Obrzeża Miasta
#11

~ MG ~


Kobieta przez kilka sekund, które dla niej mogły być jak wieczność wpatrywała się w twarz młodzieńca, który właśnie jej pomagał. Zamrugała swoimi powiekami, jakby była co najmniej śpiąca, kiedy łowca zadawał jej pytanie. Kolejną chwilę zajęło jej uświadomienie sobie co do niej właściwie mówi, no ale wreszcie dotarło to do kobiety.
- Przed izdebką. - Wskazała kierunek do niej, poprzez lekkie skinienie głowy w kierunku, z którego przyszła. Kiedy mężczyzna spojrzał w tamtą stronę zobaczył bardzo oczywistą wskazówkę - liczne krople krwi, które najprawdopodobniej uciekły ze zranionej ręki.
Sekundę później nieznajomej zakręciło się w głowie, przez co znowu oparła się na mężczyźnie. Z całą pewnością nie robiła tego specjalnie, sądząc po jej stanie była po prostu tak wycieńczona, że miała problem, by ustać równo na nogach. Właściwie to trudno się jej dziwić, z taką gorączką nie powinna w ogóle wstawać z łóżka, a ona w cienkim płaszczu udała się na poszukiwania Morrisa... Do tego była bosa, jak większość biedaków z tej części miasta.
Słysząc kolejne pytanie, jej zamglone niebieskie oczy stały się jeszcze bardziej nieobecne. Cholera wie, czy cofała się wspomnieniami do tamtej chwili, czy może po prostu odpłynęła do swojego świata.
- Oni... Zabrali Morrisa... Walczyłam... Łańcuch... - Jej zraniona dłoń na dźwięk ostatniego słowa zajęła się drgawkami. Możliwe, że to właśnie przez łańcuch jest teraz jaka jest. Owszem, na jej powierzchni znajdowało się wiele ran płytkich, ciętych, ale także znalazło się kilka głębszych, jakby robione od grubej igły. Prawdopodobnie łańcuch nie był taki zwykły, jak mogłoby się wydawać. Krew nie tryskała, ale w dalszym ciągu, powoli wydobywała się z ran.
Łowcy z ledwością udało się przetransportować kobietę pod drzewo, gdyż nie stawiała już kroków, a tylko włóczyła nogami. Zapewne jest z nią coraz to gorzej. Będąc już tak oparta, ucięła sobie drzemkę, bo co innego właściwie jej pozostało... No chyba tylko umrzeć.
Mężczyzna natomiast szybko udał się za drzewa i krzaki w poszukiwaniu ziół. Żadnego grzyba nie udało się znaleźć, ale za to były dwie dziko rosnące fasole jak i jeden purmoran. Zatem tragedii nie było, chociaż bywało lepiej. Chociaż z drugiej strony co tutaj wyrośnie, pewnie było szybko pochłaniane przez biedną, miejscową ludność.
Kobieta spokojnie leżała oparta o drzewo, więc nią pod tym względem nie trzeba było się martwić.
23.05.2015, 23:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#12

Ah... Więc tak się sprawy mają. Listek Purmoranu wziąłem na wszelki wypadek. Korzeń natomiast starłem na kamieniu przy użyciu trzonu noża z odrobinką wody z bukłaku. W ten sposób uzyskałem papkę, którą mogłem użyć do posmarowania ran kobiety. Miałem nadzieję, że zatamuje te rany chociaż trochę . Cholera... Ten płaszcz. Oby nie miała mi za złe tego co mam zamiar zaraz zrobić. Staram się ocucić kobietę.
- Wybacz. Będę musiał zatrzymać krwawienie, a do tego potrzebuję twojego płaszcza. Spód płaszcza poszarpałem, aby uzyskać materiał na bandaże. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie tego dużo. W końcu nie mogę zostawić jej bez odzienia. Dlatego poważne rany posmarowane przyrządzoną maścią owijam, końcówki rozdzieram i zawiązuje. Cholera, ona nawet nie jest w stanie chodzić... No dobra nie ma co się mazać. Przywykłem do polowania. Tam wszystko jest takie proste, przynajmniej w teorii. A tutaj? Nie wiem co mam robić. Jestem zdezorientowany, a mam tylko trzy możliwe drogi, przed sprawdzeniem miejsca z którego przybyła ta młoda dama. Zostawić ją pod drzewem, zabrać ze sobą lub odstawić do miasta. Zanim podejmę decyzje muszę ocenić ogólny stan dziewczyny. Oglądam ją dokładnie. Sprawdzam czy maść zaczęła działać oraz jak się ma sprawa krwawienia. Jeśli jest z nią bardzo źle zabieram ją do miasta niosąc na ramieniu, a następnie kieruje się do izby o której wspomniała, podążając po śladach krwi.
24.05.2015, 01:45
Przeczytaj Cytuj
Obrzeża Miasta
#13

~ MG ~


Kobieta cierpliwie czekała na mężczyznę, nie czując nawet upływu czasu. Jej stan robił swoje, przez co miała problem z logicznym łączeniem faktów, a nawet z podstawowym myśleniem. Nawet w międzyczasie udało się jej uciąć małą drzemkę, która z pewnością dobrze jej zrobi, chociaż po jej ciele zaczęły przebiegać lekkie drgawki. Podwinęła kolana pod brodę, opierając się twarzą o korę. Może w duchu wierzyła, że teraz jest w domu, bezpieczna i wszystko to było tylko i wyłącznie smutnym koszmarem.
Łowca dzięki swojej znajomości roślin wykorzystał korzeń purmoranu, tworząc z niego niezłą papkę. Może troszkę się przy tym urobił, ale dzięki temu zrobi dobry uczynek dla kogoś, kto naprawdę potrzebował pomocy. Kiedy mężczyzna wreszcie podszedł do kobiety z prowizorycznym medykamentem, ta ocknęła się z krzykiem.
- MORRIS!! ZOSTAWCIE, ZOSTAWCIE GO! - Zaczęła się szamotać, wymachując rękami we wszystkie strony, odpychając od siebie Yarkarda. W jej oczach na moment było widać obłęd... Ale i zmartwienie połączone z chęcią walki. Po kilku sekundach jednak oprzytomniała, mrugając powiekami.
- Przepraszam... - Wyszeptała, spuszczając głowę w dół. Chyba poczuła, że jest teraz trochę jak piąte koło u wozu. Powodowała więcej problemów, a do tego zaczepiła jakiegoś nieznajomego człowieka, któremu zajmowała czas.
Łowca wcierając papkę w rany na dłoni słyszał tylko wymowną ciszę. Kobieta nadal miała głowę spuszczoną w dół, ale była cały czas przytomna. Nie robiła żadnych awantur, ani nic nie mówiła, kiedy mężczyzna targał zakurzony płaszcz. W końcu skończył swoje dzieło, które na jakiś czas powinno wystarczyć.
- Dziękuję. - Wyszeptała kobieta, z której to oczu popłynęły łzy. Chyba część jej świadomości wróciła na odpowiednie miejsce. Podniosła na moment swoją głowę, by oprzeć potylicę o korę drzewa. Ostrożnie oparła owiniętą dłoń na kolanie, uśmiechając się przez ostatnie łzy. W ten sposób ułożona, spędziła kilka minut, zbierając siły na swoje postanowienie. Z każdą chwilą stawała się coraz bardziej przytomna.
- Będę Ci dłużna za pomoc... A teraz wybacz, ale muszę iść po Morrisa. - Kobieta powoli zaczęła się podnosić, ciągle opierając swój ciężar na drzewie - nie chciała bowiem już bardziej męczyć łowcy. Niemniej, niezbyt jej to wyszło i po kilku sekundach osunęła się na ziemię.
- Spokojnie, zaraz się podniosę, możesz już iść. - Odpowiedziała spokojnie.
26.05.2015, 20:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#14

No dobra... Było okej, przynajmniej tymczasowo. Mam nadzieję, że nie pójdzie za mną, ale kto wie...
- Posłuchaj mnie uważnie. Musisz tutaj zostać, a ja pójdę sprawdzić co z Morrisem. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Powiedziałem opanowanym głosem i udałem się w stronę izdebki, aby dowiedzieć się co tam się tak na prawdę wydarzyło. Pozostaje pytanie... Kim jest ta kobieta? Przedzierając się do izby, którą wskazała dziewczyna trzymałem ręce w gotowości do dobycia broni. Obym nie żałował tej decyzji... Ale cholera! Martwię się o nią. Odwróciłem się w kierunku drzewa pod którym siedziała kobieta... Tak sprawdzałem czy przypadkiem nie robi czegoś głupiego. Gdy dotarłem do izby obserwowałem ją chwilę z daleka, chowając się za drzewem. Nie chciałem wkraczać tam nieprzygotowany. W końcu nie wiedziałem kto lub co się tam znajduję. Następnie obejrzałem budynek dookoła, aby sprawdzić ewentualnie drogi ucieczki. Kiedy czułem się już przygotowany... Przynajmniej w moim mniemaniu. Wyjąłem broń i wszedłem ostrożnie do budynku...
27.05.2015, 13:58
Przeczytaj Cytuj
Obrzeża Miasta
#15

~ MG ~


Kobieta słysząc polecenia mężczyzny, podwinęła kolana pod brodę i mocniej opatuliła się swoim płaszczem. Lekko drżała, ale z każdą chwilą wyglądała coraz lepiej. Pokiwała głową twierdząco, dając do zrozumienia, że będzie tutaj grzecznie czekała. Prawie promienie słońca rozświetliły jej twarz, dodatkowo ją ogrzewając. Teraz to już na pewno nigdzie się nie ruszy, ciesząc się tym ciepłym miejscem.
Mężczyzna natomiast najpierw musiał stoczyć małą bitwę ze swoim sumieniem i poczuciem obowiązku. Niemniej powinien być spokojny, bo kobieta nie miała zamiaru tym razem robić wszystkiego po swojemu. Po króciutkiemu rozważeniu sytuacji łowca już mógł spokojnie zająć się powierzonym zadaniem. Powoli, po śladach krwi doszedł do miejsca jej zamieszkania. Raz szkarłatna ciecz była rozlana w większej ilości kropel, raz było jej znacznie mniej. Wolne kępki trawy, jak i wydeptane ścieżki - wszystko to zostało umazane krwią. Po kilku minutach wędrówki, łowca wreszcie dotarł na miejsce, które wyglądało dosyć zwyczajnie jak na tutejsze domy.

Zapraszam - Chata Lipp
31.05.2015, 00:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#16

Sprzeciwiła mu się. Czy może nie tyle sprzeciwiła, co postawiła. To było dla Veina zupełnie nowe uczucie. Śmiało można rzec, że mędrzec był zdruzgotany. Nie odbiło się to mrozem w jego aurze - to był wyraźny znak jak bardzo wywyższał ją nad zwykłych ludzi. Gdy ktoś zwyczajny zachowywał się nie tak, jakby wskazywały zamysły władcy lodu, momentalnie robiło się lodowato. Tu zaś nie było gniewu. Bardziej niedowierzanie. Niezrozumienie.
Nie rozumiał jej, i w przeciwieństwie do dziewczyny, nawet nie posiadał teorii, do której mógłby przypisać jej zachowania. Pogrywał z nią? Nie. Zdecydowanie nie o to chodziło. Vein nie odnalazł w życiu tego rodzaju satysfakcji, jakim karmiła się Vin. Nie niszczył serc. Postąpił tak jak postąpił, bo myślał, że to było właściwe. Subtelne acz wyraziste. Chciał, by poczuła się ważna. Nie w taki sposób, w jaki stawała się ważna dla innych - zaślepionych jej wdziękiem, śliniących się bezmyślnie. Chciał, by poczuła się ważna zupełnie inaczej, dużo subtelniej, a zarazem bardziej znacząco. Czy to czyniło z niego okrutnego wykorzystywacza a z niej jego bezradne narzędzie? Czy może to Vin była zaabsorbowana zabawą ze skrajnym podążaniem do tego stopnia, że odbierała to niewłaściwie? Może istnieje coś pomiędzy?
Nie odpowiedział jej. Nie odpowiedział również na słowa o rozkazywaniu. Wygłosił swe żądania i chłonął jej odpowiedź. Całym sobą. Dłużej.
Vein nie zachowywał się normalnie. Kroczyli uliczką po której poruszali się także inni ludzie, a on nie zaszczycił ich nawet pogardliwym spojrzeniem. Mało tego - nawet nie zauważył ich obecności. W zasadzie niewiele widział, jego oczy, choć miał je otwarte, pozostawały ślepe. Podążał za nią kierując się wyłącznie słuchem i intuicją.
Myśli Veina krążyły wokół jej słów. Wokół jej oburzenia. Białowłosy nie wiedzieć kiedy, rozgryzł sobie wargę wypełniając usta charakterystycznym smakiem krwi. A jednak wcale nie obudziło to w nim dzikości. Nie planował wyżyć się na pierwszym napotkanym człowieku. W zasadzie całkiem stracił zainteresowanie ludźmi - Ona była ważniejsza.
W końcu zatrzymał się i choć dziewczyna szła nieco przed nim, wiedział, nie mógł jej umknąć ten fakt dzięki jej słuchowi.
- To nie są rozkazy. - powiedział momentalnie odzyskując ostrość widzenia i koncentrując wzrok na dziewczynie. - Nie próbuję Ci niczego rozkazywać, Vin. - powtórzył z naciskiem. - Żądam. Oczekuję. Pragnę. - zawahał się. - Ciężko mi dostrzec różnicę między tą trójką inaczej, niż w Twoim gniewie, księżniczko. - jego głos nabrał łagodności. - Pozostańmy więc przy pragnę, Vin. I staram się jak najdobitniej wyrazić swe pragnienia. - uniósł głowę ku niebu odsłaniając zupełnie niechronione gardło. - Dlatego, Vin, córo Derhk'ela. - krótka przerwa w której Vein spojrzał jej w oczy - Sprzeciwiaj mi się ilekroć moje pragnienie będzie wrogie Twoim. Oponuj, oburzaj, demonstruj, poderżnij mi gardło jeśli wola. - wymieniał możliwości absolutnie lekceważącym je tonem. - Gdy będzie Ci wrogie. - powtórzył z naciskiem. - Nie wkurwiaj się jednak dla samej zasady, bo ktoś czegoś żąda. Wiem, że jesteś tu z własnej woli. Wiem też, że jak dotąd nasza wola jest ze sobą w harmonii. - przekrzywił głowę a jego spojrzenie nabrało jeszcze więcej intensywności. - Czy coś się w tej kwestii zmieniło?








13.12.2016, 19:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#17

Przez moment się bała. Wcześniej nigdy nie byli w takiej sytuacji. Nie kłócili się, nawet nie sprzeczali, właściwie zawsze byli zgodni w ważniejszych kwestiach. Dlatego Vin czuła lekkie, ale bolesne ukłucie strachu. Nie był to lęk przed walką z chłopakiem, znała dobrze jego umiejętności i wiedziała jak wykorzystać słabości Lodu, żeby przebić się przez nie swoim Metalem. Wzdrygnęła się w duchu. Ta wiedza była jej zawsze potrzebna w sytuacji, kiedy będzie musiała bronić Veina lub razem z nim walczyć przeciwko innym stworzeniom, a nie go atakować. Zabiłaby go w walce, była o tym przekonana. Ale nie zamierzała robić tego ani w taki sposób, ani przez taką nieistotną rzecz. Psia mać... ~ przygryzła wargę, patrząc przed siebie ~ Czy to było takie nieistotne? Niemniej Vein musiał być świadom jednej rzeczy: nie będzie jej rozkazywał. Nie jest jego własnością. Nie należy do niego w rozumieniu materialnym. Robi to, co uważa za właściwe.
Westchnęła w duchu, zachowując kamienną twarz. Miała w głowie całkowity zamęt. Nie rozumiała, czemu zrobił to, co zrobił - czemu ją pocałował. Dalej czuła jego chłodne wargi na swoich ustach. Musiała się powstrzymywać, żeby nie dotknąć ich opuszkami palców. Słyszała, jak szedł za nią. Milczenie nie było dla nich zazwyczaj problemem, ale w tej sytuacji Vin czuła się jakby natrafiła na jakąś niewidzialną barierę. Vein był czasem bardziej powalony niż czerwonowłosa, ale ona zawsze widziała jakąś logikę jego działania. Widziała sens w jego słowach i czynach. Dlaczego zatem teraz miała wrażenie, że nie pojmie tego co chciał jej przekazać? Co jej umykało? Czego nie rozumiała? A może przypisywała temu zbyt duże znaczenie? Zmarszczyła brwi, całkowicie ignorując zaciekawione spojrzenia, które wlepiali w nią wieśniacy. Zupełnie ich nie zauważała, wyłapując jedynie dźwięki kroków białowłosego.
Odwróciła głowę w jego kierunku, kiedy się zatrzymał. Jej pytające spojrzenie odbiło się w jego oczach, kiedy podeszła do niego, wyraźnie czując zapach krwi. Jego krwi. Lustrowała go wzrokiem, po chwili jednak obserwując okolicę. Dopiero gdy znalazła się bliżej, udało jej się zlokalizować miejsce krwawienia, którym były jego wargi. Skrzywiła się, mając nadzieję, że nie zamierza przez to wpaść w trans zabijania... Uśmiechnęła się do niego słabo, a uśmiech ten wyrażał jasno pytanie: co Ty do kurwy nędzy wyrabiasz?! Jednak...
...jego spojrzenie nagle nabrało ostrości. Serce Vin nagle zaczęło bić szybko, choć nie była pewna z jakiego powodu. Dawno tak na nią nie patrzył. Kącik jej ust uniósł się w górę, kiedy wypowiedział pierwsze zdanie.
- Czasami zapominam jak subtelne różnice w natężeniach emocji są Ci nieznane, Vein. - powiedziała, odwracając od niego głowę, patrząc się w jakiś punkt, gdzieś za horyzontem. - I jak ja przykładam do nich wagę na co dzień. - ciągnęła, ostrożnie dobierając słowa. - I jak bardzo nie rozumiem Twoich rozkazów, oczekiwań, żądań czy pragnień. - westchnęła, przygryzając delikatnie wargę. Na jej twarzy malowała się niepewność, czego nigdy nie pozwalała widzieć innym. - I nie umiem Cię o te pragnienia pytać. - zakończyła, a na jej policzkach wykwitł delikatny rumieniec. Odwróciła się od niego, co było jednoczesnym aktem zaufania i bezradności. Dopiero kiedy się uspokoiła, jej oczy znów mogły napotkać jego intensywne spojrzenie. - Oczywiście, że będę Ci się sprzeciwiać, jeśli uznam, że jest taka konieczność. I wtedy prawdopodobnie Cię zabiję. Ale nie zrobię tego, jeśli nie będę rozumieć dlaczego się nie zgadzamy. - zmrużyła groźnie oczy, ale po chwili się roześmiała, psując cały efekt. Podeszła do niego, przechylając głowę. -Patrzysz się na mnie jakbyś chciał zamrozić mnie wzrokiem... wiesz, że nie rusza mnie Twoja oziębłość. - puściła mu oczko. - Nic się nie zmieniło, Vein. Jesteśmy zgodni. - potwierdziła, a jej oczy rozbłysły tysiącami iskierek. Złośliwych iskierek. Złapała go rękaw i tym razem to ona wpatrzyła się w niego intensywnie. - Ale powiedz mi jedno. Czemu mnie pocałowałeś? - uniosła brew, a z jej twarzy nie schodził diaboliczny uśmiech.








13.12.2016, 19:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#18

Obserwował ją, słuchał, mrugał chłonąc jej odpowiedź. W zasadzie tak jak on wyraził swoje stanowisko, swój punkt widzenia, swoje zdanie, tak i ona wyrażała swoje. Nie bardzo było co tu komentować. Przytaknąć, że gubił się w subtelnych różnicach między emocjami? Przecież o tym wiedziała lepiej od niego. Przecież sama to powiedziała. Po co miałby więc strzępić język?
Na kwestie jej nierozumienia rozkazów również się nie odezwał. W zasadzie samą treść tychże była czymś oczywistym. Niemniej, Vein zdawał sobie sprawę, że poza treścią było jeszcze coś ukrytego, dużo bardziej subtelnego, za czym dziewczyna podążała.
Gdy stwierdziła, że nie potrafi pytać o jego pragnienia, rumieniąc się przy tym delikatnie, mędrzec przejechał językiem po własnej wardze, zlizując tym samym krew... któż wie czy był to przypadek, czy miało to jakiś związek z jej słowami.
W końcu odwróciła się do niego plecami. Jeżeli był to akt zaufania, dla Veina stanowił najbardziej elementarną oczywistość. Koniec końców na samym początku ich znajomości, dziewczyna miała możliwość go zabić. Całkowicie swobodną. On zaś wcale nieczułby wtedy wściekłości. Być może rozczarowanie. Jak miałaby się bać kogoś takiego? Jak miałaby przypuszczać, że pokazanie mu pleców daje choć cień szansy na to, że plecy te zostaną czymś przebite? Zdaniem Veina, nie było ku temu podstaw. Bo i w rzeczywistości, nie było ku temu podstaw.
Uśmiechnął się. O to mu właśnie chodziło. By dziewcyzna oburzała się, gdy zajdzie konieczność, a nie możliwość. - Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, w której się nie zgadzasz chociaż rozumiesz, Vin. - skomentował głosem myśliciela. Odetchnął ciężko. Jeżeli będziesz rozumieć, będziesz się ze mną zgadzać, Vin. Wiem to. - rzucil do niej już tylko w myślach.
Wpatrywał się w ten jej pełen satysfakcji, diaboliczny uśmieszek. Miał na to kilka gotowych odpowiedzi, a jednak, zanim udzielił jakiejkolwiek, zastanowił się nad tym. Westchnięcie. - Być może po prostu miałem takie... żądanie. - specjalnie użył jednego z trzech słów które wymieniał wcześniej - żądanie, oczekiwanie, pragnienie - by podkreślić jak bardzo podobnymi są dla niego. Koniec końców chodziło o pragnienie, ale przecież aż tak bezpośredni być nie mógł, prawda? - Być może dlatego, że to było najlepsze co mogłem zrobić nawet, jeżeli jeszcze tego nie pojmujesz? - uśmiechnął się przebiegle ukazując rząd swoich niezwykłych zębów. - A być może po prostu raduje mnie widok tego, jak to nie rusza Cię moja oziębłość, a jednak minimalne ogrzanie atmosfery wystarczy, byś... zainteresowała się jego przyczyną? - ponownie uniósł oczy do góry i przeciągnął się. - A być może zwyczajnie, zapragnąłem odrobiny Twoich ust na skutek ponurej wizji, w której coś nas rozdziela? - dodał cichszym, zupełnie niedbałym tonem. Ruszył przed siebie i minął dziewczynę.
- Nie wiem, Vin. Ty jesteś specjalistką od takich rzeczy. Sama sobie wybierz odpowiedź. - zaoferował wspaniałomyślnie.








13.12.2016, 19:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#19

Czuła coraz mocniej kwitnącą złość na samą siebie. Miała wrażenie, jakby oplatała ją niczym pędy bluszczu, które nie mają za grosz szacunku dla jej przestrzeni osobistej. Nie potrafiła jednak kontrolować wypieków na twarzy, które w malowniczy sposób kontrastowały z jej niebiesko-szarymi oczyma. Nie umiała powstrzymać uciekającego spojrzenia, w momencie, w którym myślała o jego pragnieniach. Przeklinała w duchu swój ponadprzeciętny wzrok, bo i tak kątem oka widziała jak się oblizał, a powodów mogła się jedynie domyślać. Lub je wymyślić, co z pewnością byłoby dla niej jeszcze gorsze. Westchnęła krótko. Miała nadzieję, że weźmie to za kolejną pozę z jej repertuaru, a nie za prawdziwe zakłopotanie.
Tak bardzo przyzwyczaiła się do wykorzystywania innych ludzi i dyrygowania nimi wedle własnego uznania, że sama myśl o tym, że ktoś mógłby potraktować ją podobnie, była dla niej nie do zniesienia. Straszna. Uwłaczająca. I choć była pewna, że Vein nie zrobiłby tego... bo poniekąd nie musiał... to jednak sytuacja, w której to on nadszarpnąłby jej uczucia była jakby nie na miejscu. Musiała się uspokoić, żeby odzyskać choćby na chwilę pewności we własnym spojrzeniu.
Uniosła brew widząc jego uśmiech. On zdecydowanie nie rozumiał zasadniczej kwestii: Vin była kobietą. Teoretycznie nie potrzebowała żadnego powodu, żeby się oburzać. I bardzo często przekładało się to na praktykę. Ona jednak zbyt dobrze wiedziała, kiedy należy się pohamować i sprawiać wrażenie głupiej, niewinnej, zaciekawionej lub zawstydzonej. A każdy akt obrażenia mógł ją zdemaskować i przykrywka stałaby się bezużyteczna. Zatem nie obrażała się na nikogo obcego. Vein obcy nie był. I dlatego przy nim mogła ukazywać swoją prawdziwie diaboliczną stronę, której żaden normalny mężczyzna prawdopodobnie by nie przeżył... i mam tu na myśli, że popełniłby samobójstwo, zdając sobie sprawę w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł. Problem jednak krył się w tym, że Vein nie był normalny. A Vin nie miała za co się obrażać. Westchnęła, kręcąc głową.
- Nie możesz jednak takiej sytuacji wykluczyć. Nie jesteś głupcem. - skrzyżowała ręce na piersiach, rozglądając się wokół i uśmiechając uroczo do ludzi, którzy natarczywie im się przyglądali. Podeszła do Veina. I od razu poczuła się mała. - Zresztą... nie zawsze muszę się z Tobą zgadzać. Ale zawsze będę za Tobą podążać. - dodała ciszej, ale była pewna, że z jego słuchem nie będzie miał problemu by zrozumieć doskonale co powiedziała. I to, czego nie powiedziała również. Byli sobie lojalni, ale chyba sami nie wiedzieli co za tym oddaniem idzie ze sobą w parze.
Kiedy usłyszała jego odpowiedź, poczuła szum w uszach. Ze złości oczywiście. Nie po to się go złośliwie pytała, by on odpowiadał jej w taki sposób, smoczy pomiot jeden! Spojrzała na niego ostro, choć iskierka zadowolenia kryła się w jej oczach. Żądanie. Oczekiwanie. Pragnienie. Dla niego to było to samo? Nie umiała myśleć o tych słowach, tak różnie nacechowanych, jak o czymś podobnym. Pokręciła jedynie głową.
- Zazwyczaj nie miewasz takich... żądań. - powiedziała z przekąsem, ale uśmiechnęła się do niego kusząco. Myślała, że wraca już do siebie, jednak jego kolejna wypowiedź całkowicie zbiła ją z tropu. Spojrzała na niego pytająco, ale się nie zatrzymała. Cały czas szli w kierunku ryneczku wioski, gdzie powinna znajdować się karczma.
- Masz całkowitą rację, że tego nie pojmuję. - stwierdziła w końcu, kręcąc głową. Przeczesała dłonią włosy i powiodła interesownym spojrzeniem wokół siebie. Jej oczy zabłysły delikatnie, kiedy lustrowała zasoby metali w pobliżu. Nic ciekawego. Słuchała reszty jego wypowiedzi z kamienną twarzą. Miał dużo racji w tym, że nie przejmowała się jego chłodem i lodową aurą. Może to właśnie dlatego ten dziecinny pocałunek wydał jej się czymś... nie na miejscu? Czymś, co do niego nie pasowało? A z drugiej strony pasowało idealnie do złośliwego, durnego i spaczonego smoczego dziecka? Nawet nie zauważyła kiedy ją wyprzedził. Szła pół kroku za nim, rozważając jego słowa. Nie umiała wyobrazić sobie sytuacji, w której białowłosy ją całuje, bo ktoś lub coś może ich rozdzielić. I dlatego tak bardzo wkurwiało ją to wszystko! Nic nie rozumiała.
- I co mi da wymyślenie sobie historii, która nijak nie będzie odpowiadać rzeczywistości? - westchnęła, zmęczona i poirytowana zarazem. - Będzie chyba lepiej jeśli uznam to za... wybryk mojej wyobraźni. Inaczej będę musiała brać pod uwagę fakt, że naprawdę możesz się we mnie zakochać. A tu już się pojawia problem innej natury. W to nie umiałabym uwierzyć. Tak więc przez Ciebie wszelka logika w moim życiu właśnie umarła. - powiedziała lekkim tonem, ale było w nim dużo smutnej szczerości, która nie była do końca zdefiniowana. Dziewczyna naciągnęła kaptur na głowę, zakrywając oczy. Miotały się w niej różne emocje, nie chciała, żeby w nie ingerował. Wtedy by raczej nie wytrzymała, wściekłość mogłaby ją porwać.








13.12.2016, 20:03
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#20

Oczywiście, że nie rozumiał. Vein nie był kobietą. Miał jeszcze cięższą drogę do zrozumienia kobiet, niż ta połowa świata, którą na rzecz posiadania piersi pozbawiono penisów. W przecież nawet kobiety mają problemy z rozumieniem kobiet. Ba! Nawet sama Vin miewała problemy ze zrozumieniem samej siebie. Dlaczego więc ktoś miałby w ogóle rozważać możliwość, że Vein zrozumie to, że była kobietą? Jej prawo do bezpodstawnego oburzania się na świat? O nie, nie rozumiał. Szczęśliwie jednak, choć Vin mogła myśleć o tej niesprawiedliwości, nie mówiła o niej głośno, mędrzec więc nie trapił się tym problemem.
Patrzył na nią twardym wzrokiem, gdy stwierdziła, że nie mógł wykluczyć takiej sytuacji. Wykluczam mówiły jego oczy. Ale nie w taki sposób, że jej czegoś takiego zabrania. Nie. Dla niego ta sytuacja była zbyt wielkim absurdem, by miał się nią przejmować zanim zaistnieje. Nie wiem jednak, czy Vin miała rację, że czyniłoby to z niego głupca. To był raczej czysto praktyczny pogląd - po co zanadto trapić się tym co nieprawdopodobne?
Kącik jego ust uniósł się minimalnie na jej zapewnienie, że zawsze będzie za nim podążać. Tak naprawdę nie do końca wiedział jak to rozumieć. Ale to były uspokajające słowa. Przyjemne.
- Zazwyczaj nie. - zgodził się gładko ignorując zarówno przekąs w jej głosie, jak i kuszący uśmiech, które przeciętnego mężczyznę doprowadziłyby do szaleństwa w takim połączeniu. Wiedział, że mogła oczekiwać, że dopowie coś do swoich słów. Oraz jak bardzo wkurzający będzie, jeżeli ograniczy się do potwierdzenia. Wybór był oczywisty.
Zatrzymał się na jej pytanie i przekrzywił głowę. - Bo ja wiem? Spokój może? - odparł szczerząc się okrutnie. Dziwnym trafem, pomimo jej zmęczenia i narastającej irytacji, w Veinie narastało rozbawienie. Sytuacja wydała się początkowo niepokojąca. Ba! Budząca masę zmartwień. Ale wyglądało na to, że napięcie się rozładowywało. Fakt, dziewczyna musiała jeszcze uporządkować swoje uczucia oraz wyraz twarzy by doprowadzić się do stanu nieskazitelnej, okrutnej kusicielki, ale cała gorycz, która na ułamek ich żywota wkradła się między nich zdążyła już stopnieć. Więc Vein rozładowywał emocje właśnie tak - drobnymi złośliwościami.
- Och nie! - przejął się sztucznie - Zabić logikę w czyimś życiu... któż mógłby zrobić coś TAK okrutnego!? - zapytał ją z wyszczerzonymi zębami i puścił oczko, jednoznacznie sugerując kto, stojący akurat tuż obok mędrca, mógłby być jego inspiracją.








13.12.2016, 20:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna