Bezdroża za miastem
#11

[MG]

Wkrótce zjawił się też Seven. Taszczył ze sobą wypchaną sakwę, widać skorzystał z propozycji Dana i obkupił się na jego koszt. Nawet z oddali było widać, że przeżuwa. Ah, kupił jeden z tych smakołyków, które serwują na ulicach. W mniejszych miastach i biedniejszych dzielnicach zdarzają się opiekane szczury, ale to co miał w ręce wyglądało nawet jak pasztecik. A może była to kiełbaska w bułce? Mina Sevena sugerowała, że jest całkiem zjadliwy.
- Próbowaliście? Całkiem dobre... no może trochę mdłe, ale przynajmniej ciepłe. -dojadł, otrzepał się z okruszków, wytarł rękę w spodnie i dołączył do nich.
Poczekali jeszcze chwilę, Seven coś tam paplał a to właśnie o jedzeniu, a to o ich dalekiej podróży. Ogólnie starał się podtrzymywać rozmowę. Po co? Trudno na to odpowiedzieć.

W końcu pojawił się też Dan. On tez miał podróżny ekwipunek, ale w przeciwieństwie do Sevena minę miał nietęgą.
- Ludzie mojego wuja wpadli na mój trop. Musimy wyruszyć natychmiast. Może po drodze uda się nam załatwić konie, wtedy będziemy poruszać się szybciej, ale na razie... musimy unikać głównych traktów.

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę. A gdy ma się kogoś na ogonie, należy porzucić drogę szeroką i prostą, a raczej na kręte ścieżki kierować swe stopy. Tak właśnie zrobili. Nie było sensu gadać po próżnicy, tym bardziej z widmem uganiających się za nimi najemnikami. Drużyna, bynajmniej Pierścienia, wyruszyła ku przygodzie!
Poruszali się szybko, mówili mało. Na pogaduszki będzie jeszcze czas. Danowi zależało aby jak najszybciej skryć się w lesie, żeby ścigający go ludzie mogli mu najzwyczajniej w świecie naskoczyć.
Łąka, łąka, łąka, las.


// Dobra miśki, kierujemy się do lasu ---> Las huehue, gdzie zaraz napisze posta.
19.11.2014, 00:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Bezdroża za miastem
#12

Arvel szedł przed siebie zdeterminowany. Bardzo chciał dowiedzieć kto postanowił mu dostarczyć rozrywki i jakie miał ku temu przesłanki. Okolica była niezbyt malownicza jednak pogoda, która poprawiała się z minuty na minutę, nadrabiała całokształt prezentowany przez naturę. Każdy krok zbliżał go do rozwiązania zagadki. Jednak chwilę się zamyślając doszedł do pewnych wniosków: -Chwila... skoro ta osoba była wstanie wynająć aż tylu najemników to co mnie czeka gdy spróbuję wtargnąć na jego posesję... to może się dla mnie źle skończyć. Muszę się lepiej przygotować-rozmyślał. Zamyślony wyglądał dość przerażająco jednak nie zwracał uwagi na przechodniów, gdyż ich los nie był dla niego interesujący. Co więc teraz powinienem zrobić, jakie kroki podjąć, czy oni wiedzą gdzie mieszkam? A może nawet teraz jestem śledzony?- rozejrzał się wokoło siebie jednak nic sensownego nie widział. Czuł się lekko osaczony w tym momencie. -Znajdą cię...--CO?-zdziwił się Arvel nie wiedząc co się przed chwilą wydarzyło. po chwili zorientował się, że przed nim stoi jakiś człowiek. -Czy zechce pan kupić świeże jagody?-spytał ów człowiek. Arvel chwile dochodził do siebie po czym odpowiedział: -Nie... dzięki... jadłem nie dawno.--odpowiedział zmieszany. Obnośny sprzedawca odszedł w swoją stronę. -Co to do cholery było? Przesłyszało mi się? Ja już wariuję? Muszę udać się do pobliskiego miasta i wszystko obmyślić.-podsumował. Pozostało mu już tylko w zadumie, rozmyśleniach i ignorancji otoczenia ruszyć ku miastu.


Opuszczam temat.
Udaje się do:tutaj.
09.04.2016, 03:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Bezdroża za miastem
#13

ch... Pochmurne niebo i promienie słońca, próbujące desperacko przebić się przez szarą scenerię jaka okalała bezdroża za miastem, zdawały się tworzyć swego rodzaju ostrzeżenie przed stolicą pełną rozpusty i bogactwa, posiadającą swoje drugie, mroczniejsze dno, o którym wiedzieli nieliczni, a może liczni...? W każdym razie moja podróż z Kruczonocu trwała dobre dwa tygodnie. Nie obyło się rzecz jasna bez różnego rodzaju przygód, zarówno tych mniejszych jak i większych, jednak każda przygoda miała swoje zwieńczenie i nauczkę na przyszłość. Przy okazji udało mi się zebrać kilka fantów, które niestety nie przetrwały "chrztu ognia", innymi słowy: podróży. Teraz stałem naprzeciw drogi wiodącej ku bramie Lothil, mojego upragnionego celu. Szczęściarz i Gemma stali obok mnie, patrząc na wielkie mury, które otaczały miasto. Mimo odległości jakichś pięciu kilometrów, widzieliśmy dobrze majestat stolicy Atarashii. Na pewien sposób widok zapierał dech w piersiach, a przynajmniej tak mi się wydawało. Gemm ma duże piersi więc czort jeden ją wie, czy czuje to samo co JA, mężczyzna z krwi i kości... Bez cycków, a za to z latającym łowcą między nogami. Nim dojedziemy do bramy, minie jeszcze jakieś dwadzieścia, może trzydzieści minut. W końcu nasze wierzchowce także są zmęczone. Zasadniczo nie miałbym nic przeciwko krótkiemu postojowi, ale jesteśmy na tyle blisko żeby wykrzesać resztki sił i znaleźć wygodniejsze miejsce do przycupnięcia. Może to być zarówno, karczma, gospoda jak i dom uciech. Mi wystarczy póki co wieża Arcymagów.
Ruszyliśmy przed siebie, z wolna, bez pośpiechu żeby nie męczyć Łaty i konia mojej siostry. Szczęściarz zdawał się mieć wyjebane. Nie był zmęczony, co wielce mnie radowało, bo kiedy to bydle jest zmęczone, zaczyna zachowywać się jak niepoprawna, jęcząca o byle gówno kobieta. A wyobraźcie sobie wilka, który tak się zachowuje... W każdym razie, ruszyliśmy przed siebie mijając kilka stojących gdzieniegdzie drzew. Obserwując je widziałem jak Szczęściarz macha łbem. Widać nie tylko jego zniesmaczyło to co zobaczył kilka dni temu. Gdzieś na wysokości Starego Bagna rosło wielkie drzewo, bez liści, bez żywych kolorów. Ponure tak samo jak ja rano. I można by rzec, że wilk zniesmaczył się dlatego, że zobaczył w tamtym drzewie drugiego Duriela, ale nic bardziej mylnego.

Drzewo było swego rodzaju "pomnikiem" a jednocześnie miejscem zarówno dla starych jak i nowych wisielców. "Przestroga", bo takie słowo ciśnie mi się na usta myśląc o tym widoku, była nie tylko dosadna, ale obrzydliwa, bowiem na ciałach skazańców dokonano brutalnego aktu żerowania. Nie wiem jakie paskudztwa wyjadły wnętrzności nieszczęśników, ale widok porozrywanych jelit, zaschniętej krwi oblepionej mnóstwem much i innych insektów, przyprawiało nawet mnie o odruchy wymiotne. Zresztą, zapach rozkładających się ciał był gorszy niż najgorszy bąk-terminejtro jakiego w całym swoim życiu zrodziłem. Zastanawiało mnie tylko jedno. Czym zawinili sobie ci skazańcy oraz czy byli faktycznie winni, bo nie ulegam złudzeniom jakoby prawo było święte i nieomylne. Oczywiście przyjmując, że za taki czyn zabrała się władza Perony, bądź Greathardu. Równie dobrze pobliscy tubylcy mogli dokonywać jakiegoś samosądu lub rabusie upozorowali drzewo wisielców jako miejsce do zniesławienia mroźniejszych rejonów Atarashii. Jeden Thorn to wie, jakie kurwisyny wisiały i zawieszały. Nie pamiętam teraz dokładnie, ale zdaje się, że w oddali od tego konkretnego drzewa rosło inne, równie podobnie wykorzystywane. Nie sprawdzałem go, bo to nie moja sprawa, a drzewo wyłaniało się częściowo w rejonach Starych Bagien, na które nie miałem ani ochoty, ani czasu iść. Dni uciekają, prowiant się kurczy zaś samych smoków nie ma gdzie wydać. Zresztą jesteśmy daleko od cywilizacji, a i prawdziwy smok, nie tylko ten monetarny mógłby się pojawić w zasięgu mojego wzroku. Na co to i po co to?

Poza wisielcami, spotkaliśmy także kilka podróżnych karawan. Jedna z nich wiozła mojego starego znajomego, który pojawiał się czasami w wieży arcymagów, kiedy byłem przez nich szkolony. Ludwig, bo takie imię nosił spotkany przeze mnie mężczyzna, opowiadał różne niewiarygodne historie. Latające statki, kontynent pełen kobiet, złote posągi z wszechpotężnymi artefaktami i to, że posuwał na boku przybraną siostrę króla Leonarda. W to nie wierzę. Ale Ludwig od zawsze był bajarzem. Raz opowiadał o tym jak posunął córkę Vanariego, ale pech chciał, że Vanari nie miał dzieci, więc Norn jedynie pouczył go aby następnym razem wymyślał wiarygodniejsze bajki. No i coś w tym było, bo te latające statki, w dobie technologii magicznej mogły mieć rację bytu. Nawet w super mega, uper-duper-durek-ilhen artefakt byłem skory uwierzyć pomimo nieprzekonującej nazwy "Złoty Funcfel", brzmiący podejrzanie tak samo jak "Złoty Fiut", ale w posuwanie panienki Elizabeth to, kurwa, nie wierzę i niechaj mi Ererecez przebaczy, lecz prędzej ja dymałbym ją co noc niż ten gówno-twarzy dupowtyk, gustujący w facetach. Tak. Ludwig był gejem czarodziejem i nie wiem co on u czorta próbował tworząc historię o "Liz" (Skrót od Elizabeth), kiedy nie tknąłbym jej nawet badylem. Kwestia tego, że Ludwiczek był dość brzydki jak na warunki, które matka natura... A. Nie. Matka Natura nigdy mu nie pomagała. W każdym razie, zarówno Ludwig jak i Elizabeth nie należą do najpiękniejszych ludzi na ziemiach Atarashii. Można byłoby powiedzieć "ciągnie swój do swego", ale mnie to się za skarby Duronora nie łączy. On - dupowtyk, Ona - puszysta gadzina. Może jeśli złączyć tę historię jakimś przystojnym facetem, który lubił w dupę, to trójącik mógł mieć miejsce, ale bądźmy szczerzy. Nie.
Poza różnymi bajaniami, opowiedział nam o jakiejś wyprawie, która jest dość... Cicha jak na skalę i wagę jaka wokół niej się kręci. Ponoć wyprawa do Teolii usłana jakimiś dochodzeniami śledczymi. Coś tam słyszałem o potworach, więc oczy mi się zaświeciły ciekawością. Nawet chciałem wyruszyć, ale nie byłem pewny czy dam radę. Gemma za to paliła się od razu na misję. Kto wie? może jakimś cudem, uda mi się przedostać tam, o ile ureguluję wszystkie problemy związane z moim powrotem.

Przedostaliśmy się po jakimś czasie pod bramę miasta, tam zastali nas strażnicy. Spoglądali na nas dość chłodno, jakbyśmy im ojców wymordowali, ale taka ich robota. Jeden nawet coś krzyknął do mnie żebyśmy nie robili problemów, bo nas stracą na stosie, ale nie przejmowałem się tym za bardzo. Są o sto lat za młodzi żeby próbować równać się z nami. Mną, Gemma i Szczęściarzem. Łata też dałaby im po łbie w razie potrzeby. Spojrzałem na swoją siostrę, porozumiałem się z nią pośpiesznie i ruszyliśmy oddzielnie szukać schronienia. Ona poszła w swoją stronę, być może sprawdzić o co chodziło z misją o której mówił kilka dni wcześniej Ludwiczek, a ja w stronę Wieży Arcymagów. Miałem nadzieję spotkać po latach całą trójcę, ale ostatecznie nie będę zły jeśli spotkam chociaż jednego z nich. Zawsze wyruszali na swoje osobiste misje nie mówiąc o tym nikomu. Zostawiali wtedy jednego arcymaga w Lothil aby dawał rady synowi Bonuma Rancherona. Strzelam, że Norn lub Daimon będą tymi, których spotkam. Nie obraziłbym się gdyby także Vanari był w mieście... No, ale... Komu w drogę temu czas! Czy jak to się tam pierdoliło na odjeździe.


Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.06.2016, 17:58 przez Duriel.)



DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






30.06.2016, 17:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Bezdroża za miastem
#14

Nie potrzebowałem wiele wysiłku żeby przegonić złodziei z dala od mojego wierzchowca. Tyle dobrze, bo na walkę nie miałem ani czasu, ani ochoty. Ująłem Łatę za uzdę i pogładziłem pieszczotliwie jej pysk. Zerknąłem czy wszystkie oprychy już zniknęły, a kiedy byłem pewny, że jesteśmy bezpieczni, obróciłem się do swojej towarzyszki wyciągając do niej rękę.
- Podejdź tutaj, pomogę Ci wsiąść na Łatę. - Wyjaśniłem mierząc ją wzrokiem. Nie byłem pewny jak zareaguje, ale to nasz jedyny bezpieczny transport. Zastanawiałem się co mogą powiedzieć nam Arcymagowie w Lothil. W końcu nasze znamiona wyraźnie nie są ludzkim wytworem. Smocza łaska czy klątwa? Do tego zastanawiałem się ciągle kim jest Anshia. Ilość many bijącej z jej wnętrza wprawiała mnie w osłupienie. Być może nawet jakąś formę strachu? Czym mogła być? Co więcej... Jej mana była na pewien sposób "zimna". Próbując wyczuć energię kobiety, wyczuwałem jedynie coś z czym nie potrafiłbym się nigdy zmierzyć. Esencja magiczna wykraczająca poza moje wyobrażenie.
- Znajdziemy jakieś bezpieczne miejsce w czasie drogi, to spróbujemy dowiedzieć się czegoś o Twoim wnętrzu. Jestem prawie pewny, że nie jesteś zwykłą osobą. - Wyjaśniłem, zachęcając gestem ręki aby zasiadła na wierzchowcu.


DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






03.11.2017, 19:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Bezdroża za miastem
#15

Białowłosa wyraźnie przestraszona patrzyła na tę sytuację. Bandyci, którzy chcieli sobie wziąć konia, postanowili brać nogi za pas i się stąd wynosić. Może to te bronie Duriela działają jak straszak, a może cała jego osoba. Dziewczyna jakoś nie czuła tego, ale może też dlatego, że byli w jednej drużynie, a przynajmniej tak uważała.
Słysząc ofertę pomocy, powoli zbliżyła się do Łaty. Stopniowo przyzwyczajała ciało do tego, że może chodzić, ale jednak siedzenie na wierzchowcu wydawało się dużo lepszą i zdecydowanie szybszą opcją podróży do stolicy.
- Jasne... Ale nie zrzuci mnie czy coś? Nie znam się na koniach. - Stanęła tak obok mężczyzny nie wiedząc za bardzo co teraz powinna zrobić. Popatrzyła jeszcze raz na Duriela, ale jego wyraz twarzy dawał jej do zrozumienia, że może to zrobić.
- Mam nadzieję, że jesteś cierpliwym koniem. - Uśmiechnęła się pod nosem, powoli i ostrożnie gramoląc się na wierzchowca. Oby tylko nic jej nie zrobiła.
12.11.2017, 20:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Bezdroża za miastem
#16

Kiedy moja towarzyszka wdrapała się na łatę, ja przytroczyłem pasami ekwipunek do jej boku. Rairyuu wisiał u jej lewego uda, zaś przy sobie miałem jedynie "cymbałki". Mimo wszystko nie byłoby mi wygodnie podróżować tak jak zawsze, mając przed sobą dodatkowego pasażera. Łata z początku wyraziła delikatną dezaprobatę na ciężar, ale zaraz potem parsknęła lekceważąco jakby próbowała dać do zrozumienia "Jest ciężej, ale co to dla mnie?".
Anshia siedziała przede mną, ja wskoczyłem tak żeby być za nią i w razie potrzeby asekurować ją na siodle. Jeśli miała coś przeciwko, mogliśmy się w czasie podróży zamienić miejscami. Różnica byłaby taka, że musiałaby objąć mnie w pasie żeby utrzymać równowagę, teraz tego robić nie musi. Wystarczy chwyt przodu siodła i trochę cierpliwości.
- Jazda na koniu czasami jest męcząca. Zwłaszcza dla osób, które nie potrafią synchronizować się z wierzchowcem. Przez jakiś czas będziesz odczuwała dyskomfort przez wzgląd na ciągłe podrzucanie w siodle. Nie wiem ile ci to zajmie, ale powinnaś wpaść w rytm Łaty i zniwelować niedogodności. Będę cię też asekurował, więc nie martw się o upadek. - Wyjaśniłem, zarzucając mocniej uzdą.
- Wio! - Zawołałem, a wierzchowiec ruszył do przodu jakby był od zawsze gotowy na kolejną podróż.

Minęło kilka godzin. Przejechaliśmy ponad połowę drogi. Z oddali było widoczne Lothil, choć z pewnością przyjdzie nam jeszcze jakiś czas podróżować w jednym siodle nim dotrzemy do celu. Zrobiło się ciemno, a podróż w takich warunkach wydawała się niepotrzebnie męcząca. W związku z tym najlepszą opcją było rozbicie prowizorycznego obozu. Wiele przy sobie nie miałem w kwestiach jedzenia, ale jabłka i kilka składników w sakwie przytroczonej do Łaty, pozwoli zrobić ciepłą, smaczną strawę. Zatrzymałem konia w najbardziej dogodnym miejscu niedaleko drogi, ale w wystarczającej odległości aby nie zostać zauważonym mimo palącego się ognia. Kilka większych kamieni, wzniesienie i drzewa osłonią naszą bazę wypadową. Co więcej, znajdziemy tu trochę miejsca na ewentualny trening.
Przedstawiłem plan działania towarzyszce, wyciągnąłem potrzebne składniki i rozłożyłem palenisko. Miałem także naczynie do gotowania, którego używałem z Gemmą w Kruczonocu. Wyciągnąłem je, zalałem wodą z bukłaka, skroiłem jabłka, posiekałem Ożynę i Miętę, a następnie wrzuciłem do garnka gotując. Miałem także trochę chleba. Może nie był najlepszej jakości, bo miał już kilka dni, ale nie był spleśniały. Jedynie suchy, a i z tym damy radę. Kiedy potrawa zabulgotał, a woda odparowała, podpiekłem chleb nad ogniskiem, ale tak żeby go nie zwęglić. Potem posmarowałem go potrawką i podałem Anshii oraz sobie.
- Masz, zjedz. Dobrze ci zrobi ciepły posiłek. Mięta ma właściwości lecznicze. Nie dałem jej dużo żeby nie zabić smaku jabłek i Ożyny, bo za kompletny smak to właśnie te dwa ostatnie składniki są odpowiedzialne. Ugotowana Ożyna jest słodkawa, jabłka puściły soki a w nich zawartą słodycz, która się karmelizowała. Jak już się posilisz i będziesz mieć siłę, spróbujemy treningu. Teoretycznie nie jestem najlepszym nauczycielem magii, ale w praktyce powinienem ci pomóc. Możemy także potrenować walkę wręcz lub walkę z użyciem oręża. Od Ciebie zależy czego mogę cię nauczyć. Jeśli jesteś pojętną uczennicą, w Lothil nic ci nie zagrozi. A przynajmniej będziesz mieć pewność, że możesz się obronić. - Mówiąc to podałem jej bukłak z wodą, Łacie podrzuciłem jabłko, zaś sam zabrałem się za pałaszowanie swojej potrawy. Zastanawiałem się czy mój wierzchowiec jest spragniony, ale potem uzmysłowiłem sobie, że na tych terenach są małe zbiorniki wodne, z których piją zwierzęta. Chociaż i tak zaraz za wzniesieniem przy głazach była kamienista przestrzeń zalana deszczówką. Mój koń da sobie radę.

Kiedy zjadłem, spojrzałem na Anshię oczekując jej odpowiedzi.


DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






23.11.2017, 20:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Bezdroża za miastem
#17

Minęło kilka minut, a moja towarzyszka ciągle milczała. Wyglądała jednocześnie na obrażoną i wybitnie zmęczoną. Ciężko było mi odgadnąć co siedzi jej w głowie. Problem polega na tym, że pomimo zmęczenia wypada się odezwać jakkolwiek i dać znać o swoim postanowieniu. Westchnąłem cicho, sprzątając po sobie wszystko co trzeba i układając się do snu. Łata przyszła do mnie, kładąc się obok. Dzięki temu nie było mi specjalnie chłodno tego wieczora. Co zrobiła Anshia? Cóż... Tego nie wiem, ale nie będę na siłę wnikał w czyjąś psychikę. Nie mam także ochoty kogokolwiek zmuszać do czegokolwiek.
Zasnąłem dosyć szybko, a rankiem osiodłałem Łatę i zapytałem kobiety czy zamierza jechać ze mną. Niestety wciąż wyglądała na małomówną. Nie wiedziałem co się stało, więc dla pewności zapytałem raz jeszcze czy chce jechać dalej ze mną, czy woli się rozdzielić. Zapytałem także czy jest na coś obrażona? Czy uraziłem ją jakoś? A może coś się dzieje nie tak z nią? Niestety nie zrobiła względem mnie nic poza pustym patrzeniem. Nie czułem od niej żadnego podejrzanego przypływu many. Wyglądała na całkowicie zdrową. Nie mniej nie mogę wiecznie czekać na kogoś, to nagle zachowuje się tak dziecinnie. Moja siostra też na mnie czeka w mieście. Będę musiał jej wiele wyjaśnić po przyjeździe.
- Cokolwiek stało się An, ja jadę dalej. Muszę wrócić do swojej siostry i załatwić swoje sprawy. Nie mogę tkwić w tym miejscu wiecznie. Poza tym nie odpowiadasz mi na pytania. Czuję się ignorowany z niewiadomego mi powodu. Jeśli coś się stało i chcesz mi to wytłumaczyć, odnajdź mnie w Lothil. Zostawiam Ci zawinięty prowiant. Jest tam reszta tego co wczoraj jedliśmy. Trzymaj się i powodzenia! - Rzekłem, ruszając prosto do miasta. Nie podobało mi się to do końca, ale nie mogłem czekać wiecznie w jednym miejscu.

Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2017, 18:46 przez Duriel.)



DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






27.12.2017, 18:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Bezdroża za miastem
#18

Minęła reszta wieczoru i noc, odkąd Ireziel odebrał worek z narkotykami od Barthosa i odprawił Akolitę mówiąc, że straż sprawdzi informacje zdobyte przez detektywa, a następnie dadzą znać co i jak. Młodemu mężczyźnie z Azaratu nie pozostało nic innego, jak wrócić do gospody, w której chwilowo mieszkał, rzucić krzywe spojrzenie gospodarzowi próbującemu wcisnąć mu napitek kolejny dzień z rzędu i zamknąć się w pokoju. Długo leżał na swym sienniku, wpatrując się w sufit i rozmyślając o wydarzeniach poprzednich dni. Co mógł zrobić lepiej? Jak mógł tak łatwo stracić zaufanie straży? Dlaczego był tak nieostrożny?
Widocznie duma każdego może wpędzić w kłopoty – pomyślał. Tak, był dumny. Miał się za profesjonalistę, działał sam. Tak ślepo wierzył we własną nieomylność, błędnie, jak to w przypadku młodych ludzi bywa, że na początku chciał odrzucić pomoc Ireziela w prowadzeniu śledztwa i samemu zająć się sprawą… Ale tego nie zrobił. Tak, był dumny. Miał dopiero dwadzieścia pięć lat, więc był też młody i głupi, jednak dzisiejszego dnia nauczył się czegoś o wiele ważniejszego niż kolejny czar w arsenale zaklęć.
Nauczył się pokory.
Ktoś, kto obserwowałby Barthosa podczas pracy, z pewnością nazwałby go pokornym. Każdy ruch obmyślał kilka razy, prowadził ostrożne dochodzenia, nigdy nie lekceważył zagrożenia. Porywczym nikt by raczej go nie nazwał. Miał szacunek dla przeciwnika, którym był zbiegły z miejsca zbrodni człowiek lub po prostu rzezimieszek, próbujący go zabić. Nie miał za to szacunku do ludzi, którzy byli po jego stronie. Teraz, leżąc tak na tym sienniku, w końcu przyznał, że bez pomocy Ireziela jego śledztwo mogłoby być skazane na porażkę, a on sam okazał się głupcem.
Nawet nie wiedział, gdy zasnął, a kiedy słońce zaświeciło mu prosto w oczy, skrzywił się natychmiast, lecz niemal od razu wstał na nogi. Właśnie nastał nowy dzień. Postanowił wykorzystać go jak najlepiej.
Wyszedł z karczmy i na pierwszy punkt obrał sobie strażnicę, lecz okazało się, że Ireziel jeszcze się niczego nie dowiedział na temat „Bogatej Damy”, Barthos skierował się więc ku bramie, chcąc wymknąć się za miasto, żeby w spokoju poćwiczyć swoją sztukę magiczną. Nie miał nauczyciela, toteż musiał ćwiczyć bardzo często, a ostatnio zaniedbał się w tym obowiązku. Miał talent, którego od dawna nie szlifował.
Maszerował, maszerował, aż w końcu stanął na jakimś dawnym kamiennym placyku, częściowo obrośniętym trawą. Rozejrzał się dookoła stwierdzając, że znalazł się pośrodku niczego.
- Pewnie kiedyś było tu jakieś gospodarstwo – powiedział sam do siebie, jak to miał czasem w zwyczaju, a następnie ściągnął torbę i ułożył ją na ziemi. Miejsce dobre jak każde inne, byle nie rzucać się w oczy. W ślad za torbą poszła laska, nieodłączna część detektywa, jak można by było błędnie przypuszczać.    
Zdjął opaskę z płonącego oka, czując, jak wzbiera w nim mana. Zamknął oczy, odetchnął parę razy głęboko. Magia Żarookiego polegała na telekinetycznym kontakcie z różnymi przedmiotami, do niektórych zaklęć potrzebny był kontakt wzrokowy, do innych nie. Na początek detektyw postanowił przypomnieć sobie podstawowe zaklęcia.
Wyjął jeden z noży do rzucania i wyprostował rękę z ostrzem przed sobą. Nawiązał impuls i poczuł, jak cząstka many opuszcza jego ciało, kierując się w stronę ostrza. Gdy detektyw puścił maleńką rękojeść, niewielka broń zawisła w powietrzu niczym płaszcz zawieszony na wieszak. Po chwili zaczęła powoli przemieszczać się w powietrzu za sprawą woli detektywa. Była to najprostsza forma zaklęcia, które Barthos nazywał Manipulacją i nie stanowiła raczej dla nikogo zagrożenia. Mężczyzna zwykle używał jej, gdy był zbyt wyczerpany, aby po całym dniu pracy podnieść się z siennika i przekręcić klucz w drzwiach swego pokoju w gospodzie.
Nóż pokręcił się jeszcze trochę dookoła Akolity, gdy ten przypominał sobie stopniowo, jak działa jego magia. Ostrze zakręciło jeszcze raz dookoła własnej osi, a potem, bez fizycznego dotyku, wsunęło się z powrotem do pochwy przy pasie detektywa. Barthos zerwał impuls.
Po rozgrzewce poszła pora na coś bardziej wymagającego. Wkładając większą ilość many w zaklęcie, Akolita mógł podnieść siłą umysłu cięższe przedmioty lub kilka mniejszych, ale i także zwiększyć prędkość, z jaką te się przemieszczały. Z racji tego, że dzisiaj chciał się skupić na panowaniu nad jednym przedmiotem, posłał impuls do laski pojedynkowej leżącej dotąd na ziemi.
Drewno wzmocnione kamieniem Zun’ma wzleciało do góry niczym spłoszony ptak, a następnie wylądowało w dłoni azaratczyka. Ten następnie kilka razy rzucił orężem przed siebie, żeby przyzwać go z zaraz powrotem, cały czas nie zwalniając impulsu. Po chwili laska wirowała już swobodnie dookoła mężczyzny z prędkością, która w przypadku zderzenia mogłaby rozbić człowiekowi głowę. Po tym ćwiczeniu także laska wróciła na swoje miejsce na ziemi, a Barthos stanął szeroko na nogach na dawnym placyku. Myślał gorączkowo.
Im więcej many przelewał w impuls, tym cięższy przedmiot mógł podnieść. W gruncie rzeczy wszystko zależało od ilości many, lecz ważny argument pełniła też masa ciała Barthosa. Przez niektóre „wypadki” z mocą podczas podróży z Azaratu do Lothil mężczyzna wiedział, że gdyby spróbowałby przepchnąć taki dajmy na to wóz z końmi za pomocą swych zaklęć, to to on został by odepchnięty do tyłu, gdyż masa wozu i koni przeważyłaby nad masą ciała Barthosa. Oczywiście przelanie większej ilości many w ów wysiłek mógłby odnieść pozytywny skutek i wóz faktycznie zostałby przepchnięty, lecz na taki wysiłek magiczny detektyw nie był jeszcze gotowy. Na razie granica jego możliwości zatrzymywała się na możliwości ciśnięcia włócznią z prędkością wystrzelonego bełtu. Może mógłby powalić człowieka potężnym pchnięciem, ale teraz nie to chodziło mu po głowie.
A jakby właśnie nauczył się w odpowiedni sposób wykorzystywać masę swoją i innych przedmiotów? Gdyby nie chciał przelewać wielkiej ilości many, żeby przyciągnąć wóz, lecz przelać mniej i w rezultacie role by się odwróciły? Wtedy masa wozu by przeważyła i to Barthos zostałby Przyciągnięty. Cóż, przynajmniej teoretycznie.
Z racji, że w pobliżu nie było żadnego wozu, Barthos postanowił przetestować swoją teorię, próbując Odpychania. Znalazł w ziemi niewielki kamień i stanął nad nim tak, że skała znajdowała się między jego nogami. Posłał do kamienia impuls, przelewając w niego coraz więcej many i Odpychając go stopniowo od siebie. W teorii kamień miał zagłębić się w ziemię do granic możliwości, a następnie trafić na opór – masę planety, z którą masa ciała Barthosa nie miała prawa się równać. W rezultacie detektyw powinien wznieść się ponad ziemię i lewitować. W duchu zmówił cichą modlitwę do Duronora, gdyż wszystkie jego pomysły opierały się w większości na czystych teoriach.
13.06.2018, 00:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Bezdroża za miastem
#19

Czuł, jak mana powoli wymyka się z jego ciała, aby uformować zaklęcie. Z jednej strony to uczucie napawało go pewnością siebie, czuł się silny. Z drugiej miał wrażenie, że sam siebie pozbawia czegoś ważnego, pojawiało się uczucie pustki. Wiedział, że to irracjonalne, gdyż mana w końcu się zregeneruje, jednak nie lubił się jej pozbawiać. Wolał czuć się "pełny", a przez to bezpieczny, ale to jego zmartwienie przypominało trochę sytuację, w której nie chciałby na przykład biegać, aby się nie zmęczyć. Ciało w końcu się zregeneruje, tak jak i mana. Zresztą zarówno kondycji jak i biegłości w posługiwaniu się magią nie dawało się wytrenować bez wysiłku. Wtedy wszyscy byliby Arcymagami.
Kamień, z którym połączył się impulsem, nie poruszył się nawet o centymetr. Zdawałoby, się, żę nic się nie dzieje, jednak po chwili Barthos poczuł napór pod rękoma, jakby nagle siła grawitacji zwariowała i zaczęła działać na odwrót, a Barthos trzymał w dłoniach coś bardzo ciężkiego. Wraz z przelewaniem coraz większej ilości many, napór wzrastał aż w końcu ramiona detektywa odskoczyły boleśnie do góry, zrywając połączenie.
Barthos odetchnął ciężko kilka razy - trochę zmachało go to ćwiczenie.
- Szlag by to... - zaklął, gdy już złapał oddech. Wbił wzrok przed siebie, rozmyślając nad tym, co zrobił źle, jednocześnie starając się ignorować nieprzyjemne uczucie mrowienia w okolicach barków. Uniósł wzrok ku niebu i zobaczył kołującego wysoko jastrzębia... lub jakieś inne cholerstwo, nie znał się na ptakach.
Zmarszczył brwi.
Czyli Odpychanie wywierało napór na jego dłonie. Może powolne przelewanie many się nie sprawdza, bo powinien odepchnąć się raz, a porządnie, niczym ptak zrywający się do lotu? Ale co, jeśli wyskoczy kilka metrów w powietrze, a potem runie jak długi na ziemię i się połamie? Hmmm...
Raz matka rodziła.
- Raz, a dobrze - powtarzał pod nosem, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku od ćwiczeń. - Raz, a dobrze.
Przekrzywił nieco głowę, strzeliło mu w karku. Odetchnął kilka razy i poruszył obolałymi ramionami, aby przygotować je do kolejnego wysiłku. Wiedział, że musi być ostrożny. Eksperymenty magiczne były niebezpieczne i mogły być przyczyną śmierci wielu ludzi... Ale w większości wypadków, gdy podczas eksperymentu coś szło nie tak, ginął eksperymentujący.
Stanął nad kamieniem.
Spokojnie. To jest jak robienie pompek. Przed chwilą zrobiłeś powolną, bardziej męczącą pompkę. Teraz zrób jedną szybką. Mniej się zmęczysz.
Teoretycznie.
Przygotował się i posłał impuls do kamienia. Przelew many był nagły, nie stopniowy, jak w poprzednim wypadku. Barthos machnął komicznie rękami, niczym startujący ptak. Poczuł pod sobą ogromną siłę, a także, że jego nogi oderwały się od ziemi. Zdążył jeszcze tylko uśmiechnąć się niczym szaleniec, gdy wyczuł, że nagle słabnie... i spada.
Impuls się urwał i Akolita runął w dół... chociaż runął, to za dużo powiedziane, gdyż spadł z wysokości zaledwie jednego metra. Cóż, wysokość odpowiednia, żeby skręcić sobie kostkę przy lądowaniu, lecz na szczęście Barthos przechylił się do przodu podczas startu i rąbnął o ziemię całą szerokością klatki piersiowej. Zaparło mu na chwilę dech w piersiach, lecz nie przestawał się uśmiechać.
Udało się! Cholera, udało się!
Zaczął się śmiać, strzepując przy okazji piach z twarzy. Na Duronora, kiedy ostatnio się śmiał? Chyba tylko bogowie wiedzą. Nieważne, ten sukces, chociaż mały, napawał go wielkim entuzjazmem. W końcu coś się udało!
Cieszył się jeszcze, gdy w końcu udało mu się zebrać z ziemi i podejść do swojej torby, z której wyciągnął pół bochenka chleba i jabłko. Trochę zgłodniał podczas ćwiczeń, a i mana odnawiała się za pośrednictwem jedzenia, toteż upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Siedząc na ziemi spałaszował połowę swojego zapasu chleba i owo jabłuszko, a następnie zapił kilkoma solidnymi łykami z bukłaka.
Czuł, że dotarł już prawie do połowy swoich możliwości magicznych. Nie chciał przesadzać - być może będzie potrzebował skorzystać z nich później - ale słyszał też o jakiejś magicznej chorobie wywołanej wyczerpaniem się całej many maga. Nie chciał zobaczyć u siebie jej objawów.
Odpoczął jakieś trzydzieści minut rozmyślając o różnych sprawach, a następnie zaczął się zastanawiać nad kolejną, być może ostatnią na dzisiaj próbą.
Szybkie przelanie many działało. Także wywierało napór na dłoniach, lecz już nie tak silny, jednakże przy normalnym skoku to nie dłonie wykonywały całą pracę. Robiły to nogi. Oczywiście Barthos mógłby stanąć na rękach i może nawet udałoby mu się podskoczyć, lecz na pewno nie wyżej niż w tradycyjny sposób. Nogi są silniejsze od ramion... Czy dałoby się umiejscowić punkt magicznego nacisku na jego stopach, aby to silniejsze kończyny dźwigały ciężar?
Chyba warto spróbować. Ale w inny sposób.
Tym razem nie stanął nad kamieniem, tylko w pewnej odległości od niego. Inne umiejętności Barthosa nie wywierały nacisku na ręce lub inne części ciała, więc może mógł jakoś kierować tym naciskiem? Właściwie było to dla niego całkiem nowe urzucie. Zaczął wyobrażać sobie, że odpycha się od kamienia, a moc napiera na podeszwę jego buta, nie wewnętrzną część dłoni.
Ruszył biegiem w stronę kamienia. Skoro miał wykorzystywać tą umiejętność w pościgach, powinien też w prawidłowy sposób ją ćwiczyć. Podczas biegu nadepnął na kamień i w chwili, gdy odbił się od niego prawą nogą, wysłał do niego impuls i przelał jeden duży ładunek many, próbując, o ile to w ogóle możliwe, przenieść punkt nacisku na swoje stopy.
Raz matka rodziła.



- 50 pkt many do tej pory.

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.06.2018, 13:55 przez Barthos.)

20.06.2018, 13:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Bezdroża za miastem
#20

Wzleciał! Cóż, może raczej wyskoczył, lecz kto by się przejmował terminologią w obliczu sukcesu?!
Tak, wyskoczył. Nie tak daleko i wysoko, jak sobie na początku wyobrażał, ale co z tego? Nie można przecież nauczyć się nowego czaru po zaledwie trzech próbach.
Wylądował twardo na ziemi - będzie musiał poćwiczyć jeszcze lądowanie - i obejrzał się z niewiarygodnie szerokim uśmiechem na twarzy, aby zobaczyć, jaki dystans udało mu się przebyć w powietrzu. Ocenił go na jakieś kilka metrów i pokiwał z uznaniem głową. Całkiem nieźle.
A więc wiedział już mniej więcej, jak "logicznie" podejść do tego zaklęcia, kiedy nawiązać Impuls i gdzie umieścić punkty nacisku mocy. Fakt ten sprawił, że miał ochotę na dalsze ćwiczenia. Z trudnem zwalczył pokusę ponownego zaszarżowania na kamień i odepchnięcia się z większą ilością mocy.
- Nie mogę sobie tak cały dzień skakać po polach - próbował przekonać samego siebie. - Trzeba oszczędzać Moc. Może Ireziel ma już dla mnie informacje. Może będę jej dzisiaj potrzebował.
No i była jeszcze ta choroba powodowana zbyt szybkim użytkiem many. Musiał się o niej trochę więcej dowiedzieć. Na chwilę obecną wolał nie ryzykować.
Podniósł torbę, a podniecenie i entuzjazm rozpalony przez udaną próbą tętnił w jego żyłach i wywoływał jakże ostatnio rzadki uśmiech na twarzy detektywa. Przez krótką chwilę czuł się wolny... Ale po każdym wzlocie musi w końcu nastąpić upadek.
Zarzucił sobie trobę za ramię, chwycił laskę w prawą dłoń i ruszył raźnym krokiem w stronę miasta. Prawdopodobnie jutro tu wróci lub znajdzie inne miejsce do treningów. Dzień był jeszcze młody i w straży pewnie pozostało wiele do zrobienia. To, że Ireziel zdobywał informacje do śledźtwa Barthosa, nie znaczyło, że detektyw ma biernie czekać na wezwanie. Mógł pomóc strażnikom w obowiązkach... lub samemu dokonać zwiadu.
Cokolwiek dziś wybierze, zrobi to z uśmiechem na ustach.

Gracz opuścił wątek
10.07.2018, 11:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna