Targ
#11

Usłyszał krzyk. Panika, strach, może gniew, nie sposób było tego odróżnić spośród reszty wrzasków, ale pewne negatywne emocje z pewnością wyrażał, inaczej Nether nie zwróciłby uwagi. W końcu stał kilkanaście (jak nie więcej) metrów dalej. Ale to nie było coś rzeczywiście niezwykłego. Ucho odziedziczył po smoku. Zresztą, jak wszystkie inne zmysły wszystkich innych mędrców. Ale mniejsza o innych.
Spojrzał mniej więcej w stronę, skąd ów dźwięk dosłyszał. Nie był pewny dokładnie czy patrzył tam, gdzie trzeba, ale większego znaczenia to nie miało - tak czy siak widok zasłaniał mu cały tłum ludzi, po drugiej stronie nie było widać absolutnie nic. W dodatku szybko został przytłumiony. Albo wszystko było już w porządku, albo ktoś uciszył... Poszkodowaną. Tak, to raczej była kobieta. "Mam nadzieję, że jednak nie została zamordowana", pomyślał. "W innym przypadku raczej nie znajdę roboty". Tak, to był żart, przecież nie był jakimś... Hm, najemnik to niezbyt odpowiednie określenie. Prawdą jest, że są zwykle od brudnej, mokrej roboty i traktują ludzi jako źródło dla swoich sakiewek, ale bywają też honorowi. Mędrzec po części utożsamia się z takim "honorowym najemnikiem", ale raczej nie pracuje dla pieniędzy. Racja, przydają się czasem. Ale prawda jest taka, że wszystko, co mu wystarcza do życia może znaleźć w lesie. Praca to raczej takie urozmaicenie życia codziennego, tudzież pomoc biednym. No i nie, nie był też świętym altruistą. Był po prostu sobą, a jak to zwykle bywa - kogoś, kto jest sobą często trudno jest jednoznacznie zdefiniować.
Zaczął przedzierać się przez motłoch, choć przedzieranie się to również nie jest najlepsze określenie, ale koniec z dygresjami, po prostu wyminął parę osób i obserwował. Po kilku krokach to nie było takie trudne. Tłum zwolnił, niektórzy nawet zatrzymali się, tworząc ten charakterystyczny krąg, spotykany gdy przydarza się jakieś nieszczęście. I, rzecz jasna, nikt się nie rwie do pomocy. Po chwili jednak rozeszli się, każdy w swoją drogę. Ale Nether był sprytniejszy i wcale się nie zatrzymał! Zauważył wcześniej kogoś, kto... Hmm, udzielał pannie reprymendy? Zdawało się, że krzyczała pewna zielarka, wyglądająca na szamankę, a chwilę później "uspokoił ją" jej szef, czy ktoś wyższego stopnia. Widocznie nie chciał zbyt dużego zainteresowania stoiskiem. Z jednej strony było to zrozumiałe, bo skoro zdarzyło się tam coś nie przynoszącego dobrej renomy, to jasne, że im mniej o to hałasu, tym lepiej. Z drugiej strony nawet negatywne, zawsze jest to jakieś zainteresowanie, a nuż się ktoś trafi chętny do nabycia jakichś ziół. I oczywiście masa innych powodów za jedną, to za drugą stroną, wszak pan szef zwracał uwagę raczej na tą pierwszą. Nie chcąc chwilowo przysporzyć sprzedawczyni problemów Nether wmieszał się po prostu w tłum, czekając, aż jej przełożony odejdzie. Nie był pewien, ale najbardziej prawdopodobna wydawała mu się opcja, że coś zostało skradzione, a że od tamtego momentu parę chwil już minęło, to złodziej byłby już gdzieś daleko. A jeśli nawet stałby sobie gdzieś tu - i tak był bezpieczny. Kto go rozpozna w takim zgiełku?
16.05.2014, 00:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#12

Jak zwykle na targach dochodziło do szybkich kradzieży. Obalenie sprzedawcy, złapanie przedmiotu i szybkie czmychnięcie przez tłum na puste, zakręcone ulice miasteczka. Ray zawsze zastanawiał się na ile zdesperowani, a na ile głupi muszą być Ci złodzieje, by uciekać przez zbiorowisko ludzi. Może i taki motłoch nie jest życzliwy, ale chciwy z pewnością zatem złapią uciekiniera byle, by zażądać nagrody od poszkodowanego za schwytanie złoczyńcy. W takich przypadkach Ci wybawiciele zazwyczaj więcej wydzierają z rąk sprzedawcy niż sam złodziejaszek, aczkolwiek nagroda za sprawiedliwość musi być sowita - w końcu to sprawiedliwość. Gdyby była wiele, wiele mniej opłacalna niż zło to nikt, by się nie pokusił na czynienie tego dobra. Aktualnie Akolita twierdził, że w tych czasach to rozbójnictwo, morderstwa, kradzieże i inne takie są najbardziej opłacalne, a nawet najpowszechniejsze w otaczającym go szarym świecie. Kończąc jednak filozofowanie - Ray widząc uciekającego od razu ruszył za nim nie zatrzymując się na oglądanie czy gruba kobieta umiera, czy nie. Lubił od czasu do czasu pomóc z czystej dobrej woli, lecz w tym przypadku wolał gonić uciekiniera niż pomagać otyłej pani. Kochał kobiety każdą miłością jaką mógł zaoferować, ale miał też swoje gusta. Do tego stopnia nie był przesiąknięty swoim "hobby".
Biegł przez tłum ustawiając się bokiem i odpychając prostaczków lewą ręką na boki, by móc jak najszybciej i jak najsprawniej złapać uciekającą postać. Był wysportowany, a przede wszystkim najedzony, napojony i wypoczęty więc bez problemów mógł gonić swój cel przez długi dystans. W dodatku jego wzrok był lepszy niż u przeciętnego człowieka, zatem dostrzegłby go nawet niby poza zasięgiem. Sam start pogoni miał również szybki, to dzięki refleksowi, który posiadał. Oczywiście gdyby dogonił uciekiniera, złapałby najpierw go za ubranie ciągnąc do siebie, by naporem ciała przewrócić go na ziemię i spojrzeć od razu w jego oczy zapamiętując duszę - tak profilaktycznie, gdyby miał zamiar zwiewać - w tym samym momencie wyciągnąłby lewą ręką sztylet, który dostał od Djimona i przystawiłby go złapanemu go gardła, by odjąć wszelką ochotę na próby ucieczki.
- Nie masz szczęścia. - powiedziałby wtedy i czekałby, aż jakaś straż go zauważy, bądź ktoś go możliwie pogonił również zanim dotarł do tego miejsca. Aczkolwiek, gdyby to się nie stało podniósłby tą osobę i z nadal przystawionym do gardła sztyletem prowadziłby ją do straganu, gdzie sprzedawczynią była ta gruba kobieta. Oczywiście, dokładał wszelkich starań, by tego dokonać.
19.05.2014, 02:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#13

MG
~***~

Kradzież na tym targu nie zdarzała się znowu tak często, jak mogłoby się wydawać. Tutejsi strażnicy pilnowali porządku należycie, a przynajmniej taka panowała powszechna opinia - już oni sami wiedzieli jak ją utrzymać w ryzach. Co bardziej krnąbrni mieszkańcy posmakowali ich argumentów i to im jakimś cudem wystarczyło, by nie popełniać dwa razy tych samych błędów.
Istniało kilka powodów, dla których uciekający mężczyzna musiał być albo szalony, albo bardzo zdesperowany. Po pierwsze, nawet jeśli ktoś pokusił się o przywłaszczenie sobie czyjegoś mienia - robił to po cichu, dyskretnie. Czas między zdarzeniem, a uświadomieniem go sobie przez ofiarę musiał wynosić minimum dziesięć sekund. Plus-minus minutę, mając na uwadze mniej zatłoczone miejsca. Żadnej szarpaniny, zero krzyków. To niedopuszczalne. Zimna kalkulacja, nawet ciche odliczanie przy miarowym oddalaniu się od miejsca zbrodni. Tak robią mistrzowie.
Po drugie: nigdy nie uciekać. To gorsze niż krzyki. Ucieczka byłaby niczym błąd linoskoczka - następowało po niej zwykle przykre zderzenie z ziemią, tudzież rzeczywistością. Tłum był jakimś pocieszeniem - jeśli miało się odpowiedni wzrost i szybkość. Wtedy w najgorszym przypadku, nie licząc, ma się rozumieć, schwytania, po minucie biegacz miał już za sobą pokaźny ogonek osób, które zdążył zdenerwować naruszeniem ich prywatności. W najlepszym zaś wmieszał się w ludzką masę i pozostawał niezauważony aż do kolejnego zdarzenia.
Po trzecie: jeśli kraść, to diamenty. Mimo iż rzadko przestrzegane, słowa te doskonale określają mentalność względnie uczciwych mieszkańców na temat mentalności złodziei. Lepiej uważać, że nie jest się łakomym kąskiem dla "tych hien", niż powoli otaczać się paranoją i w każdym widzieć wroga. W rzeczywistości wygląda to nieco inaczej, jednak ludzie zdają się wierzyć w moc myśli i słów - raz wypowiedziane zdolne są według nich sprowadzić katastrofę. Dlatego lepiej się oszukiwać.
Złodziej ryzykował dla skarbów poczciwej zielarki. Ubranej w stare, wytarte dawno temu ubrania bez zbędnych ozdób. Może poza naszyjnikiem z pazurów jakiegoś większego zwierzęcia na szyi. Jeśli ktoś bardzo ceni takie rzeczy. Widocznie coś go przypiliło na jakieś szczególne ziółka. Nie był też, dla niego niestety, ani niski, ani zwinny i szybki, więc przyszłość nie pisała mu się kolorowo. Niezbyt udany wytwór cywilizacji.
W tłumie zaś zawsze znajdzie się tylko jeden człowiek, który ruszy w pogoń za takim wytworem. To normalne - widząc, że już ktoś się tym zajął, pozostali albo wracają spokojni do swoich zajęć, albo przyglądają się akcji na tyle, na ile pozwala im otoczenie. Mogłoby się wydawać, że wszyscy zaraz rzucą się na biedaka, czy to dla sprawiedliwości, własnego honoru, czy pieniędzy. Nie. Ludzie są zbyt samolubni i leniwi, by posunąć się do takich kroków. Ray był tym szczęśliwcem, który wyróżniał się spośród reszty poczuciem obowiązku bądź też heroicznym odruchem. Był tym jedynym właśnie, nie licząc strażników, który zareagował najszybciej, ku uciesze tłumu.
Przed uciekinierem wcale nie tworzyła się szczelina w morzu ludzi. Może dlatego, że nie było ich znowu tak wielu, by utworzyć morze. Co bardziej zwinni uskakiwali przed zakapturzonym jegomościem, innych on po prostu omijał, wpadając niemal na klatki z kurczakami, które przecież zawsze ktoś musi w takiej sytuacji postawić na drodze. Jeszcze inni mieli okazję doświadczyć oberwania pędzącym wprost na nich nieszczęśnikiem, który z nienaturalną wręcz gracją zbierał się w mig na nogi i wznawiał ucieczkę.
Ray nie stracił go z oczy ani na chwilę, wręcz przybliżał się do niego z każdym krokiem. I jemu nie było łatwo, wszak miał do pokonania te same przeszkody. Skupiając się na celu nie mógł też w zupełności oddawać się obserwacji otoczenia, by tamtego nie zgubić. Brązowy płaszcz z kapturem był bardzo powszechny wśród podróżników. Szczególnie, że słońce schowało się gdzieś za chmurami, a w powietrzu zaczął grać chłodny wiatr.
Kiedy złodziej gwałtownie wyhamował, zmieniając nieco kierunek biegu, Ray omal nie wpadł na stoisko jakiegoś krzykliwego krasnoluda. Ostrza wiszących toporów zatańczyły mu przed oczami, przyprawiając o gwałtowną utratę sporej ilości krwi z górnej części ciała. Nie, nie stracił głowy, acz było blisko. Zbladł. Mimo to biegł dalej, walcząc ze zmęczeniem i silnym zawirowaniem wewnątrz czaszki, ponieważ złodziejaszek zgubił rytm, zwolnił. Był tuż tuż, jeszcze trzy metry i miał być jego. Nie mógł tego zmarnować.
Wtedy cel ponownie zmienił kierunek, ale już z mniejszą zwinnością. Wpadł na jakiegoś chłopca, mierzącego procą do gołębi, omal nie wrzucając go w podgniłe pomidory. W tym właśnie momencie Ray dosięgnął wymarzonego płaszcza - bo i gwałtownie odległość między nimi została skrócona do centymetrów. Zamiast pociągnąć do siebie, popchnął, przewrócił, przygniótł swoim ciałem, przesuwając spory kawałek po ubitej ziemi, kątem oka zauważając, jak ktoś odskakuje z ich drogi. W zasadzie to zamierzał, choć może nie z taką siłą.
Przewrócony jęknął z bólu, ale wyswobodził się z uścisku na tyle, by nie wąchać ani nie smakować już ziemi i własnej krwi. Ray chwycił go ponownie, mając wreszcie okazję przyjrzeć się jego odsłoniętej twarzy brudnego, wściekłego młodzieńca, który bardzo szczerze w tym momencie pragnął śmierci napastnika. Miał zdarty policzek, o dłoniach i zapewne brzuchu nie wspominając. Brudne, czarne włosy lepiły się do spoconego czoła, a brązowe oczy pałały prawdziwą nienawiścią.
Niestety, organizm Akolity nie pozwolił na siebie długo czekać. Przypomniał swemu "właścicielowi" o spotkaniu z toporami, o milimetrach, jakie dzieliły go od ścięcia niemałego kawałka twarzy, od oczu zaczynając, nie wiadomo gdzie kończąc. Zmęczenie i uczucie, płynące od chudzielca, tylko pomogły torsjom wyjść na zewnątrz. Są tacy, którzy uważają, że to niemożliwe. Że przetrwają wszystko, zniosą z zimną krwią. Nieprawda. To właśnie ta zimna krew, jakiej doświadczył Ray wewnątrz swoich żył, wręcz dosłownie bardzo zimna, była jednym z czynników, przez który obok brudnej twarzyczki złodzieja wylądował ostatni posiłek maga.
- No proszę, proszę... - odezwał się ktoś nad nimi, cmokając kilkakrotnie z udawanym niesmakiem. - Marny koniec pościgu. Możesz z niego zejść? - To strażnik. Mężczyzna, który odskoczył im z drogi, gdy lądowali na ziemi niczym pijane tygrysy.
Przykuty ciałem Akolity do ziemi chłopak szarpnął się jeszcze ostatni raz, jakby okazując niezrozumienie całemu światu, robiąc jednocześnie wszystko, by nie patrzeć na mężczyznę, którego jeszcze przed chwilą pragnął udusić. Gdyby tylko nie miał tak utrudnionych ruchów. Nie chciał patrzeć, bo nie chciał też zwymiotować. Całkiem zrozumiałe.
~***~

Nether Broghor tymczasem nie miał aż tylu przeżyć. Ale też nie zrobił zbyt wiele, więc trudno się dziwić. Podszedł na bezpieczną odległość do kobiety z mężczyzną, który wymienił z nią kilka mało konkretnych zdań. Właściwie on mówił, ona milczała. Po tym jak Ray ruszył w pogoń za złodziejem, stała się jeszcze bardziej przybita, co było dziwne - przecież sama chciała, by ktoś złapał łotra.
- ...godzina, nie więcej - mówił jej przełożony niemal szeptem, rozglądając się dyskretnie po twarzach przechodniów. Nether mimo wyczulonego słuchu musiał włożyć sporo wysiłku, by to usłyszeć. - Potem możesz robić co tylko sobie zamarzysz, nie obchodzi mnie to. - Przeszedł na drugą stronę, szturchając palcem wiszącą wiązkę mięty. - Nic nie poradzisz.
- Nie była got... - Kobieta odwróciła się do niego, ale kiedy jej gwałtownie przerwał, opuściła wzrok.
- Nie kłam! - warknął, robiąc krok w jej stronę, ale zaraz się opamiętał i przystanął. - Nie kłam. - Powtórzył tylko i ruszył do wozów za stoiskiem, wąchają po drodze kawałek zasuszonej łodygi. - Godzina, lepiej pamiętaj. - Nie wszedł do środka żadnego z nich, zniknął gdzieś za nimi, a wtedy kobieta spojrzała w tamtą stronę zaniepokojona. Gdy upewniła się, że mężczyzna nie wraca, podwinęła przetarty rękaw i zaczęła gorączkowo szukać czegoś w swojej niewielkiej sakiewce, umocowanej za nadgarstkiem.
22.05.2014, 19:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#14

Przeszedł jeszcze kilka kroków, kątem oka spoglądając, czy przełożony szamanki odejdzie. Wyglądało na to, że tak właśnie zrobił, ale Nether nie zatrzymywał się, chcąc na spokojnie rozważyć to, co dosłyszał. Zwolnił tylko nieco.
"Cóż, niczego ciekawego się nie dowiedziałem, ale to i tak więcej, niż się spodziewałem. Intrygujące. Godzina. Nie gotowa. Hm." - wymieniał sobie słowa kluczowe. Biorąc pod uwagę, że była to szamanka... Chociaż mogła być też zwykłą zielarką, ale Neth skłaniał się raczej ku tej pierwszej opcji. Słyszał coś o tym, że szamani potrafią zaklinać dusze w różne przedmioty, głównie lalki. I na tych pogłoskach kończyła się raczej jego wiedza, ale zafascynował się tym i automatycznie próbował łączyć w ten sposób wątki. Podejrzewał, a wręcz był niemal pewny, że doszło tu do kradzieży, więc być może kobieciny pozbawiono - jak mówiła "nie gotowej" lalki? To tylko proste domysły, podchodzące raczej pod fantazje, niż porządną dedukcję i ocenę sytuacji. Ale z paru słów co innego mógł wymyślić? Raczej niewiele.
Pozostawała jeszcze kwestia tej godziny. Godziny na odzyskanie przedmiotu? Na schwytanie złodziejaszka? Cóż... Nie, myślenie na niewiele się zda. "Może gdybym był jakimś genialnym detektywem... Wtedy pewnie bym coś wydedukował. Na moje nieszczęście jestem tylko geniuszem, więc wskóram chyba tylko rozmową", stwierdził żartobliwie. Zboczył trochę w prawo, by móc zatrzymać się i odwrócić tak, by nikt na niego nie wpadł. "A może nie powinienem? Gdybym się zatrzymał w tłumie, byłyby szanse na to, żeby złodziej wpadł na moje plecy, a stamtąd byłoby go łatwiej pochwycić" - i zaczął obliczać szanse na taką sytuację na palcach.
A w rzeczywistości po prostu pukał sobie nimi w udo, grając jakąś bliżej nieokreśloną melodyjkę.
Po tym jak zawrócił spojrzał na twarz sprzedawczyni. Raczej nie wyrażała nieporadności, czy rozpaczy, ale Broghor wątpił, by zielarka nie potrzebowała pomocy. Ruszył w stronę jej stoiska, a na miejscu zapytał:
- Witam. Wybaczy pani śmiałość, ale zdaje się, że potrzebuje pani rycerza na białym koniu, który przybędzie z odsieczą. - odczekał sekundę, po czym kontynuował - zaniemógł, więc zjawiam się jako substytut. - rzekł z kamiennym wyrazem twarzy. Ciekaw był, jak (prawdopodobnie) szamanka przyjmie taką kwestię. Albo dobry humor się udzieli, albo uzna go za świra i nakrzyczy za niepoważne podejście do sprawy. Chociaż jeszcze nie wiedział jakiej. Aczkolwiek odnośnie pomocy mówił jak najbardziej poważnie.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2014, 00:20 przez Nether.)

23.05.2014, 00:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#15

Nie wszystko szło po myśli człowieka - tak można podsumować cały pościg za złodziejaszkiem, który pomimo tego był udany. Oczywiście można pójść kilkoma mądrościami ludowymi pierwsza pesymistyczna - "nie wszystko złote co się świeci" w nawiązaniu do przeżyć jakie doznał Ray, by osiągnąć cel, a druga optymistyczna - "wszystko dobre co się dobrze kończy". A jak czuł Akolita? Nijak, w sumie to gdy teraz przypierał młodzieniaszka to nawet zgubił swój powód dlaczego to właśnie on rzucił się w pościg skoro straż też jest? Oczywiście ci opancerzeni, mocno, przysadziście zbudowani mężczyźni mogli nie pojmać uciekiniera ze względu na ograniczenia mobilne, jednak nie to było teraz problemem. Jak, by na to nie spojrzeć to pomimo wspaniałego obalenia złodzieja zwieńczył to obfitym zwymiotowaniem obok jego głowy. Chwały nie będzie, pieśni, ani nawet atrakcyjnie nie wyglądał w tym momencie. Tyle dobrze, że miejsce to nie było tłoczne więc od razu zanim, jeszcze dobrze strażnik się nie odezwał, ten wstał i przetarł usta zewnętrzną stroną prawej dłoni, by po chwili schować posiadany sztylet.
- Do najszybszych nie należycie, On też, a strażnicy z targu tutaj nawet nie dobiegli. Ja znów przygotowany nie byłem na pościg i widać jak to się skończyło. Większy dyshonor dla niego. - odparł Ray spoglądając na strażnika. Teraz jak sobie pomyślał, że kiedyś opowie tą historię to prychnął, aż ze śmiechu. Podsumowanie jej było idealną puentą, która swoim głupim, sposobem mogła kogoś zwalić z nóg. Nieoczekiwanie, śmieszne zakończenie. Z pewnością Akolita nie użyje tej opowieści, by zdobyć względy jakiejś panny, chyba, że usunie ten ostatni element i ubarwi ją lekko o walkę, bądź niesamowity dalszy ciąg pościgu. Jednak będzie mógł ją opowiedzieć Madeleine, ją z pewnością rozbawi, chociaż raczej bardziej ucieszyłaby się z samego powrotu do domu Ray'a, a nie jego uganiania się po Greathardzkim targu za młodocianymi przestępcami.
W pewnej chwili do głowy Akolity przyszła pewna myśl. Co mógł ukraść taki chłopak z niezbyt bogatego straganu grubej zielarki? To było podejrzane, chociaż domyślał się, że raczej chodziło o specjalne odurzające ziele, które wiele nie kosztuje, ale dla uzależnionych było warte życie.
- Zastanawia mnie co zwinąłeś tamtej kobiecie? Jaka roślina Cię zainteresowała? A może coś innego? Strażnik stoi tuż obok, jak bez problemu oddasz ten przedmiot i wyrazisz skruchę, to może puści płazem ten wyczyn takiemu gówniarzowi. Gorzej jak zamilczysz, wtedy już znajdują się sposoby na otwieranie ust. - w trakcie mówienia znacząco spojrzał na strażnika jakby przekazując mu, że to tylko podpucha mająca zastraszyć lekko złodzieja. W sumie to Ray słyszał o różnych kradzieżach i był nawet świadkiem kilku, ale to zazwyczaj jednak są sakiewki, biżuteria albo drogocenne klejnoty, a nie cokolwiek od zielarek. Chociaż raz zdarzyło mu się dostrzec, jak brzydka, zauroczona w Akolicie córka wędrownego, całkiem znanego rycerza skradła eliksir miłosny z takiego straganu z zamiarem użycia go na - jeszcze wtedy - młodym Yuzuhirze. Dobrze, że oczy ma wyjątkowo sprawne i rozpoznał specyficzny zapach tego wywaru.
Wracając jednak do tematu - skoro już złapał uciekiniera to warto przeprowadzić lekkie śledztwo dla własnej satysfakcji chociaż.
25.05.2014, 02:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#16

MG
~***~

- Gedrag! - Contenau był zdenerwowany. Stał po środku dużego, wilgotnego pomieszczenia, oświetlonego słabym światłem gasnących już niemal świec. Jakieś dwa metry przed nim znajdował się niebieskooki. Wyglądał, jakby trzymał coś ciężkiego w powietrzu, mimo iż pomiędzy nimi była tylko pusta przestrzeń. Jasnozłote włosy lepiły mu się do czoła, a po policzkach spływały łzy wycieńczenia. - Do jasnej cholery, co się z tobą dzieje? To mają być postępy?
- Mo, zróbcie sobie przerwę - odezwał się prawie-staruszek, siedzący na skrzyniach pod jedną ze ścian z pozostałą dwójką. - Nie pomagasz mu...
- Jak mam mu jeszcze pomóc? - Contenau odwrócił się do nich. Na twarzy malowało mu się zmęczenie nie mniejsze niż u chłopaka, ale panował nad nim o wiele sprawniej. - Od tygodnia robię, co mogę, a on ciągle popełnia te same błędy. Jak tak dalej pójdzie, to wszystko szlag trafi.
- Jak tak dalej pójdzie, to pozabijacie się zanim przekroczymy pierwszą część - powiedział mężczyzna, który wyglądał, jakby ktoś ściął mu włosy z głowy i przykleił do brody. Jego owalna sylwetka doskonale pasowała do takiego stanu rzeczy. - Nie sądzisz, że tydzień, to trochę mało? Chcesz go wykończyć? Nie wszyscy mają tyle sił, co ty, a wydaje mi się, że i tobie zaczyna ich brakować.
- Lenf ma rację - wtrącił pospiesznie tamten, widząc minę przyjaciela. Mo Contenau i Harrgon Porg znali się od wielu lat, wiekiem dzieliło ich tylko pół dekady. Jeden znał mapę emocji drugiego jak własną kieszeń, trudno więc się dziwić, że to Harrgon wiedział, co i kiedy powiedzieć, by Contenau przestał na wszystkich wrzeszczeć. - Czasu nie da się spowolnić, ale przesadzać nie możecie, bo wszystko diabli wezmą.
Zapadła chwila ciszy, w której to wszyscy wymienili lekko zszokowane spojrzenia, jakby właśnie ktoś powiedział coś niewłaściwego. Jak użycie słowa "seks" w gronie samych kapłanów. Nawet małomówny, wiecznie zajmujący się swoimi sprawami, Hirdon, przestał skubać nożem jabłko, które jadł już przez kwadrans, i spojrzał ukradkiem na Contenau.
Ten pokręcił tylko głową i wyszedł bez słowa. Pozostali wybuchnęli śmiechem, wiedząc, że atmosfera została na dobre rozluźniona. Nawet Gedrag, który zdążył już kucnąć i wytrzeć czoło przedramieniem. Każdy pełnił w tym zespole inną rolę, każdy został zwerbowany w innych okolicznościach, ale wszyscy zdążyli już poznać swego przywódcę na tyle, by wiedzieć, że Contenau za nic w świecie nie pokaże im swojej lepszej twarzy.
~***~

Ludzie zupełnie stracili zainteresowanie występkiem. Po kilku minutach już tylko właściciele pobliskich stoisk byli świadomi jakiegokolwiek zdarzenia, a i ich niewiele ono obchodziło. Każdy miał swoje sprawy i ani trochę zdrowej empatii, by interesować się czyimiś sprawami, chyba że chodziło o łatwe do zgarnięcia pieniądze.
Zielarka nie dziwiła się wcale takiemu zachowaniu. Nie oczekiwała tak naprawdę niczego, dawno nauczyła się, że może liczyć jedynie na siebie i swoje niezawodne umiejętności. W tej chwili właśnie jedna z nich mogła okazać się bardzo pomocna, jak zwykle zresztą. Jednak do jej użycia potrzeba było jednej malutkiej kuleczki, która schowała się pod niewiarygodną ilością najbardziej awaryjnych przedmiotów, zajmujących na oko dużo więcej miejsca niż jego było w woreczku. Nie, nie była to magiczna sakwa bez dna, była to zwykła, kobieca sakwa, a raczej sakwa doświadczonej Szamanki.
Nether podszedł do niej dokładnie w momencie, w którym znalazła to, czego szukała. Jego obecność sprawiła, że wypuściła swój skarb z dłoni. Biało-przezroczysta, szklana kuleczka spadła na ziemię i poturlała się gdzieś pod stoisko. Kobieta zsunęła automatycznie rękaw na woreczek, odwróciła się do przybysza i spojrzała nań spod zmarszczonego czoła, nieco poirytowana. Nie było jej do śmiechu, z całą pewnością nie w tej chwili. A nawet gdyby nie sytuacja, w jakiej się znalazła, takie odzywki ze strony osoby młodszej o jakieś ćwierć wieku nie przypadłyby jej do gustu. Dlatego stała tak jeszcze chwilę bez słowa, po czym zerknęła ukradkiem przez ramię oraz w miejsce, gdzie zniknęła, mogłoby się zdawać, biżuteria.
- Ten człowiek - zaczęła, spoglądając na Nethera i podchodząc bliżej, by potem schylić się w poszukiwaniu zguby, ale przerwała na chwilę, jakby usiłując szybko podjąć jakąś decyzję - Ten człowiek ukradł coś cennego. - Podjęła. Przez jej twarz przeleciał cień rezygnacji, kiedy zaglądała pod stoisko. - Mogę mieć problemy, ale na to już nic nie poradzimy, młody człowieku. - Minęło kilka sekund, zanim wychyliła się na powrót, cofnęła o kilka kroków i schyliła ponownie. Chyba nie widziała świecidełka, które schowało się za workiem zboża, należącego do jej młodego, pryszczatego sąsiada.
Nerwowo spojrzała jeszcze na przybysza, uśmiechnęła sztucznie i wróciła do przeczesywania wzrokiem całego dostępnego kawałka ziemi.
- Dziękuję za chęć pomocy - dodała. - Rzadko zdarza się, by ktoś z własnej chęci oferował za darmo swą dłoń komuś zupełnie obcemu. To się ceni.
A jednak w jej tonie było coś fałszywego. Ta kobieta nie potrafiła kłamać, a jej zdenerwowanie wcale jej w tym nie pomagało. Widocznie uznała, że sprawy tego typu nie można powierzyć komuś tak mało poważnego. Mogły - i zapewne tak w istocie było - istnieć też zupełnie inne powody.

~***~

Kiedy Ray podniósł się na nogi i wygłosił swoje zdanie, okazało się, że za nim stoi jeszcze dwóch młodszych strażników, spoglądających po sobie z lekkim zdziwieniem. Chyba nie tego się spodziewali. Może przez to, że właśnie oni - cała trójka - byli owymi "strażnikami z targu", a może dlatego, że to oni zmusili złodzieja do zmiany toru biegu, a nawet do zatrzymania się w miejscu, dzięki czemu Ray mógł swobodnie go dopaść. A może mieli zupełnie inne powody, o których wiedzieli jedynie oni sami. W każdym razie, jeden z nich - ten, który zwrócił się wcześniej do Akolity - odchrząknął i kiwnął na pozostałych, samemu podchodząc do bladego maga. Tamci zaś posłusznie chwycili uciekiniera za ramię i brutalnie pomogli mu wstać.
- Byliście bardzo odważni - odezwał się z szacunkiem ich przedstawiciel, podając Ray'owi niewielką piersiówkę. - Dobrze wam zrobi... - zachęcił, po czym kontynuował: - Jednak zostawcie go nam. To i tak bez...
- Nic! - przerwał mu złodziej, starając się wyszarpać z uścisku straży. - Nic nie ukradłem. To nie ja, przysięgam!
- Właśnie. Bez sensu. Bierzemy go! - odebrał piersiówkę od Akolity i kiwnął w stronę wyjścia z targu. - Może w lochach sobie coś przypomni.
- Chodźmy do niej! - krzyknął chłopak z paniką w głosie. - Do tej zielarki. Niech sprawdzi, czy to mam.
Mężczyźni ponownie spojrzeli po sobie, nieco wytrąceni z równowagi. Po chwili jednak najstarszy się opamiętał i popchnął złodzieja przed siebie.
- Nie kombinuj, mogłeś to wyrzucić. Idź, czeka cię długi dzień...
- Nie, to nie ja, naprawdę. Ktoś mi zapłacił, bym biegł. Obiecał, że jeśli ucieknę, pieniądze są moje, a jeśli nie... - Spojrzał po każdym z nich jakby naprawdę żałował decyzji, którą podjął kilka minut temu. - Będę miał kłopoty.
- I miał rację. Ruszaj się!
- Nic nie zrobiłem... - powiedział żałośnie szarpiąc rękami, które jeden ze strażników trzymał mu za plecami. Chłopak był bardzo przekonujący, ale jak widać nie dla tej trójki. Trudno się jednak dziwić - każdego dnia mieli styczność z kłamstwem, oszustwami i innymi tego typu próbami. Ray jednak potrafił dostrzec w oczach to, czego żaden z nich nie zauważył. I wiedział, że domniemanego złodzieja męczy w tej chwili poważne poczucie niesprawiedliwości. Mówił prawdę. Był bardziej szczery niż kiedykolwiek wcześniej w swoim niezbyt długim życiu.
26.05.2014, 01:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#17

Dawniejszy Kat, chociaż i teraz czasem go tak zwano, musiał się naprawdę silnie powstrzymywać od uśmiechu. Nie było nic po nim widać, ale w środku śmiał się jak dziecko. Nie był pewny dlaczego, ostatnimi czasy miewa takie humorki. To znaczy... Znał powód rozbawienia. Niepotrzebna, usilna powaga, brak dystansu do swoich cierpień. Ale nie do końca wiedział, dlaczego go to śmieszy. Podejrzewał, że to przez bezcelowość tych zachowań - wyolbrzymiania własnych cierpień(przez co ludzie sami sobie utrudniają życie, sami przez siebie wpadają w depresje) i tą wymuszaną powagę, która w takich miejscach jak to nie była jeszcze tak sztuczna, jak na szlacheckich dworach, ale bardzo się o taki stan starano. Ale nie było mu już do śmiechu, gdy przypomniał sobie, w czym rzecz. Tu sprawa rzeczywiście była poważna. Ze straganów z ziołami rzadko kiedy coś kradziono. Zwykle złodzieje upatrywali sobie coś, co się świeci. Złoto znacz. A że nie wszystko złoto, co się świeci, to chodziło też o klejnoty. Tymczasem ani jednego, ani drugiego nie sposób było zastać u zielarki. Co mogło zatem podkusić złodzieja? Zwłaszcza, że to miejsce jest dość dobrze (a przynajmniej się tak Netherowi wydawało) strzeżone.
Zaskoczyła go nieco odpowiedź kobieciny. Z jednej strony - nie była to desperatka, która zaczęłaby go wyzywać i bić sakwą "bo się na żarty zebrało". Z drugiej - ani trochę nie bawiła jej jego kwestia, nawet nie zmieniła grymasu twarzy. Ot, starsza pani, która dużo w życiu widziała i rzadko kiedy coś może ją zaskoczyć. Co więcej, wyglądało na to, że nie martwi się aż tak bardzo o stracony przedmiot. Miała takie... Dość neutralne podejście. Nether też takie miewał, gdy był młodszy i wstawał lewą nogą.
Spojrzał na sprzedawczynię "tym swoim wzrokiem", jak czasem nazywali owe spojrzenie jego znajomi. Tym swoim przeszywającym wzrokiem, tak jakby chciał zajrzeć wgłąb duszy, albo strzelić oczami jakimś strumieniem energii. Oczywiście nigdy nic takiego się nie wydarzyło. Przecież był tylko zwykłym Mędrcem. "Mogę mieć problemy, ale nic nie poradzimy", powtórzył sobie w myślach. Oho. A to dziwne. Znowu. Naprawdę zaskakująca kobieta. Być może zbyt często spotykał księżniczki w opałach, które tak często desperacko prosiły o rady albo i pomoc. Nie spodobało mu się troszkę, że mówiła o darmowej pomocy. Sam o niej nie wspominał. Ale też nie chciał na początku zaznaczać, że jest najemnikiem. Bo właściwie to... No dobrze, trochę jest. Deczko.
"Hm. A to mi dała powód do rozmyślań. Ale cóż... Skoro jest absolutnie pewna..."
- Cóż... Skoro jest pani absolutnie pewna, że nic nie wskóramy... - odparł. Oczywiście, że nie jest pewna. Gdyby to jednak on okazał się być tym księciem z bajki, chciałaby pomocy, bo nie rzuciłby tamtego niby-żartu i wyszedłby na poważnego, skorego do pomocy, odpowiedzialnego gościa. Tymczasem nie wyszedł. A czy był?... Właśnie dawał możliwość sprawdzenia tego zielarce. Chociaż podobno liczy się pierwsze wrażenie, więc nie sądził, że kobieta zmieni zdanie. I mimo że był ciekawy co takiego skradziono i czy aby jego, nazwijmy to, poprzednie "domysły" okażą się prawdziwe, to nie żałowałby zbytnio, gdyby potwierdziła odmowę.
Chciał jeszcze dokończyć to, co zaczął mówić, ale, jak to się mówi, zgubił wątek. I nie dokończył.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.05.2014, 17:17 przez Nether.)

26.05.2014, 17:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#18

No tak, było do przewidzenia, że Ray nie może mieć racji i strażnicy jednak byli w trakcie pościgu równie obecni co on sam, lecz ten zapewne pochłonięty biegiem nie zauważył ich. Nie ważne, wziął od jednego piersiówkę i pociągnął z niej jeden soczysty, pełny łyk. Zanim przełknął przepłukał usta czymś co wypił. Złapany chłopak próbował udowodnić swoją niewinność wykrzykując, że nic nie ukradł, lecz każdy ze złodziei tak robił. Strażnicy jak zawsze niewzruszeni nie mogli wierzyć w zapewnienia kogoś kto uciekał szaleńczo próbując nie dać się schwytać, jednak Mag potrafił wyczuć kłamstwo, a zapewnienia młodzieniaszka nimi nie były, z pewnością.
- Zaczekajcie! Mówi prawdę, nic nie ukradł. Jestem Akolitą i jedną z moich zdolności jest umiejętność wykrywania fałszu. To co mówi nie jest nim, rzeczywiście ktoś mu zapłacił, by tylko biegł. Miał być tylko dywersją. Prawdziwy poszukiwany jest zapewne gdzieś na targu jeszcze, nie mógł się oddalić daleko. - powiedział z nadzieją, że uwierzą mu. Osób ze zdolnościami magicznymi nie było pełno, aczkolwiek wystarczająco dużo, by mężczyźni mogli przyjąć, że i Ray jest jednym z grupy. Musieli zaufać jego umiejętnościom. On spojrzał jednak każdemu w oczy starając się zapamiętać ich fale duchowe i w razie czego móc odczytać stan emocjonalny, by udowodnić, w razie, gdyby jednak postanowili nie uwierzyć mu.
- Gadaj szybko, jak wyglądał ten, który Ci zapłacił za bieg? Wszystko co o nim wiesz. Tylko się streszczaj i nie kłam, nie uda Ci się oszukać mnie. - dodał po chwili wierząc, że zatroskany swoją przyszłością były uciekinier wyjawi wszystko co wie. W końcu odegrał swoją rolę, co prawda nie skończyło się dla niego to zbyt dobrze, a jego najemca nie przejmował się dalszym losem młodzieniaszka. Nie miał nic do stracenia.
Akolita domyślał się, że mężczyzną, który rzeczywiście popełnił przestępstwo jest ten, który podszedł do grubej zielarki, aczkolwiek mag nie przyglądnął się mu wystarczająco długo, by zapamiętać jak wyglądał. Inną sprawą był sam czyn, skoro zapłacił jakiemuś gówniarzowi za pozorowanie kradzieży, to znaczy, że sam zabrał coś wiele droższego, ważniejszego. Takich sytuacji nie było wiele na targach, dlatego wzbudziło to zainteresowanie Ray'a. Sam stragan, który został "zaatakowany" budził podejrzenia. Nuda jaka doskwierała podczas podróży do Greathard dawała o sobie znać. Teraz nawet ciekawe było rozwiązywanie problemów kupców. Na nieszczęście, a może szczęście karawana w drodze nie była atakowana więc nieoczekiwanych rozrywek nie było, ale w ten sposób Yuzuhira nie musiał ryzykować życiem. Ostatnio wystarczająco miał problemów z nim. Pojawiało się wiele okoliczności, przy których mógł stracić duszę z ciała.
- Muszę ruszyć na jakąś misję i zarobić trochę grosza... później trzeba kupić sokoła i tresować go. Ale najpierw powrót do Lothil. - pomyślał nieco uciekając myślami od całego zajścia. Może i wydoroślał przez ostatni czas, ale nadal był tym samym człowiekiem. Tak samo beztroskim, nierozsądnym i skorym do zabaw. Teraz objawiało się to wszystko we wciskaniu nosa w nieswoje sprawy. Przecież równie dobrze mógł milczeć nawet widząc, że chłopak mówi prawdę. Nie jego problemem jest głupota młodzieniaszka i kradzieże na targu. A jednak zainteresował się, nierozsądnie. Wiedział, że zapewne uwikła się w jakieś poważne kłopoty, w których znów będzie musiał stawiać na szali swój żywot, mimo to nadal brnął dalej.
Lepsze to, niż śmierć z zanudzenia. - pomyślał spoglądając w niebo. Niestety nie odpowiedziało mu, a chciałby teraz, by jakiś głos szepnął mu "zrób to", albo "uważaj, nie rób tego". Nikt nad nim nie czuwał. Szkoda.
28.05.2014, 17:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#19

Na spokojnym Greathardzkim targu dość rzadko można było napotkać jakąś interesującą akcję, jednakże, co to byłby za dzień, gdyby to właśnie spokojnemu człowiekowi jakim jest Haruki nie przydarzyło się coś Myśliciel... Dziwnego i nieoczekiwanego? Tak to można nazwać. Chłopakowi nie chciało się zbytnio wysilać szarych komórek, których zapewne i tak nie ma dużo, żeby dokładnie przyjrzeć się temu co stało się przed chwilą. Zacznijmy od początku. Już samo spotkanie z brodatym mężczyzną było dość dziwne, jednak chwilę później do uszu szermierza doszedł jakiś pisk, ktoś kogoś pogonił, a całe zamieszanie równie szybko minęło jak się rozpętało. Chłopak zawrócił i podszedł do miejsca, w którym coś się zdarzyło. Zazwyczaj pakowanie się w takie rzeczy źle się kończy, jednak coś kazało Harukiemu przyjrzeć się bliżej tej sprawie. Po chwili dedukcji, a właściwie to krótkiej obserwacji dorzucając jakieś wnioski, ażeby poczuć się, jak detektyw sprawa stałą się jasna. Jakiś napad. Ten krzyk prawdopodobnie należał do starszej kobiety... Jedyna starsza kobieta, która mogła wydać z siebie ten okrzyk to dziwna babcia przy stoisku z ziołami. Jak można było widzieć ktoś już z nią rozmaw... TO TEN SAM BRODACZ! To jest naprawdę dziwne, skoro ten mężczyzna zajął się tą sytuacją to musi być tutaj jakieś ukryte dno. Haruki powoli podszedł do straganu. -Witaj ponownie. Rzucił do starszego mężczyzny, którego zaczepił chwilę temu. -Możesz Mi powiedzieć dokładnie co tutaj się stało? Dodał zmieniając minę na bardziej poważną.
29.05.2014, 21:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#20

Spokojnie szła przez rynek, nie zawadzając nikomu, przyglądając się różnym świecidełkom na straganach. Jakże te rzeczy cieszyły oko... I odwracały uwagę od prawdziwego celu podróży, jakim pozostawało Lothil. Przecież była w Grimssdel, a teraz jest w Greathard. Jakim sposobem?
Otóż w swym rodzinnej mieścinie musiała odwiedzić rodziców oraz brata Revusa. Jak łatwo było przewidzieć, towarzysz Madeleine, czyli Yoarashi, nie przypadł zbytnio im do gustu. Jednak zdolność kobiety do negocjacji okazała się bardzo pomocna i rodzina Path'ów pozwoliła Szermierzowi przenocować w stodole. Chyba niepotrzebnie, gdyż... Na następny dzień na Lenę czekał rozkaz. Nie, to nawet nie była prośba. Matka poleciła jej, by zaniósła ukochanej, jedynej siostrze tajemniczą paczkę. Dużą i ciężką. Anty wcale zadowolona nie była, że ktoś ją nawraca z tej trudem przemierzonej drogi z Valen do Lothil, ale cóż było zrobić? Miała nadzieję, że jak ino dotrze do Greathard, gdzie Sophie zamieszkała ze swym wybrankiem losu, zaraz prędko wróci do Grimssdel, kontynując swą podróż do stolicy. Dlatego szybko znalazła na mieście karawanę, która miała zamiar dotrzeć akurat do Greathard, gdzie na wielkim targu mogła rozbić swój kram. Po kilkugodzinnych błaganiach właściciela karawany, ten w końcu ustąpił i pozwolił czarodziejce na przejazd wraz z nimi. Była to dopiero połowa sukcesu, aczkolwiek już wystarczająco radowała jasnowłosą kobietę. No i tak znalazła się na greathardzkim głośnym targu. Załatwiła już sprawę z siostrą, wyściskała ją porządnie, pogadała... Już była gotowa do powrotu. A gdzie można znaleźć drugi szybki środek transportu, jak nie na targu właśnie?
Chyba nie było jej dane spokojnie wrócić.
Podniósł się wrzask i lament, nie wiadomo skąd i dlaczego. Nie wyglądało na to, że ktoś kogoś pobił czy zabił. Dopiero krzyki starszej kobiety rozwiały wszechobecne wątpliwości. Powodem był złodziej. Jakiś młodzik zaczął uciekać, a za nim ruszył jedyny normalny bywalec na tym bazarze oraz straż oczywiście. Moment, normalny? Mężczyzna wybijał się z tłumu samym wzrostem, lecz gdy przebiegł nieopodal czarodziejki, wydał się być bardzo znajomy. Ale to nie mógł być on. To wszystko byłoby zbyt proste. Nawet widząc w przelocie jego lazurowe oczy, nadal nie wierzyła. Nie miała siły, by ścigać Ray'a. Nieco roztrzęsiona zawisła wzrokiem na straganach, nie widząc, co ma zrobić. On musi się gdzieś w końcu zatrzymać, więc spokojnym krokiem mogła udać się jego śladem. Ani się nie obejrzała, a już biegła za wiadomym celem. Widziała, że pościg był już zakończony, że akolita spokojnie stał przy strażnikach, którzy szarpali się z domniemanym złodziejem. Lecz on nim nie był. Madeleine nie wiedziała, co mogło zostać ukradzione, lecz ten chłopak tego nie zrobił. Energia nie była w nim zakłócona, już sama jego mina mówiła wszystko.
Jednak Lena nie chciała tracić czasu na inne rzeczy.
- RAAAAAAYYYY!! - wrzasnęła, jakby ktoś ją obdzierał ze skóry. Aż dziw, że taki okropny dźwięk mógł wydobyć się ze strun głosowych tej niby niepozornej kobietki. Ważne, że było ją słychać. Miała tylko nadzieję, że on ją pozna. Musi ją poznać! Nie czekała już dłużej, ino z rozbiegu wpadła na odwróconego tyłem maga. Przyciągnęła go mocno do siebie i ścisnęła z całej siły. Te dwa lata rozłąki ciągnęły się przecież w nieskończoność.
- Ja pierdolę, Yuzuhira... - jej oczy się zaszkliły, gdy odwróciła go do siebie i spojrzała mu w twarz - Ty stary dziadzie...
Nawet nie starała się go pocałować, był za wysoki. Wtuliła tylko twarz w tą jego brązową koszulinę i pozwoliła sobie na cichy płacz. Ze szczęścia oczywiście.


Tarhio zezwolił mi na posta, Harukiemu również.
31.05.2014, 08:03
Przeczytaj Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna