Rzadkie drzewa - Strefa I
#31

in, nawet gdyby chciała, to nie miała czasu, żeby zdziwić się wystarczająco adekwatnie do sytuacji. Jej piękne oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy wielka, nieumarła postać odwróciła się do niej z prędkością, o jaką by jej nigdy nie posądziła. Zacisnęła szczęki, a na jej twarzyczce pojawił się grymas, który w jakimś innym świecie, pełnym przemocy, okrucieństwa i podłości można by nazwać uśmiechem... Oh, zaraz. Przecież w takim właśnie świecie żyjemy! W czerwonowłosej głowie Mędrczyni po raz kolejny pojawiło się pytanie: co to, do kurwy nędzy, ma być? Paskudztwo, które w jakiś pokrętny sposób wydało jej się piękne. Strach, który nieśmiało stał gdzieś na krawędzi jej świadomości walczył w tej chwili z dzikim podnieceniem. Smocza córka niemal zaśmiała się w głos, kiedy ujrzała kościane kły. I to mają być kły? W porównaniu z paszczą jej ojca, u tego stworzenia były to co najwyżej bardzo zepsute, szczenięce mleczaki. Nie takich rzeczy naoglądała się w życiu. Nie zmieniło to jednak faktu, że jej serce coraz szybciej pompowało krew, czuła to w skroniach, czuła jak całe jej ciało się spina, oczekując na walkę. Przełknęła ślinę, kiedy jej oczy Dostrzegały coraz to nowe rzeczy. Linie były niemalże poszarpane, ale w dalszym ciągu pozwalały jej widzieć nieprawidłowości w stosunku do tak dobrze jej znanych ludzkich szkieletów...
Nagle pojawiło się uczucie nieważkości. I ból w boku, kiedy koścista, sześciopalczasta dłoń zacisnęła się na nim bez najmniejszego przejawu delikatności. Ten właśnie ból był dla Vin impulsem, który uwolnił jej szaloną, dziką i pożądającą walki stronę. Dziewczyna warknęła wściekle, a jej oczy po raz kolejny zapłonęły błękitem. Na przeoranej blizną twarzy malowała się szaleńcza furia, kiedy patrzyła na opadający prosto na jej głowę topór. Przejęła nad nim Kontrolę, a niebieskie linie ostrza poddały się jej nieugiętej woli, kiedy zmieniła lekko tor spadania ostrza - na tyle, by ominął ją, a uderzył w ramię, które ją trzymało. Na jej komendę błękitne linie pogrubiły się, kiedy dodatkowo użyła swojej magii zwiększającej wagę, nie chcąc ryzykować na samym początku walki. Nie miała jednak pojęcia jak bardzo wytrzymały jest jej nowy przyjaciel. Vin już zdążyła obdarzyć go uczuciem, jakie można żywić dla przeciwnika, który pragnie cię zniszczyć. To musiała być czysta miłość!
Smocza Córka odskoczyła i cofnęła się kilka kroków. Przygryzła wargę, kiedy ciało pod zakleszczoną na jej boku kościotrupią ręką, pokryło się stalą. Ze stłumionym jękiem oderwała ją od żeber, skupiając się tylko i wyłącznie na swojej wściekłości. I pożądaniu. Ale... jak łaknąć krwi od kogoś, kto już od dawien dawna nie czuje jej w swoich żyłach? Cokolwiek. Cokolwiek, byle nie myśleć o bólu, który mimo wszystko rozlewał się po jej boku i szarpał ją zimnymi szponami. Kaptur już dawno ześliznął się z jej głowy, a niesforne włosy rozwiały się na wszystkie strony. Uśmiechnęła się kącikiem ust, czując jak serce dudni jej klatce piersiowej. Dopiero po tym wszystkim przypomniała sobie o trzymanym w drugiej ręce sztylecie. Nie chciała jednak go używać, dopóki stwór jej do tego nie zmusi.
- Czym jesteś, bezmózga szkarado? - spróbowała raz jeszcze, nie licząc jednak na jakiś efekt. Bardziej dla zasady i wiary w cuda. - Czym jesteś, że nie kłaniasz się potomkowi Smoków!? - zmrużyła oczy, a w jej głosie pojawił się nowy ton. Bezbrzeżnej pogardy dla wszystkiego, co nie oddawało Smokom należnej pokory.
Wiedziała już jak szybki potrafi być ten Worek Kości. Jak silny być może, jeśli mu na to pozwoli. Jak nudne byłoby umieranie z jego ręki... Białe zęby błysnęły w uśmiechu stalowookiej, kiedy topór na jej rozkaz posłusznie się uniósł i pojawił tuż przy niej, ona zaś odepchnęła go z szalonym warknięciem i całą swoją mocą prosto w miejsce, gdzie powinna być niegdyś klatka piersiowa potwora - a teraz, pod stertą zmurszałych, śmierdzących szmat, nie było nic, co mogłoby odwzajemnić jej uczucia.

Poprzedni post: Dostrzeganie 4PM
Aktualny post: Dostrzeganie 4PM; Ważenie i Kontrola: co wyceny przez MG
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.05.2019, 15:06 przez Vin.)









26.05.2019, 15:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#32

STRAŻNIK


aklęcie kontroli podziałało wedle zamierzeń. Ostrze topora zamiast w głowę Księżniczki trafiło w jego własną rękę, wbijając się w jedną z kości. Nie rozluźniło to jednakże uścisku potwora. Uczucie bólu było mu najwyraźniej po prostu obce, a brak jakichkolwiek mięśni sprawiał że uszkodzenie kończyny nie miało żadnego wpływu na jego siły. Bez żadnej zmiany wyrazu twarzy, wyciągnął oręż z rany. Nie zdążył jednak wyprowadzić kolejnego ciosu, bo czarodziejska moc wyrwała mu z ręki jego własną broń i posłała ją w klatkę piersiową. Siekiera wbiła się sporo płycej niż za jego własnym atakiem – podczas tej krótkiej Kontroli nowatorsk pocisk nie miał jak nabrać należytego impetu, a niemożność kontroli drewnianego trzonka stanowiącego zbędny balast tylko utrudniała całą robotę. I ta "rana" nie odniosła żadnego wpływnu na draurga. Niezdolny do skomplikowanych procesów myślowych szkieletor w końcu zorientował się że jego własne narzędzie do zabijania odmówiło mu posłuszeństwa. Rzucił podniesioną kobietę o ziemię z głuchym hukiem. Tak jak podniesienie jej nie stanowiło dla niego problemu, tak samo siła z jaką wprawił swą zdobycz w ruch wystarczyła by zwalić ją z nóg i odbić się solidnym bólem w udach. Jakby nie wyciągając wniosków z poprzedniej lekcji, kościany przecwnik znów pochwycił toporzysko i szykował się do kolejnego ciosu.


//-22PM w sumie za Kontrolę i Ważenie
29.05.2019, 14:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#33

oczuła na policzku impet, z jakim obok niej przeleciał topór, wbijając się kości jej nowego przyjaciela. Vin z nietypowym dla niej niedowierzaniem, które z każdą chwilą przeradzało się w znajome, gorące wkurwienie, patrzyła na efekty swoich działań, które okazały się... właściwie niczym. Jak to w ogóle możliwe?! Potworzysko jak gdyby nigdy nic wyrwało topór z ramienia i zamierzało zamachnąć się po raz kolejny, ale jego działania także nie przyniosły żadnego skutku, bo czerwonowłosa dalej kontrolowała ostrze prymitywnej broni. Bardziej jednak niż sama bezskuteczność jej ruchów, dziewczynę drażnił martwy spokój, cisza i brak jakiejkolwiek emocjonalnej reakcji bestii. No dobra. Mógł być kościotrupem, bez mózgu, strun głosowych i własnej woli... ale na litość wszystkich Smoków! Taka walka w ogóle nie sprawiała jej przyjemności. Nie sprawiała, że miała ochotę tańczyć między ostrzami lub rzucać się jak pies ze wścieklizną na przeciwnika. Draug musiał dojść do takiego samego wniosku, ponieważ rzucił Vin o ziemię nie tylko bez krztyny delikatności... cóż, prawdę mówiąc, po prostu jebnął ją o ziemię tak mocno, że aż poczuła ból w zgrabnym tyłku i kręgosłupie. Chwilowy bezdech wycisnął łzy z jej oczu, co dziewczyna skwitowała dzikim warkotem. Stalowe oczy spojrzały na kościotrupa wściekle, a blask Dostrzegania nie gasł ani na moment. Gdyby nie fakt, że zamierzał ją znów zaatakować, pewnie tym wzrokiem wypaliłaby mu dziurę w trupiej czaszce! A przynajmniej tak to wyglądało w jej wyobraźni.
Przeturlała się na bok i wstała chwiejnie, czując jak jej uda i krzyż wołają o szybką pomstę. Wbiła sobie pazury w dłoń, skupiając się na innym ośrodku bólu i zastanawiając się gorączkowo, jak to bydle może mieć kości twardsze niż metal? Niż JEJ metal, bo skoro już nad nim zapanowała, rościła sobie do niego własność. Chyba po raz pierwszy naprawdę się cieszę, że mój przeciwnik ma broń ze sobą... ~ przemknęło jej przez myśl, kiedy Kontrolą wyrzuciła draugowi topór z kościstych łap, ciekawa czy będzie gonił za swoją bronią. Szybko w to jednak zwątpiła, choć ta myśl zasiała inną. Będzie ją gonił... A gdyby tak...
Smocza córka nigdy nie lubiła bezużytecznego dramatyzmu gestów przy rzucaniu zaklęć. Tym razem jednak całkowicie odruchowo wyciągnęła dłoń przed siebie, a topór spadł na dół, gdy mu to magicznie nakazała, a potem poleciał z prędkością, jaką może nadać siła potomków władców przestworzy, prosto w stronę goleni - znaczy, kości piszczelowej i strzałkowej, o ile takie jeszcze posiadał - a jego głowica rozciągnęła się w poziomie, na tyle, by była w stanie sięgnąć obu nóg bestii. Vin wzmocniła trwałość metalu, wplatając w niego kolejne błękitne nici swojej magii. Tym razem zwiększyła objętość wzmocnionego metalu, by kończyny kościotrupa na pewno zostały nim pokryte, niczym spektakularnie dziwnymi, metalowymi dybami na nogi. Oddech jej przyspieszył, a twarz i kark sperliły się potem. Dawno nie musiała korzystać z tylu mocy naraz. Czym było to cholerstwo, że nie dało się zabić za pierwszym uderzeniem?! Skrzywiła się, skupiając tylko na swoim przeciwniku. I metalu, który krępował jego nogi, gotowa w każdej chwili oddać część swojej mocy na kolejne wzmocnienie magicznych kajdan. Wypuściła powietrze z płuc, bo uświadomiła sobie, że od jakiegoś czasu wstrzymuje oddech. Przygryzła wargę, mając szaloną nadzieję, że jej magia nie zawiedzie w takim momencie. Bo gdyby tak pozbawiła go możliwości ruchu, to może kuźwa, może jednak te kości wreszcie spoczną w ziemi, skąd nigdy nie powinny wyleźć!

Dostrzeganie: 4PM;
Trwałość, Wielkość, Kontrola: do wyceny.








29.05.2019, 20:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#34

STRAŻNIK


rup stracił zainteresowanie przemieniającą się bronią i postanowił kontynuować swą agresję w bardziej karczemnym stylu – własnymi kościstymi kończynami. Na dodatek, jak ostatnia pozbawiona honoru szuja, nie czekała wcale aż Vin wstanie zanim uznał że warto dalej nacierać. Podniósł swoją nogę i uderzył ją o ziemię z niemałą siłą i tylko szybka reakcja szkarłatnowłosej uratowała ją przed zgnieceniem kości. Mędrczyni musiała zrobić kolejny, niespodziewany unik by ochronić się przed ciężką pięścią chcącą pozbawić ją zębów. Podniesione na jej rozkaz żelazo topora uniosło się i rozserzyło, niszcząc drewniany trzonek który upadł na ziemię, bezużyteczny. Wprawione w ruch ostrze wbiło się najpierw w lewy goleń, a zaraz potem, niesione prawem zachowania pędu, uderzyło o prawy, wchodząc jednak płycej niż powinno. Nieumarły znów zdawał się nawet nie zauważyć tego co go spotkało. Dopiero próbując podnieść nogę zaczął siłować się z płytą. Kobieta miała właściwie chwilę by zareagować, bowiem stwór nie pozostawiał wątpliwości że był na tyle silny by wyrwać się z prowizorycznych kajdan.


=====
Wielkość: -12PM
Trwałość: -20PM
Kontrola: -12PM
30.05.2019, 22:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#35

rup, owszem, stracił zainteresowanie bronią, która przestała słuchać jego poleceń. Bez cienia wątpliwości miał to jednak w swoim kościstym zadzie, co tylko spotęgowało palącą w gardle wściekłość czerwonowłosej smoczej czarownicy. Jej oczy nabiegły krwią, a przy błękitnym blasku jej tęczówek i błyszczącej bliźnie na lewym oku był to widok dość masakryczny. Świat wokół niej jakby zwolnił, a każdy szczegół zdawał się nabierać większego wyrazu. Vin pozwoliła sobie na zanurzenie w swoim bitewnym szaleństwie, które pragnęło tylko zabijać i niszczyć. Wyszczerzyła zęby i syknęła, jak rozjuszony kocur, a prawdopodobnie tylko wpojone odruchy lub, co bardziej prawdopodobne, cholerne szczęście, uratowało ją przed zgnieceniem przez nieumarłego trupa. To jednak nie miało znaczenia, szczęście w walce było tylko kolejną umiejętnością, którą musiał zdobyć każdy wojownik, chcący przeżyć w tym paskudnym świecie. Nie każdy mógł dostąpić takiego błogosławieństwa.
Mędrczyni kochała walkę, jej ostateczność i nieuchronność, emocje, które wychodziły na oblicza przeciwników, pasję, żądzę, strach, determinację, nienawiść... Jednak pojedynek z nieumarłym, który był całkowitym zaprzeczeniem jej najbardziej podstawowych pragnień był frustrujący. Frustrujący na tyle, że chyba po raz pierwszy w swoim życiu zechciała zakończyć go jak najszybciej. Stalowooka z ciężkim oddechem i dużym wysiłkiem posłała wzmocnione magią żelazo do zatrzymania potwora, otwierając się na swoją magię. Nie zamierzała używać jej tak wiele do zaklęcia wzmocnienia, ale świadomość konieczności chwyciła ją lodowatą dłonią za gardło. Ledwo udało jej się przełknąć ślinę, kiedy dotarło do niej, że gigantyczny, chodzący kościotrup jest chyba najbardziej niebezpiecznym przeciwnikiem, jakiego mogła mieć na swojej drodze.
- Kurwa. - syknęła, widząc, że nie ma czasu na obmyślanie górnolotnej taktyki. Instynkty dzikiego stworzenia, w które powoli się zmieniała, poddając się licznym rzeziom krzyczały ostrzegawczo. Najchętniej uciekłaby, ale nie łudziła się, że bestia da zignoruje jej zniknięcie. Była zmęczona i obolała. Ale nie aż tak głupia... Jedyną szansą na przeżycie był dla niej szybki atak.
Za pomocą Kontroli pchnęła z krzykiem metalową płytę, w której chwilo uwięziła kościotrupa, jakiś metr do tyłu, licząc na to, że nagła utrata równowagi przewróci go na twarz i schodząc z drogi jego upadku. Zmęczenie wbijało swoje kły w jej szyję i ramiona, stwór był niemożebnie ciężki, ale Vin stawiała w tej chwili na szali swoją dumę. Niemal w tej samej chwili, kiedy dostrzegła zachwianie drauga, obiegła go i skoczyła na jego plecy, tym samym przyspieszając i wzmacniając impet jego upadku. Wpadając na niego uniosła prawą rękę w górę, zmieniając ją w metalowy młot, dociążając go dodatkowo magią, który wycelowała w bezmózgi czerep draugira. Czerwonowłosa też była pozbawioną honoru szują, ponieważ od razu odczepiła młot od swojej dłoni, i zwiększyła jego objętość, by oblepić jak najwięcej czaszki i kręgów szyjnych, a potem niemal ze łzami wysiłku w oczach i zimną furią, pchnęła metolową płytę z piszczeli i zalaną metalem część szyjną kręgosłupa w przeciwne strony, tworząc magiczne, madejowe łoże. Vin wydusiła z siebie zdeterminowane warknięcie, czując opór kości, ale na wszystkie Smoki!, przecież te kości powinny już dawno obrócić się w proch! Jej serce waliło jak szalone, głowę wypełniały tylko dwie myśli: rozerwać go. Zgnieść go. Włożyła zdecydowanie więcej niż nakazuje rozsądek swojej magicznej mocy w zaklęcie Kontroli.
Przygryzła wargę, zamykając oczy. Wkładała w odpychanie nie tylko całą swoją moc, ale także całą swoją wściekłość. Jej dłonie zaciskały się w pięści - na każde uczucie pękania lub słabnięcia swojej magii, uzupełniała i wzmacniała powstałą lukę. Gdyby zaś bestia próbowała się w tym czasie mocno wierzgać, Vin odskoczyłaby na tyle, by nie dosięgły jej łapy kościotrupa, nie przerywając desperackiego ataku.

Dostrzeganie - 4PM
Kontrola, Trwałość, Ważenie, Powłoka - do wyceny
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.06.2019, 18:54 przez Vin.)









01.06.2019, 14:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#36

STRAŻNIK


rzucony z dłoni młot z gracją kowalskiej pięści opadł na czaszkę nieumarłego stwora. Towarzyszył temu głuchy odgłos pękającej kości, znak że przeciwnik nie był tak niezniszczalny jak mogłoby się wydawać. Ale czy na pewno? Przygwożdżona przez okrutną konstrucję czaszka faktycznie szybko ustąpiła i rozpadła się na mniejsze, niegroźne części. Siła z którą stwór podnosił nogi by wyłamać żelazne dyby sprawiła że gdy przeszkody zabrakło, ogromne cielsko upadło na ziemię przed czarodziejką, oddając jej należny pokłon. Pomimo jednak upadku i utraty kapitelu swojego ciała, draurg wciaż się poruszał. Wbrew wszelkim prawom życia i logiki, bezgłowy golem wstawał jak gdyby napędzająca go nienawiść do wszelkiego życia była wystarczająca do funkcjonowania. Jego ciężkie, kościste palce wbiły się w ziemię, gdy zaczynał wstawać. Czynił to znacząco wolniej niż poruszał się wcześniej. Czy jednak było to związane z zadanymi mu obrażeniami? Tak czy tak, ociężałość oponenta dała Vin czas na podjęcie kolejnych działań.

=====
Za wszystkie czary w sumie(Nie licząc Kontroli): -35PM
03.06.2019, 20:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#37

igdy nie czuła się bardziej sobą niż w prawdziwej walce. Mogła być wtedy wolna, nikt jej nie hamował ani nie ograniczał, nikt nie kazał się pilnować i zachowywać... normalnie. Wręcz przeciwnie. Jej utrata kontroli nad sobą, zwierzęce odruchy, pobudzone ponad zwyczajne granice instynkty wydawały się właśnie tym, czego się po niej spodziewano. I to było właściwe. Tylko czemu, kurwa, czemu w takim razie, w każdym innym momencie jej życia, była stopowana? I to głównie przez samą siebie?, co ją zawsze doprowadzało do szału i wspomnianej utraty panowania nad sobą... To było jej błędne koło. Czerwonowłosa koniec końców też była potworem i to nawet nie w głębi serca, ale tak całkiem na jego wierzchu. Ale teraz nie musiała się tym przejmować, bo...
Jej piękne oczy rozszerzyły się w szczerym zdumieniu, kiedy tymczasowo przekształcona w młot dłoń, rozbiła kościotrupią czaszkę. Vin miała wrażenie, jakby czas zwolnił, a rozpraszające się w powietrzu odłamki kości błyszczą jakoś tak pięknie w przebijających się przez poszycie promieniach słońca. Krajobraz mógłby być nawet romantyczny, gdyby nie chodziło o magicznie ożywione zwłoki.
- Mógłbyś, pierdolony przyjacielu, zdechnąć. - wyszczerzyła się okrutnie, a szaleństwo czające się na dnie stalowych źrenic wypłynęło na jej oblicze, czyniąc ją przewspaniałą, bezlitosną boginią wojny, jaką poeci mogą opiewać w pieśniach i eposach. To był ułamek sekundy. Dziewczyna poczuła, jak krew jej przyspiesza, a oddech staje się szybszy, choć dalej był całkiem równy. Nie zamierzała dać swojemu kościejowi czekać, przecież to byłoby wbrew wszystkim zasadom prawdziwej przyjaźni! Takiej, która trwa do końca życia! A to w przypadku drauga, Vin miała nadzieję, zaraz powinno się skończyć.
Mędrczyni przestała udawać, że subtelności magii działają na wszystko i załatwią każdego przeciwnika, który stanie na jej drodze. Czasem po prostu trzeba się barbarzyńsko ponapierdalać i porozbijać kilka czerepów tępymi narzędziami. Draugir co prawda wyłamał sobie drogę do wolności, jednak smocza wiedźma nie zamierzała oddać tego zwycięstwa łatwo i pozostałości jej metalowych dyb, które zostały przy kościotrupie, Kontrolą trzymała cały czas w jednym miejscu. Jakiekolwiek dodatkowe spowolnienie działało na jej korzyść. Skorzystała ze swojej Powłoki, i podobnie jak stworzyła młot, tym razem jej magia utworzyła kiścień z dość dużym bijakiem najeżonym kolcami. A następnie zaczęła swój taniec, nie czekając aż jej partner zorientuje się jaki dokładnie rodzaj tańca rozpoczęli. Ta wiedza była potrzebna tylko samej czarownicy.
Rozkręciła kiścień, zwiększając z wyczuciem wariatki jego ciężkość i z głuchym warkotem runęła z atakiem na ociężałe, ożywione kości, uderzając w barki i łopatki próbującego wstać przeciwnika. Wzmacniała impet swoich uderzeń magią, bo widocznie tylko ciężkie ataki obuchem robiły na nim jakiekolwiek wrażenie. A każde kolejne uderzenie tylko podsycało z kolei jej wściekłość, jej agresję, jej determinację. Jej szaleństwo. Bo w końcu:
TO.
Uderzenie.
NIE.
Uderzenie.
JEST.
Uderzenie.
- PRZYJEMNE! - ryknęła, te słowa także podkreślając kolejnym uderzeniem.
To nie była walka, to nie było nawet zabijanie. Nie było krwi, krzyków, błagań i przeklinania bogów i demonów. To było przetrwanie. Ta myśl znów pojawiła się w jej umyśle i po raz wtóry sprawiła, że zamierzała to skończyć tak szybko, jak to możliwe. Zapomniała o bólu, o strachu, nie pamiętała nawet o swojej miłości i ulotnych chwilach szczęścia, a jedyne co znajdowało się w jej umyśle w tej chwili to... śmierć. Bo nią chyba była, prawda? Przynosiła i zabierała ją ze sobą. Kroczyła w niej. Musiała nią być, czyż nie tak? Inaczej to, kim się stała, mogłoby przerazić nawet ją.
- Giń w końcu! - rozkazała, ale jej krzyk odbił się od niej głucho, jakby słyszała go spod wody. Magiczny kiścień zmienił się w wekierę, a Mędrczyni wciągnęła do płuc ogrom powietrza unosząc broń nad głowę i z wkurwionym spojrzeniem zamierzyła się na kości dłoni i nadgarstków potwora.
Był wolniejszy, widziała to. Nie zamierzała jednak głupio ryzykować. Nie miała pewności czy draugir jest w stanie ją - albo jej magię - w jakikolwiek sposób wyczuć. W miarę możliwości starała się unikać jego ewentualnych ataków, ale jej głównym celem było całkowite odebranie możliwości ich wyprowadzania. Jeśli zamierzał się na nią kościstą ręką, odskakiwała w bok i uderzała w wyciągniętą kończynę w taki sposób, by trafiać w najsłabsze miejsca - w łączenia stawów, cieńsze kości, zamierzała je kruszyć, miażdżyć, niszczyć jego magiczne życie, które nigdy nie powinno tak naprawdę powstać.
Zmęczenie jednak powoli brało nad nią górę, choć podsycające jej smocze siły szaleństwo dopiero się budziło z drzemki. Vin wyszczerzyła zęby, czując w barkach i płucach, że każde z następnych uderzeń wymaga od niej więcej skupienia i zastanowienia się. Gardło paliło ją, już sama nie była pewna czy od krzyku, czy po prostu od gwałtownego wysiłku i braku wody. Dziewczyna spojrzała na chodzące kości wzrokiem pozbawionym litości. Tu nie mogło być o niej mowy. Niech zdycha. Przecież takie są prawa przyjaźni, prawda?

Dostrzeganie - 4PM
Kontrola, Ważenie, Powłoka - do wyceny








07.06.2019, 23:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#38

STRAŻNIK


up. Łup. Łup. Każde kolejne uderzenie rozlegało się z głuchym dźwiękiem pękających kości. Zadane przez czerwonowłosą ciosy niewątpiliwie nie tylko powaliłyby większość znanych jej istot, ale dosłownie zrobiły z nich niezdatną do niczego miazgę. Kościany golem zaś na przekór chyba nawet samym bogom wytrzymywał zadawane mu obrażenia. Ten nieżywy, lecz jednocześnie nieśmiertelny stwór po prostu wstał, nie zważając na żelazną kulę powoli, acz nieustannie wyniszczającą jego ciało. Kiedy podniósł się już z ziemi i stanął prosto, można było dostrzec zostawione nad ziemi odłamki żeber i oczywiście pozostałości zgniecionej czaszki. Kobieta mogła podejrzewać że prędzej czy później uda jej się rozmontować szkieleta. To jednak wymagało pracy.

Rozwścieczona Vin ochoczo tę pracę wykonywała. Zaś będący pod ciągłym naporem kolos jednak w końcu doprowadził się do pionu i zechciał sam wyprowadzić atak. Zamachnął się by swą kościstą łapą uszkodzić śliczną twarz swej oponentki. Jego dłoń zatrzymała się wekierze. Kawał żelaza oderwał od reszty ciała nastepną część. Ociężały i bezmyślny konstrukt kontynuował jednak natarcie. Gdy prawa ręka zawiodła, spróbował lewej. Jego próby zamieniły się w serię wymachów przeprowadzonych na oślep. Choć zmusiło to Księżniczkę do wycofania się, dało jej możliwości dalszsego łamania kości. Problem jednak był następujacy – ataki były nieprzerwane. Po każdym ciosie następowały kolejny, a wraz z nim szkieletor zbliżał się do swojego celu. Pomimo braku głowy, w jakiś sposób był zorientowany w terenie i wiedział w którą stronę należy się kierować.

//Koszta:
40 many za wszystko.
10.06.2019, 10:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#39

amozwańcza księżniczka smoczych dzieci nie przywykła do takiej nieugiętości materiału organicznego. Opór i uparte trzymanie się tej plugawej namiastki życia, którą przedstawiał całym swoim jestestwem, draugir był dla niej czymś zupełnie nieznanym. I całkowicie niepożądanym. Skrzywiła usta w marnej imitacji uśmiechu pełnego pogardy, patrząc na bestię z nieudawaną i niepohamowaną nienawiścią. Czerwonowłosa wiedźma wciągnęła głęboko powietrze w płuca i wypuściła je powoli, czując gęsią skórkę z powodu chorej, absolutnej ekscytacji. Nie było najmniejszej szansy, żeby kościej po takim ataku wstał ponownie. Vin z jej smoczą siłą i destrukcyjną magią nie miała innej opcji, jak tylko zmasakrować...
Zmasakrować?
- Bogowie, to chyba jakiś żart... - dziewczyna otworzyła szeroko oczy i zaśmiała się histerycznie, kiedy ta bezczelna kreatura, osypując się z własnych kości, raz jeszcze uniknęła wiecznego spoczynku z jej ręki. W głowie smoczej córki aż zaszumiało od emocji i myśli, których nie była w stanie nijak powstrzymać. I nie chciała nawet próbować, wiedząc, że to może być jej jedyna szansa na przetrwanie. Oddała się swojej złości, otuliła się furią walki niczym najtwardszym pancerzem, zatraciła się w demonicznym amoku, który był jedną z jej ukochanych i niezawodnych broni. Odsłoniła zęby w przepięknym, dzikim uśmiechu, poddając się chwili i zaatakowała go ponownie. Tym razem czymś, czym mogłaby jeszcze skuteczniej mu przypierdolić. Z wrzaskiem udało jej się trafić draugira w kościstą dłoń, która pierwotnie miała spotkać się z jej twarzą. Wekiera z satysfakcjonującym trzaskiem odłupała prawą rękę bestii. Nie udało jej się długo cieszyć tym małym sukcesem, ponieważ nieumarły zaczął zachowywać się zupełnie jakby był świadomy, że jeśli da jej się zbliżyć, to może być jego koniec. Taki bezmózgi, a jednak taki mądry.
Smocza księżniczka musiała odskoczyć, zatrzymać się na moment, zirytować na fakt, że coraz ciężej przychodzi jej oddychanie, a ramiona stają coraz bardziej zmęczone. To nie wróżyło niczego dobrego. Czuła ciężar trzymanej wekiery, który był co prawda pocieszający, ale z każdą chwilą coraz mniej użyteczny w jej stanie.
- Cholerrrbyto... - warknęła, nie zdejmując Kontroli z rozwalonych metalowych dyb, by jak najbardziej utrudnić potworowi i tak niezgrabne już poruszanie się. Broń w jej dłoniach przestała ciążyć, kiedy za pomocą Kontroli posłała ją na bestię, mierząc w prawy staw kolanowy, uderzając raz za razem, jak drwal, który musi wyrobić swoją normę nim wróci po ciężkiej pracy do domu. Vin chciała zająć drauga choćby na moment. Wyjęła swój krótszy sztylet i rzuciła go w stronę potwora, skupiając się na jego locie. Musiała przyznać, że Kontrola była tutaj bardziej niż pomocna, ponieważ celowała w jeden, konkretny punkt - w kręgosłup, a właściwie pomiędzy kręgi, na wysokości wyłamanych wcześniej żeber. Jeśli udało jej się trafić, popchnęła go swoją mocą gwałtownie, a następnie zwiększyła grubość sztyletu i cały czas dopychając falami mocy. Gdyby był wampirem, umarłby szybko... ~ przeszło jej przez myśl z niejakim żalem. W momencie, w którym draug zorientowałby się, że ktoś zamierza go rozpołowić, wekiera zmieniła cel ataku na pozostałą "zdrową" rękę potwora. Czerwonowłosa piękność musiała dać sobie choć kilka sekund wytchnienia od fizycznego wysiłku. Wiedziała, że inaczej w TAKIEJ walce nie będzie w stanie długo się utrzymać. Mimo tego, że Kontrola dwóch obiektów nie była monstrualnie trudna, Vin musiała być dokładna i agresywna, nie mogła pozwolić sobie na przypadkowe ruchy, nawet jeśli były one nieskomplikowane. Oparła się o drzewo plecami, nie spuszczając wzroku ze swojego przeciwnika.
Uśmiechnęła się, a jej oczy błysnęły szaleńczo. Wekiera była dobrym narzędziem. Adekwatnym. A gdyby tak... korzystając ponownie z Powłoki, mędrczyni stworzyła młodszą siostrę wekiery - metalową pałkę, z szerszym walcem na końcu, który najeżony był grubymi, ostrymi kolcami: morgensztern. W spaczonym umyśle Vin wyglądał piękniej niż róża, choć skojarzenie okutej maczugi z delikatnym kwiatem nie powinno być chyba nikomu po drodze. Uśmiechnęła się dziko, odrzucając swój płaszcz. Nawet kilka sekund bez presji było dla niej na tyle ożywcze, by raz jeszcze stanęła do walki. I choć była świadoma, że są to być może jej ostatnie podrygi, wrodzona złośliwość i niegasnące wkurwienie dało jej kopa w tyłek, by zmierzyła się z potworem. Jak równy z równym.
Przebiegła szybko łukiem od strony zniszczonej, lewej ręki i nie hamując, okręciła się z na pięcie i z pełnym determinacji krzykiem, z półobrotu uderzyła z hukiem (i wspomaganiem Kontroli) w kręgosłup kościeja - dzięki Dostrzeganiu wiedząc gdzie trafić - czyli dokładnie tam, gdzie z drugiej strony magia dopychała jej sztylet. Po tym ataku, zrobiła kilka niepewnych kroków do tyłu, nie zwalniając żadnej ze swoich broni spod Kontroli magii. Dyszała ciężko, a w jej głowie znów rozpętał się huk, tym razem trochę panicznych, myśli. Przygryzła wargę aż do krwi, próbując się skupić na jednym: wstanie toto znów czy padło na dobre? Czy nadejdą kolejne? Niemal się najeżyła, czekając na to, co przyniosą jej najbliższe sekundy.

--
Dostrzeganie: 4PM
Kontrola, Powłoka, Ważenie - do wyceny








11.06.2019, 20:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#40

STRAŻNIK


rup z każdym zadanym mu ciosem miał coraz mniej siły i poruszał się wolniej, jak gdyby energia trzymająca go przy upiornym nieżyciu coraz szybciej się kończyła. Odłamana głowa i dłoń, choć nie położyła nieumarłego do wiecznego snu, wyraźnie go osłabiły. Każdy kolejny atak zdawał się tylko pogarszać jego sytuację, odbierając mu coraz więcej i więcej sił. Ta obserwacja, choć wcale nie musiała być oczywista, nieco inaczej rzutowała na całą walkę. Niezdolny do zadania jakiegokolwiek ciosu draug przegrywał ją od samego początku, pomimo nieustannego opierania się śmierci. Wysiłek czarodziejki, choć był wyczerpujący, odniósł swój skutek. Suma obrażeń zadanych jej oponentowi w końcu zaczęła przeważać nad plugawą magią w niego włożoną. Wraz z trzaskiem pękającego kręgosłupa, ruch istoty jakby zanikł. Nie było śladu żadnych pośmiertnych konwulsji, żadnego rozlewu krwi czy ostatniego krzyku. Nastała po prostu martwa cisza, którą przerywać mogły co najwyżej dalsze ataki Vin.

Zwycięstwo, choć odniesione za cenę zmęczenia i smoczej many wciąż unoszącej się w powietrzu nie przyniosło ze sobą wiele. Szkieleta nie można było z niczego nawet obrabować. Kwestią czasu zaś było, aż kolejne bagienne bestie zaczną się tu zbierać, wiedzione śladami mocy Księżniczki. Kto wie, może tym razem zdarzą sie przeciwnicy bardziej żywi? Tacy, z którymi walka byłaby prawdziwą eksplozją emocji, a nie zwykłym rozgniataniem ciała na miazgę. Albo i nie. Puszcza w którą tuż przed walką weszła kobieta, choć wydawałą się być spokojna, raczej nie była przyjazna. Przecież opowieści o Starych Bagnach musiały mieć w sobie jakieś ziarenko prawdy, prawda?



STRAŻNIK
Mest


ijały minuty. Ciało Śwista zdawało się zaś całkiem dobrze znosić podróż, którą regularnie spowalniały bajora i drzewa stojące na drodze. Ból pleców, choć nie ustawał, nie nasilał się. Do tej pory żaden potwór ani żadna zwierzyna nie postanowiła też przerwać mu wędrówki. Niewielka ilość drobnych futrzaków chowała się natychmiast na widok kroczącego w pancerzu człowieka, nieprzyzwyczajona do takich widoków i zapachów. Skrytobójca nie musiał się więc zbytnio martwić o swoje życie – przynajmniej na ten czas. Podróż, choć nudna, w końcu zakończyła się widokiem sylwetki gdzieś między drzewami. Czerwonowłosa istotka stała nad upadającym kościejem.


=====
Kochani, sprawa wygląda tak: Nie chciałem przedłużać Waszego spotkania, stąd taki krótki post dla Mesta. Załóżcie że się widzicie i możecie do siebie podbić, pogadać, póki co nic wam nie będzie przeszkadzać.
14.06.2019, 14:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna