#3

30 października - Legenda Podwodnego Miasta

31 października - Rozpoczynamy 2 etap eventu, czyniąc drugi krok przez Halę Smoczych Bóstw. Tym samym ogłaszamy dodatkowe wydarzenie z okazji Halloween!
Do naszego świata zostały zesłane eteryczne duchy, które przybrały formę dyń. Ich obecność może spowodować problemy zdrowotne lub problemy na tle religijnym. Aby się ich pozbyć, należy zdobyć specjalne dyniowe pieczęci. Są one kluczem do odpędzania zaklętych, złych Dyń! Co więcej! Z niewiadomych powodów, każda Dynia broni jakiegoś skarbu... Żeby się dowiedzieć czego tak uparcie bronią, trzeba je odesłać w eteryczną nicość!

Dyniowe pieczęci można pozyskać na dwa sposoby. Pierwszym jest pisanie postów fabularnych, z których istnieje szansa zdobycia pieczęci dzięki zaimplementowanemu systemowi dropu. Ponieważ nie wszyscy mają możliwość i okazję pisać posty fabularne, wychodzimy naprzeciw takim osobom i umożliwiamy zdobycie postów poprzez pisanie strasznych opowiadań z uniwersum Atarashii! O tym, czy dyniowa pieczęć zostanie przyznana, zadecyduje jakość przekazanej historii.



Wszystkie straszne historie należy zamieszczać w tym poście, a my w gronie administracyjnym, będziemy informować Was pod postami o tym czy przyznajemy pieczęć.

Zachęcamy, do dalszej dyskusji i spekulacji dotyczących następnych tekstów. Forma dowolna! Informujemy także, że każdy z Was, otrzymał na start jedną dyniową pieczęć!



— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







31.10.2016, 02:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#4

- Staaaać! - głośny krzyk przepełnił okolicę, by po chwili zostać przygłuszonym przez szum szalejącego między drzewami wiatru -Napoimy tu konie, okolica wydaje się spokojna. - księżyc zasłonięty przez chmury i wysoko pnące się gałęzie dębów nie dawał prawie żadnego światła, jedynie pochodnie rzucały go trochę na śnieg. Środek zimy dawał się we znaki, grupa podróżnych prawie zamarzała, nie pomagały nawet ciepłe płaszcze wykonane z wilczej skóry pokrytej futrem.
Wrzeszczący wcześniej mężczyzna zsiadł z swojego czarnego jak noc wierzchowca, którego gdyby nie pomarańczowy blask płonących łuczów, nie sposób byłoby zauważyć. Chłop mierzący około 180 centymetrów wzrostu wbił pochodnię w biały puch po czym zdjął rękawice i zaczął pocierać nad nią dłonie. Jakieś 20 metrów od niego znajdowało się zamarznięte jezioro.
- Revan, trzeba będzie rozbić lód. Weź młot i dwie pochodnie, jedną wbijesz przy brzegu, z drugą podejdziesz dalej. Valger, pójdziesz z nim, weź bukłaki i konie. Reszta zbierać chrust i rozbić obóz, zostaniemy tu na noc. Czuję, że jesteśmy niedaleko. Będziemy zmieniać się na warcie co trzy godziny. - jego głos był niski, w pewnym stopniu przerażający. Choć nie powiedział nic dziwnego, czuć w nim było pewna dozę obłąkania.
Śnieg padał coraz mocniej, przeszkadzając podróżnikom w rozłożeniu namiotów, a tym bardziej w rozpaleniu ogniska. Po jakimś czasie jednak wszystko było gotowe, a cała kompania zasiadła wokół ogniska. Kilku z nich sięgnęło po szklane butelki z ognistą wodą. Dowódca spojrzał na nich krzywko, jednak ci się nie zrazili i wszyscy po kolei brali do pyska kilka łyków wódki. W oddali było słychać wycie wilków, a księżyc co rusz na chwilę uwalniał się ze szponów ciemnych chmur i lekko oświetlał okolicę, a jego blask odbijał się od leżącego w każdym miejscu śniegu. Po paru dobrych minutach siedzenia w ciszy i laniu w siebie alkoholu, jeden z podróżników odważył się odezwać.
- Toś może nam w końcu waść powiesz, po kiego chuja nas tu sprowadził. Mieliśmy ze dwa dni galopu temu w Wilewood być, a drugi już księżyc po lesie błądzimy. - po chwili do mężczyzny przyłączyło się więcej osób. Łącznie ich było z dwunastu.
- Milczeć, psy! Płacę wam w cholernych złotych smokach, a wy jeszcze czelność narzekać macie? Żeby tak was wilcy obgryzły, co do kęska mięsa ostatniego na kości! Ale chcecie dokładnie wiedzieć, to wam powiem, tylko się ze strachu nie zesrajcie, bo do niczego się już nadawać nie będziecie. - zaczął głośno, kończył już tak cicho, że ledwo jego głos wśród szumu wyróżnić można było - Wsłuchajcie się uważnie, bo drugi raz powtarzać nie będę. - kontynuował, lecz po chwili mężczyzna zwany Revanem mu przerwał.
- Skończże, za przeproszeniem, głupoty pierdolić, bom cierpliwość tracę! Lód jak żeś pan kazał rozbiłem, wszystkim co potrzebne od cholernych trzech tygodni się zajmuję, a wszystko to dla kilku złotych smoków, których nawet w rękach jeszczem nie miał? To już wolałem zdychać z zimna na ulicach Lothil, niż na jakiś chędożonym zadupiu, gdzie nawet wilca ujrzeć to rzadkość, choć w nocy wiecznie wyją. - tak się chłopina zdenerwował, że aż mu jedno oko drżeć zaczęło.
- Gdybyś mi, huncwocie jeden, w słowo się nie wtrącał to już byś wiedział czemuż tu jesteśmy. - starał się mówić opanowanym głosem, jednak jemu też już żyłka pulsowała. - Wyciszcie się więc kamraci i słuchajcie uważnie, co wam mam do powiedzenia, bo historia to nietuzinkowa, a krew w żyłach mrożąca. Ludy od pokoleń wielu gadają, że w lasach tych jest pieczara. Ale nie taka zwykła pieczara, co to to nie! Tam nawet nietoperze, ani dzika zwierzyna schronienia przed zimnem nie szuka, choć z wnętrza ciepłem bije. Tam wilcy zachodzić się boją, choć woń świeżego mięsa i krwii z oddali czuć. Bowiem zła wiedźma tam żyje, która we krwii ludzi się kąpie, a ludzkimi wnętrznościami się całe dnie żywi. W zime, gdy mało kto do lasów się zapuszcza, szczególnie jest głodna i ze swej pieczary wychodzi w poszukiwaniu czegoś, co zeżreć by żywcem mogła. Chłopi gadają, że w tym okresie żywi się głównie zwierzyną, jednak od tego tak jej się powonienie wyostrza, że człowieka potrafi z odległości dwóch tysięcy stóp wywęszyć! - mówił prawie szeptem, tak jakby chciał by nikt go nie usłyszał. Jednak wszyscy słyszeli go doskonale, wokół panowała cisza, nawet śnieg przestał pruszyć, a wiatr poruszać gałęziami drzew, tak jakby zbliżało się coś złego. - Inna legenda mówi, że jeśli nakarmić wiedźmę jedenastoma ludźmi, w okresie gdy będzie ona najbardziej głodna, to temu kto jej ofiary przyprowadził da całe złoto, które znalazła przy poprzednich nieszczęśnikach. Czyż nie sądzicie, że może być go naprawdę dużo? Toć mało razy na tych szlakach zaginęła karawana wioząca transport złota? Jeśli się jej pozbędziemy to cały skarb będzie mó... nasz! - dodał z szyderczym uśmiechem na ustach, a kruczoczarne włosy opadły mu na oczy. Wiatr znowu się zerwał, a wycie wilków w oddali było jeszcze głośniejsze niż poprzednio.
Jeden z mężczyzn, zwany Valgerem, z przerażeniem zerwał się na równe nogi i zaczął wrzeszczeć.
- Przywiodłeś nas tu na zgubę, parszywa gnido! Jest nas dwunaścioro, a jakby nie liczyć ciebie, szubrawcze, to jedenastka, jak w legendzie! - darł się tak głośno, że aż zagłuszał wszystkie dźwięki wokół. W końcu przerwał, a z jego ust popłynęła krew, natomiast z klatki piersiowej wyłonił się długi, śnieżnobiały kolec.
- Otóż to, przyjacielu, otóż to... - odparł dowódca kompanii, wstając i przechadzając się po lężących już na ziemi głowach swych byłych kamratów. Zza pleców byłego krzykacza rozbrzmiał się chichot, a tuż po nim słowa wypowiedziane wysokim, wręcz piskliwym, choć na swój sposób uroczym głosem.
- Nic się nie zmieniłeś, magu, kolejny rok przyprowadzasz mi całą gromadę nieszczęśników i myślisz, że coś w zamian dostaniesz. Jesteś taki zabawny. - rzekła kobieta.
- Nie, wiedźmo. Tym razem sam wezmę, co do mnie należy. - wypowiedział zachrypniętym już głosem, a w jego ręku zapłonął czarny ogień...



istoria posiada trochę błędów w poprawności z uniwersum jak przekręcanie nazwy z Wildewoood na Wilewood i mroźnych klimatów, które w Revii raczej się nie zdarzają, ale jakby pokombinować to dałoby się lód jakoś wytłumaczyć. Oczywiście jeśli bierzemy pod uwagę, że akcja toczy się na Revijskich ziemiach. Sama opowieść trochę odbiła moją uwagę przez styl, ale ostatecznie, pod koniec rozkręciła się w przyjemnym kierunku. Czułem delikatne napięcie lub może lepiej byłoby to nazwać ciekawością. Mimo, iż zakończenie było w pewnym momencie do przewidzenia, kiedy kapitan opowiadał legendę o wiedźmie, to wciąż uważam je za bardzo w porządku. Gdyby jeszcze trochę lepiej był ułożony wizualnie tekst, przyznałbym temu opowiadaniu największe noty. Jeśli będziesz miał jeszcze jakieś pomysły na opowiadania, to oczywiście pisz. Chętnie przeczytam straszne opowiastki z Atarashii w halloweenowej atmosferze, przy dobrej herbacie.
Kratos



ie znalazłem większych błędów jeśli chodzi o zgodność z uniwersum. Lód w Revii mógł być jedynie masowo wywołaną iluzją, aby zmylić ofiary. Byłoby jeszcze ciekawiej, gdyby jeden z bardziej rozumnych chłopów zauważył powyższą niezgodność i zaczął coś podejrzewać. Jeśli chodzi o samo opowiadanie, to oceniam je pozytywnie. Musiałem przerwać czytanie w połowie i nie ukrywam strasznie mnie ciekawiło co się dalej stanie. Szkoda tylko, że w pewnym momencie zakończenie było dosyć łatwe do przewidzenia. Mam nadzieję, że jeszcze będę miał okazję przeczytać niejedno Twoje opowiadanie. Jak nie w tym, to w następnym konkursie.
Tyru



Twoja Nagroda
Dyniowa pieczęć x1

Dyniowa odznaka x1

Eter za napisany post x3
7193 eteru








31.10.2016, 20:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#5

Lothil, wczesna noc. Jak zawsze o tej porze roku, dzieciaki wychodziły na zewnątrz często i gęsto, formując się w mniejsze, lub większe grupki, które terroryzowały miasto, wraz z jego zacnymi mieszkańcami. Pijus akurat wracał z karczmy do swego domu, o dziwo skacowany. O dziwo, bo jego ulubioną metodą na kaca było nietrzeźwienie, co sprawdzało się w jego wypadku dość dobrze. Krzyk bawiących się podrostków nie należał więc do jego ulubionych dźwięków. W ogóle jakikolwiek dźwięk nie należał na ten moment do dźwięków, które lubił. Nawet cisza piekła go w uszy. Kiedy zauważył grupę, która prowadziła gdzieś rówieśnika z zawiązanymi oczyma, zakrzyknął, krzywiąc się na głośność swojego głosu:
-Ej, kurwie małe! Gdzieście Wy idziecie co? Chyba nie włamujecie się znowu na cudzą posesję!? - Irytowało go to. Człowiek nie mógł w spokoju posiedzieć we własnym domu, bo nie zna dnia ani godziny, gry to towarzystwo wejdzie mu do mieszkania i narobi rabanu. A jeszcze ukarać ich, kurwa, nie można porządnie, bo spieprzają jak zajęce.
- Y... Panie Pijus, to nie tak!
"Panie pijus... nauczyły się w końcu. Raz je dogonić i zlać porządnie i zrazu traktują po ludzku."
- Taa? Puścić mi tego chłopaka w trymiga! Ja już wiem, coście chcieli biedakowi zrobić. Wierzcie, lub nie, ale nie chcielibyście zobaczyć... efektów.
Swymi słowy oczywiście zaciekawił gromadę, która zawsze i chętnie poznawała przeróżne opowiestki. A Pijusa znali z tego, że morałów nie prawił. Tylko opowieści.
- Efektów? - Zapytała jakaś dziewczynka.
- Tych, no... Konsekurwencji... znaczy się... Ach, co się będę rozwodził. I tak nie zrozumiecie, takie głupie jesteście. Słuchajcie, póki macie uszy, dzieciaczki. Za takie zabawki jeno płacz was czeka, jak Tommy dopadnie was w której ze starych piwnic. - Następnie szybko uprzedził pytanie. - Tommy Lee Duch. Bo widzicie, podrostki, nocami po ulicach miasta się duchy pałętają.
- Duchy po nocach? Bzdura! - Zakrzyknął który z odważniejszych. - Mój ojciec patroluje co noc miasta i nigdy nie widział ducha żadnego!
- Bo duchy są tam, gdzie nie ma straży! To chyba jasne, co? Wy też tylko tam się lejecie, gdzie nie ma ojców waszych. On od lat siedzi i straszy w opuszczonym domu! Myślicie, że czemu jest opuszczony, co?
- Bo jest stary i brzydki? - Zasugerowało jedno z dzieci. Ciężko było uwierzyć w pierdoły o duchach od człowieka, który blisko dzewięćdziesiąt procent swojego marnego żywota spędził nietrzeźwy.
- Bo w nim straszy, idioto! - Zdenerwował się Pijus. - A teraz słuchajcie uważnie, dzieciaczki. Bo straszy tam duch taki jak wasz kolega, którego prowadziliście, by zamknąć go w piwnicy!
W momencie, gdy każdy z grupki chciał zaprzeczyć, najgłupsze ogniwo zdziwiło się:
- S-skąd pan wie?
- Skąd wiem? Abo to żart znany przez waszych dziadów i pradziadów! Było jak mówię, Tommy Lee jest taki jak on! Przygłupi, mały i przerażający! - Dla Pijusa każde dziecko w swój sposób było przerażające. - Byłem wtedy takim podrostkiem jak wy, tak samo głupim i odważnym! O tak, pamiętam ten dzień jak wczoraj!
- Przecież Ty i wczorajszego dnia nie pamiętasz! - Oskarżył go najwyższy z gromadki.
- Zamknij się, mówię! Ja teraz opowiadam. Prowadziliśmy Tommiego tam właśnie do tego domu. Mieszkał tam wtedy staruch, przezywaliśmy go Pijus... - Nikt mu tym razem nie przerwał, sam był nieświadomy, że tak go przezywają. - Miał ze sto lat chyba, o tak! Krązyły plotki, że zjada dzieci. Ale żadne dziecko nie zginęło od lat wtedy, a przynajmniej my o tym nie wiedzieliśmy. I wiecie, co? Zaprowadziliśmy go do domu starucha, do piwnicy. Powiedzieliśmy, że przyjdziemy do niego za godzinę. I że jak nie zesra się w gacie, to zotanie jednym z nas. Ooo tak... Wprowadziliśmy go do piwnicy, zamknęliśmy. Stary M... Magik, tak miał na imię. Magik wykradł staremu klucz do mieszkania. Spał wtedy, dlatego się zakradliśmy. Ale jeden z nas się potknął i zakurwił głośno, tak, że go obudził. - W tej cześci opowieści, pijakowi już się załamywał głos. Od następnych kilku zdań już płakał. - Rozumiecie, to kurwie? ZOSTAWILIŚMY TOMMIEGO NA PASTWĘ PIJUSA! ON GO KURWA ZJADŁ, ROZUMIECIE?
Dzieci jednak nie słuchały go dalej, stwierdziwszy, że nie wyszedł jeszcze z pijackiego amoku. Podobno nigdy nie wychodził, a trzeźwy zachowywał się gorzej niż po wódce.
Długo musiały odprzekonywać małego Sandro, mówiąc mu, że to, co wymyślił pijak to farmazony, by przekonać młodzika do pójścia za nimi. Musieli zwyzywać go od tchórzy i powiedzieć, że powiedzą matce, że ukradł jej złotego gryfa, jeśli z nimi nie pójdzie. Szlochający malczyk w końcu zaakceptował los i poszedł dać się zamknąć w opuszczonej piwnicy.
***
Sandro nie miał pojęcia, ile czasu minęło odkąd tu został wprowadzony. Nie widział w sumie nic, ale na pewno minęło więcej niż obiecana godzina, gdy usłyszał obracanie klucza w mechaniźmie zamka. Miał łzy w oczach, nie mógł doczekać się spotkania mamy, przeproszenia za ukradzionego gryfa i w ogóle za wszystko, gdy...
Najpierw przez drzwi wdarł się smród. Okropny, obrzydliwy smród, nieprzypominający alkoholu ani trochę. Bardziej było to pomieszanie zgnilizny i potu. Do piwnicy wpadło światło, a po nim starzec... Pijus. Nie zataczał się, stał prosto z iskierką w oczach. Był całkowicie trzeźwy. Między wargami widać było psychopatyczny uśmiech, bardziej przerażający, od zostania samemu w pomieszczeniu bez światła. Staruch w jednej dłoni miał długi nóż. Szybkim ruchem pozbawił dzieciaka życia. I zdało się słyszeć dwa krzyki. Jeden należał do malutkiego Sandro, a drugi do Bobbiego, przewodnika tamtej grupki, który przez rozbitą szybę oglądał śmierć swojego kolegi.


ydaje mi się, że zabrakło tutaj trochę polotu. Pomysł mógł być dobry, gdyby inaczej skonstruować przebieg wydarzeń i uporządkować tekst. W gruncie rzeczy nie mamy na Atarashii pojęcia "mieszkania" jako blokowiska a zwyczajny "dom". Więc towarzystwo nie mogło wejść do mieszkania, lecz do domu. To z takich rzeczy, które bardzo rzuciły mi się w oczy i trochę zniszczyły ducha historii. Poza tym strasznie dużo chaosu, zbędnych wulgaryzmów i przeciągania akcji. Pomysł wydaje się zaczynać ciekawie, ale ciężko przez niego przebrnąć. No i zakończenie jest Myśliciel na swój sposób mroczne. Skojarzyła mi się teksańska masakra piłą mechaniczną. Szkoda, że na tym się skończyło, bo tak naprawdę dopiero wtedy zaczął budować się element grozy, który wcześniej nie miał prawa wykiełkować przez wspomniane wcześniej, wulgaryzmy pojawiające się w zbyt dużej ilości do części budującej napięcie.
Bardzo chciałbym żebyś spróbował jeszcze raz wrzucić straszną opowiastkę, bo widzę, że masz pomysł, tylko brakuje Ci odpowiedniej realizacji, a pisać tutaj możesz tyle razy straszne opowieści, ile tylko będziesz chciał. My je sprawdzimy i ocenimy. Także... Administratorskie: "Dawaj, dawaj! Czekam na więcej"

Kratos


istoria ma duży potencjał, ale czegoś tutaj jednak zabrakło. Czuję lekki niedosyt po jej przeczytaniu. Akcja w domu starca trzyma w napięciu, ale niestety jedynie przez krótki czas. Szkoda, że nie została bardziej rozwinięta. Problemem jest też spory chaos w opowiadaniu. Gdyby poprawić te kilka elementów, to wyszłoby z tego świetne opowiadanie. Z niecierpliwością czekam na kolejne straszne historie. Ucieszyłbym się gdyby jedną z nich była kontynuacja powyższej.

Tyru








Twoja Nagroda
Dyniowa odznaka x1

Eter za napisany post x3
6952 eteru
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2016, 22:22 przez Mirrodin.)

( ͡° ͜ʖ ͡°)
31.10.2016, 21:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#6

-----===[RUINY]===-----



Nie znam nikogo, kto nigdy nie obudził się rano i wiedział, że dziś fortuna mu sprzyja, bądź na odwrót. Sporo osób na tym dobrze wyszło, zdarzyli się i tacy którzy stracili niemal wszystko. Są takie dni kiedy przodkowie się do nas uśmiechają, są też i takie gdy przestają nad nami czuwać, zajęci własnymi sprawami. Z reguły właśnie wtedy postanawiamy grać w kości, ruszać na wyprawy czy co to kogo najdzie. W moim… w naszym wypadku, można by rzec iż była to wyprawa.
Gdy wreszcie udało nam się zdobyć narzędzia, a przez kolejne kilka dni rozłupywaliśmy i usuwaliśmy gruz i kamienie z zawalonego przejścia prowadzącego do podziemi tych cholernych ruin, przejście wreszcie stanęło otworem. Każdy z nas był ciekaw co kryje się w podziemiach, każdy z nas miał odmienne wizje tego, co tam zastaniemy. Skarby? Śmieci? Zakurzoną, zapomnianą przez czas broń i zbroje? Wszystkiego po trochu? Jedni uważali, że wyprawa zakończy się równie szybko, jak się zaczęła, że trafimy na kolejną ścianę albo ślepą uliczkę. Inni skłaniali się bardziej ku odkryciu sporego kompleksu podziemnych przejść, pomieszczeń i przodkowie wiedzą czego jeszcze. Był tylko jeden sposób aby się przekonać.

Wreszcie podjąłem decyzję. O świcie zaopatrzyliśmy się w broń, kilofy i pochodnie, po czym postawiliśmy pierwsze kroki na schodach prowadzących w ciemność. Z każdym kolejnym krokiem rozświetlaliśmy mrok nieznanego, z każdym kolejnym krokiem schodziliśmy niżej i niżej. Trwało to długo, wyjątkowo długo. Spodziewałem się raczej kilkunastu stopni w dół, tymczasem czułem się jak gdybym zmierzał do najgłębszych czeluści tego świata. Słyszałem oddech swoim kompanów na karku, słyszałem różne pomrukiwania, dywagacje na temat tego co zastaniemy… Jednak to, co wkrótce ujrzałem było… Cóż, niespodziewane to mało powiedziane. Wkroczyliśmy do dość ciasnego, jednak bardzo wysokiego pomieszczenia, na końcu którego znajdowały się kilkumetrowe, kamienne drzwi pokryte jakimiś dziwnymi, zawiłymi wzorami. Odwróciłem się i spojrzałem na swoich towarzyszy, wszyscy mieli podobne wyrazy twarzy. Co jak co, ale ogromnych drzwi się nie spodziewałem, nie tutaj.

Podszedłem bliżej aby im się przyjrzeć. To, co z oddali wydawało się misternymi, zawiłymi wzorami, z bliska okazało się drobnym, runicznym pismem. Czytałem wiele ksiąg, poznałem częściowo alfabet runiczny i niektóre praktyczne zastosowania, jednak to było coś… innego. Nie poznawałem tego pisma, zdawało się być wyjątkowo… nienaturalne. Drobne, zawiłe wzory, raz faliste, raz kanciaste, raz przeplatające się ze sobą tak, iż do złudzenia sprawiały wrażenie jakoby składały się z nałożonych przez siebie różnych, dawno zapomnianych języków. Kiedy dotknąłem je ręką, poczułem przeszywające wręcz zimno. No tak, czego innego miałbym się spodziewać po kamieniu znajdującym się cholera wie ile metrów pod ziemią. Dopiero teraz zdałem sobie wrażenie, że odkąd znajduję się w tym pomieszczeniu, przy każdym moim wydechu formuje się obłoczek pary. Na szczęście blask pochodni dawał również przyjemne, kojące ciepło. Tak czy inaczej, byliśmy w kropce. Nie wiadomo było, co dalej. Próbowałem pchnąć drzwi, jednak te ani drgnęły. Próbowaliśmy pchnąć je wszyscy. Wciąż nic. Tajemnicze, masywne drzwi skutecznie zatrzymały naszą wyprawę, chroniąc znajdującej się za nimi niewiadomej. Po kilku równie bezskutecznych podejściach, zdecydowaliśmy się na coś mniej subtelnego. Kilofy poszły w ruch, raz za razem uderzając w zimny kamień. Parę dni wstecz gdy odbierałem je od kowala, przekląłem go w myślach za cenę, którą sobie za nie zażyczył. Ale w momencie, w którym zauważyłem iż pod wpływem kolejnego uderzenia od drzwi odprysnął nieduży odłamek, szybko doszedłem do wniosku iż narzędzia były jednak warte każdego wydanego na nie smoka.

Zmotywowani tym widokiem, zdwoiliśmy swój wysiłek, z mocą uderzając kilofami raz po raz w powiększające się wyżłobienie. Gdy któryś z nas opadał z sił, przekazywał kilof komu innemu, tak że praca nie ustawała ani na chwilę. Wreszcie udało nam się przebić. Odebrałem jedną z nielicznych latarenek od któregoś z kompanów i zaświeciłem przez powstały otwór do środka. Moim oczom ukazał się… kolejny korytarz. Przez chwilę miałem ochotę cisnąć wszystko o ziemię i wyjść na zewnątrz, ale szybko doprowadziłem się do pionu. Może drzwi stanowiły jedyną, albo chociaż największą z czekających nas przeszkód? Może wszystko pójdzie dalej gładko? Trzeba się przekonać…

Kilkanaście uderzeń później, powiększyliśmy otwór na tyle, aby dało się przez niego przecisnąć. Byłem jednym z pierwszych, który znalazł się po przeciwnej stronie drzwi. Oczywiście, od wewnątrz też nie dało się ich otworzyć, nigdzie nie było żadnego mechanizmu, dźwigni, niczego. No właśnie… Zdałem sobie sprawę z tego, iż wszystko dookoła jest takie… puste. Druga strona drzwi okazała się gładka niczym tafla jeziora w spokojny dzień, ściany tak samo. Żadnych napisów, żadnych wyżłobień, ba, nawet nie znaleźliśmy ani jednego uchwytu na pochodnie czy lampy. Kiedy już wszyscy przecisnęliśmy się przez otwór – choć okazało się że trzeba go powiększyć dla naszego najroślejszego spośród mych przyjaciół – ruszyliśmy dalej. Szybko zorientowaliśmy się, iż korytarz zaczyna się poszerzać. Biorąc pod uwagę jak długo schodziliśmy po schodach i ile czasu przebijaliśmy się przez drzwi, nie zdziwiłbym się gdybyśmy mieli do przejścia jeszcze jeden z wielu cholernie długich korytarzy.

Kiedy już zacząłem rozważać zatrzymanie się i odpoczęcie chwile przed dalszą drogą, wreszcie blask światła padł na jego koniec. Padł na… kolejne drzwi. A właściwie bramę. Ogromną, dwuskrzydłą, bijącą na głowę te drzwi których sforsowanie zabrało nam tyle wysiłku. Tym razem nie wytrzymałem, zakląłem tak głośno, że chyba dałoby się usłyszeć nas na powierzchni przy wejściu. Podszedłem do drzwi, czując jak krew zaczyna wrzeć mi w żyłach. Przyjrzałem się im dokładniej, zgodnie z moimi przewidywaniami, te również były gładkie i pozbawione wszelkich zdobień, run czy… czegokolwiek. Stałem przed dwoma, ogromnymi, gładkimi kamiennymi płytami stanowiącymi skrzydła kolejnych pierdolonych drzwi. Ktoś z moich towarzyszy rzucił żartem o zbudowaniu na dole tarana, powstrzymałem się jednak od komentarza. Przysięgam na swoich przodków, gdyby wzrok mógł zabijać, ściąłbym całą swoją kompanię jednym spojrzeniem. Zamiast tego, kopnąłem z całej siły w drzwi, przeklinając swoje szczęście.

Nim zdążyłem otworzyć usta aby oznajmić iż wracamy na powierzchnię aby odpocząć i przemyśleć co dalej począć z tymi parszywymi drzwiami, rozległo się głośne zgrzytnięcie. Skrzydła drzwi zaczęły się niespodziewanie rozchylać, szybko jednak równie niespodziewanie zamierając w bezruchu. Pchnęliśmy je wszyscy razem, jakimś cudem udało nam się je otworzyć na oścież. Kompletnie zbity z tropu i skołowany, po prostu ruszyłem naprzód. Gdybyśmy mieli znowu kuć kilofami, pewnie kazałbym to zrobić innym, samemu siadając gdzieś nieopodal i zastanawiając się czy nie rzucić tego wszystkiego w cholerę i wyjechać… gdziekolwiek. Jak najdalej stąd. Tym razem, moim oczom ukazała się równie ogromna… pustka. Znajdowaliśmy się chyba w jakiejś ogromnej sali czy innym równie wielkim pomieszczeniu wypełnionym gęstym, nieprzeniknionym mrokiem. Teraz to ja miałem chęć zażartować, przepowiedzieć natrafienie na kolejne, jeszcze większe drzwi, bramę, chuj wie co. Miałem po prostu dość. Nie wiedziałem co czeka mnie dalej, nie wiedziałem nawet czy chcę wiedzieć. Zamiast marznąć i mierzyć się z coraz większymi bramami, wolałem wrócić na powierzchnię, wygrzać się w słońcu, upiec nad ogniskiem dzika i wypić tyle miodu aby paść jak długi i spać przez cały dzień i noc. Wróciłem się przez bramę, kazałem reszcie uczynić to samo. Zawitamy tu ponownie kiedy indziej, w przeciwieństwie do dzika, ruiny nie uciekną.




Pozostawiliśmy za sobą salę, w mroku której podniosła się z posadzki jakaś postać. Po niej zaś jeszcze jedna. I kolejna. Teraz gdy wrota stały otworem, wszyscy mogli się zbudzić z odwiecznego snu…


maronie, czuję się zawiedziony. Oczekiwałem najwięcej po Twojej strasznej historii. Bardzo fajnie poprowadziłeś narrację. Śmiem twierdzić, że w stosunku do poprzednich prac była ona najlepsza. Pomysł także świetnie się zapowiadał, ale zwieńczenie było... No w zasadzie nijakie. Najmniej grozy ze wszystkich prac, za to sporo tajemniczości. Szkoda, że nie pociągnąłeś jakoś końcówki a dałeś otwarty scenariusz, w którym nie do końca wiadomo o co chodzi. Jest w istocie mroczny, ale nie odczuwałem ani odrobiny napięcia. O właśnie, to jest to słowo. Brakowało mi wyraźnego napięcia. W każdym razie, debatując chwilę z Tyru, uznaliśmy, że przyznamy Ci dyniową pieczęć. Jednakże liczę, że to nie Twoja ostatnia publikacja tutaj i jeszcze zaszczycisz nas kolejnymi strasznymi opowiastkami. Chętnie chwycę za kociołek dobrej herbaty i poczytam sobie Twoją narrację, która wyjątkowo spodobała mi się swoją schludnością i czystością językową.
Kratos


odobnie jak Kratos pokładałem duże nadzieje w Twojej pracy. Wszystko poza końcówką spełniło moje oczekiwania. Otwarte zakończenie to niegłupi pomysł, ale w tym przypadku nie wiadomo w zasadzie nic. Bardzo chciałbym poznać dalsze losy bohaterów Twojej historii. Mam nadzieję, że okażesz się na tyle łaskawy i zaspokoisz moją ciekawość.

Tyru








Twoja Nagroda
Dyniowa pieczęć x1

Dyniowa odznaka x1

Eter za napisany post x3
9824 eteru
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2016, 22:39 przez Amaron.)

31.10.2016, 22:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#7

Zabawa na strychu

Słońce powoli zachodziło za horyzont i rzucało na drewnianą podłogę charakterystyczny, pomarańczowy blask. Kurz osiadający na starych półkach, które od dawna nie widziały szmatki, nadawał całemu pomieszczeniu charakterystycznego zapachu strychu. Tutaj rodzina Tramerów znosiła wszystkie rzeczy, które stawały się dla nich zbędne, lecz nadal zbyt wartościowe, choćby sentymentalnie, by je wyrzucić lub sprzedać. Taka natura ludzi, którym ani zbytnio się nie powodzi, ani nie są biedni, ot potrafią szanować wartość przedmiotu, na który wcześniej długo pracowali. Tę melancholijną scenę przerwał głośny tupot i trzeszczenie schodów. Po chwili otworzyły się skrzypiące wrota, a do wnętrz pomieszczenia weszła dwójka młodych ludzi. Chłopak w wieku na oko szesnastu wiosen i dziewczę o jakiś rok od niego młodsze.
- Masz to? Powiedz, że tak! - zagaiła z ciekawością i nutą niecierpliwości w głosie rudowłosa, piegowata dziewczyna. Chłopiec jednak tylko się uśmiechnął do niej, tak jakby chciał się droczyć, lecz zrobiła groźną minę. Młody blondyn już wiedział, że koniec żartów i lepiej udzielić jej satysfakcjonującej odpowiedzi, albo obrazi się na amen i nici z wieczoru.
- No pewnie, że mam! Ta stara baba nawet nie zauważyła, kiedy wślizgnąłem się do jej rudery i zabrałem książkę ze stołu. Tak to jest jak się całe życie mieszka w lesie i nawet nosa z chałupy nie wyściubia. - Młodzieniec podszedł do jednej z szafek i otworzył ją, unosząc przy tym w powietrze kurz. Zawierciło go w nosie i głośno kichnął dwa razy. Dziewczynie zebrało się na śmiech, ale po chwili i ją powierciło w nosie, więc poszła w ślady swego przyjaciela.
- Ranpel!? Co ty u licha znowu robisz na strychu? - rozległ się kobiecy głos dochodzący gdzieś z dołu.
- Nic takiego, mamo! Coś tu wcześniej zostawiłem i nie mogę znaleźć! - odparł.
- Może ci pomóc? - matczyna troska nie zna granic. Po chwili zatrzeszczały schody.
- N-nie, nie trzeba, dam sobie radę, chyba już wiem gdzie to jest. - na wysokim czole chłopaka widać było krople potu.
- Jak chcesz, tylko potem mnie nie wołaj!
- Dobrze mamo! - wykrzyczał.
Ranpel spojrzał na przyjaciółkę, a ta była cała czerwona na twarzy, widać było że coś w niej buzuje.
- Twoja matka to ostatnie czego nam tu trzeba, dobrze że przynajmniej się słucha. - rzekła z oburzeniem w głosie, patrząc się na opasłe tomiszcze, które blondas trzymał już w łapie i powoli kładł na stół stojący tuż przy jednym z wielu okien. Piękne było Lothil o zachodzie słońca, ludzie zmierzający do domów po ciężkim dniu pracy, straż patrolująca dokładnie każdą ulicę, a czasami ujrzeć można było nawet rzezimieszka przemykającego w cieniu ciemnych uliczek.

Chłopak otworzył księgę na stronie, którą wcześniej sobie oznaczył zaginając jedną z kart. Rozdział 23 - Czy masz swego demona stróża, i jak go zobaczyć? widniało na samej górze, a poniżej zapisana była drobnym maczkiem cała instrukcja rytuału.
- Gdzieś tu miałem... - chłopak zaczął grzebać w szufladce stołu - schowaną sakwę przepełnioną mąką... - skończył mówić, akurat w momencie, w którym wyciągnął na wierzch przedmiot, o którym przed chwilą wspomniał.
- Wiesz... nie jestem jednak pewna czy rzeczywiście chcę się w to bawi... - zaczęła, jednak Ranpel po chwili jej przerwał.
- Oj daj spokój, głupia! Sama mówiłaś, że to tylko durne bajdurzenie, zapisane przez nawiedzoną staruchę. Chcesz się teraz wycofać, co? Strach cię obleciał, Istrudo? - odparł, szyderczo się przy tym śmiejąc i rysując za pomocą mąki symbol przedstawiony w księdze.
- Phi! Czego niby mam się bać? Zobaczymy jeszcze, kto będzie robił w gacie! - prawie wykrzyczała oburzona. Mimo temu co mówiła jej oczy zaczynały robić się szklane ze strachu.

5 minut później

- Skończone... co dalej... a no tak, Istrudo, usiądź naprzeciwko mnie, w tamtym kole. O tak, tutaj. - Ranpel sam zaś zasiadł wewnątrz czegoś, co przypominało kwadrat. Obie te figury wrysowane były wewnątrz okręgu. W wolnej przestrzeni między nimi dwoma zaznaczone mąką były przeróżne okultystyczne znaki, dokładnie tak jak przedstawione to było w księdze.
Dziewczyna patrzyła na chłopaka, nie odrywała od niego wzroku dosłownie nawet na sekundę, a ręce się jej trzęsły. Widać było, że jest przerażona, jednak duma nie pozwalała na ukazanie tego.
- Teraz, gdy ja zamknę oczy, patrz się cały czas na czubek mojej głowy i powtarzaj powoli słowa "Sevu Demoni Hall". - cicho powiedział Ranpel, po czym położył ręce na obu kolanach i przykrył swe ślepia powiekami. Dziewczyna go posłuchała. Po pewnym czasie znad głowy blondyna zaczął wyrastać długi kolec. W tym samym czasie nad Lothil nadeszły burzowe chmury, na zewnątrz rozpadał się deszcz i rozszalał wiatr. Istruda, choć wystraszona jak sarenka na widok człowieka, kontynuowała rytuał, aż w końcu na zakończeniu kolca pojawiać zaczął się zębaty pysk, który w pewnym momencie przestał być przeźroczysty. Na sam widok dziesiątek kłów rudowłosa chciała zacząć wrzeszczeć, lecz w tym momencie coś jej przeszkodziło.
- Cz-czemu przestałaś mówić? Nie wydurniaj si... - zaczął Ranpel, aż w końcu otworzył oczy i zobaczył klęczące ciało swojej przyjaciółki, po którym spływała ciepła krew. W miejscu, gdzie powinna się znajdować jej piękna twarzyczka, znajdowała się tylko dziura, przez którą wypłynął na jej zaczerwienioną od juchy sukienkę kawałek mózgu, bo reszta była zwyczajnie odgryziona. Blondyn pierwsze co zrobił to zwymiotował na ziemię, a potem zaczął się drzeć, jednak nikt nic nie słyszał. W momencie, gdy rysował okrąg, jego matka wyszła z domostwa, a ojciec jeszcze nie wrócił z pracy. Gdy trochę się opanował, położył umorusane w krwi Istrudy łapska na księdze wiedźmy. Gdy doczytał ostatni akapit, napisany najmniejszym druczkiem, przeszedł po nim dreszcz, a chłopak zemdlał z przerażenia.

"Niedoświadczony mag, który nigdy wcześniej nie parał się podobnymi rytuałami, ma ogromne szanse na przywołanie łba Azmodura, który pożre jego pomocnika."



estem wyjątkowo zadowolony z tej historii. Czytałem ją w ciemnym pomieszczeniu, późną porą i faktycznie czułem niepewność. O ile motyw z Rytuałem mógłby się wydawać oklepany, czekałem tylko na chwilę, kiedy przyjdzie pierwszy zwrot akcji. Mimo braku mojego zdziwienia, wyobraźnia tak bardzo intensywnie działała, że miałem wrażenie niemal jakbym oglądał końcówkę jakiegoś dobrego filmu. Mimo, iż sam schemat nie jest niczym odkrywczym, to z powodzeniem działa i ma się dobrze. Uważam także, że warto nagrodzić Twoją pracę dodatkowym, niepisanym wyróżnieniem. Mianowicie - ta historia trafi oficjalnie do naszego GGbota. Jeśli ktoś poprosi go o opowieść, będzie możliwość przeczytania właśnie tej, napisanej przez Ciebie.
Cieszę się, że zachęciliśmy Cię do napisania kolejnej opowiastki. Było warto, czytałem wraz z herbatą, ale nie upiłem nawet jednego łyka, będąc wciągniętym w dobra historię, budującą sensownie napięcie i klimat. Brawo!
Kratos



olejne dobre opowiadanie, które spełnia moje oczekiwania. Jest w tym tekście coś, co sprawia, że chce się go czytać. Rytuały to częsty motyw strasznych historii. Nie sądziłem, że praca, która go wykorzysta tak mi się spodoba.
Tyru






Twoja Nagroda
Dyniowa pieczęć x1

Eter za napisany post x3
7521 eteru
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.11.2016, 17:57 przez Vitav Auer.)









01.11.2016, 02:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#8

Szkoła magów w Dravnul. Przybytek tyleż skromny, co nieznany. Do świetności Starej Uczelni nie ma co go porównywać. Przy czym warto wspomnieć, że ta była zamknięta, a dravnulska akademia - nie. Prawdę mówiąc, instytucja nie była nawet oficjalna. Prowadzona na uboczu, gdzie mało kto się zapuszcza, nawet jak na realia tego ponurego miasta.
Dzień niczym się od innych nie różnił. Poranna mgła, gęste chmury na niebie, nie pozwalające na przebłysk światła. Świeża krew pojawiała się w przedpokoju, z którego dalej ciągnął się długi hol.
- Ciemno jak w Thornowej rzyci. Nowy, prawda? - zagadnął młody, szesnastoletni chłopak. Widać było, że szlachetnego urodzenia: plecy wyprostowane, krok dostojny a ton głosu nieco arogancki, choć nie do przesady.
- Taa... ty też, co nie? Też ci tak serce dudni? - odparł blondyn w tym samym wieku. Nie był może arystokratą, lecz pewności siebie w kontaktami z innymi dodawała mu jego już ponadpodstawowa znajomość arkanów magicznych. Adekwatnie do talentu, był ubrany w szarą szatę przeszywaną złotymi nićmi. Widocznymi też na długim kołnierzu koszuli, poprzeszywanym zygzakami.
- Ehe. Stres jak cholera. Wiesz... różne plotki krążą... o - zaczął, lecz drugi wtrącił mu się w słowo.
- Wiem. - przyłożył wskazujący palec do ust. Porozumiewawcze mrugnięcie zdradziło, co chodziło po głowie młokosowi. Nierozsądnie głośno plotkować o magu w jego chałupie, wręcz odczytać można było z jego wyrazu twarzy.
- Khm... racja.

***

Dwa płaszcze na wieszakach przywitały parę nowych studentów.
- Ależ pogoda. Aż chce się żyć. - rzekł jeden, najwyraźniej pochodzący z pustyni na zachodzie. Śniada skóra zdradzała jego pochodzenie.
- Ta. - odparł młodszy, imitując w powietrzu stryczek a samemu udając przez chwilę wisielca. Jego rozmówca parsknął cicho, ponuro i nieznacznie.
- Umiesz coś czarować? Ja nie potrafię za dużo...
- Mhm. - rzekł chłopiec, pstrykając palcami. Kilka iskier wyleciało spomiędzy ocierających się opuszków.
- Niezłe. Ciekawe, czy Pel tak potrafi.
- Nie bądź głupi. To dorosły czarownik. Na pewno jest niewiele gorszy od arcymagów.
Azaratczyk jedynie przytaknął. Obaj ruszyli przez korytarz, próbując odnaleźć właściwe miejsce. Po niedługiej chwili poszukiwań i pukania w każde napotkane drzwi natrafili na jedne, które otworzyły się niemal natychmiast, wydając z siebie głośne skrzypienie. Za nimi był łysy, dość niski i trochę przygarbiony mężczyzna. Sprawiał wrażenie zaskoczonego.
- Nowi! - podniósł głos, lecz specyfika jego głosu i cisza panująca wokół spowodowała, że brzmiało to jak krzyk. - Spóźnialscy. Pierwsi studenci już mają przerwę po wykładzie! Chodźcie, chodźcie. Nie ma czasu do stracenia. Tyle wiedzy, mało czasu... - rzekł, a "nowi" skojarzyli dwa płaszcze z przedpokoju. Później skrzeczący starzec niewyraźnie mamrotał coś do siebie. Miał niepokojącą manierę gadania z podniesioną górną wargą. Milczenia zresztą też. Na szczęście zęby miał kompletne i względnie czyste - tylko to i jego względnie porządne ubranie dzieliło go od uznania go za zwykłego żebraka.
Azaratczyk spojrzał na młodego, który rzut okiem odwzajemnił. "Czyli jednak ekscentryk", zdawał się mówić jego grymas twarzy. Porozumiewawcze skinienie głową potwierdziło, że słyszeli te same plotki.
Posiadłość była bardzo rozległa, wbrew wszelkim pozorom. Z zewnątrz nie wyglądała na coś więcej, niż przeciętną chałupę. W środku panował porządek, o który było dość trudno, chcąc samemu utrzymać coś takiego. Umeblowanie było skromne, ale po kurzu nie było widać śladu. Tak jak po plamach na podłodze, śladów jedzenia. Na półkach widniały perfekcyjnie poukładane księgi, na stole który po drodze mijali było zupełnie nic. Za to między krzesłami odległości były odmierzane chyba miarką. "Pedantyczny ekscentryk", zauważył śniadoskóry.
W końcu dotarli na miejsce. Salę niedużą i bardzo ciemną. Nie było widać w niej nic. Po chwili wykładowca rozpalił świeczkę, która dała nikłe światło. Dało się zauważyć, że znajdowała się idealnie na środku biurka, naprzeciwko którego znajdowało się cztery siedziska.
- Usiądźcie, proszę! Zaczniemy trochę specyficznie, ale nie przejmujcie się.
Nowicjusze posłusznie dali sobie odpocząć.
- Na początek powiedzcie mi... który z was słyszał o wampirach w naszej mieścinie? - rzucił z tym swoim charakterystycznym grymasem, odsłaniającym górny rząd zębów. Oparł się o stolik, a palący się knot nadał mężczyźnie nieco upiorny wygląd. Obaj chłopcy odruchowo zwrócili uwagę na kły nauczyciela. Odetchnęli z ulgą widząc, że te nie odbiegają od normy. W tym samym momencie Pel wydał z siebie głębszy wydech, unosząc kącik ust. Ten skurczybyk chyba z jakiegoś względu liczył na taką reakcję.
- Rozumiem, że obaj. To bzdury. - powiedział, zapalając pochodnię na prostej kolumnie za biurkiem, po jego lewej stronie. - Wampiry to baśnie do straszenia dzieci. - powiedział swoim specyficznym, jakby wciąż przechodzącym młodzieńczą mutację głosem. Przeszedł na drugą stronę biurka, zapalając drugą pochodnię na filarze naprzeciwko tego, na którym łuczywo już płonęło. Dopiero teraz studentom rzuciła się w oczy półka na końcu pomieszczenia, niewyraźnie odznaczająca kontury. Było na niej kilka słoików sporych rozmiarów z czerwoną posoką... a może to tylko złudzenie spowodowane ciepłym światłem? Pojemniki z krwią doskonale jednak doskonale komponowałyby się z opowieścią o wampirach i z czaszkami po obu stronach skromnego mebla...
Zanim studenci zdążyli zareagować, tajemnicza siła chwyciła ich za ręce. Odruchowo na nie spoglądając, zdążyli zauważyć grube sznury - jakby ożywione - tuż przed tym, jak ich dłonie znalazły się za plecami, związane.
Panika ogarnęła chłopców. Zaczęliby krzyczeć, gdyby chwilę później lina nie rzuciła im się do ust, skutecznie kneblując i uniemożliwiając komunikację. Teraz wydawali z siebie tylko bliżej niezidentyfikowane, rozpaczliwe i głośne dźwięki.
- Jak zarzynane prosiaki, HAA! - krzyknął, po czym zaśmiał się w niebogłosy łysy mężczyzna. To tylko podsyciło skrajne emocje ogarniające młodych. Wyjęte z półki spod biurka szczypce, piła i żelazny szpikulec nie były pocieszającym widokiem. Łzy pociekły po ciemnym poliku.
W tym momencie nerwy obu chłopaków popuściły. Z dłoni jednego zaczęły sypać się snopy iskier, drugi zaś, zdawać by się mogło, lał w portki. W rzeczywistości jego energia koncentrowała się w strumieniu wody, wypływającym spomiędzy palców. Chociaż tego pierwszego sam nie był w stanie wykluczyć...
- Doskonale! Doskonale! - krzyknął Pel, wskakując na biurko ze szpikulcem w dłoni.
Nieprzywykłe do takiego wysiłku magicznego ciała zaczęły szybko słabnąć. Obaj skrępowani byli już na skraju świadomości kiedy poczuli, że powrozy przestają tak mocno uciskać.
- Wampiry nie istnieją, ale nie mówiłem nic o pojebańcach, którzy piją krew dla własghmh... - charchot zagłuszył skrzek. Dopiero po kilku chwilach półprzytomni chłopcy zrozumieli, co się stało. Pel leżał, rozlewając przebitym przez bełt gardłem brunatną w tym świetle posokę. Byli w szoku, ale jednocześnie odczuwali cholerną ulgę.
- On by nas, kurwa, zajebał - jęknął azaratczyk, który, choć chyba szybciej panikował, to podobnie równie prędko wracał do siebie. Drugi chłopak nie miał na tyle odwagi, by wydać z siebie dźwięk inny, niż pochłanianego i wypychanego powietrza.
Ratunek przyniósł im strażnik. Przeciętny, miejski strażnik, jakich było wielu. Za drzwiami stał kolejny, jak się kilka chwil później okazało.
- Cześć, chłopaki. Podziękujecie później. Teraz muszę was stąd zabrać... i niestety chwilę pomęczyć na posterunku. - rzekł, biorąc trochę głębszy oddech. Sam, jak było widać, był dość zestresowany sytuacją. - Wiem że to trudna chwila, ale musimy mieć zeznania od świadków. Jesteście cali? Możecie iść? - zagadnął. Po krótkim odpoczynku byli gotowi do drogi.

***

- Dalej ciemno jak w rzyci. Nieźle nas wymęczył. Więc to prawda, że jest takim... dziwnym nauczycielem. - rzekł nastolatek z kołnierzem wyszywanym złotymi nićmi.
- Taa. Pojebany, ale skuteczny. - rzucił, po chwili oglądając się za siebie chłopak szlachetnego urodzenia. Nie dostrzegł tam obiektu swoich obaw. - Genialnie odkrył nasze potencjały magiczne i możliwości. Inni pewnie by się z tym męczyli całe dnie, a ten? Kwadransik i po robocie.
- Ano. Prawie się zesrałem, ale jednak łeb na karku ma, nie powiem. Myślisz, że to co mówił o kapitanie straży to prawda?
- Że pije ludzką krew? Bez przesady...



uszę przyznać, że bardzo zastanawiała mnie Twoja praca jeszcze zanim zacząłem ją czytać. Nie byłem pewny czego mógłbym się po niej spodziewać i ostatecznie chociaż bardzo wczułem się w opowiastkę oraz prowadziłem czytanie jej przy użyciu tony wyobraźni, o tyle mocno się rozczarowałem. Napięcie pojawiało się żeby zniknąć, a pojawiało się rzadko. Kiedy klimat wreszcie wszedł na odpowiedni tor, przyszły wstawki, które zwyczajnie mnie rozbawiły i popsuły zbudowaną atmosferę. Szkoda, bo bardzo dobrze się zapowiadało, a motyw Dravnul zawsze będzie moim ulubionym, gdyż kraina stylizowana jest (poniekąd) na mroczniejszą wersję bajkowego Hrabiego Draculi. Nie mówię oczywiście o prawdziwym, historycznym, a tym wykreowanym przez kulturę.
W każdym razie, zwieńczenie opowiastki wybiło mnie z tropu. Kiedy oni dowiedzieli się o rzekomym piciu krwi przez strażnika? No i sam ostatni fragment zmywa jakikolwiek ślad napięcia czy zbudowanego klimatu. Czułem i czuję się zły na Ciebie, bo doskonale znam Twój kunszt pisarski. Użyłeś tutaj 40% swoich zdolności, a wystarczyłoby 50% żeby było perfect. W każdym razie, jeśli masz dalej ochotę, pisz. Wierzę, że następna opowieść będzie dokładnie tym czego oczekuję.
Wujek Kratos



akoś nie czułem tego napięcia i mrocznego klimatu. W sumie to praca jest bardziej śmieszna niż straszna. Pewnie w innym konkursie zyskałaby moje uznanie. Generalnie historia jest trochę chaotyczna, ale ogólnie całkiem dobra.
Tyru






Twoja Nagroda
Dyniowa odznaka x1

Eter za napisany post x3
10756 eteru
01.11.2016, 11:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#9

Wilgoć. Mży. Suchość w ustach.
Pierzchnął gdzieś cień, poruszyła się mgła. Strach zmroczył zmysły już dawno. Pozostała tylko ucieczka, wśród siąpiącej z niebios potęgi deszczu. Wzrok stąpał w rytmie chlapiących odgłosów ciężkich, przemoczonych butów. Z prawej na lewą, z lewej na prawą. W jednej chwili zdała sobie wreszcie sprawę, że zgubiła pościg. Marna pociecha. Mgła, jak mleko, bieliła się przed oczami, wznosiła się i opadała niczym grzywy niesfornych fal niesionych niespokojnym drżeniem nadmorskiego tchnienia. Mógłbyś ją ciąć nożem. Próżny trud.  
- Jużci, patrzaj…
- Młoda dusza…!
Wiatr skowytał tuż przy uszach. Nie było ważne kto nasłał tych zbirów. Nie liczył się również powód, dla którego zagnali ją aż tutaj, choć mogli zniechęcić się przy pierwszej przeszkodzie na wzgórzu, jakąś godzinę od delty przy Cichych Równinach. Tutaj, na Stare Bagna, nie ośmielili się zapuszczać. Nie o tej porze. Ona również nie miała najmniejszej ochoty pakować się w otwarte ramiona pewnej śmierci. Szumiący las, straszne, łyse gałęzie o lodowatych pazurach, zapędziły ją tutaj jak krnąbrną owieczkę, która wbrew woli pana odłączyła się od stada. Mogła zawrócić tam gdzie zielenił i burdasił się jak wieczorne niebo, peł. Kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów dalej gdzie rzedła spleja, zaczynał się nierówny rząd wrzecionowatych, suchych badyli i pałek. Stare Bagna oddały się sukcesji nie wczoraj, nie było również sposobu, aby przewidzieć jak zachowają się ani jutro, ani za chwilę.
- Czujesz?
- Młoda, sucha... ale młoda. Może być, może być…
- Dawno los nas tak nie obdarował.
- Sucha, ale młoda, może być, może być, siostro.
Bieg zamienił się w urywany ciężkim oddechem trucht, a raczej jego parodię. Buty grzęzły w splecionych pod cienką taflą torfowiska warkoczach roślinności. Część z tych roślin umiała wymienić z nazwy, teraz jedynymi myślami, które przychodziły jej do głowy był chaos i czarna rozpacz. Zmierzchało. Słońce skryło się za widnokręgiem kilkanaście minut temu, ale rzucało jeszcze fioletowawy, niewyraźny poświat na nieboskłon. Ten lichy żar był dla niej ostatnim promieniem nadziei. Musiała przeprawić się na drugi koniec, do diaska, na jakikolwiek kraniec tego diabelskiego bagna inaczej… Trzeba iść, trzeba iść przed siebie, nie kręcąc się w kółko. Jeden kierunek. Przed siebie.
Pierzchnął gdzieś cień, poruszyła się mgła. W bokach sakramencko kuło. Próbowała utrzymywać równy marsz, z każdym krokiem robiło się to jednak coraz trudniejsze. Potykała się na pułapkach wczepionych w miękkie, ruchome dno trzęsawiska. Utrzymywanie równowagi stawało się mitręgą przy tempie jakie próbowała narzucić. Jeśli utrzymam tę prędkość, szeptała w myślach bojąc się wypowiedzieć słów na głos, zdołam we dwie godziny przejść na jakiś suchszy ląd. Musi być gdzieś, na czarta, suchszy ląd. Noga od nogi, kierat w kierat aż nie zawyło coś z prawej. Zatrzymała się nagle. Gębę miała suchą niby na wiór, mimo to przełknęła głośno ślinę. Mgła prężyła się jeszcze mocniej, nie mogła być naturalna. Na bogów, w których nie wierzyła, mogła przysiąc, że nawet czubek nosa znika w oparkach mgławicy. Przyspieszyła kroku i choć woda wlewała się już za cholewy wysokich do kolan butów, nie czuła wilgoci.
- Dokąd to, młoda damo? – głos się odezwał, znikąd. Z mgły.
- Nie chcesz li zażyć ciepłej gościny?
Płaszcz zamotał się w wystających gałęziach zwalonego, zbutwiałego konaru. Trzęsącymi się dłońmi sięgnęła do szyi, potknęła się, zatopiła głębiej w zielonej mazi. Woda na tym poziomie bagien sięgała jej do pasa.
- Nie bój się, damo młoda. Strawę ciepłą w chatce mamy.
- Kim jesteś?! – skrzek i krzyk. Mój własny głos? Mój własny śmiech? Kim jesteś, damo młoda? Z kim idziesz, z czyimiż zmartwieniami? Pod brodą chlustał brudny smród. Na oślep ręce rwały się do przodu. Mgła ani myśli miała rzednąć. Śmiech ani na chwilę nie ustawał. A potem ciemność, duszność, bezsiła i strach. Ciemność i bezwład, niemoc bezruchu. Zamknęły się gwiazdy tuż nad jasną głową. Ostatni tchem przykryła ją do snu wiecznego, gęsta jak mleko, delikatna mgła.

Śpij, dziecinko, śpij.

Dwie piękne, szczupłe i podobne do siebie kobiety pochylały się nad ciałem ledwo oddychającej sylwetki. Uśmiech tej pierwszej ciepły jak miód. Dotyk tej drugiej, miły jak szept nad kołyską dziecka.
- Młoda dusza. – mruknęła pierwsza.
- Dawno los nas tak nie obdarował.  – odparła druga.




ędąc prostolinijnym przyznam, że masz niebywale inteligentną, bogatą oraz piekielnie ciekawą narrację. Już dawno nie widziałem tak atrakcyjnie zbudowanej opowiastki. Mimo, iż mogło zabraknąć elementu grozy, to wciąż potrafiłaś zbudować napięcie. Co więcej! Czuję się po tej opowiastce, mentalnie dojrzalszy. Jest to uczucie, które mam zawsze po przeczytaniu dobrej książki i tutaj także ten efekt zaobserwowałem. Zmusiłaś mnie w przyjemny sposób do wytężenia szarych komórek i zbiornika z wyobraźnią żeby móc śledzić przebieg wydarzeń. Jestem, jestem, jestem... Bardzo zadowolony. Cieszę się, że wzięłaś udział w evencie. Uważam, iż właśnie Ta opowieść, powinna trafić do zbioru opowiadań naszego GGbota jako wyróżnienie. Wspominałem o braku elementu grozy? Nie przejmuj się tym! Cała reszta nadrobiła defekt, dlatego z przyjemnością wręczam dyniową pieczęć, odznakę i oczywiście punkty eteru. Co więcej, wrzucam opowieść do katalogu naszego GGbota, czy jak kto woli "AtarashiiBota". Zachęcam także do pisania kolejnych strasznych historii, póki trwa dyniowy event. Gorąco wierzę, że pozwolisz mi przeczytać jeszcze jedną lub dwie opowieści.
Wujek Kratos



raca trzyma wysoki poziom. Historia jest tajemnicza i pełna mroku. To właśnie ona utkwiła mi najbardziej w pamięci. Przyczepić też się nie ma do czego. Chciałbym zobaczyć więcej takich opowiadań.
Tyru







Twoja Nagroda
Dyniowa pieczęć x1

Dyniowa odznaka x1

Eter za napisany post x3
5326 eteru
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.11.2016, 19:22 przez Cliodhna.)

01.11.2016, 15:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#10

Soth wkroczył do niewielkiego miasteczka późnym wieczorem. Lekka mgła otaczała okolice samego miasteczka i wdzierała się między ciemne uliczki. W miejscowości tej panowała niemalże nienaturalna cisza. Nie widać było żadnej żywej duszy na ulicach. Nikogo.
- Dziwne.- mruknął do siebie łowca widząc tę niecodzienną anomalię. Słychać było jedynie odgłos jego kroków które odbijały się echem od pobliskich budynków.
Po chwili samotnej wędrówki trafił na rynek miasteczka przy którym znajdowała sporych rozmiarów karczma. W oknach przybytku widać było palące się światło a to oznaczało że w środku ktoś musiał się znajdować. Soth niewiele myśląc przekroczył próg gospody.
W środku przy stołach siedzieli mieszkańcy miasteczka lecz nie odzywali się do siebie. Z marsowymi minami siedzieli nad kuflami pełnymi jakiejś cieczy lecz z tego co łowca zauważył żaden z nich nawet nie próbował napić się z naczynia. Tu również panowała dziwna cisza. Jakby nikt nie zamierzał gadać przy kufelku piwa.
- Co jest do cholery...- znów mruknął do siebie Soth i podszedł do lady baru.
- Karczmarzu, butelkę gorzałki.- powiedział w stronę oberżysty kładąc pieniądze na ladę.
Barman spojrzał smutnym wzrokiem na nowoprzybyłego i bez słowa podał mu butelkę najlepszej gorzałki jaką miał. Nawet nie wziął zapłaty od łowcy.
- Powodzenia.- odburknął Sothowi oberżysta.
Kiedy łowca chwycił za butelkę wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w jego kierunku. Patrzyli wzrokiem pełnym nadziei. Nawet lekko usta otworzyli jakby sami chcieli spróbować i skosztować tego wykwintnego trunku jaki dostał łowca.
Widząc te niepokojące spojrzenia Soth popatrzył na zebranych ze zdziwieniem po czym niewiele myśląc przytknął butelkę do ust i przechylił by pociągnąć porządnego łyka gorzałki... i nic nie poleciało.
- Co jest do kurwy...- warknął groźnie białowłosy łowca. Zerknął na butelkę. Była pełna. Potrząsnął. Trunek chlupotał w środku miłym odgłosem. Powąchał. Z pewnością był to wyborny bimber. Mocny jak diabli bo dobrze dawał po nozdrzach. Wszystko było jak najbardziej w porządku. Znów przytknął butelkę do ust i przechylił. I nic nie leciało.
Soth był już poważnie wkurwiony. Znów potrząsnął flaszką. No w środku wyraźnie trunek chlupotał.
- Karczmarzu... jaja se robicie?- zapytał zdziwionym i jednocześnie groźnym głosem.
- Wręcz przeciwnie. Od dwóch dni tak jest. Mieszkańcy stracili już nadzieję. Widać to w ich oczach. Możesz wypić wszystko tylko nie alkohol.- karczmarz odpowiedział smutnym tonem wskazując głową na zebranych. Bywalcy karczmy odwrócili się z powrotem do swych naczyń i dalej beznamiętnym wzrokiem patrzyli na swe trunki. W milczeniu. Teraz łowca poznał przyczynę ich milczenia. Jak tu gadać przy kuflu piwa kiedy tego piwa wypić nie można?
- Że co?!?! Że ja się nie napiję?!?!- wycedził przez zęby Soth.- Karczmarzu. Szklanicę!- warknął znów w jego kierunku łowca.
Oberżysta westchnął ciężko i podał Sothowi szklanicę.
Łowca chwycił szklanicę i przechylił butelkę by przelać trunek do mniejszego naczynia. Z czynnością tą Soth sobie poradził. Gorzałka przeleciała z butelki do szklanki.
- Ha!- zakrzyknął triumfalnie białowłosy łowca. Chwycił pełną szklanicę w dłonie, przytknął do ust i przechylił. I znów nic. Trunek twardo tkwił w naczyniu. Mało tego pomimo że wargi Sotha dotykały ognistej cieczy to nawet nie czuł że ma jakiś smak czy cokolwiek by trunek trafił dalej do wnętrza organizmu łowcy. Nawet chłeptanie gorzałki ze szklanki niczym pies nic nie pomogło. Bimber spływał strumieniami po języku i nawet jednak kropla nie dotarła dalej do gardła. Mało tego Soth nawet nie czuł smaku alkoholu.
Łowca był już poważnie wkurwiony i niewiele myśląc chwycił za szyjkę flaszki w której była jeszcze połowa gorzałki. Niewiele myśląc uderzył nią o blat lady rozbijając butelkę o drewno. Trunek rozlał się po blacie. Soth niewiele myśląc nachylił się i zaczął jak pies zlizywać rozlaną gorzałkę. Lecz efekt był taki sam jak przy próbie chłeptania ze szklanicy. Nawet kropli nie udało mu się z blatu zlizać.
- Mówiłem.- odpowiedział beznamiętnym głosem karczmarz.- Kapłany powiadajo że to klątwa bogów. Ponoć w całym Atarashii nie da rady napić się alkoholu.
- NIEEEEE!!!!.......- krzyknął ze zgrozą Soth....

... Soth obudził się zlany potem. Łowca potarł twarz zmazując krople potu ze swego oblicza. Rozejrzał się wokół przestraszonym wzrokiem. Był w drodze do Lothil. Nocował pod gołym niebem. Niedaleko niego spała Sabetha. Białowłosemu pierwszy raz zdarzyło się że na chwilę zasnął na własnej warcie.
Soth potrząsnął głową rozpędzając ostatnie fragmenty snu.
- To był tylko sen. Koszmar wręcz.- mruknął do siebie.
Wstał by rozprostować kości. Pochodził chwilę przy ognisku po czym podszedł do swych rzeczy. Spojrzał czy przypadkiem Sabetha nie obudziła i zaczął po cichu gmerać w swym worku.
Po chwili z triumfalnym uśmiechem na ustach wyciągnął z worka podróżnego flaszkę z gorzałką którą trzymał na czarną godzinę. Soth z lubością i błogością na twarzy przytulił butelczynę do swej piersi. Po chwili odkorkował ją. Powąchał. W nozdrza uderzyła miła i znajoma woń mocnego alkoholu. Zaciągnął się tym zapachem.
Po chwili przytknął butelkę do ust i przechylił. A trunek znów nie zamierzał spływać prosto do gardła tylko dalej tkwił we flaszce.
- NIEEEE!!!!!.......



rudne jest życie człowieka naznaczonego klątwą Sotha. Czytając historyjkę, czułem strach bohatera. Był wymowny, posiadający logiczne fundamenty swojego lęku. Przez chwilę nawet zastanawiałem się czy Twoja praca nie wpędziła mnie w swego rodzaju traumę przed brakiem alkoholu. Jak się okazało, na Tyru także odbiła się opowieść i nie ma czemu się dziwić. Była straszna sama w sobie. A zwieńczenie...? Cóż. Poniekąd domyślałem się "bad endingu", ale jego urzeczywistnienie zaczęło mnie wprawiać w przemyślenia "czy powinienem zostawić historię na forum". Nie chciałbym aby inni również popadli w traumę. Ufam jednak swojej intuicji i wierzę, że nasi bohaterowie są znacznie silniejsi niż wrażliwy skład administratorski.
Kratos



izja świata, w którym nie można napić się alkoholu jest przerażająca. Do samego końca czytałem w napięciu, licząc że wszystko dobrze się skończy. Tak się jednak nie stało. Nie wiem jaki  wpływ będzie to miało na moją psychikę, ale podejrzewam, że duży.
Tyru







Twoja Nagroda
Dyniowa odznaka x1

Eter za napisany post x3
6569 eteru


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






01.11.2016, 15:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna