Obrzeża Miasta
#21

Jej stalowe oczy odpowiedziały równie twardym spojrzeniem. Wiedziała, że wyklucza takie sytuacje. Mówiły to jego ślepia, postawa i pulsujący chłód z jego strony. Vin nie była tym absolutnie zaskoczona. Znała go dobrze i mogła z dużą dozą pewności stwierdzić, że Vein zrobiłby wszystko co konieczne, żeby zrozumiała i przyjęła jego poglądy za własne. A przynajmniej się z nimi zgadzała. Czerwonowłosa nie miała z tym dużych problemów, myśli smoczego syna były w większości odbiciem jej własnych. Jednak w jej przypadku nic nie było pewne. Zbyt często chciała go po prostu zabić, by przejmować się podzielanymi wspólnie poglądami.
Nie uszło jej uwadze, że się uśmiechnął. Dla zwykłego człowieka mogło być to niezauważane drgnięcie lub grymas, ale Vin przecież nie była przeciętna. Przymrużyła delikatnie oczy, czując, jak robi jej się coraz cieplej. Coraz większą frustrację budził w niej chłopak, który opierał się jej urokowi. Naprawdę nie sądziła, że aż taka obojętność na jej wdzięki może być w ogóle realna. Westchnęła i spojrzała przed siebie wyniośle. Ruszyła z gracją, powłóczystym krokiem, kołysząc biodrami i rozglądając się wokół. Poprawiła włosy, kiedy mijała ją grupka młodych mieszczan i posłała im uroczy uśmiech... któremu towarzyszyła wizja nabijania ich na metalowe szpikulce. Jej ręka zadrżała, kiedy Vin zorientowała się, że nieświadomie wsadziła dłoń do sakiewki. Przygryzła wargę i poprawiła woreczek dyndający swobodnie przy pasie. To przecież nie był nawet odrobinę odpowiedni moment.
- Jak widzę, nie zamierzasz mi nic wyjaśniać. - warknęła, a w jej oczach wręcz kłębiła się narastająca wściekłość. Już sama nie wiedziała czy wkurwia się na Veina czy na to, że nie może nikogo zabić w tej chwili. - Przestaję Cię rozumieć. Drażni mnie to. - dodała znów z rozbrajającą szczerością.
Odwróciła się, kiedy chłopak się zatrzymał. Przechyliła głowę i opuściła ręce wzdłuż tali. Stuknęła obcasem. Drugi raz. Trzeci. Milczała. Jej oczy zabłysły w magiczny sposób, kiedy się w niego wpatrywała. W miejsce, gdzie przy jego ciele znajdowała się sakiewka z monetami. Vein z pewnością wiedział, gdzie dziewczyna patrzy.
- Spokój? - powiedziała cicho. Twardo. Gorzko. Odwróciła od niego spojrzenie, skupiając się na witrynie sklepu krawieckiego. Chciałaby kiedyś założyć piękną suknię i pójść na bal. Ale to chyba była jedna z nielicznych rzeczy, które były poza jej zasięgiem. - Yhm. No cóż... to jedna z głupszych odpowiedzi jakimi mnie obdarzono w całym moim życiu. - machnęła ręką, porzucając ten temat na dobre. Raczej nie mieli nic więcej sobie do powiedzenia.
- Wolałabym, żebyś pewnych rzeczy ode mnie nie przejmował. Poczuję się niepotrzebna, jeśli będziesz mącić innym w głowach. - odpowiedziała na jego uśmiech i puszczenie oczka. Nie było jej do śmiechu ani do żartów. W dalszym ciągu była zła, choć już nie do takiego stopnia, żeby próbować go zabić przez uzyskaniem potrzebnych informacji. - Poza tym robisz to z wyjątkowym brakiem subtelności. - ciągnęła, nie mogąc powstrzymać słów wypowiadanych w stanie głębokiego poirytowania. - A tak na dobrą sprawę, to mnie po prostu wkurwiłeś, a nie spowodowałeś śmierci logiki w moim życiu. Umiem Cię przewidzieć, aż do bólu. Dlatego fakt, że zrobiłeś coś, o co nigdy bym Cię nie podejrzewała, a w dodatku nie chcesz mi powiedzieć dlaczego to zrobiłeś, mnie złości. Bardziej niż złości. Mam ochotę wbić Ci kolczasty łokieć w oko, Vein. - w miarę, gdy mówiła, uspokajała się trochę. Jej wściekłość się nie zmniejszała, ale dziewczyna zaczynała zdecydowanie lepiej nad sobą panować. - Tak naprawdę, mam ochotę zrobić o wiele więcej niż tylko to. - warknęła, zrównując się z nim i narzucając kaptur na głowę. Byli już całkiem niedaleko karczmy. Vin nie znała tego miejsca. - Nie pogrywaj więcej ze mną. Chyba, że będziesz miał powód, który następnym razem będziesz w stanie wytłumaczyć. - zakończyła z wyjątkowym na jej stan rozsądkiem. Tupiąc obcasami, otuliła się swoim płaszczem, nie zaszczycając chłopaka chociażby spojrzeniem.








13.12.2016, 22:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#22

Vein zaś wiedział, że smocza córa - jak każde smocze dziecko - wyniosła ze swych szczenięcych lat, dość specyficzną szramę na charakterze, której dosłownie nic nie było w stanie zmienić. A nawet, jeżeli było - Vein nie miał takiej woli. Smok ją ukształtował. A skoro ukształtował ją właśnie tak - na chodzącą, wybuchową piękność chętną zabić jasnowłosego w każdej niemal chwili, widocznie taki miał cel. Kimże był mędrzec - powiernik smoczej woli - by kwestionować smocze dzieło?
Dlatego nie oponował, nie sprzeczał się i nie próbował jej wybijać z głowy postawy, w której twardym wzrokiem mówiła mu słowa: Chcę za Tobą podążać. Ale nie wiem czy nie bardziej chcę Cię zabić.
Obserwował ją. Obserwował jak posyła zbijający z nóg uśmiech grupce nic nieznaczących mieszczan. Obserwował, jak sięga do sakiewki i w ostatniej chwili reflektuje się do czego popychają ją jej instynkty. Veina cieszył ten widok. To było jej piękno. Piękno niekontrolowanej bestii. Piękno nieszablonowej morderczyni. Piękno smoczej córy. Piękno Vin. Właśnie takie drobne sytuacje sprawiały, że szkarłatnowłosa błyszczała w oczach lodowego mędrca. Właśnie za to ciężko mu było myśleć o czasach, w których mieliby się rozdzielić. Nie za te setki uśmiechów, które posyłała tysiącom mężczyzn na ich niechybną zgubę. Nie za kręcenie pośladkami budzące w ludziach wyłącznie żądze rozpłodu. Nie. Vin miała w sobie coś, co sprawiało, że razem z nią Vein chciałby zdobyć i zmienić świat. Uczynić świat ich światem. Uległym ich kaprysom. Jej kaprysom.
Uniósł brew ale nie skomentował. No bo, kurwa, jak miał skomentować? To nie był strategiczny manewr wynikający z dziesiątek przyczyn i mający przynieść setki konkretnych efektów. To był impuls, potrzeba, kaprys. Takich rzeczy w większości przypadków nie da się wytłumaczyć. A jeżeli ktoś potrafi, to albo nie dał się porwać impulsowi, albo pierdoli ładnie brzmiące głupoty. A przynajmniej Vein tak uważał. Nie zamierzał jednak ciągnąć dyskusji. Jak zamierzała na niego naskakiwać z takich powodów - jej prawo. To nie był jednak ten rodzaj wściekłości, który w swej uroczej złośliwości chciał podsycać.
Skłonił głowę w ramach podziękowania. Jedna z głupszych odpowiedzi na pytanie, które samo w sobie sugerowało coś nieprawdziwego. Co da jej wymyślanie historii, która nie będzie odpowiadać rzeczywistości? A skąd miał na Duronora wiedzieć? Warianty które wymieniał zawierały w sobie ziarno prawdy. Każdy z nich. Nie wiedział, który był najistotniejszy więc pozwolił jej ocenić - ze jej perspektywy. Nie opowiadał jednak bajek tak, jak sugerowała. A skoro już coś takiego sugerowała, Vein nie zamierzał prowadzić szczegółowej analizy własnego postępowania, którą jego zdaniem i tak lepiej przeprowadziłaby dziewczyna. Odbił to złośliwością, chcąc zbyć temat. To był krótki pocałunek. Chciał ją pocałować i tyle. A robi się z tego zdarzenie jakby natchniona przez smoki dziewica, uosobienie cnót wszelakich, z dnia na dzień zaczęła pracować w burdelu.
Później wybuchła. Obsypała go zdecydowanie większą ilością wypowiedzi. Większa ilością złości. Uporządkowała własne myśli mówiąc je na głos. A mędrzec słuchał i trawił, nie szczerząc się już a zachowując powagę.
- Nasze życia to nie historyjka napisana przez jakiegoś skrytego w półmroku pojeba, księżniczko. - odpowiedział w końcu po chwili jej milczenia. - Możesz przewidzieć moje rozumowanie. Pobudki. Plany. Wartości. - zgodził się. - Możesz gardzić moim brakiem subtelności, chcieć wbić mi setki kolców w każdy skrawek mego kruchego ciała, sprawić abym cierpiał. - kontynuował melodyjnym głosem. - Ale nie żyjemy według scenariusza, Vin. Nie każdy impuls, kaprys i manewr jest zaplanowany. Nie każdy ma cel. Nie każdy jest przemyślany. Nie każdy jest zrozumiały nawet dla nas samych. - dodał nieco twardszym, głośniejszym głosem po czym wyminął ją przy drzwiach do karczmy.
- A smocze dzieci nie ignorują impulsów, które odzywają się od czasu do czasu. - powiedział niemal niesłyszalnie - a jednak mędrczyni mogła to usłyszeć bez trudu.
Otworzył drzwi do karczmy i wlepił spojrzenie w jej twarde, stalowe ślepia. - Przepraszam, że bierzesz to za pogrywanie. - dodał łagodnie i czekał, aż dziewczyna wejdzie do środka.
Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.12.2016, 01:52 przez Vein.)









14.12.2016, 01:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj

PRZEDMIOT

Kliknij w obrazek


Obrzeża Miasta
#23

Jej szrama wcale nie ograniczała się jedynie do charakteru. Smok pozostawił jej pamiątkę na całe życie w postaci blizny na twarzy, która w jego przekonaniu miała ją utemperować. W rzeczywistości dziewczyna stała się jeszcze bardziej pyskata i wojownicza, lecz jej szacunek dla mocy Derkh'ela nie zmienił się ani trochę. Zatem akurat to konkretne smocze dzieło nie wyszło zbyt dobrze, ale Vein nie musi być przecież tego świadom. W rzeczy samej, dla czerwonowłosej było o wiele lepiej, kiedy myślał właśnie w ten sposób.
Nigdy nie rozumiała jak może przyjmować jej wściekłość z takim spokojem. Jak mógł godzić się z tym, że chciała go zabić częściej niż większość smokobójców, z którymi zadarli. Wydawał się całkowicie zdeterminowany w akceptacji tego faktu. Nie pytał. Nie oceniał. Nie próbował zmienić jej poglądów. Vin nie umiała ocenić czy to odwaga, głupota czy fatalizm. Lubiła jednak jego lodowate spojrzenie, które dawało jej jasno do zrozumienia, że może próbować to zrobić.
Uwielbiała wizję, w której razem rządzili światem. Wyobrażała to sobie jako krainę zniszczenia, w której żyliby wyłącznie wybrani, najsilniejsi i najbardziej lojalni. Byłoby to miejsce, w którym smoki znów odzyskałyby swoją pozycję, swój niemal boski status. Dziewczyna wiedziała jednak, że Vein nie chce tego wyłącznie ze względu na nie. Zmierza ku temu, także przez Vin. Chciał dać jej ten świat. A ona za to go kochała. Co oczywiście nie przeszkadzało jej w próbach zabójstwa. Westchnęła w końcu i wzięła go pod rękę, przytulając się do jego ramienia. Poczuła przyjemy chłód otulający jej ciało. Słuchała Veina w milczeniu, jak skarcone dziecko. Pozwoliła mu otworzyć przed sobą drzwi, ale nie puściła jego dłoni. Wpatrywała się w jego oczy przez jakiś, a chwilę potem rozejrzała się na boki, czy nikogo zainteresowanego tą dwójką nie ma w pobliżu. Zrobiła ku niemu krok i stanęła niemal na palcach, ale i tak musiała sobie pomóc, chwytając go za poły płaszcza na klacie i ściągając go w dół. Dopiero wtedy złożyła na jego ustach delikatny, miękki pocałunek. A potem puściła go i z pełnym samozadowolenia uśmieszkiem, weszła do karczmy. Może jednak zacznie lubić te impulsy?

Gracz opuścił wątek








14.12.2016, 20:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#24

Furia w jej stalowoszarych oczach powoli przygasała. Dalej pobłyskiwały groźnie, jednak ten błysk z każdym krokiem ku wiosce coraz bardziej przypominały popiół. Wystarczyłyby nawet lekki wiatr, by rozsypać go i rozrzucić po całym świecie. Czuła jak ciężkie krople deszczu rytmicznie uderzają o jej kaptur i powoli, niechętnie, spadają z niego na jej ramiona i ziemię. Wrażenie przygniatania potęgowało niedokończenie zadania, którego się podjęła. Łowcy smoków. Żadnego nie wytropiła w tej osadzie. Informacje, których tak długo szukała, okazały się zwykłym kłamstwem. Przygryzła wargę, a na jej pięknej twarzy zagościł pierwotny gniew. Kolejny ślepy zaułek. Ile jeszcze takich fiask ją czeka? Dziewczyna przymknęła oczy i ściągnęła kaptur, pozwalając by deszcz ostudził jej zabójcze zapędy. Była gotowa posłać tą wioskę do piekła, razem z każdym z jej mieszkańców. Z każdego zabitego smoka, powinna niszczyć jedno królestwo. Wtedy ten świat zachowałby choć cień sprawiedliwości. Nie patrzyła na swojego białowłosego towarzysza, który pewnie podsumował jej zachowanie jedynie lodowatym spojrzeniem. Wybrała go na swojego króla, więc miała wobec niego obowiązki, które trzymały jej dzikość na smyczy. Jeszcze... jeszcze była w stanie się kontrolować. Nie miała jednak wątpliwości, że kiedy jej umysł spowije ciemność, nie będzie już Vin o tysiącach żyć. Wtedy będzie istaniała tylko Vin niosąca tysiące śmierci. Krople deszczu wnikały w jej włosy, spływając po karku i twarzy, całkowicie niszcząc jej makijaż. Ciemne, mocne kreski na jej powiekach rozmyły się na końcach, przez co wyglądała dość żałośnie. Syknęła cicho, spoglądając w bok. W dodatku pozwoliła Mestowi zniknąć bez wyjaśnień. To było nierozsądne, nawet jeśli zrobiła to, co nakazywał jej instynkt. Jeśli okaże się, że będzie chciał to wykorzystać później przeciwko nim - czerwonowłosa nie będzie miała dla niego litości. Każda z jej gróźb, które wtedy wypowiedziała, stanie się najprawdziwszą rzeczywistością.
Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła się trząść. Jej płaszcz podszyty futrem z jednej strony całkowicie zesztywniał, oszroniony i pokryty lodem. Dziewczyna skruszyła kryształki i otrzepała go, ale kilka chwil potem sytuacja się powtórzyła. Odsunęła się kilka centymetrów od Veina, patrząc na niego ostro. Nie było wiele rzeczy, o których mógł teraz rozmyślać, ale czuła od niego gniew, który doskonale rozumiała. O ile jej gniew niszczył ją od środka, tak gniew białowłosego był widoczny dla wszystkich. Mieli unikać większego zainteresowania od strony plebsu. A magia, jakakolwiek by nie była, zawsze budzi psie zainteresowanie. Vin niemal odruchowo rozejrzała się dookoła, kiedy przekroczyli granice miasta i kierowali się ku karczmie, w której zostawili swoje rzeczy. Na ulicach, deszczowych, zimnych i ponurych, nie było niemal nikogo. Magiczne oczy Vin jednak śledziły każdy ruch żywiołu jej mocy. Nie zauważyła jednak nic niespotykanego. Błękitne linie, łączące ją z żywiołem, powoli niknęły w strugach deszczu.
Chciała być niezniszczalna. Musiała taka być. Odebrano jej wszystko, teraz miała tylko jeden cel przed sobą. Tego nie mogli jej już odebrać. Chciała przywrócić światu jego naturalny porządek. Oddać smokom chwałę i władzę. Uczynić ich dzieci namiestnikami tego świata i życia każdego ze stworzeń. Wszyscy byli częścią natury. A ona zawsze dopnie swego. Tak samo jak Vin.
- Co teraz, Vein? - spytała ponurym głosem, ledwo słyszalnym przez padający coraz mocniej deszcz. Wiedziała jednak, że chłopak usłyszy ją bez żadnego problemu. Jego smocze zmyły były ostre jak jej noże. - Jesteś pewien, że Valen jest odpowiednim kierunkiem?
W Valen mieli spotkać się z Mestem i poznać odpowiedzi na wiele pytań. Bardzo możliwym było to, że kierowali się prosto w pułapkę. Jednak podejmując to ryzyko, mogli zyskać silnego sprzymierzeńca. Kolejnego smoczego pazura, który byłby w stanie wydrapać ludziom w sercach prawdziwe przesłanie życia. Skręcili w kolejną uliczkę, a Vin była całkowicie przemoczona. Deszcz na szczęście nieco tłumił smród tego miejsca, pełnego ludzi i ich nic niewartego życia.
- Po zabójcach smoków ślad się ulotnił. To moja wina. - warknęła, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że czuła jak jej pazury rozdzierają skórę. Zapach jej krwi drażnił jej zmysły. Westchnęła cicho, wystawiając dłonie na deszcz, by zmył czerwoną maź z jej rąk. - Plotki rzadko kiedy przynoszą ze sobą oczekiwane ziarno prawdy. - dodała, chowając mokre ręce z powrotem pod płaszcz. Nie patrzyła na Veina.
- Dlatego jest coś, o czym nie chciałam Ci mówić. - przyznała, a jej głos był twardy jak stal. Twarz, całkowicie wypraną z emocji, skierowała wreszcie na białowłosego. Zatrzymała się i podeszła do niego, zagradzając drogę. W jej oczach Vein jednak mógł dostrzec zwiastun śmierci. - Oni podobno są gdzieś w Valen.
Przez chwilę stała tak, a jej klatka piersiowa uniosła się ciężko i równie ciężko opadała. Furia, którą tak mocno starała się powstrzymywać, znów zaczynała wymykać jej się spod kontroli. Miała wrażenie jakby jej ciało było rozrywane od środka przez niekończącą się ciemność. Odwróciła się od Veina. Pozwoliła, by jego chłód ją otoczył, przytulił i uspokoił. Nie mogła spojrzeć mu w oczy. Wtedy nie umiałaby powstrzymać w sobie potrzeby mordu i przyszłej rzezi, której oboje byli zwiastunem. Jeszcze przyjdzie na to czas. Zrobiła krok, potem drugi. Lód, deszcz, wiatr... skupiła się na tych odczuciach, które były jej drogie niczym wolność. Wolność, którą odebrano jej braciom i siostrom. Gdzieś w okolicach Valen.
- Jednak jeśli to znów okaże się pomyłką, nie ręczę za siebie. Wyrżnę ich wszystkich. - dodała, a jej oczy rozbłysły niebieskim blaskiem. - I nie obchodzi mnie, co później się ze mną stanie. - dodała, nie wiedząc czy bardziej do siebie, czy do Veina, kierowała te słowa. Była śmiercią. Była wściekłością. Była nowym prawem tego świata. Niech ci marni śmiertelnicy nie ważą się o tym zapominać...
Kiedy stanęła przed drzwiami karczmy, w której zostawili swoje rzeczy, jej twarz przykryła kolejna maska - pięknej, zmarzniętej i zmęczonej uzdrowicielki, która cały dzień pomagała swoim pacjentom. Bzdura... jaka bezsensowna bzdura.

Gracz opuścił wątek








27.08.2017, 19:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża Miasta
#25

Stali w miejscu. Mimo, że poruszali się bezustannie, mimo, że przemierzali wioskę za wioską, mimo, że ich siła z każdym dniem rosła - Vein oraz Vin stali w miejscu. Nie zbliżyli się ani odrobinę do celu, który postawił przed nimi władca lodowego świata. Nie zbliżyli się nawet o ułamek drogi, jaką muszą przebyć.
Szybciej. Więcej.
Szybciej.
Musimy działać szybciej.

Oddech mędrca był nienaturalnie urywany, źrenice dziwnie zwężone. ~ Wciąż żyją. Wszyscy. Żyją. Śmieją się. Drwią z Nich. Z Nas. Z naszych ojców. Ze wszystkiego. ~ było lodowato. Wręcz okrutnie zimno. Vein widział, jak Vin strzepuje okruchy lodu. On się nie przejmował takimi drobnostkami. ~ Bezczelni, niewdzięczni. ~ krzyczało coś w jego głowie. Dziwne, że poruszał się z takim spokojem. Miarowo stawiając kroki.
Dziwne, że nie biegał, nie miotał się, nie niszczył.
Tylko ten oddech. Szybki, urywany, nienaturalny.
Tylko ten głos w głowie.
Tylko ten mróz.
Poza tym było wszystko było naturalne.
Równe kroki, jeden za drugim, niczym odmierzone od linijki, podążające nieubłaganie za swoim przeznaczeniem. Vein przestał myśleć, dokąd podąża. Przestał myśleć co jest jego celem. Przestał myśleć o wszystkim co go otacza. Dziwne, dawno nie popadał w stan tak daleko odległy od świadomości. Dawno nie ogarniała go tak ujmująca frustracja i niecierpliwość. Zawsze stwarzał pozory spokoju i opanowania. Zawsze… odkąd był przy niej.
"Ona" - piękna córka smoków. Wiedział, że jest w okolicy. Prawdopodobnie to nie oczami łapał jej obecność. Wątpię również, by kierował się zapachem, choć nie mogę tego w pełni wykluczyć. Może chodziło o instynkt. A może to jego dusza wyczuwała towarzyszące mu tuż obok kłębisko czystego gniewu, podobne zresztą do tego, z czego sam Vein był stworzony.
Vin zmierzała w stronę miasta, miejsca, do którego w żadnym razie nie powinni trafić, dopóki Vein się nie uspokoi. Miejsca pełnego zapachów, hałasu i rzeszy ludzi wartych jedynie najokrutniejszych męczarni.
Dziewczyna odezwała się. Dopiero melodia jej głosu uświadomiła Veina, że "coś" w jego głowie przestało go pospieszać, a zaczęło żądać. Jednego. Zabijzabijzabijzabijzabijzabijzabijzabij - niczym nieprzerwany szum stający się naturalnym pragnieniem tego świata. Dopiero, gdy Vein rozszyfrował słowa we własnej głowie, zorientował się, że jego własne usta poruszają się w ich rytmie, choć on sam nie wydawał przy tym dźwięku. Potrząsnął głową. Skupił wszystkie siły aby zrozumieć towarzyszkę, a nie tylko fakt, że „mówi”.
To moja wina - powiedziała. Ponownie wstrząsnął głową, tym razem chcąc zaprzeczyć jej słowom. Myliła się, cokolwiek miała na myśli. To wszystko ich wina. Ludzi. Nie wydał z siebie jednak dźwięku. Nie był w stanie. Mimo, to uspokoił się odrobinę. Jej głos, jej świadomość, jej słowa - to było coś innego, niż furia, gniew i niecierpliwość trawiące jego duszę. To wymagało skupienia, nie zaś jedynie machinalnego stawiania kolejnych kroków. Było wyzwaniem. Vein lubił wyzwania.
Od tego momentu był czujniejszy. Słyszał jej słowa, docierało do niego, że wypowiadała je do niego.  Znał je, rozpoznawał. Nie potrafił ich jednak zrozumieć. Czuł się jak oszołomiony. Sens gdzieś mu umykał.
- Oni? - udało mu się zapytać, a wraz z wypłynięciem tego słowa na świat, przez ułamek sekundy zrobiło się jeszcze mroźniej. Mędrzec zamrugał, a jego źrenice znów stały się normalne.
Może i nie zrozumiał jej, ale wróciła mu świadomość. Dobry moment - właśnie trafili do krainy ludzi. Chwilę później a doszłoby do tragedii.
Uśmiechnął się dziko, na słowa "wyrżnę ich wszystkich" to była pierwsza wypowiedź od dłuższej chwili,  którą mógł pojąć w pełni. I całkowicie się z nią zgadzał.
Gracz opuścił wątek








29.08.2017, 19:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna