Targ
#21

MG
~***~

Kobieta nie miała ochoty na gierki Nethera. Najpierw stroił sobie jakieś żarty, teraz zachowywał się tak, jakby miała rzucić mu się w ramiona z wołaniem o pomoc. Może i przesadzała - w końcu miała już swoje lata - ale w tej chwili było jej wolno. Miała godzinę, żeby coś wymyślić, a rzecz, w której widziała jedyną możliwość wyjścia z tej sytuacji, wyleciała jej z rąk. Była przerażona. Takie doznania na starość nie są niczym pożądanym. Dawniej zawsze wiedziała, co robić.
Zostawiła Nethera, podchodząc do kobiety w swoim wieku, która przyszła po dawkę suszonej zieleniny. Znały się. Klientka przyprowadziła dziewczynkę z długimi warkoczykami, o zabrudzonej, nieco wystraszonej twarzy. Trzymała dłonie na jej ramionach, jakby chciała, by to ona dokonała właściwej wymiany, mimo że głowa małej ledwo była widoczna zza wiązek krwawnika. Obie ręce trzymała w doszywanych kieszonkach niebiesko-szarej sukienki, z jednej wystawała łysa laleczka z guzikami zamiast oczu. Warkocze sięgały jej niemal do bioder. Cały czas obserwowała otoczenie, na chwilę nawet skupiła swój wzrok na Netherze i jego nowo przybyłym znajomym.
- No, kochanie, zapłać cioci... - zwróciła się kobieta do ucha dziewczynki, a potem uniosła głowę i kontynuowała, jakby dziewczynki tam nie było. - Wciąż to samo. - Westchnęła. - My takie nie byłyśmy w jej wieku. Z tyloma braćmi ciężko o skrytość i ospałość... Jak to się stało, że mój Rov ma tylko ją jedną? Tak nie powinno być, bogowie mi świadkami.
- Nie przesadzaj, kochana. Jeszcze pokaże nam wszystkim, jakim diabełkiem jest w istocie, czy nie tak, Fi? Przyjdą czasy, kiedy babcia zatęskni za tym dniem, będzie tutaj stała, tak jak w tej chwili, i żaliła się starej cioci na tą śliczną dziewczynkę. - Zielarka podała jej niewielki bukiecik, mocno kujący zapachem w nos, uśmiechając się przy tym łagodnie. Fi chwyciła nieśmiało zioła, oddając błyskającą w słońcu, drobną monetę, po czym przycisnęła je razem z zabawką do podbrzusza, wracając do obserwacji przechodniów.
- Coś się stało? Wyglądasz na bardziej strudzoną niż zwykle - zaczęła siostra Szamanki, widząc jak ta skupia wzrok gdzieś nad jej ramieniem. Powiodła za nim spojrzeniem, ale tylko na sekundę, zauważając mężczyznę w starym płaszczu przy stoisku z jakimiś narzędziami. I wielu innych ludzi. Zmarszczyła brwi. - Na co tak patrzysz? Znam ten wzrok. - spytała, pochylając się nieco i ściszając głos.
- Hmm? - Kobieta wyszła z transu. Spojrzała na nią, jakby usiłując przypomnieć sobie, co mówiła. - A, nie, nie, nic takiego. Pamiętaj, żeby chować je od słońca. Zroś wodą, bo tu trudno o cień... - Uśmiechnęła się, ale nie ściągnęło to dziwnego cienia z jej twarzy. - I nie męcz jej tak. Zróbcie sobie w domu wieczór opowieści. Jej cera nie powinna widzieć takiej ilości słońca.
- Że też bogowie ciebie obdarzyli takim darem - powiedziała tamta z zazdrością, w ogóle nie słuchając. - No nic! Muszę zadowolić się normalnością, tak jak moje córki. Może ta małomówność Fi jednak oznacza coś dobrego i chociaż ona dostanie dar od losu. Chodź, kochanie, ciocia ma wiele pracy, nie możemy jej tak przeszkadzać... - Złapała wnuczkę za rękę i zniknęły między greathardczykami. Wtedy wyraz twarzy zielarki zmienił się gwałtownie. Mieszanina strachu i złości, pewności siebie, wraz z nutką tajemniczego szaleństwa.
- Od zawsze je widziałam - zwróciła się jak gdyby nigdy nic do Nethera i Harukiego, marszcząc brwi. Wyglądało to dość zabawnie, ponieważ dawno już przybrały one szarawego odcieniu, stając się pośród zmarszczonej twarzy tylko kolejnymi dwoma szeregami krótkich, niesymetrycznych paseczków. - Próbowałam, naprawdę próbowałam z tego zrobić dar, ale to nieprawda. Każdy Szaman ci to powie, chłopcze, chyba że młody i głupi. - A jednak zwracała się tylko do Nethera. Podeszła do niego i spojrzała mu prosto w oczy. - Skoroś taki odważny, to proszę bardzo. Możesz mi pomóc, ale musisz słuchać, bo nie będę powtarzać. Nie mamy czasu. Dzieje się coś złego, choć z pewnością tego nie widzisz. Skradziono coś, co miało stanowić naczynie, a stało się pułapką. Pułapką na to, czym jesteś naprawdę. Nie obawiaj się jednak, póki żyjesz, nic ci nie grozi, inaczej zmierzałbyś już tam, gdzie ten biedak. - Mówiła, zerkając ponad ramieniem byłego kata. Nie do końca zdawała sobie sprawę, jak dziwnie muszą brzmieć jej słowa w uszach niczego nieświadomych osób. Nie zamierzała jednak tłumaczyć nic ponad to, co wylatywało z jej pulchnych, acz coraz bardziej suchych ust. - Pewni ludzie dowiedzieli się o moich umiejętnościach i wykorzystali je do swych wielkich planów. Żądza władzy i mocy niszczy rozum, a oni karmili się nią już od dawna. Swoimi działaniami mogą narobić więcej szkód, niż ci wszyscy ludzie, których tutaj widzisz, w ciągu swego całego życia. Do tego już pewnie wiedzą, że stoisz tutaj od paru minut jak drąg, więc mojej rodzinie grozi niebezpieczeństwo. - Urwała na chwilę, spoglądając po dziesiątkach twarzy, które widywała setki razy, a których pamięci nie mogła się uchwycić. Może gdzieś tam był ktoś, komu zapłacono za obserwację. A może dawno już poszedł, pewien, że zdradziła. Godzina... Zresztą, czy oni są uczciwi? Wątpiła w to.
Wtedy też zobaczyła, jak ktoś podnosił niezwiązany worek z mąką. Góra przechyliła się i biały pył wypełnił okolicę wraz z szeregiem przekleństw właściciela stoiska i męża, który kazał swemu synowi przenieść zakupiony towar. Wiatr zabrał obłok drobin zmielonego zboża, ale trochę ich oznaczyło piasek. Tuż obok leżała błyszcząca w promieniach słońca kulka. Wszystko zdarzyło się tak nagle. Czyżby właśnie zaprzepaściła jedyną szansę na uratowanie swoich dzieci? Mogła wszystko zrobić w tak cichy, dyskretny sposób, a tymczasem paplała na lewo i prawo, jak jakaś młódka. Nether mógł jej nawet nie zrozumieć, może uważał za oszalałą, szczególnie, że teraz tak gwałtownie straciła wątek. Z całą pewnością nie miał pojęcia, co przeżywała w środku - ona sama nie była pewna już niczego.
Widziała już wiele, nigdy jednak nie była w takiej sytuacji. Nigdy nie spotkała tak bezwzględnych ludzi, nikt nie próbował jej zabić. Żyli w brutalnym świecie, to prawda. Jednak prawdziwa brutalność dotknęła ją dopiero na starość. I okazało się, że wcale nie potrafi sobie z nią poradzić tak, jak była pewna przez te wszystkie lata.
- Bądź tak miły... - odezwała się w końcu, już dużo mniej pewnym, bardziej nieobecnym głosem, jakby jej ciało znało plan, który jeszcze nie dotarł do głowy. - Przezroczysta kula... Obok worka ze zbożem. Możesz?
~***~

Strażnicy wcale nie byli zadowoleni, że ktoś przeszkadzał im w robocie. Nawet, jeśli był to bohater ostatnich minut. Nawet jeśli rzucił się sam w pogoń, przewrócił złodzieja na ziemię i zwymiotował mu prawie na poobdzieraną do krwi twarz. Kolekcja osiągnięć dość ciekawa, jak na zwykły dzień z życia miasta. Cóż, mógł być siebie dumny, wypić za to i chwalić się po karczmach do usranej śmierci, ale powinien zacząć już teraz. To był sposób myślenia każdego z tych trzech mężczyzn, którzy jedyne, czego w tej chwili chcieli, to usiąść w chłodnym pomieszczeniu i rozpocząć przesłuchanie.
Jednak kultura osobista, którą tak cenił burmistrz, wymagała wysłuchać każdego. A raczej sprawiać wrażenie, że się słucha.
- Hmm, mówicie? - bąknął przywódca stróżów, zerkając na podejrzanego, jakby próbował w nim zobaczyć to samo, co Ray. Chłopak kiwał żywo głową, a w jego oczach zakwitła złudna nadzieja, że mężczyzna naprawdę wierzy Akolicie. - A ja myślę, że chłopak łże jak wszyscy jemu podobni. - Nie wierzył, w głębi duszy kpił z Ray'a. Nie znał się na magii ani jej podobnych, był prostym człowiekiem, tak jak pozostali. Inaczej nie zostaliby strażnikami. Gdyby wszyscy byli Łowcami, Szamanami, czy też innymi utalentowanymi odmieńcami, świat bardzo szybko zatonąłby w morzu krwi, albo zginął pod swoimi gruzami.
Pozostała dwójka żywiła podobne odczucia. Jeden był lekko przestraszony, a może zdezorientowany. Jakby słowo Akolita było mu mało znane, ale wywoływało podświadomą trwogę. Drugi nie przejął się zbytnio tym wszystkim. Chciał się czegoś napić. Najlepiej czegoś z procentami.
Chłopak zaś szybko spojrzał na maga, jakby widział w nim ostatnią deskę ratunku, mimo iż przed chwilą uważał go za wroga numer jeden. Chyba zapomniał, że to przez niego mógł się w to wszystko wpakować. A przynajmniej to on przeważył szalę. Może zdążyłby uciec!
- Yyy... Kobieta! Zielarka, kręcił się obok niej - rzucił szybko, usiłując przypomnieć sobie najważniejsze szczegóły. Jakiekolwiek szczegóły. Teraz, szybko, już, zanim go zaciągną do lochów i zaczną nabijać na jakieś niestworzone tortury, żeby wydobyć coś, czego nie zrobił. Wyobraźnia złoczyńców, którzy nie zostali jeszcze nigdy złapani, czasem była zdolna do bardzo nielojalnych zachowań. - Brodacz, wysoki, chudy... w płaszczu! Achh... Znalazł mnie i kazał biec. Wtedy ta kobieta zaczęła krzyczeć, jakbym coś ukradł. Gdybym wiedział, nigdy bym się na to nie zgodził! A przecież nawet nie widziała, czy coś zabieram! Musicie mi uwierzyć, naprawdę...
- Nic nie musimy, chłopcze. Poza tym, przecież ci się nigdzie nie śpieszy, prawda? Posiedzisz sobie z nami, porozmawiasz, będzie miło - powiedział bardzo, bardzo łagodnie strażnik i już chciał popędzić towarzystwo do dalszej drogi, gdy ktoś znowu zaczął krzyczeć. Gotowy do akcji, podskoczył aż w miejscu i obejrzał się ku źródle wrzasku. Kiedy zobaczył kobietę, biegnącą w stronę Ray'a, przełknął głośno ślinę i spojrzał ukradkiem po zebranych. Poprawił zbroję i odchrząknął. - Hmm. Tak. Dziękujemy za pomoc, ale czas na nas. Porozmawiajcie z tą zielarką, jeśli chcecie i mu wierzycie, tutaj nic więcej nie zdziałacie. Idziemy! - Odchrząknął znowu i ruszył. Chłopakiem znowu wstrząsnęła złość, próbował się szarpać, ale miał przeciw sobie dwóch rosłych mężczyzn, i trzeciego, gotowego zdzielić go płazem miecza po plecach.
03.06.2014, 21:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#22

Oczywiście, że skoro nie zrobił pierwszego, dobrego wrażenia, jako dzielny rycerz, to szanse na rozwój sytuacji pozostawały marne. Zignorowała go, choć nieszczególnie się tym przejął, gdyż zrobiłby tak każdy sprzedawca dbający o swój interes, gdy stoi przed nim ktoś i najwyraźniej nie ma nic konkretnego do powiedzenia.
Nieco stracił kontakt, tak się zamyślił i nie zauważył nawet, z kim rozmawiała pani starsza. Miał już odchodzić, gdy z naprzeciwka minął go jakiś mężczyzna i zatrzymał się przy stoisku. Oho, to ten sam czarno-biały gość. I to w dodatku pyta co się stało. "Skąd niby mam to wiedzieć? Ja tu tylko sprzątam. Kogo trzeba.", rzekł do siebie w myślach Kat.
- Och, właśnie napadłem tę kobiecinę. Trochę pokrzyczała, poszamotała się, a teraz spójrz tylko, jak mnie traktuje. Ignoruje, ot, co. I weź tu zostań porządnym przestępcą. Jak żyć? - zapytał Nether ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy. Przy pytaniu skierował wzrok ku niebu, przybierając pozę godną największych filozofów. Po kilku sekundach dorzucił:
- Nie wiem. Sam dopiero co podszedłem. I chyba zniechęciłem ją do wyjawienia, w czym mogę pomóc, może tobie uda się ją przekonać, bo chyba nie przychodzisz tu na zakupy... - odparł już nie tylko z poważną miną, ale też z takimi intencjami. Jasne że ów mężczyzna nie chciał kupić paru ziół. Gdyby tak było podszedłby do zielarki i nie pytałby o sytuację. Też chciał pomóc. Albo zarobić. Albo pogadać.
- To chyba dobra chwila, żeby się wymienić imionami, bo coś mi się wydaje, że los jeszcze da nam trochę czasu do pogadania. Nether jestem. - powiedział. I to na razie tyle, pseudonim od jego zawodu zdradzi, jeśli na to przyjdzie odpowiednia pora. Chwilę później podeszła do nich sprzedawczyni i, o dziwo, chyba zmieniła zdanie. Neth wiedział, w czym rzecz. O nerwy chodziło. Zresztą, chwilę później to było już całkowicie jasne, chociażby przez sposób, w jaki mówiła. Chaotyczny, nie będzie powtarzać, nie mają czasu. Z każdym zdaniem brzmiało coraz poważniej.
"Widzi je od zawsze?" powtórzył, nie będąc pewnym, czy dobrze usłyszał. Ale zaraz jego wątpliwości rozwiały się - potwierdziła, że jest szamanką. W takim razie z pewnością chodziło o duchy, ale skupiając się na jej mowie ta informacja doszła do niego chwilę później, raczej próbował zapamiętać jej monolog, by później móc na spokojnie nad nim pomyśleć. Zwłaszcza, że zastrzegła, że nie będzie powtarzać.
O dziwo, pierwszą część wypowiedzi pojął w całości, a przynajmniej jej powierzchowny sens, jako, że już wcześniej skojarzył sobie tą kobietę z szamanką i zaczął wyobrażać sobie różne fantastyczne rzeczy, które do tej pory pozostawały dla niego tylko obiektem, który pojawiał się często w baśniach albo był wykorzystywany przez rodziców jako motyw do straszenia dzieci duchami. Ale co do drugiej części, to nie było już tak prosto, bo nie była ona związana bezpośrednio z szamanami i duchami. Brzmiało raczej jak jakaś polityczna... Hm... No, prędzej, czy później, o ile nie zostanie powstrzymana, sprawa. Pewni ludzie, żądni umiejętności szamanki jako pośredniego elementu między nimi, a władzą i mocą. Co więcej, "karmili się nią już od dawna", czyli to nie byli jacyś niedzielni przestępcy, a wpływowi, silni ludzie, którzy wiedzieli, czego chcą. Brzmiało groźnie. A im więcej słuchał i rozumiał, tym groźniej. A najgorsze było to ostatnie. "Do tego już pewnie wiedzą, że stoisz tu od paru minut jak drąg". "Lepiej stać jak drąg, niż jak widły w gnoju", podsumował mądrością życiową, nie mogąc się powstrzymać od dygresji. Ale zaraz skoncentrował się znów. To zdanie oznaczało, że jeśli rzeczywiście ci "oni" - kimkolwiek są - jeśli mają tu swojego szpiega, a sytuacja rzeczywiście jest taka, jak opisuje ją szamanka, to Nether jest już związany z tym zadaniem. Ci "oni" wiedzieli, że tu jest, "oni" znali jego zamiary i właśnie "oni" prawdopodobnie mogli podłożyć mu kłody pod nogi... Oj, żeby to tylko były kłody. Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada, zwłaszcza, że Kat naprawdę zna się na kopaniu dołków. Ale prawdopodobnie ci "oni" patyczkować się nie będą. "Od miecza ginie", zaświtała mu część przysłowia. Tak, to ta bardziej realistyczna opcja w przypadku "nich".
"Stoję jak drąg, co? Chyba powinienem się ruszyć. Tak samo w potyczce, jak i na wojnie, nie ma nic gorszego, niż stanie w jednym miejscu. Ale co w takim razie robić? Niech się pani zielarka streszcza".
Oszalała? Bynajmniej. Nie wyglądała ani nie zachowywała się tak. Mówiła trochę od rzeczy, ale z serca, a nie z szaleństwa. Rozpoznawać stany i uczucia Nether akurat dość dobrze umiał. Chociaż być może nie wszystko zrozumiał jak trzeba, to brzmiało deczko przerażająco. Nie zląkł się, nic po sobie też nie pokazał, choć może jego oczy straciły te iskierki zapowiadające mniej lub bardziej wątły żart.
Kat trochę się też zdziwił, gdyż myślał, że zielarce udało się odszukać i podnieść tę kuleczkę, którą upuściła jakieś kilka minut temu. Ale tylko trochę, bo biorąc pod uwagę to, o czym przed paroma chwilami usłyszał, mało co mogło wydawać się dziwniejsze.
- A, oczywiście - odparł bez zastanowienia i ruszył, by odzyskać i zwrócić właścicielce zgubę. Na ten moment to było najlepsze, najrozsądniejsze, co mu przychodziło do głowy.
04.06.2014, 02:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#23

To było do przewidzenia, a nawet więcej - oczywiste, że strażnicy nic sobie zbytnio ze słów Ray'a nie zrobią. Co prawda ten miał nadzieję, że coś jego zapewnienia dadzą, lecz kiedy on nie miał nadziei? Optymizm był jedną z najmocniejszych w nim cech zatem zawsze wierzył w siebie. Z drugiej strony jak tu się dziwić tym mężczyznom? To tak jakby patrzyć na pusty pokój i mówić "Jest tutaj człowiek", lecz reszta go nie widziała - jak tu wierzyć? Ciekawym zjawiskiem było, że gdy tylko coś czego być nie powinno, zostało ujrzane, to nagle każdy z widzących natychmiastowo zaczynał wierzyć w istnienie tego "czegoś". Całe zaufanie zawsze pokładane jest w zmysł wzroku, nic więcej. Ludzie patrząc są ślepi, nie starają się rozumieć, czuć, a widzieć. To co jest widzialne ludzkim okiem to zaledwie wierzchołek góry lodowej jakim jest świat. Pewnie dlatego istnieje przekonanie, że ślepcy widzą przyszłość, albo ludzki los. To miałoby całkowity sens. Jakby nie było Akolita odpłynął w swoich przemyśleniach jakby miał dosłownie całą wieczność na te sprawy, a tutaj było odwrotnie. Beztroska, zbyt wielka beztroska.
- Dobra, wyciągnę Cię stamtąd jak tylko dorwę tego mężczyznę. - powiedział patrząc na jego twarz, a następnie przeniósł swój wzrok na tego najmilszego ze strażników. - Postarajcie się nie obić go zbytnio, chłopak tego nie zrobił. Przyprowadzę prawdziwego człowieka wartego lochów. - dodał, lecz nagle jego uszy przeszył krzyk, znajomy krzyk i to jego własnego imienia. W sumie słyszał takich wiele, często krzyczały oburzone panienki, że zostawia je po jednej nocy, albo z nadmiaru przyjemności również słyszał swoje imię, czasami krzyk miał wyraz morderstwa pomimo, że było to jedynie "Ray" - tak było w przypadkach agresywnych tatków, dla których ich córeczki były oczkami w głowie, czystymi jak łza. Jednak taki krzyk pochodził z pewnością od kobiety, lecz nie słyszał tej barwy od nikogo więcej oprócz własnej siostry. To był krzyk radości i tęsknoty, zmieszane uczucia prowadzące do eksplozji emocji. Chwilowy strach sparaliżował go, chociaż bliżej temu było do ogromnego zdziwienia niż rzeczywistego przerażenia. Nie zdążył nawet się obrócić, gdy ktoś przytulił się do jego pleców.
- Ta dusza... - zdążył szepnąć sobie w myślach od razu rozpoznając dokładnego właściciela jej. Wmurowało go, ile to czasu minęło? Cholera wie, wyruszył na prostą misję, a później jego życie było na włosku wielokrotnie. Został nagle odwrócony i jego oczy ujrzały znajomą twarz - Madeleine. Jego twarz złagodniała, jakby nagle wszystkie troski, zmartwienia, czy problemy zostały usunięte z niego. Słowa tej słodkiej osóbki lekko rozbawiły go, uśmiechnął się i położył swoją prawą dłoń na jej głowie.
- To prawda, że nie jestem tak młody jak przy naszym pierwszym spotkaniu, ale nie przesadzaj... - tutaj zatrzymał się, czuł, że to słowo zbyt wiele dla niego znaczy, by je w tak nieostrożny sposób wypowiedzieć, w końcu zebrał siły oraz pewność siebie. - Madeleine. - następnie ucałował ją w czubek głowy jak troskliwy rodzic swoją pociechę, gdy ta była zagrożona, by po chwili przytulić ją mocno do siebie, wtulając się i lekko kurcząc, by móc znów poczuć zapach jej włosów.
- Lawenda, prawda? - zawsze miał trudność z zapamiętaniem nazwy, lecz zapach mógł rozpoznać pośród tysięcy - tak właśnie pachniała Mad. Stał tak z nią kilka dobrych chwil, nie dając jej uwolnić się od siebie, aż w końcu dosyć gwałtownie złapał ją za ramiona i odsunął od siebie kradnąc soczysty pocałunek.
- Dobrze, że alkoholem przepłukałem usta. - pomyślał w trakcie, aż w końcu oderwał się od jej jedwabnych, słodkich warg. Przyciągnął ją do siebie znów przytulając, lecz teraz podniósł ją i śmiejąc się obrócił kilkukrotnie, a następnie odstawił ją.
- Co Ty tutaj robisz?! Zmierzałem właśnie do Lothil! W sumie to trochę zawróciłem, ale jutro już miałem być w drodze. - dziwił się i pytał jakby jeszcze pomimo tego wszystkiego dalej nie dowierzał. Jak już ochłonął, a ich rozmowa się zakończyła spojrzał na ukochaną wiedząc, że Ona również posiada specjalne zdolności pozwalające jej ocenić czy ktoś kłamał, czy nie.
- Widziałaś tego chłopaka? Mówił prawdę, a gówniarz może stracić młode lata w lochach, bądź bez dłoni. W jego wieku sama wiesz co robiłem, w sumie to wiele się nie zmieniło. Pomożemy mu? - zapytał, gdy już ich sprawy pozostały wytłumaczone. Czuł się zobowiązany do zrobienia czegoś skoro wiedział, że rzekomy złodziejaszek nim nie jest i zmarnuje sobie życie jeszcze bardziej w brudnych, zimnych, śmierdzących kamiennych pomieszczeniach. W innym przypadku odetną mu rękę i umrze na gangrenę, jak 3/4 biedaków, którym to zrobili. Kara wielka nie jest, w końcu to tylko jedna dłoń, a mogli zabrać życie, lecz skąd mogą mieć pieniądze, by pójść do kogoś kto opatrzy ranę, aby zakażenie się nie wdało? Wyrok utraty tej części ciała był w większości również wyrokiem śmierci.
09.06.2014, 04:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#24

Wszystkie smutki i troski wsiąkneły w koszulkę Ray'a wraz z mimowolnymi łzami. Tak trudno było jej się powstrzymać. Uważała to za istną głupotę, dziecinadę, a mimo wszystko rozpłakała się. Ile to lat? No tak, tylko dwa. Lecz gdy każdy dzień dłuży się w nieskończoność? Niecałe 24 miesiące, ponad 700 dni. Tyle nieprzespanych nocy i nic nie znaczących przygód. Wszystko nabierało barw przy drugiej osobie, a na czas rozłąki zapanowała szarość. Zwykła, przytłaczająca szarość. Gdy jeszcze byli razem, bywało różnie. Rozkoszne wieczory i potworne kłótnie. Te drugie choć rzadko, jednak odciskały swe trwałe piętno. Z biegiem czasu ich powody wydawały się być tak błahe, ale to emocje brały zawsze górę. To one wychwytywały coraz silniejsze argumenty i wydobywały je na wierzch, by bezmyślny język mógł nimi cisnąć drugiemu prosto w twarz. Lena bardzo tego żałowała. Co się stało, to się nie odstanie...
Nieważne! Ważne było, że on jest tutaj, w końcu go widzi, a nawet czuje. Jej serce trzepotało jak u nastoletniej młódki. Jak ona tego nienawidziła! Z drugiej strony, to takie przyjemne uczucie...
Z toku rozumowania wyrwał ją Ray, który najpierw pocałował ją w czoło i przytulił, a potem stał nad nią chwilę, nie wypuszczając jej z objęć. Zadarła głowę do góry, by spojrzeć mu w twarz. Obraz nawet najukochańszej osoby po dwóch latach może się zatrzeć, więc warto go odświeżyć. Każda zmarszczka świadczyła o kolejnym ciężkim roku, jaki przeżyli. Żywe kalendarium obwieszczające nieubłagany upływ czasu. Mimo wszystko jego oblicze nadal było piękne i młode, a uśmiech od tamtej pory nie stracił nic z uroku. Nawet dłuższe włosy i zarost nic jej nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie - podobały jej się. Chociaż włosy mógłby mieć nieco krótsze.
Ponownie przemyślenia Madeleine zostały przerwane przez namiętny pocałunek, po którym pozostał na ustach znajomy smak alkoholu. Akolitka zmrużyła oczy z lekkiej irytacji.
'Zaś piłeś, świniuchu' - nie mogła się powstrzymać od komentarza - 'W sumie... Też bym chętnie coś wypiła.'
Tym razem znalazła się w powietrzu, a cały świat zawirował. Krzyknęła radośnie, próbując znaleźć jakieś oparcie na ramionach mężczyzny. Bała się upadku. Mimo tego przyjętego uczucia, chciała znaleźć się jak najszybciej bezpiecznie na ziemi. Zaśmiała się jeszcze, gdy poczuła pewny grunt pod nogami.
- To chyba jakieś przeznaczenie, ty stary trutniu - zachichotała figlarnie, obejmując delikatnie Ray'a i przyciągając go siebie - Dobrze, że jednak tam nie dotarłeś. Minęlibyśmy się. Też zmierzałam do Lothil, jednak niedaleko Grimssdel... Szkoda strzępić języka. A w domu rodzinnym matka poprosiła mnie o dostarczenie jakiejś paczki mojej siostrze. Mieszka właśnie tutaj, w porcie. Wracałam z niego i zauważyłam pościg... Wcześniej był jakiś krzyk - mówiła szybko, zadzierając głowę do góry i patrząc na ukochanego. Gdy usłyszała pytania, pokiwała głową.
- Czy go widziałam... Wiesz, byłam nieco daleko, ale nie widziałam, by miał złe intencje. Nie mam nic przeciwko, by mu pomóc - uśmiechnęła się spokojnie, przytulając policzek do Ray'owej koszulki. Oj, przydałoby się tym ubraniom porządne pranie.
- Tylko... Opowiedz mi wszystko od początku do końca, ze szczegółami. Nie wiem dokładnie co tu się stało, sam wiesz. Mam nadzieję, że to nie będzie kolejny niewypał, jak pod grimssdelskim lasem... - wzdrygnęła się na samą myśl o dziwnej rodzince z sadystycznymi upodobaniami. Najbardziej jej było szkoda tego ciemnowłosego. Chłopak na pewno nadal będzie przeżywał piekło przy niezrównoważonej babce. Niechaj Ilhezin czuwa nad jego duszą.
- Tak przy okazji, chętnie bym się gdzieś wyspała... Mogłam to zrobić u Sophie, lecz chciałam jak najszybciej znaleźć się z powrotem w Lothil. A, właśnie, czeka na ciebie tam mój list... Chyba nic już nie znaczy, skoro się teraz widzimy. Posadziłam kwiatki przed domem, niebieską cebulicę, nazywa się tak, bo ma takie cebulki, znaczy, wyrasta z nich i... Turkusowe róże. Ładne kolory, czyż nie? - zamrugała zalotnie na maga, delikatnie głaszcząc go po plecach. Ziewnęła, mlaskając przy tym cicho.
- Ach, jeszcze mamy mysz w mieszkaniu. Mam nadzieję, że nie zdechła, biedaczka... Bardzo się do niej przywiązałam. Jest śliczna! Ma takie białe łapki i jasny brzuszek... - jej rozdziawiona buzia obwieściła westchnieniem, że organizm Leny domaga się snu. Czarodziejka przetarła oczy, patrząc zezowato przed siebie.
- No dobrze, dosyć mojego gadania. Lepiej mów, co u ciebie. I znajdźmy koniecznie jakiś nocleg!
25.06.2014, 22:11
Przeczytaj Cytuj
Targ
#25

MG
~***~

Plum...
Minął kwadrans. Kolejna kropla uderzyła o nadgryziony grzybem bruk i chlapnęła do kałuży, odmierzając dodatkowe dziesięć sekund do puli czasu, który już tu ryzykuje. To miała być perfekcyjna robota, wszystko jak w zegarku, tymczasem on musiał nadstawiać karku, bo jakiś idiota zabłądził w kanałach.
Czas w tym miejscu zdawał się również nie działać na jego rękę. Sekundy ciągnęły się w minuty, minuty w kwadranse, a kwadrans dopiero minutę temu odpuścił i wygramolił się z tego koszmarnego kotła smoły, zwanego Przyszłością. Każda chwila oddalała moment zwycięstwa.
Człowiek naprawdę potrafi znaleźć szaleństwo, siedząc w pełnych wilgoci ciemnościach. O ile ono nie było szybsze.
Plum...
Księżyc parędziesiąt godzin temu pokazywał się w całej swej okazałości. Mieli jakieś dwadzieścia dni, żeby wszystko przygotować. Do tej pory musiał zwodzić Mo i jego paczkę, najlepiej jak tylko potrafił, robić, co mu kazali, trzymać się jak najbliżej nich.
Plum... Plum...
Jeśli zawiedzie, sam siebie skaże na potępienie. Nie robił tego przecież dla nikogo innego, z żadną z tych bogatych, grubych świń nie miał zamiaru dzielić się zwycięstwem. Ani z nimi, ani z tą naiwną grupką, która pewnie właśnie w tej chwili opowiadała sobie głupkowate historyjki o swoim dawnym życiu.
Plum...
– Psst – rozległo się za jego uchem. Aż podskoczył. Koperta wyfrunęła mu spod płaszcza, zanim w ogóle zorientował się, że to ten, na którego czekał.
– Jedno muszę przyznać twojemu szefowi – potrafi dobierać ludzi – powiedział, nie kryjąc uznania. Młody mężczyzna uśmiechnął się tylko szelmowsko i schował papier pod pazuchę. – Ale jeśli przez ciebie coś wywęszą, nie dostanie ani kropli. Przekaż mu wiadomość. Oczekuję jak najszybszej odpowiedzi – Chciał odejść, ale chłopak chwycił go za rękę.
– Coś znaleźli – powiedział tylko i na tym skończył się dialog. Dźwięk spadających kropel przerwał ciszę jeszcze kilka razy, zanim mężczyzna zauważył, że nikt nie trzyma już jego dłoni, nikt bezczelnie nie wlepia tych swoich brązowych oczu w jego twarz. Był sam.
– Znaleźli...
~***~

– Myślę, że to nie będzie konieczne – odezwał się na słowa Mad mężczyzna ubrany w taki sam sposób, co domniemany złodziejaszek, ciągnięty w tej chwili na stancję panów miłych policjantów. Stał za Madeleine. Drugi pojawił się za Ray'em, a jeszcze dwóch po bokach. Tego dnia na targu w Greathard roiło się od tajemniczych oprychów w szaroczarnych pelerynach. Świat oszalał. Albo miał jakiś cholernie dziwny plan do zrealizowania.
– Dlaczego taka słodka para musi z góry zakładać, że trzeba wtrącić się w nie swoje sprawy, popsuć komuś plany, kłócić się ze strażą i, przede wszystkim, szukać sprawiedliwości...? – Mężczyzna przeszedł kilka kroków, obchodząc parę dookoła. – No, Akolito, dlaczego? Nie lepiej było pójść obejrzeć tą myszkę? Bogowie, jak ja nie cierpię takich problemów...
Czteroosobowa grupka tajemniczych nie przekraczała łącznie wiekiem jednego stulecia. Ale niewiele im brakowało. Najstarszy ładnie zaczynał statystykę, bo miał dokładnie jego ćwierć, reszta natomiast dobije do niego w ciągu kilku najbliższych wiosen. Zadziwiające, że osoby, którym zależy, wyszkolą na zabójcę każdego.
– I co ja mam teraz zrobić? – Najstarszy nadal gadał. I nadal chodził. Widocznie uważał się za autorytet. Albo miał po prostu zbyt wielkie mniemanie o sobie. Albo został wybrany na reprezentanta. – Znaczy... Ja wiem, co z wami zrobię, ale chciałbym usłyszeć wasze propozycje. Hm?

~***~

Kiedy Nether chwycił przezroczystą kulkę, coś się stało. Jakby świat... kaszlnął. Zatrząsł się w posadach, ale tylko raz. Jak gdyby ktoś uderzył w stół.
W głowie zawirowało, oczy zamroczyło, ale tylko na sekundę. I to nieodparte uczucie, że ktoś do niego mówi. Głos kobiety, bardzo łagodny, delikatny, przyjemny. Pociągający, ale niezrozumiały, niosący za sobą wstęgę światła, która uderzyła niczym bełt, przyniosła odrobinę tylko ostrego bólu, po czym znikła. Świat wrócił. Nic się nie zmieniło. Zupełnie jakby za szybko wstał po kilku łykach greathardzkiego trunku. Nie ma co się dziwić, wszak byli właśnie w Greathard. Trzeźwość Nethera mogła być równie wątpliwa, co trzeźwość każdego byłego kata w okolicy.
Ludzie nadal łazili wte i z powrotem, hałasowali i nie zwracali na niego uwagi, ale pani zielarka trzymała go za rękę. Ściskała nadgarstek i patrzyła w oczy. Można by wziąć to za wzrok osoby niezbyt zdrowej psychicznie, ale cóż się dziwić. Widziała duchy od dziecka. Słyszała głosy jeszcze dłużej. Rozmawiała z nimi. A na dodatek uważała, że Nether ma obowiązek uwikłać się w tę sprawę. W końcu sam ją do tego nakłonił, stojąc przed jej stoiskiem, niczym, jak to określiła, słup i narażając ją na niebezpieczeństwo.
– Użyj jej, kiedy będziesz musiał – powiedziała, marszcząc brwi i zamykając jego dłoń na okrągłej biżuterii. – Wyślij mój obraz... Patrz na mnie. Widzisz? Po prostu o mnie pomyśl, wiesz jak wyglądam. I wrzuć ją do wody. Mój przyjaciel odbierze wiadomość. Jeśli będziesz miał kłopoty... lepiej postaraj się, żeby żaden z nich nie był w pobliżu, kiedy to zrobisz. A teraz idź, lepiej się pospiesz. Na północ. Tam zmierzają. – Obejrzała się przez ramię, sprawdzając, czy nie mają towarzystwa. Puściła go. – Chyba nad morze. Nie mam pojęcia, co szykują i co masz zrobić, ale nie będzie to nic przyjemnego, ani dla ciebie, ani dla mnie, jeśli nie dasz rady. Ja muszę zająć się rodziną. Idź. Tylko nie zgub!
Kobieta chyba sama nie wierzyła w to, co właśnie zrobiła – zaufała obcemu, powierzyła swój los w jego dłonie. Czy słusznie, miało się dopiero okazać. Może miała inne wyjście, ale czas gonił, a nerwy nie pomagały.
Wróciła do stoiska, pakując pospiesznie prawie wszystkie zioła do lnianych worków, sporą część zostawiając, ponieważ w pewnej chwili dała sobie z tym spokój. Zatargała to, co miała pod ręką w stronę swojego wozu. Dwa osiołki, uwiązane do niego, próbował spokojnie skubać trawę, której tam w ogóle nie było. Może odziedziczyły pewien dar po swojej właścicielce, która ani myślała obejrzeć się w stronę Nethera.
Nie było odwrotu. Odjeżdżała. Został sam. Ze swoimi myślami. I kulką.
Wyglądała nadzwyczaj zwyczajnie. Zimna w dotyku, zero poświaty, żadnych stworków w środku. Szkło i kilka ładnych pęknięć pod wierzchnią warstwą. Ani troszkę magii.
14.07.2014, 00:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#26

Och. Chyba pierwsza rzecz, jakiej dziś nie rozumie. I choćby nie wiem, jak się starał, to pewnie również jego dedukcja na niewiele się zda.
Jak wytłumaczy tę sytuację? Światem zatrzęsło w posadach, a on tylko... Podniósł jakąś magiczną kuleczkę.
Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie wytłumaczy.
Dalej to wyglądało, jakby... Nie sposób tego wytłumaczyć. Znalazł się po prostu przy szamance... Albo ona znalazła się przy nim. Nieważne. Nie rozumiał tego, nie miał pojęcia co się dzieje, ale to nic w porównaniu to tego, czego nie rozumiał, gdy zielarka zaczęła mówić. Tak jakby jego mózg uległ uszkodzeniu. Tak, to chyba nadmiar specyficznych informacji jak na jeden raz.
Jej głos odbijał się w głowie Nethera echem, gdy ten bez chwili zastanowienia się, zupełnie, jakby stracił rozum, jakby nie on kontrolował swoje nogi, ruszył. Na północ. W stronę morza. Przez kilka ładnych chwil ściskał kulkę w dłoni, nie odczuwając nawet jej chłodu. Kiedy przestał być aż tak otępiały, schował ją do sakwy, którą następnie ładniej zawiązał i przymocował sobie bardziej na przodzie, niż na boku pasa, by nie kusić złodziei. Ale nadal szedł bez głowy.
Nawałnica myśli zaczęła się dopiero po kilkudziesięciu metrach.
"O czym ona gada? To znaczy... Gadała?" - zastanowił się, bo wciąż miał wrażenie echa. Następnie powtórzył sobie całą kwestię, nie zatrzymując się, chociaż miał ogromną ochotę pomyśleć na tym na spokojnie, najlepiej siedząc w karczmie. Ale nie mógł. Nie miał czasu.
"Uporządkujmy to jakoś, drogi brodaczu. Co masz zrobić? Masz iść na północ. Chwila... Oni tam zmierzają. Dlaczego wysyła mnie do nich? W paszczę lwa? Dobra... Załóżmy, że muszę jej zaufać. Dalej... Wrzucić kulkę do wody. Ale tylko w razie konieczności. I wyobrazić sobie tę zielarkę. Nie brzmi trudno, ale... Kiedy będzie taka konieczność? Przyjaciel odbierze wiadomość..." - przez chwilę kojarzył kulkę z talizmanem, który w razie konieczności wyzwoli ducha i pomoże w walce. Właśnie, przez chwilę. "Lepiej, żeby tego nie widzieli". Więc konieczność nie nastąpi w obliczu zagrożenia. "Nie mam pojęcia, co szykują i co masz zrobić". Uff. Przynajmniej jedna uspokajająca wiadomość. Ona też nie wie, co Nether ma zrobić. Naprawdę. Ulga.
Sięgnął do sakwy, wyjmując kulkę. Nie wiedział, co jest mniej rozsądne: trzymanie jej w dłoni, czy w sakwie. Sakwę można szybko odciąć. Ale lepiej mieć szybko odciętą sakwę, niż dłoń. Z dwojga złego Neth wybrał jednak trzymanie kuleczki w swej dłoni. Silnie zaciśniętej. W dotyku... W dotyku przypominała mu jego rodzimą wyspę. Przez chwilę miał nawet... Co? Nadzieję? Raczej nie. Przeczucie? To chyba za dużo powiedziane. Miał coś w rodzaju wrażenia, że ta przedziwna misja związana jest z miejscem, gdzie się wychował. To coś zgasło w krócej niż chwilę.
A miał to być prosty dzień, w którym pomoże przy załadunku beczek na wóz i zdobędzie pięć sreber. Miało być tak pięknie. I wyszło... Jeszcze nie wiadomo jak. Chociaż póki co, cieszył się. "Nie wiadomo" nie brzmiało, jak najgorsza z opcji.

z/t
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2014, 01:15 przez Nether.)

14.07.2014, 01:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#27

Madeleine spiorunowała wzrokiem rzezimieszków. Obserwowała każdy ich krok, każdy ich ruch. Dla niej to nie były oprychy w pelerynkach, tylko cztery tłuściutkie kulki energii, które chętnie by przygarnęła... Na swój własny sposób. Puściła Ray'a, żeby mieć wolne ręce, lecz nie oderwała się od niego. Taki tam mały kamuflaż. Patrzyła na ukochanego wymownie, cmokając przy tym cicho.
Będzie uczta.
Zmysły wyostrzyły się, oczy nabrały intensywnej barwy. Spokojnie mogła zająć się nimi sama. Tak się cieszyła, że sama ma pelerynę! Prawa ręka nieznacznie zniknęła pod materiałem, by znaleźć rękojeść sztyletu. Będzie potrzebny, na wszelki wypadek!
- Czemu takie słodkie opryszki muszą nam dupę zawracać, gdy nie wadząc nikomu, udajemy się na spoczynek? Ach, no tak, sprawiedliwość jest wam nieznana, dlatego postanowiliśmy wam trochę pomóc - Lena bez ceregieli przedrzeźniała najstarszego typa, któremu zachciało się poparadować wokół nich w jakże ujmującej przemowie, z jakiej i tak niewiele rozumiała. Tyle tylko, że panowie są rozczarowani ingerencją osób trzecich w całą tą sprawę.
- Bogowie, jak ja nie cierpię takich problemów! - wyjęczała z żałością w koszulkę Yuzuhiry, potajemnie uśmiechając się do niego półgębkiem. Miała pewien plan. A czy się on uda, to inna kwestia.
- Posłusznie panu melduję, że propozycji brak! Za to mam jedną dla nas... - mrugnęła do chłopaka, a gdy "dowódca" przeciwników znalazł się wystarczająco blisko, z wściekłą szybkością obróciła się w jego stronę, wykorzystując Ray'a jako podporę. Ten nadal ją trzymał, więc nie mogła? Przy obrocie starała się wycelować w krocze rzezimieszka. Gdy jej się to uda, skoczy do następnego po prawej stronie i poderżnie mu gardło sztyletem. Następnemu wystarczy podstawić go pod szyję dla efektu, a z ostatniego wyssać energię. Z tego skopanego też, żeby za bardzo się nie wysilał tam na ziemi. Albo zarżnąć wszystkich!
Niee...
Anty była śpiąca, potrzebna jej była energia, od zaraz. Jak akcja się nie uda, to była skazana na straty. Nie tylko ona. Po upewnieniu się, że oprychy już im nie grożą, zdejmie z dwóch, może trzech peleryny (te nieukrwawione), aby mieć coś na obronę młodego więźnia. Potem chwyci maga dusz za rękę i uciekną jak najszybciej w stronę portu. Może do Sophie, może na plażę, by tam utopić się w morzu. Nieśmieszne. W każdym razie, trzeba się stąd "utlenić" jak najszybciej, żeby pieski nie zaczęły za nimi węszyć. Przy okazji młodziak w lochach czekał na ich pomoc.
24.08.2014, 11:20
Przeczytaj Cytuj
Targ
#28

MG
~***~

Zapowiadał się męczący dzień.
Po targu kręciły się niecne typki, do lochów wtrącono nie do końca winnego biedaka, a strażnicy mają gdzieś prawdę, byleby tylko podlizać się przełożonemu. Do tego jakieś dziwy z duchami, lalkami, szamanami... A urocza Madeleine wkroczyła w sam środek zamieszania, nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Motywowana szlachetnym celem, postanowiła jak najszybciej wydostać się z tego bałaganu, czyniąc jeszcze większy bałagan.
Zarozumialec, który wyszedł przed szeregi, na słowa kobiety uniósł brwi, pokazując w ten sposób więcej podziwu niż było potrzebne. Powiedział coś do towarzyszy w nieznanym języku, na co tamci buchnęli zgodnym śmiechem. Brzmiał hardo i pokracznie - to nie był jego dialekt, ale nie chciał, żeby go rozumiała. A może specjalnie sobie z niej żartował. Wyglądało na to, że nie spodziewał się większych problemów z jej strony, co więcej, stracił czujność, którą okazywał na początku. Nie był więc gotowy na ucztę, którą Anty planowała mu urządzić.
Chwilę trwało, zanim dwójka mężczyzn odzyskała jasność myślenia po tym, gdy najstarszy z nich został obdarowany kopniakiem w krocze. Dwójka, ponieważ trzeci był troszkę sprytniejszy i nie spuścił ani na chwilę oka z napastniczki, dzięki czemu mógł zareagować jak na dobrego zbója przystało. Zanim dobyła sztyletu i rzuciła się do gardła jego kolegi, doskoczył do niej z boku, pociągnął za włosy, wytrącając z równowagi, po czym złączył nadgarstki i brutalnie popchnął na ziemię. Był silniejszy, nie można było temu zaprzeczyć. I większy.
- Idioci - warknął na pozostałych, wiążąc jej dłonie jakimś cienkim powrozem. Nie był przy tym delikatny. - Zająć się nim! - dodał po chwili, ale już niepotrzebnie - Ray również był unieruchomiony. Próbował pomóc kobiecie, rzucając się na najbardziej zdezorientowanego z napastników i udało mu się nawet delikatnie dotknąć dłonią brzucha celu, który zaraz potem ryknął zduszenie i zwinął się na ziemi w kłębek, jak gdyby dłoń Akolity stworzona była z kamienia, a on uderzył z całej siły. Ale to wszystko, bo zarozumialec ze złością powalił go kopniakiem, klnąc przy tym siarczyście, chcąc się chyba zrewanżować za działania jego przyjaciółki.
Szybka akcja, mnóstwo świadków, zero trupów i bardzo zdenerwowani złoczyńcy. Nie udało się tego zrobić tak, jak sobie Madeleine wymarzyła. Co więcej, ich przyszłość właśnie zawisła na włosku. Minęło kilka sekund, podczas których mężczyzna zajmujący się swą niedoszłą morderczynią, podniósł ją, założył na głowę cuchnący worek, by na koniec wydrzeć się jeszcze kilka razy na swoich "głupich" towarzyszy oraz coraz bardziej "denerwujących" gapiów, mówiąc coś o "niedobrej" straży miejskiej. Tylko troszkę bardziej.
Madeleine wylądowała na jakimś drewnianym, niewygodnym siedzeniu, w pomieszczeniu należącym niegdyś z całą pewnością do małych, gdaczących i pierzastych przyjaciół. Nie było ich w tej chwili słychać, więc mało prawdopodobne, by jakiś nadal się uchował, ale zapach pozostał. Ray był gdzieś obok, pewnie w takim samym stanie. Czyli związane ręce, związane nogi, poobijany, z zasłoniętymi oczyma, pilnowany przez dwóch z czterech oprychów, którzy to nie szczędził sobie zawistnych komentarzy tak słownych jak w postaci niezbyt przyjaznych czynów. Nie mogli się ruszyć, o jakimkolwiek uwolnieniu nie wspominając.
Znaleźli się w wozie i właśnie mieli spędzić w nim... Kilka minut, ponieważ skierowali się do portu, gdzie zostali załadowani na jeszcze mniej wygodny środek transportu - niewielką barkę, gdzie mieli spędzić wiele godzin. Tam przynajmniej nie śmierdziało, nawet odór ryb nie był taki mocny.

Kiedy dotarli na miejsce, była noc. Ludzie, którzy wyprowadzili ich znad wybrzeża daleko wgłąb lądu, rozmawiali tym samym dziwnym językiem, co wcześniej zarozumialec, tyle że o wiele sprawniej. Żadnego z tamtych nie było już słychać, widać transportujący ich osiłek od razu zawrócił do miasta, gdziekolwiek było.
Szli długo, cały czas z workami na głowach, jak gdyby nikt nie interesował się, by ich napoić, nakarmić, wysłuchać, obejrzeć... Ignorowali w zupełności, popychając tylko w odpowiednią stronę. To nie było miłe doświadczenie.
Kiedy wreszcie dotarli w odpowiednie miejsce, rozwiązano im dłonie, by zaraz potem sprawnie skrępować ponownie, tym razem z przodu. Dano miskę z wodą oraz po niewielkim naczynku jakiejś szarej papki - ciepłej, bo parującej - i zdjęto worki z głów.
Byli w lesie. Brudni, zmęczeni, przestraszeni, a może zdenerwowani, wręcz wściekli. Ognisko paliło się kilka metrów dalej, a wokół niego siedziało wcale nie wyglądające na dzikie towarzystwo. Cywilizowani, dumni ludzie, knujący nocą przy ognisku w lesie. Jeden siedział przy więźniach, rzeźbiąc coś nożem w niewielkim kawałku drewna. Siedział przodem do nich, jakieś dwa metry dalej.
- Pijcie - powiedział i trudno było stwierdzić, czy na nich spojrzał. Ognisko nie oświetlało mu tak dobrze twarzy. - Niczego innego nie dostaniecie.
Zapowiadała się interesująca uczta.
26.08.2014, 14:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#29

Nerfox przedzierał się przez tłum zgromadzony na rynku. Nie szukał niczego konkretnego, może jakichś straganów, na których wieśniacy sprzedawali bukiety czy zioła o których zastosowaniu nie mieli pojęca, ale taka już była natura Nerfoxa, natomiast konkretów nie szukał. Szaman rozglądał się ciekawie wypatrując ludzi, zwierząt czy przedmiotów wzbudzających zainteresowanie. Do miasta trafił, jak zawsze ostatnio, przypadkiem. Jakby ktoś go w tym momencie zapytał jak się tu znalazł, pewnie odpowiedziałby coś w stylu: no wiesz, idę sobie a tu miasto, no to myślę sobie że zajrzę. Nerfox chciał po prostu przeżyć przygodę i w tym celu szwędał się właśnie po mieście.
Po jakimś czasie udało mu się znaleźć w miarę ciche miejsce na rynku, gdzie usiadł i ze stoickim spokojem zdjął czaszkę kozła z głowy, położył przed sobą na ziemi i wyjął flet. Chwilę zastanawiał się co zrobić z malutką laleczką, w końcu odwiązał ją od fletu i schował do torby. W tym momencie rozległ się głos w jego głowie:
- Zacznij od czegoś żywego, skocznego, potem zagraj coś spektakularnego, najlepszy numer zostaw na koniec. - Wujaszek Sam nie zamierzał zostawiać Nerfoxa na pastwę losu, nawet w tak błachych rzeczach jak zarabianie grając na flecie.
- A skąd ty wujaszku wiesz takie rzeczy co? I mówiłem ci tyle razy żebyś nie krzyczał jak mówisz w środku mojej głowy! - wrzasnął Szaman w myślach.
- Znałem jednego takiego ministrela czy jak mu było... zjadły go wilki po tygodniu naszej znajomości. - Sam puścił mimo uszu uwagę o krzyczeniu. - Nieważne, weź się do roboty.

Uśmierzywszy głosy w swojej głowie, Nerfox rozgrzał palce i zaczął grać. Rozpoczął od bardzo żywego utworu "Z sokołami w parze" i z radością zauważył, że jakaś para zaczęła śmiać się i klaskać rytmicznie. Potem zagrał "Złotowłosą Jenny," "Tańcz ze mną jeszcze dziś" i "Majową rzekę" - piosenki niezbyt wyszukane, takowych z resztą wielu nie znał, ale wpadające w ucho i znane pospólstwu. Starał się nie patrzyć do czaszki, do której ludzie mieli wrzucać pieniądze. Zawsze go to rozpraszało. Grał dalej kolejne utwory...
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2014, 20:53 przez Nerfox.)

27.12.2014, 20:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Targ
#30

[MG]

Przy straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy:
- Kumo, czy ta ryba jest aby świeża? Wygląda staro.
- Kuropaaatwy, kurowaaatwy!
- Jak to nieświeża? Toć dopiero złowiona i gardło sobie podrzynam, że to prawda!
- Pan tu nie stał! Gdzie się pan wpycha?
- Co dobrego dzisiaj dają?
- Srebrnego smoka za to nie dam, najwyżej pół.
- Kuropaaaatwy, króliiiiki!
- Jagodzianki!
- Pół? Za takie cudeńka? Panienka za przeproszeniem na głowę upadła. Ćwierć srebrnego, więcej nie opuszczę!
Tak to się właśnie działo w Greathard. Trzeba dodać, iż nie zawsze zdarzały się dnie takie jak ten. Atmosfera panująca na targu mogła zostać nazwana nawet przyjazną. Pomimo sprzeczek o świeżość produktów, ceny czy też inne aspekty natury iście targowej, powietrze wydawało się być czyste. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że ilość złodziejaszków myszkujących po kieszeniach i sakwach była mniejsza niż zwykle. Czy to zasługa promieni słońca, które leniwie padały na targ i przechodniów?

Ludzie gromadzili się wokół Nerfoxa. Jedni zachwycali się muzyką, inni tym jak dobrze radził sobie z fletem. Dzieciaki, które plątały się między nogami dorosłych, tańcowały teraz koło niego pożądliwie zerkając do czaszki w której lądowały brązowe smoki. Z początku nie było ich wiele, ale czujne, dziecięce oczka obserwowały zwiększającą się ilość monet.
Już ich tysiąc, już milijon mruga... a nie, to nie ta bajka.
Dzieciaki tańczyły więc, dorośli zatrzymywali się na chwilę, słuchali. Niektórzy wrzucali coś do czaszki. Czasami któreś z dzieci złapało za rękaw matkę lub ojca i dopytywało "Dlaczego ten pan tak wygląda?".
Czas płynął, ludzie przychodzili i odchodzili. Co niektórzy narzekali, inni wspominali innych grajków. Dwóch starców nawet wdało się w dłuższą rozmowę o tym, jak to za czasów ich młodości muzyka była lepsza. Mało kto ich zrozumiał, bowiem seplenili niemiłosiernie.

Na dobrej zabawie czas szybko leci. A Nefrox dmuchał dobrze, ku uciesze wszystkich, nie tylko niewiast.
Dzień się kończył, tłum się przerzedzał. Handlarze zwijali swoje stoiska i wracali do domów na zasłuzony wypoczynek. Uaktywniali się ci co mętniejsi członkowie społeczeństwa, którzy pod osłoną mroku mogli śmielej poczynać i efektywniej przyswajać nie swoje dobra materialne.
Nastał też czas dla Nefroxa, aby odpocząć i co ważniejsze zajrzeć do wnętrza czaszki. Gdyby wysypał zawartość, cóż takiego by tam znalazł? Hmm... jakieś 23 brązowe smoki, kilka guzików, metalowy krążek, szklaną kulkę i dziwną monetę, różniącą się diametralnie od znanych wszystkim smoków. Z jednej strony miała wyrytą budowlę na kształt tych, co można podziwiać w Azaracie. Dookoła wyryte litery układały się w napis, którego Nefrox nie potrafił odczytać. Druga strona monety była gładka, znajdował się tam jedynie równie niezrozumiały napis.
Czy ktoś wrzucił dziwną monetę do czaszki przez przypadek? Kto to zrobił? Warto się tym przejmować?
27.12.2014, 23:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
3 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna