Plac
#41

Lubiła jaśmin ze względu na jego wyjątkową odporność na chłody. Co prawda, nosiła przy sobie niewielkie ilości ekstraktu, który służył w głównej mierze do rozcieńczania. W innym przypadku jej czuły węch nie poradziłby sobie z tak intensywnym zapachem. Czerwonowłosa piękność miała w zwyczaju otulać swoim zapachem każdego, kto znajdzie się w jej zasięgu. A przy okazji chronić się przed smrodem miasta i jego mieszkańców, którym ich własny odór nie przeszkadzał. Vin często zastanawiała się jak oni mogą tak funkcjonować, ale każda z tych refleksji kończyła się w tym samym, martwym, punkcie. Rasa człowiecza powinna po prostu wymrzeć. I pewnego dnia jej marzenie się ziści, była tego pewna... Zmrużyła oczy. Kroki. Może tym razem trafi na kogoś ciekawszego niż pijany chłop wracający z oberży do domu? Wzdrygnęła się na samą myśl. Oni cuchnęli najbardziej.
Wciągnęła bezgłośnie powietrze i ruszyła przed siebie zwinnie. Chciała, żeby jej ruch zakończył się możliwe jak najmniej zgrabnie, co wyszło jej... perfekcyjnie. Syknęła cicho, krzywiąc się lekko. Przez ułamek sekundy pozostała jednak w bezruchu, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Wiedziała jak ustawić główkę, gdzie oprzeć dłoń, jak wyeksponować łydki. Powoli wstała, tym razem nie dbając o kunsztowną elegancję, a raczej zostawiając swój wizerunek małej, nieporadnej dziewczyny. Odgarnęła kilka ognistych kosmyków, które zakryły jej śliczną twarz i przytrzymała je przy kości policzkowej, po czym zawinęła je za ucho. Poprawiła swój gorset i luźną, białą koszulę, która i tak odsłaniała dekolt. Spojrzała na mężczyznę, który wyglądał dla niej jak niedźwiedź. Pachniał inaczej... zmarszczyła delikatnie brwi. Nie umiała określić tego zapachu, ale ewidentnie ten mężczyzna nie pochodził stąd. Biorąc pod uwagę jego sylwetkę, mógł być jednym z najemników zwerbowanych przez smokobójców. Przez chwilę wpatrywała się w nieznajomego, rozważając kilka kwestii. Najważniejszą z nich było to, czy go po prostu nie zabić i nie mówić nic Veinowi, ale była przekonana, że Mędrzec i tak by się dowiedział co zrobiła. Takie rzeczy w końcu się roznoszą z szybkością błyskawicy w małych miejscowościach. Inną, mniej ważną, było to czy on faktycznie mógł być smokobójcą. Żadnego do tej pory nie spotkała, a doświadczenie mówiło jej, że oni się nie rozdzielają. Westchnęła cicho. Dowie się tego.
Vin patrzyła na mężczyznę, który wyglądał jakby ujrzał co najmniej swoje serce na jej twarzy. I dekolcie. Nie zdziwiło ją to aż tak bardzo, w końcu wielu mężczyzn wodziło za nią wygłodniałym wzrokiem, szczególnie kiedy chciała, by tak było. Nie po to jej strój podkreślał każdy jej atut, by byli na nią obojętni. Uniosła brew, a kącik jej ust drgnął w prześlicznym, ale ewidentnie złośliwym uśmiechu. Cała jej postawa mówiła, że jest świadoma swojego uroku, który na chwilę odebrał mowę nieznajomemu, ale jednocześnie kryło się w tym ciepłe rozbawienie na widok jego zażenowanej miny. Zaśmiała się krótko, mrużąc przy tym oczy.
- Raczej nie. A nawet jeśli, to umiem radzić sobie z takimi stłuczeniami. Co nie zmienia faktu, że jeszcze trochę poboli. - powiedziała rześkim tonem, przechylając delikatnie głowę. Jej długie, gęste włosy podążyły falą za tym ruchem. Jednak, gdy porównał ją do porcelany, na chwilę zamarła w bezruchu. Jej oczy utkwiły bezpośrednio w jego źrenicach. Vin, choć dalej piękna i kusząca, faktycznie bardziej przypominała kurtyzanę niż zielarkę. W tej chwili skrajnie miała niebezpieczne spojrzenie. A może to było tylko wrażenie? Chwila dziwnej nieuwagi? Odurzenie zapachem? Jej stalowo-szare oczy znów błyszczały rozbawieniem. - Oceniasz książkę po okładce, nieznajomy. Nie mówił Ci nikt, że pozory boleśnie mylą? - dziewczyna skrzyżowała ręce na piersiach, patrząc się na mężczyznę wzrokiem, który miał w sobie coraz więcej litości. To zabawne, jak takie niewinne porównanie mogło stać się nieprzebaczalną obelgą w jej odczuciu. Pokręciła głową i odwróciła się od niego, robiąc trzy kroki do przodu, stukając przy tym obcasami. Ponownie na niego spojrzała, kiedy patrzył gdzieś nieopodal jej ramienia. Vin miała ochotę uśmiechnąć się szeroko na ten widok, ale skończyła jednak na subtelnym, miękkim i trudnym do odgadnięcia uniesieniu kącików ust. Powiodła za spojrzeniem mężczyzny. Szyderstwo? Oh, jak nieładnie. Nie był trudny do odczytania, co stanowiło dla niej przyjemną odmianę po tak długim wkurwianiu się na Veina. W każdym razie pozwoliła mu na to, niech uważa się za lepszego od kurtyzany, jeśli faktycznie podnosi to poziom jego ego. Czerwonowłosej absolutnie to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie.
Zaśmiała się srebrzyście, kiedy rzucił jej monetę. Złapała ją zręcznym ruchem, tuż przed swoim dekoltem. Zmarszczyła brwi, widząc jego rękę. Czyżby był aż tak... Nie, nie mógł być. Ale jednak był. Przygryzła wargę, nagle poirytowana. Podrzuciła monetę w górę i spojrzała na oddalającego się mężczyznę.
- Nie dość, że ignorant, to jeszcze niedowiarek. - stukot obcasów ewidentnie świadczył o tym, że dziewczyna idzie za nim wolnym, ale rytmicznym krokiem. W końcu się zatrzymała, raz jeszcze podrzucając podarowaną jej monetę. Ta jednak nie opadła. Zmieniła się w chmurę srebrnych opiłków, które w blasku księżyca wyglądały jak metaliczny śnieg. Kilka płatków ulokowało się na jej włosach, więc strząsnęła je niedbale. - W jednej kwestii masz jednak rację. Naprawdę musiałbyś płacić jakiejś kobiecie, by zechciała z Tobą porozmawiać, nie mówiąc już o zabawianiu się... - znowu zrobiła kilka kroków, jednak te były już bardziej zdecydowane, niczym wejście do gwałtownego, pełnego emocji tańca. Vin czekała, aż mężczyzna się odwróci, jeśli nie zrobił tego do tej pory. - Choć muszę podziękować za komplement. Zielarka taka jak ja słyszy go jednak zbyt często, by płonić się niczym dziewica za każdym razem. - mruknęła, mijając go i powiewając falą krwistych, pachnących włosów. Była ciekawa po co tu przybył. I kim był. Spojrzała na niego w przelocie, a jej oczy w dalszym ciągu błyszczały rozbrajająco. Hm, nie miał przy sobie nic, co mogłoby ją ciekawić. Blask jej oczu nieco przygasł, kiedy odwróciła od niego głowę. Zatrzymała się jednak, opierając dłonie na biodrach. Popatrzyła na niego zrezygnowanym wzrokiem.
- Szukasz jakiegoś konkretnego miejsca, nieznajomy? - spytała, unosząc brew. Czego jak czego, ale tego, że nie był stąd, była pewna. Inaczej pachniał, inaczej mówił... no, i wziął ją za dziwkę. Nikt z tutejszych by sobie nawet nie pozwolił na coś takiego w żartach. Puściła mu oczko. - W ramach za Twoją skromną zapłatę, mogę wskazać Ci drogę... Mędrcze. - zmrużyła swoje oczy, posyłając mu najpiękniejszy uśmiech świata.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.12.2016, 20:26 przez Vin.)









29.12.2016, 20:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Plac
#42

obieta... Dziwny to twór. Niezrozumiałe, dlaczego stwórca wszechświata połączył w tak finezyjny sposób, dwie kompletne skrajności. Czy był to kaprys, czy coś co nazywają humorem, a może krył się za tym większy zamysł, nie mnie oceniać. Piękne ciało, by wabić nieostrożnego mężczyznę oraz kwintesencja problematyczności w aspektach psychologicznych, aby jednak dać mu szansę, by oswobodzić się z pajęczej sieci zauroczenia. Bo gdyby tylko to czym się zowie pożądanie cielesne, zostało wyparte z umysłów wszelakich samców, logika nie pozwoliłaby na wspólne funkcjonowanie, a szanse kobiet... nie... prawdopodobnie całej ludzkości, spadłby do minimum.

Nie mogłem w to uwierzyć, naprawdę nie mogłem. Zachowywała się identycznie. Ostatnio po kontakcie z kobietą tego pokroju zaatakował nas smok, jak dłużej by nad tym pomyśleć, to może sam Thorn chciał mnie w ten sposób wybawić? Nie wiem... Wiedziałem natomiast, że swoją szyderą, po raz kolejny zostałem zamknięty w klatce pod tytułem: "Nie wiesz jaka jestem, nie znasz mnie!" Ale chyba nie potrafiłem inaczej funkcjonować. Zastanawiało mnie nieustannie, dlaczego wszelka płeć piękna, wyglądająca choć odrobinę lepiej, nie ma za grosz oleju w głowie i tak łatwo daje się sprowokować. Hau hau hau... Sytuacja skojarzyła mi się z tymi takimi małymi i najbardziej irytującymi psowatymi. Tylko przechodząc obok, spójrz nie tak jak trzeba, a już wzniecają raban budząc przy tym całą wioskę. Miałem wrażenie, że nie inaczej było z obecną tutaj dziewoją. Niewłaściwie przyjęte słowa i już dane mi było usłyszeć groźby, obrazy i Thorn wie co jeszcze. Swoiście irytujące, ale w rezultacie po prostu nudne.
Ciekawiła również, jak sprawa ma się z tymi mniej okazałymi... Wzdrygnąłem się na samą myśl. Maciora mojego świętej pamięci Mistrza zaświtała przed oczami, w pełnej okazałości. Była to pierwsza kobieta, którą ujrzałem w negliżu i... obiecałem sobie tego dnia, że nie tknę żadnej. Jakież było moje zdziwienie, kiedy później zawitałem do miasta i zobaczyłem, że jednak nie jest tak źle... Brzydka była jak noc, to prawda, ale przynajmniej charakter miała znośny. Popatrzyłem prędko na trajkotającą obok nieznajomą, żeby tylko wyrzucić tamten obraz z głowy, po czym zatrzymałem się i wymownie ziewnąłem po czym skupiłem swój wzrok na jej oczach i zacząłem swój z lekka przydługawy wywód.

- Nie oceniaj książki po okładce... Tak powiedziałaś... Ale jak, skoro kilka rozdziałów masz rozpisanych właśnie na samej okładce. Grasz groźną, może nawet jesteś, ale co z tego. Nie znasz mnie, nawet jeśli wiesz co nieco o Mędrcach i używasz poprawnej nazwy. Oczywistym więc jest, że raczej mnie nie zaatakujesz, nie będąc świadoma mojej siły. Mówię o tym bo widzę, jak świecą Ci nienawistnie te Twoje księżycowe oczka, odkąd zobaczyłaś moją rękę, więc albo masz jakiś konkretniejszy problem ze smoczymi dziećmi, albo miałaś niefortunne z nimi spotkanie. W obu przypadkach, bardzo mi wszystko jedno, bo raczej do niczego nie dojdzie.
I jeszcze jedno, moja droga Pani Zielarz. Masz ubrania, zapach, zachowania oraz godność najlepszej kurtyzany, więc co Cię wyróżnia oprócz profesji? To pewnie już te głębsze strony, o których mówiliśmy, lecz póki co, książka czerwonowłosej używa samej okładki i zdaje się z lekka mnie nią okłada, choć nie do końca to czuje. Nie bądźmy też hipokrytami, również zgeneralizowałaś mnie do ludzkiego podgatunku na samym początku, więc wydaje mi się, że jesteśmy kwita. Jestem mędrcem, czy też nie, ja po prostu widzę więcej.


Przeciągnąłem się i oparłem o ścianę murku małego domostwa. Wciąż w mojej głowie świdrowała kwestia zapachu, który towarzyszył dziewczynie, gdyby nie intensywność bijąca od jaśminu, na pewno dałbym radę odkryć zawczasu, czym jest ten nurtujący zapach i kiedy ostatni raz go czułem. Byłem rozdrażniony ostatnimi niepowodzeniami i wiedziałem, że jestem nazbyt oschły, nawet jak na mnie. Jeśli by ta trzpiotka chciała i wydała to, że jestem Mędrcem, okolicznym wieśniakom, mógłbym mieć z tego powodu problemy i musiałbym ratować się ucieczką, a zwyczajnie mi się nie chciało. Miałem potrzebę zjedzenia czegoś na ciepło, a następnie wyruszyć dalej w drogę. Z lekkim nadal ciut cynicznym uśmiechem oraz kompletnie innym, wiele wyższym tonem dodałem:

- Tak czy inaczej, wybacz brak manier droga Pani, jak również i zszarganą dumę. Wszak trochę się rozgadałem, a jedna moneta to stanowczo za mało za towarzystwo tak wyjątkowej damy. Proszę tylko o wyrozumiałość, ma podróż ciągnie się już nazbyt długo i z tego powodu zmęczenie daje się we znaki. Chciałbym zapytać, jeśli łaska, czy wskazałaby mi Pani drogę... do serca... tego miasteczka? Czyli tutejszej najlepszej noclegowni.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.12.2016, 22:55 przez Mest.)



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






29.12.2016, 22:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Plac
#43

Kobieta musi być dziwnym tworem, inaczej byłaby ze wszech miar nudna. Kobieta musi budzić emocje, najlepiej te najbardziej skrajne, gdyż w przeciwnym razie nie zapadnie w pamięć. Kobieta musi czuć się pewnie z samą sobą, bo w innym wypadku, będzie po prostu nudna. Vin z pewnością nie była zwyczajną kobietą, czego dowodziło choćby to, że w jej żyłach płynęła krew smoków, a tego za normalne uznać się nie dało, niezależnie od chęci. Mężczyźni zaś... cóż. Byli prości. Nieskomplikowani. Logiczni. Czytanie z ich twarzy było dziecinnie proste, a rozkładanie na czynniki pierwsze ich umysłów niewiele trudniejsze. Dziewczyna nie miała wątpliwości, że duży dekolt i błyszczące oczy odgrywają w tym swoją rolę, niemniej w dalszym ciągu dziwiła się łatwości wydobywania od nich informacji. Lubiła ich towarzystwo, tak samo jak towarzystwo kobiet zresztą, ale to właśnie w męskim gronie czuła się najbardziej sobą. Kłamliwą, okrutną, bezczelną i perfekcyjną w każdym calu manipulantkę. Tym właśnie była. Prawdziwym kłamstwem.
Gdyby czerwonowłosa mogła tylko słyszeć myśli... to mężczyzna tuż obok niej prawdopodobnie by zginął. I raczej nie interesowałoby ją czy jest smokobójcą, Mędrcem, żebrakiem czy królem. Ona nie była jakiegokolwiek pokroju. Ona była ponad ludźmi. Patrzyła na niego, a uśmiech nie schodził jej z twarzy. Mimo całej swej urody i powabu, dziewczyna naprawdę z trudem powstrzymywała się, by nie zaśmiać się melodyjnie w głos. Warga jej zadrżała, więc dotknęła jej palcem wskazującym i przejechała nim po ustach. Przede wszystkim, to nie on został zamknięty w przysłowiowej klatce, a to raczej ona została z góry spętana mianem nieco lepszej niż przeciętnej dziwki. A obrazić by się mogła tylko za to, że nieco lepsza niż przeciętna kurtyzana nawet koło niej nie stała. Vin była mimo wszystko subtelną pięknością, którą po prostu wszystko wokół podkreślało. Światło księżyca, promienie słońca, delikatny powiew wiatru... cały świat istniał po to, by uwypuklać jej urodę. W końcu była jego księżniczką. Jedynie blizna na jej ślicznej twarzy niszczyła wrażenie nierealności, jakie roztaczała wokół siebie. Ale Vin kochała tą szramę. Był to jeden z nielicznych prezentów od jej Ojca, który chciał nauczyć ją pokory. Sam jednak nie mógł przewidzieć, że będzie to symbol jej największego buntu. Stalowooka nie czuła się także specjalnie sprowokowana, choć może co nieco przegapiła we własnym zdziwieniu, które niewątpliwie odbiło się w jej oczach, kiedy nieznajomy zaczął mówić.
Vin gwizdnęła cicho, przeczesując dłonią włosy. Przeniosła ciężar ciała na prawą nogę i oparła ręce na biodrach. Uśmiechnęła się niczym żmija, która właśnie zamierza ukąsić.
- Nie wiem jak bardzo nieprzyzwoite książki czytasz, skoro bierzesz mnie za uliczną dziwkę, jednocześnie twierdząc, że kilka rozdziałów jest na mnie wręcz wypisanych, mój drogi nieznajomy. - uniosła wymownie brew, kręcąc głową. W końcu roześmiała się serdecznie, a co dziwne, w jej głosie faktycznie było słychać rozbawienie. - Trochę... nie rozumiem. - przyznała, patrząc na niego i nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. Zakryła usta dłonią i wzniosła oczy, które nienawistnie błyszczały w księżycowym świetle. Znaczy, według dość specyficznej interpretacji nieznajomego, która sprawiła, że dziewczyna uroniła jedną, księżycowo-nienawistną łezkę. - Dlaczego miałabym Cię atakować? Owszem, mam chęć Ci przywalić, bo nazwałeś mnie porcelanową lalką. Wierz mi, że to nienajlepsze określenie kogoś takiego jak ja. - wzruszyła ramionami, uspokajając się trochę i nie szczerząc już tak otwarcie. - Ale skąd Ci do łba przyszła ta nienawiść w spojrzeniu? Masz jakieś problemy z kobietami? Jesteś vaginofobem? - zmrużyła swoje przecudne oczka, które mimo wszelkich prób wmówienia tego sobie przez Mędrca, wcale nie pałały nienawiścią. Były po prostu ciekawskie i radosne. - Hola, hola, zwolnij rycerzyku. Do czego ma nie dojść, wyjaśnij jeśli łaska. - poprosiła, przechylając głowę i patrząc na niego wyzywająco. I nie, nie było to wyzwanie w stylu: zaraz Cię zabiję, a raczej, zachęta do wypowiedzenia przez niego kolejnych rewelacji, które rozbroją smoczą córkę. - Poza tym, nie mam problemu ze Smoczymi Dziećmi, Bracie. - dodała, puszczając mu oczko. I obserwowała uważnie jak zareaguje na jej całą obronę, która jej wydała się wyjątkowo zabawna. Co dziwne, dawno nie czuła się tak lekko śmiejąc się przy kimś, kto był absurdalnie szczerzy w swoich osądach, nawet jeśli te całkowicie wykraczały poza ramy jej rozumowania. W końcu... była tylko kobietą, czyż nie?
Dziewczyna wciągnęła głośno powietrze, starannie analizując każdą wypowiedź nieznajomego Mędrca. Patrzyła na niego uważnie, kiwając lekko głową po każdym jego zdaniu. Skrzywiła się nieznacznie.
- No, przynajmniej jedną rzecz mówisz rozsądnie. Prawie. Jestem lepsza niż jakakolwiek kurtyzana. Pod każdym względem, zaufaj na słowo. - uśmiechnęła się kącikiem ust, a jej blizna zalśniła w blasku nienawistnego księżyca. Dziewczyna jednak promieniała swoim własnym, ciepłym blaskiem. - Wyjaśnij mi jednak co innego... mówisz, że mam ubrania, zapach i zachowanie dziwki. Bo..? - zawiesiła pytająco głos, patrząc na niego spod uniesionych powiek. Skrzyżowała ręce na piersiach. - Bo nie wstydzę się tego jak wyglądam? Bo nie lubię śmierdzieć? Bo, gdy przez kogoś przewracam się na ulicy, pytam czy wszystko z nim w porządku? - z każdym kolejnym zdaniem jej uśmiech się powiększał. Westchnęła głośno, patrząc na niego z litością - litością dla niej! - malującą się w stalowych oczyskach. - Czekaj. Czekaj. Ja Cię... co zrobiłam? Nie. Nie mów. - pomachała dłonią przed jego twarzą. - Nie chcę tego rozumieć. - chodziło jej degradującą generalizację, rzecz jasna, ale chyba nie była gotowa na poznanie tej prawdy. Popatrzyła na niego jak na zagubione dziecię, które zostało wygnane przez swojego smoczego rodzica. - Nie jestem pewna czy widzisz tak dużo, jakbyś chciał, Mędrcze. - dodała, a jej wzrok złagodniał. Nie powiedziała już nic więcej. Także oparła się o ścianę i spojrzała na mężczyznę. Nie była zrażona jego słowami, które były w jej odczuciu co najmniej dziwne. Była w dobrym humorze po tak dużej dawce śmiechu. Skrzywiła się jednak słysząc wysoki ton mężczyzny. Brzmiał dość dziwnie, nie pasował do niego. Wolała niskie, dudniące i zapadające w pamięć tony męskiego głosu.
Vin parsknęła śmiechem i spojrzała na nieznajomego przepraszająco. Skinęła głową. Nie była w stanie pojąć jego cynizmu, ale po prostu go zignorowała.
- Oh, to nagle jestem wyjątkowa, a moje towarzystwo wyceniłeś na równowartość niedużego królestwa? - dziewczyna uśmiechnęła się rozbrajająco, ale pokręciła głową. Wyglądała na całkowicie nieszkodliwą, ale było w niej coś... hipnotyzującego. A każda sekunda oczarowania mogła być niebezpieczna. Czerwonowłosa jednak nie miała zamiaru robić nic gwałtownego. Na pewno nie Mędrcowi, którego miała zamiar poznać i... zrozumieć. Choć trochę. - Nie przejmuj się, to był żart. - dodała szybko, nie chcąc, by nieznajomy wymyślił sobie własną historię na temat jej wypowiedzi. - Rozumiem zmęczenie i wezmę je za wystarczającą wymów... tłumaczenie... Twojego osobliwego prostactwa! - obdarzyła go tak miłym spojrzeniem, że prostactwo w tym wypadku brzmiało jak najpiękniejszy z komplementów. Zaśmiała się krótko. - Jestem Vin. Nie mów do mnie pani. I to ja jestem sercem tego miasteczka, nieznajomy. - puściła mu oczko. - A najlepsza noclegownia to ta, w której sama się zatrzymałam, czyli Śpiący Okoń. Ale nie wiem czy przyjmą kogoś takiego pod swój dach... jeszcze nazwiesz gospodarza burdelmamą... a on jest mniej tolerancyjny niż ja. - spojrzała na niego poważnym wzrokiem, pod którym oczywiście malowało się rozbawienie. Ciekawa była, czy zrozumie, że ostatnie zdanie było zawoalowanym żartem czy też może się oburzy na jej bezczelną zuchwałość? Vin była cholernie ciekawa, czy po odpoczynku Mędrzec okaże się bardziej przytomny. W końcu był nadczłowiekiem. Jak mogła nie być go ciekawa?
Nagle poczuła chłód. Z początku niemal niezauważalny, z każdą chwilą jednak coraz bardziej znajomy. Uśmiechnęła się, mrużąc oczy. Była w swoim żywiole.








30.12.2016, 00:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Plac
#44

o no i co teraz by tu powiedzieć, panie Bracie? Nie mogłem uwierzyć, że zostałem względnie przegadany. Żarty, czy też nie, przegrałem na tym polu bitwy. Dziewczyna robiła dokładnie to co ja zazwyczaj robiłem z innymi kobietami, klasyczne mącenie we łbie. Nie powiem, miała ogromną przewagę, bo wszelakie wrodzone gusta jakimi obdarzył mnie stwórca oscylowały idealnie dookoła tego, czym była kwintesencja samej Vin. Ale to nie fizyczność mnie była kluczem, by mnie pokonać. A przynajmniej tak sobie próbowałem wmówić...
Nigdy bym tego otwarcie nie przyznał, ale prawdopodobnie miała rację, pomyliłem się, ale głównie co do jednej kwestii. Nie była taka w gorącej wodzie kąpana jak Nyx, choć podobnie irytująca, to przejawiała również prawdopodobnie wiele wyższą inteligencję. Lecz ciągle nawet przy tych wszystkich atutach jakie posiadała, nie mogła stanowić dla mnie wyzwania, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Zabawy słowne, jak i prowokacje, zdały względnie egzamin, lecz niestety z gorszym niż zazwyczaj skutkiem. Nawet jeśli była dosyć śmieszna i irytująca w tych wszystkich swoich podskokach, wygięciach, kokieteriach i paplaninach to niesamowicie wzbudzała moje zainteresowanie z każdą kolejną chwilą. Zastanawiało mnie, w jaki typ powinienem teraz wskoczyć, ale rosnące zmęczenie dosyć mocno odwiodło mnie od planu dalszego droczenia z czerwonowłosą. Im dłużej patrzyłem, tym bardziej widziałem wszystkie próżności jakie siedziały w Vin. Była z siebie niesamowicie dumna, jakby każda riposta, jakiej użyła w moją stronę była strzałem w dziesiątkę. Najprawdopodobniej wzięła moje głupie gierki nazbyt do siebie i potraktowała jako konkurencję, w której trzeba wygrać. I bez tego już była wystarczająco pyszna. Ale akurat ten grzech można było jej wybaczyć.

Jednakże, to nie te wszystkie obserwacje były teraz najważniejsze. Vin, przede wszystkim tak samo jak i ja, była wychowywana przez smoka. Pacnąłbym się w łeb za nierozwikłanie samodzielnie zagadki nieludzkiego zapachu, ale to już byłaby przesada, przy traceniu w srebrzystych oczach. Jak widać mam szczęście do szurniętych z lekka Mędrczyń, nie ma co. Zagwozdką pozostawała jeszcze kwestia, władanego przez ową pannę żywiołu oraz historii związanej ze smoczym rodzicem, lecz postanowiłem, póki co się wstrzymać i wrócić do tematu dopiero przy lepszym zapoznaniu z długowłosą Mędrczynią. Zbierając się do odpowiedzi. uświadomiłem sobie, jak kuriozalnie mogłoby być to połączenie, gdyby moje przypuszczenia względem władanej profesji, okazały się trafione, a obraz smoczej kurtyzany doprawił zabawnego absurdu.

Z dziwnych przyczyn moje przeczucie, które przez kilka ostatnich dni uciskało wewnętrznie, nagle się uspokoiło, tak jakby potrzebą jaką od dawna pragnąłem było spotkanie nieokiełznanej Vin. Ulga, jakiej przy tym doznałem, była nie do opisania. Przez ułamek sekundy, do mojego serca zagościło dziwne ciepło, a zaraz po tym stało się to, co od bardzo długiego czasu nie miało swojego miejsca. Wybuchnąłem przez bardzo krótką chwilę szczerym i czystym śmiechem, po czym dodałem uspakajając się.

- Wybacz Vin. Po prostu jesteś nazbyt urocza i to we wszystkich tego słowa znaczeniach. Pozwól, że skończę tę farsę, którą sam siebie jak widać pogrzebałem. Możesz mówić do mnie Mest. Widzę, że mamy do siebie sporo pytań...

Przeciągłe niekontrolowane ziewnięcie przerwało wypowiedź. Zasłoniłem usta a następnie dokończyłem.

- Jednak wolałbym rozmowę i opowieści w bardziej komfortowych warunkach, niż tył jakiegoś domostwa, choć przyznam, że dość tu klimatycznie. Tak czy inaczej, nim odejdę w oniryczne kresy... Serce drogie, zaprowadź nas do miejsca mojego rychłego spoczynku.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2016, 14:21 przez Mest.)



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






30.12.2016, 04:44
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Plac
#45

Kilka godzin - tyle według kalkulacji szkarłatnowłosej minęło odkąd się rozdzielili. Vein nie odczuł tego czasu. Wyszedł z karczmy krótko po niej, przez chwilę obserwując ludzi. Szczęśliwym dla niego przypadkiem nie wpadł na właściciela i nie musiał wdawać się w dyskusję w kwestii rachunku. Czy to dlatego Vin opuszczając ich pokój postanowiła skorzystać z innej drogi niż schody?
W każdym razie on również przemierzał uliczki i biorąc pod uwagę rozmiary Grimssdel, dziwne, że nie wpadli na siebie wcześniej. Mędrzec w każdym razie nie spędził tego czasu z ludźmi. Vein przyglądał się rzeczom dużo bardziej statycznym. Budynkom oraz ich zastosowaniom. Drogom oraz śladom, które niosło ze sobą ich użytkowanie. Zaułkom oraz cieniowi, w jakim można coś ukryć do świtu. Nie znalazł nic nadzwyczajnego - nawet podczas kilkukrotnych wypraw poza granice mieściny i przyglądaniu się temu, co pozostawiły po sobie ludzkie stopy i końskie kopyta - ruch w mieście miał oczywiście miejsce, nie było jednak żadnych większych grup czy oddziałów, które w ostatnich dniach podjęły wyprawę z Grimssdel. Nie było też śladów wskazujących na to, że ktoś postanowił zboczyć z głównej drogi i udać się na przykład w stronę gór.
Ich przybycie tutaj wyglądało na bezsensowne. O ile oczywiście Ci, którzy ich interesowali nie wpadli już w sidła Vin, na swoje nieszczęście pozostając w mieście i dając się wykryć dziewczynie. Mędrzec uśmiechnął się nieznacznie na samą myśl o jej ewentualnym wproszeniu się do grupy. Czy ludzie mogli być takimi głupcami i dać się zwieść w ten sposób? Oczywiście. W końcu byli ludźmi.
~ Dość tych głupot. Czas sprawdzić jakie plony zebrała Vin ~ pouczył się w myślach i zaciągnął głęboko. Przez mroźne powietrze mędrzec momentalnie wyczuł intensywną woń dziewczyny - zaskoczyło go to poniekąd. Spodziewał się - i planował - znaleźć jakiegoś rodzaju poszlakę w postaci nikłej kwiecistej nuty i to dopiero po paru minutach spaceru - niemniej to nie było to, co pozostawiała po sobie w bezwietrzną noc gdy skrywała się w jakiejś karczmie. To było uderzające. Wyraźne. ~ Zupełnie jakby... ~ Popatrzył w stronę, z której nadlatywał delikatny wietrzyk. ~Zupełnie jakby była właśnie tam.~ dokończył myśl mrużąc białobłękitne ślepia. Niezależnie od starań - i ostrości wzroku smoczego dziecka, Vein nie przebił spojrzeniem budynku stojącego idealnie między nim a miejscem, w którym jak mniemał znajdowała się dziewczyna. Westchnął ciężko zupełnie jakby spodziewał się innego rezultatu.
W końcu nieśpiesznie ruszył drogą by ominąć okrutną budowlę.
Wbrew temu co mówił gdy byli razem w pokoju - nie wchodził w zasięg jej wzroku od razu oczekując tym samym, że dziewczyna go przywoła niezależnie od tego z kim i o czym aktualnie rozmawiała. Zdawał sobie sprawę, że choć Vin była doskonałą manipulatorką, bywały sytuacje w których jego obecność - nawet dla tak zgrabnie operującej kobiecym wdziękiem dziewczyny - stanowiła pewne utrudnienie. Dlatego też wytężył nieludzko wrażliwy słuch łowiąc niesione wiatrem słowa dużo wcześniej, niż dane mu było karmić oczy obrazami. W zasadzie całkiem zignorował obrazy, zamykając oczy.
Ale nie wiem czy przyjmą kogoś takiego pod swój dach... jeszcze nazwiesz gospodarza burdelmamą... a on jest mniej tolerancyjny niż ja ~ usłyszał słowa dziewczyny. Choć oczy nadal miał zamknięte, uniósł nieznacznie brwi. ~ Cóż to? ~ rozbrzmiało w jego głowie pytanie. Jak wiele razy do tej pory badał w myślach melodię jej głosu. Była rozbawiona. Może odrobinę wyzywająca. Znał to brzmienie. Słyszał je setki razy. Ale nie tak traktowała ludzi. Nie tak doprowadzała ich do szaleństwa. Nie tak odbierała im wolność uczuć. Poza tym nigdy nie musiała być dla kogokolwiek „tolerancyjna”. Ludzie nie mieli dość śmiałości by.. Choć w zasadzie to, co on tam mógł wiedzieć o uwodzeniu? Z drugiej jednak strony...
Nie zatrzymywał się ale ponownie pociągnął nosem. Dużo mocniej. Pomijając odór mieściny, który bez usilnych starań wychwycenia go, ginął gdzieś wpół drogi do mędrca, tłamszony mroźnym powietrzem, Vein wyczuł odurzającą wręcz woń dziewczyny. A także coś jeszcze. Coś dziwnie znajomego. Otworzył oczy, tym razem mając ich na wprost siebie. Jego źrenice początkowo były okrągłe ale zwęziły się nienaturalnie gdy skupił wzrok na mężczyźnie. Był wysoki. Nie tak wysoki jak Vein, jednak mimo wszystko. Poza tym dobrze zbudowany i nieco szerszy - zakuty w pancerz. Mędrzec przekrzywił głowę i zwolnił kroku. Teraz dzieliło ich odległość którą można przebyć mniej więcej w dwóch skokach.
~ Po co mędrcowi pancerz? ~ zapytał się w myślach. Nie miał jednak wątpliwości z kim miał do czynienia. Białowłosy uśmiechnął się nieznacznie. Samymi wargami. ~ Być może to my jesteśmy zbyt próżni i głupi ~ pouczył się w myślach i stanął o krok od dziewczyny. Jeżeli wcześniej tego nie odczuli - teraz wrażenie było wyraźne. W okolicy zrobiło się wyraźnie zimniej. Zupełnie jakby temperatura w jednej chwili spadła o kilka stopni. Ktoś nieprzygotowany mógłby odczuć dyskomfort, Vin jednak znała to uczucie a Mest... cóż, on wyglądał na lepiej niż odpowiednio ubranego by radzić sobie z tego rodzaju dyskomfortem.
- Najwyraźniej nie ma tu tego, czego szukaliśmy, Vin. - powiedział do niej łagodnym głosem skupiając wzrok na jej twarzy. Jego uśmiech poszerzył się. - Widzę jednak, że znalazłaś kogoś, kto wykracza ponad nasze oczekiwania. - w słowach Veina rozbrzmiewało zadowolenie. Brzmiał trochę, jakby jej za to dziękował. Ciekawe, czy to będzie kolejna przyczyna jednego z jej irracjonalnych wybuchów, czy może dziewczyna doceni ciepłą nutę jaką ją obdarował..?
W tej chwili jego spojrzenie przeniosło się z dziewczyny na mędrca. Vein był od niego wyższy lecz niewiele. To rzadkie. Źrenice jasnowłosego przez chwilę pionowe w końcu wróciły do normalności. Krótką chwilę wpatrywał się w oczy Mesta próbując odczytać co dzieje się w głowie mężczyzny. Nigdy nie był w tym dobry. - Witaj, Mest. - powiedział w końcu rezygnując z przenikania jego myśli i pokazał rząd nierównych, postrzępionych zębów, które ukształtowały smocze mutacje. Nie były to zwierzęce kły, były po prostu ostrzejsze i bardziej nierówne. Drapieżne. - Wygląda na to, że nie mogę pozwolić Ci pozostać w towarzystwie "nazbyt uroczej" damy sam na sam. - mówił swobodnie, przyjacielsko. Na poły z rozbawieniem i przeprosinami w głosie. Za grosz jednak nie ufał mężczyźnie i czekał tylko na jakiś znak agresji. Kiedyś - zanim poznał Vin - dużo mniej dbałby o własne bezpieczeństwo w kontaktach z wychowankami smoków. Jej samej przecież pozwolił poderżnąć sobie gardło jednocześnie wierząc, że tego nie zrobi. Odkąd jednak zaczęli współpracę, musiał mieć na względzie to, że jego śmierć nie zadowoliłaby smoczej księżniczki. Nie mógł więc dać się zabić. - Ja nazywam Vein. I umarłbym z ciekawości, gdyby dwójka smoczych dzieci zasiadła do stołu beze mnie. - przedstawił się.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2016, 18:42 przez Vein.)









30.12.2016, 16:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Plac
#46

Duma, pełna zuchwałej próżności, nie opuszczała jej ani na krok. Lubiła się taką, zwłaszcza w momencie, kiedy inni ludzie postrzegali ją w ten sposób na głos. Sprawiało jej to głupią przyjemność, ponieważ to była jedna z prawdziwych rzeczy, jakie mogła pokazać całemu światu bez lęku o to, że odkryją coś, co nie byłoby wskazane. Dlatego w gruncie rzeczy, obnosiła się ze wszystkimi swoimi przywarami, często zaskakując innych swoją nagłą słodyczą, uległością czy chęcią pomocy. Podobnie było z jej złością. Na najgorsze obelgi uśmiechała się prześlicznie, a za te nie warte splunięcia, wściekała się jak diablica. Wtedy ludzie nie mieli możliwości, by odczytać jej troski albo błędnie je interpretowali. Oczywiście poza schematem zostaje już jej skłonność do popadania ze skrajności w skrajność, zwierzęce szaleństwo i nieokiełznana chęć walki... W tym momencie jednak ciekawość przysłoniła wszystkie jej niepewne odruchy, które skłaniały ku niej większą część społeczeństwa. Nie starała się jeszcze uwieść Mędrca w żaden sposób, ale nie miała zamiaru także dać mu odejść bez zamienienia kilku zdań. Już tyle miesięcy nie spotkali żadnego Mędrca... Vin zaczęła myśleć, że powoli jej Bracia i Siostry wymierają. A przecież tak potężna rasa nie miała do tego prawa!
Czerwonowłosa spojrzała na Mesta z ciepłym uśmiechem malującym się na twarzy. Zmrużyła oczy jak zadowolony kot, kiedy mężczyzna się śmiał. Może to jednak faktycznie było zmęczenie? Chyba nie powinna wbijać szpil w serce każdej istoty, która w jakikolwiek sposób naruszy jej światopogląd. Skinęła lekko głową, podając mu dłoń do uściśnięcia. Jej delikatne palce były przyjemnie chłodne. Chciała poczuć na skórze smocze łuski, które wcześniej widziała... jakby były dla niej ulatniającym się obrazem domu, na który mogła spojrzeć dzięki Mestowi raz jeszcze. Dziwne uczucie, dawno go nie zaznała.
- Wiem. - powiedziała krótko, a w jej ślicznych oczach odbiła się wdzięczność za komplement. Ten już coś znaczył. W końcu były to słowa Smoczego Dziecka. - Sprawiłeś mi nieukrywaną radość tą farsą... - zaśmiała się krótko. - I tym, że Cię spotkałam.
Dziewczyna nagle zmarszczyła brwi. Miała wrażenie, że temperatura zaczyna powoli spadać. Na początku było to niemal nieodczuwalne, z każdą kolejną sekundą nabierała pewności, że Vein był w pobliżu. Odwróciła głowę w kierunku, z którego słyszała ciche, równe kroki. Pokazała w uśmiechu ząbki, kiedy w zasięg jej wzroku, wyłoniwszy się w głębokiego cienia, ujrzała Mędrca. Przez chwilę patrzyła się w jego lodowate oczy. Uniosła nieznacznie brew słysząc łagodność w jego głosie. Dopiero po chwili dotarły do niej jego słowa. Szlag, nic nie znalazł. Skrzywiła się, patrząc gdzieś w bok z narastającą złością.
- Też nic nie słyszałam. To musiał być fałszywy trop. Nie sądzisz chyba, że ktoś się zorientował? - spojrzała na niego, a jej wcześniejsza ponętność nagle zniknęła. No, może nie do końca, przecież to była Vin. Jej wdzięk nie mógł tak po prostu zniknąć. Jednak dużą jego część zajęła po prostu czujna wściekłość. Jej oczom ukazał się jednak uśmiech, zadowolony uśmiech, Veina. Ponownie spojrzała na Mesta, tym razem trochę przepraszająco. Odzyskała gwałtownie utracony spokój. - Zważywszy na fakt, że zaczynałam myśleć, że Mędrców już nie ma na tym świecie... Mest stał się nowym źródłem mojej nadziei. - uśmiechnęła się słodko, patrząc na nowo poznanego Mędrca, a potem na Veina. Na moment zatrzymała na nim nieodgadnione spojrzenie. Nie do końca była pewna o co białowłosemu może tak naprawdę chodzić.
Vin patrzyła na tych dwóch mężczyzn, niemal równych sobie wzrostem. Czuć było ich siłę, choć trudno było ją zdefiniować. Możliwe, że to czerwonowłosa w swoim wyobrażeniu przypisywała im moc, ale czego innego jak nie potęgi można oczekiwać po Mędrcach? Uważnie patrzyła na każdego z nich, na ich twarze, na ruchy gałek ocznych, na drganie tętnic na gardle. Na tyle, ile mogła oczywiście. Przewróciła oczyma, widząc uśmiech swojego białowłosego towarzysza, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu. Popatrzyła na Mesta i ruszyła przed mężczyznami.
- Wracamy zatem do Śpiącego Okonia... - rzuciła do nich przez ramię, po czym zaczekała aż się z nią zrównają. Stanęła między nimi, mała i krucha w porównaniu do ich budowy. Zadarła głowę, by wlepić zezłoszczone spojrzenie na jednego, a potem na drugiego. Powinni być niżsi w jej obecności! Posłała zaskoczone spojrzenie Veinowi, kiedy ten stwierdził, że nie może Mestowi pozwolić na zostanie z nią sam na sam. Uśmiechnęła się do niego niepewnie, ale w jej smoczych ślepiskach błyszczało zdecydowane zadowolenie. - A kiedy nabierzesz sił Mest, wysłuchamy Twojej historii. To nie przypadek sprawił, że tu przybyłeś. - powiedziała dziewczyna. Jej głos był przerywany przez stukot jej żelaznych obcasów, które nie niszczyły się na nierównym bruku. - Tak samo jak przypadkiem nie było, że spotkałam Veina.
Szli jeszcze przez jakiś czas, ale z rynku do Śpiącego Okonia nie było daleko. Vin co jakiś czas od niechcenia wodziła wzrokiem po budynkach, zastanawiając się czy Dostrzeże coś ciekawego. Świat o tej porze jednak powoli już usypiał.

Gracz opuścił wątek








30.12.2016, 20:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Plac
#47

yciągnięta w moją stronę dłoń młodej, smoczej córki wisiała w powietrzu, a na jej twarzy malował się serdeczny uśmiech. Popatrzyłem na Vin pytającym wzrokiem. Nigdy nie podawałem nikomu dłoni poza Mistrzem, kiedy podnosił mnie, po nazbyt ciężkim sparringu, ale on był do niej przyzwyczajony. Wszelkie pozostałe próby, lub nieumyślne ukazanie ręki, kończyły się zazwyczaj szokiem, lub przestrachem dla drugiej strony, nie wspominając już o uścisku dłoni, po zakończonym zleceniu. Ta ręka miała na celu zabijać, a nie prawić czułości...
Jednak ręka panienki dalej wisiała w powietrzu i nic nie mogłem na to poradzić. Wysunąłem dłoń spod płaszcza i powoli oraz ostrożnie wsunąłem w otwartą dłoń Vin. Było to zaskakująco przyjemne i choć nie trwało długo, opamiętanie nastało równie prędko i ponownie ręka ukryła się pod przepastnym płaszczem.

Rzeczywiście musiałem być już cholernie zmęczony, ponieważ w trakcie tej wymiany zdań i kompilacji myśli, kompletnie nie zauważyłem wyłaniającej się sylwetki, ogromnego wzrostem mężczyzny. Dopiero jego spokojny głos wyrwał mnie z tego beztroskiego amoku, powodując prędkie odsunięcie się od ściany i błyskawiczną zmianę pozycji na jedną z tych bojowych.
Gdy ogarnąłem sytuację, równie szybko powróciłem do pierwotnego stanu. Zastanawiało mnie, jak to możliwe, że białowłosy znał moje imię oraz użył fragmentu rozmowy mojej i Vin w zdaniu, lecz szybko pojąłem, że i on jest jednym z wybranych. Był wysoki, wyższy nawet ode mnie, choć z natury narzekałem tylko na mój wzrost, bo utrudniał pozostanie niezauważonym, to teraz miałem dziwną potrzebę, by mieć dodatkowe parę centymetrów.

Skupienie przeniosłem na relację smoczych towarzyszy. Zachowywali się, jak brat i siostra. Zwłaszcza Vein, który ewidentnie traktował Vin jak swoją dużo młodszą siostrzyczkę. Kiedy stali tak obok siebie, widziałem tylko przeciwności i kwestia rodzeństwa, było jedyną słuszną odpowiedzią na pytanie, dlaczego razem podróżują. Niestety, nim rozkmina życia w pełni się dokonała, została całkowicie rozbita przez stwierdzenie nieprzypadkowego spotkania przez Vin.

Niepewność na nowo zagościła do mojego czarnego serca. W obecnej sytuacji, nawet ja, mogłem nie mieć przewagi. Jeśliby tylko nowo poznane towarzystwo miało jakieś niepoprawne względem mnie zamiary, mogłem mieć problem zwłaszcza, że od dwójki Mędrców, im bardziej się wczuwałem tym większą wyczuwałem moc. Zawsze pozostawała w ostateczności TA technika, nawet jeśli w obecnym stanie byłoby mi ciężko z niej korzystać. Całe szczęście nie wyczuwałem, żadnych wrogich intencji, ba... Vin i Vein zdawali się traktować mnie przyjaźnie, czego nie doświadczyłem jeszcze w czasach Mistrza, od nikogo innego niż on sam. Postawiłem pozostawać jednak ostrożnym, nawet jeśli byli to moi pobratymcy, nie... przede wszystkim dlatego, że to byli moi pobratymcy.

- Witaj... Vein, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko naszemu niespodziewanemu spotkaniu z Twoją... - popatrzyłem na Vin i wyszczerzyłem się,- Towarzyszką. Jak słyszałem od panienki Vin, zatrzymaliście się w "Śpiącym Okoniu". Nim powiemy o sobie coś więcej, pragnąłbym wpierw zażyć trochę strawy i odpoczynku. Minęła mnie długa i zarazem ciężka podróż, a na wszystko przyjdzie jeszcze czas. Ruszajmy więc.

Gracz opuścił wątek
30.12.2016, 22:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Plac
#48

Odpowiedź dziewczyny nie zdziwiła białowłosego i choć w normalnych sytuacjach podobnie do towarzyszki, czułby gorzki smak frustracji, tym razem nie przejął się. Owszem, ich przybycie tutaj nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Niemniej, przyniosło rezultaty niespodziewane, a te wcale nie musiały być gorsze od ich niespełnionych oczekiwań. Skinął jej w każdym razie głową na znak, że zgadza się z tym, że trop był fałszywy. Rozważań o tym, czy może ktoś się zorientował nie poruszył, co jednoznacznie świadczyło o fakcie, że nie uważał tego wariantu za prawdopodobny. To byłoby na tyle, jeżeli chodzi o krótką wymianę zdań z dziewczyną. Ważniejszym teraz był nowopoznany mężczyzna. Mędrzec przyjrzał mu się uważnie.
Strach... nie, nie strach. Zwykła reakcja obronna - lekkie przesunięcie się i przyjęcie postawy obronnej. Vein był jednocześnie rozbawiony i usatysfakcjonowany - mędrcy powinni być gotowi by panować nad swoim losem nawet, jeżeli za sprawą urokliwej dziewuchy całkiem utracą kontakt ze światem.
Mest jednak całkiem szybko odzyskał pewność i właściwy sytuacji spokój - w końcu byli tu wśród przyjaciół, prawda? - co Vein wziął za dobry znak. Tak właśnie powinni się zachowywać mędrcy podczas spotkań z innymi mędrcami. Byli wybrańcami smoków i choćby z szacunku dla wyborów swoich rodziców oraz wyborów ich smoczych współbraci, mędrcy powinni szanować inne ich dzieci. Prawdziwy smok nie wybrałby kogoś niegodnego a jeżeli nawet - to nie pozwoliłby mu żyć po tym, jak okazałby się niegodny.
Mest nie kazał białowłosemu długo wyczekiwać odpowiedzi na jego słowa. Mało tego - ciemnowłosy wyszczerzył się do niego już po pierwszym zdaniu. Uśmiech Veina poszerzył się nieznacznie, wyrażając tym samym pewnego rodzaju satysfakcję. Do tej pory nie był do końca pewien co sądzić o charakterze nowopoznanego mężczyzny. Ostatecznie przecież, być może nie wszystkie smocze dzieci podobnie do Veina postrzegały swoich współbraci. Ten jeden wyraz na twarzy Mesta zwiastował jednak w mniemaniu wyższego z mędrców całkiem świetlaną przyszłość. Poza tym tajemniczy kamień wiszący na szyi białowłosego nie lśnił zwiastującą zagrożenie poświatą. Znaczy się ani Vin ani Mest nie chcieli go zabić. Nie wiedział które z tych dwojga mógł brać za większy sukces, ale z pewnością był to sukces.
Skinął przyjaźnie głową. - W żadnym razie! - zapewnił gorliwie na pytanie mężczyzny. - Wygląda na to, że wszystko co mogłoby zmusić nas do pośpiesznego opuszczenia Grimssdel stanowiło jedynie mgliste złudzenie. - wzruszył nieznacznie ramionami. - Zażywaj ich więc ile tylko pragniesz. Myślę, że odnajdziemy w sobie tę odrobinę cierpliwości... - w tym momencie przeniósł spojrzenie na dziewczynę. - Prawda, Vin? - upewnił się.
Nie minęło długo, a cała trójka udała się do lokalu, który kilka godzin temu opuścił wraz z dziewczyną. Do Śpiącego Okonia.
Gracz opuścił wątek








30.12.2016, 23:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna