Karczma " Dębowy Skarbiec "

Szczerze ciekaw jestem, czego mistyk mógłby szukać po tej stronie pustyni, w czas swych regularnych wypraw. I jakim cudem przeszło to bez większego echa, przynajmniej w świadomości mieszkańców. Wszak, gdyby było to coś zupełnie naturalnego, wyprawa Bleysa w eskorcie przegniłych magów, nie miałaby ani drobiny sensu. No, chyba, że dobrze się ukrywali i niespecjalnie obnosili ze swą przeszłością czy zdolnościami.
Patrzył na jej jadowity uśmiech totalnie bez emocji. Oczekiwała, że Bleys poczuje się urażony, czy może chciała, by dołączył do pogardliwego uśmiechu na myśl, o braku dyscypliny w tych stronach? W każdym z tych przypadków nie trafiłaby. Bleys zdawał sobie sprawę z braku dyscypliny, i zdawał sobie sprawę, że życie w tak nieprzystępnych warunkach jakie panują w klejnocie pustyni siłą rzeczy wypracowują zarówno charakter, jak i odpowiednie zorganizowanie. Według Bleysa to nie był powód do dumy, a naturalna konsekwencja otoczenia w jakim dorastali. Tak czy inaczej, wartościowa i diabelnie skuteczna, tego odmówić nie można.
Nie reagował na jej twarde spojrzenie. Choć doskonale wiedział co za nim nadejdzie. Jej kolejny, pełen głupiej dumy wybuch. Odparł jej wzrok bez trudu, jeszcze bardziej twardym spojrzeniem. Nie podobał jej się jego ton? To były jego pierdolone emocje. Coś, co tkwi w głębi jego serca. Coś, co stanowi podstawę jego charakteru. Pogarda najszczersza i najczarniejsza. Źródło całej niechęci tak zajadłej, że wykracza poza jednostki będące początkiem, a ogarniającej wszystkich magów na świecie. I ona mówi mu teraz, żeby nie podnosił głosu, gdy mówi o czymś, co tak bardzo dotyka jego serca? Ha!
- Przestań. - odparł, krótko i lodowato na słowa "to jest groźba". Nie wiadomo, czy był tak zirytowany, tak rozgoryczony czy tak pewien swego, ale teraz jej groźba nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Albo się jej nie bał, albo nie bał się ewentualnej śmierci. - Między nami nie wywiąże się uczciwa walka w której wygra lepsze, Ignis. - postanowił skomentować to jakoś. - Co najwyżej, jedno zabije drugie. Bez sprawiedliwości. - nie rozwodził się na temat tego, że gdyby chciał ją zabić, nie dawałby jej szansy na przygotowanie tylko poderżnął gardło. Ani na ten temat, że gdyby miało dojść do walki, ona mogłaby go spalić, na co nie miałby odpowiedzi bez przygotowanych kusz. Zmrużył oczy. - Jest tylko kwestia tego, które by się zawahało. Które znalazłoby swój powód, by zabić drugie. - uważnie wpatrywał się w jej ślepia. - Jeżeli się mylę, dobrze dla Ciebie. Ale widzę Cię jako płomień niszczący zło. Zagładę demonów, a być może - ludzi, którzy są zbyt przegnili, by nazywać ich ludźmi. - uciął na chwilę i wziął wdech. - Myślę, że już przy zgniłych ludziach mogłabyś się zawahać. A mnie? Byłabyś w stanie zabić mnie? Bez wahania, które dałoby mi czas na reakcję? Bo podnoszę głos mówią o tym, co mnie boli? - nie czekał na odpowiedź ani słów, ani oczu. On miał swoją teorię. I wolał przy niej obstawać. By czuć się przy niej bezpieczniej. Napił się. - Ja nie chcę i nie zamierzam Cię krzywdzić Ignis. - zaczął łagodnie, przełykając cały jad, który się w nim nagromadził. - Nie widzę ku temu powodów. - otworzył usta jakby chciał coś dodać, ale zrezygnował. Na chwilę umilkł. - W każdym razie nienawidzę magów. Pamiętaj o tym proszę i... - znów się powstrzymał. Nie chciał jej grozić. Balansowała jednak bardzo blisko niebezpiecznych tematów. Wcinała mu się i złościła, gdy mówił o tym, czym tak szczerze gardził. Groziła, gdy mówił, że magowie ich zastraszali. Będąc tajemniczą istotą władającą magią. O której rodzaju jeszcze nie miał solidnie ugruntowanej opinii. Nie chciałby ich nienawidzić. Nie chciałby jej nienawidzić. Była tak... nieziemska.
- Mówisz: "Interesujesz mnie Ty", jednak gdy pokazuje Ci siebie, wpadasz w złość i mi przerywasz. - odparował głosem wypranym ze wszystkiego. - To właśnie jestem ja. Kłębek niechęci i pogardy, który dorósł wypełniony tym wszystkim i ukształtował się za tego sprawą. - przerwa - Wygląda na to, że nie chcesz mnie tylko faktów. Faktów do których jesteś przyzwyczajona. Zdyscyplinowanych, rzetelnych. - przekrzywił głowę świdrując ją spojrzeniem. - A raczej, nie jesteś gotowa na więcej, choć skrycie mogłabyś tego pragnąć. - westchnął odcinając się emocjonalnie od całej historii w najbardziej gorącym temacie. Nie zniósłby ani jednego wtrącenia więcej. - Więc nie dam Ci nic, poza faktami: Najpierw zaczęliśmy je słyszeć. Dwójka ludzi uciekała, wtrącili się panowie w szatach - tu przez jego twarz przebiegł mimo wszystko niechętny grymas, ale ton pozostał gładki i całkowicie nijaki - i to oni zaliczyli pierwsze zabójstwa. Uciekinierzy trafieni zaklęciami czekają na śmierć. Wszędzie chaos, kłótnie. Demony pojawiły się w zasięgu wzroku, dziko walą w runy, które o dziwo powstrzymywały te mniejsze z ich rodzaju. Po chwili ochrona rozpada się, momentalnie polała krew, zaczęła się rzeźnia. Mój ojciec wsadził mnie na jedynego konia, mag chciał się wtrącić i samemu ratować skórę, ale został powstrzymany, reszta ludzi w rozsypce lub zaświatach, panika, krew, smród i ciągły śmiech demonów. Gdy odjeżdżałem, mój ojciec padł trupem. Demon posłał za mną jakiś pocisk, dostałem, stąd blizna. Spłoszony, głuchy koń wywiózł mnie w bezpieczne miejsce, od śmierci uratował mnie łowca, zabrał i zostawił u alchemika. Za wino dziękuję, nie chcę więcej. - skrócił wszystko do wypranego ze wszelkich emocji minimum.








14.08.2016, 10:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma " Dębowy Skarbiec "

Ja wolałabym nie wiedzieć czego Mistyk mógłby tutaj szukać. A już szczególnie w czasie wypraw. To nie są rzeczy, o których zwykli ludzie, tacy jak Ignis czy Bleys, powinni wiedzieć. Dla ich własnego dobra. Co prawda Ignis słyszała jedynie plotki na ten temat, ale Mistycy byli często wynajmowani przez ludzi, którzy mieli dostatecznie dużo pieniędzy, by ich kupić, a sprawy te rzadko kiedy dotyczyły demonów, przynajmniej w swej najbardziej potocznej formie. Eskorty były czymś, co pozwalało im na poruszanie się po innych terytoriach całkowicie legalnie i zapewniało alibi, w przypadku niefortunnej wpadki. Niemniej, nikt nigdy tego nie potwierdził, a takie haniebne słowa mogły równie dobrze wyjść z ust obcych szpiegów w Azaracie. W każdym razie Ignis była jak mak pośród chabrów - różniła się od pustynnych ludzi, różniła się od ludzi, którzy zamieszkiwali większość tereny kontynentu. Gdyby nie obietnica złożona Levi'emu już dawno wyruszyłaby do Dranvul. Ale na taką podróż będzie musiała się przygotować lepiej, ostrożniej się zachowywać i nie rzucać się na każdego demona, który stanie jej na drodze. Nie chciała przyznawać tego nawet przed sobą - i wiedziała, że nigdy nie powie tego na głos - ale taka samotna walka była jeszcze ponad jej siły. Nie znała tego świata, ale nie mogła sobie pozwolić na to, żeby zaczął przerażać ją już po kilku dniach. Skrzywiła się do swoich myśli i ponownie skupiła uwagę na Bleysie.
Kiedy Łowca całkowicie wyprał z emocji swoje spojrzenie, puściła mu oczko i oparła się wygodniej na krześle. Nie spuszczała z niego wzroku, zastanawiając się kiedy ją zaatakuje. I jaki rodzaj ataku to będzie. Nie wątpiła, że w mężczyźnie aż wrze, chociaż całkowicie nie mogła pojąć skąd u człowieka może się wziąć aż taka ukryta wściekłość. I to trzymana w sobie od dzieciństwa. Trochę chciała go sprowokować, ale z drugiej strony nie była pewna czy na powrót poskromiłaby wodospad jego uczuć. Nie wiedziała czy miałaby z nim jakieś szanse w walce wręcz, a żadnej broni przy sobie nie miała. Z wyjątkiem magii. Ale na razie i tak o jedna osoba za dużo zdawała sobie sprawę z tego, że złotooka kontroluje czarny ogień. Miała jednak przeczucie, że ten wybuch byłby dla niego najlepszym, co mogłaby mu dać. Najlepszym odwdzięczeniem się za jego pomoc, nawet kosztem kilku jej siniaków. Nieświadomie zmrużyła oceniająco oko, przez chwilę nie słuchając jego słów, tylko brzmienia głosu. Które jej się nie podobało.
Twardość jej złotego spojrzenia była chyba zbyt naturalna dla Ignis, która tak właśnie patrzyła na ludzi. Niemniej, nie była przyzwyczajona by ktoś w jej otoczeniu podnosił głos i atakował ją tak bezczelnie lub wkładał jej w usta słowa, które nie były odzwierciedleniem jej myśli. I to był główny powód jej irytacji. Bleys odbierał jej słowa, pytania, gesty jak mu się podobało. Interpretował to pod siebie. Nie rozumiejąc jej zainteresowania szczegółami czy zachowaniami, które według niego były złe, okrutne, głupie, interesowne i krzywdzące. Nie mogła mieć mu tego za złe, ona obracała jego słowa, jego historię, jego lęki i ból niczym kostkę rubika, dokładając do niej detale, które naprawdę pozwoliłyby jej zrozumieć co tam się wydarzyło. Nie rozumiała, naprawdę nie rozumiała jego burzy emocji. Kilka tygodni temu zabili mężczyznę, którego kochała. I owszem, czuła złość, rozpacz i nienawiść. Ale wszystkie te emocje były dla niej... statyczne. Osiągnęły swój punkt wrzenia, poniżej którego nie zejdą nigdy, ale mimo wszystko gdy myślała o tym, nie chciała zniszczyć całego świata, rasy lub idei. Chciała się zemścić na kilku ludziach, których podejrzewała o morderstwo. Chciała po prostu pomścić Levi'ego. A on? Kogo on chciał pomścić? To dziecko, którym był ze sto lat temu? W imię czego? Potrząsnęła głową ze zdumieniem odkrywając łzy w kącikach swoich oczu. Zbyt daleko zabrnęła w tych rozmyślaniach.
Jej spojrzenie zamigotało nagłym brakiem zaufania, którego nie była w stanie ukryć. I nawet nie chciała. Choć to uczucie szybko zmieniło się w chłodny smutek. Wsunęła dłoń między jedwabiste włosy i pomasowała się po szyi delikatnie. Jej spojrzenie powędrowało po sali, w której w dalszym ciągu panował hałas, śmiechy i pijacka atmosfera zabawy.
- To nie byłaby walka, tylko rzeź, Kłamco. I wątpię, żeby przeżyło to którekolwiek z nas. - westchnęła cicho, sięgając po jego dłoń. Jeśli Bleys chciał ją zabrać, to ścisnęła mocniej, nie pozwalając na to. Dopiero po chwili ciszy, kiedy była pewna, że więcej nic już nie powie, spojrzała na niego. Złoto w jej oczach przelewało się hipnotyzująco. - Nie jestem potworem. Ale kiedyś się nim stanę. I wtedy na pewno nie zawaham się żeby Cię zabić. Więc, jeśli kiedyś byś widział, że zło staje się częścią mnie, to zabij mnie. Nie chce umierać ze świadomością, że moja moc niszczy to, co zawsze chciałam chronić...
Ignis miała wrażenie, że świat na chwilę się zatrzymał. Nie wierzyła, że powiedziała komuś takie słowa. Że powiedziała komuś prawdę. Że wypowiedziała na głos najsmutniejszą prośbę jej serca. Zabrała szybko rękę i uśmiechnęła się szelmowsko, choć serce pochodziło jej do gardła. Miała jeszcze wiele lat, może nawet dziesiątki, nim ciemność pochłonie jej umysł. Czuła jak zasycha jej w ustach, więc napełniła kielich, których chwilę potem odstawiła pusty.
- Zapomnij, i tak nie dałbyś rady. - uśmiech, który mu posłała wyszedł dość sztucznie, ale nic nie mogła już na to poradzić. Miała tylko nadzieję, że Łowca nie będzie pamiętał o ich rozmowie rano. Duronornie, jak ona była zmęczona w tym momencie!
Spojrzała na Bleysa, a jej powieki nagle stały się koszmarnie ciężkie. Nie wierzyła, że te słowa przejdą jej przez gardło, ale powiedziała...
- Przepraszam. Nie umiem rozmawiać z ludźmi. Zawsze komunikowałam się rozkazami, a jeśli to było coś poza tym, to na ściśle określony temat. Jedyne emocje, które odczytywałam z ludzi, to nienawiść, zazdrość i złość. Staram się, ale i tak czuje ciągłe ataki. Mówisz o obcej mi magii, ale w dalszym ciągu o magii żywej. - uniosła dłoń, jeśli Bleys próbowałby jej przerwać. -Choć wiem, że mogę Cię źle rozumieć. Albo nie rozumieć wcale. Przepraszam.
Patrzyła się pustym wzrokiem w stół, kiedy Bleys opowiadał jej fakty. Zacisnęła dłoń, którą miała na stole, w pięść, ale nie odezwała się ani słowem. Nie spojrzała na Łowcę, ani w czasie jego przemowy, ani potem. Nie umiała zrozumieć. To nie wina magii. To wina ludzi. To tak, jakby oskarżać o zabójstwo sztylet, który był trzymany przez człowieka. Ale czasem ten sztylet może uratować czyjeś życie, jeśli posłużyć się nim do rozdzierania szmat, żeby zatamować krwawienie. To wina ludzi... więc czemu nienawidzisz magii? Przełknęła głośno ślinę i zmusiła się do uśmiechu, którym nie umiała objąć oczu. Spojrzała na niego, przechylając głowę.
- Dziękuję, Bleys. - wargi jej zadrżały niezauważalnie. Chwyciła kielich i nalała sobie wina. Nie podnosiła jeszcze pucharka do ust, choć miała na to wielką ochotę. - Jeśli chcesz iść spać, to nie bój się, nie obrażę się. Ani nie poderżnę Ci gardła we śnie, więc nie ustawiaj pułapek, w które mogłabym wpaść po pijaku. Ja tu jeszcze trochę zostanę. - powiedziała, rozglądając się po sali obojętnym wzrokiem. Była pewna, że wraz z końcem opowiadania, Bleys będzie chciał opuścić, jeśli nie ją, to chociaż karczmę. I nie umiała wyobrazić sobie żadnego innego zakończenia.








15.08.2016, 16:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma " Dębowy Skarbiec "

Zwykli - jak to uroczo ujęłaś - ludzie, mają jedną, dość typową i zgubną cechę. Ciekawość. Bleys zaś mógłby startować w mistrzostwach z tej dziedziny. Ciężko stwierdzić, czy napędzał to któryś z jego zawodów, czy może właśnie dzięki tej ciekawości potrafił się w nich odnaleźć - by czyż nie wspaniale jest z chęcią słuchać o miejscach pełnych bogactw i samotnych kobiet, lub sposobach walki z różnymi bestiami, gdy w przyszłości będzie się miało okazję sprawdzać wiarygodność plotek? Również więc, w temacie mistyków, łowca nie pozostałby bez zainteresowania, a jeżeli faktycznie, dochodzą do tego duże pieniądze, temat staje się jeszcze bardziej gorący.
Jej oczko nie wywołało w łowcy żadnej reakcji. Nie ma się jednak chyba czemu dziwić, wszak nie po to wypiera się wzrok z wszelkich emocji, by zniweczyć cały efekt choćby cieniem uśmiechu, prawda?
Taka wściekłość, jaka tkwiła w duszy Bleysa, może powstać chyba tylko i wyłącznie w dziecięcym umyśle. Dziecięcym, lub szalonym. Im ludzie są starsi, tym - przynajmniej z założenia - rozsądniejsi, a swą nienawiść ukierunkują przeciw jednostkom. Jak jednak dziecko przytłoczone tak wielkim nieszczęściem miałoby nienawidzić trupów, którym nigdy nie wyrządzi żadnej krzywdy? Nie. To było zbyt silne uczucie, by ukierunkować je w pustkę. A gdy dodamy do tego nieprzychylne plotki o magach, jakie Bleys słyszał wcześniej, wszystko zaczęło pięknie rozkwitać i utrwalać się.
Tu nie chodziło o zainteresowanie szczegółami. Tu chodziło o niefortunne wtrącanie się w ciąg opowieści, która potrzebowała chwili by przejść mu przez gardło. Łowca musiał zmierzyć się ze swoją niechęcią i emocjami, ulepić z tego spójny ciąg zdarzeń i podarować go słuchaczce. Ignis zaś, niecierpliwie ciągnęła za język, pytając w sposób, który nawet jeżeli nie był troską, o jaką mężczyzna mógł posądzić mistyczkę, to na pewno nie wyrażał należytej niechęci i pogardy, z którą łowca się zmagał. Była zbyt niecierpliwa. Zbyt niecierpliwa, przynajmniej dla tak ciężkich historii.
Gdyby w tej chwili zginął ktoś bliski Bleysowi, z całą pewnością nie odbiłoby się to aż takich echem i nie wyryło na jego osobowości. Mógłby znieść to bez emocji, mógłby eksplodować wściekłością, jednak nie byłaby to trwała szrama na umyśle. Coś tak głębokiego, można uczynić wyłącznie plastycznemu umysłowi dziecka, lub komuś, czyj umysł został uplastyczniony za sprawą niewyobrażalnych wręcz męczarni.
Nie zabierał dłoni, nie skomentował też jej słów. Rzeź - określenie równie dobre, jak każde inne. A to, czy którekolwiek przeżyłoby takie "starcie" to zagadka, którą - jeżeli dobrze pójdzie - pozostawimy bez odpowiedzi do końca świata.
W końcu Ignis uraczyła go czymś, co najwidoczniej leżało na jej sercu. Swoimi obawami, skrytym strachem - czuł to. W głębi duszy, czuł też, że mistyczka nie jest nawet blisko zagrożenia przed jakim go przestrzega. I jeżeli w ogóle kiedyś zaistnieje obawa, że zło opanuje jej umysł - na taką prośbę jest o wiele za wcześnie. Ale nie odezwał się, nie przerwał jej, nie skomentował czy nie uśmiechnął się.
- Potrafiłabyś żyć bez tej mocy? - rzucił w przestrzeń ledwie słyszalne pytanie. Była to kwestia kluczowa - czy jej prośba to efekt strachu, czy obrana nieodwołalnie droga. Jeżeli bowiem, pozbawiona swej broni utraciłaby w życiu jakikolwiek cel, sens i pragnienia, faktycznie, lepiej byłoby ją zabić. Ale jeżeli Iskra potrafiłaby po swym popisowym rozbłysku opadać z satysfakcją, być może istnieje jakaś inna droga?
- Mówię Ci o ludziach, których serca zostały skalane magią. Skalane poczuciem wyższości. - odpowiedział nie odnosząc się nijak do jej przeprosin. Na pewno odnotował je w swej pamięci, lecz czy rozliczył ją tym samym z jej zachowań? Sam nie wiem.
Jak to się mówi "Okazja czyni złodzieja" - Bleys dostrzegał podobną zależność w magii i ludziach nią władających. Wiadomym jest, że nie każdy człowiek widząc zostawioną przy ławce walizkę z pieniędzmi wziąłby sobie zawartość, zamiast odszukać właściciela, a jednak wiele osób mogłoby mieć poważne ku temu ciągoty. Tak samo ktoś, kto posiada nieprzeciętne, magiczne zdolności, może mieć ciągoty by ukazać swą wyższość ludziom tych mocy pozbawionych. Magia, to tylko narzędzie. A jednak posiadanie pewnych narzędzi odbija się na umyśle.
Obserwował ją. Obserwował jak przełyka ślinę. Patrzył jak drży jej warga. Przyglądał się jak nalewa sobie wina. I słuchał słów. Uśmiechnął się nieznacznie, na jej zapewnienie, że nie poderżnie mu gardła. - Masz mnie za głupca? - zapytał bez ogródek. - Po tym wszystkim nie spławisz mnie tak łatwo. - dodał i westchnął ciężko. - Teraz Ty mi pokaż, jak według Ciebie powinno się opowiadać o tym, co leży Ci na sercu. - podsunął, i puścił jej oczko. To, że "leży" brał za oczywiste. Dość już mu odsłoniła, by się teraz wypierać.








15.08.2016, 17:26
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma " Dębowy Skarbiec "

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, jak powszechnie wiadomo, więc hola, prr ogierze, zwolnij. Źle skończysz wtykając swoje wścibskie paluchy pomiędzy framugę jednych z najniebezpieczniejszych tajemnic obecnego świata, a drzwi nieograniczonych możliwości. Ignis nigdy w życiu nie pozwoliłaby zresztą na ingerowanie w sprawy Mistyków z Azaratu, niezależnie kto próbowałby tego dokonać i bez znaczenia jakimi pobudkami się kierował. Mogła ich nienawidzić, mogła uważać, że robią źle, ale to oni ją wychowali. Ukształtowali. Stworzyli z Czarnej Magii. Nie wiedziała czy umiałaby im się przeciwstawić nawet z własnej woli. Na ten moment to byli jedyni ludzie, z którymi cokolwiek ją łączyło. Ciekawość Bleysa, dla dobra jego samego, powinna faktycznie ograniczyć się do miejsc pełnych bogactw, samotnych kobiet i dzikich bestii, których pokonanie może być jego chwałą. Ignis była prawdopodobnie jedną z nielicznych Mistyczek, które zachowały swoją niezależność i wyruszyły samotnie w świat, nie licząc na pomoc innych oraz pozwolenie na powrót do Azaratu. Nie miała okazji jednak poznać żadnego Mistyka, który był szpiegiem poza Klejnotem Pustyni lub zajmował się przyjmowaniem zleceń za pieniądze obcych władców. Co prawda, trochę tego żałowała, bo już czuła, że wpakowała się z niezłe bagno. Tym razem miała nadzieję, że swoich braci nie spotka zbyt prędko. Nie umiała sobie wyobrazić własnej reakcji. Dalej czuła więzy posłuszeństwa, które przepalała nienawiść, wolność... i odległość. Zostawiała przeszłość za sobą. A przynajmniej tak jej się wydawało.
Nie przejęła się jego kamienną twarzą. Wiedziała, że mimo swojego zaniedbanego wyglądu, gburowatego zachowania i zboczonych komentarzy, Bleys był człowiekiem wielkiej dumy, podobnie jak i ona. Prawdę powiedziawszy, zdziwiłaby się, gdyby było inaczej. Mogła go posądzić o brak honoru, umiaru czy sumienia, ale na pewno nie dumy. Mimo woli uśmiechnęła się do tej myśli. Czy przebywanie z okrutnym, dumnym i nieprzewidywalnym mężczyzną nie było z jej strony totalną głupotą? A może to po prostu nazywa się życie?
Czuła jego nienawiść. Wściekłość. Niemal słyszała jak przerażone dziecko w jego umyśle krzyczało i błagało o pomoc, o światło gwiazd pośród mroku nocy. Ale to się już wydarzyło. Minęło. Rozpamiętywanie tych chwil będzie go powoli niszczyło, była tego pewna. I jednocześnie wiedziała, że ta rana nigdy się nie zagoi, zawsze będzie się jątrzyć i ropieć, kiedy ktoś otworzy ją choćby odrobinę. A Mistyczka przecież wbiła w nią ostrze. Popatrzyła się na niego jak na dziecko, które widziała w jego oczach. Dla niej to nie była zwykła opowieść. Treści się domyślała. Ale faktycznie chciała poznać szczegóły, które pozwoliłyby jej odtworzyć te sceny jakby tam była. Nie dlatego, że chciała to przeżyć. Tylko dlatego, że inaczej nie widziała żadnych szans na zrozumienie. Ignis wiedziała, że musi nauczyć się świata na nowo. Już w czasie konwojowania kupców z karawaną była świadoma, że niewiele rozumie z tego, co ludzie czują, czego potrzebują, czym się martwią. I o dziwo, demony wcale nie należały do pierwszych punktów na listach przerażenia. Dla Ignis emocje innych ludzi były całkowicie abstrakcyjne. I nie były jej. Nie umiała swoich emocji porównać czy odnieść do czegokolwiek, do czego odnoszą je ludzie nieznający lęku przed demonami. Nie... nie umiała pojąć emocji nawet tych ludzi, którzy tego lęku zaznali.
Nie miała dużego pojęcia o magii, o której mówił Łowca. Słyszała wiele, ale nie dawała wiary samym słowom. Ta moc była w ustach innych ludzi czymś niesamowicie potężnym, a Ignis nie sądziła, by istniało coś silniejszego od magii mistyków. Z wyjątkiem magii pieniądza. Dlatego chciała wiedzieć więcej o magach, którzy byli jednymi z głównych aktorów we wspomnieniach Kłamcy. Ale oni wydawali się zbyt głupi i nieodpowiedzialni, by nieść na swoich barkach jarzmo magii. Białowłosa nie wiedziała czy umiałaby w jakikolwiek sposób zadbać o emocje Bleysa. Miała wrażenie, że nie poradziłaby sobie z tym. Nie chciała też okazywać mu współczucia czy troski, bo równie dobrze mogłaby litościwie go tym zabić. Przynajmniej tak to wyglądało. Ból, strach i żal trzeba było pokonać samemu, inaczej nigdy się go nie pozbędziemy. Naprawdę w to wierzyła.
Łowczyni Demonów nie zamierzała tego wypowiadać na głos. To nigdy nie powinno się wydarzyć. Czuła jak w gardle rośnie jej nieprzyjemna gula, a krew szybciej płynie w skroniach. Nie chciała... nikogo skrzywdzić. Nikogo, kto na krzywdę nie zasłużył. Nie mogła. Przecież przysięgła... Zacisnęła zęby. Miała przecież zostawić tamto życie za sobą.
Otworzyła szerzej oczy, które wypełniało niedowierzanie. Czy potrafiłaby żyć bez tej mocy? Czy mogłaby? Jej powieki opadły delikatnie, kiedy osunęła się na krześle delikatnie.
- A Ty potrafiłbyś żyć bez swoich zmysłów? Potrafiłbyś. Ale nie byłoby w tym prawdziwego życia. - odpowiedziała cicho, patrząc się w sufit. Magia była w jej krwi, napędzała jej serce, wzmacniała jej wiarę. A poza tym, gdyby się jej wyrzekła, prawdopodobnie by umarła. W miarę jak będzie rosła w siłę, także będzie umierać. Ale póki ciemność całkowicie nie opanuje jej umysłu, ma przed sobą wiele zadań, których nawet nie zaczęła realizować. Nie oddała by tej mocy, bo ona była jej przeznaczeniem. Zbyt wiele osób dla niej zginęło.
- Magia nie czyni nikogo lepszym! - uniosła głos, mocniej chwytając za kielich. Po chwili rozluźniła palce i wypuściła długo powietrze. - Jeśli to dar, to obliguje do dbania o niego. Jeśli to przekleństwo, to obliguje do pilnowania go. Jeśli to wybór, to obliguje do obu z tych rzeczy. - jej spojrzenie było niemal zrozpaczone. - Serce człowieka pozostaje niezmienione przez magię. Nie da się zmienić czyjegoś serca... - jej dłoń bez udziału jej świadomości znalazła się na jej klatce piersiowej, w miejscu, gdzie powinno być serce. - Nie wierzę w to.
Ignis była wstrząśnięta słowami Łowcy. Nie umiała ich przyjąć do wiadomości. Nie chciała. Kim w takim razie była, skoro magia mogła ją zmieniać już teraz? Wiedziała, że to kiedyś nastąpi... ale kim mogła być, gdyby nie magia? Trupem. ~ od razu podsunęła jej wyobraźnia. To ona mogła być na miejscu dziecka, które zabiła, gdy jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że posiada moc czarnego ognia. Niewiarygodnym wysiłkiem woli powróciła do karczmy.
Spojrzała na Bleysa z krzywym uśmieszkiem.
- Oczekujesz szczerej odpowiedzi? - spytała z wrednym uśmiechem, kiedy jej się trochę podłożył. Zastanawiała się czy specjalnie tego nie zrobił. Jednak kiedy skończył swoją wypowiedź, krew odpłynęła jej z twarzy. Oparła ręce na blacie stołu i powędrowała wzrokiem wszędzie, byle nie na Bleysa. - To nie jest najlepszy pomysł, Bleys. - wyraźnie przygasła. Nie była pewna czy może mu ufać. I czy ta wiedza nie przyniesie jej lub jemu zguby. I chyba nie chciała, żeby wiedział o niej to, przed czym chciała uciec. Postarała się przywołać na twarz uśmiech. - Jestem w tym jeszcze gorsza od Ciebie... - wyszczerzyła zęby i zmrużyła oczy w smutnym uśmiechu.








15.08.2016, 20:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma " Dębowy Skarbiec "

Czy ludzie, którzy doświadczyli piekła już za życia, powinni obawiać się tego piekła, do którego prowadzi ciekawość? Zwłaszcza, jeżeli do dopiero pierwszy stopień, z nie wiadomo jak wielu? Moim zdaniem nie. I choć wścibskie paluchy to wyjątkowo niewdzięczne określenie na chęć poszerzania wiedzy w najrozmaitszych dziedzinach, w duszy zezwalam łowcy, na kierowanie się ciekawością podczas podejmowania najróżniejszych decyzji.
Ingerowanie w sprawy mistyków? Zgrozo, brzmi to jakby nie stanowili dzielnych wojowników stawających co noc do walki z demonami, a jakąś diablo zaawansowaną organizację polityczno-przestępczą, która próbuje pociągać za sznurki na całym świecie. Nie przypuszczałem, by mistyków - jako takich, nie ich zwierzchników - mogło obchodzić cokolwiek poza pustynią i najbliższymi okolicami, dopóki demoniczne plugastwo nie stanie się problemem na tyle naglącym, by przemierzać krainy nawołując ludzi do boju. A i wtedy, nie widzę tu nic, co trzeba by ukrywać. A jeżeli faktycznie, zdarzały się jakieś sowicie opłacane zlecenia polityczne, to czyż zainteresowanie zawartością sakiewki stanowiącej nagrodę, naprawdę stanowiłoby wystąpienie przeciw tej wspaniałej grupie? Czyż w takiej sytuacji nie należałoby ich uznać za ludzi, podejmującej się mniej lub bardziej godnej pracy niezupełnie idącej w parze z ich powołaniem?
Stwierdzenie, że to jedyni ludzie, z jakimi Ignis coś łączyło to bolesny policzek dla Bleysa. Bądź co bądź, jego zdaniem niezależnie od stopnia sympatii jaką go darzyła, zostali połączeni jakąś relacją. A poza tym, łączy ich przecież układ, w myśl którego miała go czegoś nauczyć. To nie jest nic i nie wolno się tego wypierać!
Gdyby Ignis zamierzała faktycznie, kategoryzować ludzi, przypisując im właśnie takie łatki, jak "okrutny, dumny, nieprzewidywalny" i w myśl tego opisu uznać, że czyni głupio przebywając z takim człowiekiem, samo życie winno stać się dla niej głupotą. Jest ono bowiem zbyt krótkie i ulotne, by przejmować się błahostkami.
Wbrew temu, co mogło się jej wydawać, Bleys nie przeżywał tej opowieści równie intensywnie za każdym razem. To, co było igłą wbitą w jego serce, było nierespektowanie przez mistyczkę pogardy i niechęci, którymi chciał ją obdarować. Zwykle ludzie rozdziawiają paszcze, ewentualnie potakując, że magowie - przynajmniej tamci konkretni - to kawał bezwartościowego skurwysyństwa. Nie wypytując i nie upraszając o niepodnoszenie głosu. A właśnie te podniesienie głosu, stos przekleństw i ewentualne splunięcie pozwalało łowcy rozładować kumulujące się w nim napięcie. Bleys mówił o tych wydarzeniach (ludziom o różnych charakterach) dobre kilka razy. I chyba pierwszy raz od wielu lat było to dla niego tak ciężkie.
Tu nie chodzi o porównanie potęgi magii mistyków czy przeciętnego czarownika tych ziem. Bo jak długo mogą mierzyć się dwie siły, tak długo jest to choć minimalnie zasadne. Tu chodzi wyłącznie o starcie siły z bezsilnością. Tu chodzi o ludzi bez daru czy też przekleństwa magii, którzy zaznali nieprzyjemności ze strony wybrańców. Możliwe, że mistyczka nigdy tego nie zrozumie, jeżeli nikt dotąd nie pokazał jej mocy, której choćby drobiny, nigdy nie będzie mogła zaznać, zobaczyć czy spróbować, a moc ta ukazuje, że jest kimś gorszym, bardziej bezużytecznym. Myślę, że można by to porównać do traktowania jej jak wyrzutka, kogoś innego, obcego. Tyle, że ta inność ma namacalne źródło - magię. A ofiar jest więcej niż oprawców.
Ból, strach i żal przeminęły. Pozostała pogarda, najszczersza ze wszystkich. Nienawiść. I pragnienie ich śmierci. Czy można to nazwać pokonaniem tych trzech, czy klęską - nie wiem. Ale jest to rozwiązanie, które raczej się nie zmieni. A przynajmniej nie bez udziału magów, którzy heroicznym poświęceniem uratują świat.
Nie zrozumiał pytania. Co miała na myśli przez zmysły? Chodziło jej o wyćwiczone, gotowe do walki i ratujące przed zagrożeniami? Czy w ogóle, o odczuwanie - węch, wzrok, słuch czy dotyk? Jeżeli to drugie, jakże niefortunnym jest mym zdaniem porównanie odcięcia wszelkich dróg komunikacji ze światem zewnętrznym, z utratą zdolności wyróżniających nas z tłumu. Jeżeli zaś chodzi o zmysły wyostrzone - Bleys potrafiłby się odnaleźć, jednak tą odpowiedź zostawmy między nam, sam łowca przemilczał pytanie. Jej odpowiedź uzyskał. Szkoda.
Na jej uniesiony głos uniosły się kąciki ust Bleysa w pełnym satysfakcji uśmiechu. - "Magia nie czyni nikogo lepszym" - powtórzył po niej. - Jedynie ktoś, kto z takim przekonaniem jest w stanie wykrzyczeć te słowa, może być godzien by jej używać. - stwierdził dość dziwnym tonem. Z jednej strony szczerze gardził magami i nie sposób było nie wyczuć tego, czegokolwiek nie mówiłby o magii. Z drugiej - mistyczka złapała kolejnego już plusa w jego oczach.
- Nie znasz więc ludzi. - odparł ponuro, z rezygnacją, a jednak bez cienia wahania. Dotykała jego klatki piersiowej, poszukując drogi do serca, a trafiła jedynie na niezachwianą, ponurą pewność. - Ludzie wykorzystają każdą szansę, by poczuć się lepszymi od innych. - położył swoją dłoń na jej dłoni i pogładził delikatnie. - I niech będą błogosławione te jednostki, które czują się lepsze, starając się być lepszymi ludźmi i dawać z siebie więcej. - zmusił się nawet do pokrzepiającego uśmiechu.
- Pytasz, czy chcę szczerości, a uśmiechasz się gotowa do łgarstw. - odpowiedział uśmiechem.
A Igniska jakby się wystraszyła. Dziwne. Zdawało mu się, że po tym wszystkim, co zdążyła dać mu do tej pory, mistyczka czuła się już dosyć swobodnie w towarzystwie ciemnowłosego.
- W to nie wątpię. Będę jednak o niebo lepszym słuchaczem, więc może pójdzie Ci łatwiej. - również się uśmiechnął, i również ze znaczną rezerwą.








17.08.2016, 00:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma " Dębowy Skarbiec "

Dziewczyna siedziała przez moment w pozycji, po której bez trudu można było poznać, że do relaksujących nie należy. Zaplatała pasmo włosów na palec i rozwijała je mechanicznym ruchem. Nie odwzajemniła jego uśmiechu. W jej oczach czaiła się niewypowiedziana nigdy na głos złość walcząca o przewagę bezsilnością. Przeczesała w końcu swoje włosy palcami, a kilka kosmyków niesfornie znalazło się na jej twarzy. Zdmuchnęła je i uśmiechnęła słabo.
- Ktoś musi odwalać brudną robotę. - wzruszyła ramionami, chcąc nadać temu gestowi beztroski wyraz. Niespecjalnie dbała o to, czy wyszło zgodnie z jej zamiarem. - Nigdy się nie prosiłam o ten przywilej. - delikatny uśmiech stał się już trochę bardziej naturalny. - Owszem, nie znam ludzi. A przynajmniej nie tak dobrze jak Ty. - uniosła brew, co sprawiło, że wyglądało to bardziej na pytanie niż stwierdzenie. - A Ty czujesz się w jakiś sposób lepszy? - teraz także jej druga brew powędrowała do góry.
Zaśmiała się krótko, ale wesoło. Przyjemnie dla ucha. Uniosła kielich z winem i skinęła Bleysowi głową, na znak, że teraz pije za jego zdrowie. Po kilku sekundach odstawiła puste naczynie, a jej oczy nabrały szklistego wyrazu, błyszczały niczym ognisko w półmroku. Mistyczka nalała sobie ponownie.
- Ja i łgarstwa? Z naszej dwójki to Ty jesteś Kłamcą. Z moich ust można spijać jedynie prawdę. Ugh... - spojrzała na czerwone kropki po na swojej lnianej, białej koszulki. -...i ewentualnie krople wina. Ale tego nie radzę. - jej wzrok nabrał na chwilę okrutnej wręcz twardości, lecz po chwili znów się zaśmiała. Uniosła kielich, sunąc opuszkiem palca po jego krawędzi.
Nie była pewna czy powinna się dzielić z kimkolwiek swoją historią. Była świadoma, że ostatnie wydarzenia wstrząsnęły nią na tyle, że będzie się to na niej odbijać... choć nie wiedziała w jaki sposób. I wątpiła, by Bleys był lepszym słuchaczem niż ona. Westchnęła cicho, wlewając w siebie kolejny kielich wina. Skoro Łowca go już nie chciał, to nie widziała w tym większego problemu. Jej spojrzenie stało się mgliste, a przyjemne ciepło rozeszło się po ciele. Popatrzyła na siedzącego naprzeciwko mężczyznę i skinęła lekko głową, którą po chwili odchyliła do tyłu, zamykając oczy. Jej włosy rozproszyły się niczym gałęzie płaczącej wierzby.
- Nie mam pojęcia jak zacząć... - przyznała, znów siadając normalnie. - Może się przejdziemy? - spytała, wstając. Jej chód był wyjątkowo niepewny, ale jakoś dotarła do drzwi karczmy i wyszła na zewnątrz, czekając na Bleysa. Chłód kończącej się nocy był przenikliwy i bezlitosny, ale Ignis nie wytrzymałaby w karczmie, jeśli faktycznie miała opowiedzieć coś o sobie. Objęła ramiona dłońmi i potarła je kilka razy. Najchętniej podpaliłaby teraz jakieś drzewo, żeby się ogrzać. Ruszyła przed siebie, przez jakiś czas milcząc i patrząc na gasnące gwiazdy.
- Przysięgi i obietnice są do dupy, wiesz? - skrzywiła się lekko. - Szczególnie kiedy żałujesz ich przez całe swoje życie. Gdyby nie to, to tak wielu z nich spaliłabym wnętrzności, zagotowała krew, rozsadziła mózgi... - jej głos był lodowaty, ale nie ze złości lecz bezsilnego pogodzenia się z rzeczywistością. - Kiedy byłam małym dzieckiem, zabiłam jakąś dziewczynkę. Dla szmacianej lalki. Nawet nie wiedziałam, że ją zabiłam... nigdy bym nie podejrzewała, że mogę. Że umiem. - westchnęła z krzywym uśmiechem na twarzy. - Przymierałam głodem na Wielkim Bazarze, gdzie złoto leje się strumieniami, gdzie ludzie ucztują, tańczą i się bogacą. Byłam brudną sierotą, która nie pasowała do tamtego świata. Samotność i dzikość, którymi wtedy siebie otoczyłam, nie były jednak wcale takie złe, w porównaniu do możliwości wyrzucenia przez Bramę Śmierci, prosto w objęcia demonów. - uśmiechnęła się jakoś tak opętańczo. - Mój mistrz przed wyjazdem z Azaratu powiedział mi, że znał moich rodziców. Podobno nie chcieli mnie oddać na nauki czarnej magii, więc zostali zabici w czasie podróży do Klejnotu. Ja uciekłam... znaleźli mnie po kilku latach. - Ignis zmarszczyła brwi, jakby sama nie wiedziała co było gorsze, bycie bezpańskim psem na Bazarze czy świadomość zabójstwa jej rodziców. Żadna z tych rzeczy nie robiła na niej zbyt dużego wrażenia, z perspektywy czasu.
Przez jakiś czas szła w milczeniu, patrząc pod nogi. Odpływanie w odmęty swojej świadomości były dla niej jak najprawdziwsza podróż statkiem, choć nigdy nim nie pływała. Miała wrażenie, że to wszystko przytrafiło się komuś innemu, nie jej. Że opowiada o czyimś życiu.
- Mistrz, Havar, kazał mi obiecać, że nigdy nie skrzywdzę żadnego człowieka. Bo moja moc służy do czegoś innego. Teraz jego hipokryzja jest dla mnie śmieszna, ale przez tą przysięgę narobiłam sobie w życiu wiele problemów. - westchnęła po raz kolejny, ale po chwili zaśmiała się krótko. - Na przykład, przez cztery lata wkurwiał się na mnie, wyzywał od tępych obcych słabeuszy, załamywał nad moimi umiejętnościami w walce... i w końcu się spytał, co ja najlepszego wyczyniam, czemu nigdy nikogo nie zaatakowałam, czemu tylko się bronię. To mu odpowiedziałam, że dotrzymuję słowa. Nikogo nie krzywdzę. Nawet nie wiesz ile razy miałam przez to coś złamanego... - znów się zaśmiała, jakby te wspomnienia nie były mimo wszystko takie złe. - Ale od tamtego momentu inaczej prowadził moje treningi. Umiałam walczyć całkiem nieźle jak na dzieciaka, choć nigdy nie czułam w tym swojego powołania. Bardziej odnajdowałam się w nauce run, przez wiele lat ćwiczyliśmy ich pismo, w najróżniejszych warunkach, na różnych powierzchniach, przy różnym świetle, z różnymi przyborami. Uczyli nas geografii, polityki, taktyki, zielarstwa, astronomii... i uczyli nas cholernie długo tych rzeczy, choć faktycznie korzystaliśmy tylko z ułamków tej wiedzy.
Ignis miała wrażenie, że zaraz wjedzie do jednej z wielkich bibliotek Azaratu, by móc zasięgnąć się rady jakiejś starożytnej książki. Uwielbiała czytać. Ale prawdziwy świat nie wyglądał ani trochę tak jak opisują go zwoje pergaminów.
- Byłam inna. W dalszym ciągu wyróżniam się w tłumie, ale tam... tam byłam jak... diament w gównie. - posłała mu złośliwy uśmiech, cytując jego wcześniejszy komplement. - Kontrola magii zawsze przychodziła mi z łatwością, bo rozumiałam jej naturę. Wiedziałam czym mi grozi. I przyjęłam to zagrożenie jako cenę, którą kiedyś przyjdzie mi zapłacić. Ogień śpiewa mi pieśni poległych dusz...- potrząsnęła głową i popatrzyła na Bleysa przepraszająco. Zagalopowała się. - Było kilka osób równie dobrych, może nawet lepszych. Ale z nikim, z wyjątkiem Mistrza, nie rozmawiałam. Dla nich zawsze byłam ohydnym wynaturzeniem. Nawet kiedy razem wyszliśmy za Bramę Śmierci, to się nie zmieniło. Po pierwszej nocy z demonami pobili mnie do nieprzytomności. Jeden chciał mnie chyba zgwałcić... ale ostatecznie stwierdził, że nie będzie kalać sobie kutasa tak nieczystym stworzeniem jak ja. - zacisnęła dłonie w pięści, czując jak ogień się w niej rozpala. - Mogłam ich wtedy zabić. Może nie wszystkich, ale kilku. Mogłam im poderżnąć gardła, nie musiałam nawet używać magii. Ale ta pieprzona obietnica... - parsknęła, pełna litości dla samej siebie. Pokręciła głową. - Havar był wściekły, ale nikogo nie wydałam. Zemściłam się... inaczej. - jej spojrzenie wyglądało jakby ktoś zmienił tęczówki na dwa wściekłe słońca. - Zginęli wszyscy. Wyręczyły mnie demony. Tamta noc to była rzeź dla większości Mistyków, nie zostało nas zbyt wielu. Do dziś nikt nie wie czemu. - uśmiech czający się w kąciku jej ust był przerażający. Co dziwne, wiedziała, że zrobiła źle, ale nie czuła żadnych wyrzutów sumienia. - Ah. No i tamtej nocy uratowałam kogoś. Samotnego, na pustyni, w panice uciekającego przed demonami... - popatrzyła na Bleysa, a jej spojrzenie nabrało cudnej miękkości.
Znów przez jakiś czas milczała, przypominając sobie szczegóły, kolory, dźwięki, zapachy. Nie były to zbyt piękne warunki jak na romantyczne spotkanie.
- Levino był kupcem, którego karawana została zniszczona przez demony. Ich runy się starły, złuszczyły czy ktoś przerwał krąg, nie wiem. W każdym razie tylko jego udało się uratować. Miał zostać w Azaracie aż nie będzie mógł się zabrać z powrotem z jakąś karawaną... ale gdy miał taką możliwość, to z niej zrezygnował. - było jej ciężko mówić o Levim, tęsknota, smutek, nienawiść mieszały się w niej burzliwie. - Zawsze lubił być złośliwy, wprawiać mnie w zakłopotanie, być... taki... - nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa. -...że czułam się jego światem. Kochałam w nim absolutnie wszystko. - nie pozwoliła, by łzy pociekły jej po policzkach, choć musiała zacisnąć powieki. Oddychała głęboko długą chwilę. - A oni mi go odebrali. Zamordowali go, kiedy byłam za Bramą. Próbowali mnie złamać na wszystkie sposoby, ale po tym ich znienawidziłam całym swoim sercem. Oznajmiłam Havarowi, że opuszczam Azarat. Nie mam prawa wrócić. Chcę zostawić przeszłość za sobą. I chcę odnaleźć rodzinę Levino, muszę im powiedzieć, że nie żyje. - ręce jej opadły bezwładnie wzdłuż ciała, kiedy spojrzała na Bleysa. Czuła się teraz dziwnie naga. Nie wiedziała co robić, więc po prostu stała, błądząc wzrokiem bez celu.








17.08.2016, 20:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma " Dębowy Skarbiec "

Przemilczał jej stwierdzenie ozdobienie niedbałym wzruszeniem ramion. Nie chciał zgadywać nawet, czy naprawdę podchodziła do tego tak beztrosko, czy serio uważała to za czarną robotę czy tylko tak próbowała to stylizować. Czasami lepiej nie kopać zbyt głęboko - na razie Ignis nazbierała dość plusów, by Bleys nie chciał brnąć głębiej. Przynajmniej przez jakiś czas.
- Ja? - zapytał z wahaniem. Później milczał dłuższą chwilę, co można by wziąć za odpowiedź. A jednak - postanowił przemówić. - Ja, Iskro... zbyt bardzo skupiam się na tych, którzy są gorsi, by przejmować się czymś takim jak bycie lepszym - powiedział ponuro, po czym posłał jej zrezygnowany uśmiech. - To zła droga. Ale nie najgorsza, wierz mi. - padły słowa podsumowania.
Skinął głową z wyraźną aprobatą gdy wzniosła do ust kielich za jego zdrowie i opróżniła do dna. Jak widać - był jej bliski. Wyszczerzył się. Łowczyni demonów chyba wkrótce osiągnie mistyczną zdolność demonicznego chodu - nie do odtworzenia dla zwykłych śmiertelników (zwłaszcza bez alkoholu), chwiania się między obiektami, o dość dużym, niszczycielskim (dla tych obiektów) potencjale!
Zaśmiał się serdecznie na jej okrutną groźbę. - Widzę. Nie radzisz. Zachęcasz. - puścił jej oczko, a w następnym momencie szybkim ruchem pochylił się do przodu i złożył na jej ustach krótki, miękki pocałunek. W następnej chwili znów siedział wygodnie rozpostarty, w bezpiecznej odległości. - A ja jak widać, niestety, czasem daję się zwabić.
Nawet nie westchnął, słysząc jakże typowy, dość często konkurujący z klasycznym "Dawno dawno temu", wstęp brzmiący "Od czego by tu zacząć" i wszelkie odmiany tegoż. Nie tylko nie chciał jej zniechęcać od pierwszej chwili opowieści, ale nie zdążył. Bo dokończyła całkiem ciekawą propozycją. Bez słowa wstał i znalazł się tuż przy mistyczce, wyjątkowo sztucznie i wytwornie dzieląc się z nią ramieniem, coby mogła poczuć się zarazem jak księżniczka oraz ktoś, kto nie ma problemów ze znalezieniem pionu.
Przy drzwiach również, nie dawał jej udawać samodzielnej kobiety - wszak skoro teraz ona opowiadała bajki, to jeżeli nie winem, to chociaż dworskimi manierami jej odpłaci. A, że robił to w sposób wyjątkowo sztuczny i prześmiewczy, cóż... w jej stanie, być może uzna to za zabawne. Zresztą, nawet jeżeli nie, to czy istnieje na świecie ktoś, kto równie płynnie jak różnooki mężczyzna potrafi przejść od żartu do eleganckiej i zgrabnej postawy dżentelmena?
Słuchał cierpliwie, bez wtrąceń czy pytań, nawet mimikę ograniczając do minimum. Wyszedł nawet na tyle inteligentnie, że pojął czymże są pytania retoryczne, i nie dał się podpuścić udzielając odpowiedzi. A miałby. Że nie przysięgi są do dupy, lecz Ci, którzy nie potrafią ich dotrzymywać.
Zmrużył z zainteresowaniem ślepia, gdy poruszyła wątek zabitej dla lalki dziewczynki. Czy to wydarzenie ciągle odbija się na niej echem? Czy wtedy wywołało jakieś silniejsze emocje? Coś takiego mogłoby odbić się na psychice dziecka, jednak Ignis nie wyglądała, jakby chciała podzielić się związanymi z tym emocjami, jeżeli w ogóle jakieś istniały. A łowca nie naciskał, słuchając i obserwując.
Samotne, ponure dzieciństwo... brzmiało to dość znajomo, choć sam Bleys w zasadzie miał jakiegoś rodzaju opiekę po swojej tragedii. Niemniej to, co się dzieje w duszy człowieka, oraz to, jak przeżywa różne rzeczy, często wykracza poza fakty, zmieniając rzeczywistość. I choć alchemik żywił go i pozwalał poznać nieco pożytecznych rzeczy, sam łowca musiał odnaleźć swoje miejsce i swoją rzeczywistość przemierzając uliczki sam ze sobą.
Przez twarz mężczyzny przebiegł zniesmaczony grymas. Choć łowca potrafił zrozumieć idee zdyscyplinowanego narodu, potrafił dostrzegać przyczyny, jakie mogły stać za rygorystycznym traktowaniem ludzi - ba - nawet ograniczaniem ich wolności i przymusowym szkoleniom w krainie nękanej przez demony, fakt, że zamordowali jej rodziców bo nie chcieli oddać jej na szkolenie, to straszliwe skurwysyństwo i tak dobrze znane łowcy, poczucie bycia lepszym, ważniejszym. Ona nie była częścią tego. Nie mieli do tego praw. To była ich własna - pojebana - sprawiedliwość. Może to jasnowłosa dziewczynka była prawdziwym klejnotem, a nie pustynny rodzaj czarowników wyjątkiem w świecie magików?
Jej kolejne słowa - w zestawieniu z tym, co już wiedział o jej charakterze, stanowiły bardzo cenną informację dla Bleysa. Choć normalnie, łowca traktował ludzkie gadanie z dużą dozą wątpliwości, mistyczce w jakiś sposób uwierzył w to, że nie może ona krzywdzić ludzi - nawet, pomimo tego, że jej płomienie zdążyły już znaleźć się dość blisko łowcy, by - gdyby był delikatnym, pachnącym chłopcem - zadałyby temu kłam. I co może jeszcze bardziej istotne - nie poczuł się przez to bezpieczniejszy, czy też bardziej wygranej pozycji w ich ewentualnych sporach. Nie odnotował tego nawet z pewnego rodzaju rozczarowaniem, że mógłby przez to stracić dość... ciekawego przeciwnika. Zamiast tego, zaczął się martwić. O nią. Trzymanie się takich obietnic w tych krainach, gdzie zupełnie nikt nie doceni jej potencjału jeżeli chodzi o walkę z demonami, czy nie przejmie się jej „nieczystością”, to szalenie niebezpieczna rzecz. Znów wydała się mu wyjątkowo bezbronna i delikatna. Znów dostrzegł w niej kruche dziewczę, które należałoby objąć i bronić przed złym światem...
Kolejne zdziwienie w jej historii wywołała mnogość dziedzin, w jakiej szkolili się - w teorii - przeciwnicy demonów. Jeżeli ich głównym i jedynym celem była walka z demonami, to po cholerę im polityka czy geografia, wykraczająca poza najbliższe terytoria? Bleys widział dwa powody. Albo szykowali się do inwazji na te ziemie, w której potrzebowali uświadomionych ludzi, albo mistycy stanowili garstkę, przeznaczoną do dowodzenia dziesiątkami ludzi bez magicznych zdolności, a ludzie na stopniach dowódczych muszą być zorientowani bo odpowiadają nie tylko za życie swych ludzi w walce z demonami, ale również za wizerunek czy układy z innymi oddziałami.
- Mówiłaś wcześniej, że nie tylko mistycy walczą z demonami..? - w jego głosie rozbrzmiała zauważalna doza niepewności. Ignis nie użyła takich słów. Mówiła, że eskortą kupców mogliby zająć się wojownicy ze względu na dyscyplinę. Nie znaczy to jednak, że stawali oni do walki w nocy, mogli być po prostu wyszkoleni i stosować się do procedur, prawda? - Jak wielu ich jest, w porównaniu do Was, mistyków? Czy zwykli wojownicy też uczą się tych wszystkich rzeczy? - podpytał. Jeżeli jego osąd był właściwy - niestety - tam, wśród piasków, również Ci o magicznych zdolnościach byli w jakimś sensie "lepsi", jeżeli chodzi o traktowanie ich. Choć tam, może nie było to aż tak rażące ze względu na namacalnego wroga ku któremu można skierować wszystkie swe żale.
Słysząc własne, choć niedokładne słowa, uśmiechnął się. - W oceanie - podsunął, pomijając rzecz jasna to, co już powiedziała, i puścił jej oczko. Czyż ocean nie brzmiał piękniej niż gówno? Nie ważne, że mówimy o tym samym.
- Każda magia, czy Wasza magia wiąże się z tą ceną? - wtrącił po raz kolejny. To była dla łowcy nowość, która mogła rzucić coś nowego na tak gorący dla niego temat. Nie do końca wiedział cóż mają znaczyć poległe dusze choć z jej wzroku wywnioskował, że to nie przejęzyczenie, i nie chodzi o dusze poległych. Swoją drogą, czy łowca w ogóle wierzył istnienie dusz? Sam chyba nie wiedział.
- Zepsute skurwysyny. – mimo woli rzucił szeptem to, co przeszło mu przez umysł. Zabiłby takich ludzi, z tym większą satysfakcją, im bardziej czuliby się ważni i niezastąpieni z racji na ich zdolności. Jak można do tego stopnia kalać wspaniałe zjawisko pojednania w boju? Tym bardziej z tak przerażającym przeciwnikiem?
Sprzeczne uczucia wypełniły łowcę, gdy wspomniała o niewydawaniu ich. W zasadzie on sam zająłby się tym osobiście, i myśl o skarżeniu się komukolwiek stanowiła swojego rodzaju abstrakcję. Czy zemsta niewymierzana własnymi rękoma smakuje równie apetycznie? Nie wiem. Tak czy inaczej, Bleys był dość zmieszany słysząc dalszy ciąg wypowiedzi. W krainie tak zdyscyplinowanej, za jaką miał Azarat, ktoś kto stworzy wyrwę w ściśle wypracowanym murze i schemacie, najpewniej wywoła ogromne, druzgoczące straty. Czegoś takiego nie sposób kontrolować. Bleys dostał gęsiej skórki, przeszyły go dreszcze, puls przyśpieszył. Na moment jego oczy straciły kontakt z rzeczywistością, raz jeszcze pokazując obraz straszliwej masakry, zatrzymał się, całą wolą próbując doprowadzić się do porządku. Udało mu się dopiero po chwili. - Wszyscy tam… byli winni? - chciał mieć jasność. Nie potrafił sobie tego wyobrazić, ale jednocześnie nie brzmiała, jakby miała nie przejąć się przypadkiem wplątanymi w to ofiarami. Tym bardziej z tym szalonym uśmiechem. Chyba, że czarna magia faktycznie, namieszała jej w głowie.
Odetchnął głęboko, gdy temat z demonicznej masakry zmierzył w stronę sielankowego romansu - nawet, jeżeli dobrze wiedział, że ten nie mógł mieć różowego zakończenia.
Uśmiechnął się łobuzersko na słowo "zrezygnował". Całym sobą mówił coś w stylu: ~ już ja wiem jak to rezygnowanie wyglądało.
A jednak czasu na głupie docinki nie miał zbyt wiele. Dość szybko przeszła do czegoś, co ewidentnie wypełniło ją emocjami. Szczerzej, głębokiej miłości. I dramatycznego zwrotu. Widział, że chciała zgrywać twardą, ale nie dbał o to. Płynnym ruchem obrócił ją tak, że znalazła się w jego objęciach. I delikatnie, jak dziecku gładził ją po głowie i plecach. - Już dobrze, Iskierko. - szeptał nad nią. - To nie twoja wina. - ścisnął ją mocniej nadając tym słowom tonu absolutnej pewności. - Już dobrze, Iskiereczko... - powtórzył. - Świat jest zły, ale nie martw się tym teraz. - jego głos był łagodny, ciepły, opiekuńczy. - Jak długo będziesz ze mną, nie pozwolę ludziom Cię skrzywdzić, malutka. - obiecał.








18.08.2016, 22:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma " Dębowy Skarbiec "

W tym momencie dziewczyna stylizowała swoją wypowiedź na beztroską i obojętną, jednak nie miało się to nijak do rzeczywistości, która lubi być bardziej skomplikowana niż byśmy sobie tego życzyli. Ignis nazywała to czarną robotą, bo czerń była przewodnim kolorem nocy jak i magii, którą się posługiwała. Co prawda odróżniała półtony i szarości, niemniej ciemność ma to do siebie, że człowiek wtapia się w nią bez udziału swojej świadomości. Tak czy inaczej, nie zamierzała tego wyjaśniać teraz, a i mało prawdopodobne by przyszło jej to do głowy w przyszłości.
Spojrzała na Bleysa, nie mogąc tego robić inaczej niż spod uniesionych brwi. Na jej ustach malował się słaby, drgający uśmiech, który się pogłębił, jakby przytakując - tak, owszem, Ty. Nie rozumiała tego, co miały nieść ze sobą jego słowa.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Bleys. - uśmiechnęła się rozbrajająco, po czym dodała spokojniej, delikatniej, trochę upominająco, choć jej stan pewnie wyolbrzymił każdą z wymienionych cech. - Wiesz czym się charakteryzują drogi? Szczególnie te złe? - popatrzyła na niego konspiratorsko i szepnęła teatralnie, dumna z siebie. - Zawsze można zawrócić. - puściła mu oczko. W dalszym ciągu nie była pewna o czym mówił, ale chyba było to na tyle uniwersalne stwierdzenie, że wpasowało się w sytuację!
Czy wzniesienie za kogoś toastu to oznaka bliskości czy braku umiaru w piciu, jeśli to któryś z kolei kielich? Niezależnie od możliwych interpretacji tego gestu, tak, Łowca był jej w jakiś sposób bliski. A wino całkiem niezłe.
Na jego śmiech zareagowała groźnym spojrzeniem, ale nie wytrzymała próby czasu i także się roześmiała. W następnej chwili zastygła jednak w bezruchu, czując jego usta na swoich. Nie miała pomysłu jak powinna wyglądać jej reakcja, szczególnie, że Bleys znalazł się poza zasięgiem jej pięści, paznokci i butów. Wbiła swoje złociste spojrzenie w jego dwukolorowe oczy i oblizała powoli swoją dolną wargę, uśmiechając się przy tym kącikiem ust. Przez myśl przeleciało jej tyle historyjek o kobietach, które smarowały sobie usta truciznami tylko po to, by kogoś zabić. Ciekawe, czy było w tym ziarno prawdy?
- Myślałam, że jako Łowca jesteś w stanie uniknąć takich słabych pułapek. - ostatnie słowo wypowiedziała dość pytającym tonem, ale sama nie była pewna czy to miało być stwierdzenie czy pytanie.
Popatrzyła się jakoś tak... dziwnie na Bleysa, kiedy ten wstał i podszedł do  niej, wysuwając ku niej swoje ramię. Skrzywiła się, prawie przy tym nie wywalając świecznika na jednym ze stolików. Przecież ona nie potrzebowała pomocy! Była absolutnie trzeźwa! Po prostu tu były przeciągi... patrząc jednak na płonącą koszulkę śpiącego snem pijaka - a teraz budzącego się z krzykiem - chłopa, uczepiła się jego ramienia nim ktokolwiek zwrócił na nich większą uwagę. Chyba jednak ten świecznik się przewrócił. Chciała jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz, bo tu nie mogła odnaleźć swojej dawki tlenu.
Kiedy zaczęła mówić, słowa polały się wartkim strumieniem, choć ze zdziwieniem musiała przyznać, że nie budzą w niej prawie żadnych uczuć. Jakby to jej nie dotyczyło naprawdę.
- Wiesz, nie pamiętam zbyt wiele z czasów, kiedy byłam dzieckiem. Pamiętam tylko ciemne kamienie na ziemi, ostre słońce Azaratu, zapachy drogich przypraw i zwiewne aksamity szat... Nie ma w tym nic mojego. Jakby to nie było moje życie. Nawet fakt, że zabiłam dziecko - samej będąc dzieckiem, nie robi na mnie wrażenia. Trochę mnie to przeraża... - popatrzyła na niego, a w jej spojrzeniu kryły się wyrzuty sumienia. Wtuliła trochę głowę w ramiona. - Mam w głowie najróżniejsze obrazy, ale zero uczuć. Nawet strachu i bólu. I chociaż bardzo bym chciała, nie mam nawet żalu do losu. - westchnęła ciężko i potarła ręce, żeby je rozgrzać.
Przez jakiś czas szła w milczeniu. Ignis miała po tym zapewnione wszystko, lecz nie miała nikogo bliskiego, z kim mogłaby szczerze porozmawiać. Jedną osobą, która pod takie coś podchodziła, był Havar, ale to i tak nie było to samo, nie traktowała go jako przyjaciela, lecz jako stojącego po jej stronie mentora. Jednym co mogła zrobić, było korzystanie z danych jej możliwości. Przynajmniej ona nie widziała innego wyjścia.
Nie zauważyła jego grymasu. Ale i na jej twarzy pojawiło się ledwo widoczne skrzywienie.
- Co prawda, ciężko mi żałować kogoś, kogo nie ma w mojej pamięci. Nie wiem kim byli moi rodzice, czy chcieli dobrze czy byli złymi ludźmi. Wiem tylko, że przyjaźnili się z Havarem, który wiedział, że będę Mistykiem już wtedy, kiedy byłam w brzuchu matki. Tego też dowiedziałam się niedawno. Nie umiem jednak wzbudzić w sobie nic poza wściekłością przez ukrywanie prawdy i zmęczeniem przez nieustanną walkę ze światem, którego nie nauczyłam się być częścią... - wzdrygnęła się z zimna. - Szczerze, nie rozumiem żadnej ze stron. Czemu zabito moich rodziców? Czemu podróżowali do Azaratu, choć wiedzieli, że chciano mnie im zabrać? Co łączyło ich z Mistrzem? Mam tak wiele pytań... i nie otrzymam na nie odpowiedzi. Duronie, nawet nie wiem jak naprawdę miałam na imię... - spojrzała się w bok, nie chcąc pokazywać niedowierzania w swoich oczach. To było coś, czego się wstydziła.
Opowiadając o swoim szkoleniu w sztukach walki, szczególnie w kontekście złożonej obietnicy, uśmiechnęła się słabo. Dopiero wtedy podniosła wzrok, szukając oczu Bleysa. Rozluźniła ręce, opuszczając je swobodnie wzdłuż ciała.
- To, że złożyłam Havarowi obietnicę... z perspektywy czasu, wydaje mi się dobre. Przynajmniej nie utraciłam człowieczeństwa dla walki o pozycję, honor i dumę. Poza tym, byłam niewątpliwym mistrzem w zabijaniu manekinów. - zaśmiała się, zakrywając dłonią usta. - Mistrz dokładnie pokazywał mi który sznurek przeciąć, żeby kogoś pozbawić możliwości ruszenia nogą czy ręką. Takie coś w moim przypadku było obroną konieczną, żeby nikogo nie zabić, a samej przeżyć. Kukły były przerażone w każdym razie. - wyszczerzyła się do Łowcy. Teraz nie czuła już tej bezsilnej złości, ale zastanawiała się na ile jej obietnice są wiążące tutaj, w tej krainie, o której nie wiedziała nic prawdziwego, aktualnego i pomocnego. Czy Havar rzeczywiście nałożył na nią takie jarzmo, by zachowała siebie w Azaracie? Nie miała pojęcia. Nie miała pojęcia jak teraz traktować tamte słowa, od których chciała się odciąć grubym murem.
- Dziwisz się? - spytała, widząc jego zdumienie, kiedy wymieniała czego uczono Mistyków w Klejnocie Pustyni. Uśmiechnęła się delikatnie. - Też się dziwiłam. - przyznała, kładąc palcem na dolnej wardze, ale po chwili podjęła wątek. - Magia ma to do siebie, że nie pochodzi z serca, jak głoszą to pieprzeni romantycy, tylko z głowy. Kiedyś spytałam się Mistrza Runicznego, po co to wszystko? Nie lepiej skupić się na tym, co naprawdę nam się przyda? - pokręciła głową i westchnęła. - Im więcej się uczysz, kojarzysz, zapamiętujesz i generalnie myślisz, tym łatwiej jest Ci później korzystać z magii. Moja ma to do siebie, że otumania, pogrąża i zaćmiewa. Ale im bardziej ćwiczysz swój charakter, inteligencję i percepcje, tym łatwiej idzie Ci panować nad czarną magią. Poza tym mieliśmy być wzorem dla wojowników, taktyków, polityków, kapłanów... - wzruszyła ramionami, dając jasno znać, że nie wgłębiała się dalej w ten temat.
Zmarszczyła delikatnie brwi, patrząc na Bleysa, ale odpowiedziała bez wahania.
- Z demonami walczy cały naród, każdy na swój sposób. - puściła mu oczko i popatrzyła przed siebie. - Ale tak, w bezpośredniej walce biorą udział jeszcze nasi wojownicy. Są szkoleni na różnych płaszczyznach i różnych rodzajach walki, mamy wiele oddziałów w naszym wojsku. Ich jest... nie wiem, może na jednego mistyka przypada setka wojowników? Ich uczą tylko tego, co jest im potrzebne, by wygrać. Od wieków podobno to się sprawdzało... wyjątkiem są wojownicy-kapłani, ale ci z kolei mają całkowicie inne szkolenie ze sztuk walki. Są bardzo niebezpieczni. - zmrużyła delikatnie oczy.
No tak. W oceanie gówna. Powinna była lepiej zapamiętywać komplementy, które ktoś jej prawi. Uśmiechnęła się z wdzięcznością za poprawienie jej pomyłki. Na jego pytanie zamyśliła się w ciszy, przygryzając wargę.
- Nie umiem Ci odpowiedzieć czy każda magia oczekuje jakieś zapłaty. Według mnie tak, bo inaczej rytm natury, życia i śmierci, byłby dziwnie zachwiany... - przyłożyła dwa palce do policzka, poważnie się nad tym zastanawiając. - Ale całkiem możliwe, że tylko nasza magia odbiera zmysły wraz ze wzrostem jej siły. A wzrasta nieustannie.
Słysząc jego komentarz o jej byłych towarzyszach z oddziału, zaśmiała się krótko i złapała go za rękę. Ten gest zdziwił ją samą, ale czułaby się jeszcze dziwniej gdyby teraz odrzuciła jego dłoń. Też tak uważała. Dlatego jej zemsta była planowana na chłodno, nie pozwoliła sobie, by nienawiść zniszczyła jej plany. Gdyby ktoś się dowiedział, że w swojej grupie dopuściła do odsłonięcia specjalnie, zapewne byłaby martwa. Niemniej, nie miał kto o tym powiedzieć żadnemu z dowódców. Ignis spojrzała na Łowcę, a w jej spojrzeniu nie było widać nic, poza lodowatą obojętnością. I poczuciem sprawiedliwego wyroku.
- W mojej grupie, poza mną, było pięć osób. Ale nie byli to wszyscy, którzy dopadli mnie tamtego poranka. Tam, ze mną, wszyscy byli winni. Winni sami sobie, że nie dbali wystarczająco dobrze o swoje runiczne ochrony... - uśmiechnęła się okrutnie, jednak ten uśmiech szybko zgasł, kiedy uświadomiła sobie bolesną prawdę. - Ta noc była jednak rzezią dla większości grup, zginęło wielu Mistyków i jeszcze większe ilości Wojowników... Pełnia nas pokonała.
Kiedy zaczęła opowiadać o Levino, nie chciała się rozklejać głównie z tego powodu, że on by tego nie chciał. Nie zniósłby jej łez, jej rozpaczy, jej samotności. Wiedziała, że pragnął jej szczęścia i spokoju, którego nie mogła zaznać w Azaracie. Dlatego powstrzymała piekące uczucie w oczyskach i odetchnęła kilka razy głębiej. Tak strasznie za nim tęskniła. Tak mocno. Tak mocno... jak mocno poczuła się przytulona. Przez jakiś czas nie wiedziała co się dzieje, w jednej chwili myślała o Levim, a w drugiej była w uścisku... Bleysa. Zamrugała niespokojnie, próbując uspokoić szybkie bicie serca. Słyszała jego szept nad swoją głową, czuła jego dłonie na swoim ciele. I ten dotyk był tak pokrzepiający, ciepły, cudny. Rozluźniła się, zapadając się trochę w jego ramionach.
- Dowiem się, kto to zrobił. I zabiję bez wahania. - szepnęła, zaciskając mocno powieki. Złapała i ścisnęła jego dłoń. - Wierzę Ci. - odpowiedziała tylko, ponieważ nie umiała znaleźć słów wdzięczności na jego słowa.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.08.2016, 21:00 przez Ignis.)









19.08.2016, 20:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma " Dębowy Skarbiec "

Uśmiechnął się z pewnego rodzaju rezygnacją. Nie potrafił, lub nie chciał tłumaczyć tego dokładniej. Dla niego sprawa była jasna jak słońce. A Ignis? Ona, prawdopodobnie, zrozumie. Kiedyś. Nie ma co się spieszyć. Są - przynajmniej niektórzy z nich - jeszcze młodzi. Uśmiech łowcy poszerzył się. Dziewczyna miała oczywiście rację, z każdej drogi można zawrócić - w taki czy inny sposób. Ale Bleys wcale nie chciał. Był kim był. Akceptował siebie, i akceptował wszystkie skazy, jakie życie wyryło na jego duszy i sercu. To właśnie ten skrzywdzony chłopiec obrósł w skórę zboczonego Kłamcy. Nie zmieniajmy tego na siłę.
Za zgrabne wtrącenie ze strony zagubionej mistyczki zaś, rzecz jasna, należy się pochwała. Wszak twierdzenie pasowało!
Oczywiście, że bliskości. Z dwojga wariantów, wybranie wersji z alkoholizmem doprowadziłoby tylko do sporów i wzajemnej niechęci. A bliskość? Bliskość łączy ludzi! Bliskość daje szczęście!
Obserwował jej reakcję, choć nie robił tego jakoś specjalnie uważnie. Łowca, mimo wszystko, przeżył już w życiu dość atrakcji, by tak niewinna psota wcale nie przyśpieszała bicia jego serca jak gdyby pierwszy raz dotknął kobiety, jej reakcje zaś stanowiły ciekawostkę, nie temat życia. W każdym razie wyglądała na zamyśloną. O czym rozmyślała? Tego, na szczęście, Bleys nie wiedział. I oby nie przyszło mu się zastanawiać cóż to za dziwny smak spija z jej warg przy swojej kolejnej psocie.
- Jako Łowca - unikam pułapek moja droga.- zaśmiał się serdecznie -Lecz jestem na tyle wytrawnym łowcą, że nie muszę przy tym rezygnować z wabika. - puścił jej oczko i wyszczerzył się głupio.
Taktownie udał, że nie zauważył lecącego świecznika. Wszak jasnowłosa dziewuszka, zostawiając w lokalu coś na kształt swej wizytówki - płomienie - momentalnie spokorniała i zaniechała sporów z ciemnowłosym mężczyzną. A przecież o to mu chodziło, a nie o płonące szmaty jakiegoś łachmaniarza! Jako zaś, że dzięki staraniom różnookiego mężczyzny, osiągnęli poziom gracji przekraczający wartości krytyczne, nikt nie ośmielił się podejrzewać tej uroczej, opuszczającej lokal pary o zaistniałe zamieszanie, skoro kozioł ofiarny tak żywiołowo, khe khe, zwracał na siebie uwagę.
Chyba dwójkę myśliwych - polujących na różne rodzaje potworów pośród różnych krain - zdążyła połączyć także inne więź, od tej jakże oczywistej: sympatii. Chyba osiągnęli jakiś rodzaj unikalnego i wspaniałego w swej prostocie porozumienia. Okazało się bowiem, że mężczyzna nie musiał powiedzieć słowa, a pod jego czujnym okiem dziewczyna zaczęła odpowiadać na niewypowiedziane pytania. Zaczęła rozwodzić się na temat swojego dzieciństwa - oraz tego, jak odbiło się na niej wydarzenie z zabójstwem innego dziecka. Niepamięć - jakież to tajemnicze błogosławieństwo, którym młody umysł potrafi się bronić przed tragedią. Ciekawe kim byłby dziś Bleys, gdyby i jego umysł tak zareagował. Może w kwestii pełnionego zawodu - łowcą, wszak łowca się nim zajął i pokazał drogę. Ale charakteru? Co byłoby dla niego najwyższą wartością? Czym by się kierował? Jaki miałby stosunek do znienawidzonych dziś magów?
- Chciałabyś się tego dowiedzieć? - zapytał po dłuższym milczeniu, gdy dziewczyna opowiadała o rodzicach których nie znała, mówiąc przy tym o swej niepewności i niezrozumieniu. - Czy wolałabyś to zostawić tak, jak jest, bojąc się tego, co mogłabyś przypadkiem wygrzebać? - podsunął łagodnie.
- Ignis wędrowny mistyk. Postrach manekinów. - powiedział do siebie pod nosem jakby ogłaszał nadejście bohatera który ubił smoka nękającego królestwo. Z aprobatą pokiwał do siebie głową i przyjął poważny wyraz twarzy. - Dobre. zawyrokował. Przez myśl przeszła mu też odebrana innej dziewczynce lalka i jej "utracona rodzina" jednak nawet ten nieczuły cham uznał, że wracanie do tego będzie słabe i nietaktowne.
Zmrużył niepewnie oczy gdy powiedziała "nikogo nie zabić". Nie był pewien jak to rozumieć. Jeszcze chwilę temu mówiła o niekrzywdzeniu. Czy jednak mogła kaleczyć ciała obezwładniając je, jak długo nie pozbawiała nikogo życia? Czy cóż znaczyła ta obrona konieczna?
Westchnął. Słyszał historie, w myśl których bogata wiedza sprzyja magicznym zdolnościom. Ale szczerze powiedziawszy, przypuszczał do tej pory, że tu chodzi o badania na temat magii, a nie np. zdolność do tkania politycznych intryg. Przekonanie to niestety, nasilała silna niechęć łowcy, w myśl której uważał sporą część magów za kretynów z „darem”.
Uznał jej wzruszenie ramion zwiastujące koniec wątku, choć sam był nieprzekonany. Mistyk wzorem dla polityka czy kapłana? Brzmiało... głupio - z perspektywy mężczyzny. Ale najwidoczniej nie znał tamtejszych zwyczajów, a ludzie rodzaju Iskierki stanowili coś innego, niż po prostu magicznych łowców demonów. Nie potrafił jednak znaleźć odpowiedniego określenia co.
- Jacy... kapłani? - zapytał totalnie zbity z tropu. Czy lud pustynny w ogóle czcił jednego Boga? Czy kapłani mieli coś wspólnego z klechami? O czym ona w ogóle mówiła?
Nie odpowiedziała konkretnie, widocznie nie znając natury magii tych stron. No cóż, snuć przypuszczenia mógł i sam Bleys. Miała cenę. Zmieniała ludzi, w ludzki odpad. Ot, cała historia.
- Chcesz mi powiedzieć, że w krainie dyscypliny, dbałości o szczegóły i ciągłej walki z demonami, można "nie dbać o runiczne ochrony"? Chyba nie rozumiem. Czy nawet w ludzie tak zdyscyplinowanym jak Wasz, seria sukcesów sprawia, że wojowników porywa brawura? I sami wystawili się na zagrożenie? - próbował zrozumieć.
Uspokajał ją, trzymając w swych objęciach, gładził jej włosy, obserwował, słuchał. I usłyszał coś, co wydało mu się tak bardzo znajome. Tak... okrutnie złe a jednocześnie tak... właściwe i słuszne. Wziął głębszy wdech i postanowił pomóc jej twardo zmierzyć się ze sobą. Postanowił zrobić więcej, niż tylko milczeć i głaskać jej włosy. Postanowił do jej szeptu dołożyć własny. A słowa brzmiały: - Zabij. Bez wahania. Zabij i krwią oddziel się od przyszłości, od więzów które Cię trzymają i od niesłusznego poczucia winy. Uczcij, uhonoruj i zacznij żyć. Tak, jakby Ci tego życzył, Iskro. Zasługujesz.








19.08.2016, 22:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Karczma " Dębowy Skarbiec "

Uniosła brew, słysząc jego odpowiedź. Uśmiechnęła się przy tym jadowicie. Bleys był tak rozkosznie pewnym siebie człowiekiem. Mistyczka była ciekawa czy za tymi wielkimi słowami kryje się równie wielki talent. Jeśli to były jednak puste słowa, to przekonają się o tym prędko, a przynajmniej takie miała wrażenie. W końcu spędzą razem trochę czasu, a sytuacji wymagających ich ingerencji będzie bez liku. Posłała mu powłóczyste spojrzenie.
- Wszyscy Łowcy są tacy? Czy zwracasz uwagę tylko na gorszych od Ciebie, aby nie zniszczyli Twojego ego? - pokazała ząbki w złośliwym uśmiechu.
Kiedy wyszli, Ignis zaczęła swoją opowieść. Chłód nadchodzącego poranka był orzeźwiający i przyspieszył trzeźwienie dziewczyny. Szła, patrząc na niebo upstrzone gwiazdami, które na horyzoncie stawało się już jasne. Uśmiechnęła się z ulgą. Nowy dzień, a świat dalej istnieje w niezmienionej formie. Ciekawe ile nocy jeszcze upłynie nim zacznie się prawdziwa walka z ciemnością? Złotooka nie sądziła, żeby taki stan rzeczy trał przez kolejne wieki.
Zmyśliła się nad słowami Bleysa. Czy faktycznie ta wiedza jest jej do czegokolwiek potrzebna? Czy przyniesie jej ulgę czy tylko dołoży cierpienia? Skrzywiła się lekko.
- Chcę to wiedzieć. Chcę wiedzieć kim jestem. Może się okaże, że należę do dawno zapomnianego królewskiego rodu? - zaśmiała się krótko, ale wcale nie wesoło. - Nie mam nic do stracenia. Nie boję się przeszłości. - jej oczy straciły swój naturalny blask, kiedy o tym mówiła. Faktem było, że wszelkie informacje, jakie mogłaby poznać, nie będą dla niej specjalnie dużym ciosem. Jej nie chodziło o dociekanie prawdy z powodu gorących uczuć czy emocji, których nie umiała utrzymać na wodzy. Blondynka po prostu chciała zrozumieć, czemu jej życie potoczyło się takim torem. Kto tak naprawdę kontrolował jej los, czy to była seria czystych przypadków? Nie była specjalnie przesądna, ale zbyt wiele rzeczy jej nie pasowało do układanki. A może raczej brakowało jej kilku istotnych elementów, żeby ją ułożyć.
- Miano godne Mistyka z Azaratu, nie ma co. - uśmiechnęła się słabo, choć wiedziała, że jej dokonania nieco wykraczają poza wygrane z kukłami. - Tak dawno z nikim nie walczyłam, że chyba już nie pamiętam jak to się robi. - przewróciła oczami, krzyżując ręce na piersiach.
Obrona konieczna to... no, obrona konieczna. Kiedy ktoś idzie na Ciebie z siekierą, a Ty nie możesz uciec, to się bronisz naturalnym odruchem, prawda? Oczywiście, jeśli nie sparaliżuje Cię strach. I wtedy możesz go zaatakować, żeby nie zrobił Ci poważnej krzywdy. Niezależnie od tego czy go kopniesz i złamiesz nogę, czy rzucisz kamieniem by wybić siekierę z ręki i skaleczysz go przy tym, bronisz swojego życia. Nie jest to zamierzony atak na drogą istotę. W przypadku Ignis różniło się to tylko sposobem obrony, który był konieczny ze względu na rodzaj przeciwnika. Przecięte ścięgna leczy się łatwo, jeśli korzysta się z pomocy uzdrowicieli. Havar nigdy nie sądził, że Ignis może być zaatakowana przez kogoś niższego jej pozycją lub tytułem. I tu się trochę mógł pomylić, bo raczej nigdy nie brał pod uwagę, że dziewczyna opuści Azarat. W każdym razie i tej umiejętności Ignis nie używała.
Tkanie politycznych intryg to wcale nie była część nauki o polityce, którą Ignis została obdarzona w Klejnocie. To były stosunki polityczne i gospodarcze, historia i ekonomia królestw, powiązania i koligacje, a nie planowanie podbojów na tym tle. Choć to pewnie była kwestia człowieka, jeśli się nie sprawdziłby jako Mistyk, zawsze mógł próbować gdzie indziej.
Popatrzyła na Bleysa jak na kretyna, kiedy spytał się o kapłanów, ale po chwili zreflektowała się, że nie każda osoba musi znać zwyczaje panujące na Pustyni. Wzięła głębszy oddech.
- Kapłani to kolejny elitarny oddział wojowników, którzy dbają o to, by ludność wspierała modlitwami tych, którzy wychodzą za Bramę Śmierci. Nauczają lud o historii świata, magii i demonów, są czymś w rodzaju... przywódców duchowych? - nie była pewna jak to określić. -  Przygotowują nas do walki z demonami. Poza tym są cholernie dobrzy w walce w zwarciu, niektórzy posiadają zasoby magii, które pozwoliłyby im walczyć z demonami, ale nigdy nie wychodzą. Zajmują się rannymi, wybierają nowych Mistyków, czuwają nad ich naukami, są doradcami króla. Noszą białe szaty. - dodała, jakby to wyjaśniało wszystko.
Ignis zatrzymała się i spojrzała prosto w twarz Bleysa. Wokół niej zaczęły skrzyć się czarne kulki ognia, które zawirowały i rozproszyły się we wszystkich kierunkach, nieinwazyjnie i naturalnie, nie chciała go w żaden sposób wystraszyć. Tylko pokazać, że jej magia nie ma zbyt dużych ograniczeń przestrzennych.
- Przerwałam niektóre z ich barier, kiedy byliśmy już na zewnątrz. Nieduże nawet zniekształcenie run powoduje, że tracą swoją moc. W ferworze walki nie da się jednak stwierdzić czy o były celowe uszkodzenia magiczne, odpryski mocy czy działanie demonów. Dlatego runy w drewnie, stali czy szkle są o wiele mniej praktyczne niż tatuaże. Ale to praktykują tylko najbardziej doświadczeni Mistycy, którzy przeżyli wystarczająco dużo nocy, by móc się kontrolować. - fakt, że właśnie dała Łowcy do ręki informację, za którą mogliby ją zabić, sprawił, że poczuła się cholernie bezbronna. Ale postanowiła mu zaufać. - Jedak brawura znacznie częściej ich zabija... - podsumowała zgodnie z prawdą. Upojenie mocą było czymś, nad czym większość z Mistyków czy Wojowników nie miała kontroli.
Trwała w jego uścisku, próbując zdusić w sobie wszystkie silne emocje. Nie lubiła, kiedy brały nad nią górę. Oparła swobodnie głowę na jego ramieniu, czując jego kującą, twardą brodę na swojej skroni. Uśmiechnęła się smutno na jego słowa. Wiedziała, że tak właśnie powinna zrobić. W jednej tylko kwestii Bleys nie miał racji. Ona nie czuła się w żaden sposób winna. Winni się ukrywali w cieniach kłamstw, które ona kiedyś spali.
- Właśnie zaczynam tak żyć, Kłamco. - odsunęła się od niego delikatnie, by móc spojrzeć w jego oczy. Uśmiechnęła się słabo, ale oczy jej błyszczały w promieniach wschodzącego słońca. Wyswobodziła się z jego objęć i stanęła twarzą do słońca, wyciągając ku niemu dłoń, jakby chciała zamknąć je w pięści. - Bo uwolnił mnie z okowów Azaratu.








20.08.2016, 11:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna