Stary park
#31

Groza otaczała las od momentu gdy usłyszałem ryk bestii. Biegłem jak szalony w gotowości, że coś w każdej chwili może mnie zaatakować. Dlatego więc non stop, bez przerwy zaciskałem swoją dłoń na mym jakże dumnym orężu jakim był mój kostur. Nie raz, nie dwa a wiele razy dzięki niemu uszedłem z życiem nawet w najgorszych potyczkach. Towarzyszył mi od małego. Był to daj od mego ojca i nigdy się z nim nie rozstawałem. Można by rzec że na jego widok wracają wspomnienia z dzieciństwa. Może nie były one tak piękne jak u "normalnych" dzieci, ale nie czuję żeby były to złe wspomnienia. Ciężkie treningi, złość ojca ale i niekiedy jego "uśmiech" non stop siedzą mi w sercu. Biegłem. Miałem smoka przed oczami, tak jakby nade mną czuwał. Wtem usłyszałem ryk i zamarłem. "Tata?" Nie wiedziałem co o tym myśleć. Ryk bestii poruszył me ciało oraz zmysły pozostawiając złudzenie że to właśnie mój przybrany ojciec mnie nawołuje. Po chwili jednak zrozumiałem w jakim byłem błędzie.

Dzikość, chęć mordu i szaleństwo aż tryskało z tego bestialskiego dźwięku. Me przypuszczenia okazały się fałszem i jedynie złudzeniem. Wizualizacja ponownego ujrzenia smoka była tak kusząca że aż na chwilę pomyślałem iż to mógłby być ryk mego nauczyciela zza młodu. Czułem, że to coś jest niebezpieczne, że to coś w każdej chwili może nas zabić. Należało uciekać i to prędko. Mijałem zakręty, jeden za drugim. Nie interesowało mnie już czy tamta dwójka była za mną czy nie. Me instynkty zaczęły buzować, pracować na pełnych obrotach. Byłem jak zwierze... Spłoszone i chcące jedynie oddalić się od zagrożenia. Żałosna była to postawa, aczkolwiek czułem jak wielkie niebezpieczeństwo by mnie dotknęło gdybym tam został. W takiej sytuacji to było najrozsądniejsze rozwiązanie...

Po około dziesięciu minutach tułaczki dotarłem do bram Valen. Czułem się już nieco bezpieczniejszy. Ryk bestii w tym momencie jedynie odbijało się echem po lesie szukając swej zwierzyny. Było blisko... Jak ja się cieszę że potrafię tak cholernie szybko biegać. W końcu nauka ze smokiem nie poszła na marne. Jednak... Znów stałem się czujny. Słyszałem jak dwójka osobników za mną biegła w moją stronę. Znów ścisnąłem broń, aby w razie czego zareagować. Odwróciłem się szybko i spojrzałem na nich. Moje zimne spojrzenie lustrowało oboje włóczęgów zastanawiając się czego chcą. Wtedy również mogłem się im lepiej przyjrzeć. Jedna z nich to dziewczyna, dość niska aczkolwiek widzę po rysach jej sylwetki że kiedyś sporo ćwiczyła. Był tu również nieco wyższy od niej chłopak który swym wyglądem nie odbiegał zbytnio od ludzkich standardów. Co oni robili w lesie? Chuj to wie, aczkolwiek mieli farta że udało im się uciec w porę. Nie puszczając kostura spojrzałem wpierw dziewczynie prosto w oczy, a następnie przerzuciłem wzrok na chłopaka mówiąc: -Wybaczcie mi moje niepewne zachowanie, nie często mi się zdarza uciekać przed czymś co potrafi tak ryczeć. Nieco się przestraszyłem. - Tutaj się uśmiechnąłem i udawałem niczym prawdziwy aktor. Nie chciałem ukazywać im mojej prawdziwej natury. To zwykli ludzie którzy po prostu trafili na potwora oraz Smoczego Syna. Nie wiem co był oby dla nich gorsze. Wolałbym gdyby nie wiedzieli kim naprawdę jestem, dlatego musiałem udawać. Niestety było coś co może mnie zdradzić, a raczej był to moje oczy. Zimne, puste ale i nienormalne. Źrenice nie były idealnie okrągłe. Tworzyły coś w stylu elipsy. Jest to smocze dziedzictwo które otrzymałem podczas treningu ze smokiem. Me organy, mięśnie, oczy a nawet rozum nie są takie jak u zwykłego człowieka. Jeśli ta dwójka się zorientuje kim jestem... Może być ciekawie.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2017, 14:50 przez Daniel.)



Umiejętności Daniela:
Dzięki jednej z moich umiejętności, gdy spojrzycie mi w oczy możecie czuć się nieco niepewnie, czuć delikatny dyskomfort a nawet mały strach. Fajnie by było jakbyście to uwzględnili podczas rozmowy ze mną.






21.08.2017, 14:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Stary park
#32

Chichi biegła przed siebie, nie oglądając się na nic. Miała gdzieś, czy Alfred dotrzyma jej kroku czy też nie, w końcu nic dla niej nie znaczył, a jeszcze odatkowo porządnie jej się ostatnio naraził. Gdyby dobrze to przemyśleć, dla Mistyczki byłoby o wiele lepiej, gdyby bestia zajęła się nim a jej udałoby by się w spokoju uciec.
Po chwili ujrzała jednak przed sobą bramy do Valen. Nareszcie się udało! Po tylu przygodach dotarła do tymczasowego celu swej wędrówki, jednak ten prawdziwy nadal pozostawał nieuchwytny. Wspomniała słowa swego mistrza i postanowiła, iż pierwszym miejscem, w jakie się uda będzie nabardziej zapchlona karczma w tym mieście. Teraz musiała skupić się na czym innym.
Przed nią stał mężczyzna, który wcześniej tak uprzejmie poradził im ucieczkę. Po dłuższym przyjrzeniu mu się nie wyglądał już na takie chucherko jak z oddali. Automatycznie rozpoznala w nim zagrożenie z powodu dzierżonego w dłoni kosturu.
Widziała, że się im przygląda. W pewnym momencie spojrzał Chichi w oczy, a dziewczyna automatycznie poczuła niepokój. Cos było z nim nie tak. Jego oczy nie były normalne, napawały niepokojem. Była niemal pewna, iż nie jest on normalnym człowiekiem. Wiedząc to miała już nad nim cień przewagi, gdyż on nie był świadomym jej umiejętności. W tej sytuacji postanowiła wykorzystać jeden z swych atutów, a mianowicie urodę i zdolność do kłamania i zwodzenia, zwłaszcza mężczyzn. Na jej szczęście wędrowiec odezwał się pierwszy.
Chichi spokojnie przetrawiła jego słowa. Była w stanie uwierzyć, iż ten ryk mógł nieznajomego przestraszyć, jednak nie dała tak łatwo zwieść się jego usmiechowi i miłym słowom. Uśmiechnęła się w duchu. "Chcesz grać? Proszę bardzo" - pomyślała, po czym odpowiedziała mu sprowadzając na usta najbardziej kobiecy i delikatny uśmiech, na jaki było ją stać i którym wiele rzeczy udało już jej się osiągnąć:
-jestem Ci niezmiernie wdzięczna za miłą poradę, której udzieliłes nam na drodze. Ten ryk również mnie zmroził krew w żyłach. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jaka bestia mogła tam na nas czychać. Na szczęście udało nam się wyjść z tego cało - w tym miejscu rzuciła nieznajomemu spojrzenie pełne ulgi, nawet nie do końca udawanej - planuję teraz udać sie wraz z mym towarzyszem do karczmy. Trzeba się jakoś uspokoić. Może zechcesz nam towarzyszyć?
Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2017, 23:22 przez Chichi.)

21.08.2017, 20:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Stary park
#33

Nieźle sobie radziła ta dziewczyna, to trzeba przyznać. Widywałem już takie, które miłymi słówkami i ładną buźką chciały mnie zwieść od prawdziwych zamiarów. Najwyraźniej albo mnie chce przechytrzyć i gra w tę samą grę co ja, albo naprawdę jest niewinna jak nieobsrana łąka. Cóż... Jako że nie jestem przyzwyczajony do ufania nieznajomym to postanowiłem również być ostrożnym w tym przypadku. Poza tym... Jej łuk rzuca na nią podejrzenia. Czyżby była wyćwiczona z korzystania z niego? Cóż, jest to bardzo możliwe. Od zawsze lubiłem wszystko analizować i albo mi się udawało rozgryźć wszystkich dookoła, a czasami popełniałem błędy. Jak jest teraz? Nie mam bladego pojęcia.

Czułem na sobie jej wzrok. Jej spojrzenie lustrowało mnie jakby chciała się dokopać do mych wnętrzności. Coś czułem że mi nie ufa, ale teraz jestem tego niemal pewny. Gdy ta się uśmiechała, ja starałem się jej odwzajemnić tym samym. Najwyraźniej oboje wpadliśmy w swoją grę i nikt nie zamierza w niej przegrać. Ja zaś wiem jedno, nie mogę jej zaufać. Zresztą, czym się przejmuje? Jeśli będzie mi zawadzać jej obecność to po prostu ją zabiję. Raczej nie będzie to aż tak trudne. Gdy sobie tak dumałem i starałem rozgryźć tą pannice usłyszałem jej delikatny i nieco teatralny głos. Czuć było że udaje, ale uznałem że lepiej będzie nie ukazywać faktu iż to zauważyłem: - Nie ma za co. Nie chciałem by damie w opałach się coś stało. Niestety mogłem jedynie tyle zrobić. Wątpię byśmy byli kiedykolwiek wstanie przeciwstawić się temu czemuś. - "Ta... Gówno prawda. Domyślam się że wystarczyło by kilka celnym strzałów a bestia padła by martwa... Chociaż kto wie? Lepiej czasami nie przeceniać swoich umiejętności i dobrze wszystko przemyśleć. Heh..." Nie ważne. Narazie mam inne problemy na głowie, a jest to ta aktualna dwójka.

Nagle usłyszałem propozycję pójścia do karczmy. Co prawda niekoniecznie chciałbym iść z nimi, ale faktycznie muszę odpocząć, a to szczerze mówiąc najlepsze miejsce dla mnie. Mógłbym tam zjeść, napić się nieco i co najlepsze trochę przespać. Zrobiłem nieco zamyśloną minę poprzedzonym niedługim "Myśliciel..." po czym odpowiedziałem z łagodnym uśmiechem: - Byłbym rad towarzyszyć Ci do karczmy. W Valen jest sporo zbirów, którzy mogą zrobić Ci krzywdę. Poza tym, chętnie bym odpoczął po tym maratonie. - "Hehehe, Co powiesz na to koleżanko?" Faktycznie, nieco się z nią droczyłem. Ciekaw jestem czy przez to zdradzi swoją tożsamość czy nie. Poza tym zastanawiało mnie czy ten chłopak zauważył moje ignorowanie go. Wszystkie pytania kierowałem głównie do dziewczyny nie zważając na to co robi. Może się zdenerwuje i sobie pójdzie? Zawsze jeden głupi człowiek mniej. W sumie...: - Jak was zwą jeśli można wiedzieć? - Wypadało by chociaż poznać imiona swoich potencjalnych ofiar prawda? I wraz z zadaniem tego pytania ruszyliśmy w stronę karczmy mając nadzieję że znajdzie się tam dla nas miejsce.

Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2017, 23:22 przez Daniel.)



Umiejętności Daniela:
Dzięki jednej z moich umiejętności, gdy spojrzycie mi w oczy możecie czuć się nieco niepewnie, czuć delikatny dyskomfort a nawet mały strach. Fajnie by było jakbyście to uwzględnili podczas rozmowy ze mną.






21.08.2017, 22:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Stary park
#34

Isidur nareszcie dotarł do Valen! Był wczesny ranek, gdy w końcu zobaczył główną bramę miasta. Tak dawno go tutaj nie było, że prawie zapomniał jak duże jest to miasto! Zresztą, dla prostego człowieka ze wsi każde miasto wydawało się duże. Zbliżając się do wejscia rozmyślał nad wydarzeniami ostatnich paru dni. Najpierw umarł jego ojciec. Co prawda jego smierć była czymś naturalnym, w końcu był już starym człowiekiem, który stracił najważniejszą osobę w swoim życiu dwadzieścia lat temu, ale nadal była ciężka do przełknięcia dla młodego akolity. Pomimo żałoby cieszył się, że ojciec mógł opuścić ten świat w spokoju. Tak naprawdę to nie uważał siebie za sierotę. Na ten tytuł zasługiwały osoby, które utraciły rodziców w nienaturalny sposób. Nagle i gwałtownie. Jednak śmierć rodzica to nie wszystko co spotkało uzdrowiciela w tym tygodniu. Niedługo po pogrzebie do jego rodzinnej wioski przybył kurier z listem od mentora medyka. Od człowieka imieniem Erunek. Nie była to wiadomość, której mężczyzna się spodziewał. Zamiast kondolencji i słów otuchy list zawierał napisaną w pośpiechu wiadomość. Wiadomość, która wzbudziła zaciekawienie Isidura. W drodze akolita rozmyślał nad znaczeniem słów jego mistrza. Co to za grzechy o których wspominał? Co znaczyło, że go dogoniły? Za co go przepraszał? Ilość pytań przytłaczała młodego medyka.

Zaraz za wejściem znajdował się stary park Valen. Piękne miejsce, które Isidur niejednokrotnie odwiedzał podczas jego czasu spędzonego w handlowym mieście. To miejsce zawsze działało na niego odprężająco. To tutaj najlepiej szło mu trenowanie medytacji i to tutaj opanował używanie swojej magii na roślinach do perfekcji. Ten park był jego ostoją, ucieczką przed dworskimi intrygami i atmosferą panującą w Górnym Valen. Nawet cieszył się, że nie miał dostępu do bogatszej częsci Valen. A nuż cos by go podkusiło żeby tam sie udać. Wiedział, że później by tego żałował. Nadal nie był pewien, co powinien zrobić najpierw. Chciał odnaleźć jakieś informacje na temat swojego nauczyciela, ale jednocześnie ciągnęło go do pomocy innym. Wielokrotnie podczas swojego pobytu tutaj wykradał się do dzielnicy portowej aby tam leczyć całkowicie nieznanych mu ludzi. Nie zawsze było to bezpieczne, ale dawało mu poczucie spełnienia. Postanowił usiąść na jednej z ławek w parku. Było tu pięknie. Wysokie drzewa rzucały cień dla tych którzy chcięli schować się przed porannym słońcem. Ławki pozwalały na chwile oddechu, a było czym oddychać! Powietrze tutaj zawsze było świeże i odnawiało energię. Gdyby mógł wybrać jedno miejsce w którym miałby otworzyć szpital to byłoby to tutaj. Zdawał sobię sprawę, że to niemożliwe ale zawsze można sobie pomarzyć! Siedział w bezruchu przez parę minut obserwując jak przyroda budzi się do życia po nocy. Nagle głośno zaburczało mu w brzuchu. Cóż... jego organizm zadecydował za niego. Pora udać się do karczmy! Co prawda miał przy sobie parę porcji suszonego mięsa, ale wizja żucia gumowego posiłku nie uśmiechała mu się. Znacznie bardziej podobał mu sie pomysł zjedzenia pysznego śniadania w jakiejś karczmie. Był na tyle rozsądny żeby nie iść do "Zbója". Jedzenie tam nie było najwyższej jakości, a obsługa też nie należała do najmilszych. Znacznie lepiej prezentowała się karczma "Pod Łososiem". Mieli tam wyśmienite ryby! Postanowione więc! Zaczął się kierować w stronę ulicy na której znajduje się karczma. Nagle coś mu zaświtało w głowie. Mógłby zahaczyć o klasztor wyznawców Erereceza. Kapłan, który nauczył go praktycznie wszystkiego o zielarstwie stacjonował właśnie w tym klasztorze. człowiek ten przyjaźnił się z Erunekiem, więc mógł posiadać odpowiedzi na pytania, które gromadziły się w głowie uzdrowiciela. Skręcił w uliczkę prowadzącą do klasztoru Erern. Pora rozwikłać tę tajemnicę!
06.11.2017, 20:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Stary park
#35

STRAŻNIK
Miejsce: Południowa część Starego parku
Pogoda: Na niebie pojawiają się pierwsze puszystsze chmury, nieprzeszkadzające słońcu, które oświetla park. Delikatne powiewy wiatru zwiastują nadchodzący deszcz.



Park wydawał się być wyjątkowo spokojnym miejscem, zwłaszcza obecnie. Zaledwie kilka osób przechadzało się tędy, zapewne ciesząc oko i duszę pięknem tego ogrodu. Roślinność wyglądała na niezwykle zadbaną, a do tego panował tutaj swoisty ład i porządek, co zapewne przekładało się na uspokajający aspekt tego miejsca.
Isidur mógł w spokoju zaczerpnąć tutaj świeżego powietrza. Tym bardziej, że po jego głowie biegało mnóstwo myśli. Przeszłość, która się zakończyła. Przeszłość, która może rzutować dalej. Wszystko to należało sprawdzić i przeanalizować, dlatego też bohater wyruszył do tego miasta. Koniec końców uznał, że warto będzie odwiedzić starego znajomego, który znajdował się w klasztorze smoczego bóstwa.
Zmierzając do wyjścia z parku, młody akolita spostrzegł dojrzałą już kobietę, idącą za rękę ze swoim dzieckiem. Pociecha wyglądała na bardzo zmarnowaną, a na domiar złego co chwilę powietrze przecinał dźwięk nieprzyjemnego kaszlnięcia.
- No już jesteśmy w parku. Wyzdrowiejesz, zobaczysz. - Kobieta pogłaskała swojego syna po głowie, kiedy ten po raz kolejny zaczął się dusić.
- Oddychaj! - Krzyknęła do niego, jednocześnie pochylając się do swojego dziecka. Chłopiec wyglądał na wymęczonego, krótkie, blond włosy przypominające wiejskie siano, podkrążone ze zmęczenia oczy i mizerna sylwetka. Przy swojej matce, która wyglądała krótko mówiąc jak solidny kawał kobiety, zdawał się być delikatną trzcinką.


Mistyk będący w cieniu... Tysiąca słońc






06.11.2017, 22:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Stary park
#36

Słysząc kaszel dziecka Isidur od razu wiedział, że to nie jest zwykłe przeziębienie. Doświadczenie, którego nabrał podczas leczenia innych mówiło, że słowa matki, pomimo pewności z jaką je wypowiedziała, nie były do końca prawdziwe. Stan chłopca być ciężki, bardzo ciężki. Choroba była zapewne czymś pospolitym, w najlepszym przypadku grypa lub angina, a w najgorszym zapalenie płuc. Sądząc po ubiorze kobiety była ona zwykłym obywatelem. Zapewne należała do mieszczaństwa, niewykluczone, że do biedoty. Był w stanie odgadnąć historię tej rodziny. Kobieta wychowująca dziecko, które nagle zapada na chorobę. Mąż prawdopodobnie zarabia grosze lub pracuje w kopalni srebra. Żadna z opcji nie jest w stanie opłacić leczenia dziecka. Praca w kopalni przynosiła więcej zysków, ale znacznie bardziej narażała pracownika. Bardzo prawdopodobne, że chłopak widzi ojca przez parę godzin w ciągu dnia. Resztę spędza modląc się o to aby jego tata wrócił do domu. Isidur zastanawiał sie jak długo chłopak choruje. Wygląda na bardzo wychudzonego i wycieńczonego. Uzdrowiciel bez wachania skierował się w stronę pary przechadzającej się po parku. Napad kaszlu był dosyć poważny, chłopak nadal ledwo łapał oddech. Mężczyzna szczerze współczół chłopakowi. Sam rzadko chorował, co było kolejnym dowodem na to, że został stworzony do bycia medykiem. Sam nie wiedzał skąd wynikał ten fakt. Być może to typ jego magii zwiększał jego odporność na choroby, może po prostu był jednym z tych ludzi którzy rzadko chorują, a być może po prostu miał szczęście. Podszedł do kobiety po czym wykonał dworski ukłon. Natychmiast tego pożałował. Nie tylko sprawiło to, że jego lewa ręka lekko zadrżała, ale także przypomniał sobie, że kobieta z którą miał zamiar zagaić rozmowę nie była z wyższych sfer. Jego pokłon w najlepszym wypadku wprawi ją w lekkie zakłopotanie, a w najgorszym wzbudzi nieufność. Cholera! Parę minut w Valen i od razu przypomniały mu się wyuczone schematy dotyczące tego miasta. Miał szczerą nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiał spędzić sześciu lat na dworze. Chcąc natychmiast naprawić swój błąd od razu zaczął rozmowę.

-Wiem, że może się to wydać wścibskie z mojej strony, ale usłyszałem kaszel pani syna. Zawodowa ciekawość zachęciła mnie do podejścia i zapytania się o jego dolegliwość.

Wiedział, że ludzie są nieufni, nieważne gdzie by nie patrzeć. Jeszcze mniej ufają akolitą. Oczywiście, że ich szanują ale obawiają się ich. Przesądni wierzą, że osoby władające magią zwiastują kłopoty. Dlatego też nie planował przyznawać się do bycia akolitą na samym początku. Wiedział jak to działa. Najpierw musiał zaskarbić sobie zaufanie kobiety, a najprostszą drogą do zyskania zaufania, było delikatne podjęcie tematu. Bez naciskania, bez żądań. Dlatego też jego wypowiedź była spokojna. Jego barwa głosu z natury była ciepła. Za to jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wiedział, że stan chłopaka był poważny, choć możliwe, że można go łatwo wyleczyć. Nie chciał aby jego twarz wyrażała tę powagę sytuacji. Oczekiwał na odpowiedź kobiety. Wiedział, że dalsze mówienie nic mu nie pomoże, a wręcz może odnieść odwrotny skutek.
07.11.2017, 00:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Stary park
#37

STRAŻNIK
MIEJSCE: POŁUDNIOWA CZĘŚĆ STAREGO PARKU
POGODA: NA NIEBIE GROMADZĄ SIĘ CORAZ GĘŚCIEJ PUSZYSTSZE, SZARE CHMURY. SŁOŃCE STOPNIOWO ZANIKA ZASŁONIĘTE NIMI. DELIKATNE POWIEWY WIATRU ZWIASTUJĄ NADCHODZĄCY DESZCZ.



Kobieta głaskała po plecach swojego syna, który wyraźnie źle się czuł. On z ledwością łapał oddech, mimo usilnych próśb swojej rodzicielki, wydawał się cierpieć bez nadziei na poprawę. Resztkami sił starał się zaprzestać kasłania, ale nic mu z tego nie wychodziło. Sami mogliby śmiało w takim duecie udawać żebraków na rynku, on biorący na litość swoim wyglądem i stanem, a ona by mogła pilnować całego teatrzyku. Niemniej w chwili obecnej ta biedna para borykała się z realnym atakiem kaszlu, który z całą pewnością był realny.
Isidur mógł bez problemu słyszeć całe zajście, a że jego ciekawość i być może odrobinę wewnętrzne zainteresowanie swoją profesją. Dlatego kiedy tylko podszedł bliżej, dostrzegł szare oczy kobiety pełne desperacji i potrzeby pomocy. Całkiem naturalny odruch matki wobec swojego potomka.
- Jeśli jest pan znachorem, to niechże pan go ozdrowi! - Jęknęła kobiecina, która chciała zapewne uratować swoje dziecko. Sam zainteresowany w dalszym ciągu mokro kaszlał. Jakby gęsta maź znalazła się w jego płucach i nie mógł się jej pozbyć.


Mistyk będący w cieniu... Tysiąca słońc






10.11.2017, 01:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Stary park
#38

Isidur uśmiechnął się do matki dziecka. Kaszel, pomimo iż był dosyć poważny, to uzdrowiciel mógł z łatwością na niego zaradzić. Przeszukał zawartość swojej torby i po chwili znalazł to czego potrzebował, a mianowicie korzeń purmoranu. Spojrzał na chłopca jeszcze raz. Cały korzeń to zdecydowanie za dużo. Zapewne wystarczy ćwierć ale mężczyzna nie chciał ryzykować. Pzerwał korzeń na pół, po czym jedną połowę schował spowrotem do torby, a drugą ponownie podzielił na dwie części. Większość jego sprzętów została w jego rodzinnej miejscowości ale dla chcącego nic trudnego. Dał znak kobiecie aby podeszła z nim do ławki. Dobrze pamiętał, że korzeń przed podaniem należy zmiażdżyć, lecz ciężko jest to zrobić gołymi rękami. Na szczęście miał przy sobie butelkę wypełnioną wodą. Położył ćwiartkę korzenia na ławce po czym rozgniótł ją butelką.

Odkręcił butelkę po czym podał zgnieciony korzeń matce chłopca mówiąc:
-Ten korzeń powinien pomóc pani synowi. Jego smak... cóż wystarczy rzec,
że nie jest najlepszy, w końcu to korzeń, dlatego dam mu się napić wody z butelki. To powinno ułatwić połknięcie. Po połknięciu pani syn będzie kaszlał więcej niż dotychczas ale będzie też wykrztuszał płyn zalegający mu w płucach. Ilość, którą teraz mu podałem powinna wystarczyć ale na wszelki wypadek dam pani drugą ćwiartkę. Gdyby kaszel powrócił, proszę podać mu ją w taki sam sposób jak ja teraz. Rozgnieść po czym przypilnować żeby połknął. A teraz powinniście zbierać się do domu bo po pięknej porannej pogodzie zostało niewiele.


Isidur wstał z ławki. Czekał aż chłopiec weźmie korzeń do ust aby podać mu butelkę wody. Sam chciał dotrzeć do klasztoru zanim deszcz rozpada się na dobre. Co prawda miał podróżną szatę, która dobrze chroniła przed opadami ale nie uśmiechało mu się moknięcie. Dodatkowo będzie musiał rozejrzeć się za paroma rzeczami które powinien kupić. Między innymi moździerz do ziół. Znów spoglądnął w niebo. Cóż za paskudna pogoda. A poranek zapowiadał wspaniały dzień.
12.11.2017, 23:53
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Stary park
#39

STRAŻNIK
MIEJSCE: POŁUDNIOWA CZĘŚĆ STAREGO PARKU
POGODA: NA NIEBIE GROMADZĄ SIĘ CORAZ GĘŚCIEJ PUSZYSTSZE, SZARE CHMURY, które zakryły słońce. DELIKATNE POWIEWY WIATRU ZWIASTUJĄ NADCHODZĄCY DESZCZ.



Uzdrowiciel na spokojnie mógł przeanalizować posiadaną przez siebie wiedzę, by dojść do skutecznego rozwiązania. Jedyne co to musiał przygotować medykament do podania, żeby chłopiec mógł szybko wyzdrowieć. Na szczęście, bez większych problemów mógł to zrobić. W tym celu wykorzystał jedną z wielu stojących tutaj ławek.
Kobieta patrzyła z lekkim niedowierzaniem na mężczyznę. Z łatwością z jej twarzy można było odczytać, że czuje ulgę. Zgodnie z poleceniami Isidura, podała swojemu synowi korzeń. Młody czując woń, wyraźnie się skrzywił, ale kolejne, męczące kaszlnięcie dało mu do zrozumienia, że raczej i tak większego wyboru w tym wszystkim nie ma.
- Spokojnie, to dla Twojego dobra. - Kobieta pogłaskała swoją pociechę, kiedy po połknięciu, wyglądał jakby zjadł jakąś żabę. Pierwsze co chciał zrobić, to wypluć miazgę, ale kobieta szybko zatkała mu usta.
- Po prostu połknij. - Słychać w jej głosie było mieszaninę rozpaczy i błagania. W oczach chłopca aż pojawiły się niewielkie łzy, ale zgodnie z prośbą, przełknął przygotowane lekarstwo. Później wyciągnął dłonie po wodę, którą łapczywie pił. Matka natomiast wzięła pozostałą część korzenia, na później dla swojego syna.
- Jesteśmy panu dozgonnie wdzięczni. Nie mamy nic co moglibyśmy ofiarować,
ale niech Duronor ma pana w swojej opiece, jeszcze raz dziękujemy. -
Pokłonili się, po czym wyszli z parku, z powodu nadchodzącej ulewy.

W powietrzu niosła się wilgoć, która dawała jasno do zrozumienia, że za moment z nieba spadnie solidny deszcz. Jeszcze jedna chwila, a można było usłyszeć mocne uderzenie kropli wody o bruk. Jeśli Isidur chciał być suchy, powinien się sprężyć w swojej drodze.


Mistyk będący w cieniu... Tysiąca słońc






19.11.2017, 00:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Stary park
#40

Pomimo paskudnej pogody Isidur miał świetny humor. Kiedy dostrzegał radość w oczach ludzi, którym pomagał to czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ulga jaką usłyszał w głosie kobiety była najlepszą nagrodą jaką mógł sobie wymarzyć. Pomimo pewności w swoje umiejętności szybko pomodlił się do Erereceza o zdrowie dla chłopca.

Po chwili ruszył w dalszą drogę. Jego celem nadal był klasztor Erern. Liczył, że zastanie tam starego znajomego, który powinien być w stanie udzielić mu parę odpowiedzi. Szedł dosyć szybkim krokiem, ponieważ chciał uniknąć deszczu. Wiatr na szczęście nie wiał zbyt mocno, ale jego obecność mówiła, że uzdrowiciel powinien się pośpieszyć, jeśli chce dotrzeć do klasztoru bez moknięcia.

Rozmyślał też nad zakupami które musiał wykonać. Z pewnością musiał kupić moździerz oraz nożyk do ścinania ziół. Znów zaburczało mu w brzuchu. Powinien udać się do karczmy. Pamiętał o suszonym mięsie ale wolał zjeść coś mniej gumiastego niż jego racje. Lecz klasztor to priorytet. List jego mentora wzbudził w nim ciekawość i niepokój. Nie był pewien czy wogóle powinien mieszać się w sprawy o których nie miał zielonego pojęcia. Czym były te grzech przeszłości? Coś co Erunek zrobił? Jakaś osoba? Miejsce? Cóż... miał nadzieję, że w klasztorze znajdzie jakąkolwiek wskazówkę.

Ciężko było mu to przyznać, ale tęsknił za miastem. Nie za jego górną częścią, lecz za miejscami w których żyli zwykli ludzie. Czuł się wśród nich naturalnie, a zgiełk miasta dodawał mu chęci do działania. Tyle tutaj życia! Tyle ruchu, tyle emocji! Nie mógł się doczekać ponownego zwiedzania uliczek tego portowego miasta.

Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2017, 22:43 przez Isidur.)

19.11.2017, 20:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
2 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna