Uliczki
#1



Ulice dolnego Valen nie wyróżniają się niczym wyjątkowym. Z rana duży ruch, który trwa aż do wieczora. Po zmroku jedyne co można znaleźć to paru bezdomnych, pijaczków lub opryszków, którzy chcą załatwić jakieś szemrane interesy. Każdy rozsądny człowiek unika więc włóczenia się po tych drogach bez celu. Od głównych i zazwyczaj zatłoczonych przecznic odchodzą liczne ciasne alejki i uliczki. Tam częściej można spotkać bezdomnych.
17.04.2018, 00:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki
#2

STRAŻNIK
Światło w uliczce powoli zanika. W oddali widać krwiste promienie zachodzącego Słońca.



     
irael odczuwał ból. I to nie taki, jak po upadnięciu i rozwaleniu sobie głupiego ryja, ale taki konkretny, jak po paru ciosach jakiejś broni obuchowej. Ciężko powiedzieć jak długo leżał w tej alejce. Wiadomo jedynie, że spędził ten czas w kałuży rzygowin i to nawet nie własnych. Brakowało mu wiedzy medycznej aby być w stanie określić obrażenia jakie otrzymał. Wiedział jedynie, że twarz miał opuchniętą jak osoba, która jest uczulona na osy, a właśnie została użądlona. Ból w okolicach klatki piersiowej wskazywał na złamane żebra. Ile? Co najmniej jedno, to było pewne. W prawej ręce odczuwał lekką drętwotę, ale przy natężeniu cierpienia pochodzącego z innych źródeł z łatwością mógł to zignorować. Poza ciałem bowiem zraniona została jego duma i godność. Kaftan, pamiątka po jego nauczycielu, został zarzygany i zniszczony przez jednego z oprawców. Nigdzie w pobliżu nie było widać jego lutni. Jeden sztylet został mu wytrącony z dłoni i nie miał pojęcia co mogło stać się z drugim. Jedyne co był w stanie zobaczyć po przebudzeniu to jego ukochany berecik leżący tuż przed twarzą.
     Nagle usłyszał czyjeś kroki. Były one nierówne, jakby jedna stopa miała na sobie buta, a druga była bosa. Po chwili dźwięk kroków ustał, a do uszu barda dobiegł chrapliwy, męski głos:
-Łoooooooo panie! Kto pan panu tak wpierdolił?- krzyk był dla barda istną torturą. Obecny stan jego głowy można porównać do całonocnego picia wytrawnego wina. W skrócie miał olbrzymiego kaca, tyle że po wpierdolu, a nie po piciu.
     Gdyby akolita podniósł teraz oczy zobaczyłby brudnego i zaniedbanego człowieka, który niezaprzeczalnie był bezdomnym. Nosi na sobie koszulę, która niegyś była biała i brązowe spodnie z licznymi czarnymi plamami. Nosi długą brodę i krótkie włosy. W brodzie widać resztki jakiegoś jedzenia. Dosyć starego jedzenia. Oczy ma brązowe i nieskalane inteligencją. Na lewej stopie ubranego ma starego buta z paroma dziurami zaś prawa jest bosa. Cięzko określić jego wiek, ale na oko wygląda na sześćdziesiąt lat.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.04.2018, 23:54 przez Isidur.)

17.04.2018, 23:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki
#3

Ja... Pierdolę. Po prostu ja... Pierdolę. Kurwa. Od lat nie dostałem takiego wpierdolu. Kurwa, pobili mnie jak stary dobry Zero...
W tej chwili spojrzał na swój kaftan. Wszystkie myśli zniknęły jak odgonione ręką. Przed oczami przeleciały mu wszystkie chwile z Zerochimem. Wszystkie te lata nauki i w miarę spokojnego życia. Przysięgi że będzie pilnował prezentów od niego po sam grób. Jak on mu teraz spojrzy w oczy? Jak on ma teraz wrócić do ich kryjówki pod Valen? Stracił wszystko co czyniło go bardem. Dumę. Lutnię, której nigdzie nie mógł dojrzeć. Jego gardło było zaschnięte jak po ostrym pijańsku, ale to akurat nic nowego, szybko powinien wrócić mu jego piękny głos. Ale jak on będzie teraz występował? Nie miał lutni. Nie miał pieniędzy na nową, bo od razu zauważył, że nie czuję znajomego ciężaru na wysokości lewego biodra. Zabrali mu wszystko, i zostawili z ogromnym bólem łba i w sumie wszystkiego innego, z naciskiem na klatkę piersiową.. Skojarzył ten ból, połamali mu żebra. Ehh, za każdym razem bolało tak samo. Jakby sam Thorn nasrał ci do środka twojego ciała.
Dotknął opuszkami palców swojej twarzy. Od razu tego pożałował. Ramię, tak samo jak i głowa, odezwało się rwącym bólem. Zirek po prostu rozluźnił wszystkie mięśnie, przyciągnął do siebie swoją torbę, która leżała obok niego. Przytulił się do niej... Po czym zaczął cichutko łkać. A potem coraz mocniej, i mocniej. Łzy lały się po jego policzkach, piekąc jego wciąż-trochę-świeże rany. Ale nie mógł przestać płakać.
Ale nie pomylcie się kochani. Wpierdol? To nic, każdy oberwie w życiu co najmniej kilka razy. Stracone pieniądze i lutnia? To jeszcze da się odratować. Zirael płakał za swoim ukochanym kaftanem. Kaftanem jedynego człowieka na tym pierdolonym, szarym świecie, którego mógł nazwać członkiem rodziny. Jedynego, którego spojrzał na niego jak na innego człowieka, kiedy wszyscy wokół mieli go tylko za niepotrzebną część wystroju. Gdyby Zerochim nie zjawił się nigdy w jego życiu, zapewne zmarłby w wieku lat dziesięciu, zlany przez zapijaczonego ojca za zbyt głośne oddychanie. Ten człowiek ofiarował mu coś, co powinien mieć każdy.
Szansę na prawdziwe życie.
A teraz pozwolił, by przez jego czar jakiś bard za trzy grosze splugawił jedną z najważniejszych rzeczy, jaką jego przybrany ojciec mu dał.
Zirael cudem powstrzymał łzy, po czym spojrzał na to, co leżało zaraz przed nim, prawie że nienaruszone. Sięgnął po to bardzo, bardzo powoli, po czym leciutko otrzepał. Założył na swoją głowę swój ukochany beret.
I płacz od razu przeszedł do historii.
Popełniliście jeden wielki pierdolony błąd, wy tępe, bardzie kurwy. Kiedy zabijecie czyjąś dumę, powinniście przy okazji odebrać mu wszelkie nadzieje. A wy zapomnieliście o tym punkcie. Zostawiliście coś jeszcze ważniejszego dla mnie, niż jakaś jebana lutnia czy pieniądze. Mój. Pierdolony. BERET!
I w tej chwili jego głowę przeszył potworny ból. Mimo woli skulił się sam w sobie, co spowodowało jeszcze większy ból żeber. Ktoś się wydarł. Głośno wydarł. Cholernie głośno wydarł.
Spojrzał - choć z wielkim, ogromnym trudem - na źródło tego wrzasku. Był nim jakiś stary łachmaniarz, który na jego szczęście, lub nieszczęście, go tu jakimś cudem odnalazł.
Złotogłosy pomachał mu na znak, żeby podszedł bliżej, przywołując na twarz błagalny wyraz. Całe jego ciało mówiło "Podejdź tu, dobry człowieku, błagam cię, ratuj pokrzywdzonego"
Jeśli staruch podszedł do Ziraela, ten, jeśli tylko dał radę, wyszeptał mu co następuję:
-Szkoda...Szkoda strzępić ryja, człowieku. Pomóż mi wstać, jeśli byłbyś taki dobry. Muszę się rozejrzeć po tej alejce, chyba że widzisz tu gdzieś stalowy sztylet. Jeśli tak, byłoby miło gdybyś nie wbił mi go w moje obolałe plecy, bo i tak nic przy sobie nie mam. Nawet jebaną lutnię mi zabrali. A potem z chęcią wybrałbym się gdziekolwiek, gdzie będę mógł chociaż na chwilę się położyć, a jeszcze lepiej, jakby ktoś poskładał mi z powrotem moje biedne żebra.
18.04.2018, 01:05
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki
#4

STRAŻNIK
Wśród budynków widać pojedyńcze promienie zachodzącego Słońca. W brudnej alejce czuć smród, którego źródłem jest niski staruszek stojący nad nieszczęsnym bardem



     
ężczyzna uśmiechnął się. Teraz Zirael mógł zobaczyć, że jego zęby możnaby policzyć na palcach jednej ręki. Po chwili dziadek ponownie się odezwał:
     -Ano! Jo jakbym taki wpierdul dostoł to tyż bym ryja ni chcioł strzępić! Mocie panie wielkie szczęście, żeście z życiem uszli. Słowo doję dawnom takiej walki nie widzioł. Jeden na cztyrych się rzucił! Co to? Życie niemiłe? Baba zdrodziła? Pięć godzin żeście do siebie dochodzili leżąc w czyich rzygowinach! Słowo doję, sam żem liczył! A co do majchra to znolozłem jeden, a jakże! Ale ni byde przecie niznajomymu oddawał takiego narzyndzia! Jeszcze mnie posiekocie! Najsampierw sie poznoć musimy! Janush jestem, ale na ulicy wołajo na mnie Dziodek!-to powiedziawszy podał bardowi rękę, która, a jakże, była całkowicie pobrudzona. Ciężko było nawet stwierdzić kolor skóry bezdomnego. Muzyk jednak zauważył jeszcze jedną rzecz. Dziodek był bardzo żwawy jak na swój wiek. Widać, że był umięśniony i poruszał się raczej z gracją. Szczególnie patrząc na jego wiek. Podczas gdy mężczyzna czekał, aż artysta chwyci jego dłoń postanowił jeszcze zagadać.
     -Nie wim kto panu taki oklep sprowił, ale jo to bym chcioł oddać na waszym miejscu! Ale w takim stonie to pan nawet dwuwiosnkowi bułki nie zabierzesz! Jo tu niedaleko mieszkom, ja pana poskładom raz dwa i będziesz panie gotów do spuszczenia wperdolu rewanżowego, że tak powiem!- zaśmiał się głośno. W sumie to cały czas był głośny. Każde jego zdanie było praktycznie wykrzyczane, co przy obecnym stanie akolity zdecydowanie nie pomagało. Dodatkowo zapach, który unosił się od mężczyzny był coraz bardziej intensywny. Dodatkowo zaczął się mieszać z wonią rzygowin co dawało niesamowity bukiet zapachowy. Typowa boczna alejka w Valen można by rzec.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2018, 14:22 przez Isidur.)

22.04.2018, 17:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki
#5

Zirael czuł ogromny ból przy każdym wypowiedzianym słowie obdarciucha. Gdyby mógł to z chęcią rzuciłby mu się do gardła i rozdarł je zębami, byleby już tak nie cierpieć, byleby stary przestał krzyczeć. Starał się jakoś pokazać mu, żeby mówił ciutek ciszej, ale nic to nie dało. Zgrzytał zębami, ale jakoś musiał to wszystko przełknąć. Aktualnie zabił by go bez problemu nawet jakiś zagubiony dzieciak, więc wolał nie ryzykować. A nuż Dziadek jednak stwierdziłby, że Zirael ma spoko beret, i wbiłby mu jego własny sztylet w dupę, więc bard postanowił jednak podać mu rękę. Poczuł przy tym oczywiście ból, ale jakoś musiał to przetrwać. Na szczęście biedak zlitował się nad zajechanym bardem i pomógł mu wstać. Jak tylko niepewnie stanął na nogi, przedstawił się swojemu wybawcy.
-Zirael Złotogłosy, bard tak dobry że miejscowa gildia bardów postanowiła chyba obrać go sobie za cel, jak zresztą pewnie widzisz. Najebali mi dość treściwie, muszę przyznać, ale chuj z tym. Złotogłosy ze sceny nie zejdzie, nie ma chuja we wsi. To jak, Dziadku, oddasz mi moje żelastwo? Lubie jednak czuć znajomy ciężar w rękawie.
Oparł się powoli o ścianę, i próbował zignorować ból jaki przeszywał aktualnie jego biedne ciało. Każda najmniejsza część paliła go piekielnym bólem. Ale to nic. Skupił się na swoim berecie, i na fakcie, że ciągle go ze sobą miał. To będzie znak jego złości. Jego determinacji. Jego zemsty. Jego żądzy krwi. To będzie znak samego Ziraela. Jeśli kiedykolwiek miałby sobie wybierać jakiś herb, to byłby to wielki, jebitny, fioletowy berecik.
-To jak, Dziadek, zaprowadzisz mnie do swojej chałupki? Nie wiem jak, ale jeśli możesz mnie naprawdę poskładać do kupy, to bym jednak chętnie poprosił. Że tak powiem, czuję się jak gówno, które zostało wysrane przedtem co najmniej dwadzieścia razy. Nie brzmi za ciekawie, no nie? No więc...
Podszedł do swojego nowego znajomka, i przewiesił sobie przez niego ramię.
-Prowadź, Janush.
22.04.2018, 21:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki
#6

STRAŻNIK
Bard przjmuje podaną mu dłoń. Cóż jak to się mówi "Tonący brzytwy się chwyta"



     
taruszek ochoczo wziął barda po ramię. Cuchnął straszliwie, a gdy Złotogłosy poczuł zapach pochodzący z ust staruszka z trudem powstrzymał swoje wnętrzności przed buntem. Jednak pomoc to pomoc. Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Nawet jeżeli ma ich tylko cztery. Wcześniejsze oberwacje okazały się być prawdziwe. Dziodek, jak sam siebie tutułował, był zaskakująco silny i sprawny. Prowadzenie poturbowanego barda nie sprawiało mu większych trudności. Po prostu dziarko szedł przed siebie co jakiś czas skręcając w boczne alejki. Gwar miasta cichł coraz bardziej, ale wyglądało na to, że dwójka tymczasowych towarzyszy szła w stronę coraz lepszych dzielnic. Ścieżki były czyste i zadbane, a kamienice świeżo pomalowane. Muzykowi ciężko byłoby zapamiętać ścieżkę ze względu na jego stan.
     Sytuacja zmieniła się, gdy dotarli do "domu" obdartusa. Okazało się, że zamieszkał w ruinach spalonej kamienicy na granicy Dolnego i Górnego Valen. Kamienica spłonęła całkiem niedawno w dosyć nietypowych okolicznościach. Banda dzieciaków bawiła się w okolicy, udając, że są grupą Łowców. Okazało się, że jeden z chłopców faktycznie miał rodzica, który był Łowcą i często podróżował. Dla wygody podczas rozpalania ogniska korzystał z kryształów ognia. No i dzieciaki, jak to dzieciaki postanowiły, że załadowanie jednego z tych kamieni do procy będzie świetną zabawą. Kamień trafił w pomieszczenie w którym znajdowała się biblioteczka. Dwa górne piętra spłonęły doszczętnie, a pierwsze ledwo się zachowało. Parter jednak był względnie nietkniętny i nadawał się do zamieszkania. Szczególnie przez taką osobę jak Dziodek. To do kogo owa posesja należy nie ulegało wątpliwośći. Na zewnątrz nie było czuć praktycznie niczego, ale po wejściu do zrujnowanego domu bard od razu poczuł znajomy mu już smród. Zawartość żołądka ponownie zarządała wolności. Gospodarz szybko posadził akolitę na jednym z wygodnych foteli, po czym zaczął się krzątać po parterze.
     -Już jo cie poskładom. Raz, dwa, o! Raz, dwa mówię! Teraz, gdzie ja szczeliłem tą maść?- powiedział, a raczej krzyknął staruszek. Teraz gdy dziad szukał jakiejś tajemniczej "maści" Zirael miał okazję porozglądać się po pomieszczeniu. Siedział w niewielkiej izdebce. Na przeciwnej ścianie znajdował się kominek, a wokół niego leżały różnego rodzaju naczynia. Ciężko określić co było w nich gotowane, ale sam widok przyrządów kuchennych przypomniał Ziraelowi, że od paru godzin nic nie jadł. Po prawej stronie stało łóżko, a niedaleko kominka znajdowały się drzwi przez, które przed chwilą przeszedł Janush. Po lewej było wejście do "domu". W suficie widać było parę dziur. Ciężko było określić jak stabilna to była konstrukcja. Po chwili do pomieszcenia wrócił Dziodek z jakimś pudełeczkiem i dosyć brudnym kubkiem -Maści co prawdo żem nie znaloz ale to tyż powinno pomóc. Ból po tym powinien przejść a my bydziemy mogli w spokoju porozmawioć.- po czym podał kubek artyście. Pomimo iż naczynie było paskudne to napój, który się w nim znajdował pachniał wyśmienicie. Ziraelowi aż pociekła ślinka. Starszy mężczyzna przesunął drugi fotel i usiadł obok czekając aż jego gość wypije podarowany mu napój.
22.04.2018, 23:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki
#7

Zirael oparł się o Dziodka. Cuchnął wręcz przeraźliwie, okropnie, chciało się na miejscu zwymiotować... I bard miał ogromną ochotę to zrobić. Czuł wręcz, jak jego posiłek otrzymany w karczmie cofa się do przełyku, ale siłą przełknął go z powrotem. Ten człowiek bezinteresownie mu pomógł, a właściwie pomaga. Należał mu się szacunek, nawet jeśli był tylko brudnym starcem ze slumsów. I nawet jeśli miał tylko kilka zębów. I nawet jeśli jechało mu z ust tak, jakby mu coś tam zdechło zanim zdołało wyczołgać się na zewnątrz. Dziodek wydawał się być porządnym człowiekiem. Zirael, choć jego ufność kilka godzin temu połamała mu żebra i obiła mordę, postanowił uwierzyć w szczere intencje staruszka.
Barda strasznie dziwił fakt, iż ten niepozorny na pierwszy rzut oka starzec miał w sobie takie pokłady energii i krzepy. Nie wiedział czym zajmował się całe życie, ale jak widać samo życie w slumsach zmusza ludzi do pewnych rzeczy, jak na przykład bycie sprawnym nawet w wieku w którym normalnie ludzie srają pod siebie w swoich łóżkach i czekają na śmierć. No, a przynajmniej na taki wiek Janush wyglądał. Zirael nie miał zamiaru pytać go o to, ile ma tak naprawdę lat, no bo w sumie po co? Nic mu ta wiedza nie da, zresztą nie wiadomo czy biedak liczył kiedykolwiek swój wiek.
Złotogłosy dał się spokojnie prowadzić przez alejki Dolnego Valen. Dawno przestał słyszeć wszelaki gwar i odgłosy które zwykle słyszy się w tak wielkim mieście jak Valen, ale jednak po wystroju ulic i coraz większej dbałości o otoczenie można było zauważyć, że zbliżają się do tych lepszych części miasta. Zirek odetchnął w duszy z ulgą. Chyba naprawdę tym razem nie został perfidnie oszukany.
I wtedy zobaczył to, co najpewniej było domem Dziodka. Spaloną kamienicę.
-Ciekawie mieszkasz, Dziadku. Ale cóż, lepsze to niż nic, no nie? Niektórzy nie mają nawet dachu nad głową, ty masz całą... No, nie-do-końca całą kamienicę, tylko dla siebie! Widać szczęście się do ciebie uśmiechnęło, hę? Khy, khy, khy.
Zirael wychrypiał mu te słowa do ucha jak najmilszym tonem się tylko dało, po czym dał się wprowadzić do domostwa jego wybawcy.
Od smrodu dostał wręcz skrętu kiszek. Każdy cal jego układu pokarmowego pragnął zwrócić wszystko to co miał w sobie wprost na podłogę rudery. Resztkami sił cofnął cenne jedzenie z powrotem, i skupił się na wnętrzu. Pierwsze piętro wydawało się w miarę w porządku, było tylko trochę naruszone i raczej zadbane. Z tego co widział z zewnątrz, wszelakie piętra tego miejsca można uznać za zmarłe i nie nadające się do przebywania na nich.
Ale wciąż, na parterze śmierdziało tak, że bard czuł się jakby wszedł do wnętrzności samego Dziodka.
Dał się posadzić w fotelu, który dla Akolity leżącego ostatnie pięć, jak to twierdził dziadek, godzin w rzygach był jak łóżko z baldachimem. Rozłożył się w nim na tyle wygodnie, na ile pozwalało mu jego obolałe zewsząd ciało. Tymczasem Janush krzątał się po swoim lokum, wyraźnie czegoś szukając.
Ehh, podsumowując. Zostałem sromotnie najebany przez 3 jebanych bardów, okradziony z prawie każdej cennej rzeczy jaką przy sobie miałem, zarzygany, zostawiony w tych rzygach, a teraz jeszcze siedzę w norze śmierdzącej jak odbyt Thorna i czekam aż mój wybawca, czyli obdartus bez zębów i śmierdzący dokładnie tak jak ta nora, która i tak śmierdzi tak przez jego obecność, znajdzie jakąś "maść"... Oh, Duronorze, jeśli jednak istniejesz, to miej mnie w opiece, bo ja tu kurwa wykituję.
Bard, żeby zabić nudę, zaczął rozglądać się po parterze kamienicy. Widział przed sobą kominek... Hmm, czyżby winowajcę tutejszych szkód? Wokół kominka walały się naczynia... Nie do końca chciał znać ich zawartość, ale brzuch mimo panującego wszędzie wokół smrodu, zaburczał mu cichutko na myśl o strawie. Z prawej strony widział łóżko, a w niedalekiej odległości od kominka rzuciły mu się jeszcze w oczy drzwi. Głównie z faktu iż przeszedł przez nie Dziodek. W suficie były dziury, ale to raczej nie powinno dziwić, w końcu ten budynek jeszcze nie dawno musiał stać w płomieniach.
Sam nie wiem co byłoby gorsze, śmierć od smrodu czy zostanie przygniecionym przez strawioną przedtem przez ogień kamienicę, aktualnie dom obdartusa? Wolę nawet o tym nie myśleć. Kurwa, jak mnie wszytko boli... Gdzie ta jego maść...
W tejże chwili wrócił do niego Dziodek, trzymający dziarsko w swoich dłoniach kubek i jakieś pudełeczko. Podał Ziraelowi pierwsze z nich, i stwierdził, że ten ma to wypić. Samo naczynie wyglądało obrzydliwie, ale zapach naparu był boski. Janush przysunął sobie drugi fotel, i wyraźnie czekał, aż Złotogłosy wypiję to, co było mu przed chwilą ofiarowane.
-No to za papę Zerochima, ino roz!
Po czym wypił na hejnał to, co było w kubeczku. Los pokażę, co stanie się dalej.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2018, 00:45 przez Zirael.)

23.04.2018, 00:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki
#8

STRAŻNIK
Zrujnowana kamienica wypełniona nieprzyjemnym zapachem. Bard przechylił kubek mając nadzieję, że tym razem los się do niego uśmiechnął.



     
ierwszą rzeczą jaką poczuł Zirael, był smak napoju, który przyprawił go o lekkie mdłości. Nie było to jednak spowodowane tym, że staruszek dał mu do wypicia jakieś świństwo. Napar był po prostu niesamowicie słodki. Prawie jak syrop, ale nie tak gęsty. Dodając do tego prawie już pusty żołądek Akolity wychodzi nienajlepsze połączenie. Na szczęście piękny zapach nadal unoszący się w powietrzu pomógł przy opanowywaniu swoich wnętrzności. Zaraz po wypiciu Złotogłosy poczuł przyjemne ciepło wewnątrz swojego ciała. Ból w żebrach lekko ustąpił, choć nadal czuł lekkie pulsowanie, którego źródłem były połamane żebra. Opuchlizna na twarzy również zaczęła powoli się zmniejszać. Najwyraźniej to był jakiś medykament.
     -No i jak tam? Lepij? Ażem se z ciekawości chcioł sprawdzić co ten napój robi, bo żem go znaloz jak tu zaczynołem mieszkoć, ale nie byłem pewny do czego to służyło. No to cikawe nie powiem!- krzyknął Dziodek. Okazało się, że Bard miał więcej szczęścia niż rozumu i nietypowy mieszkaniec zrujnowanej kamienicy dał mu leczniczy napar. Nieświadomie, bo nieświadomie, ale nadal było to dosyć pomocne. Pomimo iż nie było to tak skuteczne jak porządna mikstura lecznicza, czy też wizyta u medyka to dosyć porządnie poprawiło samopoczucie akolity. Po paru minutach już czuł siłę wracającą do organizmu. Nadal jednak wyglądał jak ktoś potrącony przez szalonego woźnicę. Trzy razy.
     -No to teroz możemy pogodoć! Jak panu już lepij to chciołbym zadoć pytanie. Jak bardzo zależy panu na odnalezieniu tych drabów co to pana tak sproli?- powiedział to z dziwnym błyskiem w oku, jakby miał w tym swój interes. Inaczej nie zadwałby tak oczywistych pytań -Bo jo myślę, że będziemy w stonie dobić jakiegoś targu. Bo ja usłyszołem jak ci co to pana sproli mówili gdzie się udadzo. Także myślę, że można by się jakoś ugadoć!
23.04.2018, 23:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki
#9

Zirael jednym duszkiem wypił miksturkę od Dziodeczka. Poczuł w ustach cholernie słodki smak, na co jego żołądek odpowiedział coś w stylu "spierdalaj chuju, ja tego nie wypije", ale Zirek skupił się na wybornym zapachu naparu, więc jakoś to wszystko poszło dalej. Od razu zaczął czuć zmiany zachodzące w jego ciele. Czuł w środku przyjemne ciepło, a wraz z nim odchodzący gdzieś ból. Ciągle czuł nieprzyjemne pulsowanie w żebrach, ale lepsze to niż cierpienie przez jakie przechodził do tej pory. Opuchlizna z jego twarzy powoli schodziła, gardło znowu stało się w pełni sprawne i gotowe do użytku. Ból głowy przeminął tak nagle, jakby nigdy go nie było. Bard odetchnął z ulgą, rozwalając się mocniej w fotelu.
Mikstura lecznica, co? Nareszcie mi się poszczęściło. No, Duronorze, wiem, że to pewnie nie twoja zasługa, ale jak jednak twoja, to ci dziękuję, tak od serca. W końcu być może dzięki tobie nie wypiłem właśnie jakiejś domowej roboty trucizny, na którą raczej próżno szukać tu w okolicy antidotum.
Dziodek, jakby na potwierdzenie jego myśli, wyjawił właśnie że napar już tu był kiedy ten się wprowadzał.
Ehh. Mogłeś mnie zabić... Ale jednak mnie uratowałeś. Nie mogę się na ciebie gniewać, w końcu jesteś bądź co bądź prostaczkiem ze slumsów. Zrobiłeś więcej niż ktokolwiek by się spodziewał po twoim wyglądzie. Ehh. Co ja mam teraz zrobić? Jestem w kropce. Nie wiem gdzie podziały się ta kurwiskowa trójca. Do tego dryblasa nic nie mam, zapłacili mu to musiał robić swoje, a najwięcej mam do tej kurwy co zarzygała mi kaftan. Mam nadzieję że mu chuj zwiędnie i jaja się ususzą na wiór. Ehh. Gdzie oni mogli zwiać z moją lutnią?
I tu, jakby za sprawą cudu, po raz kolejny przybył mu z pomocą ten niepozorny staruszek. Twierdził on, że słyszał dokąd te psy się wybierają. To oznaczało dla Ziraela jedno. Zemstę. Oczywiście nie jakąś potężną w stylu "Zabije ich tymi rękoma!", a gdzie tam. Pójdzie do straży z Dziodkiem jako świadkiem, powie że trójka bardów mu wpierdoliła bo boją się o wpływy, odzyska co jego, machnie kilka srebrników strażnikom za dobrą robotę, no i oczywiście nie mógłby zapomnieć o Dziodku. Czuł, że ten starzec jeszcze mu się przyda.
-Co ty na to, Dziadku, że odpowiem ci pytaniem na pytanie? Jak dobrze znasz to miasto? Ile osób znasz w tym mieście? Jak bardzo przydatną osobą potrafisz być? Odpowiedzi na te pytania mogą bardzo zmienić odpowiedź na to zadane przez ciebie, a także ogólnie na twoją ofertę. No to jak, dobry człowieku?
Zirael puścił mu lekki uśmieszek kątem ust. Zanim zacznie się w jakikolwiek sposób handlować, zrobi to co potrafi najlepiej. W końcu musi stworzyć sobie w Valen jakąś siatkę kontaktów. No dobra, może i to kiepski start, ale nawet taki Dziodek potrafi być bardzo przydatną jednostką. Slumsy mogą być cennym źródłem informacji, jeśli człowiek potrafi dobrze z nich skorzystać, a Złotogłosy nie wątpił, że łachmaniarz przez swoje życie zdołał wyuczyć się najwyższych szczebli tej cennej umiejętności.
23.04.2018, 23:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki
#10

STRAŻNIK
Dzień chyli się ku końcowi. Zachodzące Słońce ustępuje półmrokowi późnego wieczoru.



     
ziodek spojrzał na barda ukradkiem. Pomimo iż widać było, że próżno było u niego szukać ogłady to jego spojrzenie zdradzało, że słowa Ziraela go zainteresowały. Odpowiedział z lekkim zawachaniem.
     Jeżeli mnie tak pytocie, to moim zdoniem już się okazołem być dosyć przydatny. Wszak pomogłem panu już chyba dosyć mocno, co nie? Także mojo przydatność chiba już pan zno. A co do znajomości to i owszem. Znom większość bezdomnych co to się kręcą po Dolnym Valen, żodna to tajemnica. W końcu ja żem jest najstarszy z nich wszystkich! -powiedział staruszek z nutką dumy w głosie-A po co to panu wiedzieć jeśli możno spytoć?- w jego głosie słychać było sporą dozę nieufności. Wszak Złotogłosy był w stanie z łatwością rozpoznać zabarwienie głosu. W końcu sam był w tym kierunku szkolony. Czemu z otwartego i uśmiechniętego starca zmienił się w nieufnego i zamkniętego w sobie mruka? Tego Zirael nie był w stanie stwierdzić.
     To co był w stanie stwierdzić to fakt, że powoli zapadała noc i jeśli się nie pośpieszy to będzie musiał iść przez miasto po zmroku co nie było ani bezpieczne, ani specjalnie rozsądne. Cokolwiek planował zrobić, lepiej żeby zrobił to szybko.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.05.2018, 17:40 przez Isidur.)

02.05.2018, 00:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna