Chata wdowy Curtis
#31

W obliczu tego wszystkiego, Luthien był zmuszony jedynie zgodzić się z prośbą wdowy. Nie podobało się mu, że wspomniała o "większej szansie na przeżycie", jednak rozumiał jej determinację.
-Nie, oczywiście, że nie. Skoro szanowna Pani Curtis nalega, to udamy się tam dziś czym prędzej. - Odpowiedział, nieco nerwowo. Wydawało mu się bowiem że czuje presję na jak najszybszą odpowiedź ze strony obydwu pań. Upił letniej już herbaty. Chrząknął, wstając i powoli na nowo zakładając swoją pelerynę. Wieczory mimo wszystko bywały chłodne.
-Miałbym zatem kolejną prośbę, do pani, pani Curtis...Prosiłbym o poinstruowanie, jak do tego jeziora dojść. Mimo wszystko nie znam tutejszych terenów, a moja mapa nie jest na tyle szczegółowa. Jeśli łaska, śmiałbym prosić również o jakąś lampę. Nawet jeśli noc będzie jasna w lesie będzie panował kompletny mrok, a magowie to wciąż mimo wszystko ludzie. - Jakakolwiek lampa czy na naftę, czy ze świecą byłaby jak najbardziej pożądaną rzeczą. W końcu zmierzchało już. Luthien z tego powodu porządnie wątpił w dojście do lasu przed zmrokiem. Nad samym jeziorem mogłoby być jasno, gdyż nie rosły nad nim drzewa zasłaniające padające światło księżyca. Jednak sama droga do niego prowadząca...głupio byłoby sobie coś zrobić potykając się o własne nogi bądź wysunięty konar. Nie wspominając nawet o tym, że jeśli rzeczywiście coś się tam w lesie kryło to "szanse na przeżycie" w sytuacji kiedy nie widzi się gruntu po którym się stąpa były podobne do świętej pamięci męża pani Curtis.
28.04.2014, 14:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#32

Tarhio:
Mężczyźni lawirowali pomiędzy kolejnymi uliczkami. Gdy Tarhio zapytał o możliwość uzupełnienia zapasów, goniec podrapał się po brodzie w zamyśleniu.
- Najlepiej będzie zaraz zajść do któregoś z mniejszych sklepików, jednak muszę cię uprzedzić, że nie będzie to jedzenie najlepszej jakości. Z wodą będzie gorzej, bo trzeba byłoby wybrać się do którejś ze studni. Póki nie zaszliśmy daleko, możemy odbić nieco w bok i nie stracimy aż tak wiele czasu. - Wskazał machinalnie dłonią w prawą stronę. - Tędy.
Lon poprowadził łowcę przez następne zakręty, przyspieszając jeszcze bardziej kroku. W końcu wyszli za róg jednej z ulic na mały placyk. Nie było nikogo w pobliżu. Jedynie po lewej sączyło się światło z otwartych drzwi, nad którymi znajdował się mało zadbany szyld oznajmiający, że jest to zwykły sklep zaopatrzeniowy. Goniec oparł się o murek studni i spojrzał w dół.
- Daj mi swój bukłak, to napełnię ci w międzyczasie, jak pójdziesz tu obok. Tylko pospiesz się - powiedział, wystawiając rękę w stronę Tarhio i czekając.
Gdy już łowca kupił wszystko, co zechciał, ruszyli w dalszą drogę, w dużej mierze wracając się i odbijając w pewnym momencie w przeciwnym kierunku, który wcześniej obrali. Szybko dotarli w okolice wąskich uliczek, gdzie natknęli się na skulony, ciemny kształt, widniejący paręnaście metrów od nich.
- To Joachim! Syn wdowy. - Lon wskazał palcem na pochlipującego chłopca, siedzącego samotnie pod jedną ze ścian obcego domu. Nie wyglądało na to, by ktoś mu zrobił krzywdę, na pewno nie widoczną na pierwszy rzut oka. Goniec natychmiast do niego podszedł.

Nemeth i Luthien:
Wdowa odetchnęła z ulgą. Dopiero teraz śmiałkowie mogli dostrzec, jak bardzo jest spięta i niepewna ich udziału w zadaniu. Najpewniej obawiała się, że po prostu odmówią i wyjdą, nazywając ją wariatką.
- Planowałam odprowadzić was aż na skraj lasu. Droga stamtąd nie jest skomplikowana, więc nie powinniście się zgubić. - Wstała od stołu, zgarniając wszystkie kubki i stawiając na tacce. Gdy wchodziła na moment do kuchni, wciąż mówiła: - Luthien, wygląda na to, że masz sporo bagaży przy sobie. Jeżeli chcesz jakoś się odciążyć, to możesz zostawić tutaj niektóre swoje rzeczy na przechowanie. Na pewno nic im się nie stanie.
Barbra spojrzała nieco zakłopotana na uzdrowicielkę. Nietrudno było zgadnąć, że nie zaproponowała jej tego samego z prostego względu - Nemeth nie miała przy sobie żadnego widocznego ekwipunku. W ciągu paru następnych minut ciszy, gdy kobieta ponownie zniknęła w jednym z pomieszczeń, goście mogli rzucić ponownie okiem na wnętrze chaty.
- Jeżeli jesteście gotowi, to możemy iść. - Wdowa wcisnęła dwójce po jednym lampionie na każdego z włożonym już świeżym wkładem. - Powinno przetrzymać przez całą noc.
Kobieta wyjdzie z domku, opatulając się szczelniej opończą i czekając na gości. Gdy wszyscy znajdą się na zewnątrz, zamknie drzwi i ruszy w stronę, z której jeszcze paręnaście minut temu nadeszli szamani.

Kolejność: Tarhio, potem dowolnie

Luthien - 31/40 many (przeskok poziomowy + regeneracja 1 punktu)
28.04.2014, 16:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#33

Tarhio odetchnął z ulgą, słysząc, że mają jeszcze czas na uzupełnienie zapasów. Nie uśmiechało mu się głodować do następnego dnia. Wystarczy, że tego już czuł pustkę w żołądku. Był wytrzymały, ale nie lubił tego sobie udowadniać. Skinął więc Lonowi głową i ruszył za nim.
Kto by pomyślał, że od rana do wieczora będzie tylko chodził po lesie wte i z powrotem, poznając dziwne osobistości i wplątując się w ich sprawy! Przez to nie zjadł ani kawałka mięsa do tej pory. Chwała bogom za te jeżyny, choć prawie o nich zapomniał, tak nieznacznie się wtedy posilił. Przypomniał mu się Ray. Musiał spędzić bez pożywienia dużo więcej czasu, a dodając do tego nieco bardziej... ruchliwy i gadatliwy styl bycia, pewnie cierpiał teraz głód wielokrotnie większy niż Tarhio. Sam był jednak sobie winien, nie zabierając nic w podróż i idąc takim szlakiem. No, chyba że siedział teraz gdzieś w tych okolicach, może nawet w Złotogroszu i zasypiał przy stole. Kto wie. Nie znał go, ale widywał czasem tajemniczych jegomości z smykałką do magii. Nie wylewali za koszulę.
Tarhio znał to miasto, wiedział gdzie co się znajduje, choć większość czasu, kiedy nie łaził po lasach, spędzał właśnie w karczmach. Nie lubił zwiedzać miast, przemieszczać się po bruku, mijać większych czy mniejszych budynków. Natura to natura, nie jest sztuczna i nigdy nie będzie. Gdyby ktoś go kiedyś spytał o drogę do pewnego miejsca - nie potrafiłby pomóc. Ale jeśli sam miałby się tam udać, prędzej czy później odnalazłby miejsce docelowe. Jako podróżnik musiał przecież - prócz karczm, w których nie mógł znaleźć wszystkiego, czego potrzebował - odwiedzać rynek, targi, sklepy... To było jak chodzenie po puszczy. Instynkt wiedział, którą ścieżkę obrać, świadomość zajmowała się czymś innym.
Oddał więc bukłak gońcowi i poszedł zakupić suszone mięso za pieniądze, które jeszcze miał w sakiewce. Nie potrzebował wiele, nie zamierzał przecież nikogo prócz siebie karmić. Tylko tyle, by nie głodować do czasu, aż sam coś upoluje. Ostatnie dni nie szły mu najlepiej, ale nie tracił nadziei. Jakiż byłby z niego Łowca, gdyby poddawał się przy pierwszym lepszym niepowodzeniu? Gorsze czasy przetrwał i cieszył się z nich, ponieważ pozwoliły mu zostać tym, kim był. Co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Kiedy wrócił, zabrał bukłak i przymocował go do pasa, po czym udał się w dalszą drogę za posłańcem. Zanim doszli do chaty wdowy, coś ponownie im przeszkodziło. Tym razem nie z winy Tarhia - mały chłopiec kucał pod ścianą i płakał. Kiedy Lon oznajmił, że to syn wdowy, Łowca domyślił się reszty. Stracił ojca, jego matka zbiera właśnie w domu ekipę mającą dorwać jego zabójcę, a on, który ledwo oderwał się od matczynej piersi, nie wie, co powinien teraz zrobić. I trudno mu się dziwić.
Łowca podszedł do nich, ale stanął z boku, nie chcąc się zbytnio wtrącać. Brakowało mu jeszcze tylko bardziej przestraszyć chłopaka. Był mu przecież obcy, nie wyglądał przyjaźnie, a kto wie, jak malec mógłby na kogoś takiego w tej chwili zareagować. Rozejrzał się, chyba instynktownie biorąc też pod uwagę możliwość, że ktoś mógł zrobić mu jakąś krzywdę tu i teraz. Nie myślał o tym świadomie. Mało prawdopodobne, by niczego nie zobaczył, albo chociaż nie usłyszał. Nie byli przecież znowu tak daleko.
02.05.2014, 19:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#34

zastanawiałam się jeszcze chwilę nad niecierpliwością kobiety. Może to było trochę niewłaściwe z racji sytuacji w jakiej się znalazła, ale prawdę mówiąc, przeszło mi nawet przez myśl, czy to nie jakas pułapka. Zaraz jednak zaniechałam takich podejrzeń. Nawet było mi trochę wstyd, że podobna myśl w ogóle mnie tknęła.
Wstałam tuż po naszej gospodyni. Nie byłam zachwycona faktem, że naszego trzeciego towarzysza wciąż ani widu ani słychu, ale miałam jeszcze nadzieję spotkać go przy wyjściu.
Lekkie zmieszanie wdowy tuż po zaproponowaniu Luthienowi przetrzymania jego rzeczy na czas nocnej eskapady, nie umknęło mojej uwadze, ale nie za bardzo potrafiłam zrozumieć jego przyczyny. Sama swoje rzeczy zostawiłam w wynajetym pokoju, przy sobie niosąc tylko te najpotrzebniejsze. Może miałam drobne wyrzuty sumienia, że nie wzięłam ze sobą sztyletu, który towarzyszył mi bardziej jako amulet niż jako prawdziwa broń, ale ten został jeszcze w Valen. Któż przypuszczał, że mogę się wpakować w sytuację, w której nawet kobieta powinna mieć jakąś własną broń.
Wbrew pozorom moje duchy nie dawały mi wcale większego poczucia bezpieczeństwa niż krótki kawałek żelaza.
- Możemy wyruszyć - powiedziałam, nie widząc powodu, by bardziej przedłużać to spotkanie. Cokolwiek nas czeka, bardziej już chyba się nie przygotujemy. Nie mniej spojrzałam jeszcze na Luthiena, który może trochę trzeźwiej potrafił by spojrzeć na naszą sytuację.
Chwytając lampę, zastanawiałam się jeszcze co z Tym Trzecim. Nie chciałam oczywiście sugerować, że przydała by się jeszcze jedna, ale w sumie fakt, że byliśmy od niego oddzieleni, mógł w przyszłości sprawić nieco problemu. Przecież wchodzac do lasu, nie możemy się z nim szukać.
- Chciałabym tylko jeszcze spytać, czy zrezygnowała pani z trzeciej osoby? Bo jeśli nie, to czy nie lepiej byłoby zaczekać na nią? W lesie dużo trudniej będzie się odnaleźć.
04.05.2014, 18:52
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#35

-Jeśli to nie problem...- Zgodził się na pozostawienie bagażu. Ściągnął więc ze swego ramienia pokaźną, pękatą, skórzaną torbę i położył ją przy ścianie w salonie. Nie była ona dla niego jakimś specjalnym balastem. Przeszedł z nią już wiele mil, kiedy bywała jeszcze cięższa, lecz właśnie...przeszedł. Nie wiedział co go czeka w tym lesie. Mimo wszystko teraz świadomie pchał się w jakąś nieciekawą sprawę, tak więc, równie świadomie był przygotowany, że żwawe ruchy mogą zadecydować o czyimś, a konkretniej jego losie.
Kiedy kładł dużą torbę na ziemi, sięgnął do jej wnętrza i wyjął drewniany pokrowiec. Otworzył go i delikatnie wyją znajdujący się w nim sztylet. Był prosty, o pospolitym wykończeniu z 20cm ostrzem. Schował go do małej torby przy swoim pasie. W duchu miał nadzieję, że nie będzie zmuszony go użyć, lecz jeśli już sytuacja by go do tego zmusiła, wolał mieć go pod ręką.
Tak przygotowany poprawił jeszcze swoją pelerynę, sięgnął po laskę i był gotowy do drogi. Wyszedł za wdową z domu i podążał za nią jak cień. Nie wiedział czemu, cisza wydawała mu się nad wyraz niezręczna. Nie zamierzał jej jednak przerywać. Wiedział bowiem, że poczułby się wówczas jeszcze bardziej niezręcznie.
05.05.2014, 12:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#36

Tarhio:
Łowca przyjął typową postawę obserwatora. Stał i jedynie patrzył, niespecjalnie przejmując się synem jego przyszłej klientki. Bo po co? Lepiej pozwolić wybadać sytuację zaskoczonemu Lonowi, który z prawdziwym zmieszaniem ukucnął przy chłopcu i dotknął jego ramienia, zwracając na siebie uwagę. Jasnoniebieskie, zapłakane oczy łypnęły na gońca.
- Odczep się. - Ponownie skrył twarz w ramionach.
- Joachim, to ja Lon. Co się stało? Nie powinieneś tak tu siedzieć. Robi się coraz ciemniej i zimniej, jeszcze przeziębisz się. Twoja matka nie będzie zadowolona. - Marthie próbował jakoś nawiązać kontakt z dzieckiem, skłonić do jakiegokolwiek odzewu, który nie skończyłby się milczeniem. Pocieszeniem przy ślepym uporze stanowił fakt, że chłopiec przestał płakać. Za każdą nieudaną próbą Lon rzucał nieme błaganie o pomoc do Tarhio, jakby spodziewając się, że ten zdziała jakieś cuda. Ostatecznie mężczyzna spróbował jeszcze jednego pomysłu.
- Joachim, widziałeś tego pana obok? Pomoże wam z bestią. To jeden z łowców, więc zna się na tym. Możesz mi wierzyć.
Przez chwilę nie było żadnego odzewu. Lon Marthie już rozmyślał, jak tu złapać chłopaka, zarzucić przez ramię i zanieść do matki możliwie jak najszybciej i bez zbędnego hałasu, gdyby dzieciakowi przyszło do głowy krzyczeć i buntować się, kiedy nagle, nieco nieśmiało Joachim podniósł ponownie głowę i skierował bezpośrednio spojrzenie na Tarhio. To, co ujrzał musiało go usatysfakcjonować, bo zapytał jedynie pełny podziwu: - Naprawdę?
Chyba jednak łowca będzie musiał włączyć się w tę scenkę, porzucając rolę biernego gapia.

Nemeth i Luthien:
Wdowa pokiwała głową, widząc, jak Luthien zostawia część swego bagażu.
- Będzie tutaj bezpieczny. Nikt się nim nie zainteresuje, masz moje słowo.
Gdy ruszyli ponownie znanymi już im uliczkami, Barbra postanowiła odpowiedzieć na pytanie Nemeth, doskonale rozumiejąc obawy szamanki. Kobiety zazwyczaj nie walczyły, a już zdecydowanie same nie pakowały się w polowanie na bestię. Mogła tylko wyobrazić sobie, jak bardzo panna de Quuen obawiała się tego starcia, oczywiście, jeśli takowe nadejdzie.
- Nie wiem czy będzie trzecia osoba. Wysłałam przodem Joachima, gdyby miał się ktokolwiek zjawić. Bardzo możliwe, że rozminęliście się na samym początku, zwłaszcza, że syn opowiadał mi, że nie czekał na nikogo więcej i od razu zaprowadził was do mnie. Jeśli znajdzie się dodatkowy śmiałek, to zapewne przybędzie w towarzystwie mojego przyjaciela Lona Marthiego. - Rzuciła krótkie spojrzenie na podążającą za nią dwójkę. - Pewnie nie rozmawialiście z nim, ale być może mignął wam gdzieś z boku, gdy przyjmowaliście zgłoszenie. Nie miał czasu, więc pognał w poszukiwaniu jakiegoś łowcy. Lon uważa, że to jeden z nich jest tu najbardziej potrzebny. Nic nie wspominałam o tym Joachimowi, bo niepotrzebnie narobiłabym mu nadziei, gdyby nie udało się żadnego namówić do pomocy. Jeszcze bardziej od magów, imponują mu wojownicy, zwłaszcza ci używający magicznych broni. Jeśli się nam poszczęściło, to będziecie mieć nieco lżej, jeśli natkniecie się na bestię.


Podczas gdy Tarhio został postawiony w dość nietypowej i krępującej sytuacji, wdowa wraz z dwójką szamanów wyszła z jednego z zaułków. Gdy tylko w polu widzenia pojawił się jej synek, a także dwójka mężczyzn, zatrzymała się raptownie, gestem dłoni zatrzymując Luthiena, który szedł najbliżej niej.
- Czego oni chcą od mojego synka? - spytała zdławionym głosem. - Dlaczego siedzi zapłakany? - dodała jakby do samej siebie trwożliwym szeptem. Nie rozpoznała przyjaciela, który kucał tyłem do niej. Nagłym, energicznym krokiem zbliżyła się bardzo szybko do nich z wyraźnym zamiarem ogłuszenia pierwszego metalowym lampionem, który wciąż trzymała w ręku po tym, jak Luthien postanowił wziąć jedynie laskę oraz małą torbę. I zapewne zrobiłaby to, gdyby nagle Lon nie odwrócił się, przeczuwając katastrofę. Wdowa zatrzymała się w pół kroku.
- Ależ napędziłeś mi stracha. Myślałam, że... - urwała. - Nieważne. Co się stało?
Skierowała wzrok na łowcę.
- Kto to jest?
- Łowca Tarhio. - Rzucił okiem na dwójkę szamanów, wstając z klęczek. - Nadal wyglądacie mizernie. Lon Marthie. - Podał rękę po kolei nowo poznanym śmiałkom.
Joachim niezdarnie podniósł się, udając przed matką, że absolutnie nic się nie stało.

Kolejność: Tarhio, potem dowolnie

Tarhio - 30/40 many (przeskok poziomowy)
05.05.2014, 18:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#37

Łowca widział, jak goniec na niego patrzy i czego oczekuje, ale nie rozumiał po co miałby się wtrącać. Przecież to nie jego sprawa. Gdyby wszyscy wtrącali się w sprawy wszystkich, ten świat byłby bardziej chaosem niż nim już jest. Nie czuł się po prostu w obowiązku zaznajamiania z tym chłopcem - ani nie było to przecież potrzebne, ani właściwe. Chłopak stracił ojca, pewnie dlatego właśnie płacze. Wymagał w tej chwili odrobiny zrozumienia, samotności, a dopiero potem pocieszenia. Tarhio coś o tym wiedział, sam przecież nie miał łatwo w młodości.
Ociągał się z przybliżeniem, ponieważ nie chciał też wikłać się w trudną dla siebie sytuacje. Nie ukrywał przed sobą, że nie miał ochoty pocieszać malca. Nie wiedział jak. Nie znał się na tym. Był bardzo odosobnionym i dzikim typem człowieka i wolał, by tak zostało. Nie, to nie jego broszka.
Kiedy Lon wciągnął go w "rozmowę", ten westchnął ukradkiem i zgrzytnął zębami. Nie dopuszczał do siebie myśli, że zachowuje się trochę szczeniacko, ale też nie robił nic zbyt jawnie, więc nie było się czym martwić. Przyszedł tu polować na bestię, a co mu każą? Pocieszać dziecko? Czy ten świat naprawdę oszalał?
- Tak, jestem Łowcą... - odparł w końcu, przybliżając się o krok. - Tarhio. Zamierzam odnaleźć bestię i pomścić twego ojca - dodał po dłuższej chwili od przedstawienia się. Właściwie nie przedstawiał swoich zamiarów, a wygłaszał pewne oświadczenie. Tak się stanie, w końcu do tego został stworzony. Do tego został stworzony jego miecz. I w tym celu stanął dziś rankiem na nogi.
Wtem przeszkodziła im kobieta, dosyć nieprzyjaźnie nastawiona do Tarhia. Matka. Oczywiście, to jasne. Pewnie posądzała go o zrobienie krzywdy jej dziecku. Nic dziwnego, w końcu był OBCY. Czy uda mu się dziś odgadnąć, co stało się z wszystkimi ludźmi? Gdzie podziały się ich rozumy? Gdzie trzeźwość myślenia?
Spojrzał - tylko na sekundę - na Lona, jakby o niego pytał w szczególności. Ale nie irytował się długo, ponieważ nie było czym. Czasem warto wyjść światu naprzeciw - jeśli wszystko wokół sprawia, że najlepiej rzucić każdą rzecz w diabli, denerwować się na wszystko i przyprawiać sobie wroga w każdym... Należy prychnąć mu w twarz.
- Chcę dołączyć do waszej grupy - powiedział, skinąwszy głową szamanom i wdowie, kiedy Lon go przedstawił. Nie podał dłoni, bo nawet o tym nie pomyślał. Zrobił tylko krok w bok, by odsunąć się od trasy między synem, a matką - tak na wszelki wypadek. - Mam nadzieję, że dowiem się od was czegoś więcej o owej bestii...
Spojrzał na Luthiena, ponieważ wydało mu się, że - mimo wszystko - to on przewodzi tej dwuosobowej grupie. Nie dyskryminował kobiet, jednak Nemeth w tym gorsecie nie wyglądała dla niego zbyt dobrze. Co to w ogóle jest? Wynalazek bogatych dam, które nie wiedzą, co robić z własnym ciałem. Tylko dlaczego je od razu krzywdzić? Kolejny niezrozumiały szczegół. A Luthien sprawiał wrażenie dobrze przygotowanego. Może nawet lepiej niż sam Tarhio. Bardzo dobrze. Nie obchodziła go ogólna... aparycja mężczyzny.
06.05.2014, 21:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#38

podróż o tej porze nie była może moim ideałem spędzania nocy, jednak poczucie obowiązku, no i nalegania naszej chlebodawczyni, jasno ukierunkowały moje plany na najbliższe kilka godzin. Chłód wieczora owinął się wokół mnie niczym płaszcz, jednak praktycznie nie czułam różnicy temperatury. Już teraz czułam poryw przygody i ekscytacja naprawdę odwracała moją uwagę od tak przyziemnych rzeczy jak chłód.
Mogłam jednak trochę żałować, że nie wzięłam z pokoju czegoś z dłuższym rękawem. Było mi trochę głupio iść tak nieprzygotowanej, ale właściwie nie spodziewałam się, ze od razu wyruszymy. W sumie zaczęła mi kołatać myśl, czy nie można zaczepić o karczmę? Zmarznięta łatwo mogłabym stać się tylko balastem.
Jednak nim zdążyłam się odezwać, natknęliśmy się na Joachima w towarzystwie dwóch nieznanych mi - a jakże - mężczyzn. Słysząc niepokój w głosie wdowy, sama poczułam dreszcze, jednak cóż ja osobiście miałam zrobić? Rzucić się do walki z napastnikami? Spojrzałam na Luthiena. Jeśli któreś z nas miało reagować, nic dziwnego że powinność ta powinna przypaść właśnie jemu.
Nie zdziwiła mnie jednak reakcja wdowy, której zresztą nie zdążyłam powstrzymać. Gdybym była matką, pewnie rzuciła bym się na napastników nawet z gołymi rękami, napędzana chęcią ocalenia swego dziecka.
Musze przyznać, że bardzo mi ulżyło, gdy sytuacja się wyjaśniła.
Z ciekawością spojrzałam na młodego łowcę. Słyszałam o ludziach korzystających z magicznej broni, a kiedy wdowa wspomniała, że jej przyjaciel miał zamiar takiego odnaleźć na rzecz ich wyprawy, naprawdę poczułam ukłucie nadziei, że może jednak takowego przyprowadzi. Czyżby nasze przedsięwzięcie powstało pod szczęśliwą gwiazdą?
W zamyśleniu wymieniłam grzeczności z panem Marthie. Jegomość łowca najwyraźniej nie kwapił się do podania ręki, więc tylko dygnęłam przed nim lekko, już dorabiając sobie w myślach przypuszczenia, że może być typowym odludkiem, niechętnie pracującym w grupie. Dlatego naprawdę dziwnie zabrzmiało w jego ustach "chcę dołączyć do waszej grupy".
Pomyślałam sobie, że jednak szkoda, że nie był przy nas gdy dyskutowaliśmy jeszcze w chacie. Opowiadanie mu wszystkich spostrzeżeń od nowa zapowiadało kolejną dyskusje, a w ten sposób mogliśmy tu spędzić jeszcze całkiem sporo czasu.
- Wydaje mi się, że wszystko, czego się dowiedzieliśmy, możemy powtórzyć panu podczas podróży - zaproponowałam. Chciałam też oszczędzić kobiecie rozdrapywania raz jeszcze opisu morderstwa. Zdziwiłam się tylko, że sir Lon Marthie nie wyjaśnił mu wszystkiego. Musiał być chyba wtajemniczony w sprawę, skoro szukał chętnych do podjęcia się zadania? Chociaż słowa "czegoś więcej" mogły znaczyć dosłownie wszystko - równie dobrze mógł być nie gorzej doinformowany niż my.
Muszę przyznać, że chociaż bezpieczniej czułam się wiedząc, że mamy w drużynie prawdziwego wojownika, polegającego na czymś więcej niż siła woli i uzależnieniu od many, obawiałam się trochę o swoją pozycję. Nikt nie lubi czuć się dyskryminowany, a o ile o uwagi tego typu od strony Luthiena nie obawiałam się wcale, o tyle wojownicy zwykle nie lubili kiedy kobiety zajmują się mniej kobiecymi rzeczami. Przez krótką chwilę zamarzyło mi się, że może faktycznie powinnam trudnić się zwykłym kobiecym fachem, mieszkając w ładnym domu, bezpieczna... Tylko nie sama. Kobieta chcąca prowadzić normalne życie kobiety, powinna też mieć u swego boku mężczyznę, który wypełni je tym, z czego ona sama rezygnuje. Uśmiechnełam się do siebie w myślach. Kobiety które znałam, za mąż wydane były jeszcze w wieku młodszym niż ja. Mówi sie o kryzysie wieku średniego u mężczyzn. Ja chyba popadłam w coś podobnego, skoro uganiam sie za mordercami po lasach...

//małe dopomnienie - nie każdy gorset od razu modeluje ciało (sama ma w domu bluzkę w stylu gorsetu, która po prostu ma takowy kształt, nie wpływając równocześnie na rozstawienie organów wewnętrznych. O takowy też chodzi mi w opisie stroju Nemeth)
07.05.2014, 16:26
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#39

Szedł stukając rytmicznie laską o podłoże, podążając za wdową jak cień. Co jakiś czas rozglądał się po okolicy, jak i zwracał uwagę na swoją towarzyszkę wyprawy – Nemeth. Niepokoił się. Jako mężczyzna czuł spoczywającą na sobie odpowiedzialność za szamankę. Oczywiście nie wątpił w jej umiejętności, lecz w swoje. Nigdy wcześniej, przez te kilka lat, mu to tak nie przeszkadzało. Dlaczego więc teraz nękały go takie myśli? Powodem był zapewne fakt, że ostatnio coraz częściej zdarzało mu się podróżować z kimś. Zawsze bowiem większą uwagę i troskę skupiał na czyimś życiu niż na swoim, a to zależało od jego umiejętności. W swoją wiedzę medyczną nie wątpił, lecz bojową...
Zatrzymał się, a raczej został skłoniony do tego poprzez gest dłoni. Zaskoczyło go to, tak jak kolejne jej słowa. Ściągnął brwi nie rozumiejąc jeszcze sytuacji, która stała się klarowna w momencie, gdy kobiecina poleciała z lampą na dwóch mężczyzn. Zastrzyk adrenaliny ruszył Luthiena z miejsca. Miał zamiar wolną ręką chwycić pannę Curtis i zatrzymać ją, a następnie...na smoki! Nie miał pojęcia co, lecz lampa była zbyt licha w rękach słabej, podstarzałej kobiety i jedyne co mogłaby wywołać to odruch obronny napastnika w postaci uderzenia z łokcia bądź pięści...
Sytuacja na szczęście się wyjaśniła. Luthien zastygł w miejscu, tak jak to uczyniła wdowa i przyglądał się, słysząc ciągle szum krwi w uszach. Czuł, że osiwieje przed trzydziestką...
-Zawsze wyglądamy mizernie. - Podniósł jedną brew i kącik ust do góry w odpowiedzi na kąśliwą uwagę Lona. Miał nadzieję, że ten żart rozluźni nieco tą bojową atmosferę. Miał nadzieję, że Nemeth nie została urażona tym żartobliwym uogólnieniem...Posłał jej więc ukradkiem przepraszające spojrzenie, czując że mógł lepiej się wysłowić. Następnie uwagę zwrócił na łowcę. Był niższy od Lu, co było zadziwiające, lecz srogi wyraz jego twarzy sprawiał, że szaman nie miał zamiaru dzielić się tym spostrzeżeniem na głos.
-To też zrobię, lecz Nemeth ma rację. Czas, a raczej zmrok nas nagli zatem opowiem Ci wszystko w drodze.- powiedział na głos, mając nadzieję, że te słowa ponaglą wdowę by ta odesłała swe dziecko do domu i by wznowią podróż. Jeśli wdowa zaczęła na nowo prowadzić ich, szaman odsunął się bardziej na tył tego kilkuosobowego korowodu, sugerując nieco nieśmiało Thariowi by podążył za nim. Zaczął mu następnie opowiadać o wszystkim czego się dowiedział. O miejscu w którym znaleziono ciało mężczyzny i w jakim było stanie. O okolicznościach, czasie, jak i o usposobieniu zmarłego. Trudno było w końcu powiedzieć co było przyczyną śmierci. Czy bestia, czy człowiek. Pierwsza wersja wydawała się bardziej prawdopodobna, zważywszy na to, że mąż wdowy był człowiekiem dobrym, lubianym i nikt nie miał pojęcia co mogłoby być motywem sprawcy. Nie wykluczało to jednak niczego. W końcu nikt też nie wiedział, dlaczego taki człowiek w środku nocy, samotnie zmierzał w kierunku jeziora okrytego złą sławą.
08.05.2014, 16:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#40

Joachim, stojąc obok matki, nie odrywał wzroku z łowcy. Nieznacznie uśmiechał się, choć brakowało w tym radości. Zaledwie jedno zdanie wystarczyło, by uwierzył w zapewnienie w rychłą śmierć bestii, a sama postać Tarhia stała się celem jego nieskrywanej ciekawości.
- Barbra Curtis. - Wdowa przyglądała się mężczyźnie. Dostrzegając, że ten, podobnie jak Nemeth, posiada niewiele przy sobie ekwipunku, nie zaproponowała pozostawienia zbędnego bagażu w jej chacie. - Trochę kazałeś na siebie czekać. Jeżeli będziesz mieć jakieś pytania po wysłuchaniu wszystkiego od twoich towarzyszy, możesz śmiało je zadawać póki nie rozdzielimy się. Potem okazja może zdarzyć się po waszym polowaniu. Mam nadzieję, że jeśli zakończy się niepowodzeniem i nic nie znajdziecie, nie zostawisz mnie w potrzebie, łowco. Zapłata za zadanie obejmuje całość, nie połowiczne wykonanie. Rozumiemy się?
Pani Curtis przez dłuższą chwilę przetrzymuje wzrok na twarzy Tarhia, po czym, gdy uznaje, że nadała temu wystarczająco wiele powagi, zwróciła uwagę na syna i Lona Marthiego, który na uwagę Luthiena jedynie pokiwał głową z wesołym uśmieszkiem. Uścisnęła dłoń Joachima.
- Nie ma potrzeby, byście wszyscy z nami szli. Lonie, pewnie jesteś zmęczony po całym dniu wędrówki, więc nie będę cię jeszcze prosić o podprowadzenie do puszczy. Zaopiekuj się w tym czasie Joachimem. - Widząc nieszczęśliwą minę gońca, dodała: - Niedługo wrócę.
Gdy wspomniana dwójka oddaliła się, dopiero wtedy wdowa ruszyła, prowadząc przez uliczki. Zajęła miejsce na przodzie, pozostawiając Nemeth w środku, a mężczyzn na końcu, aby Luthien mógł przekazać całą historię nowemu. Szamanka w każdej chwili mogła dodawać swoje spostrzeżenia, gdyż nie dzieliła ich jakaś znaczna odległość. Co innego tyczyło się wdowy - nie udzielała się przez dłuższy czas, oszczędzając sobie słuchania o zwłokach męża i domniemanym morderstwie, znacząco wysuwając się na prowadzenie.
Mijając karczmę obok bramy Perony, zwolniła, więc jeżeli Nemeth zdecyduje się na zabranie czegoś wierzchniego do ubrania, będzie musiała powiadomić o tym resztę i szybko pobiec, aby nie opóźniać jeszcze bardziej marszu. Drużyna zaczeka i dopiero gdy wróci, ruszą dalej, mijając palisadę, wchodząc na trakt, a następnie zagłębiając się w pierwsze listowia lasu.

Zapraszam do tego tematu, gdzie czeka na was dalsza część tego posta.
08.05.2014, 21:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna