Śpiący Okoń

STRAŻNIK
Miejsce: Statek
Pogoda: Delikatna Morska Bryza
Tytuł: Morska Podróż



aczęło się niewinnie. Lyress wstąpiwszy na statek mógł czuć się jak na typowym środku morskiego tego typu: drewniana posadzka skrzypiała wraz z każdym krokiem postawionym przez młodzieńca, zapach ryb i morskiej wody był mocno wyczuwalny, zaś hałas i przekleństwa które tutaj zasłyszał w przeciągu tych kilku chwil spędzonych tutaj mogło jedynie być przez niego indywidualnie rozpatrywane. Niestety nie miał on innego wyboru. Chciał czy nie chciał, statek był aktualnie jedynym możliwym dla niego transportem. Na domiar złego bądź dobrego ma on w te chwili możliwość zarobku która na pewno w jakiś pomoże mu podczas przygody zwanej życiem.


Statek nie wyróżniał się wyglądem niczym szczególnym. Średniej wielkości, na długość jakieś dziesięć metrów, zaś szerokość dwanaście. Maszt postawiono zaś na równe 14 metrów, a na samym czubku jeśli ktoś się przyjrzy widać gniazdo z którego wypatruje tajemniczy dla Akolity jegomość. Reszta załogi zaś zajęta swymi zadaniami niezbyt zwracała uwagę na biało włosego. Mieli ważniejsze sprawy na głowie aniżeli lustrowanie nowego przybysza na statku. Choć znalazło się kilku śmiałków to i tak po krótkim spojrzeniu nie dawali o sobie oznak życia i wrócili do swego zajęcia. Mag zaś jeśli miał odpowiednią wiedzę mógł odgadnąć czym się zajmowali marynarze. Jeden wiązał wszystkie sznurki aby nic nie odleciało, jeden sprzątał okręt, drugi z trzecim zdejmują kotwicę. Typowe czynności żeglarzy. To co jednak głównie interesowało młodzieńca to kajuta kapitana.

Otworzywszy drzwi chłopak ujrzał pięknie wykonane wnętrze z licznymi obrazami na ścianach, busolą przy biurku oraz gigantyczną mapę na okrągłym stole. Wszystko zwieńczył również pięknie pleciony dywan o kolorze krwistej czerwieni ozdobiony w kwieciste wzory. Wtem Kapitan spojrzał na przybysza i momentalnie zaczął konwersację: - Nareszcie jesteś! Jak Ci się podoba "Duma Heleny"? Ten piękny statek własnoręcznie zrobiłem wraz z mym świętej pamięci bratem. To jedyna pamiątka która mi po nim została... Zresztą nieważne. Jestem Bran. Jak już wiesz jestem Kapitanem ten łajby. Aktualnie zamierzam przemierzyć morze i udać się do Valen. Poza tym, mam do Ciebie prośbę. Jako że jesteś uczony być może rozwiążesz mój problem. Powiedz mi proszę, co wiesz na temat "Szarej Skóry"? - Po czym spojrzał na Lyress'a z zaciekawieniem. Najwyraźniej miał jakiś plan w głowie jak wykorzystać młodego chłopaka. Tego jednak dowie się niebawem.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2017, 00:00 przez Daniel.)



Umiejętności Daniela:
Dzięki jednej z moich umiejętności, gdy spojrzycie mi w oczy możecie czuć się nieco niepewnie, czuć delikatny dyskomfort a nawet mały strach. Fajnie by było jakbyście to uwzględnili podczas rozmowy ze mną.






12.09.2017, 23:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Śpiący Okoń

Uzyskując pozwolenie włośnika 14-metrowego statku, wkroczyłem sprężystym krokiem na  drewniany pokład. Wokoło pracowali zaciągnięci na służbę majtkowie, szorując panele, rozstawiając żagle czy zwyczajnie targając skrzynie do przewozu. Na brzegu pozostało wiele towaru, toteż miałem w zapasie kilka godzin, by dokładnie przyjrzeć się otoczeniu. Wpierw odnalazłem kajutę, do której zostałem przydzielony i zostawiłem tam rzeczy niecenne i niepotrzebne. Wyglądała przeciętnie - ciasna, bez okien. Choć i pod pokład dochodziło świeże powietrze, delikatna morska bryza. Automatycznie delikatnym ruchem dłoni poprawiłem białą grzywkę, zachodzącą na oczy, przyklepując kosmyki włosów do tyłu. Część z nich zaszła za ucho.
Po kwadransie wkroczyłem do pomieszczenia zajmowanego przez kapitana. Cóż, w porównaniu z pracującymi dla niego ludźmi, nie szczędził w środkach. Wnętrze zdobiła lekka elegancja w postaci miękkiego, czerwonego dywanu w kwieciste wzory, obrazy oraz inne, przykuwające wzrok przedmioty. Oglądając i zapamiętując wszystek, przeniosłem wzrok na gospodarza. Wyglądał na miłego, co z lekka rozproszyło mój niepokój. Prawdę mówiąc podróż z nieznajomymi nigdy nie jest bezstresowa. Szczególnie dla mnie, gdzie lęk obejmuje dosadną część ciała.
- Duma Heleny? Dźwięczna nazwa. I twe słowa także są przepełnione dumą. - Znajdując się przy wejściu, położyłem dłoń na ścianie - Solidna i jednocześnie piękna konstrukcja, godna podziwu. Oczywiście, że mi się podoba. - Rzekłem nieco pewniej, chcąc nabrać zaufania wobec kapitana. Z wzajemnością, rzecz jasna.
- Nazywam się Lyress. Mam nadzieję Bran, że w Valen do którego zmierzamy, odnajdziesz spokój. Takie przynajmniej jest me oczekiwanie. - Wypowiedź zwiastowałem uśmiechem, który znikł równie szybko, co się pojawił. Pozytywnie nastawiony rozmówca przeszedł bowiem do kolejnej kwestii, z zaciekawionym spojrzeniem przenikając me ciało. Przyłożyłem czubki palców do brody, mrużąc powieki.
- Szara Skóra? Nazwę słyszałem, nie ukrywam, choć przyznam szczerze, że dotąd nie spotkałem tej choroby. - Samo miano wskazywało, iż zaraza obejmuje ciało wprawiając je w kolor szarości. Mogłem zgadywać, choć na ten moment, po plotkach i przybocznych informacjach, dedukowałem, iż przenosi się za pomocą kontaktu fizycznego. Nie byłem tego pewien, całość stanowiły jedynie przypuszczenia.
- Przychodząc tutaj, jak mówiłem zawczasu, jestem nagi i nie mam wiele do zaoferowania. Przeto powiedziałem, że możesz liczyć na moje zdolności medyczne. A teraz ty zwracasz się do mnie w temacie choroby. Dotrzymam swego słowa, bowiem rozumiem co zamierzasz mi przekazać. - Westchnąłem cicho raz jeszcze poprawiając śnieżny kosmyk włosów, który opadł mi na nos. - Mniemam, że na statku znajduje się osoba dotknięta infekcją? W takim wypadku musiałbym ją obejrzeć. Tylko w przypadku, kiedy obiecasz mi pomóc. Nie chciałbym, by choroba przeniosła się na mnie. W dodatku, jeżeli nie masz nic przeciwko, nie pogniewam się, gdy ty powiesz mi o tym co nieco. Wszystek, co zdołałeś zauważyć, poczynając od objawów, na skutkach kończąc. Każde źdźbło informacji może okazać się kluczowe.
Zdjąłem dłoń ze ściany, podchodząc bliżej kapitana. O ile w pomieszczeniu znajdowało się krzesło, usiadłem wygodnie, zarzucając włosy do tyłu. Wpierw pragnę przyswoić informacje, które posiada mój rozmówca. Przypadek, o którym wspomniał może okazać się na tyle niebezpieczny, iż nie zdecyduję się podejść do osoby skażonej. Wszystko zależy od tego, z czym naprawdę mam do czynienia.


Now we fight. Shall we?






13.09.2017, 19:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Śpiący Okoń

Lodowce nie rozmawiają z ludźmi, nie pytają ich o zdanie, nie przejmują się ich opinią, nie dbają o ich istnienie. Górują jedynie nad głowami, roztaczając aurę mrozu i majestatu. Zupełnie jak Vein. Stawiał nieśpieszne kroki pokonując kolejne odcinki ludzkiej osady, a jego aura wywoływała dreszcze u wszystkich żywych stworzeń, które przecięły z nim ścieżkę. To, że Vein nie zaszczycił karczmarza słowem jest chyba nazbyt oczywiste, by o tym pisać, prawda?
Wspomnę więc o tym, że przemoczone włosy mężczyzny skapywały na podłogę maleńkimi kropelkami wody, które chwilę przed uderzeniem zdążyły skrystalizować się, by następnie rozpaść w zderzeniu z podłożem ponownie stająć się wodą. Wspomnę również, że poza może dość zabawnym efektem wizualnym, towarzyszącym spacerowi smoczych dzieci, pozostawiali za sobą mokry ślad. Ślad, który bezwartościowe ludzkie ścierwo z należną pokorą powinni wkrótce posprzątać. Jakże to było właściwe, smocze dzieci przemierzają świat, by cała reszta się do nich dopasowała.
Gdy w końcu dotarł za nią do ich niedawnego pokoju, zapachy wcale nie uderzyły go tak mocno, jakby można się spodziewać. Jego aura mrozu była tak ujmująca, że w zasadzie niewiele poza nim samym był w stanie wyczuć w powietrzu. Nie ociągał się w podobny do dziewczyny sposób, nie rozbierał, nie zachwycał podłogą. Wprost przeciwnie - na podobieństwo pozbawionego emocji automatu przemierzył niewielką odległość dzielącą go od wejścia do własnych rzeczy i miarowym ruchem jednego ze swych lodowych ogonów zebrał wszystko, co pozostawił w pomieszczeniu by narzucić sobie na ramię. Następnie odwrócił się do dziewczyny i stanął - gotów do dalszej drogi. Uniósł brwi widząc jej ociąganie.
A dziewczyna się rozebrała. Dopiero ten fakt ocucił jego zmysły i sprawił, że Vein musiał stawić czoła obecnym w pomieszczeniu zapachom. To wywołało dziwny stan zmieszany z rozdrażnienia i satysfakcji. Nie okazał tego jednak nawet najmniejszym gestem ciała - jeżeli można go było wykryć, to tylko łowiąc błysk oka i drgnięcie powieki.
Dziewczyna w końcu rozcięła sferę ciszy, jednym krótkim stwierdzeniem. Vein nie pozostał dłużny, błyskawicznie wyprowadził kontrę w postaci krótkiego pytania: - Chcesz przeczekać deszcz? - co prawda dobrze wiedział, że jej wahanie wcale nie tyczyło się podróży w tej pogodzie, niemniej dawało mu idealny pretekst by nieco subtelniej zapytać - dlaczego - znów - się rozbierała?
Syn smoków w każdym razie, zostawać w tym pomieszczeniu nie chciał. Nie była to wyłącznie niechęć wywołana intensywnymi zapachami. Był to przede wszystkim wstręt do bezczynności. Wchodząc do miasta ledwo - z pomocą dziewczyny - stłamsił chęć mordu. Taka potrzeba kryjąca się w podświadomości średnio sprzyja wypoczynkowi. Spacer... marsz... bieg... wichura.... krew... śmierć...
Tego pragnął. Ruszyć przed siebie i nabierać rozpędu. Mknąć przez świat coraz bardziej stając się sobą - kataklizmem.
Jak ona w ogóle była w stanie bawić się włosami czy owijać prześcieradłem!?
Westchnął z wyraźnym trudem. Vin była zagadką.
Dziewczyna ponownie się odezwała. Przedstawiła treściwą i piękną w swej prostocie wizję odnalezienia jednego z ich braci. Vein uśmiechnął się, nieco wymuszenie. Najbardziej na świecie pragnął działać, nie zaś mówić o działaniu. Gorycz i gniew wciąż balansowały w nim na granicy przelania.
- Jakiś irracjonalny głos w mojej głowie pragnie przelania tej krwi. - stwierdził Vein z wyraźną dezaprobatą względem siebie. - Będziemy musieli... popracować nad samokontrolą, Vin. - stwierdził i tym razem uśmiechnął się zupełnie szczerze i naturalnie. Vein znał jedną - dość kontrowersyjną - formę poprawy panowania nad sobą. Wyszaleć się, zaspokoić pragnienia, uśpić je na jakiś czas.
Vin rozważała - lub planowała, ciężko określić to z całkowitą pewnością - zabicie Veina gdy już zmienią świat. Vein zaś, choć na samym początku był gotów oddać swe życie smoczej córce, niekoniecznie pozwoliłby jej na to u kresu ich podroży? Czy po tych wszystkich staraniach, by sprowadzić tę niewdzięczną krainę na właściwe tory, byłby gotów porzucić wspaniały efekt oraz własne życie, wiedząc, że Vin robi to nie dla dobra smoczej rasy, a jedynie kierowana własnym szaleństwem i dzikością? Czy jej szaleństwo i swoboda warte były więcej niż jego życie?
A jeżeli nie - co wtedy?
Co, gdyby Vein nie zgodził się oddać życia na końcu ich wspólnej podróży? Co, jeżeli nie chciałby paść ofiarą jej wewnętrznej bestii? Miałby ją zabić? Oh nie. Wolałby zrobić coś o wiele gorszego. Uczynić ją nieśmiertelną. Przemienić w legendę do straszenia dzieci. I wynieść jej gniew do legendarnego poziomu. Gdyby na końcu ich drogi, faktycznie lód i metal mieliby stanąć naprzeciw sobie, Vein nad śmierć dziewczyny wybrałby jej uwięzienie. W potężnym, lodowym krysztale, który nie stopniałby do dnia, w którym jego stwórca zginie. A wtedy na świat powróciłaby furia, gniew, śmierć i zniszczenie. Ludzie baliby się jej nadejścia. Wiedzieliby, że gdy w końcu wybije godzina jej powrotu, drogi spłyną ich krwią. Słusznie. Tyle lat żyli w beztrosce, całkowicie zapominając o strachu i pokorze, że fala śmierci, pogardy i nienawiści, ogrom furii gromadzonej przez lata uwięzienia byłby dla nich jak najbardziej stosowną karą. A co, jeżeli Vin zwróciłaby się przeciw smokom i ich dzieciom? Wtedy nic by się nie zmieniło. Ten scenariusz może zaistnieć tylko i wyłącznie, jeżeli na końcu ich drogi dwójka smoczych dzieci stanie przeciw sobie. Vin jednak kochała smoki - nienawiść do władcy lodu wcale nie musiała przełożyć się na nienawiść do wszystkiego i wszystkich.
Gotowy? - zapytała dziewczyna wyrywając go z zamyślenia.
- Od dłuższego czasu. - odparł łagodnie i wspólnie wyszli z pomieszczenia.
Gracz opuścił wątek








17.09.2017, 13:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Śpiący Okoń

STRAŻNIK
Miejsce: Statek
Pogoda: Delikatna Morska Bryza
Morska Podróż



oja córka. - rzekł w końcu, lekko łamiącym się głosem. Niemalże niesłyszalnie. Z pewnością sytuacja była dla niego przykra, ale w pewnym stopniu zdawał się z nią pogodzić. - Zaczęło się ze dwa tygodnie temu. - położył łokcie na stole i złączył dłonie, jakby miał omawiać istotny interes. Tak zresztą, po części, było. - Z początku niewinnie. Myśleliśmy, że czymś sobie przygniotła palec. Paznokieć zdawał się być jakby skruszony. Wkrótce skóra na jej palcu zrogowaciała. Niedługo trzeba było czekać na to, żeby to cholerstwo otoczyło całą jej dłoń. Nie pamiętam co mówiła, czy to bolesne, czy swędzi... chyba nie. A przynajmniej póki co. Po prostu jej skóra zszarzała, zrogowaciała. No i stwardniała. Przynajmniej sama tak twierdzi. Ma problem z zaciśnięciem dłoni w pięść. W sumie to nie widziałem, w jakim stanie jest ostatnio. Wolę nie przebywać z nią zbyt blisko. Sam rozumiesz...
Sytuacja, przynajmniej z powierzchownego opisu, nie wyglądała na zbyt poważną. Jedyny niepokojący fakt to to, jak szybko zwiększył się obszar skażenia. Tak szybko postępująca choroba skóry była dość rzadka. Zwłaszcza jeżeli przyjmie się, że na dłoni się nie skończyło.
- Jest też tu na statku, w kajucie. Nikt inny nie zachorował, a przez jakiś czas jeszcze normalnie się z nią widywaliśmy, więc chyba nie zaszkodzi zobaczyć.



23.09.2017, 07:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Śpiący Okoń

Duma Heleny kołysała niesiona na wysokich, morskich falach. Przez szpary między drewnianymi deskami tworzącymi kajutę dochodził porywający, wodny zapach. Słony aromat pchany chłodnym, orzeźwiającym powietrzem, które przedzierając się do wnętrza statku tworzyło wysokie, piszczące dźwięki. Okręt sunął po wąskiej cieśninie, a jego ciało skrzypiało. Elementy wewnątrz chodziły, jakby nie mogąc zaznać spokoju. Nawet białowłosemu ustanie w pionie sprawiało trudność. By nie upaść chwycił dłonią podporę wystającą po lewej stronie pomieszczenia, kurczowo zaciskając palce w poprzek biegnących po drewnie ciemnych oczek. Bujało niespokojnie, wobec czego Lyress poczuwał się jak niemowlę kołysane na rękach matki chcącej doprowadzić swe dziecko do snu. Z początku prowadziło to także do zawrotów w żołądku, do czego po czasie przyszło się przyzwyczaić.
Na przeciw niego, przy niedużym, lecz obficie obłożonym stole siedział kapitan. Z posmutniałym wzrokiem i jeszcze smutniejszym głosem opowiadał o swej córce, której przyszło zmierzyć się z okropną chorobą. Zarazą, która objęła wpierw paznokieć, później palec, a teraz całą dłoń. Fakty te doprowadziły młodego altruistę do rozmyślań. Jego błękitne spojrzenie utkwiło w sklepieniu. Spoglądał na nie przez śnieżne kosmyki, które uporczywie opadały wzdłuż czoła. Zmagał się, chcąc zaczesać je za uszy, lecz były za krótkie. A w tym momencie, zupełnie ignorując niedogodność, odbiegał myślami do wiedzy, która tkwiła w jego małej głowie. Przypuszczał, rozmyślał i wysuwał wnioski... A przynajmniej hipotezy, które mogłyby wyjaśniać cholerną dolegliwość dziewczynki. Zrozumiał, że bakterie nie przenoszą się w powietrzu, bowiem żaden majtek nie zdołał zachorować. Dziewczę zostało odizolowane, zamknięte i pozbawione kontaktu z innymi. To dobrze, choć z drugiej strony medalu ograniczono jej dostęp do ojca. Jedynej osoby, która mogłaby ją zrozumieć, pocieszyć lub choćby powiedzieć coś miłego, ciepłego, coby podniosło dziecko na duchu.
- Rozumiem. - Przeniósł swe spojrzenie na Brana, lecz nie było ono ciekawskie jak dotąd. Teraz błękitne oczęta wypełnione były szczerym zrozumieniem i współczuciem. - Przygotuj swoją córkę na spotkanie. Chciałbym żebyś także tam był. Jesteś jej ojcem i Ciebie teraz potrzebuje najbardziej. Będzie to dobry moment bym przyjrzał się chorobie. Lecz miej na uwadze, iż chodzi tutaj także zarówno o moje, jak i twoje bezpieczeństwo.
Szczupły młodzian, który dopiero teraz poczuł jak mocno kręci go żołądek, przymknął powieki. Bynajmniej chodziło o fakt sunięcia statku. Od samego rana nie włożył nic do ust. Jego blada dłoń powędrowała do brzucha, masując delikatnie koniuszkami palców koszulkę, która opiewała zmarznięty tors. Wtem, myśląc o zupełnie innych rzeczach, o dobrej pieczeni, chrupiącej skórce soczystego mięsa, polewanego grzybowym sosem i kęsem świeżo wypieczonego, ciepłego jeszcze chleba, przyszło mu na myśl pytanie, którego nie omieszkał długo ukrywać. Kuknął w kierunku rozmówcy i ponownie jego niedojrzały głos zagościł w kajucie.
- Powiedziałeś, że wszystko zaczęło się dwa tygodnie temu. Choroba postępuje, to widać. Jednakże czternaście dni, by objąć całą rękę, to wysoko mocny i zapewne ciężki do wyplenienia zaraz. W związku z tym jeszcze jedno pytanie naszło mi do głowy. Muszę wpierw znaleźć odpowiedź, skąd to się wzięło nim zadam pytanie - jak się tego pozbyć? I te słowa kieruję do Ciebie. Z kim lub... może z czym twoja córka miała kontakt, nim została skażona? - Zmrużył nieznacznie powieki, swym ciepłym spojrzeniem obdarzając gospodarza.


Now we fight. Shall we?






26.09.2017, 17:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Śpiący Okoń

STRAŻNIK
Miejsce: Statek
Pogoda: Delikatna Morska Bryza
Morska Podróż



apitan łajby spojrzał na biało włosego pełen nadzieji, a jego oczy zdawały by się być delikatnie mokre od łez. Najwyraźniej ucieszył go fakt iż znalazł osobę która pomoże mu z chorobą córki, jedynej córki. Wstał więc z krzesła i powolnym korkiem zaczął chodzić po kajucie tam i z powrotem zaczynając ponownie konwersację z magiem: - Dziękuję Ci za to że się zainteresowałeś tą sprawę. Wiem że ta choroba jest niebezpieczna nie tylko dla niej, ale i dla otoczenia. Jeśli będziesz wstanie ją uratować, zapłacę Ci. Bardzo chcę ją zobaczyć. Zrób co możesz aby ten koszmar się skończył. - Tu na chwilę przerwał by móc złapać oddech i przetrzeć oczy, a następnie znów zaczął rozmowę: - Wierz mi, chciałem się dowiedzieć skąd się to wzięło, jednakże nie chciała powiedzieć. Na samą myśl, za każdym razem gdy poruszałem ten temat zaczynała się trząść jakby ze strachu. Mamrotała jedynie pod nosem, ale nic z tego nie rozumiałem. Ona chyba nie rozumie powagi sytuacji w jakiej się znalazła. Może Tobie się uda z niej to wyciągnąć. A tym czasem... Musisz coś zjeść. Potrzebujesz energii i czasu aby się przygotować. Zaraz będzie obiad dla całej załogi. Jeśli masz ochotę to zapraszam pod pokład. Za jakieś dziesięć minut pożywienie powinno być gotowe. Później przyjdź do mnie gdy będziesz gotowy na oględziny mojej córki. A teraz pozwól, że się pomodlę przed posiłkiem. - Po czym delikatnymi słowami wyprosił Lyress'a z kajuty. Najwyraźniej potrzebował nieco prywatności.

Przyjemny zapach czuć było już na całym statku. Załoga która jeszcze kilka chwil temu pracowała z całych swych sił znajdowała się już przy stole czekając na posiłek. Lyress chcąc się posilić prawdopodobnie zejdzie na dół gdzie czekała by na niego dobra strawa. To jednak zależy od niego. Być może chciałby się rozejrzeć przy statku, być może się przespać? Cóż, nie dowiemy się tego gdyż jeden z majtków grzecznym głosem zaprosił i wskazał ręką na schody by młody mag mógł z nimi zjeść. Schodząc schodami zapach stawał się to coraz bardziej intensywny, a głosy to głośniejsze. Wszyscy tylko czekali aż wszyscy zasiądą to stołu aby wspólnie skonsumować obiad. Lyress mógł ujrzeć także jednego z mężczyzn który z talerzem gorącej zupy biegł po schodach na górę, prawdopodobnie zanosząc posiłek chorej córce kapitana. No cóż, czas jeść. Podano ciepłą zupę pomidorową zaś na drugie danie pierś kurczaka z ziemniakami. Kompot oraz woda znajdująca w beczkach zaś miała służyć do popicia. Czas posiłku, a następnie czas pracy.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2017, 17:29 przez Daniel.)



Umiejętności Daniela:
Dzięki jednej z moich umiejętności, gdy spojrzycie mi w oczy możecie czuć się nieco niepewnie, czuć delikatny dyskomfort a nawet mały strach. Fajnie by było jakbyście to uwzględnili podczas rozmowy ze mną.






07.10.2017, 14:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Śpiący Okoń

Tęgi kapitan, najzwyczajniej wzruszony myślami, uronił słoną łzę, która spłynęła po różowym od ciepła policzku. Widok ten wprawił białowłosego, młodego maga w smutek, gdyż darzyła go krucha niczym świeżo upieczony chleb, emocjonalność. Na widok boleści duszy wypisanej na obliczu starszego mężczyzny, Lyress reagował pochmurnością. Złapał lewę ramie, masując prawą stopą drewniane, popękane panele pokładu. Oderwał wzrok od przybitego rozmówcy, a w nieprzeciętnie bystrej głowie zawitała cicha pustka. Otwarty altruista, lecz marny motywator. Skłonił się jeno, szepcząc krótkie podziękowania, gdy zaproszono go na obiad. Wtem uczuł, jak miliony mrówek biegną wzdłuż jego brzucha. Wydany przy tym dźwięk świadczył, iż akolita nie zapełniał dawno swego żołądka. Uczuł potworny głód, lecz dopiero wtedy, gdy pustkę w jego głowie wypełniła wizja smacznych potraw. Błądził myślami po dawnych ucztach, gdzie podawano miękko gotowane mięsa w gęstym, brązowym sosie wypełnionym równo krojonymi, duszonymi pieczarkami, rozpaćkane, rozpływające się w ustach ziemniaki i gotowaną, równie miękką, mocno pomarańczową marchew. Takie rarytasy od dawna nie zawitały w ustach młodego nadczłowieka.
- Zgrzeszyłbym odmawiając ciepłej strawy. Mój żołądek cierpi od długich podróży, a sakiew nieczęsto pozwala na jego zapełnienie. - Starał się wymusić uśmiech na zwieńczenie swej wypowiedzi, lecz wyszła jedynie krzywa smuga. Energicznym krokiem opuścił lokum kapitana, kierując się schodami na górę, na pokład, gdzie też zaczepił go jeden z majtków. Lyress nie omieszkał zaprzeczać, ani przeciwstawiać się. Ruszył wraz z załogą do pomieszczenia, gdzie podawano ciepłe jedzenie. Był to dobry moment na rozeznanie się w otoczeniu, poznanie innych podróżujących, którzy mogli posiadać informacje odnośnie stanu i przeszłości córki włośnika. Tak też jego błękitne spojrzenie błądziło po sosnowych stołach, szukając osób samotnie siedzących i takich, którym źle się spod oczu nie patrzy. A gdy odnalazł odpowiednią jegomość, po obfitym wyplenieniu własnego głodu, ruszył w jej kierunku i zasiadł obok. Szedł zaś krokiem spokojnym, lekko chwiejąc barkami. Twarz miał poważną, kamienną, nie chcąc zdradzać swych uczuć i celów. Dwie zimne dłonie zwisały wzdłuż talii, zaś śnieżne kosmyki włosów, jak zawsze, opadały na powieki delikatnie drażniąc maga. Usiadł wygodnie obok wybranej persony.
- Witaj, jestem Lyress. - Rozpoczął rozmowę błahymi słowami chcąc wzbudzić szczątki początkowego zaufania. Miał także nadzieję, że nowy rozmówca okaże się człowiekiem na tyle ogarniętym, by także się przedstawić. Gdy zaś obydwoje wymienili się swymi imionami, białowłosy mag kontynuował napoczętą pogawędkę - Podróżuję do Valen, lecz los zesłał mi zadanie wyleczenia córki kapitana. Słyszałem o dziewczynce, którą dopadła niemiłosierna choroba. Jednakże przy każdej próbie wyciągnięcia z niej informacji, zaczyna zachowywać się nienaturalnie. Wierzę waszemu dowódcy na słowo, dlatego też muszę wiedzieć, czy ktoś z was nie widział, ani nie słyszał o niej przed tym, jak zaraza zaczęła się rozprzestrzeniać. Sądzę, że miała kontakt z osobą zarażoną, lecz nikt jeszcze nie był w stanie podtrzymać lub potwierdzić moich przypuszczeń. Może wy coś widzieliście? - Wymienił spojrzenie z mężczyzną siedzącym obok, a także po całej reszcie dookoła, o ile zwrócił czyjąś uwagę. Słowa kierował do jednostki indywidualnej, lecz większa część załogi mogła wykazać swoje zainteresowanie. Ten fakt byłby dla niego oczywiście korzystniejszym.


Now we fight. Shall we?






07.11.2017, 14:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna