Posterunek
#1

Cytat:Areszt na skraju Greathardzkiego rynku jest miejscem, do którego raczej nikt nie chciałby trafić: jest tu zimno, wilgotno, ciemno. W celach tylko przerzedzona słoma, na której można usiąść albo się położyć, co przyniesie mniej ulgi, a więcej cierpienia z powodu niewygodnych i zimnych kamieni, jakimi wysadzone jest to miejsce. Tyle dobrze przynajmniej dla tutejszych, że więźniów rzadko się torturuje. W takich warunkach mało kiedy zachodzi taka potrzeba.
Jest tu na pewno kilkanaście (lub nieco więcej) cel, choć w posterunkach w innych częściach miasta może być ich więcej. Z wnętrza takowej może być dość trudno uciec, choć nie dla wprawnego czarodzieja. Kraty i ściany są solidne, tak samo jak kłódka. Da się ją co prawda otworzyć wytrychem, ale najpierw trzeba takowy mieć. Nawet jeżeli się uda - dalej pozostaje kwestia czujnego strażnika, który zawsze patroluje ten korytarz. Ciemny co prawda, ale niewystarczająco, żeby się skryć. Wpada tu bowiem nieco światła dziennego z jednej strony - z niedużych okienek w celach. Co prawda w większości lochy te znajdują się pod ziemią, ale między brukiem na zewnątrz a sufitem tutaj jest około półmetrowa przerwa. Nocą zaś korytarze są oświetlane przez pochodnie.
Jeden strażnik, wydawałoby się, żaden problem? Ano i owszem, ale na górze znajdują się też inni. Nawet nocą. Posterunek w końcu pełni też funkcję mieszkalną dla biedniejszych, acz sumiennych stróży prawa.
Przybytek ogólnie jest dość rozbudowany: na parterze znajdują się głównie kwatery urzędnicze, gdzie można ubiegać się o widzenie z więźniem, zgłaszać przeróżne wykroczenia i przestępstwa i załatwiać niektóre sprawy szarego obywatela, bez konieczności zgłaszania się do głownego urzędu w mieście. Znajduje się tu również sala pełniąca funkcję stołówki, gdzie często można znaleźć chociaż kilku zbrojnych, powracających z patrolu na chwilę odpoczynku (po jakże męczącym spacerze po mieście). Obok stołówki znajduje się, rzecz jasna, spiżarnia i - co już mniej jasne - zbrojownia, choć prędzej można by nazwać to szatnią, gdzie znajduje się podstawowe wyposażenie i ubrania strażników. Jest też niewielki, odgrodzony dziedziniec, gdzie odbywa się większość zebrań, zbiórek, czy w ogóle małych spotkań, na których dochodzi chociażby do sparingów, by utrzymać stróży prawa w formie.
Na piętrze są głównie sale z niezbyt bogatym, acz funkcjonalnym i zadbanym wystrojem. Podstawowe meble - szafki, kufry, łóżka. Kilka stołów i krzeseł. To wszystko, gdyż piętro znajduje się tylko w jednym skrzydle rozbudowanego budynku. Po drugiej stronie zrezygnowano z rozbudowy głównie z braku funduszy, a po pewnym czasie okazało się, że póki co większy budynek nie będzie potrzebny. Poświęcono więc pozostałe smoki na wyposażenie i szkolenie, co dobrze odbiło się na wizerunku miasta: straż w Greathardzie jest w istocie dumą tego miasta. Może nie wszędzie i nie w każdym wypadku, ale ta na rynku - w zdecydowanej większości.

MG

Sirit obudził się, cały chłodny i mokry. Nie czuł z tego powodu szególnego dyskomfortu. Dużo bardziej uciążliwy był tępy, pulsujący ból głowy. Czuł się, jakby pękała, i to każdy jej najmniejszy fragment, a nie tylko okolice czoła - gdzie powinien oberwać najmocniej - czy też potylica, którą praktycznie odbił się od stołu.
Sam przez dłuższą chwilę nie kontaktował z rzeczywistością i w ogóle nie pamiętał, jak się tu znalazł. W niezbyt schludnej, śmierdzącej potem celi. Ciemno tu jak w rzyci. Plus taki, że bólu głowy nie potęgował nagły strumień światła uderzający prosto w ślepia.
Dopiero po chwili zaczęły wracać wspomnienia: bójka w karczmie; wchodzący tam, dość bogato odziany strażnik; trzask lodu i kruszenie się kamienia. A nawet więcej. Dopiero teraz, uświadamiając sobie przebieg tych faktów, Mistyk skojarzył człowieka, który pozbawił go przytomności. Był to nie inny strażnik jak ten, który jakąś dekadę temu ścigał go - jako jeszcze młodego chłopca - gdy młody czarownik utracił nad sobą kontrolę i sprał trzech rówieśników. Zabił, gwoli ścisłości. Niezupełnie umyslnie, ale jednak. A wydawać by się mogło, że sprawa została załatwiona złotem... a może została? Może jednak realną przyczyną schwytania Sirita była właśnie bójka? To się miało prawdopodobnie jeszcze okazać.
Po kilku minutach przechodzący strażnik, pilnujący więźniów, zauważył, że Sirit rozbudził się. Nie zareagował na to jakoś szczególnie, ale przyspieszył kroku, znikając na kilka minut z oczu mistyka. Wrócił później, ale już z owym kapitanem, czy tam jakimkolwiek wyższym stopniem towarzyszem. Tym samym, który tak spektakularnie się magicznie popisał.
- Dzięki. - powiedział, otwierając kłódkę do celi Sirita. Nie wyglądał, jakby się go obawiał. Oddał chwilę później obręcz z masą stalowych, brzęczących kluczy swojemu kamratowi, który zamknął pomieszczenie, gdy strażnik znalazł się w środku.
- Sirit. Dobrze pamiętam? Chyba dobrze. - rzekł, nie kwapiąc się, żeby podejść bliżej. Zamiast tego swobodnie oparł się o pręty. W tym momencie mężczyzn dzieliła odległość dość bezpieczna, bo około dwóch metrów. - Ja cię, chłopcze, nie rozumiem. Głupi nie jesteś, bo jakbyś był, to w tych trudnych czasach byś nie przeżył. Słaby też nie, co zresztą żeś nieraz udowodnił. Nie mogę pojąć, dlaczego ty jeszcze siedzisz tu, w Greathard, i śmiesz uważać, że przy okazji kolejnej rozróby - gdzie szczęśliwym zbiegiem okoliczności nikt nie zginął - nie złapie cię straż. - mówił, nie kryjąc zirytowania. Nie był to jednak gniew wskazujacy na chęć zemsty czy konieczność kary. Mówił, jakby był jakimś złym wujkiem, karcącym młokosa za jego nieodpowiednie zachowanie. Którym bynajmniej nie był, z tego co Mistykowi było wiadomo. - I, co najlepsze, złym typem, jakimś podrzędnym bandziorem, też nie jesteś. Tracisz nad sobą kontrolę, to prawda, ale nie jesteś zły. Wręcz przeciwnie. Ty czasem nawet starasz się zmienić. Tylko że, kurwa, trochę nieudolnie, co? Wiesz, że połowa straży i urzędników ma w dupie, co się z tobą stanie, a druga połowa chce cię powiesić? - zagadał, co w sumie nie brzmiało szczególnie nieszczerze. Jeżeli rzeczywiście zostało wystarczająco wielu świadków, by rozgłosić o "lodowym, czarnym demonie", to jego reputacja faktycznie mogła być w tych kręgach... dość mierna. - Ale ja nie chcę. Bo ty dobry chłopak jesteś, wbrew pozorom. I masz potencjał. Szkoda, że nie zjawiłeś się jako pomoc w Jelenim Wzgórzu. Przydałbyś się. Słuchaj... propozycję mam. Ja cię spróbuję uratować. Jakiegoś większego wyboru nie masz, bo jak się nie zgodzisz, to poprowadzą cię prosto na szubienicę. No, chyba że wezmą cię na gilotynę, ale tobie chyba to większej różnicy nie robi, nie? No. Więc... mam propozycję. Twój lód, kolego. Czarny jest, prawda? Wiesz, co to oznacza? - zagadnął, a dalszy ciąg był dość oczywisty. - Jesteś Mistykiem. Magiem, zdeterminowanym, by pozbywać się demonów z tego świata. Rozumiesz? Demonów. Nie ludzi. Powinieneś być dla nas sprzymierzeńcem przeciwko tym bezrozumnym skurwysynom, a nie się z nimi bratać, przerzedzając raz na jakiś czas naszą już i tak wcale nierosnącą populację. Rozumiesz, o co mi chodzi? - gadał, niesiony emocjami. I widać było, że rzeczywiście to, co mówił, pokrywało się z prawdą. Przynajmniej w większym stopniu, niż mniejszym. Wyglądało na to, że rzeczywiście Sirit miał pewną możliwość ucieczki od egzekucji, jaką sam w sumie na siebie sprowadził przez niezbyt rozsądne wprowadzanie zamieszek w miejscu, w którym i tak już swoje nabroił. Pytanie tylko, czy czasem nie przekłada po prostu w czasie swojego wyroku, stając się użytecznym mięsem armatnim? Z tego bowiem, co mówił strażnik, można było wnioskować, że Mistyka może czekać potyczka z jakimś demonicznym ścierwem. A to potrafiło sprawić trudność nawet jemu. Tylko że... właściwie jak by się to miało dokonać? W Greathardzie i okolicach nie było demonów. Te pojawiają się niemal jedynie po drugiej stronie gór, na zachodzie, na ziemiach Azaratu. Ale po jaką cholerę władze Greathardu miałyby go tam wysyłać? Z tego co szło się zorientować po plotkach, polityka między Azaratem i resztą świata nie była na szczególnie przyjaznym poziomie.
Sytuacja więc dość dziwna, ale jaki miał wybór Sirit? Zdawać by się mogło, że jego los i tak został przesądzony. Szansa dawana mu przez los wydawała się być jedyną, rozsądną opcją. A przy dobrych wiatrach - może przyniesie mu jakieś korzyści?


Akcja rozgrywa się kilka godzin po zdarzeniach w karczmie. Na potrzeby fabularne NPC ma "bilokację", ale nie ma potrzeby opóźniania przebiegu akcji - po prostu przyjmujemy, że przesłuchanie, jakie teraz nastąpi, jest porą późniejszą (choć jeszcze nie wiadomo, jak bardzo).
06.11.2016, 21:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posterunek
#2

Zanim jeszcze całkowicie odzyskałem przytomność a już w ogóle wzrok, gdzie przed oczami miałem jakieś migające, biało-kolorowe świtełka przesłaniające mi jakikolwiek widok na otaczający świat. Co prawda musiałem leżeć na czymś twardym ale za to jak przyjemnie zimnym. Ktoś jeszcze wylał na mnie wodę? Cały byłem mokry ale co tam. W końcu odzyskałem wzrok.  Dodatkowo gdzie niegdzie na ciele dalej przywierały mi do skóry fragmenty wcześniej stworzonego pancerza który teraz zacząłem odrywać z skóry, nie był już mi przydatny. Kiedy skończyłem rozejrzałem się po otoczeniu.
-Hmmm, czyli jednak trafiłem do celi. Wnętrze nie było jakoś przyjazne z resztą jak całe to miasto. Kamienna cela, kraty i trochę słomy. - Znowu gadałem sam do siebie. Dopiero po dłuższej chwili zacząłem odzyskiwać władzę w ciele i jakieś strzępki wspomnień. W końcu przypomniałem sobie co się właściwie wydażyło. No tak. Ta bójka w karczmie. I mało tego jeszcze ten ból głowy. Od razu chwyciłem się za głowę i chciałem stworzyć cieńką, mniej więcej grubości paznokcia lodową skorupę która stanowiłaby dodatkowe źródło przyjemnego chłodu. Przez ten tępy ból udało mi się to dopiero po kilku próbach, po ilu? Teraz nawet mnie to nie obchodziło, ale w końcu się udało. Cały czas miałem wrażenie jakbym dopiero co wrócił z aż zbyt mocno zakrapianej zabawy ale pamiętam tę kamięnną rękawicę. Aż tak mocno? Serio? Rzuciłem sam do siebie w myślach.

Po korytarzu cały czas przechadzał się strażnik co któryś raz zaglądając do mojej celi i patrząc czy przypadkiem nie robię czegoś podejrzanego. W takim stanie? Z resztą mógłbym stworzyć z lodu wytrych ale nie umiałem się takowymi posługiwać także nic by mi to i tak nie dało. Straszliwie mnie irytował tym całym chodzeniem w jedną i drugą. Zamknąłem oczy i musiałem się na chwilę wyciszyć do czasu aż usłyszałem znajomy już głos. Szybko otworzyłem oczy i znowu go zobaczyłem. Tego gnoja. Teraz już pamiętałem skąd go znam. To ten sam który wtedy mnie ścigał. Nie zapowiadało się na miłe przywitanie a o miłej rozmowie raczej nawet nie było co mieć nadzieji.

Przesunąłem się pod ścianę i odarłem głowę o chłodną, kamienną ścianę żebym nie musiał jej trzymać podczas rozmowy. Wpatrywałem się w... jak on miał? Verdis Verdugo? Chyba tak. Słuchałem jego słów skarcenia w ciszy, przez chwilę przeleciało mi przez myśl żeby nie odzywać się w ogóle. Ale jak tylko zaczął gadać o tym moim niby "celu" jakim jest zabijanie demonów w moim umyśle znowu zagatował się gniew. Myślał że tego nie wiem? Potem o tym że powinienem walczyć z nimi a nie z ludźmi. A i jeszcze propozycja się znalazła. Jak już skończył swój wywód podciągnąłem się odrobinę wyżej żeby siedziało mi się odrobinę wygodniej.
-Verdis Verdugo? Kope lat. Jak tam kariera, jesteś już kapitanem czy jeszcze dalej? - rzuciłem do niego nieco rozbawionym głosem. Fajnie było spotkać człowieka który jeszcze parę lat temu najpewniej chciał mnie ukatrupić - Naprawdę zajęło wam aż kilka lat zanim znowu mnie znaleźliście. Powoli zacząłem myśleć że sobie odpuściliście. - Zaśmiałem się ale szybko ból głowy dał o sobie znać. Przyłożyłem rękę do głowy i znowu stworzyłem cieniuteńką warstwę lodu która mogła chłodzić miejsce z którym wcześniej spotkała się kamienna pięść Akolity, mimo że rąbało mnie w całej głowie.
-Wiem ki.... czym jestem. Nie celuje tak żeby zabijać, nie jestem mordercą. - Prawie krzyknąłem ale zdążyłem, się powstrzymać. Te słowa bolały tak samo jak wiele lat temu kiedy jeszcze byłem dzieckiem. Każdy sądził że jestem tylko bezmyślnym opętaną skorupą która wszystkich ich zabije. - I doskonale wiesz że nie jestem demonem. I wcale się z nimi nie sprzymierzyłem. Was.... Magów czy tam Akolitów uważa się za wybrańców bogów którzy otrzymali cząstkę boskiej mocy, tia, wybrańców. Szamani? Ci z kolei są uważani za ludzi z darem do kontrolowania dusz. Łączników między ludźmi a duchami. A nas, Mistyków? Za dzieci demonów.. Wyrzutków. Potwory stworzone do zabijania czy nawet demony które odrodziły się pod postacią ludzi. Ty naprawdę myślisz że ja chciałem tę moc? Człowieku, ja nawet nie pamiętam większości z swojej przeszłości! - Tym razem już nie potrafiłem się pochamować i zacząłem się na niego wydzierać. Tym razem miałem go poprostu dość. Miałem gdzieś to czym mnie zabije czy nie. W myślach miałem nawet ochotę stworzyć pod jego stopami siatkę lodowych kolców wraz z śliską powierzchnią na której mógłby się poślizgnąć i upaść dziurawiąc kolcami albo przynajmniej ale sobie to na razie odpuściłem. Zamknąłem oczy i wziąłem kilka głębokich wdechów. Serce które jeszcze chwilę temu waliło z wściekłości zaczęło się uspokajać.
- Ja nawet nie wiem kim jestem, jasne Mistykiem wiem. Ale kim poza tym? Synkiem jakiegoś zwariowanego faceta który chciał mnie zabić.... Ty mi mówisz że mam walczyc z demonami, ale nie każdy jest jak Ty. Chcą utrzymywać porządek świata. Większość demonów przestała nas atakować wprost, większość jest tutaj - położyłem dłoń na swoim sercu i spojrzałem mu się prosto w oczy. Zrozumiał? Nie wiedziałem ale miałem nikłą nadzieję że coś tam ogarnął z tego co chciałem mu przekazać. Tak czy inaczej została jeszcze jedna kwestia która zatruwała mi umysł.
- Nie byłem na tyle przygotowany że wyruszyć na Jelenie Wzgórze, poza tym ja nawet nie kontroluję swoich mocy, dobrze o tym wiesz. - Po chwili ciszy postanowiłem jednak przystać na jego propozycję, ciekawe czy chodziło o jakieś demoniczne ścierwo które gdzieś się zagnieździło? - W takim razie czego ode mnie chcesz? Bo wątpię że chodzi o jakiego zaginionego psiaka który podgryza kostki przechodniom...
10.11.2016, 16:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posterunek
#3

MG

Verdis uniósł brew, gdy usłyszał pierwszą odpowiedź Mistyka.
- A więc nawet znasz moje imię? A to ciekawe. Ja ciebie cudem zachowałem w pamięci, a nigdy się sobie nie przedstawiliśmy. - rzekł, nie mijając się z prawdą. Jedyne, co faktycznie wyraźnie Sirit widział w pamięci to epizod gonitwy. Mimo tego, widocznie jakoś nazwisko swego prześladowcy obiło mu się o uszy. Możliwe, że rzeczywiście nie było to zbyt trudne. Wydarzenia w karczmie nie przypominały raczej rutynowego schwytania przestępcy, a próbę popisu. Coś takiego zdecydowanie buduje reputację. Chwilę później strażnik parsknął ponuro. - Dobrze o tyle, że reputacja mnie wyprzedza.
Słysząc kolejne zdania wygłaszane przez Lodowego Żniwiarza, Verdugo zaprzeczył palcem i nosowym, acz dobrze słyszalnym "m-m". - O nie nie. Z początku mówiłeś dobrze. Kim, nie czym. To po pierwsze. - wtrącił się. - Po drugie... mistycy są właśnie uważani za dar bogów. Oni, jako jedyni, zdolni do ranienia piekielnych pomiotów. Plebs zawsze boi się magii, ale to ty dajesz im powód do strachu. - wycelował palcem w Sirita, traktując rozmowę bardzo poważnie. - Chyba zacząłem rozumieć twoje motywy. Ale ty za to chyba nie. - rzekł, robiąc na chwilę pauzę, próbując zebrać słowa. - Sam napędzasz to błędne koło. Nie rozumiesz? Zacząłeś od tamtych trzech dzieciaków. Ludzie zaczęli patrzeć na ciebie, jak na mordercę. Ty zacząłeś tak siebie postrzegać. Traktujesz siebie, jak potwora. W tym problem. - rzekł, próbując logicznie wytłumaczyć zachowanie Mistyka, chociaż nie było do końca oczywiste, czy próbował zanalizować jego osobowość, by mu pomóc, czy może chciał po prostu samemu sobie ustabilizować pogląd na temat schwytanego. Ale czy Sirit sam siebie nie nazwał czymś?
Słuchając dalszych słów Mistyka, Verdugo marszczył brwi, próbując dostrzec, co próbował przekazać mu człowiek, któremu łeb od bólu pękał. Nie było to proste, ale chyba się udało. Gdy lodowy mag wskazał na swoje serce, Verdis uśmiechnął się i wskazał dłonią, jakby chciał podkreślić wagę słów swego rozmówcy.
- Widzisz? Sam to dostrzegasz. Potrzebujesz tylko uporządkować te myśli. Widzisz, twierdzenie "większość demonów jest w sercach ludzi" jest... słuszne. Ludzie popełniają błędy. Bywają głupcami, bywają źli. Zwykle nieumyślnie, albo sprowokowani, ale jednak. A co to oznacza? - zagadnął, nie oczekując odpowiedzi i kontynuując - Że próbując żyć w społeczeństwie... nie możesz dać wmówić sobie, że jesteś gorszy. Że to ty jesteś potworem. Problemem jest to, że sam w to uwierzyłeś. - rzekł, chyba ciesząc się, że Mistyk zrozumiał swoje błędy. Choć może przedwcześnie? Może tylko wydawał się je rozumieć?
Po ostatniej kwestii strażnik westchnął w zamyśleniu.
- O nie, z twoją sławą nie możemy cię w ogóle wypuścić na zewnątrz. Ganianie za psem to ostatnia rzecz, którą mógłbyś teraz robić. - rzekł, kładąc dłonie na biodrach. - Widzisz, to że jesteś właśnie Mistykiem, daje ci pewną szansę na ratunek. Widzisz, demony z Jeleniego Wzgórza nie zniknęły. I nie wszystkie zostały zabite. Ostatnio w okolicach Perony krążą niepokojące pogłoski... a z racji tego, że to podległe nam miasteczko, powinniśmy poradzić coś na ich problem. - rzekł, przypominając sobie, co właściwie było problemem w owej osadzie. - Przedwczoraj otrzymaliśmy zawiadomienie, że dwóch rybaków zostało zaatakowanych nad ranem, tuż za wyjściem w stronę morza. Kreatura, która ich napadła, została w jakiś sposób przepędzona. Ponoć dostała kilkoma bełtami od strażników, którzy akurat w pięciu zebrali się na baszcie. Nie powinni, ale kto wie, co by się stało, gdyby był tam tylko jeden... ale, wracając do tematu. W ciągu kilkunastu sekund nieznany stwór zdążył wypruć flaki dwóm dorosłym mężom. Jeden nie miał głowy, drugi całego ramienia, włącznie z barkiem i częścią klatki piersiowej, w której nie było już serca. Ni krwi, ni truchła potwora nie znaleziono. Obawiamy się, że to może być jeden z piekielnych pomiotów, jakie rozproszyły się po katastrofie na Wzgórzu. Rzecz w tym, że nie dysponujemy żadnym znanym nam mistykiem... poza tobą. Wysłalibyśmy cię tam. Waga niebezpieczeństwa jest ogromna, sam zresztą słyszysz. Ale nie mamy innej opcji, jak wysłać tam ciebie. Jako chyba jedyny w mieście masz szanse przeżyć w walce z demonem, ale z drugiej strony, jeżeli odmówisz, i tak będziemy musieli wykonać na tobie publiczną egzekucję. Gówniane położenie i szczerze ci go współczuję, ale to jedyne, co mogę ci zaproponować. - rzekł gorzko.
Ostatecznie jednak wiele zależało też od sposobu, w jaki Sirit miałby dostać się do Perony. Może wtedy będzie szansa na ucieczkę?
14.11.2016, 16:44
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posterunek
#4

Musiałem przyznać że nie pamiętałem żebym kiedykolwiek słuszał nazwisko tego jegomościa chcącego przemówić do mojego rozsądku ale gdzieś, coś tam o nim usłyszałem, może nawet od własnego ojca? Już sam nie pamiętam.

Kiedy poprawił mnie że jestem "kimś" znowu emocje zabuzowały w moim umyśle a pięści same zaczęły się zaciskać, ale nie zdążyłem nic powiedzieć kiedy ten dalej kontunował swój monolog. Wtedy gniew wziął górę który chwilowo całkowicie zatłumił przeraźliwy ból głowy. Uderzyłem z całej siły prawą ręką która pokryła się czarnym lodem stanowiącym spory problem mojego życia w kamienne mury celi rozbijając większość powstałego pancerza. Serce znowu waliło mi jak młot uderzający w drzwon. Musiałem jak najszyciej opanować bo to wszystko mogło potoczyć się w jeszcze gorszym kierunku niż bym tego chciał. Lewą ręką chwyciłem się za twarz a prawą wbiłem w skórę resztą lodowych odłamków które jeszcze tam pozostały. Po co to zrobiłem? Żeby moja psychika uświadomiłas sobie że im bardziej będę się nakręceć tym mocniej się zranię. Emocje zaczęły słabnąc a wraz z nimi zwolniłem uścisk.
- Nie zrozumiesz tego dopuki sam nie wszedłbyś w naszą skórę. Ludzie tacy jak Ty uważają nas za dar a reszta za potwory. Poza tym JA NIE KONTROLUJE TEJ MOCY. - Powiedziałem to stanowczym tonem tak żeby w końcu zrozumiał że to nie moja wina za to co się wtedy stało. Sam już nie pamiętam co się tak naprawdę tam wydażyło ani też jaki był dokładny przebieg tej tragedii. - Tu nie chodzi o to że ja się uważam za "coś" tylko ja naprawdę jestem czymś. Ta magia wydaje się jakby miała własny rozum, tak jakbym miał w swojej duszy demona który umrze jeśli ja umrę i nie chce dopuścić do mojej śmierci czy nawet krzywdy. Poza tym ludzie korzystający z magii są zarówno czymś więcej jak i czymś mniej bo w każdym z nas nagle może obudzić się taka żądza, jakaś myśl że moglibyśmy wszystkich zetrzeć na proch. I taka jest prawda. A to że się nas boją... niech się boją, mam to gdzieś. - Odwróciłem wzrok od Verdisa, nie miałem ochoty dłużej z nim rozmawiać ale miałem nadzieję że gdzieś tam mnie zrozumiał co chciałem mu powiedzieć. Miałem taką szczerą nadzieje że mógłby postawić się w mojej sytuacji i patrzeć jak ludzie patrzą na niego jak na psa który kiedyś rasowy, użarł dzieciaka który znęcał się nad jego matką i teraz jest uważany za nic nie wartego.

Znowu zwróciłem wzrok w jego stronę kiedy doszło do mnie że jeszcze została sprawa tego stworzenia-mordercy które grasowało gdzieś w okolicach miasta Perona ale równie dobrze mogłoby to być cokolwiek innego.
- Jeśli naprawdę myślisz nad wysłaniem mistyka który nawet jeszcze nie zabił demona to nie wiem czego ode mnie oczekujesz. Jak narazie to obiłem mordę kilku pijaczkom i zbirom którzy szukali zaczepki i kilku monet za które mogliby się nachlać. - Jak teraz nad tym patrzyłem to faktycznie bardziej wyglądałem na jekiegoś renegata niż Mistyka, ale to nie moja wina że nawet nie miałem okazji do walki z demonem bo żadnego nie spotkałem ale coś tam o nich wiedziałem od rodziców. - Z tego co mówisz to najpewniej demon pierwszego kręgu, szybkie i zwinne ale straszliwie głupie istoty którym zależy tylko na destrukcji. Poza tym co powiedziałeś na temat obrażeń wynika że albo posiada wyjątkowo ostre i długie pazury którymi mógłby rozpruć ofiarę, a duża zwinność i szybkość zapewnia dodatkową siłę tnącą. No chyba że to jednak demon drugiego kręgu, jest niesamowicie silny. Po prostu pierwszemu urwał łeb a drugiego chciał rozerwać na pół. - Przez chwilę zatopiłem się w własnych myślach gadając sam do siebie i myśląc jak tu utłuc to ścierwo bez większych problemów albo przynajmniej jak z nim zawalczyć. Szybko potrząsłem głową i wróciłem do rozmowy. - Ale jeśli sam na własne oczy nie zobaczę obrażeń tych ludzi nie mogę Ci powiedzieć nic więcej a już na pewno nie mogę się przygotować do samej walki z tym chędożonym potworem. Pozostawała jeszcze kwestia wyjścia z miasta... - Przez chwilę pocierałem brodę palcem wskazującym i kciukiem próbując coś wymyślić. Na chwilę moje myśli stoczyły się na bok kiedy znowu poczułem że zarost zaczyna odrastać. Znowu miałem wrażenie jakbym zamiast skóry miał siatkę kolców. Ale do rzeczy Sirit, zacznij myśleć! I chyba nawet miałem pomysł.. Właściwie to jednym już i tak omijałem strażników a drugi wydawał się nieco szalony.
- Cóż jakby to... Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę że te moce wykorzystać też do wspinaczki, stworzenia pozurów, haków i takich tam. I jakby nie było właśnie tak omijałem patrole - uciekałem na dachy. Zawsze mógłbyś jakoś zatrzymać strażnika który akurat miałby iść na konkretnym murze, chociaż nie.. Teren w około miasta nie pozwoli mi na to. Ucieczka konna też odpada....... Verdis, gdzie są wywożone zwłoki? - Nie wiedziałem czy strażnik widział co miałem aktualnie na myśli ale pozostało mi czekać na jego pomysły. Miałem tylko nadzieję że widział dokładnie co mi chodziło do głowie, jak krople czarnej wody które niekontrolowane przeze mnie zaczeły spływać od mojej skórze.
16.11.2016, 02:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posterunek
#5

MG

Strażnik zdawał się w ogóle nie reagować na ekscesy Sirita, który zdawał się nie do końca kontrolować tego, co robi. Słysząc kolejne słowa więźnia, uniósł brew.
- Hm, skoro tak uważasz. - zakończył tylko, nie usiłując już trudzić się na więcej tłumaczeń. - Choć do tego czasu powinieneś chociaż mieć opanowane podstawy. Jeśli tego nie kontrolujesz, to już twoja wina. - rzekł. I wyglądało na to, że trochę przestało mu zależeć.
- Tak, naprawdę o tym myślę. Jako alternatywę twojej egzekucji, kolego. To jest dla ciebie światełko nadziei, że jednak uda ci się przeżyć, a ty zachowujesz się jak dzieciak, którego spotkałem z dziesięć lat temu. Nie słuchasz nawet tego, co mówię. Nie mamy w zanadrzu nikogo, kogo moglibyśmy wysłać. Rozumiesz? Wysłanie do walki z demonem kogoś, kto ma jakiekolwiek szanse wygranej, a kto i tak miał zginąć, to teraz jedyne wyjście. Jeśli masz zamiar dalej narzekać, po prostu skończysz na stryczku. Ja tu przyszedłem tylko przedstawić sprawę, a teraz czekam na decyzję.
Słysząc dalsze rozważania Mistyka, Verdugo parsknął, ni to rozbawiony, ni sprowokowany.
- Dlaczego się nad tym zastanawiasz? To już moja sprawa, jak załatwię podróż. To jak? Potrzebujesz czasu do namysłu? - zagadnął z ponurym uśmiechem na twarzy, nie wskazując wyraźnie na porę, w którą miał zamiar wrócić.
18.11.2016, 21:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posterunek
#6

Starałem się słuchać słów Strażnika z spokojem, naprawdę się starałem i chyba nawet jakoś mi to wychodziło bo znowu nie wybuchłem gniewem. Trochę ochłonąłem po tym jak nazwał mnie dzieciakiem ale trochę się tak jednak zachowywałem, musiałem to przyznać sam przed sobą. Ale mimo to w moim umyśle pojawiły się wątpliwości.

- Równie dobrze możesz mnie prowadzić na egzekucję pod przykrywką "roboty" którą mam wykonać, gdzieś ogłuszyć i powiesić kiedy będę nieprzytomny. Poza tym nie mogę mieć pełnej pewności że tak po prostu moja przeszłość zostanie wybaczona albo zostanę objęty jakąś ochroną bo pracuje w słuszej sprawie - Powiedziałem wpatrując mu się w oczy z sceptycyzmem. Ale kiedy słuchałem go wcześniej nie dałem rady zobaczyć absolutnie nic co jakkolwiek mogłoby zdradzić czy mówił prawdę czy po prosty kłamał ale nie  miałem żadnych podstaw zwłaszcza że jeszcze żyje.

Mówiło się trudno, wsiadało na konia i jechało gdzie wiatr poniósł jak to niektórzy mawiali. Zmieniłem nieco pozycję w jakiej siedziałem i pochyliłem się nieco w stronę mojego potencjalnego pracodawcy. Przez krótką chwilę jeszcze się zastanawiałem czy aby to po prostu nie pułapka w którą chcą mnie złapać. W końcu nic nie słuszałem o żadnym zagrożeniu w okolicy ale możliwe że żaden strażnik jeszcze się nie wygadał co, gdzie, jak i dlaczego. Nabrałem zimnego powietrza w płuca i odetchnąłem z myślą że będę czyimś pieskiem. Nigdy w życiu nie dałbym nikomu sobą kontrolować ale sytuacja nie była najlepsza. Co ja pierodle... Było kurewsko źle.
- Niech będzie, powiedzmy że Ci ufam i że nie będę próbował uciekać. - Starałem się mówić z spokojem i bólem głowy który znowu postanowił się ze mną przywitać. "Dzięki" zdawały się mówić do Verdisa moje oczy kiedy znowu ból spowodował grymas na mojej twarzy. Z pod bólu miałem jeszcze jedną rzecz o którą chciałem zapytać
- Zanim odejdziesz... Możesz mi powiedzieć coś o moim ojcu? Jakim był mistykiem? - Te słowa przechodziły mi przez gardło jak kamienie które przyklejały się do ścian przełyku i nie pozwalały oddychać, myśleć a nawet połknąć śliny. Ale chciałem wiedzieć jaki on był. Poza tym że był skończonym gnojem którego musiałem zabić.
18.11.2016, 23:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posterunek
#7

MG

Verdis spojrzał na Mistyka z niedowierzaniem, nie wiedząc przez chwilę, jak zareagować. Podjął się jednak po chwili krótkiej mowy.
- Ty chyba jednak jesteś głupi, młody. Albo za mocno dostałeś w głowę. Po co niby miałbym kombinować nad jakimś podstępem, przykrywką, żeby zdjąć cię po cichu, kiedy mógłbym to zrobić tu i teraz? Zresztą, wszystkim zależy na publicznej egzekucji, a wybierając między taką a skrytą, wybrałbym tę pierwszą. Potencjalni przestępcy zastanowią się dwa razy próbując czymś zawinić, jeśli byli takiej świadkami. A nadstawiać karku czymś tak bezcelowym jak twoja śmierć nie mam zamiaru. Służę miastu, a nie jakimś pobudkom. Nie złapałem cię, żeby... no kurwa nie wiem, upokorzyć cię albo pobić. Za kogo ty mnie uważasz? - zapytał, nie oczekując odpowiedzi. Słysząc kolejną kwestię Sirita tylko machnął ręką. - Jak mówiłem, to nie jest kwestia twojego zaufania. Albo dajesz sobie szansę na przeżycie, albo nie. Jedyne zaufanie z jakim trzeba tu podchodzić do kogoś, to moje do ciebie. Zawsze możesz próbować spierdolić w trakcie eskortowania cię do Perony. - widać było rozdrażnienie w jego zachowaniu i mowie. Prawdopodobnie Sirit go wkurzył. Albo wkurzyła go świadomość, że traci tu czas na bezsensowną gadaninę, kiedy na powierzchni mogą dziać się jakieś rozboje i kradzieże. Trudno stwierdzić.
Szykował się już do odejścia, ba, zdążyli zamknąć już kratę. Mistyk jednak zadał ostatnie pytanie, i takiego chyba się Verdugo nie spodziewał.
- Był... dobrym człowiekiem. - stwierdził, kładąc nacisk na ostatnie słowo, jakby nie chciał się o nim wyrażać jak o Mistyku. W końcu takie pytania można było zupełnie inaczej zrozumieć. Verdis nie zawracał sobie jednak więcej głowy aresztowanym - skinął jedynie głową, praktycznie niezauważenie, po czym obrócił się na pięcie, zapewne wracając do swoich obowiązków.
A Siritowi... pozostawało czekać.


Możesz teraz zrobić co zechcesz, ale masz niewiele opcji z racji tego, że jesteś zamknięty w celi. Możesz jednak w jakis sposób próbować uciec, rozmyślać, albo zwyczajnie się przespać. Przy czym ostatnie przyniesie ci najprostszą korzyść (jaką jest regeneracja many).
29.11.2016, 01:33
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posterunek
#8

Słuchałem jego słów w ciszy i spokoju. Czyżbym go czymś uraził lub zdenerwował? No mówi się trudno i żyje się dalej a jakby nie było to jakoś trzeba było dalej żyć. Zaciekawiło mnie tylko jak ktoś tak zwariowany jak mój ocjciec mógł być niby kimś dobrym a już na pewno człowiekiem. No ale to nie był czas na rozmyślania... A nie, przecież jestem zamknięty w pierdlu. Co niby mam innego zrobić jak siedzieć lub leżeć i odkryć w sobię duszę filozofa? Może nawet napiszę książkę? Ciekawe tylko gdzie to wszystko zapiszę. Nie mam jak kuć na ścianach. Z resztą i tak jutro a może nawet dzisiaj, albo w ciągu następnego roku Verdis mnie stąd wyciągnie żebym zrobił tę robotę.

Ciekawe tylko co nękało tych ludzi, czy to naprawdę demon czy tylko jakieś magiczne stworzenie które tylko odrobinkę postradało zmysły i zaczęło mordować Bogom winnych ludzi. A nawet jeśli to demon to będę musiał szybko dojść do siebie zanim dotrę do Perony i ten stwór zaatakuje bo inaczej będę martwy zanim zdążę użyć magii. Ale teraz nie powinienem o tym myśleć tylko spróbować odpocząć. Na szczęście dalej miałem ze sobą swój płaszcz którym się owinąłem, kaptur lekko zwinąłem w niby - imrowizowaną poduszkę i spróbowałem zasnąć. Zakmnąłem oczy i próbowałem wyczyścić umysł z wszystkiego żeby zasnąć. W trakcie snu przelatywały mi migawki z przeszłości, zabójstwo ojca, strata rodziny, utrata kontroli. Wszystko to znowu się odzywało i nie dawało mi żyć, wiedziałem że to sen ale tym razem było coś innego. Jakby czyjaś obecność która była inna, mroczna, wyraźnie nie ludzka. Obudziłem się tak gwałtownie że jeszcze chwila a przywaliłbym głową w sufit. Przetarłem oczy i poczułem że na skórze dłoni pojawił się lód, co z nim było nie tak? Wydawał się mieć własną wolę, własne życie. Jakbym był związany z jakimś bytem którego moce nie są tak naprawdę moje ale jego ale beze mnie zginie i dlatego stara się mnie chronić. Z resztą to nieważne. Poprawiłem imrowizowaną "poduszkę" z kaptura i położyłem się z powrotem spać, ale zanim znowu pogrążyłem się w koszmarach przeszłości zacząłem myśleć o rodzinie. Ciekawe czy moja siostra lub brat przeżyli? Zobaczy się....
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.01.2017, 13:39 przez Sirit.)

01.12.2016, 03:03
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posterunek
#9

MG


Nocleg w celi nie należał do zbyt przyjemnych co skutkowało tym że mistyk co jakiś czas się budził. No nie były to warunki idealne do wypoczynku i tego typu rzeczy.
W pewnym momencie Sirit usłyszał kroki w korytarzu, zapewne paru osób, najpewniej mężczyzn. Po chwili przed jego celą ukazał się znów kapitan Verdis w towarzystwie dwóch mężczyzn. Jeden z nich miał w ręku tacę miską zapełnioną jakąś breją a obok niej pajdę chleba. Do tego na tacy był drewniany kubek, zapewne z wodą. Mężczyzna ze śniadaniem miał na ramionach insygnia sierżanta. Kiedy kapitan otworzył kraty celi sierżant wszedł do celi i postawił tacę na ziemi tuż przy wejściu i stanął obok pod ścianą. Do celi wkroczył również drugi z mężczyzn i zapalonym kagankiem w ręce. Mężczyzna nie wyglądał na wojownika, bardziej na medyka czy znachora.
Medyk podszedł do mistyka i oświecił sobie kagankiem oblicze Sirita. Spojrzał w jego oczy po czym wolną dłonią dotknął dłonią miejsca które w zasadzie wymagały lekarskiej interwencji.
- Jak się czujesz?- zapytał cicho mężczyzna po czym uważnie wysłuchał rannego mistyka. Ból głowy nie przechodził. Głowa wciąż była obolała. Mentalnie mistyk czuł się zregenerowany choć fizyczny ból mógłby go co nieco dekoncentrować.
Po obejrzeniu pacjenta medyk podszedł do kapitana i powiedział krótko.
- Nie jest źle. W ciągu dwóch dni powinien dojść do siebie. Oczywiście przy pomocy odpowiednich maści i mikstur.
Kapitan wysłuchawszy medyka pokiwał głową.
- Świetnie.- odpowiedział i poklepał po ramieniu towarzysza.
Po chwili spojrzał na skazańca i uśmiechnął się do niego.
- To jak?- zapytał rzeczowo.- Gotowy udać się do Perony czy na stryczek?- kapitan wolał się upewnić bo nie wiedział czy dalsze przygotowania mają dość do skutku.
- W razie czego to wyruszysz jeszcze dzisiaj.- dodał rzeczowo.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






01.01.2017, 20:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posterunek
#10

Co prawda to prawda że noc nie należała w żadnym stopniu do najlepszych a już na pewno nie wtedy kiedy ktoś przychodzi w środku takiego "wypoczynku". No ale nie miałem na co narzekać bo w końcu coś zaczęło się dziać i może nawet uda mi się stąd wydostać.

Na początku miałem wrażenie że to po prostu pora karmienia i przynieśli mi jedzenie. Swoją drogą zawsze mnie ciekawiło jak smakuje więzienna breja o której tyle dobrego słyszałem z rąk dobrych ludzi których wsadzili tam za bycie miłymi. W innym znaczeniu. I fakt, to nawet wyglądało jak pora karmienia bo był tam gość z tacą z czymś co jak zgaduję nie było jadalne. Jest tu też oczywiście Verdis no i jakiś trzeci gość z kagankiem, ale co do jego tożsamości to chyba miałem się jej dowiedzieć szybciej niż myślałem bo podszedł do mnie całkiem szybko. Właściwie zaraz po mężczyźnie z jedzeniem które postawił na ziemi i zaczął mi świecić tym cholernym światłem prosto w twarz. Od razu się delikatnie odsunąłem i chciałem zasłonić oczy ręką jakby światło paliło mi oczy.
- Nawet nie najgorzej, boli mnie głowa, krew leci mi z nosa i mam rozcięty policzek. To chyba niezły wynik jak na bójkę nie? - Mężczyzna na pewno musiał być jakimś medykiem albo kimś kto przynajmniej znał się na podstawowej medycynie. Tylko pytanie brzmi czy wiedział czy jestem mistykiem a już gorzej czy wie kim naprawdę jestem. Kiedy wysłuchałem jak mówi że wyzdrowieje w ciągu dwóch dni już wiedziałem że wie że jestem mistykiem. Jasne, byliśmy wytrzymalsi od reszty ludzi ale nie byliśmy bogami i mieliśmy swoje limity. Na szczęście nie były to jakieś poważne rany i tak jak powiedział medyk powinny się szybko zagoić.

Podszedłem do tacki z jedzeniem, chwyciłem chleb, wziąłem porządnego gryza i połknąłem. Sucho jak cholera, chwyciłem kubek i pociągnąłem mały łyk. Odetchnąłem z ulgą.
- Dobrze znasz odpowiedź Verdis - wziąłem do rąk miskę z niezbyt apetyczną breją i wyciągnąłem ją na raz żeby nawet nie czuć tego cholerstwa które czymkolwiek by to coś nie było. Zagryzłem resztą chleba i zapilem resztą wody. - Chyba jednak poproszę spacerek do Perony i taniec z potworami.

Wstałem i czekałem na reakcję stróży prawa którzy okazali się mieć dobre serce a nie tylko chcieliby mnie zamordować. A walenie po głowie to już inna kwestia.
02.01.2017, 01:05
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna