Dzielnica Żebraków
#1

Cytat:

Znajdujące się tutaj stoiska oraz kramy nie robią takiego wrażenia, jak te w dzielnicy bogaczy. Nie kupi się tutaj jedwabnego sukna, czy ekskluzywnego podarunku dla swojej lubej. Im dalej w głąb dzielnicy żebraków, tym coraz uboższe stają się stragany. Wreszcie trafiamy do miejsca, gdzie sprzedawane są pieczone szczury lub dziurawe kurtki, a bezdomni handlują między sobą, wymieniając się ubraniem, jedzeniem i innymi cudami, które można znaleźć po śmietnikach. Cofając się jednak do lepiej utrzymanej części bazaru, towary tutaj są zwykłe. Innymi słowy stanowią środek pomiędzy przepychem i splendorem dzielnicy bogaczy, a biedą dzielnicy dla żebraków. Jeśli więc nie jesteś szczególnie zamożnym człowiekiem, ale jednocześnie stać się na zapewnienie sobie jedzenia, mieszkania oraz ubrania, to właśnie w to miejsce powinny skierować się twoje kroki. Jeśli oczywiście zamierzasz coś nabyć. Warto jednak wiedzieć, że niewielu jest takich, którzy weszli na teren Wielkiego Bazaru i nie rozstali się chociaż z małą częścią swych pieniędzy.
07.02.2014, 22:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#2

MG

Po kilku kolejnych dniach od opuszczenia karczmy o jakże wdzięcznej nazwie "Pod krwiożerczym jeleniem" podróżnicy w końcu ujrzeli mury Azaratu. A te kilka dni były najgorsze ze wszystkich, jakie im minęły. Żadna ulewa ani wiatr nie mógł przeszkadzać im tak bardzo, jak upał i gorące piaski pustyni. Parzyły nawet przez buty, słońce prażyło zaś z taką siłą, że o udar, odwodnienie, a czasem nawet, dla tych nieprzyzwyczajonych, poparzenia - było bardzo łatwo. Najgorzej to wszystko znosił Ethan. Skóra mu popękała, czuł się okropnie, pił najwięcej ze wszystkich. Co prawda chłód, jaki wokół siebie niekiedy roztaczał, pomagał mu, gdy było za gorąco. Nie chronił go jednak ani trochę przed słonecznymi promieniami, a podłoże niewiele sobie z tego zimnego zefirku robiło. Wcale niedużo lepiej znosiła to cała reszta, włącznie z Luną - kopyta zapadały się w gorący piasek, co wcale przyjemne nie było. Stabilność konia też była zaburzana, wcale nie był to łatwy spacer. Był bardziej męczący, niźli niejeden galop przez równiny, czy stepy.
Na szczęście to powoli przestawało być istotne. Cel ich podróży, czyli Azarat, malował się przed nimi. Piasek co prawda nie przestawał drażnić stóp, ale widok miejskich murów jakoś podniósł na duchu trójkę, zwłaszcza, że kończyły im się zapasy wody. A o przydrożne karczmy w okolicy dość trudno, jakby nie patrzeć. Zresztą, "przydrożne" to w ogóle nieodpowiednie określenie, bo weź tu i zrób drogę na takim terenie... Ale mniejsza, wracając do tematu.
Wszedłszy przez majestatyczną Bramę Życia, Artial wraz z kamratami znalazł się na jednej uliczce, usypanej trochę większymi kamieniami, które pomagały przy przemierzaniu miasta. Chodzić dalej po takim gruncie, jak przez ostatnie kilka dni, doprawdy nie byłoby zbyt przyjemne. Niedaleko rysował się jakiś przybytek z niegdyś pewnie wymalowanym szyldem, teraz nie za bardzo można było poznać, co tam było. Ale wyglądał na gospodę, do której warto byłoby zajrzeć, chociażby żeby się napić. Chociaż... Biorąc pod uwagę napierających zewsząd żebraków... I innych podejrzanie wyglądających typków, mógł to nie być też zbyt dobry pomysł. Dalej rysowało się targowisko, gdzie kupcy na niewielkich straganach wzajemnie przekrzykiwali się, oferując coraz to cudowniejsze cuda: stare, wyschnięte mięso (pochodzenia zupełnie niezidentyfikowanego), pieczywo (w okruchach), lniane ubrania (żeby chociaż były połatane), lekarstwa (bardziej szkodliwe niż niejedne trucizny), bronie najnowszej generacji (np. artefakty typu Nieskończony Młot do rzucania - rzucasz, obuch trafia w głowę, a trzonek nadal w dłoni!) etc.
Mogli też od razu spróbować przedrzeć się czym prędzej z tej dzielnicy w stronę bogatszej - ryzyko okradzenia było znacznie mniejsze, a zapewne tam znajdą kupca, którego szukają, znacznie prędzej, niż tutaj.
Strażników z kolei nie było tu zbyt wiele. A jeśli nawet, to żaden z nich nie wyglądał, jakby był legalnie zatrudniony i z dumą reprezentował Azarat. Prędzej takowy wyglądał, jak jakiś zwykły wykidajło; jak stróż prawa, które stanowił sam sobie, czyli po prostu stróż własnego (albo i nie) podwórka czy nosa. Tak, taki typ ludzi tu dominował. I słusznie. W końcu jeśli nie pilnowaliby swojego interesu, to nikt inny by ich nie wyręczył.
21.12.2014, 15:33
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#3

Podróż przez pustynię była męcząca chyba dla wszystkich. Sam podróżowałem bez kolczugi, którą teraz dzielnie taszczyła Luna. Byłem świadomy tego, że podłoże jej nie służy, toteż, jeśli istniała taka możliwość wybierałem szlaki o bardziej kamienistym podłożu. Nocami zaś za swój trud mogła pożywić się owsem z worka. Trzymałem go właśnie na tą część podróży, nie chcąc by mój "transport" osłabł. W końcu nic innego nie wysysało energii życiowej jak piaski pustyni.
Podróż trwała kilka dni, lecz ostatecznie dotarliśmy do bram miasta. Z każdym krokiem gwar ulicy budził mnie do życia. Nigdy nie rozumiałem czemu i prawdopodobnie nigdy też tej tajemnicy nie rozwiążę. Pogodziłem się z tym już jakiś czas temu.
-Wytrzymaj. Znajdziemy tego człowieka, to nas ugości. - Próbowałem podtrzymać na duchu Ethana, który zapewne z nadzieją spoglądał w kierunku tej zapyziałej karczmy. Bratanie się z kimkolwiek tutaj i wchodzenie w układy z "takimi" ludźmi było złym pomysłem. Przeważnie była to bowiem zbieranina osobliwości pozbawionych honoru i godności, żyjąca z dnia na dzień z oszustwa i kradzieży. Miałem tego świadomość, gdyż sam należałem do tego typu plugastwa. Ba, prawdopodobnie byłem jeszcze gorszą bestią.
-Uważajcie na sakiewki. - Ustrzegłem i prowadziłem dalej. Jeśli gromadziły się przede mną jakieś żebrzące dusze bez mrugnięcia oka ignorowałem je, lub odtrącałem ręką te bardziej nachalniejsze - bez względu na płeć czy wiek. Nie było mi żal tych ludzi. Przyprawiali mnie o mdłości.
21.12.2014, 22:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#4

MG

Ethan kiwał tylko głową. Wolał nie otwierać ust, żeby jeszcze bardziej nie wysychać od środka. Nie zmieniało to faktu, że był wdzięczny Artial za dobre słowo - może nie znaczyło fizycznie wiele, ale zawsze było jakimś wsparciem.
Sibel również zrobiła się trochę mniej gadatliwa, niż uprzednio - chociaż małą zagadką było to, czy to przez warunki pogodowe, czy jej stan również się trochę pogorszył.
Przemierzali teraz biedną dzielnicę, usiłując jak najlepiej ustrzec swych sakiewek. Uwzględniało to odtrącanie od siebie nachalnych żebraków, dzieci i innych trędowatych. Nie wchodzili raczej w kontakt słowny czy wzrokowy z żadnym z tych ludzi. Jednocześnie pilnowali swojego dobytku. I... Cóż, cuda się zdarzają - dotarłszy praktycznie na sam koniec straganów biedoty mieli cały czas pełne sakwy. Niespotykane!
Zaraz rzucił im się w oczy ogromny kontrast między dwiema strefami - w pewnym miejscu po prostu chaotycznie porozrzucane kamienie, żebracy, podziurawione stragany urywały się, a zaczynało coś zupełnie innego - wyrównane, brukowane uliczki, bogato ubrani kupcy i mieszczanie, świetnie utrzymane stoiska, towary i budynki. Doprawdy, wszelkie opowieści w których wspominano o tym, że Azarat to miasto kontrastu - były jak najbardziej prawdziwe.
Stało na tej swego rodzaju granicy też kilku strażników - w świetnym rynsztunku, idealnie dopasowanym, bogato zdobionym. W dłoniach dzierżyli szpontony - broń raczej reprezentacyjną, aniżeli typowo bojową... Choć nie było wykluczone, że ci gwardziści potrafili nimi manipulować na wiele śmiertelnych sposobów. U boku mieli zaś bronie zapasowe, chociaż te nie były już takie same - jeden z nich miał rapier, drugi buławę, trzeci - jatagan. Czwarty zaś czuł się wystarczająco pewnie ze szpontonem, bo u pasa nie miał niczego. A może to oznaczało, że specjalizuje się w bijatyce? Cóż, możliwe było i to; w każdym razie można było się domyślać, że oprócz ekwipunku przydzielonego przez miasto czy ich pracodawców, mieli też coś własnego. Spostrzegawczy wojownik dostrzegłby w nich silnych przeciwników. Być może to właśnie dzięki nim, tym strażnikom, biedota i żebracy nawet nie myśleli o podejściu choć trochę bliżej.
Mimo to jakoś tak się złożyło, że troje podróżników stało dokładnie na granicy. I mimo, że sakwy wciąż mieli całe i równie ciężkie, co przedtem (zapewne dzięki temu, że kolor ich skóry i sposób ubierania się zwrócił uwagę stróży prawa), to ktoś z pobliskiego przybytku wyszedł - a wręcz wypadł, chyba mu się śpieszyło - i chwilę później stał już przy nich. Nie wyglądał może na szczególnie biednego. Gdyby wyraźniejszą warstwą było tu zwykłe mieszczaństwo, zapewne do niego najłatwiej byłoby dopasować tego człeka. Ubrany był w ciuchy przewiewne, w kilka cienkich warstw. Miał narzucony kaptur, który przed rozpoczęciem rozmowy (a jakżeby inaczej) zdjął. Nie miał broni. A przynajmniej nie było jej widać.
- Dzieńdoberek. Nowi w mieście? Może potrzebujecie jakiegoś przewodnika? - uśmiechnął się, odsłaniając lukę w uzębieniu. Jednej trójki mu brakowało. - Za darmo was oprowadzę, chyba, że dacie jakiś napiwek. - powiedział, patrząc to Sibel, to Artialowi w oczy. Gdy zwrócił wzrok na Ethana, rzekł od razu: - Cholercia, tobie to musi być słabo. Chodź, napijesz się czegoś. - powiedział, zapraszając gestem dłoni do budynku, z którego właśnie wyszedł. Nie wyglądał on na jakąś brudną spelunę - był umieszczony tuż przy granicy prowadzącej do Dzielnicy Bogaczy, więc możliwe, że to przez to spłynęła na gospodę odrobina bogactwa i świetności. Zaiste, nie więcej niż odrobina. Ale, jakby nie patrzeć - chyba każdy z trojga podróżników bywał w miejscach gorszych. Nie było więc co wybrzydzać... Chyba.
22.12.2014, 16:21
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#5

Obojętny na obrazy żebractwa kierowałem się przed siebie. Dostrzegłem już nawet strażników stróżujących na granicy tych dwóch światów, gdy nagle pojawił się przed nami jakiś człowiek. Był głośny, nachalny i irytujący. Typowy naciągacz obiecujący niby to bezinteresowną pomoc. Głupota. Nic na świecie nie jest darmowe i nikt nigdy bezinteresownie czegoś nie oferuje. Zawsze jest coś za coś. Tylko naiwniacy myślą inaczej i to oni też najszybciej lądują w piachu.
-Nie, dzięki. -Odmówiłem mu słowem i gestem ręki. - Jesteśmy bliscy końca podróży. Śpieszno nam. - Odpowiedziałem, nim Ethan zdążył otworzyć usta. Byłem świadomy, że ten mógł się zgodzić. Wyglądał własnie na kogoś naiwnego i dobrego. Choć może i się myliłem? Mimo wszystko, on również powinien mieć na tyle oleju w głowie by zrozumieć, że dzieliło ich kilkadziesiąt kroków od lepszej okolicy, a kto wie czy nie od celu. Jeśli Człowiek ten, dalej byłby nachalny, a i jeśli zdobyłby się na czelność sięgnięcia po rękę kogokolwiek z nas i próbował dalej zachęcać pomimo odmowy, prawdopodobnie bez zawahania złapałbym jego dłoń poniżej nadgarstka. Nie byłbym wówczas taki miły. Zamknąłbym dłoń niczym żelazne kajdany - mocno i powtórzył "nie dzięki" w bardziej dosadny sposób. Następnie udalibyśmy się do strażników, których wypytalibyśmy o to, gdzie moglibyśmy znaleźć szukanego przez nas kupca. Sibel miała jego imię zapisane. Pokazalibyśmy im ową manuskrypcję oczekując pokierowania. Wcześniej jednak przycupnęlibyśmy przy jakiejś fontannie czy też studni.
22.12.2014, 17:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#6

MG

Ethan rzeczywiście może i był zmęczony, ale bynajmniej nie był zombie, który bezmyślnie skierowałby się wszędzie, gdzie jest woda. I tym razem posłuchał głosu rozsądku - to jest, głosu Artiala - i nie odszedł od grupy. Człowiek, który już był przy drzwiach do przybytku, był przez chwilę zdezorientowany. Jakby nie docierała do niego taka opcja, jak odmowa. Ale cóż, wzruszył tylko ramionami z miną typu "jak tam sobie chcecie", po czym wszedł do budynku i zniknął z oczu podróżnikom.
Instynktownie właściwie każdy z nich sprawdził, czy nadal ma wszystko przy pasie. Ale tak, nic nie zniknęło. Mogli być więc tymczasem spokojni.
Nieopodal rzeczywiście była studnia, a obok - strażnik. Świetnie, dwa w jednym. Kłopot polegał na tym, że stróż wody nie wyglądał na szczególnie przychylnego podróżnikom. Zresztą, tak samo jak każdy inny strażnik. Każdy z nich obrzucał ich dociekliwym spojrzeniem, próbował prześwidrować wzrokiem na wskroś, wypatrzeć każdy ukryty zamiar, jakby taki rzeczywiście istniał. Zapewne nie zareagowałby bardzo inaczej, niż w przypadku, gdyby podszedł do niego jakiś żebrak czy złodziejaszek i prosił o drobne, lub sam próbował sobie je odebrać. Zbrojni nie wyglądali na szczególnie empatycznych, czy wyrozumiałych. Raczej na skrajnie surowych i niechętnych do jakiejkolwiek współpracy.
Troje spragnionych podeszło do studni, zostali wtedy obrzuceni jednym z tych podejrzliwych spojrzeń. Gdyby spróbowali zaczerpnąć nawet choć odrobinę głowy, usłyszeliby niezbyt sympatyczne "- A wam do cholery kto pozwolł czerpać wodę?". I żaden argument w stylu "umieramy z pragnienia" wcale by w tej sytuacji nie pomógł. Chyba, że chodziłoby o przyspieszenie procesu umierania, wtedy - dlaczego nie? Ale teraz podróżnicy mieli inny cel.
Po pytaniu o niejakiego szlachetnie urodzonego Anb'manaha, zachowywał się przez chwilę, jakby nie usłyszał. Jednak gdy nie odchodzili, wziął od Sibel kartkę z imieniem i zastanawiał się przez chwilę.
- Nie, nie ma tu nikogo takie... A nie, chwila. Rzeczywiście, jest taki kupiec. Ale ma prywatną posiadłość... - tu zatrzymał się na chwilę, wycelował dłonią gdzieś wgłąb miasta, pokazując odgrodzony kilkumetrowym, kamiennym ogrodzeniem pewien teren. - w tamtym miejscu. Ale jak nie jesteście umówieni, nie macie szans tam się dostać. Zwłaszcza, że jesteście z zewnątrz. - powiedział. To ostatnie zabrzmiało, jakby chciał powiedzieć "Zwłaszcza, że jesteście zwykłymi robakami, których każdy w mieście brzydziłby się tknąć, a jedynym kontaktem jaki by dopuścił, to zmiażdżenie ich obcasem i splunięcie na ich truchła". Tak, tak właśnie wyglądała dumna miejska straż w Azaracie.
Oprócz muru, za którym była prywatna posiadłość, było tam w przejściu jakieś pół tuzina straży - czterech po stronie wejścia, dwóch wewnątrz. Zapewne ta gwardia kręciła się też zarówno przy kupcu, jak i na zewnątrz jego mieszkania. Tak... To nie będzie zbyt łatwe zadanie.

//zależnie od tego, czy planujesz zostać w Dzielnicy Bogaczy (i np. iść do jakiejś karczmy się napić, dalej napastować strażnika lub sikać na murek eeee?), czy może wrócić do Dzielnicy Biedaków, następny post powinien być w adekwatnym temacie. Niby może trochę powinienem ten post dać u bogaczy, chociaż jest taki pół na pół, ale już rozbijał nie będę, bo się nie opłaca i będzie trochę chaos. Także tego.
22.12.2014, 19:48
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#7

Podeszliśmy do studni, gdzie skinieniem głowy zasugerowałem towarzyszom, żeby sobie usiedli na jej murku i dali odpoczynek nogom. Sam zaś zwróciłem się do strażnika stojącego nieopodal. Zignorowałem jego nic nie wnosząc postawę i skupiłem się tylko na informacjach.
- Dzięki i myślę, że to już nasz problem. - Odpowiedziałem z nieco może przesadną wdzięcznością, unosząc przy tym lekko kąciki ust w delikatny uśmiech. Na odchodne skinąłem mu głową i dosiadłem się o towarzyszy. Nie należałem do tych nerwowych buntowników, toteż nie zamierzałem prowokować tutejszych mieszkańców, którzy momentami aż się prosili o wybicie paru przednich zębów. No ale ich miasto - ich zasady.
Po tym jak nieco odpoczęliśmy, wyzerowaliśmy zapasy wody oraz dojedliśmy co mieliśmy, skierowaliśmy się w kierunku wskazanym przez strażnika. Nie liczyliśmy na to, że zostaniemy przywitani z otwartymi rękoma, lecz w najgorszym wypadku chcieliśmy wiedzieć kiedy to miałoby nastąpić. Szlachta...

z/t
24.12.2014, 13:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#8

Przeciskał się między ludźmi, którzy tłumnie przybyli na Wielki Bazar. Wszechogarniający ścisk potęgował uczucie gorąca, które towarzyszyło mieszkańcom Azaratu niemal w każdy dzień roku. W tej biedniejszej części miasta wszyscy ludzie wyglądali tak samo: zawsze mierni i zmęczeni, naznaczeni przez znamiona żywota w ubóstwie. A może to Luxterowi się tak tylko wydawało? Tak czy siak sprawnie przepychał się między ludźmi, wykorzystując swoje fizyczne gabaryty. Kończył właśnie uzupełniać swoje zapasy, przed wypadem poza mury miasta - zawsze starał się jak najlepiej przygotować. Mijał kolejne stragany zatrzymując się przy tych, których właścicieli już poznał, a towary były zadowalające.
Gdy zaopatrzył się w to, co uważał za absolutnie niezbędne skierował się w stronę Bramy Życia, przez którą zamierzał wyjść z miasta nim zapadnie zmrok. Jakże wygodnie byłoby przechodzić przez Bramę Śmierci, by móc wyplenić całe to demonie plugastwo bez potrzeby okrążania całego miasta. Mężczyzna zdążył się już jednak przyzwyczaić i traktował tę wędrówkę wzdłuż murów jako swoisty rytuał przed walką. Szary tłum, który w oczach mężczyzny zlewał się niemalże w bezładną masę powoli przerzedzał się, aż wreszcie Luxter wydostał się z bazaru i ruszył dobrze znanymi, mniejszymi uliczkami w kierunku bramy. Gdy wreszcie wydostał się przez bramę, ruszył wzdłuż murów, kierując swoje kroki na pustynię.

z/t
21.12.2015, 18:27
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna