Rzadkie drzewa - Strefa I
#41

Thornie przedwieczny, źródło najczystszej ciemności,
Dałeś się poznać samej wieczności;
Niech Ona i Twój wyznawca na piedestał Cię postawi ,
Niech każdego wroga Twój gniew potężny strawi.

Woda, Ziemia, Powietrze, Ogień, Błyskawica,
Jestem wdzięczy, żeś królem mego życia
Nawet najwyższa światłość i najmroczniejsze doły
Tobą napełniasz wszystkie żywioły,

Wszystkim jestestwom, któreś w planie oznaczył,
Tyś dał początek, koniec naznaczył.
Lecz nie ma początku ni końca, Mroczny Panie,
By określić jak trwałe będzie Twe panowanie.

Jednak niestety, świat Ciebie, potężny jedyny boski tworze,
W swej głupocie, ignorancji i plugastwie objąć nie może...


zas miał i razem ze swoim jedynym towarzyszem ostatnich dni - słońcem, podróżowałem w kierunku zachodnim, zwabiony krzykiem jakiejś wkurwionej białogłowej. Oprócz powodu nowego kierunku oddałem się wewnętrznej medytacji i duchowym dywagacjom ku swojemu jedynemu panu. Wiedziałem, że żyję tylko dzięki jego błogosławieństwu i czułem, że muszę się pośpieszyć z wypełnianiem pozostawionej przez niego woli. Nie rozumiałem jednak, co aż tak mnie tknęło, żeby bezmyślnie rzucić się w obce tereny w poszukiwaniu czegoś co na dobrą sprawę mogło być już martwe. Być może nagły przebłysk motywacji, był planem samego Thorna, w co bardzo chciałem wierzyć, bowiem niebawem miałem się przekonać, że ta decyzja zaważy w kwestii mojego dalszego istnienia.


Im bardziej oddalałem się od przeklętych moczarów, tym bardziej wszystko zdawało się "normalnieć". Pojawiały się już samoistnie przeróżne stworzonka, które po zaspokojeniu ciekawości względem opancerzonego jednorękiego piechura czmychały czym prędzej w gęstwinę, a odczuwana wroga aura tej przestrzeni miała zanikać... Działo się jednak coś dziwnego bowiem w miejsce tej aury zaczęło pojawiać się coś innego, co z każdym krokiem stawało się coraz bardziej wyraźne i jakby bardziej znajome. Kiedy zrozumiałem... zamarłem.

Smocza mana! Czyli gdzieś nieopodal musi znajdować się smok. To co wydawało się tak znajome to było nic innego jak smocze cząsteczki magiczne, które beztrosko wisiały w powietrzu po użyciu smoczej many. O Thornie... - pomyślałem - czy to na pewno ścieżka, którą chcesz, żebym dla ciebie przechodził? Niestety nie było od niego odpowiedzi. Jeżeli smok wybrał sobie na strawę bezbronną kobietę, to już prawdopodobnie od dawna zwiedza sobie jego wnętrzności. Jeżeli jednak nie? Wobec tego czym była, ta znajoma nutka...

Wtem hałasy, trzaski i  pokrzykiwania wyrwały mnie z zamyślenia błyskawicznie nadając nowy kierunek podróży. Wybrzmiewające dźwięki nijak miały się do potężnego i siejącego destrukcje smoka. Jak pod wpływem impulsu mimowolnie zacząłem biec, z nadzieją że odnajdę odpowiedź na trapiące mnie wątpliwości. Kiedy dźwięki robiły się coraz głośniejsze, w moje nozdrza wlał się znajomy słodki zapach... w pierwszej chwili miałem problem z przypomnieniem sobie, co ten zapach oznacza, jednak z każdą chwilą wizualizacja była coraz bardziej pełna. Zrozumienie przyśpieszyło biegu i zmusiło pozostałą rękę do wydobycia z wewnętrznej części płaszcza kosmyka czerwonawych włosów. Jeden dech i już wiedziałem z kim mam do czynienia... jednak kompletnie zgłupiałem przez wzgląd na nową wiedzę... Co na Thorna robi tu właśnie ONA? Czyżby na wkurwie poszukiwała morskiego mędrca, który odważył się zniknąć bez większego wyjaśnienia? Czym są te trzaski? Z kim ona walczy? Potrzebuje pomocy? I czy jest świadoma, co grozi za korzystanie z many w takim miejscu? W ogóle... CO ONA ROBI W TAKIM MIEJSCU?!   - kaskada pytań niczym wodospad, przelewała się przez mój umysł. Poznając tak krótko Czerwonowłosą, nie byłem w stanie znaleźć odpowiedzi na większość pytań zadawanych mi przez wewnętrzne głosy, aczkolwiek zapewne najbardziej szalona i abstrakcyjna opcja była jej najbliższa...

Już tak blisko, jeszcze parę drzew, bagien oraz wzniesień i zrozumiem, co Thorn dla mnie przygotował. I tak oto dysząc wpadłem do małego zagajnika, gdzie zaledwie parę metrów przede mną stał on wielki kościany potwór. A niech to Duronor świśnie... tego jeszcze tu brakowało - pomyślałem po czym błyskawicznie zmieniając pozycję na bardziej bojową, skupiłem umysł aby aktywować destrukcyjną zdolność. Nim zdążyłem zrobić cokolwiek, twór rozsypał się na drobne kawałki, a wraz z upadającym torsem odsłonił piękną, acz wkurwioną Czerwonowłosą z pełnymi presji i szaleństwa stalowymi oczami. O kurwa... to rzeczywiście Vin... I tak oto na moment stanąłem ja, moje serce i coś jeszcze... No i stałem tak oniemiały próbując wykrztusić coś na wzór powitania,  opierdolenia, radości i tym podobnych acz sprzecznych totalnie uczuć... dziwne i niedoświadczone od dawna uczucia mieszające się z pulsującą krwią, zablokowały na chwile kompletnie aparat mowy. A moja naczelna słabość skutecznie wykorzystywała osłabienie umysłu, by eksponować mentalny "Tryb Ziemniaka". Mimowolnie wyszczerzyłem piekielnie ostre zębiska ukazując przydługawe kły w swój stary ironiczny uśmiech. Następnie odzyskując powoli świadomość szybkim, acz niewprawnym gestem poprawiłem płaszcz zakrywając brakującą rękę upuszczając w połowie chcąc w połowie nie chcąc kosmyk czerwonawych włosów na ziemię, aby odwrócić uwagę od niechcianego faktu. Choć w mojej głowie sytuacja od wpadnięcia na polanę do zasłonięcia płaszczem trwała dobre dziesięć minut, to w rzeczywistości minęły ledwie sekundy, pozwalając mi tym samym nie tracić elementu zaskoczenia. Gdy tylko umysł odzyskał pełną sprawność lekko chrapliwym, niskim i zdyszanym głosem odezwałem się do Czerwonowłosej Vin ubogacając ton w różne poziomy i odrobinę ironii w zależności od momentu...

-Dzień dobry Księżniczko, czyż to nie jest najwspanialszy dzień i moment, abyś mi na szybkości powiedziała: Co Ty tu do ostatniego czorta robisz? A następnie, jeżeli nie masz oczywiście nic przeciwko i Ty i Ja... No wiesz... Jakby to powiedzieć. Żebyśmy jak najszybciej spierdalali z tego przeklętego bagna?


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






16.06.2019, 01:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#42

strzymała oddech na tak długi czas, że w pewnym momencie zapomniała, że powietrze jest jej potrzebne do czegokolwiek. Bo czy było? Czy to właśnie powietrzem pokonuje się magicznie ożywione kreatury? Czy one go, do cholery jasnej, potrzebują do czegoś? Skrzywiła się do swoich absurdalnych myśli. Nie zamierzała teraz przez przypadek odnajdować kolejnych przewag przeciwnika i na przekór wszystkiemu, jednak wypuściła powietrze z płuc. Zmrużyła oczy z irytacją i przyznała niechętnie rację światu: powietrze jednak zabije draugira. No... może zrobi to pośrednio... A tym pośrednikiem oczywiście będzie Smocza Księżniczka. W końcu ta sytuacja mogła się zakończyć tylko w jeden sposób: ona albo on. Mędrczyni przemknęło przez myśl pytanie czy kiedykolwiek będzie na tyle silna, by nie bawić się nawet z całą armią takich kościstych dupków przez połowę dnia, tylko dokonać ich masowej rzezi w jednej chwili? Czy będzie kiedyś istnieć jako ucieleśnienie dzikiej, przedwiecznej magii w najpiękniejszym ciele, jakie tylko żywe i umarłe istoty mogą sobie wyobrazić..?
Uśmiechnęła się kącikiem ust, a jej oczy błysnęły złowrogo. I nad czym się tu zastanawiać, kiedy odpowiedź jest aż tak oczywista?
Ruszyła do swojego ataku, a świsty jej broni przecinających powietrze, trzask kości i dziwne skrzypienie było idealną muzyką do jej tańca, który przypomniał prawdziwe danse macabre. Smocza córka ufała swojej magii. Choć dla większości mogła być brutalna i pozbawiona klasy, dla niej była najcudowniejszą sztuką, jaka mogła powstać. Kochała kontrast pomiędzy pozorną kruchością swojego ciała, a niemal prostacką siłą potęgi jej metalu. Przeszły ją ciarki, kiedy zamachnęła się ostatni raz wielkim morgenszternem i usłyszała dźwięk, na który czekała od samego początku walki. Dźwięk prawdziwej śmierci. Jej zwycięstwa, które nie dało jej absolutnie nic poza chorą satysfakcją i niepotrzebnym zmęczeniem oraz utratą smocznej many.
Odeszła na drżących nogach od upadającego ciała gigantycznego potwora. Patrzyła jednak jak zahipnotyzowana, jak jego szkielet wali się niczym dziwny, wielki budynek, unosząc w powietrze chmurę pyłu, igieł, liści. Parsknęła bezdźwięcznie, znów myśląc o tym, że to nie była walka. To było tylko i wyłącznie przetrwanie.
Vin oparła się o drzewo i zamknęła oczy. Jej broń wciąż tkwiła nieruchomo nad kupą kości, która jeszcze przed chwilą o mało co jej nie zabiła. Czuła naprawdę głębokie rozczarowanie z powodu braku możliwości poznania tego przemiłego nekromanty, który doprowadził ją do konieczności tak intensywnego użycia mocy... zabawa z nim byłaby o wiele bardziej interesująca niż...
Zmarszczyła brwi i stanęła prosto, przyciągając do siebie sztylet.
- O co tu, kurwa, chodzi... - warknęła do siebie, nic nie rozumiejąc. Czuła zapach, który budził dziwną nostalgię. Był na tyle znajomy, że zdecydowała się nie puścić całego arsenału swojej broni w tej samej sekundzie w tamtym kierunku, ale był też na tyle odległy i niesprecyzowany, że nie zdjęła Kontroli ani z wekiery, ani z morgernszterna. Ten las zaczął ją przytłaczać swoją dziwną aurą i zdecydowanie nieciekawymi istotami, które w nim egzystowały. Zmarszczyła brwi, niepewna co robić. Teraz słyszała już nawet całkowicie pozbawione delikatności przedzieranie się przez poszycie i ciężki oddech jej nowego... przyjaciela? Który ma duże szanse, aby skończyć jak draugir.
Echo szalonej odbiło się jednak na jej twarzy, kiedy zabiła własne wahanie. Naraz posłała swoje bronie prosto na nowego przeciwnika, dochodząc jednak do wniosku, że lepiej będzie tym razem skończyć walkę nim naprawdę się zacznie i czym prędzej spierdalać z tego miejsca. Odepchnęła się lekko od drzewa i wyprostowała rękę opatrzoną w sztylet, mierząc poprzez opadający i mieniący się niczym diamenty kurz w stronę nowego przeciwnika. Oblizała wargę, a na jej twarzy pojawił się piękny, okrutny, uśmiech. Może jednak nie tak od razu go zabije...
Gdy tylko postać wpadła na polanę, smocza czarownica bez mrugnięcia okiem wysłała broń po łuku z lewej i prawej strony, chcąc złapać nieznajomego w prymitywne kleszcze. I w tym momencie jej serce stanęło i podeszło pod gardło. Sztylet wypadł jej z dłoni. Wiedźma wyciągnęła obie ręce przed siebie, choć wiedziała teatralne gesty nic jej nie dadzą, skupiając całą swoją siłę woli, by zatrzymać obie bronie zamierzające się na jej Smoczego Brata. Zacisnęła szczęki, a złość znów zalała jej umysł. Co on sobie, do stu smoczych dup, myślał?! Czuła puls w skroniach, kiedy rozpędzone metalowe narzędzia śmierci wytraciły swój impet na tyle, żeby nie były zdolne wyrządzić nikomu krzywdy. Wyciągnęła z nich magię, a jej klatka piersiowa unosiła się ciężko. Nie była pewna, czy udało jej się całkowicie powstrzymać ich pęd, ale zrobiła co mogła. Była pewna, że nie był to już zabójczy atak, szczególnie dla Smoczego Dziecka. Podniosła swój sztylet i powoli, nie spuszczając z Mesta wzroku, podeszła do niego. Szaleństwo nie znikało jej z oczu, a złość malująca się na jej pięknym obliczu - aktualnie zakurzonym, pewnie trochę podrapanym - sprawiała, że wyglądała na ucieleśnienie zwycięskiej bogini.
Słysząc szybko padające zdania z jego ust, Vin przechyliła głowę i odsunęła pasma włosów, które masowo chciały jej wejść do oczu, nosa i ust. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, kiedy patrzyła w oczy Morskiego Smoka, by powiedzieć:
- Szukałam skarbu. - wzruszyła ramionami rozbrajająco. Naprawdę miała nadzieję, że ten potwór doprowadzi ją do jakiegoś skarbca lub odsłoni tajemnicę, która pochłonie ją bez reszty i obdarzy wiedzą lub potęgą niedostępną dla nikogo innego. - Nie spodziewałam się jednak, że znajdę Ciebie. Idiotę, prostaka i niewdzięcznika, który znika bez słowa, zostawiając po sobie tylko zakrwawioną klamkę. Zdecydowanie daleko Ci do mojego wyobrażenia czegoś wartościowego. - jej spojrzenie stwardniało, jednak uśmiech pozostał nieskazitelnie piękny. Wskazała na czerwona bransoletkę, którą niegdyś mu podarowała i dodała po chwili: To jednak wskazuje na to, że jestem skłonna oddać za Ciebie życie. A prawie Ci je teraz odebrałam... - westchnęła i odwróciła spojrzenie, wiedząc jak tandetnie te słowa brzmią, nawet jeśli była to prawda. Była Smoczą Księżniczką i to był jej cholerny obowiązek, z którego zamierzała się wywiązać. To, że zamierzyła się na niego swoją magią nie było czymś planowanym, a ona już sama nie była pewna kto miał więcej szczęścia, że jednak mężczyzna stojący na przeciwko nie został poturbowany.
Czerwonowłosa kucnęła, dotykając z czułością kolejno wekiery i morgernszterna. Nie zamierzała zostawiać jakiejkolwiek broni w lesie, a już szczególnie takiej, która była właściwie magiczną częścią niej samej. Schowała sztylet i nagle poczuła jak kręci jej się w głowie. Była zmęczona, obolała, a gardło aż paliło od kościanego pyłu, którego się nawdychała. Spojrzała na Mędrca ze złością.
- A wiesz może, w którą stronę mamy spierdalać, żeby nie natknąć się na kolejnego chodzącego trupa? - spytała, posyłając mu spojrzenie mówiące wyraźnie, że jeśli tak bardzo chce, to proszę bardzo, niech spierdala, ale ją zostawi w świętym spokoju. Rozejrzała się wokół, szukając swojego płaszcza i plecaka, ale dojrzała tylko to pierwsze. - Bo jeden z nich prawie mnie zabił. Chwilowo wolałabym nie zawierać z nimi nowych znajomości. - przyznała, jednak mimo tej deklaracji uśmiechnęła się z zadowoleniem. - Pozbierasz moje rzeczy? Muszę chwilę odpocząć. A potem... no wiesz. Ty i ja. Jakby to powiedzieć? - zaśmiała się krótko, czując jak paląca wściekłość zmienia się w ledwo tlącą irytację. - Możemy stąd spierdalać.
Vin zamknęła oczy, tym razem już nie siląc się na specjalną czujność. Samo to, że miała przy sobie innego Mędrca działało na nią uspokajająco. Nie był to co prawda Vein, ale to może i lepiej... Kto wie czy rozgrzana walką naprawdę by go nie zabiła. Co do Mesta zaś... Dziewczynę dopiero teraz jakby coś tknęło. Zmarszczyła brwi i poczuła dziwny niepokój. Właściwie to powinna od tego zacząć, jednak zaskoczenie i zmęczenie sprawiło, że nie przejmowała się powodem ich spotkania w takim miejscu. To był chyba dobry moment, aby nadrobić ten brak wiedzy.
- Mest? A co Ty tak w ogóle, do cholery jasnej, tutaj robisz? - spytała, podskórnie czując, że wcale nie chce tego wiedzieć. - I nie mów proszę, że ratujesz niewiasty w opałach. Takie kłamstwa są poniżej pewnego poziomu, niezależnie od tego czy jest się smoczym dzieckiem czy bezużytecznym człowiekiem. - uniosła przeciętą blizną brew, próbując ukryć niepewność pod maską pogardliwego rozbawienia. Ten las naprawdę był przerażający.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2019, 13:28 przez Vin.)









16.06.2019, 12:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#43

dy tylko skończyłem swoją pełną zaskoczenia, niezrozumienia i trochę upośledzoną kwestię zdałem sobie sprawę, że Smocza Księżniczka spróbowała targnąć się na moje życie. Choć zapewne nie celowo to sam fakt, że jej obecność tak mnie wytrącił z równowagi, że nie zauważyłem zagrożenia spowodował wewnętrzny wylew wkurwu. Mest, ja pierdole coś ty ogarnął? Mogłeś już nie żyć... Na moje szczęście nie doprowadziła swoich planów finalnie do czynu, dając mi szansę do nieużywania swojego już przeżutego przez ostatnie historie ciała w celu wykonania jakichś niestworzonych uników. Po jej błyszczących oczach, szybko mogłem zrozumieć, że uczucia choć trochę różniące się od moich, na dobrą sprawę, aż tak bardzo się od siebie nie różnią. Jednak tak jak przypuszczałem... Absurd i abstrakcja naczelną cechą Smoczej Córki. Kiedy podeszła mimowolnie napiąłem całe ciało, jakby w obawie, że jej pomysłem na przywitanie starego druha będzie, brutalne uderzenie dewastujące szybko pompujące drogocenną krew smocze serce. Z dziwnych przyczyn czułem jakbyśmy w tej właśnie chwili tworzyli jedność. Te same praktycznie pytania, uczucia, błysk w oczach, a także uśmiechy i styl żartu. Choć trzeba było zaznaczyć, że dziewczyna przewyższała mnie znacznie, jeśli chodziło o bogactwo ekspresji. Na słowa dziewczyny odnośnie skarbu, mimowolnie z ust parsknął żartobliwy tekst, wycedzony przez ciągle nie znikający pełen podniecenia uśmiech.

-Oto jestem! W pełnej, no prawie pełnej okazałości...

Dalsza część wypowiedzi Mędrczyni spowodowała coś w rodzaju... ubogich wyrzutów sumienia? Nie do końca umiałem to nazwać. Nie chcąc nazbyt zagłębiać się w tłumaczenie się, co by nie pokazywać uległości przed ognistą pannicą odrzekłem tylko po skrócie:

-Pamiętaj, że są rzeczy, które przewyższają pojmowaniem i mnie i ciebie i całe te splugawione ziemie. A już na pewno odebranie życia smoczego morskiego księcia, nie jest w twojej kompetencji, kiedy ledwie jeno śmieć doprowadził cię na skraj wycieńczenia. Od czasu naszego ostatniego spotkania wiele się zmieniło. Z resztą, swoje jakby to nazwać, swoje "przepraszam" za bycie sobą już odpracowałem własną ręką...

Mówiąc, starałem się być łagodny, jakbym tłumaczył, a nie bawił się w puste przechwałki. Bądź co bądź, rozwścieczenie lekko niestabilnej aktualnie Czerwonowłosej nie leżało w moim interesie. A raczej wolałem przygaszenie z lekka jej emocji i temperamentu. Aby wywołać z lekka inne odczucia Mędrczyni względem mnie i obecnej sytuacji zdecydowałem się pokazać jej przykład swojej porażki i słabości, czyli odsłonić płaszcz i pokazać oczywisty brak ręki.

-Wydaje mi się, że chodzące trupy to najmniejszy problem jaki może nas spotkać na tych terenach. Sam natknąłem się też na dwóch nieumarłych około trzydziestu kilometrów stąd, gdzie założyłem prowizoryczny obóz. Ale bacząc na to, jak beztrosko wywaliłaś w tym obszarze spore ilości many, niebawem możemy spodziewać się konkretniejszego towarzystwa, niż jakiś tam kościej. Przybywam ze środka tego szaleństwa, więc wiem co mówię... - mówiłem poważnym, acz spokojnym głosem zbierając wszystkie upuszczone i porozrzucane rzeczy i oddając je Vin. -Jeżeli chcesz możemy ruszyć w stronę mojej małej fortyfikacji, powinna nam zapewnić ochronę na noc, albo też za czym jestem bardziej... powinniśmy opuścić te zapomniane przez bogów tereny. Sam nie jestem w za dobrej kondycji, a patrząc na ciebie wiem, że jest nie lepiej. Niezależnie od decyzji, musimy stąd ruszać, a odpoczynek zostawić na czas kiedy będziemy poza zasięgiem działania twojej many. - rzekłem oddając ostatnie elementy wyposażenia Vin. - Jedyne co ci mogę na chwilę obecną zaoferować to strawa fizyczna i magiczna. -dodałem podając spory kawał suszonego mięcha i pojemnik z wodą oraz ostrze siekierki zdobyte w przeszukiwaniach trupków.

Rozglądając się i nasłuchując zapomniałem na chwile o temacie Vin, która w pół żartobliwy sposób próbowała wydobyć informacje na temat powodu mojego jestestwa na tych tajemniczych terenach skupiając się raczej na tym czy nie nadciąga żadne zagrożenie. Przez ten czas spędzony tutaj, zrobiłem się przeczulony na każdy dźwięk, ruch, zapach i choć było to kompletnie niezamierzone co do Vin to dla niej mogło się wydać jakbym z lekka zdziczał i nie do końca był obecny. Przynajmniej względem Mesta, którego miała okazje spotkać jakiś czas temu.

- Jeżeli chcesz jakichkolwiek konkretniejszych informacji, znajdźmy pierw inne, przyjemniejsze miejsce na takie rozmowy. Wiem, że pewnie masz dużo pytań. Ale musisz być cierpliwa. Możemy też rozmawiać jak już ruszymy. Jeżeli chodzi o kierunek... No cóż od początku mojej wędrówki próbuję dostać się do rzeki, która jest na zachód stąd. Przebyłem wiele kilometrów, więc rzeka powinna być już naprawdę blisko. Niech to będzie nasz kierunek. Dopiero po jej drugiej stronie będziemy bezpieczni. - kończąc wyciągnąłem ustrojstwo wskazujące północ i nie bacząc za bardzo na Vin zacząłem ustawiać i korygować dalszą trasę względem wynalazku.


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






16.06.2019, 14:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#44

dy spojrzenie Smoczej Księżniczki padło na twarz dziedzica Władcy Mórz, nie była pewna czy przypadkiem się nie pomyliła. Choć pamiętała jego zapach, budzący na myśl bryzę znad Klifowego Morza, która zapowiadała nieuchronną burzę i powodowała ciarki na plecach, oczy Mędrca były całkowicie inne niż podpowiadały jej obrazy w wyobraźni. Jakby należały do innego stworzenia. Jej instynkty warknęły ostrzegająco, ale czerwonowłosa je zignorowała. Nie bez powodu obdarzyła go bransoletą stworzoną z jej własnych włosów... nie przypuszczała jednak, że spotkają się zaledwie po kilkunastu miesiącach. I to w tak niesprzyjających warunkach. I choć jej oczy dalej były pełne szaleństwa, dzikość powoli z nich znikała, ustępując miejsca zdumieniu i dziesiątkom niewypowiedzianych pytań.
Stalowooka wiedźma uniosła brwi i rozciągnęła usta w rozbawionym, typowo dziewczęcym uśmiechu. Nie była nawet zła za podważenie jej umiejętności i mocy, po prostu pozwoliła sobie na chwilę wymownego milczenia. Położyła dłoń na jego klatce piersiowej, jakby musiała fizycznie odczuć, że stojący na przeciw niej mężczyzna nie jest zjawą lub wytworem jej chorego i zmęczonego umysłu. Nie odniosła wrażenia, jakby Morski Książę był jedynie iluzją. Przesunęła dłoń na jego ramię, zmuszając delikatnym naciskiem by się pochylił. Sama musiała stanąć jeszcze na palcach, bo jak większość istot, był od niej sporo wyższy.
- Nie masz pojęcia jak wiele rzeczy jest w zakresie moich umiejętności... - szepnęła mu na ucho, owiewając je ciepłym oddechem i pocałowała Mędrca delikatnie w policzek. Skrzywiła się zaraz potem, ponieważ był to policzek zarośnięty i całkiem nie przystosowany do tak delikatnych pieszczot. Zasadniczo, wyszła z walki z paroma siniakami i totalnym wyczerpaniem po całodziennym biegu, ale nie musiał tego wiedzieć. Wolała być niedoceniana, niech bierze jej słowa za przechwałki dumnej księżniczki. Jednak kiedy Mest skończył mówić i odsłonił poły płaszcza, w stalowej wiedźmie aż zawrzało od emocji. Bez większych ceregieli dotknęła jego ramienia i boku, po raz pierwszy od bardzo dawna chcąc, żeby jakiś facet się przy niej rozebrał bez żadnej erotycznej kontynuacji... Musiała zobaczyć ranę, czy jej gojenie przebiegało poprawnie... czy w ogóle dałoby się ją zaleczyć. Jak potężny musiał być przeciwnik Mesta, skoro doprowadził go do utraty ręki? Odnalazła wzrokiem jego oczy.
- Co masz na myśli mówiąc, przez bycie sobą? Jak to się stało? Mest, do cholery jasnej, kto Cię tak urządził? - z każdym kolejnym słowem, policzki dziewczyny coraz bardziej się różowiły od złości. Mest nie poprawiał jej chwiejnego stanu swoimi słowami. - Beztrosko? - uniosła brew, świadomie ignorując informację o kolejnych nieumarłych, którzy pojawili się w lesie. - Lepiej było stać i dać się rozerwać na strzępy...? - dodała cicho, patrząc na niego spode byka, zaciskając dłonie w pięści i czując jak złość rozlewa się po jej ciele niczym słońce wychodzące zza chmur.
Wzięła od Mędrca swoje rzeczy, a jej oczy, które zawsze zdradzały prawdziwe uczucia Mędrczyni, tym razem nie wyrażały nic. Narzuciła swój płaszcz, nawet nie siląc się na otrzepanie go z ziemi i igieł, założyła plecak i rozpuściła swoje piękne, długie włosy, które przeczesała dłonią.
- Chodźmy. - rzuciła krótko, a ton jej głosu był równie łagodny, co broń, którą walczyła. Przyjęła bez słowa ofiarowaną strawę, wypijając najpierw wodę, która w dużym stopniu ukoiła jej palące gardło. Zmusiła się, żeby przełknąć mięso. Miała wrażenie, że jej żołądek się skurczył i kategorycznie odmawia powrotu do stanu normalności. Położyła dłoń na ostrzu skierki, które chwilę później stało się jednością z jej Powłoką, kiedy wchłonęła jej energię w siebie. Zawsze coś, choć nie wątpiła, by jej rezerwy many odnowiły się jakoś specjalnie. - Przez większość czasu szłam z wzdłuż rzeki, przeciwnie do jej nurtu. Nie widziałam ani nie słyszałam nic, co wskazywałoby na to, że gdzieś w pobliżu żyją ludzie. Najszybciej pewnie będzie wrócić do Perony, jak już znajdziemy się... gdziekolwiek. Bo teraz jesteśmy w dupie. - westchnęła, oddając Mędrcowi bukłak z wodą i resztę suszonego mięsa. Dalej była zła za jego słowa, ale nie mogła odmówić racji temu, że jak najszybciej powinni się stąd wynieść. Gdyby wędrowała sama i została przyparta do ściany przez jakieś kreatury, zawsze mogła uciec bez najmniejszego problemu. Jednak teraz... Uniosła głowę, próbując dostrzec niebo przez korony drzew. Nadaremnie.
Przez chwilę patrzyła w milczeniu jak Mest dosłownie nastawia uszy i węszy, dziewczyna była pewna, że szuka zagrożenia. I choć było to dziwne zachowanie, w tej chwili nie zamierzała go komentować. W gruncie rzeczy było także rozsądne. Miała wrażenie, jakby oboje byli psami myśliwskimi, które szukały uciekającego lisa czy zająca... i jednocześnie liczyła na to, że w najbliższym czasie sami nie staną się ofiarami pogoni. Nie umknęło jej uwagi, że mimo swojego rozgadania, Mędrzec nie uraczył jej wylewną historią o utracie ręki.
- Oczywiście, że chcę informacji. Ale cierpliwość nie jest cnotą znajdującą się w wachlarzu moich mocnych stron. Zasadniczo, żadna cnota nią nie jest. - czerwonowłosa przyznała bez skrępowania, po czym podeszła do niego, patrząc na ustrojstwo, którym aktualnie się bawił. - Rzeka jest blisko, jestem zdziwiona, że nie jesteś w stanie jej wyczuć. - popatrzyła na niego, jakby wyczuwanie zbiorników wodnych dla Mędrca parającego się wodną magią było czymś dziecinnie prostym. Pokręciła głową i westchnęła. - Nie wiem czy powinnam dać Ci prowadzić, ale tak naprawdę kierunek jest mi obojętny, byleby tylko się stąd wydostać. Jeśli uda Ci się wyprowadzić nas stąd bez uszczerbku na życiu, powiedzmy... że będę Ci winna przysługę. Możesz poprosić o cokolwiek. - uśmiechnęła się kącikiem ust i odwróciła od Mędrca, rozglądając się wokoło i czekając na decyzję w sprawie kierunku.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2019, 15:23 przez Vin.)









16.06.2019, 15:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#45

bliżenie ze strony Pięknej Czerwonowłosej było czymś, totalnie zaskakującym a moment czułości od niej sprezentowany, był właściwie ostatnią rzeczą jakiej się spodziewałem. Zablokowało mnie, a mój kark i plecy przeszła fala ciarek. Czułość? Teraz? Dlaczego? Nie rozumiem... Czynność odpaliła na chwilę na nowo umysłowy tryb ziemniaka, zwiększając znacznie tętno, ale i wlewając w przepełnione ciemnością i dzikością serce odrobinę ciepła, które przyćmiło poprzednie cechy. Obserwując ze skupieniem jak Vin drapie się instynktownie po nosku podrażniona zaniedbanym i przydługawym już zarostem, zdałem sobie sprawę, że odkąd wylądowałem na tych zapomnianych przez bogów terenach, kompletnie zapomniałem o pielęgnacji swojego ulubionego atutu... nie było co się ku temu dziwić, bo zazwyczaj to właśnie dwie ręce służyły mi do zabiegów estetycznych...
Ukazanie ramienia, a raczej jego braku przyniosło z goła inny niż zamierzony efekt, bowiem Stalowa Wiedźma na moment ponownie się zaogniła i zaczęła bombardować moje zmęczone ciało serią pytań, na które nie miałem ochoty odpowiadać, a także bacznie obserwować okaleczoną część. Sfrustrowany nie chciałem na to pozwalać. Nie było to przecież coś, z czego byłem specjalnie dumny. Napotykając wzrok Vin cofnąłem się odruchowo pozwalając, by pojemny płaszcz ukrył kikut. -Ktoś... lub raczej coś co przewyższa potęgą niemalże każdą istotę tych ziem. Jeden z siedmiu naczelnych - Władca Nocy. To właśnie od niego wracam i na jago rozkaz teraz działam.

Kiedy Mędrczyni pochłaniała strawę z podziwem przyglądałem się wykonanym przez nią przedmiotom. Jeżeli przy pomocy jej many jest w stanie tworzyć takie arcydzieła, to być może to właśnie ona mogłaby przyczynić się do zminimalizowania skutków mojego spotkania ze smokiem. Nim miałem udać się do Dravnul, pragnąłem zdobyć jakiś substytut ręki. Najodpowiedniejsza do tej roli wydawała się Biała Sfora - skrytobójcza paserka w Valen. Znała się na gadżetach i potrafiła konstruować najróżniejsze przedmioty pod zamówienie, a co najważniejsze sama skonstruowała swoją protezę dla nogi. Jeśliby udało mi się przekonać Vin, to może użyczyłaby mi swoich mocy przy konstruowaniu ręki, tak by nie była to tylko zwyczajna proteza, ale kolejny zabójczy element skrytobójczego arsenału...

Z rozmyślań wybiła mnie odpowiedź Vin odnośnie rzeki, była to dobra wiadomość. Na rzece miałem przewagę i to właśnie rzeka mogła nas oddzielić od przeklętych bagien. Pierwotnie w planach miałem udać się najpierw do miasteczka przy jeziorze, ale po propozycji Vin i Perona, jak i Grimssdel były zachęcającymi opcjami. Jako tymczasowy lider podróży, musiałem się na coś zdecydować... --Perona... Tak. Definitywnie Perona. - powiedziałem bardziej do siebie, niż do Mędrczyni, po czym skupiłem na niej wzrok. --Mam nadzieję że pamiętasz jak dotrzeć do wspomnianej rzeczki, ponieważ to właśnie tam udamy się najpierw. Potem odbijemy do Perony. Zaraz zaraz... Mówiłaś wrócić? To oznacza, że tam byłaś? Jest to bezpieczne aktualnie miasto? Z resztą opowiesz mi po drodze, musimy już iść. Każda minuta spędzona w tym terenie w bezruchu może przyprawić nas o zagładę. Oczywiście opowiem ci wszystko dokładniej, jednak najpierw... ekhem przepraszam, za moje zachowanie. Po prostu, od dawna nie spotkałem czegokolwiek co by mnie nie chciało zgładzić, zniszczyć, skrzywdzić. Jestem przemęczony, sfrustrowany i obolały. Oddałbym wiele za ciepłe przyjemne łóżko z dala od tego piekła. Chce się raz porządnie wyspać...Nie za często zdarzało mi się przyznawać tak otwarcie do słabości. Być może miała tu swój udział moja zwyczajna słabość do gatunku pięknego, lub po prostu Mędrczyni miała w sobie "to coś". Pewnym było, że na pewno byłem nieswój. Totalnie nie wiedziałem jak się zachować, ani jak odnaleźć się w obecnej sytuacji. Przemęczenie i niewyspanie pewnie też miało swój udział, ale nigdy wcześniej poza Mistrzem i Lazurowym, którzy byli bardziej jak rodzice, do kogoś i od kogoś nie czułem takiej masy przeróżnych uczuć i choć miałem swoje lata, moja emocjonalna strona, zawierała pewne braki...

"Rzeka jest blisko, jestem zdziwiona, że nie jesteś w stanie jej wyczuć." o czym ona mówi? Węchem miałbym wyczuwać wodę? Ruszając w stronę północno-zachodnią pozwoliłem sobie na szybkie pytanie odnośnie wypowiedzianej przez czerwonowłosą kwestii. --Zaraz zaraz... wspomniałaś coś o wyczuwaniu, czy to oznacza, że mógłbym wyczuwać swój żywioł? Chcesz powiedzieć, że ty tak potrafisz z metalami? Mogłabyś mi coś więcej na ten temat opowiedzieć? Jak to działa? O ile oczywiście chcesz...- Mimowolnie odkryłem ogromne pokłady zainteresowania. Gdy tylko zdałem sobie z tego sprawe, wycofałem się z lekka. Sztuka samodoskonalenia była jedną z najważniejszych kwestii w moim życiu. Właściwie to tylko dzięki wszelakim czynnościom tego typu, mogłem choć na chwilę uciszyć ten przeklęty smoczy rechot o treści "Słaby". Jeżeli dzięki Vin mogłem nauczyć się czegoś nowego, to nie mogłem tracić takiej okazji.--Więc mówisz, że mogę prosić o cokolwiek... - wycedziłem szczerząc się jak głupi. -- odważne słowa jak na małą czerwonowłosą kruszynkę pośród złowrogiego lasu. Uważaj, bo być może gdy zajdziemy do celu, będzie mnie trzeba z lekka wyręczyć w paru kwestiach...
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.06.2019, 01:52 przez Mest.)



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






17.06.2019, 01:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#46

hoć czerwonowłosa gorzej znosiła zaniedbany męski zarost niż brutalne rzucanie nią o ziemię przez ożywione kości draugira, to nie była w stanie w całej tej sytuacji ukryć uśmiechu rozbawienia w chwili, gdy powoli odsunęła się od Smoczego Dziedzica. Zakryła luźno zaciśniętą pięścią usta, patrząc na niego zza kurtyny rzęs i zaśmiała się cicho. Szalona wiedźma stwierdziła w duchu, że był uroczy w swoim zdumieniu. Vin w swoim życiu widziała całe rzesze mężczyzn... i kobiet zresztą też, którzy chwilowo przy niej głupieli, gdy sprowadzała w ich ich myśli najróżniejsze fantazje. Zazwyczaj nie robiąc zbyt wiele i pozwalając, by wyobraźnia sama odwaliła za nią większość roboty. Nigdy jednak jej się nie nudziło oglądanie tych twarzy, spojrzeń, bezruchu i zagubienia. Ah, gdyby tylko miała przed sobą ludzką zabawkę, może, może nawet by się skusiła na chwilę relaksu. W każdym razie, księżniczka trochę poniewczasie stwierdziła, że nie powinna jednak tego robić Mestowi. Tego typu zagrywki powinna zachować dla istot, których nie da się przekonać w inny sposób niż cielesnymi przyjemnościami, a była przekonana, że z Mędrcem dojdą do jakiegoś konsensusu używając w większej mierze słów niż czynów. Przecież nie zamierzała go krzywdzić, prawda? ~ spytała w myślach samą siebie. Klarowna odpowiedź jednak nie nadeszła.
Kiedy mężczyzna zakrył płaszczem kikut i to z zamiarem całkowitego odsunięcia Vin od dalszych działań, stalowooka spojrzała na niego groźnie. Może nie była lekarzem, ale znała się co nieco na anatomii i ziołach, a była niemal pewna, że zawartość jej sakiewek mogła by coś zaradzić. Westchnęła i pokręciła głową.
- Boli? - spytała, choć dopiero po chwili dotarło to niej jak głupio to pytanie zabrzmiało. I jak prostacka może być na nią riposta. Skrzywiła się, stając bokiem do Mędrca. - Piecze? Ropieje? Kości całe? Nie udawaj twardziela, bo to nie miejsce na to. - spojrzała na niego poważnie. Nie chciał jej pomocy to jego sprawa, ale wędrówka z kalekim Mędrcem była swojego rodzaju... no dobra, była po prostu utrapieniem. A do tego niepotrzebne udawanie samca alfa doprowadzało ją do do szewskiej pasji. Wystarczająco dużo takich sytuacji doświadczyła z Veinem, żeby być w stanie je ignorować. Choć Vein miał o tyle więcej instynktu samozachowawczego, że koniec końców dawał jej za wygraną. Smocza Księżniczka przewróciła swymi pięknymi oczyma, a jej wzrok wyrażał raczej zmęczenie niż wcześniej okazaną złość. - Aha. Wypełniasz rozkaz Mooug'an'ela. Czy oprócz ręki rozum też Ci odjęło?
Czarownica raz jeszcze pokręciła głową, tym razem z rezygnacją. Przeżuwała suche mięso, zastanawiając co naprawdę mogło się przydarzyć Mestowi. Z jednej strony nie miała wrażenia, że kłamał, z drugiej jednak... aż tak jawne obnoszenie się z rozkazem od Władcy było dziwne. Zbyt ufne. Za bardzo... nierealne. Przełknęła z trudem i powiodła wzrokiem po ziemi. Niby widziała go na własne oczy. Dlatego tak naprawdę znalazła się w tym miejscu. Zmarszczyła brwi i rzuciła w pustkę przed siebie, dalej nie patrząc na Morskiego Księcia.
- Nie kłamałeś, co? - zamarła w bezruchu, czekając na jego odpowiedź. Gdyby faktycznie działał na rozkaz smoka, to zostanie w jego towarzystwie nagle zaczęło malować się innymi barwami. Co prawda, dalej problemem było podróżowanie z kaleką. Niezależnie od tego jak był silny, takie rany zmieniają człowieka. Odbierają pewność siebie, a bez ręki... cóż, magia czasem nie jest wystarczającą bronią. Westchnęła ciężko, odwracając się do niego. Czerwone włosy zafalowały na wietrze. Vin skrzyżowała ręce na piersiach, mając wrażenie, że nie wygląda na osobę, która bez względu na wszystko szuka zwady. - Liczę jednak na dobre wyjaśnienie. - stwierdziła sucho. Najwidoczniej "za" przeważyło "przeciw" i Smocza Córka zdecydowała się zaryzykować raz jeszcze. Właściwie spodziewała się kolejnego pustego tropu, jednak to, że widziała czarną bestię szybującą nad jej głową, dawało cień nadziei. Jeśli jednak Mędrzec próbowałby wywieźć ją na manowce, to zamierzała się z nim policzyć w jakiś bardziej wyrafinowany sposób niż miała to w zwyczaju czynić z tymi, którzy próbowali ją oszukać.
Minęła dobra chwila zanim dziewczyna uspokoiła się na tyle, by podjąć w miarę normalną rozmowę. Przez dłuższy czas patrzyła na swojego przewodnika po bagnach, który jednak nie za bardzo nadawał się do tej roli. Smocza piękność straciła w końcu i te resztki cierpliwości, które tak starannie pielęgnowała na czarną godzinę. Mest ewidentnie nie wiedział gdzie powinni się udać, a do tego całkowicie ją ignorował.
- Zatem, Perona! - Vin poruszyła ręką jak orientalna tancerka, która nosi dziesiątki brzęczących bransolet. Wskazała mniej więcej kierunek, z którego przyszła. Nie sądziła, że przytulanie omszałych drzew kiedykolwiek wyjdzie jej na dobre, a tu proszę. - O, czyli jednak mnie słuchałeś? Tak, wracam z Perony. Ale a chwili obecnej nie ma czegoś takiego jak bezpieczne miejsce. - spojrzała na niego z ukosa, przedzierając się przez poszycie i szukając trochę łatwiejszej ścieżki. - Chyba nie muszę Ci mówić, że się zmieniłeś. Nie wiem przez jakie piekło musiałeś przechodzić, ale jestem pewna, że wyszedłeś z tego w jakiś sposób silniejszy. Nie czuj się jednak zbyt swobodnie... wcale nie powiedziałam, że nie chcę Cię skrzywdzić. - puściła mu oczko. - Obiecałam tylko, że nie dam Cię zabić. Tak czy inaczej, teraz poszukajmy jakiegoś miejsca, gdzie będziemy mogli odpocząć.
Przez jakiś czas szła w milczeniu, nie zwracając uwagi na Mesta. Wiedziała, że mężczyzna nie czuje się zbyt pewnie i wcale się temu nie dziwiła. Z doświadczenia wiedziała, że w takich momentach najlepiej ignorować słabości innych, by sami także przestali się nimi przejmować na tyle, by wpływały na ich samopoczucie. Vin co prawda nie była mistrzynią w pocieszaniu innych, ale przynajmniej udawało jej się całkiem nieźle odczytywać emocje i nastrój. Pomimo tego, że nie byli przyjaciółmi i nie ufała mu do końca, był jednym ze Smoczych Dzieci, a to stawiało go na innej pozycji w jej hierarchii priorytetów. Zamierzała mu pomóc na tyle, na ile będzie w stanie i wtedy oceni czy zrobiła dobrze, oddając mu część siebie.
- Co takiego? - odwróciła się do Mędrca, puszczając odgiętą gałąź, która mogła uderzyć go w klatkę piersiową, jeśli nie odskoczył. Uśmiechnęła się, a jej oczy zabłyszczały. - Nic takiego nie powiedziałam. - stwierdziła, choć wyraz jej twarzy przeczył wypowiedzianym słowom. Zaśmiała się krótko, po raz kolejny podejmując wędrówkę. - Co nie znaczy, że nie uważam tego za niemożliwe. - dodała ugodowo, ale z własnej inicjatywy nie kontynuowała tematu. Smocza wiedźma lubiła się droczyć i tu nie robiła wyjątków absolutnie dla nikogo. A szczególną przyjemność sprawiało jej, kiedy czuła, że komuś na czymś zależy. Lubiła obserwować reakcje, czerpać z emocji innych i znaleźć granicę wytrzymałości... w końcu każdy ją przekraczał. Pobudki istot żywych miały niesamowitą moc.
- Jak pewnie zdążyłeś już zauważyć... - Vin odsunęła pukiel poczochranych włosów za ucho. Jej kolczyki błysnęły w prześwitującym blasku słońca. -...ten złowrogi las bardziej dał odczuć się Tobie, niż mi. - mruknęła, choć nie było w jej tonie wyzwania czy obrazy. Tym razem po prostu stwierdziła fakt, w jej opinii, trudny do zanegowania. Nagle stanęła, pozwalając by Mest wpadł na nią i odwróciła się do niego. Choć była niższa, bardziej szalona i zadziorna, była w końcu Smoczą Księżniczką. I nie zamierzała przegrać żadnej wojny na słowa. - Wiem kochany, wiem. - uniosła brew, a kącik jej ust uniósł się w nieśmiałym uśmiechu. -Wyręczyć to faktycznie trafne określenie, nie sądzisz?








17.06.2019, 20:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#47

ziwna mieszanina kokieterii, troski, obrazy, frustracji, niezrozumienia, zmęczenia oraz naprawdę wielu wielu innych uczuć mieszanych i eksponowanych przez Władczynię Metalu powodowała, że zaczynałem czuć się co najmniej ekhem... niezręcznie. Czułem się nieustannie obserwowany pod względem lojalności, zaufania i wielu innych czynników, a z drugiej zaś strony Mędrczyni zdawała się przy okazji reprezentować w tym samym czasie kompletnie przeciwne uczucia. Jednym słowem, jak już wspominałem... istne szaleństwo. A ponoć to ja jestem duch co zawsze przeczy... - dorzuciłem sobie w myślach podsumowując obecną sytuację. Co do moich odczuć względem Księżniczki wszystkich absurdów w zasadzie też nie potrafiłem się odnaleźć. Nasze wspólne umiejętności manipulacji i obsługi zwykłymi śmiertelnikami choć pewnie były na podobnym poziomie, to tryb ziemniaka wywołany silnym oddziaływaniem Vin na ośrodki myślowe znacznie tę umiejętność osłabiał i zdawał się z niej kpić... jednak czymże bym był bez swojego charakteru. Mimo wszystko czułem się przy Smoczej Wojowniczce względnie bezpieczny. Była zapewne potężnym magiem, więc wspólnie z nią przy mógłbym zawojować znaczną część świata, a może nawet wypełnić część swoich misji, natomiast w razie gdyby absurd, bądź mój nieokiełznany język wziął górę i spowodował u Vin chęć mordu Morskiego Księcia, to przecież dostępny arsenał, był aż nader wystarczający, by kruszynę uciszyć do czasu jej opanowania.

Na troskliwe pytania Mędrczyni i jej gniewne, nader poważne oczy zareagowałem tylko łagodnym uśmiechem, przewijając sobie w głowie wizualizację małej poddenerwowanej wiewiórki ze szczątkową wścieklizną. W zasadzie po pierwszym "boli" już z automatu ładowałem tryb twardziela i swoistego "nic mi nie jest", lecz po słowach Vin zaniechałem czynu.

- Już nie... - odrzekłem pod nosem, po czym dodałem utrzymując łagodny ton i uśmiech- a jeżeli już boli, to nie ma to nic wspólnego z bólem jaki doświadczyłem tracąc ją. Mam wrażenie, że dopiero teraz wiem, czym jest prawdziwy ból fizyczny. Tortury mojego mentora i smoczego ojca przy tym to był pikuś. Zaaplikowałem maść leczniczą, a także mam silnie rozwiniętą regenerację. Myślę, że po wizycie u jakiegoś konkretniejszego uzdrowiciela, wszystko powinno wrócić do przysłowiowej normy, oczywiście nie pomijając faktu, że do końca życia będzie mi już trochę niezręcznie przy wielu sprawach. - Przerwałem zatrzymując się na chwilę, by w słuchać się w otaczający obszar i trochę się porozglądać. - Oczywiście nie zapominajmy naszego pochodzenia... Przy mocy magicznej jaką władam, brak ręki jest tylko treningiem silnej woli.

Ruszając dalej zignorowałem słowa Wiedźmy odnośnie mojego rozumu, pozwalając sobie tylko na lekkie westchnięcie. Nie było teraz sensu tłumaczyć okoliczności i przymusu sytuacyjnego w jakim się znalazłem. Vin zapewne też nie zrozumiałaby wagi klucza, który planowałem zdobyć. Być może za jakiś czas będzie lepsze miejsce na bajeczkę o potężnym Czerwonookim Skurwysynie.

- Wiesz... szczerze mówiąc... jest tak wyjebany przez te całą ostatnią historię, że ostatnie czego pragnę w tym momencie to kręcić, kłamać i oszukiwać. Zwyczajnie by mi się nie chciało. - to w zasadzie była prawda. Całe swoje życie uczyłem się, że kombinowanie jest celem mojego istnienia, bo tylko dzięki temu udało mi się przeżyć, lecz teraz. Kiedy byłem naprawdę zmęczony i doświadczyłem tak wiele, jedyne czego pragnąłem to spokój i zwyczajne męskie niemyślenie. Orientując się, że zaniemówiłem na długo, szybko dodałem z przekornym tonem, żartobliwie oraz trochę pieszczotliwie następnie dmuchając we włosy Mędrczyni, burząc jeszcze bardziej istniejący na nich nieład i pozbywając się przy okazji odrobiny kurzu i zagubionego wysuszonego liścia. - Z resztą... któż by był na tyle niedobry, odważny i głupi, by oszukiwać tak uroczego i szalonego małego potworka...

- Zatem prowadź! Panie przodem! - rzekłem z podobną do tancereczki manierą. - Słuchałem, słuchałem. Po prostu to wszystko, co się ostatnio dzieje, to zwyczajnie dużo dla mnie i próbuję sobie wszystko poukładać. Co do siły to dzięki ostatnim przygodom dowiedziałem się, że jest to pojęcie całkowicie względne. Kiedy już myślałem, że mogę być spokojny. Czarny władca ot od niechcenia udowodnił mi jak się mylę. A co do swobody... cóż droga Księżniczko, czy kiedykolwiek ktoś czuł się w twoim towarzystwie nader swobodnie? Jejku... kto wie co ci może zaraz wpaść do tej ognistej głowy...- choć fraza miała niepotrzebnie poważny początek, starając się łagodzić wróciłem do używanej wcześniej pieszczotliwej melodii.

Chwilowa przerwa od rozmowy i cisza sprezentowana od Vin rzeczywiście była potrzebna. Umysł dopiero oswajał się z nowymi okolicznościami i przetwarzał wszystkie bodźce odpowiednio tak, by wyłączyć czerwonowłosą istotę z kręgu zagrożenia, by w końcu skupiać się na innych bodźcach. Thorn jak widać błogosławił mojej podróży, skoro sprowadził na moją ścieżkę, aż smoczą wojowniczkę, która tak ochoczo pomaga w opuszczeniu tego piekła...

Głośny stuk rozchodzący się po zbroi zatrzymał i wyrwał mnie z pochwalnych dla Thorna rozmyślań. Gałąź umyślnie puszczona przez Vin świsnęła i pacnęła o pancerz nie wywołując żadnego innego efektu. Prawie... Opuszczając bardzo powoli głowę, pełen niedowierzania i zdziwienia zacząłem analizować co się wydarzyło po czym parsknąłem krótkim rozluźniającym śmiechem. Następnie podchodząc w stronę drzewa do rozwidlenia gałązki ułamałem ją przy samej podstawie i testując niczym nowy miecz u kowala wykonałem kilka ruchów w powietrzu. -IDEALNA! - rzekłem po czym bezprecedensowo pacnąłem nią Mędrczynię w jej zgrabny tyłeczek. To wszystko wydarzyło się jakoś tak dziwnie automatycznie. - To kara za droczenie się! - powiedziałem prosto, po czym wróciłem do marszu, który miał zostać niebawem znów przerwany przez Vin. Jej nagłe zatrzymanie się nie było już nawet dla mnie niczym zaskakującym bacząc na okoliczności. Kiedy tylko ta spróbowała sprowokować zderzenie, tanecznym krokiem przypominający z lekka morderczy ruch mojego Mistrza wyminąłem ją po kole w trakcie jej obrotu zatrzymując się blisko z tyłu po jej drugiej stronie i mówiąc zza pleców niczym grożący skrytobójca siliłem się na powagę, tak by przy okazji to tym razem to mój oddech ogrzewał i poruszał włosy Vin. - A teraz gadaj jeżeli Ci tyłek miły. Czym jest ta zdolność o której mówiłaś? Potrafisz mnie jej nauczyć? Na czym polega? - mówiłem obejmując z lekka Księżniczkę swoją pozostałą ręką na poziome jej obfitego jak na rozmiary czerwonowłosej biustu, grożąc jednocześnie nową drzewcową bronią z paroma pełnymi paniki owadami na końcu. Oczywiście dosyć odważne posunięcie z mojej strony jak na tak krótki staż znajomości, ale takie rozładowanie było mi więcej jak potrzebne, żeby "oddziczeć". Przez cały czas badałem jej poczucie humoru oraz na ile mogę sobie pozwolić, oczywiści z głęboką nadzieją, że mój pomysł nie rzuci na mnie tysiąca świdrujących stalowych ostrz...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






18.06.2019, 04:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#48

ak po prawdzie, czerwonowłosa piękność nie była w stanie rozgryźć Mesta i nie sądziła, by kilka godzin w jego towarzystwie zmieniło ten stan rzeczy. Już samo to, że los zetknął ich ze sobą na upiornych bagnach, z dala od szeroko rozumianej cywilizacji, do tego poturbowanych przez okoliczności, ale jednak żywych - było tak nieprawdopodobne, że wiedźma musiała poświęcić kilka chwil na próby pojęcia sytuacji, w jakiej się znaleźli. Mędrzec był dla niej niewiadomą w tym cynicznym równaniu wszechświata. Pamiętała beztroskiego, gadatliwego i zbyt otwartego mężczyznę, który z naiwnym przekonaniem określił ją mianem wyrafinowanej dziwki, a parę godzin później opowiedział jej historię swojego życia, by zniknąć bez słowa pożegnania. Kto zaufałby komuś takiemu? Smocza córka skrzywiła się lekko na to wspomnienie, zerkając na odsłoniętą dłoń Mesta, w której trzymał bransoletkę z jej włosów. Dziewczyna żywiła teraz głęboką nadzieję, że sam fakt bycia jednym ze smoczych dzieci usprawiedliwiał ją w tamten pochopnej decyzji, choć i tak po fakcie czuła się jak idiotka. Jej intuicja jednak bardzo rzadko zawodziła, więc skoro wtedy ją poniosło aż to takich gestów, teraz ma za swoje, eh, trudno.
Uniosła brew, widząc jego minę, ale koniec końców wzniosła tylko oczy do nieba, ciesząc się, że zrezygnował z głupich popisów męskości. W konkursie na większego penisa i tak zdecydowanie z nią wygrywał, więc nie musieli przez to przechodzić. Oparła dłoń na biodrze i spojrzała na niego badawczo. Na pół z troską, na pół z groźbą, co w jej wykonaniu wyglądało może komicznie, ale bez cienia wątpliwości szczerze. Cmoknęła z niecierpliwiona, ponieważ taki opis rany był dla niej całkowicie bezużyteczny. Nie miała najmniejszego zamiaru ryzykować i dopiero w walce dowiadywać się, ze Mędrzec nie jest zdolny zrobić poważniejszego ruchu. Patrząc na jego zmizernowaną twarz, miała duże wątpliwości co do jego potencjału bojowego. Machnęła jednak tylko ręką, widząc bezcelowość swoich działań.
- Rozumiem. Znaczy, tak naprawdę... to nie rozumiem. - przyznała rozbrajająco, marszcząc brwi i mrugając w zamyśleniu. W końcu uśmiechnęła się słabo. - Pech chciał - za co jestem mu naprawdę wdzięczna - że jeszcze mam obie ręce, a podczas tortur to raczej ja zadaję ból. Nie umiem sobie wyobrazić tego bólu i szczerze, nawet nie chcę tego robić. Ale proszę Cię o jedno, Mest: jeśli coś będzie nie tak, mów od razu. Mam trochę ziół, które mogą Ci pomóc. Na wiele różnych sposobów. - jej wzrok nabrał złowróżebnej ostrości. Nie interesowało ją to, że ciemnowłosy mógł nie mieć pojęcia o jej prawdziwej profesji, przecież mógł się tego domyślić! - Może i nie jestem konkretniejszym uzdrowicielem według Twoich standardów, znam się jednak na tyle na swojej robocie, że mogę sprowadzić na Ciebie klątwę biegunki. - pogroziła żartobliwie, choć przy tym spojrzeniu chyba nikt nie mógłby mieć pewności, że to były żarty.
Vin wyprostowała się, a w jej stalowoszarych oczyskach zapłonął nowy ogień.
- Nie sądzisz chyba, że kiedykolwiek zapomniałam kim jesteśmy. Gdyby nie to, że mam mgliste przeczucie w kwestii Twojej siły, nawet mimo utraty ręki, zabiłabym Cię i zostawiła jako padlinę dla robaków. - stwierdziła, a w tych słowach nie było czczych przechwałek, tylko niesamowicie silna wiara w wypowiedziane słowa. Vin miała naprawdę dziwny system wierzeń i wartości, jednak na piedestale zawsze stawiała wyższość Mędrców nad innymi stworzeniami. Z wyjątkiem ich rodziców oczywiście, oni byli prawowitymi władcami tego świata i tylko im powinno oddawać się cześć.
Czerwonowłosa czarownica przez chwilę milczała, rozważając słowa Mesta o aktualnej służbie u Władcy Nocy. Brzmiały na tyle prosto i logicznie, że chcąc nie chcąc przyznała mu w duchu rację. Na tyle zanurzyła się we własnych myślach, że wyrwał ją z nich dopiero Mędrzec, któremu zachciało się jeszcze bardziej nastroszyć jej fryzurę. Spojrzała na niego przez ramię ze złością, próbując ogarnąć kosmyki, które wpadły jej na twarz. Pomachała dłońmi, rozganiając kurz unoszący się z jej włosów i westchnęła ze zmęczeniem. No, może trochę rozbawionym zmęczeniem.
- Potworka? - zaśmiała się, a na jej twarzy pojawił się niemal tęskny wyraz. - Jeszcze nie widziałeś potwora, jakim jestem... Hm, może to i dobrze? - na moment zamilkła, mrużąc swoje piękne oczyska. - Tak czy inaczej, cieszę się, że nie jesteś niedobry, odważny i głupi zarazem i nie zamierzasz mnie okłamywać. - przekręciła trochę słowa Mędrca, uśmiechając się przy tym wesoło. Taka wersja zdecydowanie bardziej jej się podobała.
Przedzieranie się przez bagna nie należało do rzeczy ani przyjemnych, ani szybkich. Miało się nieodparte wrażenie, że czas biegł tutaj swoim tempem, wcale nie zważając na swoich gości. Choć dopiero kilkadziesiąt minut (czy może to było kilka godzin? Lub mniej niż kwadrans? Nie miała pojęcia...), Vin czuła się jakby ktoś złapał ich w dziwną pułapkę. Im bardziej chciała ich stąd wyprowadzić, tym silniejsze poczucie zagrożenia ją dopadało. I nie umiała tego wyjaśnić w żaden sposób. Postanowiła zająć myśli czymś innym, choć nie było to zbyt proste.
- Co takiego próbujesz poukładać? - mruknęła, próbując skupić się na jego słowach. - Chyba nie sądziłeś, że jesteś w stanie pokonać smoka? I w ogóle dlaczego miałbyś to robić? One są jedyną sprawiedliwością tego świata. - dodała spokojnie, zupełnie jakby tłumaczyła coś dziecku. - Przyjmuję jakiś margines błędu ich oceny, ale... coś Ty właściwie mu zrobił, że tak Cię potraktował? - spytała chwilę potem, mocno zaciekawiona. Popatrzyła na Mesta z lekkim zdziwieniem, kiedy spytał się czy ktoś w jej towarzystwie może czuć się swobodnie. - Gdybym na to pozwoliła, moje życie byłoby nudne. I Twoje też, prawda? - spytała retorycznie i kontynuowała. - Nie wiem czy będę próbowała Cię zaatakować, kiedy mnie poniesie. Nie mam pojęcia czy rozpoznam w Tobie przyjaciela, kiedy ogarnie mnie szaleństwo. Nie jestem pewna, czy Cię nie pocałuję, kiedy najdzie mnie taka ochota. Po co to wiedzieć? Po co się spodziewać? - popatrzyła na Mesta, a rumieńce wykwitły na jej uśmiechniętej twarzy. Była nieprzewidywalna nawet dla siebie i kochała to uczucie. Dlatego poddawała się swoim emocjom bez wahania i bez żalu. Przeczesała dłonią włosy i się odwróciła, rzucając na koniec: Bój się więc!
Suchy trzask drewna uderzającego o zbroję sprawił, że Vin się zatrzymała, patrząc z niejakim zdziwieniem na Morskiego Księcia. Przechyliła pytająco głowę, śledząc spojrzeniem jego kolejne działania. Pokręciła tylko głową, widząc jak biedna gałąź staje się jego nowym orężem. Nasi wrogowie padną ze śmiechu jak to zobaczą... - pomyślała, śmiejąc się bezgłośnie, jednak w tej chwili gałąź uderzyła ją w tyłek. Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia i odwróciła się do Mędrca, patrząc na niego przez moment osłupiała. A potem roześmiała się perliście.
- Widać, że nie umiesz obchodzić się z kobietami. - rzuciła, dalej się śmiejąc. Nie pamiętała nikogo równie odważnego, głupiego lub chcącego zginąć, kto zrobiłby coś takiego, jak Mest teraz. Musiała przyznać, że była to całkiem miła odmiana. Pozwoliła na to, nawet całkiem ciekawa do czego ich to doprowadzi. A właściwie... to po co czekać? Zatrzymała się nagle, jednak nie poczuła gwałtownego wpadnięcia na jej plecy. Przez krótką chwilę jej świat został przesłonięty przez Mędrca, który płynnym ruchem ją wyminął i stanął za nią, przykładając skrajnie niebezpieczny patyk do jej ciała. Vin odchyliła głowę, by ciepły oddech owionął jej szyję. To było przyjemniejsze. Wiedźma się nie ruszyła, odwróciła i zadarła tylko głowę w stronę twarzy Mesta. Przeklęty wzrost! W jej spojrzeniu czaiło się wyzwanie.
- Tak tylko spytam... wiesz, że każda metalowa rzecz, którą przy sobie masz, to Twoja potencjalna śmierć? - zaczęła spokojnie, a jej oczy zabłysły czystym, błękitnym światłem. Dziewczyna odwróciła się w miejscu i powoli odsunęła, ignorując niebezpieczeństwo ze strony zarobaczonej gałązki. Przez kilka sekund mierzyła go wzrokiem, a po chwili roześmiała się z niedowierzaniem. - A nosisz ze sobą niezły arsenał. - przechyliła głowę i skrzyżowała ręce na piersiach. - Sztylet, noże w rękawach i na plecach, o proszę, żyłka skrytobójców? Nawet lina z hakiem? - uniosła pytająco brwi. - Jakieś... nie wiem, igły? Strzałki? Kochany... - popatrzyła na niego poważnie, ale chwilę później puściła mu oczko, które powróciło do normalnej, stalowoszarej barwy. - Uważaj się za trupa w mojej obecności.
Przez moment milczała, zastanawiając się nad doborem odpowiednich słów. Zirytowana niemożnością ich znalezienia, skrzywiła się tylko i podjęła dalszą drogę.
- Zacznę od tego, że nie wiem czy mogę Cię tego nauczyć. Jak się domyślam, nie chodzi Ci o widzenie mojego żywiołu, a swojego. Eh, to była jedna z pierwszych rzeczy, jakie zaczęłam robić używając smoczej many, a Ty chcesz... - przygryzła wargę. - Jestem w stanie zobaczyć metale w różnych formach, nawet jeśli nie są na widoku dla zwykłej istoty. Wiem, jak duże, ciężkie czy wytrzymałe mogą być. Mogę się czasem pomylić, ale jeszcze nie zawiodłam się na tej mocy. Kiedy mana dociera do moich oczu, świat wygląda trochę inaczej, ostrzej... - popatrzyła na Mędrca, nie bardzo wiedząc jak wytłumaczyć mu całkowitą abstrakcję jej umysłu. - Nie wiem czy u Ciebie wzrok czy węch miałby więcej sensu, ale możesz zawsze spróbować. Skupić magię i oddać się zmysłom... - dodała ciszej, zupełnie jakby takie słowa sprowadzały na nią nieśmiałość. - Jesteście jednością, Ty i Twoja magia. Spróbujcie się znów odnaleźć.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.06.2019, 21:52 przez Vin.)









18.06.2019, 21:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#49

idząc nieustępliwość oraz zaangażowanie Vin, nie mogłem przejść obojętnie, choćby z szacunku dla samej Smoczej Księżniczki. Po krótkim namyśle, doszedłem do wniosku, że w propozycji Vin jest wiele racji i być może, nie będę mieć możliwości szybko doświadczyć oka uzdrowiciela. Decyzja była oczywiście trudna, bo chodziło tutaj o przyznanie racji, czego całkowicie nie cierpiałem robić, ale w tym wypadku warto jednak było się przemóc. - Niech będzie... Co ty na to, żebyśmy zrobili tak... Jak tylko wydostaniemy się z tej przeklętej lokacji i zrobi się ciutkę bezpieczniej, a moje instynkty nie będą szeptały, że moim wrogiem jest każde napotkane drzewo, wtedy oddam całkowicie swoje ciało pod opiekę twoich delikatnych rączek... o ile rzeczywiście znasz się na rzeczy i nie zaaplikujesz mi biegunki.

Pyszałkowatość Vin zamierzona, czy też nie wywoływała lekkie rozdrażnienie i zadumę. Po wielokroć powtarzała, jakim robactwem dla niej byli ludzie, jak mało istotni i mało potężni są. Ale przecież... kim byłbym bez swojego Mistrza? Nie chciałem o nim wspominać przy Vin, by chronić jego umiejętności, co by nie wdać się w niepotrzebny spór, na temat wartości poszczególnego istnienia. Choć to właśnie dzięki tej wartości właśnie, zabijanie przynosiło taką satysfakcję. Ale przecież to właśnie on był jednym z najpotężniejszych skrytobójców wschodniego Atarashii. Zabić udało mi się go tylko przez wieloletnią znajomość sztuki, szczęście, liczne rany i jego skrajne wyczerpanie poprzednią walką. To nie był tylko człowiek... to był aż człowiek. Aż człowiek, który przewyższał siłą i umiejętnościami wszystkie inne znane mi istoty, nie licząc oczywiście smoczego rodzica. Nawet teraz, nie byłbym do końca pewny, czy moja obecna siła starczyłaby, żeby chociaż stanąć naprzeciw niego jak równy z równym... w końcu nadal byłem... "SŁABY!" Niczym grzmot, słowo przeszyło mój zmęczony umysł wywołując stan chwilowej zaawansowanej migreny. Piekące słowo smoczego rodzica pozostawione w spadku, na nowo mnie nawiedziło ponownie siejąc spustoszenie w szukającej relaksu duszy. Silne ukłucie wspomnienia, wyrwało na chwilę mnie z obecnej rzeczywistości przenosząc na moment do smoczej pieczary Lazurowego Smoka, pozostawiając mnie na ziemi lekko zawieszonego z rękom przy głowie i grymasem bólu na twarzy. Zmęczenie naprawdę musiało robić swoje skoro umysł tak lekko odchodził od obecnej rzeczywistości na rzecz przeszłości.

Silny rozpraszacz w postaci Stalowej Mędrczyni, sukcesywnie i prędko wyłonił mnie przynajmniej częściowo z odmętów chwilowej słabości i tak oto już szedłem dalej obserwując rytmiczne ruchy bioder swojej obecnej towarzyszki, kompletnie zapominając o nieprzyjemnych wspomnieniach. - To może być jeszcze gorzej? - zapytałem z przekąsem - w takim razie z wielką chęcią zobaczyłbym nawet ostatnie stadium twojego szaleństwa. - A odpowiadając na następne rzekłem - A kto powiedział, że nie jestem? Może po prostu jednak dobrze się maskuję! - rechotałem radośnie rozbawiony odpowiedzią Vin.

Czas jakby znowu przestał płynąć. Specyficzna aura bagien znowu zaczęła z lekka działać, załamując poczucie przestrzeni. Doświadczyłem tego po wielokroć, na szczęście, odczucie nijak się miało do tego, którego doświadczyłem w centrum bagiennych rozkoszy... Być może nie tylko ilość drzew, miała swoje większe znaczenie, ale i poczucie czasu zaburzało nowe towarzystwo.

- Władca Cieni chciał zapewne udowodnić mi to, co ty często udowadniasz postronnym przedstawicielom ludzkiego gatunku... że ot tak, moje życie może zaniknąć, że Mędrcy są jeno marionetkami w rękach smoczych bogów. Nie twierdzę, że są sprawiedliwością tego świata. Twierdzę, że to oni wyznaczają sprawiedliwość według swojej potęgi i tylko dzięki niej. Dobro, zło nawet pewnie nie myślą takimi kategoriami, a raczej rozpatrują w kwestii użyteczny, bądź nieużyteczny. Zabawka, czy zwykły śmieć. Zabić, czy być łaskawcą. Nie ma tu miejsca na innych, są tylko oni i ich aspiracje... - mówiłem w ogóle nie zważając na słowa. Mimo, że pewnie był to trochę niefortunny dobór słów, tylko tak mogłem wylać swoją frustrację i tęsknotę za smoczą pamiątką w postaci mojej prawej ręki. Niestety, przez zmęczenie traciłem panowanie nad sobą, co było przeciwieństwem klasycznego i wyrafinowanego układania i dobierania słów jakim się zazwyczaj szczyciłem...

Reakcja Czerwonowłosej, jej szok, otwarte usta i zdziwienie było wszystkim co chciałem osiągnąć w początkowym zamiarze ataku na nietykalną sferę Mędrczyni. Obserwowałem i pławiłem się czynem szczerząc się głupio. Czułem, że coraz więcej mechanizmów staje się dla mnie coraz bardziej zrozumiałych.  Kto wie, może poza pojedynczymi wartościami, wcale z charakteru nie było nam tak daleko do podobieństwa...

Tekst Vin wybił mnie z żartobliwej formy, do czegoś na wzór spięcia, aby jak najszybciej zinterpretować słowa powiedziane przez Stalowooką. Lustrowanie przez dziewczynę było dziwnym doznaniem, ponieważ czułem, że od tego patrzenia dojrzy jeszcze coś więcej, co na pewno nie było w planie na obecnych terenach. Wyliczanki Vin wprawiły w zdumienie i lekką zazdrość, ale by nie przegrać w żartobliwej dominacji dorzuciłem na szybko szczerząc się głupio - Na szczęście nie wszystko mam stalowe... co w sumie tym lepiej dla ciebie, że tylko to widzisz, bo jeszcze byś mi nie dawała spokoju do końca podróży, a tu ani czas, ani miejsce. - zwieńczyłem ironicznie, próbując przy okazji ukryć swój niepokój związany z niebezpieczeństwem spowodowanym własnym arsenałem. - Przestań się przechwalać, tylko mów jak mam uzyskać taki efekt - rzuciłem z lekką niecierpliwością wsłuchując się następnie uważnie w opis Mędrczyni i starając się wykonać jej polecenia.

Jeśli działanie zdolności wymaga przekazania many do węzłów magicznych w oczach, to muszę być naprawdę ostrożny, byleby nie przesadzić i nie uszkodzić czegoś. Skoro zdolność opanowała na początku, jest to zdolność prosta i prawdopodobnie chodzi o skrajnie małe ilości many, dlatego też skupiłem się na przekierowaniu do oczu bardzo małej ilości, obserwując efekty. Jeśli nie wychodziło przerywałem na moment i próbowałem dalej. Skupiałem się na tym by być jednością, by widzieć to co kochałem najbardziej, czyli swój wodny żywioł.
Pierwszym celem do zobaczenia, miała być woda w bukłaku. A następnie ta, która znajdowała się w osoczu na mojej własnej ręce. Próbując wyciągać zeń inne, choć podobne informacje do Vin takie jak temperatura, ruch, stężenie, ilość, a także kanaliki w których ciecz płynie. W końcu tym była moja domena. Jeśli podstawy udałoby mi się osiągnąć, spróbowałbym zobaczyć w tym trybie Vin, trawę, drzewa oraz otaczający świat...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






19.06.2019, 03:23
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rzadkie drzewa - Strefa I
#50

siężniczka przez dłuższą chwilę spoglądała na Mędrca z czymś na kształt niesprecyzowanego rozczarowania. Skrzywiła się lekko i uniosła ręce w geście pokornej rezygnacji.
- Naprawdę nie wiem czemu, ale nawet jak przyznajesz mi rację, to mam wrażenie, że sobie ze mnie kpisz. - powiedziała z niechęcią. Czuła się coraz bardziej sfrustrowana myślą, że na każdym kroku jej umiejętności są podważane, jednak o wiele, wiele bardziej irytowało ją to, że się przejmowała taką drobnostką. Może chciała w oczach innego Mędrca być widziana tak, jak ukształtowała ją rzeczywistość. Może nie umiała być niedoceniana, nawet jeśli rozum podpowiadał jej, że stawia ją to w strategicznie lepszej pozycji. A może po prostu szlag jasny ją trafiał bez większego powodu. - Tak zróbmy. Znajdźmy bezpieczniejsze miejsce i wtedy obejrzę Twoją ranę. Lub rany. Jeszcze nie wiem w jakim stanie skończysz, jeśli mnie wkurzysz. - wzruszyła ramionami, odwracając się od Mesta. Maleńka iskra irytacji płonąca w jej duszy poruszyła się lekko i błysnęła jaśniejszym światłem. Tym razem Vin nie próbowała jej gasić. Nie była już taka pewna czy podróż z kimś, kto może nie być w stanie jej powstrzymać jest dobrym pomysłem. Veina, niestety, nie było w pobliżu, a do tej pory nie było nikogo innego, kogo czarownica mogłaby usłuchać bez walki.
Czerwonowłosa nigdy nie umiała odnaleźć się w świecie. Nie była człowiekiem, nie była smokiem. Zawsze plasowała się gdzieś pomiędzy, tańcząc na krawędzi niemal w każdym momencie swojego życia. Często ją przekraczała, a wtedy zanurzała się w ciemności, której nie jest w stanie przeniknąć żadne światło. W szaleństwie, które kiedyś ją pochłonie i zniszczy. Wiedziała to, a jednak mimo wszystko dalej balansowała. Szukała czegoś, co ją uratuje. Jakiegoś stałego punktu, do którego mogłaby zmierzać, który wyznaczyłby jej życiu konkretny cel. I tym celem właśnie stało się oddanie Smokom, które dały jej potęgę i szanse na zatrzęsienie posadami tego świata. Vin gardziła ludźmi, ich słabościami i szarą monotonią, w której się obracali, jednak uznawała ich użyteczność. Czasem nawet przyjemnie było przebywać w ich towarzystwie. Z jednym ale. Wiedziała, że niemal każdy człowiek jest kłamcą i tchórzem, w większości bez honoru i dumy. Odważni tylko wtedy, kiedy jest ich wielu. Umierający szybko i obrzydliwie. Smocza córka nie raz widziała próby zgładzenia jedynej istoty, którą szczerze kochała i to sprawiło, że nienawiść w jej sercu zagościła na dobre. Dziewczyna, mimo, że pogrążona we własnych myślach, co jakiś czas zerkała na milczącego Mędrca, który nie znalazł dla jej słów żadnego komentarza. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Może to i lepiej. Dla nich obojga. Widząc grymas bólu na jego twarzy, położyła swoją dłoń na ramieniu mężczyzny i uścisnęła lekko, wyprzedzając go dalej bez słowa.
Oboje potrzebowali ciszy, by przetrawić ciężkie myśli. Mimo częstych, absurdalnych i chaotycznych wahań nastroju u czerwonowłosej, czasem nawet ona potrzebowała pobyć sam na sam ze sobą. By chwilę później móc stać się kimś innym. Pełną pychy, złośliwości i uroku Smoczą Księżniczką. Zacisnęła dłoń w pięść, ta jednak była ukryta pod jej płaszczem, więc Mest nie miał okazji dostrzec ostrzeżenia przez prawdopodobnym wybuchem jej złości.
- Tak, może być gorzej. - mruknęła miękkim głosem i uśmiechnęła się przepięknie. Vin przestała oddychać, albo przynajmniej sprawiała takie wrażenie. Wsunęła dłoń we włosy i przeczesała je palcami. - Czemu tego chcesz? - spytała mrużąc oczyska. Przełknęła ślinę, czując nagle suchość w gardle. Trochę zakręciło jej się w głowie, kiedy powstrzymywała powoli rozlewający się ogień zwiastujący utratę kontroli... nie, nie, NIE! - NIE! - powiedziała głośno, z wyraźną paniką i zacisnęła powieki, jakby ten prosty gest mógł uczynić ją niewidzialną. Odwróciła się szybko, przypominając sobie nagle jak się oddycha. - Nie rób mi tego. - powiedziała jakby wbrew sobie. Smocza wiedźma nawet na sugestie przyzwolenia na oddanie się swojemu szaleństwu reagowała coraz gorzej i ciężej było jej utrzymać się na powierzchni świadomości. Nie chciała teraz dziczeć... Nie miała ku temu powodu. Na razie nic jej nie groziło. Powtarzała to sobie jak mantrę.
Mest na szczęście zdecydował się odpowiedzieć na jej pytanie, co skutecznie odciągnęło jej uwagę od wcześniejszych myśli. Dziewczyna patrzyła z ukosa na Morskiego Księcia, a na jej ślicznej buźce pojawiało się coś na kształt zamyślenia.
- Czy to coś dziwnego? - zapytała, a w jej tonie dało się wyczuć ciekawość. - Najsilniejsi przecież zawsze narzucali innym swoją wolę. A reszta? To zależy od punktu widzenia, chyba. To, co jest dobre, a co złe. - wzruszyła ramionami. - Jedynym dobrym wspomnieniem z mojego życia, jest mój ojciec. Dzięki niemu żyję i jestem tym, kim jestem. Ludziom nic nie jestem winna. Czy to źle, że nie jestem po ich stronie? - stalowooka zignorowała irytację w głosie Mędrca, choć nie była pewna jak ją odczytywać. Nie była zdziwiona jego złością, w końcu został pozbawiony ręki i to mogło tłumaczyć naprawdę wiele, ale miała jednak wrażenie, że chodziło tutaj o coś więcej. Stwierdziła, że zostawi teraz ten temat, jeśli Mest sam go nie poruszy, ponieważ nie było to najlepsze miejsce na kłótnie ideologiczne.
Mędrczyni uśmiechnęła się lekko, ale z satysfakcją, kiedy wodziła wzrokiem po ekwipunku swojego towarzysza. Pocieszający był fakt, jak wiele elementów jego wyposażenia mogło im się przydać. Pokazała w uśmiechu ząbki, słysząc zaczepkę dokładnie w jej stylu.
- Hm? - udała niewiniątko, spoglądając na niego wielkimi oczyma. Choć nie wytrzymała tego długo i roześmiała się krótko. - Wiesz złociutki, mówi się, że krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje. - puściła mu oczko. - I proszę, naprawdę, żadnych aluzji do mleka. To by było poniżej, już i tak niskiego, poziomu na który spadliśmy.
Vin ujęła dłoń Mesta między swoje dłonie, zupełnie jakby jej odczuwalna obecność mogła mu w czymś pomóc. Przez chwilę przyglądała mu się krytycznie, pokręciła jednak głową i westchnęła cicho.
- Zamknij oczy... - poleciła, na wszelki wypadek dotykając delikatnie jego powiek, by tym razem głupio się nie sprzeciwiał. - Będzie Ci prościej. Nie skupiaj się na samym patrzeniu. Powoli wpuść manę do oczu... - mówiła wyjątkowo łagodnie jak na nią, spokojnie przesuwając opuszkami palców z jego powiek na policzki i szczękę. - Pozwól, by to stało się równie naturalne, co oddychanie. Utrzymuj mniej więcej ten sam poziom magii... I skup się na otoczeniu. Niech Twoje zmysły same zadziałają. Wiesz, czym jesteś. Czym jest Twoja natura. - uśmiechnęła się lekko, choć Mędrzec nie mógł tego dostrzec. Puściła jego dłoń. - Powoli otwórz oczy, dalej szukając tego samego aspektu, jakim zostałeś obdarzony. Nie wiem w jaki sposób Ci się ukaże. Ale to nie jest ważne. Postaraj się nie myśleć o tym, jak o czymś wymuszonym, nie miej... oczekiwań. - ostatnie słowo wypowiedziała ciszej, trochę jakby dotarło do niej coś oczywistego, z czego wcześniej nie zdawała sobie pojęcia. - To jak, jak z odbiciem w lustrze. Widzisz tam siebie, ale nie do końca. Tak samo jest z naszą magią.








20.06.2019, 00:33
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna