Rzadkie drzewa - Strefa I
#61

rak odpowiedzi na wypowiedź uznałem za coś na kształt bezsłownej zgody, albo chociaż poniesienia próby takowego przedsięwzięcia, a przynajmniej taką miałem nadzieję. Obserwowałem w spokoju, jak zamiast dalszych interakcji, czy jakiegokolwiek słowa Mędrczyni rozgląda się po otaczającym nas terenie, przypatrując się zieleninie. Nim dotarło do mnie, co kryje się za tą nagłą, dziwną i bezsłowną zmianą tematu, poczułem coś nieprzyjemnego... jakby zignorowania i przegrania na polu zainteresowania z gromadką chwastów. Na szczęście, powstrzymałem się od niepotrzebnego dopraszania uwagi, zdając sobie na czas sprawę z zamiarów Czerwonowłosej. Plusem całej sytuacji było przynajmniej to, że mogłem beztrosko cieszyć oczy. Zgrabna Księżniczka pochylając się raz po raz w celu znalezienia przeróżnych ziół miała być dla moich oczu czymś w rodzaju przyjemnej odskoczni od paskudnych bagnistych terenów, jak i przy okazji balsamem na zszarpane nerwy. Kto wie... może podobała mi się nawet bardziej, gdy nie gadała tych wszystkich bzdur i zamiast na mnie, czy innych dywagacjach, była skupiona na najprostszych czynnościach. Mistrz, często powtarzał wspominając swoją byłą, jakoby najpiękniejszy obraz i wspomnienie poza tym z początku kiedy to pierwszy raz dobył miecza, to było właśnie kiedy jego dzierlatka, myśląc bóg wie o czym, oddawała się najprostszym czynnościom i nie zwracała na nic innego uwagi, ponoć wtedy była najpiękniejsza... oczywiście tej grubej maciory Mistrza, nigdy bym nie nazwał piękną, choćby mi wciskano wszystkie smoki tej ziemi. Do dzisiaj twierdzę, że wlała mu do strawy jakiś potężny eliksir miłości, bo nie było możliwości by pokochać taką świnię... No ale wracając... kto wie, może przy Vin czułem coś podobnego? Może tak jest ze wszystkimi kobietami... wie pewnie tylko ten co je z przypadku zaprojektował.


"Ja nie odpoczywam..." Słowa Mędrczyni wyrwały mnie z zamyślenia połączone z ruchem spłoszonego ptactwa. Czerwone włosy Vin mimo lekkiech zmierzwienia i prawdopodobnie dużej eksploatacji i niesprzyjających warunków wyglądały nadal nader dobrze, jakby były swoistym wyznacznikiem ogólnego stanu Mędrczyni. Po częstym ich poprawianiu ze strony Stalowookiej jak i zadbania można było dojść bardzo łatwo do wniosku jaką, perełką są dla Księżniczki. - A powinnaś! -odpowiedziałem pouczająco. - Jeżeli zmęczone ciało upomni cię w najbardziej nieoczekiwanym momencie, jeżeli chybisz, bądź nie zdążysz z unikiem, całe to "ja nie odpoczywam" będzie chuja warte. Co do ziół... Łap! To ilości które udało mi się zebrać blisko najgorszej części bagien. Starałem się dobierać te najmniej pospolite, bądź te które wydawały mi się najbardziej znajome pod względem studiowanego kiedyś zielarstwa. Może coś z tego nam się przyda... - rzekłem beztrosko rzucając obwiązane stalową żyłką przeróżne roślinki.

- Valen, Valen, a później dalej. W końcu nie od parady były ponoć te wcześniejsze słowa. - powiedziałem z uśmiechem, jakby próbując zmotywować Mędrczynię. Niestety wspomnienie Veina i ot tak zmienienia istoty planowania wybiło mnie kompletnie z rytmu. - Że co proszę? Jeszcze raz bo chyba nie usłyszałem, bądź nie rozumiem... Nie widziałaś typa nie wiadomo ile, rozstałaś się z nim, pewnie przez jakąś głupotę i poszliście w przeciwne strony. Świat jest ogromny, przez ten cały czas go nie spotkałaś i nagle wyjeżdżasz mi z tym... że będziesz go sobie teraz tak o szukać? Co to niby nagle zmieni? Na dobrą sprawę może być w Dravnul, w Revii czy być na wiecznych łowach w Avaroku? Po co było to wszystko wcześniej? Mamy wprowadzać zmiany, a nie bawić się w chowanego. Nie wydaje Ci się to żądnym stopniu dziwne? Idziesz sobie na bagna, Thorn wie czemu i nagle, pośrodku niczego, spotykasz mnie - poobijanego, ale zmienionego wewnętrznie Mędrca, swojego starego kumpla z planem od smoka. Może to spotkanie zostało nam przeznaczone? Jaka była szansa, że się spotkamy? Jeżeli mamy spotkać i Veina, to kierujące nami bóstwa, same go do nas zaprowadzą! Nie chcesz kierować się wierzeniami, dobrze... to chociaż pokieruj się logiką! - mierząc intensywnie Czerwonowłosą mówiłem wkurwiony z jadowitym tonem, pełnym mimo wszystko ogromnego niezrozumienia dla Mędrczyni Żelaza. Być może zazdrość i chęć posiadania Vin, a raczej strach przed jej utratą przed realizacją odległych zamierzonych planów robił swoje i spowodował, że krew jeszcze mocniej zawrzała... niestety nie mogłem zrozumieć jej bezpodstawnych w moim mniemaniu zachowań.


I tak oto ruszyliśmy w kierunku przeciwnym do nurtu rzeki w milczeniu. Mina mojej towarzyszki sugerowała względne znudzenie, co powodowało wątpliwości, by ta dziewczyna potrafiła choć na moment zachować pokój ducha. Przypominało mi to trochę mnie w trakcie treningów z młodocianych lat z Mistrzem, gdzie brak cierpliwości ciągle powodował wrzenie krwi i utrudniał większość zleceń. Na szczęście częściowo udało mi się pozbyć tego nawyku, lecz niestety, czasem problem z bezczynnością siał spustoszenie w umyśle, na tle pasywności sprzecznej z samodoskonaleniem się, toteż choćby w takich momentach jak ten, oddawałem się treningowi wspomnianej ocznej umiejętności, by zaspokoić tę istotną dla mnie część duszy, skupiając się na niej tym mocniej, kiedy Vin chodziła szukać przydatnego zielska.

Spojrzenie Vin i uwaga jaką w kierunku mojej osoby skierowała, spowodowało małe rozkojarzenie, bowiem nie wiedziałem, czy traktować zwrot jako przytyk i atak księżniczkowatej pani, czy może było to zwykłe pytanie, toć niechcący pozwoliłem ze zmęczenia rozwijać się wszelakim przeczuleniom. Zdecydowałem się neutralnie podejść do sprawy, jakby zaczepka nie była mi dana.
- Zatrzymać człowieka można na naprawdę wiele sposobów, a skłonić go do współpracy na jeszcze więcej. Można na przykład zmotywować go strachem - powiedział pstrykając palcami które rozbryzgały małą ilość wody na wszystkie strony chlapiąc przy okazji na płaszcz Mędrczyni. - Można przekonać podstępem. - dodałem siląc się na diaboliczny uśmiech. - Czy również zachęcić odpowiednimi środkami. - kończąc wypowiedź pstryknąłem zręcznie złotym smokiem w kierunku niebios, by następnie schować go ponownie do ukrytej sakwy. - I wiele, wiele innych. Jak widzisz, sposobów jest naprawdę dużo. Zdajmy się na kombinatorykę i instynkt. Chyba, że wpadłaś już na jakiś błyskotliwy plan... to w takim razie możesz się nim podzielić.  

Dochodząc do miejsca zawierającego spory płasko ustawiony głaz, cień i odrobinę osłonięcia, gdzie również gleba nie była nazbyt na mokła zdecydowałem się zatrzymać. To mogło być idealne miejsce na postój. Wpakowałem się na głaz i rozglądając się dookoła i wsłuchując w otaczający świat chciałem się upewnić, że jest to na pewno bezpieczne miejsce. Następnie ruszyłem w kierunku wody, by uzupełnić wodne pojemniki, opłukać twarz i schłodzić kark wodą. Potem mogłem sobie pozwolić na chwilę odpoczynku. Zdejmując płaszcz ukazałem się Mędrczyni odziany w swój specjalny czarny pancerz. Kiedyś cała jego konstrukcja zdawała się lekko nierównomierna z pancerną przewagą na lewą stronę, lecz teraz... kiedy brakowało ręki... złudzenie przestało być złudzeniem i pancerz w okolicach posiadającego jeszcze trochę przypalonych mędrczych łusek kikuta był drastycznie ścięty i lekko przypalony. Czułem się nieswojo obnażając swoją ranę przed Vin. Nie miałbym problemu przed prawdopodobnie żadną inną rzeczą, ale tutaj... kiedy świadomie pokazywałem swój uszczerbek mimowolnie wspominając smoczy prezent, było mi... można powiedzieć nawet trochę przykro.
- Tobie ocenić jak tam się sprawy mają. Mam jeszcze maść regenerującą, więc jak nic lepszego nie wymyślisz, mogę cię wtedy co najwyżej poprosić byś oczyściła wrażliwe miejsce i wsmarowała substancję. Potem... jak coś zjemy, ruszymy dalej już w kierunku drogi...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






10.07.2019, 19:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#62

apach podmokłej, nawilżanej przez wylewanie rzeki, ziemi wwiercał się ostro w głowę czerwonowłosej, drażniąc wrażliwe, smocze powonienie. Stalowooka próbowała skupić się na jakichkolwiek innych aspektach swojej aktualnej pozycji, ale zapach błota i rozkładających się roślin oraz trucheł małych zwierząt skutecznie ją rozpraszał. Nie wiedziała jak ludzie mogą żyć w wszelakiego rodzaju smrodach, jak są w stanie przyzwyczaić się do paskudnego odoru pod wieloma postaciami. I to nie była już nawet kwestia różnicy w intensywności odbieranych przez motłoch i Mędrców bodźców, tylko zwykłej akceptacji własnego położenia. Vin po kilkunastu minutach miała wrażenie, że cała przeszła słodko-stęchłym zapachem zgnilizny i powodowało to u niej słabą, acz niegasnącą irytację. Dziewczynę na tyle pochłonęło szukanie przydatnych ziół, że nawet nie zwróciła uwagi - a może już się po prostu przyzwyczaiła? - na podążający za nią od czasu do czasu wzrok Mesta. A przynajmniej nie dała tego po sobie poznać niczym, poza nikłym, ale rozbawionym uśmieszkiem czającym w kącikach ust.
Poszukiwania Smoczej Księżniczki zakończyły się jednak względną porażką. Nie udało jej się znaleźć żadnych ziół, które pomogłyby im w razie choroby, zranienia czy uśmierzenia bólu duszy bądź ciała. W swoich pięknych rączkach miała jedynie dris i rielaz. Skrzywiła się lekko i pokręciła głową, chcąc wyrzucić rośliny, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Oberwała kilkanaście najpiękniej połyskujących soczystą zielenią liści i czerwonych owoców drisu oraz pomarańczowych owoców rielaz. Schowała je do sakiewki z monetami, nie chcąc mieszać ich z pozostałymi ziołami, które przy sobie nosiła. Nie była przekonana, że konkretnie te trujące rośliny do czegokolwiek jej się przydadzą w najbliższym czasie, ale z drugiej strony... wolała nie żałować, że je zostawiła. Może kiedyś użyje liści do naparów usypiających, jeśli zacznie cierpieć na bezsenność. Albo podsunie napój zbyt energicznym towarzyszom, którzy powinni zaznać ukojenia, jaki daje sen bez snów.
Smocza wiedźma zakończyła swoje poszukiwania, płosząc niewielkie ptaszyny ukryte w chaszczach. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, który wykwitł na jej twarzy w momencie uderzeń delikatnych skrzydeł o jej ciało. Było to tak głupie uczucie, tak dziecinne i niepoważne, że przez chwilę poczuła się jakby ganiała po lesie niedaleko jaskini Ojca, który kazał jej poznawać rośliny i zwierzęta - i wykorzystywać tą wiedzę do przeżycia. Derhk'el zawsze bardzo praktycznie podchodził do spraw jej wychowania i uważał, że powinna jak najlepiej wykorzystać swoją wyjątkowość do pomocy innym. I choć Vin wiedziała, że chodziło mu o wszystkie istoty, z premedytacją wmawiała sobie, że skoro nie precyzował, to miała prawo sama wybrać, kogo uzna za godnego swojej pomocy. A ona uznawała tylko Mędrców, tych prawdziwych i potężnych. Oraz Władców, ale to było tak oczywiste, że nie wymagało artykulacji.
- Oh, czyżbym słyszała troskę przebijającą się przez Twoje słowa? - Księżniczka Stali uśmiechnęła się do Mędrca, pokazując ząbki. Przyciągnęła do siebie stalową żyłkę, a wraz z nią pęk roślinek, oglądając je uważnie i wąchając niektóre z nich. - To nie tak, że nie odpoczywam wcale. Po prostu chciałam skorzystać z okazji, póki jeszcze tu jesteśmy... Słyszałam, że niektóre bagienne rośliny są dość rzadkie i cenne, a nie chciałabym tu wracać w najbliższym czasie. - mruknęła pochłonięta zielskiem, jednak po chwili wyrwała się z zamyślenia. - W sumie masz rację, za jakiś czas zrobimy sobie dłuższy postój. Obojgu nam się przyda. - stalowa czarownica popatrzyła na Mesta, starając się za wszelką powstrzymać złośliwy uśmiech i zachować powagę. - Studiowałeś zielarstwo? Z książek z bajkami dla dzieci? Te Twoje najmniej pospolite zielska nie mają żadnych właściwości, poza dziwnym wyglądem i bolesną sraczką... - puściła mu oczko i odrzuciła pęk roślinek do mężczyzny w równie beztroski sposób. Zostawiła sobie jedynie kilka ulistnionych łodyżek z korzeniami, które rozpoznała jako purmoran. Nie była pewna skąd Mest go wytrzasnął, ale w sumie nie miała pojęcia także co robił przez ostatnich kilkanaście miesięcy, więc zdecydowała się nie dopytywać go w tym momencie o takie szczegóły.
Vin w jednej chwili okręciła się na palcach i spojrzała na Mędrca z zaskoczeniem, którego nawet nie zamierzała maskować. W jej ślicznych, wielkich, ale zmęczonych oczach pojawiło coś na kształt niewypowiedzianego pytania.
- Co to znaczy, później dalej? Jest jeszcze coś, czego mi nie mówisz? - przekrzywiła głowę i skrzyżowała ręce na piersiach. Zgadzała się z tym, że mieli wspólny cel, ale ten był na razie mglisty i trudny do objęcia logicznym myśleniem. Vin nie lubiła planowania i działania pod czyimiś rozkazami. Wolała spontaniczne, irracjonalne i dzikie wyskoki. Poza tym chciała odnaleźć Veina nim zacznie oddawać swoje serce rzezi ludzkiego pospołu... Jednak gdy tylko o nim wspomniała, Morski Książę zaatakował ją w sposób, o jaki jeszcze by go nie podejrzewała.
- Chcę odnaleźć Veina. - powtórzyła, skoro tak ładnie prosił. Westchnęła bezgłośnie i oblizała wyschnięte wargi. - Nie sądzisz chyba, że nasza dwójka będzie w stanie oprzeć się wszystkim przeciwnościom? Potrzebujemy jego siły. Jego i każdego Brata i Siostry, którzy chodzą po tym świecie. Nasze rozstanie nie ma z tym nic wspólnego. - skrzywiła się, a blizna na jej oku zamigotała w świetle późnego popołudnia. Z wyjątkowym jak na siebie lodowatym, spokojem popatrzyła prosto w oczy Mesta. Wycedziła twardo, zaciskając dłonie w pięści. - On żyje. Tylko ja mam prawo do tego, by go zabić. - już chciała się odwrócić, jednak zmieniła zdanie w ostatniej chwili i zrobiła krok w stronę Mędrca Wody, a jej oczy znów błyskały charakterystyczną dla niej złością przemieszaną z dzikim rozdrażnieniem. - TAK! Wydaje mi się to w chuj dziwne, że szukając Smoka, znalazłam Ciebie. Ciebie, który został wybrany przez Władcę Nocy, choć ten odebrał mu rękę. Ciebie, któremu postanowiłam zaufać wiele miesięcy temu i pomóc właśnie teraz, ponieważ mamy te same pragnienia, pożądamy tego samego, widzimy tylko jedną drogę dla tego świata! Zupełnie jakbym całe życie czekała na tę jedną pierdoloną chwilę! I Ty się mnie pytasz, czy to nie jest dziwne? - czerwonowłosa niemal podniosła głos, wypowiadając te słowa coraz szybciej, z coraz silniejszymi emocjami malującymi się na jej obliczu. Wpatrywała się w Mesta intensywnie, a na jej policzkach zakwitły rumieńce. - Jestem Ci potrzebna. Wiem to. Widzę to... - zmrużyła oczy, jakby naprawdę mogła wejrzeć w jego duszę. Ton Mędrca był jednak czymś więcej niż zwykłym oburzeniem, a Vin nie chciała zgadywać nawet co więcej się w nim kryło. Uśmiechnęła się więc kącikiem ust. - Logiką? Ja? Czy Ty siebie słyszysz, kochany? - stalowooka zaśmiała się szczerze, zakrywając usta dłonią i patrząc w bok. Wplotła palce pomiędzy swoje piękne włosy i raz jeszcze spojrzała na Mesta. - Nie pozwól mi myśleć, że jesteś zazdrosny. Wolę myśleć, że jesteś wyrachowany i praktyczny. To ja tu jestem wariatką, pamiętaj o tym. - zrobiła kilka kroków w stronę ciemnowłosego i minęła go, po czym oparła się plecami o jego plecy. Odchyliła głowę ku górze, patrząc na niebiesko-różowo-pomarańczowe niebo. - Bo nie jesteś zazdrosny, prawda? - spytała ciszej, choć wiedziała, że bez trudu ją usłyszy. Nie będąc pewna czy powinna znać odpowiedź na to pytanie, ruszyła powoli przed siebie. Zerknęła przez ramię na dalej wkurwionego Mędrca i przez jej głowę przeszła kolejna myśl: a czy jego będę w stanie zabić? Serce zabiło jej mocniej, ponieważ wcale nie była tego taka pewna.
Ich wędrówka na szczęście przebiegała w milczeniu. Choć byli względnie bezpieczni, czerwonowłosa nie umiała się skupić na cieszeniu okolicznościami przyrody. Zmęczenie robiło swoje, a każdy głośniejszy dźwięk odbierała jako możliwość potencjalnego ataku. Była świadoma tego, że w towarzystwie Mesta nie powinna się obawiać większości wrogów, ale nie była w stanie się rozluźnić. Monotonia widoków, zapachów, równego tempa i powoli obniżającej się temperatury była dla niej gorsza niż walka z draugirem. I jak zimno nie przeszkadzało jej ani trochę, tak przedłużające się znudzenie sprawiało, że wpadała w dość specyficzny nastrój.
- Skarbie, mówisz mi rzeczy oczywiste... - odpowiedziała, patrząc na Mesta spod uniesionych brwi. Nie do końca chyba zrozumiała czemu spotkał ją zaszczyt ochlapania przez towarzysza. To był subtelny znak, że powinna się teraz czuć zmotywowana strachem? Obserwowała go uważnie, kiedy wymieniał kolejne możliwości złapania wozu do Valen. Na sam koniec zaśmiała się krótko i oparła dłoń na biodrze. Złoty smok wleciał prosto w jej otwartą dłoń. - Nie jestem pewna czy kiedykolwiek musiałam planować w jaki sposób załapię się do karawany czy na wóz. Zawsze ktoś sam z siebie mi to proponował. Ale chyba dobrze mieć jedną wersję dla postronnych, w sensie, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, hm? - puściła mu oczko i oddała monetę. - Reszta wyjdzie naturalnie. Wierzę, że bycie aktorem nie sprawi Ci problemu.

Udało im się dotrzeć w końcu do miejsca, gdzie ziemia była... no, ziemią właśnie, a nie zapadającym się pod stopą bagnem. Vin zrzuciła z ramion płaszcz i plecak, a potem rozmasowała ramiona, mrużąc przy tym oczy. Nie zastanawiając się długo, także poszła nad brzeg rzeki, opłukać twarz i ręce. Została jeszcze moment nad wodą, pozwalając by krople swobodnie spłynęły jej po szyi i przedramionach. Wiedźma wróciła do Mesta, a jej wzrok nabrał dziwnej ostrości, kiedy patrzyła na swojego okaleczonego Brata. Przełknęła ślinę, ale nie odwróciła spojrzenia.
- Powinniśmy zagotować wodę. - powiedziała, wskakując na kamień i siadając obok Mędrca Wody. Pochyliła się, jednak w tym momencie świat przesłoniła jej kurtyna czerwonych włosów. Z cichym warknięciem odrzuciła je za siebie i zrobiła na szybko rozwalającego się warkocza. Znów pochyliła się nad raną, dotykając jej brzegów opuszkami palców i sprawdzając kolor mięśni, ewentualne zakażenia oraz ogólny wygląd rany. Przez kilka długich uderzeń serca nie zwracała żadnej uwagi na właściciela tego problemu.
- Teraz raczej nie musisz się rozbierać, ale potem chciałabym zobaczyć jak wyglądają Twoje kości i mięśnie ponad raną. Sam przypalałeś ranę? - skrzywiła się po raz kolejny, odejmując od niego swoje dłonie. Odczepiła jedną ze swoich sakw i wyciągnęła z niej kilka podłużnych, mięsistych i przyjemnie wyglądających liści. Ścisnęła je palcami nad raną Mesta, a liście puściły obficie swoje soki. Delikatnie wmasowała miąższ w ranę, przynajmniej w miejscach, a których nie podobał jej się kolor i miała podejrzenia zakażenia. - To brassa. Oczyści ranę. Choć i tak jest lepiej niż przypuszczałam. - przechyliła głowę, skupiając się na odnalezieniu wszystkich miejsc, które mogłyby być później problemem. - Ból promieniuje? Czujesz go jeszcze w jakichś miejscach? - przeniosła spojrzenie na Mędrca. - Nawet nie próbuj się wstydzić albo w głupio męski sposób czegoś ukrywać. Biegunka to najprzyjemniejsze co wtedy na Ciebie sprowadzę. - stuknęła go palcem wskazującym w klatkę piersiową. Uśmiechnęła się łobuzersko. - W najgorszym wypadku przyczepię Ci do kikuta jakieś fajne ostrze, albo hak! Będziesz wtedy Smoczym Księciem Piratów, ale koniecznie pamiętaj o papudze... - zaśmiała się krótko, chcąc oderwać jego myśli od okazanej słabości. Poza tym ten pomysł już jakiś czas chodził jej po głowie. Choć na pewno musiało jeszcze trochę upłynąć, by poważniej się nad nim zastanowić. - Gdzie masz tą maść? Możemy potem wygotować paski materiału i owinąć nimi ranę, żeby nic zbędnie jej nie drażniło. Ale decyzję zostawię Tobie.
Stalowa czarownica przez jakiś czas siedziała w milczeniu. Zadarła głowę do góry i oparła się na łokciach, a po chwili całkowicie się położyła. Niemal jęknęła z ulgi, jakiej zaznały jej plecy.
- Ciekawe czy daleko jeszcze do jakiegoś traktu. Ciekawe... co nas spotka w Valen. - mruknęła z zamkniętymi oczami.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2019, 23:14 przez Vin.)









10.07.2019, 23:10
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#63

krzywienie Vin co do dzierżonych zdobyczy wyniesionych z pobliskich chaszczy, dało do zrozumienia, że Mędrczyni nie odnalazła tego czego poszukiwała, lecz cóż co napatrzyłem co moje. Z zainteresowaniem przyglądałem się ziołom, zastanawiając się i próbując sobie przypomnieć ich przeznaczenie. Dobrym pomysłem było na pewno wyciągnąć od Vin trochę informacji o ziołach,  by w przyszłości może zrobić z nich jakiś użytek. Pamiętałem, że niektóre rośliny pozwalały na przykład regenerować siły, wzmacniać ciało, czy nawet leczyć, toteż z taką wiedzą mógłbym swobodnie wzmacniać swoje ciało będąc na takich terenach jak do niedawna. Toteż zdecydowałem się przy następnej dobrej okazji podpytać trochę Księżniczkowatą Trucicielkę o szczegóły jej profesji.


- Kto wie, może troska, może obawa o własne życie, jak się przewrócisz zamiast chronić mi plecy.-odparłem żartobliwie z uśmiechem obserwując, jak swobodnie Mędrczyni manipuluje swoim żywiołem w każdej nawet zwyczajnej czynności. Na dobrą sprawę, posiadając taki destrukcyjny i bogaty arsenał, nie posiadałem swobodnej manipulacji swoim żywiołem w formie najprostszej telekinetycznej. Zwyczajnie ruszyłem do przodu omijając podstawy wyręczając się przy każdej sposobności ukochanymi mackami, wiedziałem jednak, że może przyjść dzień, w którym brak tej podstawowej zdolności odbije się nieprzyjemną czkawką dlatego dodałem w myślach zdolność to swojego terminarza.

-Hę? Psioczysz na ofiarowaną zieleninę? Tą ręką rwałem te chwasty, a ty jeszcze psioczysz! Co za bezczelność! - uniosłem się żartobliwe, obserwując jednak jak Czerwonowłosa chowa coś z zebranych trawek, dodałem naprędce. - A więc jednak! Coś przydatnego! Głupio przyznać, co?! Z resztą... ty tu jesteś ponoć specjalistką od zielonego. Jak chcesz możesz mi powiedzieć małe co nieco o roślinkach, żebym na przyszłość był bardziej użyteczny. Wyjaśnij mi jak odróżnić, jak działają i czego unikać. Następnym razem, kto wie... Może uratuję ci tym życie, zamiast ofiarowywać sraczki. - rzekłem puszczając oko do Mędrczyni po czym się lekko wzdrygnąłem. Miałem wrażenie jakby część przyzwyczajeń i zachowań Vin, była stopniowo pobierana i adaptowana przez mój organizm... trzeba tylko wyczekiwać, aż zacznę sobie czesać włoski.

Nagły obrót Vin, przypomniał agresywną reakcję spod rzeki i mimowolnie zareagowałem spinając mięśnie. Zdumienie Vin zadziałało na mnie dwustronnie powodując podobne zrozumienie jak i niezrozumienie sytuacji.
- Oczywiście, że jest coś o czym ci nie powiedziałem! Ba jest mnóstwo takich rzeczy! Nie wiem czy panienka pamięta, ale umówiliśmy się, że porozmawiamy o tym, przy najbliższej chwili spokojnego relaksu i komfortu, więc twoje zdziwienie  i właściwie atak jest bardziej jak nie na miejscu. Zaakceptowałaś sama taki plan. - mówiłem, jakby siląc się zgasić narastający ogień, który znając tę kobietę-abstrakcję, mógł wystąpić w każdej chwili.

- Zachowujesz się jak osoba, która nie lubi planować, ale szukanie Veina sobie zaplanowałaś? Nie szukasz logiki, wolisz spontaniczne szaleństwo - w porządku. Niech więc ta ścieżka spontanicznego szukania prowadzi cię w miejscach gdzie będziemy. Owszem sądzę, że lepiej by było dla nas, jakby było nas więcej, lecz twierdzę również, że robienie wszystkiego bez jakiegokolwiek ładu i składu nie doprowadzi do niczego sensownego. Mogę ci pomóc go odszukać na terenie na jakim się znajdziemy. Mamy od tego nasze węchy, zdolności i mojego skrzydlatego potworka, który jest wyczulony na manę. Oczywiście pod warunkiem, że przestaniesz ciągle wybierać ścieżkę absurdu. Lubię szaleństwo, to też jeden z moich podżywiołów, ale niech to szaleństwo do czegoś prowadzi. - mówiłem skupiony bardziej pouczająco i z niezrozumieniem dla Księżniczki, niż jakbym szukał zawady. - Żyje, nie żyje. Co za różnica, jeżeli w tym wszystkim nie wymyślisz jakiegoś bardziej złożonego planu żeby go odnaleźć. Kto wie, może dzięki temu, że nigdy go nie odnajdziesz, będzie żył wiecznie. - tu przerwałem obserwując wybuch Stalowookiej. Nie chciałem potęgować tych emocji więc zdecydowałem się wstrzymać i zareagować tylko westchnieniem frustracji, by nie powiedzieć czegoś za dużo. Ładunki energetyczne jakimi dysponowała Vin były bardzo zbliżone do moich, lecz dopóki nie kuło się zapalników, krew była grzeczna. Jednym z tych zapalników była na przykład właśnie bezsilność, czy niezrozumienie dla nagłej zmiany decyzji u Vin. Mistrz często pytał, dlaczego ja, użytkownik tak spokojnego żywiołu nigdy nie potrafiłem powstrzymywać swojego temperamentu, lecz wtedy wiecznie wrzałem przysłonięty jedynie jednym celem. Teraz mając tak daleko zakreślone plany, musiałem próbować przynajmniej zachowywać spokój, by stopniowo małymi kroczkami przyczynić się do spełnienia aspiracji. Pozostawało jedynie wierzyć, że u Vin takowa zmiana priorytetów, nastąpi wcześniej, niż przed pierwszym stalowym meteorytem uderzającym w ziemię... - Jesteś potrzebna dlatego, jesteś wyjątkowa. Jesteś wyjątkowa dlatego jesteś potrzebna. Wybierz sobie wersję, która cię bardziej kontentuje. Obrót spraw jaki jest w twoim życiu, nie jest w żadnym stopniu moją winą. Jestem tylko elementem całej twojej historii i działa tak samo to również w drugą stronę. Nie ma potrzeby, byś rozładowywała na mnie niezrozumienie dla swojego świata, który sama wykreowałaś. -przełknąłem ślinę i pogrążyłem się na moment w głupim zamyśleniu, jakoby Vin rzeczywiście była moją siostrą. Nie było mi dane poznać rodzeństwa, ale z wieloletnich obserwacji mogłem uznać, że Vin wpasowywała się idealnie w jeden ze wzorów relacji. - Moje uczucia nie mają tu nic do rzeczy, a jeżeli mają to co najwyżej to, że mi zależy na tobie na tyle, żeby prowadzić tę absurdalną w tym momencie wymianę zdań. Jeśli chodzi o zazdrość to może pierw mnie lepiej poznaj zanim pobawisz się w takie insynuacje. Dobrze wiemy, że nasza emocjonalność różni się od przeciętnych śmiertelników, więc i nazywanie uczuć może się okazać zwyczajnie problematyczne. - powiedziałem obserwując przy tym, jak oczy Władczyni Żelaza zalewa czerń i dziwna aspiracja.

- Jesteś zielarką rzadkich roślin, a ja twoim tanim z racji kalectwa najemnikiem, który idealnie wpasowuje się w twoją sakiewkę. Proste i niezbyt zagmatwane, nie sądzisz? Ja będę mógł postronnym mówić o napierdalaniu, a ty o zielsku. - odparłem z uśmiecham, przyznając w myślach rację co do wspólnej wersji wydarzeń.

Obserwacje Vin i macnie uszkodzonej części ciała były nieprzyjemnie przede wszystkim dla duszy, co do dyskomfortu przy dotyku to jedynie przy mocnych naciskach ból był wzmagany, co pieczołowicie opisałem Mędrczyni, niechętnie siląc się na szczegóły. - Do tego przejdziemy w przyjemniejszych warunkach, nie sądzisz? - rzekłem zadziornie po wypowiedzi Księżniczki w kwestii rozbierania się. - Wszystko jest w porządku. Co najwyżej trochę jestem poobijany przez bestie z bagien, którym odpłaciłem się pięknym za nadobne. Ranę przypalał ten sam, który ją odebrał i chyba wolę ci tego nie opisywać... Rób wszystko co uznasz za stosowne. - skrzywiłem się wspominając zgrzyt kości, ogromny ból i cierpienie jakie zadał mi Władca Mroku. - Jak już jesteśmy przy tych obróbkach mojego kikuta... w Valen mam pewną umiejętną paserkę, która również kiedyś miała pewien wypadek, tyle że ona straciła nogę. Od tego czasu nosi zaprojektowaną przez siebie protezę zamiast nogi... co do moich pragnień do spełnienia za ucieczkę stąd... może zechciałabyś się przyczynić do odzyskania choćby części mojej sprawności i wspólnie z nią opracować dla mnie, coś w deseń zastępczego ramienia, które, będzie miało oczywiście więcej funkcji, niż swobodne wiszenie... hm? Co ty na to? - odrzekłem z nadzieją, zrywając się żywo z kamienia i mimowolnie chwytając Mędrczynie za dłoń przyciągając z lekka do siebie, po chwili zdając sobie dopiero sprawę z infantylności swojego gestu prędko odpuszczając.



Po około półgodzinnym odpoczynku ruszyliśmy na wyścigi z zachodzącym słońcem. Planem naczelnym, było zdążyć przed nocą do głównej drogi, toteż zdecydowaliśmy się sprężyć wyeksploatowane tego dnia już nóżki. Przez moment kusiło mnie nawet, co by na potrzeby szybszej podróży nie użyć sobie i Czerwonowłosej i nie poćwiczyć przy okazji, opracowywanej lecz nieukończonej przed paroma dniami zdolności do szybkiej podróży, jednak nie chciałem kusić losu, ściągając przypadkiem na noc jakieś niestworzone mary. W podróży przez cały czas wytężałem oczy próbując ukończyć zdolność Dostrzegania. Na szczęście... widziałem efekty i szło mi już coraz lepiej!


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






11.07.2019, 23:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#64

rzepiękny uśmiech dziewczyny zabarwił się złośliwością, która odbiła się w jej stalowoszarych oczyskach. Zlustrowała Mędrca przeciągłym spojrzeniem. Przez krótką chwilę zastanawiała się czy znów nie iść z nim na wojnę na pół-żarciki i ćwierć-słówka, zdecydowała jednak po prostu parsknąć lekceważącym śmiechem. Przechyliła głowę i zatrzepotała długimi, ciemnymi rzęsami.
- Naprawdę, naprawdę nie wiem jak Ty do tej pory przeżyłeś bez mojej protekcji...! - stwierdziła dramatycznie, przykładając dłoń do czoła i przymykając oczy. - Dajże spokój, mój słodki. - machnęła ręką, a na jej twarz powrócił złośliwy grymas, przez który przebijała się lekka irytacja. - Nie jestem idiotką. A przynajmniej nie jestem na tyle głupia, by nie rozumieć, że jak jestem zmęczona, to powinnam odpocząć. Nawet mój ojciec traktował mnie poważniej. - ostatnie zdanie wypowiedziała z dużym naciskiem na słowo ojciec, ponieważ nie chciała, by Mest pouczał ją przy tak podstawowych rzeczach. Właściwie, nie chciała, by w ogóle ją pouczał. Ledwo znosiła takie rzeczy, kiedy wychodziły od istot, które darzyła ogromnym szacunkiem, a co dopiero od Mędrca, który przepadł z jej życia na rok i nagle pojawił się bez zapowiedzi, bez pukania, bez wyczyszczenia butów i wyłamując drzwi z futryny na dzień dobry. Vin miała jedynie nadzieję, że w ten sposób oszczędzi sobie dalszych nieporozumień i złości.
- Nie żeby coś, ale może zanim zaczniesz rwać CHWASTY to może faktycznie zerknij do jakiegoś zielnika? - zapytała, unosząc powoli brwi. Ze wszystkich roślin, które Mest jej przekazał, tylko skromna część nadawała się do czegokolwiek, a w zapasach Vin purmoran gościł od dłuższego czasu. Wzniosła oczy do nieba, kiedy Mędrzec zachwycił się, że jednak znalazł coś, co może im się przydać. Smocza wiedźma uśmiechnęła się lekko, bo nie sądziła, by Mest wiedział co schowała do sakwy i do czego mogło się im to kiedyś przysłużyć. - Stwierdziłam, że nawet coś na przeczyszczenie nam się przyda. - puściła mu oczko, nie zagłębiając się w temat. - Cóż... jakby to... Nie chcę. - mruknęła, przechodząc obok niego bez większego zainteresowania. Tak miała się rzeczywistość. Stalowa wiedźma nie zamierzała wdrażać Mędrca w arkana swojej zielarskiej wiedzy z wielu powodów. Pierwszy i najważniejszy był taki, że zwyczajnie nie miała na to ochoty. Pozostałe były równie praktyczne, a do jednych z bardziej istotnych należał fakt, że Mędrzec, jeśli urósłby w piórka, mógłby w przekonaniu o swojej niewątpliwej wiedzy dać jej coś, co może ją zabić. Wolała nie ryzykować w tak głupi sposób. - Następnym razem lepiej nie dotykaj żadnych zielsk, jeśli najpierw nie powiem Ci, że możesz. Albo rób to na swoje własne ryzyko. - rzuciła przez plecy, ale dalej szła przed siebie. Czekała ich długa droga, a Vin nie zamierzała więcej zwlekać z podróżą.

Czerwonowłosa patrzyła już bezbarwnym wzrokiem na Morskiego Księcia. Założyła ręce na piersiach, a jej aura zdawała się krzyczeć, żeby lepiej do niej nie podchodził.
- Chwila relaksu i komfortu zaczęła się w momencie, w którym przekroczyliśmy rzekę. - stwierdziła sucho, po czym westchnęła przeciągle. - Zresztą, nieważne. Jeśli to według Ciebie jest atak, to chyba mylnie oceniłam Twoją wrażliwość. Zachowujesz się jak grubas, któremu ktoś powiedział prosto w twarz, że jest tłusty i śmierdzący. Co znaczy, pozwolę sobie w takim razie powiedzieć bardziej dosłownie, abyś nie miał wątpliwości, że wieje od Ciebie paskudną hipokryzją. Jesteśmy bezpieczni, a ja nie chcę żadnych niespodzianek. - odrzuciła swoje włosy z ramienia. Jej spojrzenie, wcześniej pochmurne, tym razem zamieniło się w lodowate. Opuściła dłonie wzdłuż ciała i lekko przechyliła głowę w bok. Wpatrywała się w Mesta, jakby oceniała ile sekund zajmie jej poderżnięcie mu gardła. Mimo wszystko, nie ruszyła się ani o krok. - Zastanawiam się czy wiesz... mędrzec, to nie to samo co filozof. Więc przestań pierdolić tak jak oni. Proszę? - jej śliczne usta rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu, co w tej sytuacji było dość niepokojącym widokiem. - Nie planuję szukania Veina. Ja go odnajdę. Los rzuci go na moją drogę zapewne w ten sam sposób, co kilka lat temu. A Tobie absolutnie NIC do tego. Jeśli będziesz próbował mi w tym przeszkodzić... hm, nie pozostanie nam nic innego jak rozstanie. Od Ciebie już zależy w jakich stosunkach. Nie sądzisz chyba, że dla Ciebie zmienię całe swoje życie? Że opuszczę mężczyznę, który według mnie godny jest miana króla? Któremu poświęciłam ostatnie lata swojego życia? Który nie musi uciekać się do podstępów, tylko za którym pójdę bez wahania, bo wiem czym jest i czym może się stać dla mnie? - postąpiła krok do przodu, a jej oczy zaczynały dziwnie błyszczeć. Warga jej zadrżała pod kolejnymi słowami Mędrca. Ręka ją świerzbiła, by spoliczkować go bardzo po kobiecemu, ale po chwili odwróciła od niego wzrok, znajdując za bardzo interesujące ważki siadające na wysokich trawach przy rzece. Zacisnęła powieki, uśmiechając się zaciśniętymi ustami. Przez dłuższy czas nie umiała znaleźć odpowiednich słów, ale kiedy znów spojrzała na Mesta, jej oczy lśniły od łez. - Bo jeśli tak myślisz, to jesteś doprawdy żałosną istotą. - odpowiedziała tylko, posyłając mu najpiękniejszy uśmiech, jaki była w stanie z siebie wykrzesać.
Świat Vin od zawsze był czarno-biały. Nie było to miejsca na odcienie szarości. Na niedopowiedzenia. Na podwójną grę. Niemal zaśmiała się, słysząc kolejne słowa jej ciemnowłosego towarzysza.
- Jak to możliwe, że teraz dajesz mi wybór? Wyjątkowa czy potrzebna? - zaśmiała się sztucznie. - Cóż, to będzie trudne. Bo nie obchodzi mnie Twoje zdanie. I chyba oceniasz się zbyt wysoko, skoro uważasz, że miałeś jakikolwiek wpływ na... jak to było? Na świat, który sobie wykreowałam? Nie miałeś i nie masz. - pokręciła głową i przewróciła oczami. - A wiesz, kochany, co mają do siebie historie? Kończą się. Każda z nich ma swoje zakończenie. Szczęśliwe, tragiczne albo niedopowiedziane. Nie zmuszaj mnie do znalezienia końca tej historii. - w jej głosie przebiła się stalowa nuta, co było wyraźnym znakiem końca jej cierpliwości. - Bo tak to się skończy, jeśli nie będziesz szanował mojego zdania. Myślisz, że będę podlegać każdemu Twojemu słowu? Z jakiej, kurwa, racji?! Bo Smok dał Ci misję? Bo marzymy o takim samym świecie? Bo wierzymy, że jesteśmy godni, by rozpocząć rzeź w imieniu Najwyższych? - dziewczyna zaśmiała się zmysłowo. - Nie jestem Twoją służką, kochany. Nigdy, ale to nigdy nie próbuj mi rozkazywać. Nie próbuj wkładać w moje usta... - uśmiechnęła się, oblizując wargi. - ...słów, których nigdy nie wypowiedziałam. - westchnęła głośno, przeciągle. Stalowooka nie należała do osób, które pozwalały bezmyślnie sobą rozporządzać. Słowa Mesta wytrąciły ją z trudem utrzymywanej równowagi. - Oh. Poczułam się właśnie doceniona. Jestem na tyle istotna w Twoim życiu, że ze mną rozmawiasz... Patrząc na moje ostatnie towarzystwo, czyli ożywionego nekromancką magią draugira, faktycznie powinnam czuć się, kurwa, dobrze. Niemniej muszę oddać Ci rację, nie znam Cię. A im dłużej jestem w Twoim towarzystwie, tym lepiej rozumiem dlaczego. - warknęła. Skoro twierdził, że jego uczucia nie mają tu nic do rzeczy, to ona przyjęła założenie, że nic się nie stanie jeśli je nadszarpnie i zrani. Czuła, że jest mu to winna. Niemniej, spojrzała na niego z nieudawaną ciekawością. - A co innego jest w naszej i ludzkiej emocjonalności? - zmrużyła oczy i spojrzała na niego niemal z wyzwaniem. Tej różnicy pomiędzy ich rasami nie zauważyła. Dla niej uczucia akurat były tym, co łączyło Mędrców i ludzi.
- Eh, w porządku. Choć nie mam nic rzadkiego przy sobie, lepiej, żebyś to wiedział. - Vin starała się uspokoić na tyle, by nie odzywać się do Mędrca z tłumioną agresją w głosie. Nie była pewna czy jej to wychodzi. - Będę z nimi rozmawiać o czym tylko będą chcieli. Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, o ile pozwoli się stąd szybko wydostać.

Mimo wszystko, nie chciała, by Mest pozostał kaleką z niezadbaną raną. Nie była dyplomowanym medykiem, jednak ludzie często przychodzili do niej z najróżniejszymi dolegliwościami. Nie było jej szkoda ich żyć, więc mogła swobodnie eksperymentować z wszelakimi metodami leczenia. W przypadku Mędrców, robiła to nawet z troski o ich życia.
- Tak, tak, też wolę rozbierać się w bardziej cywilizowanych miejscach. Choć czasem i łono natury jest podniecające. - stwierdziła, przyglądając się uważnie ranie. Nie wyglądała ona źle i Vin z zadowoleniem stwierdziła, że będzie goić się bez problemów. Trzeba było tylko na to odpowiednio dużo czasu.
Dziewczyna popatrzyła na Mędrca i skrzywiła się lekko. Nie była pewna czy dobrze zrozumiała Mesta.
- Chyba nie wiem czego ode mnie oczekujesz. Skoro Twoja paserka umie robić protezy, to na co Ci ja? Ja, która nie umie robić protez? - sprecyzowała, unosząc powoli brwi. - Na pewno nie wolisz pirackiego haka? - uśmiechnęła się miękko. Pozwoliła się przyciągnąć i zostawić, ale w dalszym ciągu nie miała pojęcia czego Mest tak naprawdę od niej oczekiwał w tym momencie.

Vin z widoczną ulgą podjęła dalszą drogę. Przestała zwracać uwagę na Mędrca, który chyba próbował Dostrzec coś, wzorując się na jej mocy. Czerwonowłosa poświęciła kilka sekund, by zastanowić się dlaczego jej towarzysz tak desperacko naśladuje jej moc. Nie umiała tego sobie wytłumaczyć, ale też nie zamierzała tego komentować. Jego sprawa. Ta magia była dla niej bazą, środkiem, a nie celem. Równie naturalnym co oddychanie. Dziewczyna zatem nie zwalniała tempa, bez względu na uciążliwości drogi. I towarzystwa...
- Jesteśmy już niedaleko... - powiedziała po kilku godzinach, skupiając się na dźwiękach, które docierały do jej uszu. A raczej ich braku. Zupełnie jakby zbliżali się do całkowicie otwartej przestrzeni, po której beztrosko hula wiatr, a wszystkie zwierzęta wolą trzymać się od niej z dala.








12.07.2019, 22:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#65

odskakujące ognie na ramionach Vin gryzły się z kolorystyką nieprzyjemnych bagien. Nie inaczej było z wizjami dwóch mędrców, którzy jako naczelny cel wybrali sobie chyba coś kompletnie niemożliwego... czyli przekonanie drugą stronę do swoich racji. Nie było innej rady, a przynajmniej w moim mniemaniu. Jedna strona dla dobra drugiej musiała odpuścić, nim zbyt intensywne emocje przerodzą się w coś znacznie bardziej groźnego, niż głuche uderzenie w pancerz. Całym sobą zastanawiałem się jak to możliwe, że ten "okruch lodu" czy jak go tam nazwała, przetrwał z nią tyle czasu. Gdyby nie fakt i możliwość zobaczenia go na żywo, szczerze z samych opowieści zacząłbym wątpić w jego istnienie. Albo miał na czerwonowłosą jakiś dziwny sposób, albo jej na wszystko przytakiwał, albo bawił się w beztroskie milczenie i typowo męski rodzaj nieobecności przez większość ich korelacji. Być może, to był właśnie jeden z powodów, dla którego razem nie przemierzali już tej dzikiej krainy, tylko działali osobno... cóż, od Mędrczyni na pewno bym się teraz tego nie dowiedział. Mimo całej gamy możliwości i odpowiedzi zwyczajnie zdecydowałem się odpuścić. Frustracja wywołana tak absurdalną reakcją Księżniczki, po raz pierwszy w życiu zachęciła mnie do użycia swoistego nadużycia, byleby uciszyć rozemocjonowaną istotkę. Prawdopodobnie używane zdolności bazujące na moim żywiole bulgotałyby teraz od emocji wpływających na właściwości wody. W duchu ze wszystkich sił, starałem się to zrzucić to wszystko na zwyczajne zmęczenie obu stron wszystkimi możliwymi czynnikami. Znaczenie bardziej od niekontrolowanych napadów agresji, wolałem swoje przebłyski słabości względem płci pięknej, niestety, prawdopodobnie w moim podświadomym mniemaniu Vin przez swoje zachowania, mimo księżniczkowatej aury traciła trochę na kobiecości.


- Thornie, daj mi siły. Bo nie wytrzymie - powiedziałem szeptem napinając i rozluźniając po kilkakroć pięść. - Tylko ciemni posługują się absolutami. Prawda nigdy nie jest czarno-biała. - mimo, że aura Vin była totalnie jednoznaczna, tak u mnie, nawet ja sam miałbym problem z określeniem tego co czuję, bowiem mieszanina tak dużej ilości uczuć na przestrzeni tak krótkiego czasu, była czymś niespotykanym. Nawet jeśli sam w tych zmianach miałem swoistą specjalizację, tak przy Mędrczyni nieustająco balansującej pomiędzy różnymi formami energetycznymi, gdzie wbrew temu co myślała, prawdopodobnie i nad tym nie miała kontroli, nie czułem nawet chętki, by podejmować tego typu wysiłek, tym bardziej bacząc na nieadekwatne w moim mniemaniu odpowiedzi Władczyni Stali. - Dobra... będzie jak chcesz Księżniczko... jak tylko sobie zażyczysz... - skwitowałem chrapliwym głosem bez szczególnego bez wyrazu, tak by nie można było w tym wypadku odczytać co w zasadzie miałem na myśli, dając pole do najbardziej przychylnej interpretacji.



- Chodzi o sposób wytworzenia i specyfikę nietypowych elementów, które prawdopodobnie wchodzą w skład takiego instrumentu. Śmiem wysnuwać wnioski, że choć ta paserka wytworzyła protezę dla siebie, to na co dzień handluje innym typem towaru. Ktoś taki jak ty, mógłby znaczenie ułatwić ten proces, przyśpieszyć i usprawnić. W końcu żaden kowal, nie wyrobi części precyzyjniej, niż sama Stalowa Córa. Zmniejszyłoby to też absurdalne koszty takiego zlecenia. Lena - bo tak ma na imię paserka - mogłaby ci być może zdradzić jakiś schemat, poinstruować jak zrobić, żeby działo to wszystko jak trzeba. A wtedy, kto wie... może nowa wiedza przyda ci się kiedyś w przyszłości, choćby dla kogoś kogo cenisz wyżej, niż Morskiego Księcia. Zawsze lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć... prawda? - wytłumaczyłem Vin zachęcająco, rysując spiczastą rękawicą kamień na którym siedziała Mędrczyni. Skrzywiłem się prędko, zdając sobie sprawę, że nawet głupi szkic nijak się ma, do tego co robiła prawa ręka, więc zaniechałem prędko czynu...



Marsz obfity w treningi owocował coraz to lepszą formą techniki. Co ciekawe, nieustanne aktywacje i dezaktywacje w różnych momentach dawały zaskakujące efekty. Na przykład jak wtedy kiedy mimowolnie użyłem techniki w trakcie małej niezgody z Mędrczynią, byłem w stanie dojrzeć jej krew, która to, pod wpływem emocji szybciej zaczęła krążyć po krwiobiegu. Niestety na krótko, bo nie byłem w stanie powstrzymać emocji serwowanych mi przez absurdalne tezy Księżniczki. Po tym odkryciu eksperymentowałem na sobie, wstrzymując powietrze, czy hiperwentylując się obserwowałem niebieskawe płyny krążące z różną prędkością po ciele. Zasięg oceniłem na względne dwadzieścia, może trzydzieści metrów. Było już coraz lepiej, jednak do ukończenia techniki został jeszcze dzień lub dwa, byłem jednak zmotywowany. Wiedziałem, że po opanowaniu tej techniki reszta, która trapiła mnie od dłuższego czasu stanie się wreszcie osiągalna. I tak oto skupiony przegapiłem gonitwę ze słońcem, które przeganiając nas zginęło za horyzontem, gdy tylko moja stopa tknęła głównej drogi.

- Najgorsze za nami... chyba. Chwała bogom, że udało nam się tu dotrzeć, nim jakaś bestia zechciała się z nami spróbować i nim któreś z nas podniosło magiczną rękę na drugie... Do skrzyżowania zostało nam gdzieś tak na oko... koło stu kilometrów, o ile nie poszliśmy jakoś nie tak jak trzeba. Możemy tu rozbić nasz mini obóz i korzystając z resztek promieni słonecznych wzniecić ognisko, jak również iść w ciemnościach w kierunku skrzyżowania, robiąc sobie co jakiś czas jakieś postoje. Wybór należy do ciebie. Choć moje oczy są wykształcone pod kątem absolutnych ciemności, tak myślę, że nie wiemy co nas będzie czekać i co będzie, jak złapiemy się tę ewentualną podwózkę. Zatem moim skromnym zdaniem, najlepsza opcja to wypocząć do jutra i wcześnie z promieniami słońca ruszyć. Dostosuję się do tego jak wolisz i co zadecydujesz. - powiedziałem bez emocji sięgając po kawałki suszonego mięsiwa. Byłem zmęczony chyba bardziej psychicznie, niż fizycznie, toteż odechciało mi się decydować. Jak powiedziałem tak również planowałem zrobić, oddając się na ten, krótki okres czasu pod komendę Vin.


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






13.07.2019, 21:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#66

o uważnym przejrzeniu się ranie Mesta, dziewczyna uznała, że na ten moment nie zrobi nic więcej. Nie dlatego, że nie chciała - po prostu nie miała tu zbyt wielkiego pola manewru. Mogła stworzyć kilka piekielnie ostrych noży do wycinania martwej tkanki i wyczyścić ranę, jednak uznała, że woli to robić w bardziej sterylnych warunkach - jeśli w ogóle. Mędrcy mieli to do siebie, że regenerowali się w zdumiewająco szybki sposób, dlatego też uznała, że jeśli do Valen Morski Książę dalej będzie potrzebował pomocy, wtedy się nim zajmie. Skoro nie czuł żadnego innego bólu, świadczyło to wyraźnie o braku połamanych czy strzaskanych kości oraz popękanych mięśni. Vin nie była przekonana czy zawdzięcza to własnemu szczęściu czy łasce Władcy Nocy.
Czerwonowłosa rozplotła warkocz, który zrobiła na szybko. Palce jej dłoni zmieniły się w ostrza o zaokrąglonych końcówkach, kiedy dziewczyna zaczęła rozczesywać swoje gęste pukle. Słuchała słów wypowiadanych potokiem przez Mesta, zastanawiając się co o tym wszystkim myśleć.
- Prawdopodobnie? - piękna wiedźma uniosła brew, nie przestając zajmować się swoimi włosami. - Czyli, podsumowując: chciałbyś coś, nie wiesz do końca co ani jak miałoby to działać, ale twierdzisz, że jestem idealną osobą, która może Ci to dać? - dziewczyna zaśmiała się wdzięcznie. Poprzedni atak agresji minął jej dość szybko i znów wyglądała na niewinną, delikatną kobietę. Smocza Córka spojrzała na Mędrca poważnie, a w jej spojrzeniu przebijało rozbawienie. - Masz pewność, że ta Twoja Lena... faktycznie Ci pomoże? Wziąłeś pod uwagę też to, że jeśli mnie czymś zdenerwuje, to magia przypadkowo wymknie mi się spod kontroli i poderżnie jej gardło? I to tylko w sytuacji, kiedy będę miała dobry humor. - uśmiech Vin był delikatny, niepasujący do wypowiadanych przez nią słów. Władczyni Żelaza nie wyobrażała sobie, by CZŁOWIEK pouczał ją w kwestii jej własnej mocy i tego, jak powinna z niej korzystać. Skrzywiła się w końcu, wzruszając ramionami. - Z chęcią Ci pomogę, ale nie mam pojęcia czego tak naprawdę ode mnie oczekujesz, Mest. A z tego co słyszę, to chcesz czegoś, co nie jest w moim zasięgu. I jak byłabym w stanie nagiąć swoją moc pod nowe zaklęcia, to nie nagnę swojej dumy pod słuchanie byle człowieczka.
Vin wstała, przywracając swoje dłonie do normalności. Już od jakiegoś czasu zastanawiała się nad magią, która pozwoli jej na zamianę wszelkiego bytu w metal... gdyby dostała potrzebne części, może naprawdę byłaby w stanie dodać coś od siebie dla Morskiego Księcia? Popatrzyła na Mesta, zapinając płaszcz pod szyją i poprawiając kaptur obszyty futrem.
- Oczywiście, że zawsze lepiej wiedzieć. Właściwie, to nie byłoby takie głupie... Chciałabym zrobić eksperyment i będziesz mi do niego niezbędny, mój Książę. - głos Vin nabrał nagle niebezpiecznej słodyczy, a w spojrzeniu zagościła obietnica przygody. - Bo pomożesz mi, prawda, Bracie? - źrenice Vin, i tak ogromne, niemal pochłonęły jej stalowoszare tęczówki. Dziewczyna puściła mu oczko, zostawiając samego z myślami. W tym momencie nie chciała mówić nic więcej, najpierw sama musiała zastanowić się w jaki sposób mogłaby go wykorzystać, żeby miało to jakikolwiek sens w przyszłości.

Kiedy dotarli do drogi, Vin odetchnęła z ulgą. Spojrzała na zachodzące słońce, a jego ostatnie promienie pogłaskały jej twarz czule. Ognistowłosa podskórnie czuła, że nie mogą zwlekać, a kiedy instynkty coś jej mówiły - słuchała ich bezwarunkowo. Odległość była spora i gdyby była sama, po prostu spróbowałaby się dostać do Valen drogą powietrzną. Chociażby w tym celu, by sprawdzić jak daleko będzie w stanie się przemieścić. Tym razem jednak musiała sobie odpuścić. Spojrzała na swojego towarzysza.
- Idziemy. - zdecydowała od razu, co ewidentnie świadczyło o tym, że nie zastanawiała się nad inną opcją. Wzięła od Mędrca kawałek suszonego mięsa i zaczęła przeżuwać z nie do końca zadowoloną miną. Nie wiedziała kto przepada za takim jedzeniem. - Jeśli będziemy bardzo zmęczeni, to wtedy zrobimy postój. Skoro Twoje oczy są wyszkolone pod kątem absolutnych ciemności... - powtórzyła z przekąsem, patrząc przed siebie, na drogę. - To powinieneś być zadowolony z tego, że możesz poużywać swojego wspaniałego talentu. - uśmiechnęła się kącikiem ust i puściła mu oczko. Vin także widziała w ciemnościach bardzo dobrze, ale sądziła, że w tej sytuacji bardziej im się przyda ich wyczulony smoczy słuch i węch niż sam wzrok. I, o ile nie zaczną wpadać w paranoję, powinni dać sobie radę.
Mędrczyni ruszyła przed siebie, psychicznie nastawiając się na długą wędrówkę do miasta, w którym czekało ją coś... bo była pewna, że to przeznaczenie ją tam pcha... co odciśnie się na jej życiu. Nie miała jednak pojęcia, w jaki sposób i czy nie będzie tego żałować.








14.07.2019, 11:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#67

ch wędrówka wydawała się nie mieć końca. Właściwie, nie tylko nie wydawała się nie mieć końca, ale także była w pewien przedziwny sposób zawieszona w czasie i przestrzeni. Choć rozum jej podpowiadał, że posuwa się do przodu, krok za krokiem, mila za milą, stalowooka w ogóle tego nie odczuwała. Miała wrażenie, że nocny, ponury krajobraz, który ją otacza, nie zmienił się ani trochę od kiedy udało im się opuścić bagna. Vin, która przedkładała zazwyczaj własne nogi nad jakikolwiek inny środek służący do przemieszczania się, tym razem w duchu klęła na każdego przeklętego woźnice tego świata. I jednocześnie na brak takowych w tym miejscu i o tej porze. Przecież nie znajdowali się już na jakimś pierdolonym odludziu! I to miała być cywilizacja? Smocza księżniczka zatrzymała się nagle bez słowa i przez kilka chwil trwała tak nieruchomo. Przechyliła głowę i zsunęła swój futrzasty kaptur ze ślicznej głowy.
- Mest, to chyba nie ma większego sensu... - powiedziała, krzywiąc się wyraźnie. Choć było ciemno, nie wątpiła, by Mędrzec nie dostrzegł jej kwaśnej miny. - Jednak jestem padnięta. Mam wrażenie jakbyśmy chodzili w kółko.
Pani Żelaza zrobiła kilka powolnych kroków, schodząc z drogi. Wybrała miejsce, z którego miała widok zarówno na trakt, jak i na pobliskie drzewa. Zrzuciła plecak na ziemię i usiadła obok niego. Po chwili jednak zmieniła zdanie i położyła się na ziemi, robiąc sobie z plecaka poduszkę. Nie przeszkadzał jej chłód bijący od ziemi, tak samo jak nie martwiła się poranną rosą, która pewnie ją przemoczy. Przez wiele lat swojego życia spała na gołej skale w jaskini Derkh'ela, gdzie było zimo, mokro i w większości korytarzy hulały chore przeciągi. Poza tym podróżowała też z Veinem, a jej okruch lodu roztaczał wokół siebie namacalnie lodowatą aurę. Leżenie na trawie w ciepłą noc było nawet relaksujące.
- Odpocznijmy, popatrzmy w gwiazdy, odurzmy się czymś dobrym... - mruknęła z szelmowskim uśmiechem, naciągając sobie kaptur na oczy. Miała w swoich zapasach kilka przydatnych ziół, które mogły pomóc im się zrelaksować. - Może przy okazji wpadniemy na jakiś dobry pomysł odnośnie naszej dalszej wędrówki... - mimo rzuconej przed chwilą propozycji, Vin nie ruszyła nawet palcem by wydobyć z sakiewek narkotyczne ziele. Przeciągnęła się, aż strzeliło jej w kręgosłupie i jęknęła przy tym cicho. Choć czuła przemożne zmęczenie, tak właściwie poza tym czuła się w porządku. Jak widać, to, że kilka razy została rzucona o ziemię przez draugira nie odbiło się na niej żadnym poważniejszym śladem.
Odsunęła kaptur z twarzy i spojrzała na Mesta. Jej czerwone włosy rozsypały się wokół niej w całkowitym chaosie i nieładzie. Blizna na lewym oku błysnęła w blasku księżyca.
- Ale cicho, co? - uśmiechnęła się lekko. - Pomyśl sobie, że to jedna z ostatnich chwil naszego spokoju... Bez czujnego snu. Bez obawy o życie. Bez walki o każdy oddech. Dziwne, nie? - zaśmiała się bezgłośnie i przewróciła na brzuch. Oparła głowę na dłoniach, nie spuszczając wzroku z Morskiego Księcia. - Jesteś gotowy na piekło, jakie zamierzamy rozpętać? - uniosła brew, a w jej spojrzeniu zaiskrzyły iskierki ekscytacji. - Nie będzie odwrotu. To droga tylko w jedną stronę. - dodała lekkim tonem, ale kryła się pod nim niepasująca do Vin powaga. - A nagrody wcale nie możemy być pewni.
Choć Smocza Córka nie spodziewała się niczego w zamian za wypełnianie woli władców i oddanie w ich szpony kontroli nad tym światem, nie była wcale pewna czy nie zostaną przypadkiem ukarani za swą butę. Vin nie wiedziała, czy taka jest ich wola. Czy one w ogóle o to dbają. Nie mogła jednak siedzieć z założonymi rękami i słuchać o łowcach smoków, sztucznych mędrcach i ludzkich władcach. Wolała już zostać ukarana niż patrzeć na świat w jego obecnej formie.
- Mest, skarbie, chcesz gwiazdkę z nieba? - spytała nagle, znów kładąc się na plecach i patrząc w migoczące, ciemnogranatowe niebo nad nimi. Widok był całkiem... zapierający dech w piersiach. Vin jednak wpatrywała się w nie bystro, z ciekawością i determinacją. Wyciągnęła dłoń w ich stronę. Wyobraziła sobie jak jej magia przyzywa deszcz gwiazd, piękną apokalipsę, łaskawą śmierć. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Wiedziała, że na samych myślach nie poprzestanie.








23.07.2019, 20:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#68

iekończąca się podróż mocno dawała mi się we znaki. Zmęczenie nóg na dobrą sprawę przestało być aż tak dokuczliwe jak jakiś czas temu, lecz bynajmniej z dobrej przyczyny. Po prostu ja już kurwa nie czułem nóg. Zdawało mi się jakbym utknął gdzieś w niekończącym się śnie. Kto wie, może nawet zdarzyło mi się parę razy przysnąć w marszu? Nie wiedziałem... Faktem jednak było, że nawet jak na przedstawiciela lepszej pod względem niedogodności płci, nawet jeśli moja regeneracja robiła swoje, przy każdej choćby najmniejszej chwili wytchnienia to dzień pomimo późnej pobudki był dla mnie niesamowicie długi, a ilość kilometrów ogromna i z lekka wykraczająca poza dotychczasowe najdłuższe podróże. Niestety, pozwoliłem decydować Mędrczyni, a po jej ostatnich słowach i przywarach, byłem dostatecznie zniechęcony do wyrażania swojego zdania, nie zapominając oczywiście o naczelnym powodzie mojego rozdrażnienia czyli narastającym zmęczeniu.

Nagłe słowa Stalowej Mędrczyni zahuczały w moim przyzwyczajonym do miarowych kroków i ciszy uszu rozbudzając gwałtowanie ospały umysł. Nawet wyłączając sens słów wypowiedzianych przez Vin, po samej skwaszonej minie, postawie i tonie głosu można było wydedukować w jakiej kondycji jest Księżniczka. "No nareszcie" pomyślałem z ulgą, kiedy tylko towarzyszka zboczyła z głównego szlaku, by udać się na upragniony odpoczynek. - Będzie jak chcesz księżniczko. - powiedziałem sennie przeciągając się i rozglądając za jakimś przyjemniejszym kawałkiem podłoża. - Nie wiem nawet ile przeszliśmy, a szkoda... można by było jakoś to choćby minimalnie zaplanować. - mówiłem ustawiając się pod przydrożnym drzewem w lekkiej odległości od Vin. Na początku pozbyłem się plecaka, a potem torby, która wypełniona miękkimi elementami miał stanowić za poduszkę. Wiedziałem, że jak siądę to już nie wstanę dlatego nim przystąpiłem do spoczynku ostrymi pazurami rękawicy pozrywałem trochę pobliskiego mchu i rozłożyłem w miejscu swojego legowiska, by chociaż trochę umilić sobie regeneracyjną drzemkę. Następnie położyłem na to płaszcz, a na końcu siebie. Koncentrując się na swoim żywiole pozwoliłem sobie, by woda lekko obmyła moje zmęczone i przepocone ciało i włosy, a następnie je opuściła tak, bym nie został mokry zasypiając. W przyszłości, miałem w planie opracować zdolność pod bardziej przyjemne i dokładne zabiegi tego typu. Czułem mrowienie w nogach sugerujące odpływającą krew. Było względnie bezpiecznie więc nareszcie poczułem, że mogę beztrosko zamknąć oczy.

-Patrzyć w gwiazdy i wzbogacić zmęczenie dodatkowym obciążeniem? Chyba podziękuję... Nie mogę mam spanko. - mówiłem sennie lekko rozbawiony z zamkniętymi oczami. - Nie znam się za bardzo na tych "dobroczynnych" ziołach, całe życie starałem się być czysty... Nie licząc oczywiście paru nieplanowanych razów z alkoholem oblewając odhaczone zlecenie z Mistrzem. Zostałem wychowany tak, by nie ruszać rozpraszaczy, dopóki nie będę mógł sobie w pełni na to pozwolić. Chyba po prostu wystarczy mi to, że jesteś tutaj i narkotyzujesz mnie swoją osobą i swoim zapachem. - odparłem poprawiając improwizowaną poduszkę dodając na koniec uśmiech. Mimo, że faktem było, że wszystkie te "rozpraszacze" jak ja to nazywałem, były w moim mniemaniu dodatkowym utrudnieniem w dążeniu do wyznaczonych celów, to ciekawość mnie zżerała z biegiem czasu coraz bardziej i kusiło, by wyrzec się przekonań na rzecz odpoczynku i rozluźnienia. Czy to był właśnie ten dzień? Nie wiedziałem...

Myśli poprzedziły słowa blokując dźwięk przed wybrzmieniem, a odpowiedź w stylu "Nie jest cicho bo ciągle gadasz" została w strefie domysłu sprawdzając zamiast tego na twarz lekki uśmiech. Właściwie to nie pamiętam, czy kiedykolwiek moja twarzy wygenerowała tych małych uśmiechów, jak od czasu spotkania Vin. Jej osoba dziwacznie działała na moje układy emocjonalne, lecz póki było to lekkie i niegroźne tak jak teraz, mogłem na to pozwalać... chyba. Choć historia spotkania smoka zdawała się być już niesamowicie odległa, podobnie jak konfrontacje z bestiami to ciągle czułem coś odwrotnego do tego co mówiła Mędrzyni Żelaza. - Dla mnie przystań, pierwsza cisza i zarazem ostatni spokój zacznie się w momencie przekroczenia bram Valen. Tutaj tak naprawdę w każdym momencie może nas szlag trafić. - drapiąc się po brodzie zamyśliłem się chwilę na pytanie w kwestii gotowości.- Jeśli byś zapytała, czy jestem gotowy teraz, odpowiedziałbym, że "nie", jeśli jednak zapytasz czy będę gotowy, gdy przyjdzie ten moment... wierzę, że będę w stanie potwierdzić swoją możność walki. Dlatego też właśnie od niepamiętnych czasów obsesyjnie rosnę w siłę i się zbroję... Jeszcze tylko troszkę i wszystko będzie na wyciągnięcie ręki. - powiedziałem obrazowo sięgając opancerzoną łapą ku niebiosom i zaciskając pięść jakby łapiąc powietrze. - Co do nagrody... cóż to co widziały moje oczy i to co jeszcze zobaczą już jest wystarczającą nagrodą. Coś trzeba stracić, żeby zyskać coś innego to prosta i okrutna wymiana naszego świata. - rzekłem sugestywnie z lekka przysypiając.

- Hę? - odparłem jeszcze bardziej sennie.- Gwiazdkę powiadasz? Jak chcesz przyjść i się przytulić, to oczywiście nie powiem nieeeee... - wymamrotałem pod nosem przechodząc powoli w początkowy stan snu.

Thornie ochroń swego syna i daj mu zaznać rozkoszy wytchnienia.


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






25.07.2019, 18:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#69

Noc przebiegła bez żadnych niespodzianek, które mogłyby zagrozić życiu dwójki Mędrców. Żadnych katastrof naturalnych, zero potworów atakujących ich we śnie. Niemal sielska, piknikowa atmosfera. Vin jednak nie zamierzała na to narzekać, ponieważ obudziła się ze zdecydowanie lepszym humorem, który jednak w miarę postępowania ich drogi, powoli opadał. Wyrywała się do przodu. Nie mogła znieść myśli, że ich tempo jest tak beznadziejnie wolne. I to z jakiej przyczyny? Przez pieprzonych szczurzych pomiotów, ludzi. Smocza księżniczka początkowo chciała załapać się na pierwszy lepszy wóz, który mógłby podrzucić ich kilka kilometrów dalej... jednak mieszanina zdziwienia i przerażenia w oczach chłopów skutecznie ją od tego odwiodły. Dziewczyna myślała, że jest to raczej spokojna trasa, często uczęszczana i kiedy się już na niej znajdą, raczej nie będą zwracać niczyjej uwagi. Tymczasem miała wrażenie, jakby brali ją za uśpionego demona. I fakt, że mieli częściową rację wcale ich nie tłumaczył.
- Czy tylko ja uważam, że to jednak dziwne? - rzuciła przed siebie, kryjąc się w cieniu rzucanym przez Mesta. - Czy to moja uroda ich tak zachwyca, że czują nabożną trwogę? - dodała, krzywiąc się niewesoło. Czerwonowłosa inaczej wyobrażała sobie ten etap ich podróży. Westchnęła z rozdrażnieniem, ale powstrzymała się od dalszych komentarzy.
Szli jeszcze przez jakiś czas, kiedy do uszu Mędrców dotarły dźwięki, które ożywiły trochę jej chwilowy nastrój pełen rezygnacji i złości. Spojrzała przez ramię. Karawana handlowa. Zerknęła na swojego Smoczego Brata i uniosła brew. To mogła być ich szansa.
- To co, zaczynamy zabawę? - uśmiechnęła się kącikiem ust, a w jej oczach pojawiła się nagła ekscytacja. Wyszła pół kroku w bok, ku wybrakowanemu traktowi i zamachała ręką ku pierwszemu z wozów. Przytrzymała włosy, żeby orzeźwiające wietrzysko nie pozbawiło jej wzroku. Zaczekała chwilę, aż karawana znajdzie się w zasięgu jej głosu i krzyknęła z ulgą do woźnicy.
- Pozdrowienia, mój miły panie! Czy znajdzie się miejsce dla dwójki znużonych wędrowców? - spytała z nadzieją i uśmiechnęła się, wskazując na Mesta. - Nie za darmo, rzecz jasna. Odpłacimy się w czynach lub smokach, jeśli nas przyjmiecie.
Słyszała jak Mest dopasowuje się do jej stylu i burczy pod nosem coś, co miało być zapewne wylewnym podziękowaniem. Vin jednak nie zwracała na niego uwagi, wpatrywała się z wesołym, lekko złośliwym uśmieszkiem w twarz mężczyzny, który postawił się do niej odezwać. Kupiec, najprawdopodobniej przewodniczący ale również właściciel całej karawany spojrzał na nią i Mesta oceniająco. Jego brązowe oczy zaświeciły się złotym blaskiem, a on sam podrapał się po pejsie wyrastającym mu z twarzy.
Dwadzieścia srebrnych smoków na główkę. Nie mamy zbyt wiele miejsca, ktoś będzie musiał oddać wam swoje łóżko do spania. – Odrzekł chytrze. Reszta grupy milczała lub rozmawiała półgłosem między sobą, rzucając co jakiś czas ukradkowe spojrzenie na Mędrców.
Brew smoczej władczyni Metalu powoli uniosła się w górę. Po prawdzie pieniądze nie miały dla niej dużego znaczenia, ale nie miała zamiaru tak łatwo dać się okraść. Jej uśmiech poszerzył się lekko, choć nie stracił nic na swojej złośliwości. Przechyliła lekko głowę, a jej czerwone pukle rozsypały się po ramionach.
- A nie spytasz się wpierw, dobrodzieju, dokąd się udajemy? - dziewczyna wzruszyła ramionami i spojrzała na karawanę. - Miejsca masz chyba jednak sporo... Ludzi też. Ktoś Was ochrania czy sami tak wędrujecie? - zapatrzyła się na moment na wozy za nimi. Po chwili przeniosła spojrzenie na kupca. Na jej twarzy odbiło się delikatne zdumienie. - Oboje wiemy, że to zbyt duża cena. Nie mamy zamiaru się narzucać. Jednak mój towarzysz jest silniejszy niż wygląda, a z tego co widzę... to coś się dzieje na tym trakcie. - stalowoszare spojrzenie Vin zamigotało. - Nie boicie się tak jak cała reszta? - skrzyżowała ręce na piersiach, a w jej głosie odbiło się szczere zaciekawienie. Ta informacja tak na dobrą sprawę była dla niej ważna z wielu różnych powodów. - No, w każdym razie, liczę, że się jednak dogadamy, mój dobrodzieju. Co wam szkodzi? Dużo miejsca nie zajmiemy, a pomoc chcemy zaoferować! - uśmiechnęła się rozbrajająco, choć w środku zaczęła się powoli irytować. Jej maska wesołej i pewnej siebie zielarki jednak została nietknięta.

Jeśli kupiec zdecydował się ją zignorować, Vin użyła swojego Dostrzegania, by sprawdzić czy ich wozy mają jakieś metalowe elementy: szprychy, gwoździe, dyszle lub części zaopatrzenia. Poza zlustrowaniem całego ich sprzętu i dobytku, chwilowo nie używała żadnych innych mocy.








31.07.2019, 19:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#70

ytanie Vin o rozpoczęcie wspólnej zabawy skierowałem uśmiechem i rozluźniającym wypuszczeniem powietrza. Mimo dość regenerującej nocy, bez żadnych względnych kłopotów mój humor nadal nie był w najlepszej kondycji, chciałem już jak najszybciej być w Valen, by ruszyć w dalszą podróż. Czas nieubłaganie gonił, a zlecenie od smoka miało swój mały termin na wykonanie dlatego tez bezskuteczne oczekiwanie na podwózkę, czy tez powolne przemieszczanie było bardziej jak trapiące. Nim karawana nadjechała poprawiłem z lekka płaszcz co, co by uniknąć zbędnych pytań o opancerzenie, bądź choćby głupi brak ręki. Póki co chciałem wyglądać jak zwykły podróżnik, czy inny poszukiwacz przygód, by w razie czego później na potrzeby sytuacji pokazać ewentualne „kły”.
Słowa Vin i jej propozycja z kopyta opłaty za transport, nim sama takowa wyszła od przedstawiciela karawany skrzywiła moje usta. Podstawowa zasada została złamana. Kiedy proponowało się pieniądze, któż byłby na tyle głupi, by odnowić narzucając w dodatku jakąś absurdalna kwotę. Nic jednak nie chciałem robić i pozwoliłem Vin działać w naszym wspólnym interesie. Czując jednak odrobinę smoczej many od mojej towarzyszki wiedziałem, że zaczęła działać, dlatego tez nie chciałem pozostać bierny. Niezależnie od odpowiedzi chytrego karawaniarza, tez postanowiłem dołożyć swoje do roboty i na podstawie korzystania ze swojej nowo trenowanej zdolności Dostrzegania chciałem ocenić ilość ludzi na podstawie błękitnych zarysów w całej karawanie, próbując tak dużo razy, aż byłem pewny dokładnej ilości człeków w otoczeniu. W końcu każda sytuacja mogła posłużyć choćby za trening...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






01.08.2019, 12:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna