Urząd miasta Greathard
#11

- Mhmh. No dobrze, rozumiem... - powiedział Nether z niesłyszalnym w jego głosie zawodem. Czyli, że będzie musiał nauczyć się jeździć na wierzchu. Dobrze, że jego nowy towarzysz opanował tę sztukę, a przynajmniej tak twierdzi. Trzeba będzie się z nim prędko zakolegować, to może da parę wskazówek i objaśni podstawy, bo z tą wiedzą, jaką posiada Broghor, to chyba wypieprzenie się przez łeb wierzchowca groziłoby mu średnio co kilka minut. Cholercia. Trochę szkoda, że do tej pory nie zwracał uwagi w ogóle na jazdę konno.
Wysłuchał do końca uwag i wskazówek Rutmira. Rzucił mu na odchodne "dziękuję", chociaż tamten chyba nie zwrócił na to szczególnej uwagi.
Dalej dwójce wojowników udzielała porad kobieta, która przyniosła im brosze. Po chwili wiedzieli już, gdzie skierować kolejne kroki. Wyszli z urzędu, kierując się we wskazanym kierunku. Kat nie miał zamiaru wyruszać natychmiast, widząc, na jaką pogodę się zapowiada. Wszechobecne błoto i kiepska widoczność zmęczy konie i jeźdźców (o ile w ogóle uda mu się dosiąść wierzcha) i ich spowolni. Lepiej było po prostu wcześniej udać się spać i wyruszyć przed świtem. Mimo to, skierował się w stronę zbrojowni, by wszystkie szczegóły dotyczące otrzymanej misji były już wyjaśnione. Człowiek mający w najbliższym czasie być towarzyszem Nethera raczej nie polemizował - szli tam obaj. Już miał zasugerować zapoznanie się, gdy nagle usłyszeli jakieś hałasy. Ktoś krzyknął coś z "jasnym szlagiem", zagniewany, ale Mędrzec z początku nie zwrócił na to uwagi. Chwilę później jednak jakiś pieron siarczysty uderzył w coś niedaleko, próbując rozsadzić uszy mieszkańców miasta. Zaraz motłoch zaczął biegać we wszelkie możliwe strony, krzycząc o wodę. "Na dobrą sprawę, wody powinniście za chwilę mieć powyżej uszu", stwierdził Nether, obserwując ulewę. Co prawda pożar nigdy nie był łatwy do ugaszenia, ale jeśli nadal będzie tak padać, nie powinien się rozprzestrzenić. Sytuacja była prawie opanowana. Chyba, że nagle deszcz się wstrzyma. Gwoli ostrożności, przybliżył się do ściany najbliższego budynku - nie chciał zostać stratowany przez ewentualną masę spanikowanego pospólstwa.
Być może źródłem wcale nie był spadający grom, a człowiek - w końcu prócz krzyków o wodę dało wyłapać się dało także takie, w których bluzgało się na ludzi. Kat zwykle nie zwracał uwagi na podobne sytuacje, ale nie zaszkodziło sprawdzić.
- Idziemy zobaczyć, co się dzieje? - zapytał, po czym dorzucił - A, zapomniałem się przedstawić. Nether jestem. - i podał dłoń do uściśnięcia.
21.06.2015, 15:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Urząd miasta Greathard
#12

Milczący Draugdin nie zmieniał swojego wizerunku ponurego preferującego czyny nad słowa osobnika. Zanotował jedynie w pamięci, że jego przyszły towarzysz przy wykonywaniu zlecenia nie jeździł prawdopodobnie w życiu na koniu. Była to dość powszechna przypadłość, a on wciąż zapominał, że nie każdy tak jak on wychowywał się w siodle od najmłodszych lat.
Cóż będą prawdopodobnie podróżować nie co wolniej ale na pewno szybciej niż wozem. Wóz zdecydowanie nie wchodził w grę. Tylko by ich spowalniał i mocno ograniczał.

Po skończeniu rozmowy z Rutmirem opuścili pomieszczenia ratusza kierując się za radami zleceniodawcy. Co prawda łowca raczej posiadał ekwipunek, z którego był zadowolony nie mniej jednak wizyta w zbrojowni zawsze jest dobrym pomysłem tym bardziej, że ktoś inny płaci.

Pożar. Panika, bałagan i rozgardiasz z tym związane były zazwyczaj spowodowane brakiem osoby, która pokierowała by ludźmi wydając im konkretne polecenia kto co robi. Draugdin potrafił dowodzić i panować na tłumem więc chętnie zgodził się podążyć z pomocą.
- Jasne, że pomożemy. Ja jestem Draugdin Immortal. Miło mi poznać. - Odpowiedziała łowca i ruszył w kierunku pożaru.

Cytat://: Draugdinie. Wiem, że to drobnostka, ale proszę używaj w wypowiedziach koloru takiego jaki jest twój nick. Ten kolor znajduje się w palecie kolorów edytora tekstowego. W razie wypadku wklej po prostu ten kolor: #FF9933
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2015, 21:39 przez Draugdin.)

22.06.2015, 21:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Urząd miasta Greathard
#13

» MG «

Miejsce: Przed urzędem miasta
Pogoda: Burza, deszcz i ostry wiatr


Lało, grzmiało i wiało po ulicach Greathard tak bardzo, że przeciętny wierzący odebrałby to za gniew samych bogów lub też jakąś sprzeczkę między nimi, gdzieś tam w świecie niedostępnym dla zwykłych śmiertelników.
Na zewnątrz panował zamęt. Ludzie biegali z kubłami wody próbując ugasić płomienie obejmujące nieznany (jeszcze) dwójce śmiałków przybytek. Deszcz był jak zbawienie, bowiem pomagał gasić bezwzględne w swojej potędze płomienie, a jednocześnie zapobiegał ich rozprzestrzenianiu się. Ktoś wołał: "Miłosierna Ilhezin ma nas w swej opiece!", "Bogini nas ochrania!", "Chwała ci najwspanialsza...!" inni wołali, iż to zwykły zbieg okoliczności, a jeszcze inni coś w rodzaju "Zajebiemy darmozjada, który to zrobił!". Ciężko było ustosunkować się do obecnej sytuacji nie znając jej problemów od środka.
W tym całym gmachu była widoczna grupka mieszkańców, rodem z jakiejś opowieści, którzy prawdopodobnie planowali publiczną egzekucję. A świadczyły o tym widły, pochodnie ledwo palące się w zaistniałych warunkach i uzbrojona hałastra.
- Tosh nie ja! Przysięgoo wam! Miejsie litosh...! - Bezradne wołanie kogoś, kto miał za sobą pewnie z 3 litry wypitej gorzały, brzmiało jak rozpacz dziecka przed rodzicielską karą. Tyle, że tutaj rodzicem byli mieszkańcy a dzieckiem mocno odurzony mężczyzna.
- Płomienie znikają! Złotogrosz uratowany! Zostawicie go to nie on! - Wykrzyczała nieznajoma kobieta dużych gabarytów, ubrana w fartuch kucharki pobrudzony lekko krwią, błotem i tłuszczem. Pomimo swojej puszystej urody, wydawała się całkiem urocza. Miała może trzydzieści lat na oko, metr sześćdziesiąt wzrostu, zahartowane spojrzenie i zdecydowanie sporo respektu wśród zgromadzonych, gdyż ludzie na jej widok zdawali się lekko zaniepokojeni. Machnęła ręką, zarzucając swoje kasztanowe włosy do tyłu i związując je jakimś materiałem tak aby nie spadały jej na oczy. Podeszła bliżej zawieruchy znikając Netherowi i Draugdinowi z oczu. Chwila ciszy, po czym dwójka mogła usłyszeć słowa.
- Jak śmiesz oskarżać mojego brata o podpalenie twojej karczmy?! - Głos kobiety brzmiał nadwyraz niepokojąco. Twarda z niej babka, trzeba było to przyznać.
- I czego się nie odzywasz? - Zadała wyrzucając wyjątkowo kąśliwie swoje pytanie w stronę kogoś...
- Gorliwa wyznawczyni Erereceza! - Odkrzyknął nieznajomy łamiącym głosem.
- Jak cie zara kopne w dupe to Medea się może schować dupowtyku! Już ty mi nie będziesz mówił czyjego bóstwa jestem wyznawczynią! - W tym momencie atmosfera jakby się trochę rozluźniła. Część osób prychnęła śmiechem, inna patrzyła gdzieś (prawdopodobnie na kobietę) z niedowierzaniem. Teraz można było zdać sobie sprawę, że ogień nie zagraża budynkowi, a wokół panuje cisza. Nie licząc oczywiście kobiety w białym fartuchu. No prawie białym. Nagle...
- A więc tak się sprawy mają... Przenocujcie w Złotogroszu, a jutro idźcie po potrzebny rynsztunek. Dzisiaj Tomm was nie uraczy swoją obecnością. Spił się w trzy Thorny. - Głos Rutmira zagrzmiał za plecami wojaków. Pojawił się tam tak nagle, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. Jednak łatwo było czuć poirytowanie, złość oraz zażenowanie w jego słowach.
- Przepraszam was za problemy, nawet ja ich nie jestem w stanie przewidzieć. Poproście w karczmie Merelę o suche ubrania, ciepłą strawę i najlepsze pokoje. To ta kobieta, która tam policzkuje właśnie właściciela przybytku. Ech... - Urzędnik odszedł mrucząc pod nosem "Cholera by to, nawet chwili snu człowiekowi nie dadzą". Warunki pogodowe nie zmieniały się jakoś szczególnie, poza wiatrem który zelżał w swoich psotach. Być może nawet on wystarczył się Mereli.

//: Tak się zastanawiam. W zależności jaką podejmiecie decyzję, mogę Wam dać chwilę tylko dla siebie, w której lepiej się poznacie i dowiecie czegoś o sobie. Ale to tylko od Was zależy, zostawicie mi komentarz pod swoim postem, z odpowiedzią na propozycję. Możemy się umówić, że do świtu nie będę ingerował w dalsze wydarzenia, chyba, że będziecie chcieli dowiedzieć się jakichś informacji od razu o całym zajściu. (Wtedy moja obecność będzie wymagana) Rzadko robię takie inicjatywy, ale jestem ciekaw co wyjdzie z czegoś takiego w Waszym przypadku. Możecie używać NPC do przynoszenia Wam straw i zapewnienia sobie noclegów. I tak prawie wszystko macie za darmo. Soł, chcecie spróbować takiego eksperymentu? Nie ukrywam, chciałbym żebyście się zapoznali ze sobą trochę. O ile oczywiście będziecie chcieli.


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







23.06.2015, 14:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Urząd miasta Greathard
#14

Sytuacja zmieniała się dynamicznie. Dzięki obitym opadom deszczu w kilka chwil było po pożarze. Natomiast rozgardiasz temu towarzyszący odwrotnie jakby się dopiero rozkręcał coraz mocniej.
Grunt, że mieli gdzie przenocować, się pożywić i przebrać w suche rzeczy, a czy to będzie ta gospoda czy tamta łowcy nie robiło to większej różnicy.
Docenił fachowość i chęć pomocy zleceniodawcy. Rzadko się spotyka, żeby tak dbano o ludzi przyjmujących zlecenie wykonania jakiego zadania. Sprawa musiałby być grubsza skora tak im na tym zależało i takimi środkami dysponowali.

- Dla mnie bez różnicy byle na głowę nie padało i łoże było w miarę wygodne. Poza tym chętnie pogadałbym z nowym towarzyszem podróży jeżeli nie będzie on miał nic przeciwko temu. - Powiedział spokojnie Kane kierując swoje ostatnie słowa do Nethera.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2015, 14:01 przez Draugdin.)

24.06.2015, 14:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Urząd miasta Greathard
#15

Nether patrzył, mając mieszane uczucia. Z jednej strony, trochę żal było mu człeka, na którym najwyraźniej planowano wykonać samosąd. Z drugiej, jeśli podłożył ogień, to nawet sobie zasłużył. Pytanie tylko, czy aby złapali na pewno tego odpowiedniego? Zdziwiła go podobna sytuacja - w końcu nie miała miejsca na wsi (dlatego niemniej od zdarzenia zaimponował mu widok wideł), a w środku samego Greathard - i to prawie pod samym urzędem miejskim. A straż? Jak zwykle.
Chwilę później dało się słyszeć ryk samego oskarżonego. Nietrzeźwego, i to bardzo solidnie, jak się okazało. Broghor nie miał póki co zamiaru mu pomagać. Kto pchałby się do pomocy komuś, na kogo z tuzin osób czyhało z bronią w dłoni i gniewem w sercu? Ano właśnie.
Okazało się, że nie było to zbyt konieczne. Chwilę później pojawiła się, jak znikąd, jakaś kobieta, krzycząca, by zostawić tamtego faceta w spokoju. Odważna! Co najlepsze, motłoch wydawał się wcale nie mieć zamiaru jej w czymkolwiek przeszkadzać. "Nono, naprawdę harda kobiecina", stwierdził Nether, patrząc, jak ta weszła gdzieś w środek tłumu. Odgłosy kłótni całkiem go rozbawiły, ale to, co było naprawdę niesamowite to to, że sprawa wyglądała na rozwiązaną - i to bez ofiar! Tej babce należało się uszanowanko.
Nether odwrócił się, słysząc Rutmira. Pojawił się nagle, jak pieron z jasnego nieba, ale cóż - pospólstwo i ulewa skutecznie zagłuszała praktycznie wszystko. Wcale nie byłoby dziwne, gdyby stado dzikich smoków przebiegło za dwójką towarzyszy i pozostało niezauważone. Hmm. A więc ten zbrojmistrz, kwatermistrz, czy kimkolwiek tam był ten Tomm, to ten zapijaczony "w trzy Thorny" człek. "No ładnie", uśmiechnął się brodacz.
- Nie ma za co przepraszać. Dzięki za pomoc. - odparł krótko Nether, wiedząc o zmęczeniu Rutmira i nie chcąc go czymkolwiek zajmować. - No, to dobry pomysł. Zapoznanie się przed taką misją jest wręcz koniecznością. - odpowiedział Draugdinowi. Lepiej było jednak wszcząć rozmowę z pełnym brzuchem i w spokojniejszym miejscu, zatem trzeba było zagadać do Mereli o miejsce w Złotogroszu. Bez zwłoki Nether podszedł do kobiety.
- Nie przeszkadzaj sobie - rzekł, patrząc, jak ta policzkuje właściciela przybytku. - Ale jak skończysz, to mamy sprawę. Przysyła nas Rutmir. - powiedział, stwierdzając, że imię urzędnika poskutkuje w tej sytuacji najlepiej. Co jak co, ale brodacz nie miał zamiaru skończyć z guzem na głowie od wałka do ciasta.


//dla mnie to nie jest zły pomysł - i tak przed drogą planowałem zapoznać dwie postaci ze sobą jak najlepiej, a ingerencja w to MG nie jest konieczna, winc możemy napisać parę postów i dopiero po noclegu zacząć we troje.
Przepraszam za taką zwłokę, ale nie mogłem znaleźć czasu.




//: Kratos - W takim razie widzimy się o świcie : )
27.06.2015, 13:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Urząd miasta Greathard
#16

Gdy dotarli do gospody kobieta rzuciła im przez ramię, żeby się rozgościli i zaraz im poda coś do jedzenia, a w trakcie ich posiłku będzie miała czas na przygotowanie im pokoi. Była to dość energiczna i rezolutna kobieta.

Kane usiadł za jednym ze stołów. Nie usiadł jednak przypadkowo. Zajął miejsce przy stole tak, żeby za plecami mieć ścianę a przed sobą widok na większość sali i przede wszystkim na drzwi. Jedynie wprawne, szkolone oko zauważyło by od razu, że są to nawyki wojownika. Zawsze być przygotowanym, a raczej nie dawać przeciwników zbytniej przewagi, a na pewno pozbawiać ich elementu zaskoczenia.

Wskazał wolne miejsce towarzyszowi licząc po cichu, że rozmowa jakoś się sama będzie kleiła gdyż nie należał do zbyt rozgadanych.

- Tak więc towarzyszu opowiedz mi proszę coś o sobie. Ja jestem najemnikiem i żyję z takich zleceń i jest to dla mnie chleb powszedni. Ciekawi mnie zatem - oczywiście jeżeli to nie tajemnica - co ciebie tu sprowadziło. - Zaczął łowca licząc, że rozmowa jakoś potoczy się dalej. Poza tym poczuł już głód i pragnienie także kątem oka zerknął jak aby ocenić jak długo przyjdzie im jeszcze czekać.

// Nether dostałeś może mój email?
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.07.2015, 07:15 przez Draugdin.)

04.07.2015, 07:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Urząd miasta Greathard
#17

Niedługo później zawędrowali do karczmy. Nether skinął głową z niewerbalnym podziękowaniem w stronę Mereli, gdy ta zapewniła ich, że zaraz poda jakąś strawę. Sam zaś skierował się za Draugdinem. Tak jak się spodziewał, ten usiadł tak, by mieć widok na całe pomieszczenie, a samemu mieć osłonę za plecami. Zapewne to był nawyk, ale w tym miejscu raczej nie był potrzebny - nie spodziewał się, by w środku Greathard mogło im coś grozić. Co prawda przed chwilą omal nie doszło do pożaru... Ale to przecież jednorazowy wypadek. Sam usiadł naprzeciwko - tak, by ułatwić sprawę ewentualnym mordercom i pozwalając zajść się wszystkim od tyłu, samemu mając bardzo ograniczone pole widzenia. Ale od czegoś w końcu miał towarzysza u boku, prawda?
- Nazywam się Nether Broghor. Z dawnego rodu Broghorów, teraz już zapewne zapomnianego. Urodziłem się na mroźnej wyspie poza Atarashii. - zaczął bez zbędnych ceregieli opowiadać o sobie. Chciał zapoznać się z kompanem jak najlepiej i jak najszybciej - misja zapowiadała się być dość męczącą i być może trudną. Z kolei jeśli poda nie tylko to, do czego jest zdolny, ale też opowie swoją historię, z pewnością łatwiej będzie kooperować w trakcie trudniejszych momentów w podróży. - Jestem Mędrcem. Nie, że jakiś uczony, co to, to nie. Jeśli nie słyszałeś takiego określenia, w skrócie - w moich żyłach płynie smocza krew. - powiedział, niezbyt przyciszonym, ale też nieszczególnie donośnym głosem. Nie było tajemnicą, że ciemne pospólstwo niekiedy myślało, że mogłoby odzyskać moc takiego człowieka - oczywiście po jego śmierci. Była to bzdura, ale cóż... Z jakiegoś powodu wśród Mędrców częściej widywało się pustelników, niż aktywnych społecznie, szanownych obywateli. - Na mojej ziemi ojczystej każdy ćwiczy swoje ciało oraz walkę już od najmłodszych lat. Nie inaczej było ze mną. Potrafię z całkiem niezłą wprawą machać dwuręcznym toporem. Przez jakiś czas byłem katem, a to była profesja dość kunsztowna, przynajmniej u mnie. Z precyzją więc przy machaniu nawet kilkukilogramowym kawałem drewna i żelaza nie mam problemów. Chociaż pewnie wiesz, że stanie na podium i obcinanie głów nieruchomym skazańcom nie wymaga szczególnych umiejętności bojowych, to niejednokrotnie walczyłem z bardziej aktywnymi celami. A ta praca... To bardziej jak teatr. Dlatego nie jestem złym aktorem. Często zdarza mi się udawać tępego najemnika, któremu bliżej w sumie do zwykłego bandziora, jeśli miewam w tym jakiś cel. Dlatego dość dobrze radzę sobie w wyłgiwaniu się i w przenikaniu do różnych miejsc pod zupełnie inną tożsamością. - mówił, pozwalając sobie teraz na krótką przerwę. Akurat otrzymali talerze pełne jedzenia i kufle z piwem. Nawilżył więc gardło i kontynuował opowieść. - Hm, może ciekawi cię zatem, co robię poza tą wyspą. Pewnego razu pod mój topór trafił... Mój własny ojciec. Trafił ofiarą jakiegoś spisku, komuś podpadł, nie wiem. Zamiast odciąć mu głowę, przeciąłem więzy i zaczęliśmy uciekać. Matka zginęła, osłaniając nasz odwrót... Jak dobrze pamiętam, była najsilniejszym Mędrcem, z jakim miałem do czynienia w życiu. Dzięki niej udało nam się zdobyć łódź i odbić od brzegu. Płynęliśmy dość długo i dobiliśmy tutaj. Ojciec zmarł z wycieńczenia, gdy dobiliśmy na brzeg. Przy życiu trzymała go chyba tylko determinacja, bym przeżył ja. Ostatni z tego rodu. I oto jestem, dwa lata później. Staram się rozwijać, by móc go pomścić za jakiś czas. Zemsta czeka już długo, ale gdy nadejdzie, żadna ze świń nie ucieknie od tego rzeźnika. - rzekł, pozwalając sobie wysączyć jeszcze nieco trunku. "Całkiem dobre piwo tu mają", swobodnie przemknęła mu przez głowę myśl. Nie wzruszała go szczególnie śmierć ojca - taka była kolej rzeczy, ludzie przychodzą i odchodzą. O wiele bardziej poruszała go zdrada, jakiej dostąpił się jego lud. - To mnie trochę zniechęciło do pracy kata. Wszechobecna niesprawiedliwość utwierdziła mnie w przekonaniu, że moi przełożeni niejednokrotnie byli mniej święci, niż ci niby-przestępcy trafiający na stryczek... Teraz zajmuję się też robotami na zlecenie. Jakieś dorywcze prace, zwykle fizyczne. Też czasem służę w walce, chociaż pewnie rzadziej, niż ty. A jeśli chodzi o konkrety... Potrafię, jak już mówiłem, machać toporem, jestem niezgorszym aktorem, bardzo szybko biegam na krótkie dystanse i... Potrafię posługiwać się runami wcale nie gorzej, niż nie jeden Mistyk. Mam przy sobie z ważniejszych rzeczy topór, notatnik, coś do pisania i mapę obejmującą Greathard i Valen. A, no i byłbym zapomniał o najważniejszym. Jako Mędrzec posługuję się żywiołem ziemi. Potrafię z niej uformować praktycznie każdy, chociaż dosyć niewielki kształt, stworzyć sporą rozpadlinę i wytworzyć komplet lub część całkiem porządnej zbroi. Niestety, póki co, tylko na sobie. - powiedział, upijając jeszcze łyk. Nie zwykł zdradzać komukolwiek wszystkich swoich magicznych zdolności, natomiast jeśli sytuacja będzie tego wymagać, dobrze będzie, jeśli obaj będą mieli świadomość, do czego są zdolni w pełni sił. - Teraz twoja kolej - zakończył, zachęcając, by Draugdin rozgadał się w podobny sposób. Sam zajął się w tym czasie jedzeniem.

//nom, dostałem. Co do zawartego tam problemu, to jak dla mnie nie ma problemu, hyh.
06.07.2015, 15:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Urząd miasta Greathard
#18

Draugdin był bardzo zaskoczony szczerością i bezpośredniością towarzysza. Opowiedział mu tyle o sobie i takich rzeczy jakby się znali od zawsze. Być może dlatego też wyjątkowo gdyż ani nigdy wcześniej ani przed nikim jeszcze się tak bardzo nie otworzył jak tu i teraz przed tym wielkim mężczyzną. Opowieść jego była długa i nie przerwana.

- Swoich prawdziwych rodziców nie znałem. Zostałem znaleziony i wychowany przez Lorda Ravena Solidstone’a oraz jego żonę. Stąd też posiadam tytuł lordowski. Natomiast przydomek Immortal zdobyłem jako małe dziecko, gdy wśród poddanych lodra Ravena rozeszła się wieść o stanie zdrowia znalezionego dziecka tak fatalnym, że przeżycie było prawie niemożliwe. Moje zdolności samoregenerujące się okazały się jednak nadzwyczajne. W późniejszych latach okazało się, że widzę w ciemności tak samo dobrze jak w biały dzień, jednak tej umiejętności nikt nie potrafił wytłumaczyć nie znając jego pochodzenia.
Przybrany ojciec poświęcał dużo uwagi mi jako przybranemu synowi i kładł duży nacisk na klasyczne wychowanie. Stąd też z domu wyniosłem umiejętności czytania i pisania, jak również odszyfrowywania runów. Odebrałem też edukację w temacie sztuki wojny i podstaw taktyki oraz szermierki. Od najmłodszych lat również uczyłem się również jazdy konnej.
Jednam gdy dorastałem co raz mocniej pchało mnie ku przygodzie. Uczyłem się również kowalstwa. Jednym z owoców mojej pracy z młotem i kowadłem był nowatorski zdaniem ojca tym miecza, który wykułem własnoręcznie. Jakiś czas potem dowiedziałem się, że wykuty przeze mnie miecz należał do gatunku katany, w której władaniu zacząłem się potem specjalizować. Miecz był wyposażony w miejsce na magiczny klejnot jeżeli kiedyś takowy by mu się trafił. Gorąca krew, która krążyła w moi żyłach nie dawała mu spokoju wię gdy w końcu dostał nawet błogosławieństwo o rodziców i zapewnienie, że jako ich syn zawsze może tu wrócić, tytuł i majątek mu przysługuje. Na odchodne dostałem od ojca najczystszej krwi karego konia z rodzinnej stadniny. Ma na imię Fural i jestdo dziś jak się później okazało wiernym towarzyszem przyszłych podróży. Był mądry i dobrze ułożony pod siodło. Nie boi się nawet zgiełku bitwy.
Wyruszyłem więc w poszukiwaniu przygód i własnej tożsamości i przez ładnych kilka lat włóczyłem się po znanych i nie znanych częściach świata. Miałem możliwość spotkania na swojej drodze mistrza miecza Lothara, któremu przez traf losu uratowałem życie. On zaś w darze wdzięczności obdarzył mnie szkoleniem we władaniu mieczem. Ten że mistrz wprowadził mnie również w podstawy walki dwoma orężami, a umiejętności te skwapliwie do dziś udoskonalam. Również on zorientował się, że niebieski kamień w rękojeści znalezionej przeze mnie katany dysponuje magią lodu.
Po latach tułaczki nie natrafiłem ani razu na jakąkolwiek wzmiankę na temat własnego pochodzenia. Straciłem już niemal całkowicie nadzieję, że kiedyś tą zagadkę rozwiążę. Obecnie priorytetowym celem moich działań było chęć odkrycia pochodzenia dziwnego miecza, którym od jakiegoś czasu dane jest mi używać. Walczę co prawda przeważnie przy użyciu obu broni, czyli obu katan, ale znaleziona broń coraz lepiej mi pasuje i stopniowo zacząłem ją preferować głównie ze względu na magiczne właściwości przedmiotu. Być może kiedyś zdobędę drugi magiczny kryształ, a wtedy będę władał dwoma magicznymi ostrzami i stanę się wtedy jeszcze bardziej skuteczny niż teraz. Teraz jednak jednym z głównych celów moich poszukiwań jest odkrycie większej ilości magicznych mocy dostępnych dzięki klejnotowi lodu.
I tak oto w poszukiwaniu własnej tożsamości, historii pochodzenia magicznej klingi oraz wciąż nie wygasłej żądzy przygód znalazłem się tu, gdyż misja zapowiada się trudna, ale im większy trud włożony tym większa satysfakcja na końcu. Z takim towarzyszem u boku jak ty nie może nam się nie udać.


Draugdin zakończył swoją opowieść przepłukując zaschnięte gardło dużą ilością przedniego jak na te warunki trunku.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.07.2015, 22:53 przez Draugdin.)

06.07.2015, 22:53
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Urząd miasta Greathard
#19

Nether nie zawiódł się - Draugdin odwzajemnił się podobną opowieścią, nie oszczędzając słów, ale też nie strzępiąc niepotrzebnie języka. To powinno wystarczyć na początek. Poznali mniej-więcej swój charakter i zdolności, więc już teraz mogli lepiej kooperować. Pozostawało tylko przyzwyczajanie się w trakcie podróży, bo nie sposób spamiętać tylu informacji w pięć minut.
Z opowieści wynikało, że obaj początków nie mieli takich złych - wychowywani byli w dość zamożnych (cóż, jak na sposób życia na rodzimej wyspie Nethera, jego ród był całkiem majętny) rodzinach, lecz obaj stracili to - choć Immortal w zdecydowanie bardziej "pokojowy" sposób, czyli na własne życzenie wyruszył ku przygodzie. I zawsze mógł wrócić. Jeśli ostatni z Broghorów kiedykolwiek powróci na swoje ziemie, to tylko po to, by koło zbrodni dotarło do punktu wyjścia.
Teraz brodacz uznał swego towarzysza za lepszego wojownika. Choć ten zapewne był mniej silny fizycznie, to był szkolony przez wiele lat i chyba przez bardziej uzdolnionych nauczycieli (jeśli chodzi o walkę w zwarciu, bo dość trudno jest znaleźć człowieka, który mądrzejszy byłby od smoka). Nethera zdziwił jednak fakt, że jego kamrat posługiwał się w walce dwiema broniami jednocześnie. Do tej pory uznawał opowieści o takich za jakieś głupie plotki i mrzonki plebsu o zbyt bujnej wyobraźni - nie sądził, by było to skuteczne, jako, że trudno skupić się na obu rękach i całokształcie walki. Być może jednak mylił się, skoro tułaczka siwowłosego trwała już ładne parę lat i nadal żył.
Uśmiechnął się, słysząc zakończenie opowieści.
- To dobrze, że tak uważasz. Mam nadzieję, że żaden z nas nie zawiedzie się na drugim. - powiedział brodacz, szczerząc zęby zza bujnego owłosienia. - Zapomniałem tylko o czymś wspomnieć, chociaż pewnie już się tego domyśliłeś... W życiu nie próbowałem jazdy na wierzchu. Zatem przydałyby mi się jakieś rady, zanim wyruszymy w podróż. W kilka chwil raczej się nie nauczę, ale myślę, że nauka samego nie spadania z konia nie zajęłaby mi więcej, niż paru godzin. - rzekł, choć z początku nieco się tego wstydził. Cóż, jakoś nigdy nie odczuwał potrzeby jazdy z kilku powodów: po pierwsze, wszelkie podróże na jego rodzimej wyspie były dokonywane na pieszo. Z braku koni. Po prostu przyzwyczaił się do polegania na wlasnych nogach. Po drugie - zwyczajnie radził sobie. Był zahartowany, nogi miał silne i wytrzymałe. A po trzecie... Cóż, konie są drogie, jak cholera. Nether w życiu nie miał w sakwie wystarczającej ilości monet do kupna takiego zwierzęcia.
Kufel pozostał zapełniony do połowy, a brodacz zajął się wcinaniem podanej mu strawy.
09.07.2015, 11:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Urząd miasta Greathard
#20

Draugdin był zazwyczaj bardzo nieufny i wiele razy uratowało mu to życie i uchroniło od poważnych kłopotów. Jednam tym razem tu i teraz otworzył się przed tym w sumie obcym dla niego człowiekiem tak samo jak tamten przed nim. Łowca czuł, że łączy ich jakieś pokrewieństwo dusz lub może podobne przejścia w życiu? Fakt faktem, że niespodziewanie uzmysłowił sobie, iż zaczął towarzysza darzyć pewną dozą sympatii, a w jego przypadku było to coś czego wcześniej nie doznał względem nikogo innego.
Zapowiadała się ciekawa przygoda. Na pewno niełatwa i więcej niż pewne, że bardzo niebezpieczna. Czuł jednak, że w doborowym towarzystwie.

- Co do jazdy konnej to tak na szybko wiele cię nie nauczę. Co mogę ci podpowiedzieć. Koń to bardzo mądre zwierzę, do tego stopnia nawet, że potrafi odbierać ludzkie emocje. Do czego zmierzam. Chodzi głównie o to, żebyś się konia nie bał, bo on to wyczuje i będzie niespokojny. Zachowaj spokój, a swoje lęki dopóki ich nie pokonasz schowaj najgłębiej jak tylko potrafisz. A co do reszty to do utrzymania się na koniu i do kierowania nim w sumie to wystarczą jedynie silne nogi. Silne nogi i pewność siebie. Zwierzę musi czuć, że ty rządzisz i wtedy będzie wam się dobrze współpracować. To tyle. wierz mi nie jest to tak trudne jak wygląda. No i ważne jeszcze jedno. Nigdy, ale to przenigdy nie zachodź konia od tyłu.

Draugdin zakończył swój krótki wykład z uśmiechem na twarzy i również zajął się pochłanianiem posiłku.

//Przepraszam, że moje posty nie są teraz zbyt długie i rozbudowane, ale staram się będąc na wakacjach wrzucać choć trochę tekstu, żeby nie opóźniać sesji Oczko
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2015, 09:03 przez Draugdin.)

10.07.2015, 09:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna