Zniszczone ogrody
#51

Pozostała dwójka z równym smakiem jadła zupę. Widać, że oni również byli głodni. Nikt się nie odzywał, wszyscy byli skupieni na swoich miskach. Pierwsza skończyła Agatha i gdy zakomunikowała, iż idzie poszukać Seitaro, pozostali kiwnęli tylko przyzwalająco głowami.
- Tylko nie oddalaj się za daleko - polecił Bert między jedną łyżką a drugą.
Gdy Agatha rozpoczęła swoje poszukiwania, słońce zachodziło już za horyzont, zaczynał się pojawiać półmrok. Nie trzeba było długo czekać, aż zapadła noc. W ciemności natomiast wiele okropieństw budziło się do życia, dlatego niebezpiecznie było oddalać się od grupy.
Gdy Agatha wróciła, zastała ich w głównym pomieszczeniu. Bert siedział nad mapą, natomiast Vivienne pakowała wszystkie niezbędne rzeczy. Oboje podnieśli wzrok na czerwonowłosą. Mężczyzna się skrzywił.
- Pewnie zwiał, kutas głupi - stwierdził i powrócił spojrzeniem do mapy.
- Poradzimy sobie bez niego - dodała Vivienne i wzruszyła ramionami. Po chwili jednak jakby sobie przypomniała, że Seitaro mógł być kimś ważnym dla Agathy. Podeszła do niej i położyła dłoń na jej ramieniu. - Jest już zbyt późno, żeby go szukać. W nocy nie mamy najmniejszych szans i tylko byśmy zginęli. Jeśli był na tyle głupi, że polazł gdzieś sam i się zgubił... to jego problem.
07.09.2014, 00:27
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#52

Uśmiechnęłam się tylko w odpowiedzi do Vivienne, ale po mojej minie było widać, że jestem bardzo zdenerwowana. Nie miałam zamiaru komentować tego jak postąpił mój "były" kompan. A niech się tylko zjawi. Będzie miał do czynienia ze mną i możecie wierzyć lub nie, ale to będzie spotkanie trzeciego stopnia z wkurzoną kobietą. Będzie gorzej niż spotkanie z allingierem.
Podeszłam do drzwi wyjściowych z założonymi rękoma.
- Skoro świt zaczynamy polowanie? - Spytałam poważnie nie odwracając się do nich. - A jak z nocką robimy? Warty na zmianę? Jeśli tak to chce być pierwsza. Nie chce mi się spać. Zbyt bardzo jestem nabuzowana. - Odpowiedziałam i oczywiście czekałam co oni powiedzą.
Po jakimś czasie postanowiłam sobie zrobić posłanie z porozrzucanych szmat i koców.
15.09.2014, 00:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#53

- Tak, warta przez całą noc ze zmianą co trzy godziny. Jeśli Agatha chce iść pierwsza, proszę bardzo. Druga będzie Vivienne, jak ostatni. - Zarządził Bert i także zabrał się za urządzanie sobie posłania. Niedługo potem wszystko było już gotowe, a Agatha stała u wejścia do drzwi, przygotowując się do pierwszej warty. Podeszła do niej Vivienne.
- Nie rozpalamy ogniska, żeby nie zwracać na siebie uwagi, musisz sobie radzić w ciemności. Jeśli cokolwiek niepokojącego zwróci twoją uwagę, budź nas od razu - po tych słowach odwróciła się i poszła do swojego posłania, a Agatha pozostała sam na sam ze swoimi myślami oraz nieprzyjaznym światem. Miasto Norwel ogólnie nie było zbyt bezpiecznym miejscem do odwiedzania, a po zapadnięciu zmroku stawało się jeszcze gorsze. Wiatr hulał, nieprzyjemnie chłodząc ciało akolitki. Tutejsza fauna co chwilę dawała o sobie znać poprzez ryki, warknięcia czy odgłosy walki. Na szczęście żadne z nich nie dobywały się z pobliża kryjówki. Większość warty przebiegła spokojnie, bez większych niepokojów. Dopiero pod koniec wydarzyło się coś niepokojącego.
Agatha mogła poczuć drżenie. Tak jakby delikatnie trzęsienie ziemi. Po chwili sytuacja się powtórzyła. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Czerwonowłosa nie mogła mieć wątpliwości - słyszała odgłosy kroków i to czegoś naprawdę dużego. Co gorsza, znajdowało się to naprawdę niedaleko i zdawało się cały czas zbliżać. Nim jednak akolitka zdążyła cokolwiek uczynić z tym faktem, zorientowała się, iż obok niej stoi Vivienne i przyciska palec do ust, nakazując milczenie. Sama wsłuchała się w przerażające dźwięki dobywające się z zewnątrz.
- Zaraz wracam. Czekaj tutaj. Jeśli nie wrócę za pięć minut, obudź Berta i uciekajcie stąd - powiedziała jej szeptem, a potem wybiegła w ciemność.
Źródło niepokojących dźwięków zatrzymało się tuż obok budynku, w którym się ukrywali. Agatha mogła usłyszeć jak coś się porusza. Dochodził do niej dźwięki szurania o podłogę, ruchu jakiegoś niezidentyfikowanego materiału, a także wąchania. Zdawało się, że tajemnicza istota wyczuła obecność ludzi. W tym momencie jednak ktoś zakrzyczał, co odwróciło uwagę bestii. Ta oddaliła się gwałtownie, znów wprawiając ziemię w drżenie. Po chwili znów zapadła cisza, tak jakby nic się nie wydarzyło. Kilka uderzeń serca później Vivienne powróciła do pomieszczenia. Agatha nie mogła jej ujrzeć, jednak w tonie głosu czarnowłosej było coś niepokojącego.
- Zmiana warty. Idź spać, ale bądź gotowa na ucieczkę w każdej chwili - poleciła Vivienne, a potem stanęła przy drzwiach.
Agacie nie pozostało nic innego jak odejść i spróbować zaznać chociaż odrobiny snu, bo towarzyszka nie wydawała się zbyt chętna do rozmowy. Zmęczenie dało o sobie znać i kilka chwil później czerwonowłosa oddała się w objęcia morfeusza.

~*~

Agatha obudziła się sama. A właściwie obudziła ją rozmowa.
- ...z 8 albo 9 metrów. Skurwiel był ze dwa razy większy od Allingera. Nigdy w życiu się tak nie bałam. Wyglądał jak demon, kurwa, jak prawdziwy, pierdolony demon. Na szczęście udało mi się go zmylić, ale nie było to takie łatwe jak w przypadku normalnych bestii. Wcześniej go tylko słyszałam, ale dzisiaj już nas znalazł. Bert, ten skurwiel nas ściga. - To mówiła Vivienne. Wydawała się naprawdę zdenerwowana, co mocno do niej nie pasowało.
- Uspokój się. Dzisiaj załatwiamy sprawę Allingera i spierdalamy stąd. - Odpowiedział Bert i na tym rozmowa się zakończyła. Po chwili mężczyzna wszedł do pomieszczenia, w którym spała Agatha.
- O, obudziłaś się. Dobrze. Wstawaj, zjemy śniadanie, załatwimy skurwiela i znikamy.
29.09.2014, 14:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#54

Wydarzenia z poprzedniej nocy nie dawały mi spokoju. Niby szybko zasnęłam, ale co rusz budziłam się w nocy i wzrokiem poszukiwałam osoby śpiącej niedaleko mnie. Wtedy od razu puls wracał mi do normy. Byłam tego pewna. To nie było to co do tej pory widziałam. To było coś znacznie gorszego. Vivienne była tym zaniepokojona albo nawet przerażona? Trudno było powiedzieć. Nie widziałam jej rysów twarzy.
Rano obudziło mnie rozmowa. Tak dyskutowali, a ja tylko słuchałam. To co usłyszałam wcale mi się nie podobało. 8 albo 9 metrów?! To się w pale nie mieściło. Co to był za stwór? A może demon? Jeszcze lepiej. Moje życie nie potrzebowało takich wspaniałych i niesamowitych atrakcji. Na takie coś się nie pisałam. I jeszcze ten Seitaro... Dupek spierdolił i zostawił mnie. Ach... Ci mężczyźni. Zawsze można na nich liczyć.
Nagle Bert wszedł do pomieszczenia i zauważył, że nie śpię. Wstałam z nietęgą miną i spojrzałam chwilę na niego. Potem opłukałam twarz i tak chwilę patrzyłam na wodę puki się nie uspokoiła albo puki ja się nie uspokoję. Trudno było stwierdzić. Nabrałam kilka głębszych wdechów i poszłam na śniadanie. Musiałam z nimi co nieco wyjaśnić, bo inaczej nie wyrobię. Musiałam wiedzieć co to było.
- Jesteście zdenerwowani... W sumie ja też, bo chyba wiecie co to było poprzedniej nocy. Zgadza się? - spojrzałam po kolei na nich. - Nie uważacie, że trzeba mnie oświecić w tym kierunku? Z tego co usłyszałam z waszej rozmowy to, że te chujostwo przyjaźnie nie wygląda i lubi bawić się w chowanego, ale pod warunkiem, że on szuka... Co się kurwa dzieje?! Na takie atrakcje się nie pisałam! Wyjaśnicie mi to?
W tej chwili byłam naprawdę wkurwiona, ale z nutką przerażenia. Nawet nie chciałam usiąść, bo co chwilę bym wstawała. Czekałam na wyjaśnienia.
23.10.2014, 22:53
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#55

Bert i Vivienne siedzieli przy prowizorycznym stole, na którym stał chleb, biały ser i kilka warzyw. Jedli z niezbyt tęgimi minami, a kiedy usłyszeli wyrzuty czynione przez Agathę, ich humor stał się jeszcze gorszy. Przez chwilę w ogóle nie reagowali, jakby w ogóle nie usłyszeli słów akolitki. Wpatrywali się przed siebie z marsowymi minami i żuli to, co mieli w ustach. Wreszcie za wyjaśnianie jak zwykle zabrał się Bert.
- Sami nie wiemy do końca co to jest - mówił cicho, jakby przygaszony lub przestraszony. Wzrok cały czas wbijał w ścianę przed sobą, niczym podlotek wstydzący się spojrzeć w oczy swojej oblubienicy. - To było parę nocy temu. Zapuściliśmy się wgłąb miasta szukając czegoś wartego upolowania i... chyba znaleźliśmy. Tyle, że to było za silne nawet jak dla nas. Po pierwsze, nawet nie udało nam się dobrze mu przyglądnąć. Szczerze mówiąc byliśmy tak spanikowani, że po prostu spierdalaliśmy gdzie popadnie. Nigdy w życiu się tak nie bałem, poszczałem się w gacie. Myśleliśmy, że trafiliśmy po prostu na przeciwnika z innej półki i to będzie koniec przygody. Wszystko jednak wskazuje na to, że ten skurwiel nas śledzi. Od paru nocy Vivienne dostrzegała go... nie, to kiepskie określenie. Wyczuwała go gdzieś w okolicy, jak kluczy między budynkami, węszy i szuka. Ostatniej nocy w końcu nas znalazł. Jakimś cudem udało się go odciągnąć, ale... to bydle jest inteligentne. To nie jest jakaś tam tępa bestia, która rzuca się na wszystko w furii. Nie, on działa systematycznie, niczym myśliwy, szuka swojej ofiary, potem zapędza ją w kozi róg i napawa się swoim zwycięstwem. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo niewiele o nim wiem. W każdym razie... też chcemy jak najszybciej stąd spierdalać. Ale jakoś żyć też trzeba, więc chcemy zapierdolić Allingera, zdobyć dowód jego pokonania i zmywać się stąd. To tyle. - Po tej historii zapadła głucha i dosyć niezręczna cisza. Rodzeństwo czekało na reakcję akolitki.
01.11.2014, 14:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#56

Po wypowiedzi Berta przeżuwałam kawałek chleba w ustach. Powoli, jakby mi się nie chciało. Nie wiedziałam co powiedzieć. Milion myśli przechodziło mi przez głowę. Spojrzałam na nich, ale to nic nie pomogło. Jedli przygaszeni. Widać było, że tego stwora, potwora się bali. Nie dziwię się im. Mimo, że nie widziałam go na własne oczy, ale i tak przechodzimy mi ciarki na samą myśl o nim. Ach... W co ja się wpakowałam? Trafiając tu miałam plany odnośnie tego miasta. Co się z nim stało... Chciałam wyjaśnić tą tajemniczą zagadkę. Dla siebie, a tu co? Sprawy się skomplikowały, Seitaro spierdolił albo coś go wpierdoliło... Kurwa! Wszystko szło nie tak jak trzeba. Od kiedy moje życie szło w kierunku nie takim co trzeba? Tyle przeżyłam... Z każdego dołka się wygramoliłam, wychodziłam w całości z każdej potyczki, walki. Od kiedy zaczęłam się bać o własne życie? Musiałam wziąć się w garść. Przeczesałam moje włosy rękoma i spojrzałam na moich towarzyszy.
- Gdy trafiłam do tego miasta, a raczej ruin miałam plany. Chciałam poznać prawdę w jaki sposób te miasto upadło, ale sprawy się skomplikowały jak widać. Łazi tu coś, co budzi grozę nawet we mnie. W pojedynkę nic nie da się zrobić. Obiecałam Wam, że pomogę, więc ubijmy tego Allingera i wynośmy się stąd. Jak najprędzej... - Powiedziałam to ze stanowczością i kontynuowałam dalej jedzenie.
12.11.2014, 04:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#57

- Świetnie. Kończymy jeść, pakujemy się i idziemy na akcję. - Stwierdził Bert. Po jego słowach zapadła cisza, każdy żuł swoją część jedzenia w zamyśleniu, przygotowując się indywidualnie na to, co ich czeka. Po śniadaniu zabrali się za pakowanie rzeczy. Co prawda większość z nich należała do rodzeństwa, jednak podzielili się oni z Agathą w zamian za otrzymaną pomoc. Dostała część prowiantu, wodę, a także kilka koców i nawet ubrań. Umowa była prosta, kto co niesie to należy do niego, co z tym zrobi to już jego sprawa.
Wyruszyli pół godziny po śniadaniu. Dzień był pochmurny i przygnębiający, tak jakby świat chciał zniechęcić trójkę śmiałków. Nieprzyjemny wiatr szwendał się po ulicach opustoszałego miasta, nadając im jeszcze upiorniejszy charakter. Wszechobecna cisza przyprawiała o gęsią skórkę, jednak jeszcze gorsze były sporadyczne ryki rozlegające się w okolicy. Na szczęście przewodnicy Agathy szli pewnie, dokładnie znając drogę i unikając wszelkich niebezpieczeństw. Trasa była zaplanowana już od dawna i po około pół godzinie dotarli do budynku o którym była mowa.
Świątynia, o której wspomniał Bert, była ogromna, miała z dobre dwadzieścia metrów wysokości. Do środka prowadziły wielkie, kamienne schody u szczytu których znajdowały się równie spore drzwi. Zapewne kiedyś wyglądały pięknie, jednak teraz złote zdobienia były zatarte, większość ornamentów zanikła, lewe skrzydło było całkiem wyłamane i leżało we wnętrzu budynku, prawe zaś, lekko uchylone, było pęknięte i w każdej chwili mogło się rozlecieć na kawałki. Na boki rozchodził się rząd kamiennych kolumn, z których wiele było niekompletnych.
Gdy trójka ludzi weszła do środka, powitał ich chłód i echo ich własnych kroków. Szli ogromnym korytarzem, na którego podłodze znajdowały się strzępy ozdobnego dywanu, który tu kiedyś spoczywał. Z boku korytarza przyglądały im się wielkie pomniki przedstawiające głównie ludzi w pozycji stojącej z rękami złożonymi jakby do modlitwy. Ich ciała były niekompletne, jednemu brakowało jednej ręki, drugiemu obu, trzeciemu zostały tylko nogi. W komplecie uchował się tylko jeden pomnik - kobieta w pozycji leżącej, wyciągająca ręce przed siebie, z twarzą wykrzywioną strachem, jakby się przed czymś broniła. To nie wróżyło najlepiej.
W pewnym momencie doszli do rozwidlenia, gdzie korytarz dzielił się na trzy strony. Mogli iść w prosto, prawo lub lewo. Bert rozejrzał się w zamyśleniu.
- Tędy. - Rzekł cicho, wskazując prawy korytarz. Tam też ruszyli. Chwilę potem dotarli do wielkiej auli. Na środku była kamienna podłoga, otaczały ją zaś miejsca do siedzenia. Wyglądało jak miejsce, gdzie niegdyś prowadzone były dyskusje czy może przedstawienia. Teraz jednak jedynym aktorem na środku sceny był olbrzymi Allinger, który aktualnie zajmował się dzieleniem na części jakiegoś innego potwora, którego prawdopodobnie upolował w nocy. Był całkowicie pochłonięty swoją pracą i nie zwracał uwagi na niechcianych gości.
- Trzymetrowy. Nie jest tak źle. - Ocenił Bert. Odciągnął kobiety na bok, tak aby bestia nie mogła ich zauważyć. - Pamiętacie plan? Pierwsza idzie Vivi, atakuje go i ucieka. Potem wkraczam ja i odwracam uwagę. Powtarzamy to do momentu, aż opadnie z sił. Wtedy wkracza Agatha i go unieruchamia, a Vivi próbuje zabić. Jeśli się nie uda, powtarzamy operację. Wszystko jasne? Teraz miejsca. Vivi atakuje frontalnie od strony drzwi, na mój znak. Ja na początku chowam się za siedzeniami. Ty Agatho... po prawej stronie jest pomnik. Trochę zniszczony ale zasłoni cię. Kiedy Vivi zaatakuje, ty musisz tam dobiec i ukryć się tak, żeby Allinger cię nie zauważył. Ale dopiero jak Vivi zaatakuje, jasne? Musi skupić na niej swoją uwagę. Nie wcześniej, bo cały plan szlag trafi. Dam znak, Vivi atakuje, ty biegniesz i się chowasz. Jak pierwszy manewr ze skrępowaniem się nie uda, to też się tam chowasz. Wszystko jasne? - Vivi kiwnęła głową. Teraz czekali tylko na gotowość ze strony Agathy.
16.11.2014, 15:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna