Chata wdowy Curtis
#51

Luthien leżał na ziemi plecami próbując złapać oddech i się pozbierać. Nie było to łatwe zważywszy na to iż po prostu był tym wszystkim umęczony, a zruszona przez drwala rana na piersi w niczym nie dopomagała. Nie była groźna, co jednak nie zmieniało faktu, że w tym momencie przysporzyła mu znacznego bólu.

Kiedy Lu tarzał się po ziemi Bas trzymając włócznie w jednej ręce zaś oczami patrzył jak ucieka jeden z oprychów. Walkę z nim uznał więc za zakończoną. Nie widział potrzeby pogoni za kimś kto nie stanowił już zagrożenia. Nie to było jego celem. Mając jeszcze mętlik przed oczyma spojrzał na ziemię, na której leżał nieprzytomny podrostek. Był bezpieczny, a i jako że nieprzytomny nie istniała możliwość że mógłby się w coś wpakować. Dzieciaki zawsze muszą się w coś wpakować. Właśnie...wtem na myśl przyszedł mu jego pan. Spojrzał więc w jego kierunku i dostrzegł jak leży na ziemi oraz jaki syf tworzy się dookoła niego. Burknął coś pod nosem, zacisnął mocniej dłoń na rękojeści włóczni i ruszył.
Zanim dobiegł rzucił włócznią. Nie celował w nikogo, bo wciąż trochę mu świat migotał przed oczami i nie chciał ryzykować, że kogoś trafił. Od tak, rzucił w placek ziemi obok, mając nadzieję, że zwróci to uwagę histeryzującej żony. Posłał jej do tego ostrzegawcze spojrzenie. Następnie, jeśli Nemeth trzasnęła Johna w nogę, to Bassilus zasadził mu pięścią w brzuch by go unieszkodliwić, jeśli nie trzasnęła lub coś poszło nie tak to i tak go miał zamiar jebutnąć. Walka w zwarciu nie była jego specjalnością, lecz miał wystarczająco pary w łapach by wbić komuś żołądek w kręgosłup i wykluczyć na dłuższą chwilę. Następnie należało coś zrobić z babą. Bezceremonialnie złapał ją za ręce, ujął je silnie, wytrząsając jej z dłoni nóż i popchnął ją bardzo mało delikatnie na ziemię. Nie zdziwiłby się gdyby wydała z siebie jakiś dźwięk przy kontakcie z ziemią. Niezdecydowana w działaniu osoba z nożem była bardziej niebezpieczna niż wprawiony morderca. Po tym drugim wiadomo było przynajmniej czego się spodziewać.
W każdym razie jeśli wszystko zostało opanowane bądź nie było miał zamiar opanować poprzez przyłożenie ostrza swej broni do Johna. Miał dość tego cyrku, co odzwierciedlały jego złowróżbne zmarszczki na czole.
16.09.2014, 23:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#52

Yuk została odwołana. Przez ciało Nemeth przeszła fala ulgi, gdy współodczuwane cierpienie zniknęło wraz ze świetlistym duchem.
Luthien przewrócił się, upadając na plecy. Nie zamortyzowawszy rękoma, uderzył się dodatkowo. Grzbiet, jak i część potylicy objęły krótkie, acz intensywne bóle, które na kilka chwil przytępiły zmysły.
- Gdzie ta pieprzona broń...
Drwal wodził rękoma po ziemi, zataczając coraz szersze kręgi. Gdy wyczuł bliskość żony, spróbował podciąć jej nogi. Barbra w porę odskoczyła. John powoli odzyskiwał wzrok, parę razy już dłoń natrafiła na srebrzący się trzonek siekiery, lecz Nemeth okazała się szybsza i bardziej zdecydowana w działaniu niż mógłby przypuszczać. Zignorowawszy ją, wręcz lekceważąc, popełnił jeden z taktycznych błędów. Szamanka rzuciła się w kierunku broni. Pochwyciwszy w obie ręce nieprawdopodobnie lekką siekierę, dodatkowo obracając ciałem oraz posiadając podstawowe umiejętności w walce, nadała temu jednemu ciosowi siłę, o której pewnie samej siebie nie posądzała. Ostrze wbrew zamiarom nie trafiło w nogę drwala, lecz w bok. Kobieta nie wzięła pod uwagi prostego faktu, że mężczyzna klęczał, a nie stał, szukając swej zguby.
Noc przeszył dziki wrzask. John upadł na ziemię, zaciskając spazmatycznie palce na wydrapywanych grudkach. Próbował wstać, przeklinał i krzyczał. Na plecy zbrodniarza spadł kolejny cios - nóż Barbry zatopił się w lewym barku. Posunięcie z rzuconą włócznią obok, w puste pole, nie powiodło się. Kobieta nie zwróciła nawet na to uwagi, pochłonięta bez reszty walką.
Nemeth, jak przez mgłę, opadając zupełnie z sił, obserwowała rozlewającą się falę czerwieni na koszuli mężczyzny. Miotał się panicznie, próbując wyjąc ostrze z boku, które utkwiło pomiędzy żebrami. Z rany wylewał się potok krwi. Zanim jeszcze uzdrowicielka straciła przytomność, dostrzegła niewyraźne symbole, być może srebrne runy, lecz nic więcej. Po kilku uderzeniach serca toporek sczerniał, by zaraz rozsypać się na drzazgi i żelazne opiłki. Jakąkolwiek skrywały wiedzę, przepadła ona bezpowrotnie.
Basillus postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Poniewczasie. Pozwalając na ucieczkę nożownikowi, a także ignorując milczący stan chłopca, musiał liczyć się z tym, że nie na wszystko zdąży zareagować. Duch zainterweniował dopiero w momencie, gdy starcie z drwalem rozstrzygnęło się. Poważnie ranny John pluł krwią. W Luthienie utkwiło nienawistne, oszalałe spojrzenie. Znachor mógł być pewien, że jeśli tylko przeciwnik miał siłę wstać, to w tej chwili rzuciłby mu się do gardła, rozrywając zębami.
- Wy skurwysyny... - rzęził, próbując ostatkami sił wstać. Już prawie udało mu się, na miękkich nogach; tak samo jak Barbrze wyprowadzić kolejny cios w plecy męża, gdy Basillus dwoma zdecydowanymi ruchami rozbroił kobietę, jak i unieruchomił mężczyznę. Nie mógł uderzyć w brzuch, lecz w kręgosłup. John legł bez tchu na ziemię. Odebranie noża nie było wielkim wyczynem - upadł bezgłośnie obok, zaś jego właścicielkę w mało delikatny sposób pchnięto. Uderzyło z jękiem w drzwi, osuwając się powoli po nich. W szoku oplotła się rękoma, wlepiając wzrok w plecach męża.
- Gdzie Joachim? - spytała po chwili ciszy, jaka nagle zaległa dookoła. Rozejrzała się spanikowana dookoła. Ciało odmawiało posłuszeństwa. Nie potrafiła poruszyć się, wstać i uczynić chociażby krok. - Gdzie Joachim?!
Basillus dla zachowania pewności kontroli sytuacji, wyszarpnął ostrze włóczni z ziemi i przytknął do karku zbrodniarza. John był wciąż przytomny, choć ledwo nadążał za wszystkim. Wykrwawiał się. Jeżeli nie zostanie mu udzielona pomoc medyczna, najprawdopodobniej umrze w przeciągu paru minut, jeśli nie mniej.
Z boku uliczki dobiegał krzyk i dalsze ujadanie. Jeśli ktokolwiek zdecyduje się tam spojrzeć, dostrzeże zaskakujący widok: nożownik z przerażeniem wróci biegiem na miejsce zbrodni zapędzony przez dwa widmowe psy, które dostrzegą jedynie szamani i przywołany duch. Dla reszty pozostaną niewidzialne. Śmiałkowie bez problemu rozpoznają w nich zmarłych pupilów dozorcy z Mrocznej Puszczy. Psy, ku niespodziance, pilnują mężczyzny, aby nie uciekł, zaganiając z powrotem przed chatkę. Zaszczekały przyjaźnie, machając ogonami, w stronę śmiałków.
Po kolejnej minucie także przybywają ci, których należało się spodziewać. Straż miejska w sile ośmiu zbrojnych wparowała na to małe pole, zapełniając jak nigdy to ciche, spokojne i smutne miejsce. Od razu przeszli do rzeczy. Jeden sprawdził stan chłopca, następny unieruchomił nożownika, trzymając czubek ostrza przy gardle; następny sprawdził wnętrze chaty, z kolei reszta nakazała wszystkim opuścić broń, przejmując kontrolę nad całym tym zamieszaniem. Basillusa potraktowano specjalnie, uznając go za głównego winowajcę zdarzenia - trzy ostrza skierowały się w jego stronę, żądając uległości. Zbrojni byli gotowi użyć siły, jeśli nie podporządkuje się.
- Co tu się, do cholery, dzieje? - zagrzmiał basowo najstarszy z nich, z pewnością ich kapitan. - Nie próbować żadnych numerów tylko spowiadać się! Ale już!
- Kapitanie, w środku jest trup!
- Ten chłopiec jest nieprzytomny. Trzeba mu udzielić pomocy.
- Kto to, kurwa, jest?
- spytał nagle jeden ze strażników, nachylając się nad drwalem i sprawdzając tętno.
- Nie wygląda wam znajomo?
- Znajomo czy nie, raczej już mu nie pomożemy. Za daleko do uzdrowiciela, a on ledwo dycha. Kapitanie, co z nim zrobić?
- Spróbujcie opatrzyć, może jednak wywinie się z tego
- odpowiedział. Zmarszczył brwi, spoglądając na szamanów i ducha. - Wy też nie wyglądacie jakbyście byli stąd. Kim wy, kurwa, jesteście? Curtis, gadaj, co tu się dzieje! Co żeś ty, głupia babo, zrobiła?!

Kolejność dowolna

Nemeth w każdej chwili może odzyskać przytomność.

Luthien - 71/95 many (1 punkt jako koszt utrzymania duszy)
18.09.2014, 17:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#53

Luthien podniósł się do pozycji pół siadu, a gdy zobaczył zaplutą krwią twarz drwala z wymownym życzeniem śmierci jego ciało podniosło się natychmiastowo do pionu. Wystraszony ze zawzięty John się na niego rzuci zrobił krok w tył. Zaraz jednak Bas pozamiatał wszystkich - kobietę jak i drwala. Luthien zapominał czasem jak szorstki potrafi być jego duch, lecz nie myślał teraz nad tym. Usłyszał bowiem wołanie Curtisowej o swe dziecko. Faktycznie, Lu też go nie dostrzegał więc w panice zaczął się rozglądać. Ujrzał jednak biegnącego w ich stronę nożownika. Nie biegł jednak dobrowolnie. Był zaganiany przez psy.
-Młody, uspokój się. Dzieciak jest cały. Żre trawę lecz dycha. Weź się lepiej za panienkę. - Skinieniem głowy wskazał nieprzytomną Nemeth, leżącą tuż obok Johna. - A potem zastanów się co z tym problemem. - Miał na myśli wykrwawiającego się drwala. Szaman postąpił zgodnie z instrukcją swojego ducha. W takich sytuacjach dobrze jednak było mieć przy sobie, kogoś takiego.
-A, ta, już, już...- Lutien wziął na ręce Nemeth i ułożył ją tak, że opierała się plecami o ścianę budynku. Nie zdążył jednak wrócić do Basillusa gdy to otaczał go wianuszek strażników, a jeszcze inni krzątali się już po posiadłości wypytując o to i tamto.

-Zarył banią w glebę, a że mięczak, to ma prawo być nieprzytomny. Wielkie rzeczy. - Wyrzęził chłodno swoje mądrości, które najwyraźniej nie spodobały się innym strażnikom, gdyż jeszcze bardziej spoglądali nań jak na bandziora nakazując mu opuszczenie broni. - Nie. - Odpowiadał stojąc jak posąg z ostrzem swej broni wbitym w ziemie. Uparcie jednak trzymał wciąż rękojeść napinając każdy mięsień swego ciała i ściągając krzaczaste brwi w geście zirytowania. - Takie małoletnie chuchra jak wy, którym wciśnięto nożyki, mogące służyć do co najwyżej czyszczenia paznokci nie będą mi rozkazywać. Służyłem w armii, kiedy wy bawiliście się jeszcze w jajkach swych ojców.
-Bas, stop...czemu kiedy zaczynasz mówić to musisz wszystkich zachęcać by ci poderznęli gardło...Wybaczcie za niego, to mój duch, jestem szamanem, wynajęła nas Curtisowa do wyjaśnienia śmierci jej męża, ale jak sami widzicie wszystko się trochę pokomplikowało. Osobiście sam chciałbym wiedzieć o co tu chodzi. - Podbiegł natychmiast do wianuszka adoratorów Basa tłumacząc na wprędce fakty upominając przy tym również samego wojownika, który z burknięciem puścił swoją broń, lecz się od niej nie odsunął. Zaplótł ręce na piersi i stał emanując aurą wszechobecnego niezadowolenia.
-Medyk nie będzie potrzebny, bo jest tutaj. - Zdjął z siebie swoją ciapatą pelerynę i przykucnął przy drwalu. Czuł obawę o to czy słusznie czyni. Pomyślał jednak, że człowiek ten, jakikolwiek by nie był jest również ojcem. Jeśli ma zginąć niech zostanie przed tym osądzony.
-Próbuję tylko i wyłącznie przez wzgląd na Joachima. Jeśli więc chcesz go zobaczyć rób co mówię. - Powiedział Johnowi po czym do rannego boku przycisną bandaże które wyjął z małej torby. Nakazał mu je przytrzymać i przekręcić się tak, by zdrowym bokiem leżał na ziemi. Następnie podkulił mu kolana do klatki piersiowej, a nożem który ciągle trzymał uciął swoją tunikę na wysokości pasa. Złożył ją w prostokątny, dość gruby kawałek który dołożył do rany i sam z większą siłą uciskał. Dzięki takiemu ułożeniu rana miała węższy prześwit, a ucisk zapobiegał upustowi krwi.
-Niech ktoś rozedrze mu ubranie na plecach. Został też dźgnięty. - Podał jakimiś strażnikowi co zapewne nad nim stał, dopiero teraz zwracając uwagę na to czy ostrze jest bardzo długie. Jeśli bowiem, Curtisowa dźgnęła go to mogła przebić mu płuco, a wówczas szaman nie potrafiłby nijak pomóc. Chciał więc zobaczyć położenie rany. W całym tym zamieszaniu Basillus stał niewzruszony.
18.09.2014, 20:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#54

ile czasu byłam poza światem? Godzinę? Dzień? Dłużej? Przez chwilę bałam się otworzyć oczy. Pod głową czułam coś twardego i zimnego, w powietrzu unosił się zapach krwi. Gdziekolwiek byłam, nie chciałam tu być.
Ostatnim co pamiętałam była czerwień. Kropla czerwieni, plama czerwieni, morze czerwieni.
Ominęło mnie wiele obrazów, ale krzyki, ujadania i głosy (nie wiem co mówiły, ale słyszałam ich obecność) były niczym zupełnie inny podgląd na ten świat dotknięty śliską macką chaosu. I czerwień. Czerwień była tłem, dopełniającym to wszystko.
Załkałam raz, cicho, krótko. Z moich oczu nie wytoczyły się żadne łzy. Ten krótki szloch palił mnie w płuca. Wciąż nie chciałam unosić powiek. Może nie uniosę ich do końca świata? Kogo to przecież obchodzi?
Zresztą może i w rzeczywistości nie miało to znaczenia. Byłam już bardzo słaba, a przywoływanie leczących duchów było znacznie trudniejsze niż tych pozostałych. Czułam, że moja mana jest na wykończeniu. Może utrzymałabym Yuv na kilka chwil by zajęła się rannymi? A może nie. Zresztą czy było się kim zajmować. Bogowie, tyle czerwieni! Nie wierzę, że ktoś to przeżył.

//wybaczcie ambitny post, ale czasu mało, a obowiązków trochu więcej. Jeśli chcieli byście skończyć już event, to nie przejmujcie się nieprzytomnością Nemki jako przeszkodą. Lu zawsze może ją obejrzeć i zanieść do jej pokoju w karczmie. Jak chce to może nawet zaczekać aż się dobudzi, co też raczej nie zajmie mi długo, bo wkrótce kończy mi się ten deadline xP


So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






21.09.2014, 20:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#55

Twarz kapitana momentalnie poczerwieniała. Ostrza pozostałych zbrojnych jakby bliżej przysunęły się w stronę gardła Basillusa. Już wydawało się, że padnie rozkaz skucia pyskacza, gdy Luthien załagodził sprawę, przedstawiając siebie i własnego ducha. Straż, słysząc o szamaństwie, od razu inaczej spojrzała na poobijanego młodzieńca. Było w tym więcej dystansu, lecz także szacunek charakterystyczny dla ludzi nieobeznanych z magią.
Pozwolono Luthienowi na próbę odratowania umierającego. Kapitan w milczeniu obserwował chwilę jego poczynania. Gdy poproszono bliżej nieokreśloną osobę o pomoc przy pacjencie, wskazał dłonią na jednego z podwładnych.
- Rób, co ci mówi - powiedział.
Młody mężczyzna natychmiast schował miecz do pochwy i przysiadł obok znachora, wykonując jego polecenie. Rozdarł koszulę na plecach drwala, obnażając głęboką ranę o szerokości dwóch centymetrów. Ciemna krew buchająca z rany utrudniała dokładną ocenę sytuacji, jednakże jedno zerknięcie na nóż kuchenny oraz niesłabnący czerwony strumień z ust Johna wystarczyły, aby domyślić się, że któreś z dwóch zadanych ciosów dotarło aż do płuc. Być może oba, biorąc pod uwagę, jak głęboko i pod kątem weszło ostrze siekiery. Drwal posłusznie przyciskał materiał do rany, mamrocząc pod nosem coraz mniej wyraźniej przekleństwa i wyzwiska pod każdym adresem. Momentami próbował mimo wszystko wstać, wyszarpnąć się, uciec, lecz szybka reakcja strażnika udaremniła to. Nikczemnikowi pozostawało spoglądać nienawistnie na roztrzęsioną małżonkę, z którą od dłuższej chwili kapitan nie potrafił nawiązać kontaktu.
- Curtis, spójrz na mnie. Już wszystko dobrze. - Położył ciężką dłoń na ramieniu kobiety, skupiając jej uwagę. - Odetchnij głębiej i opowiedz, co się stało. Co tu robi ten szaman? Co to za burdel dookoła? Co ty żeś, kobieto, zrobiła? I co za cholerny trup leży w środku?
Barbra poruszyła ustami, lecz żaden dźwięk nie wydobył się. Mężczyzna nachylił się z nadzieją, że jednak usłyszy jakąś odpowiedź. Od razu wyprostował się, gdy jeden ze strażników wychynął zza otwartych drzwi.
- Kapitanie, nie mam najlepszych wieści. Zidentyfikowałem ciało. To Lon Marthie, goniec miejski - powiedział.
Przełożony zaklął.
- Jak źle to wygląda?
- Poturbowany, musiał stoczyć zażartą walkę, bo większość mebli jest albo poprzewracana, albo połamana. Podejrzewam, że zgon nastąpił na skutek jednego uderzenia czymś bardzo ostrym. Rozerwało pierś i dotarło do serca. Umarł szybko.
- Czy to wszystko?
- Tak, kapitanie.
- Zajmij się ciałem. Brian, idź pomóż!
- Machnął ręką na kolejnego, wyszukawszy go wzrokiem. - Zielony, co z chłopakiem?
- Nieprzytomny, ale oddycha - krzyknął zbrojny z drugiego końca placu. Wziął chłopaka na ręce i przyniósł do ich małego zbiorowiska. - To uzdrowiciel, tak? Niech go przebada. Mały zaliczył w głowę - dodał, odgarniając z czoła blond grzywkę i odsłaniając zdartą skórę wraz z uwypukleniem, które za parę godzin będzie miało barwę głębokiego fioletu. - Być może ma wstrząśnienie mózgu. Kapitanie, nie podoba mi się to, że brało w tym udział dziecko.
- Mi także nie, Zielony. Połóż je przy matce. Może wtedy zacznie gadać.

W momencie, gdy Joachim znalazł się przy Curtisowej, Barbra otoczyła go szczelnie ramionami, tuląc do siebie. Ze łzami i paniką w oczach szeptała niezrozumiałe dla innych słowa do ucha syna.
Znachor, walczący do tej pory o życie Johna, musiał poddać się. Drwal otrzymał zbyt poważne rany, aby mógł wyjść z tego cało przy tradycyjnych metodach leczenia. Parokrotnie zarzęził, zapluwając się krwią i umarł, przeklinając żonę na wieki. Luthien czym prędzej zajął się chłopcem. Szybkie oględziny pozwoliły na dojście do takiego samego wniosku, co strażnik - być może chłopiec doznał wstrząsu. Póki co jedyne, co można było poradzić, to czekać, aż odzyska przytomność i wtedy odpowiednio przebadać. Rana na głowie została opatrzona.
Kiedy akcja ratunkowa ostatecznie zakończyła się, kapitan postanowił wyjaśnić całą sprawę. Ciała zabrano, złapanego nożownika także, w dodatku nie uszły niczyjej uwadze zwłoki bliżej niezidentyfikowanej istoty. Całą sprawę należało wyjaśnić. Wszyscy świadkowie, którzy pozostali przed chatką, zostali wpuszczeni do jej środka. Głównodowodzący nie zamierzał zabierać całego zbiorowiska na komendę - sprawę rozwiązał na miejscu.
Wdowa, po tym, jak już doszła do siebie, opowiedziała znaną szamanom część historii, dodając istotny szczegół: kluczyk, którego nie odnaleziono. Jak okazało się jego brak przy zwłokach wzbudził podejrzenie Barbry. Nie była wybitnie inteligentna, lecz na tyle bystra, by ten fakt zaniepokoił ją. Kluczyk należał do małej skrytki, gdzie podobno John przetrzymywał bardzo cenny przedmiot. Dwójka śmiałków mogła przekonać się na własnej skórze o jego wyjątkowości. Siekiera podobno miała magiczne właściwości - była nadzwyczaj lekka, przez co atakowanie stawało się dziecinną igraszką niewymagającej żadnej siły.
John swingował własną śmierć, zaszył się w kryjówce i wrócił do chaty po przedmiot, udając, że jest to zwykły rabunek, aby nie wzbudzać podejrzeń. Przy okazji zamierzał zabrać ze sobą jedynego syna. Barbra podejrzewała, że zmarły mąż miał załatwionego kupca, któremu zamierzał opchnąć przedmiot za sporą sumkę. Pech chciał, że tej nocy natknęli się na ich dwójkę: Barbrę i Lona rozmawiających przy stole. Wywiązała się walka, John, wraz z pomocnikiem, zabrał siekierę oraz syna. Wtedy pojawili się szamani.
Relacja śmiałków z Mrocznej Puszczy wprawiła w niedowierzanie słuchaczy. Jedynie przyniesione ciało rusałki podkreślało ich słowa. Postanowiono zbadać ich prawdziwość słów.


Następne dwa dni przebiegały tak samo: na wyczekiwaniu w karczmie na ostateczną decyzję władz. Pilnowano aby żadne z nich nie uciekło, przy okazji nie dopuszczając do toku śledztwa. Mogli przynajmniej wypocząć i porządnie opatrzyć się - każde z nich odczuwało skutki walk. Dwa bliźniacze psy nie odstępowały na krok swych wybrańców, to trącając pyskiem w dłoń Nemeth, to próbując zachęcić Luthiena do zabaw. Trzeciego dnia usłyszeli werdykt: byli niewinni, słowa wdowy i ich zostały uznane za prawdę. Barbra, niepodobna do tej obłąkanej i zrozpaczonej kobiety podczas tej feralnej nocy, gorąco podziękowała za pomoc, zaś Joachim zdobył się na uśmiech, trzymając mimo wszystko z daleka. Strata oraz poczucie zdrady było aż nadto namacalne w ich zachowaniu. Z pewnością na wiele lat ten koszmar nie spędzi im z oczu.


Dziękuję za dotrwanie do końca tej sesji. Mam nadzieję, że dobrze bawiłyście się i jakoś ta misja utkwi wam w pamięci. Choć troszkę. :)
Możecie pisać już swobodnie gdziekolwiek zechcecie. Tutaj macie z/t.
Prosiłabym jeszcze o zaktualizowanie stanu zdrowia waszych postaci. Macie uzdrowicieli, więc kwestię tego czy pozostaną im blizny, pozostawiam wam. Punkty many możecie wpisać sobie na maksymalnym poziomie.
22.09.2014, 21:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna