Otwarta przestrzeń - Strefa II
#11

dziwo noc minęła bez większych rewelacji, no może nie wspominając niewprawnie zrobionego posłania na dnie pieczary. Obudził mnie kujący ból pleców, jednak nie mogłem uwierzyć, że przyczyną było improwizowane łóżko. Jakby na to nie spojrzeć, improwizowane łóżko, było czymś na czym spałem... właściwie od zawsze. Jako smocze dziecko, nie było mi dane poznać przez wiele lat niczego dużo miększego od kreacji wytworzonej w jaskini, podobnie i za czasów spędzonych z Mistrzem, gdzie nieustannie zmuszeni byliśmy do nocowania w "tymczasowych" noclegach. Moje plecy i ciało nie przywykły do luksusów. A chłód? Jam jest smocze dziecię, wychowane na władcę morskich krain, naturalnie wypracowana odporność na dyskomfort tego typu, była czymś naturalnym dla kogoś takiego jak ja... Więc zapytuję moje drogie ciało. O co Ci chodzi?!

Głęboko wierzyłem, że ból był spowodowany nie dyskomfortem jaskiniowym, a zwyczajnymi obiciami z walki z drzewopodobną istotą, bo w przeciwnym razie mogłoby to oznaczać, że tracę na swojej boskiej naturze. Oczywiście frustracjom nie było końca, bo nic tak nie psuje nastroju jak obudzenie się zmęczonym. Z dziwnych przyczyn czułem bliżej nieokreśloną tęsknotę za łożem w komfortowej gospodzie... może chodziło też o czyjeś towarzystwo? Może odpowiedzią była bliskość kobiecego ciała, a może wystarczyłby gwar tłocznego miejsca. Być może odseparowanie od jakiejkolwiek cywilizacji miało też swój udział i umysł podświadomie domagał się tego sortu bezpieczeństwa. Na szczęście mój humor miał się szybko poprawić...

Wygramalając się z jaskini prędko zrozumiałem, że coś się w moim otoczeniu zmieniło. Najpierw zadziałał węch, który wiodąc mnie intensywnie zapachem znajomego trupiego rozkładu doprowadził mnie do podziemnej pułapki. Zapadnięta nawierzchnia maskująca dała do zrozumienia, że ktoś lub coś zaznało rozkoszy moich kujących tworów. Kiedy wejrzałem do środka było mi dane ujrzeć moich starych znajomych których to pośmiertnie ograbiłem z małej liczby srebrnych smoków oraz oręża. Gnijące trupy poprzebijane licznymi kolcami, leżały na dnie dziury w dziwacznych pozach. Wyglądali nad wyraz martwo, ale przecież nie inaczej wyglądali, kiedy ostatnim razem miałem z nimi do czynienia. Zastanawiałem się czy jest w ogóle jakaś skala martwości dla nieumarłych, którymi prawdopodobnie byli dwaj towarzysze i choć teraz wyglądali nadzwyczajnie martwo, czy była szansa żeby mogli jeszcze się ożywić? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi i choć był to dla mnie niesamowicie intrygujący proces postanowiłem nie sprawdzać tego na tych zdradliwych terenach. Aby upewnić się co do śmierci absolutnej tych plugawych stworzeń postanowiłem poddać je rozpadowi na mniejsze elementy... Oczywiście, żadna czynność nie mogła ujść w bezsensie, dlatego też zdecydowałem się wdrożyć i tutaj swój trening. Przekierowałem manę do ust i przy wzmocnionym strumieniu porozcinałem truchła na drobne kawałeczki, analizując przy tym różne wariacje przy oddawaniu większej ilości many. W planach był bowiem ostateczny wodny laser, zdolny rozciąć wszystko, nawet smocze łuski, a to wszystko na duże odległości. Oczywiście tak zaawansowana zdolność do opracowania wymagała długich przygotowań, a to był ledwie mały wstęp. Po zakończonej operacji pozwoliłem sobie na ponowne przykrycie swojej pułapki oraz lekkie sprawdzenie terenu. Na szczęście wszystko pozostałe stało jak trzeba, co czyniło moje tymczasowe domostwo całkiem bezpiecznym.

Rad, że udało mi się tak sprawnie urządzić, przysiadłem na kamieniu i oddałem się przemyśleniom przeżuwając swoje suszone mięcho co do moich następnych poczynań... Opcji jak zwykle było wiele, a każda niosła ze sobą inne konsekwencje. Na przód wysuwały się dwie.

Pierwsza - zostać.
Z tą opcją wiązała oczywiście niepewność tego, czy jakaś poczwara mnie nie postanowi zaatakować. Mogłem sobie też pozwolić na więcej odpoczynku, z nadzieją, że moje ciało jeszcze bardziej się zregeneruje. Jednak w tym przypadku traciłem cały dzień i w dodatku nie było pewne, czy taki rodzaj odpoczynku dobrze mi zrobi.

Druga - ruszać w stronę rzeki.
Lecz i tutaj masa niewiadomych. Czy moje ciało podoła, czy natrafię na coś potężniejszego niż drzewiołak, czy mogę używać many, czy natrafię na masę szkieletorów, czy dam radę wrócić i tak dalej i tak dalej...

Zdecydowałem się zatem na opcję numer trzy, czyli połączenie pozostałych dwóch pomysłów. Wyruszyć, ale tak tylko troszkę, żeby w razie czego móc wrócić. Mając na uwadze, żeby się oszczędzać i nie przemęczać, postanowiłem z początku pokonywać małe dystanse i badać teren. Takie zastosowanie mogłoby mi ułatwić podróż ostateczną w stronę cywilizacji.

Początkowa trasa miała być krótka, bo tylko cztery kilometry i oczywiście zachód, przy pomocy mojego podręcznego kompasu. Szczerze, nie wiem co bym bez niego zrobił. W trakcie tej małej podróży obserwowałem dokładnie swoje ciało, analizując, czy sprint, walka i inne tym podobne bez koniecznego musu w ogóle wchodzą w grę, jak również, jak się ma moja wytrzymałość. Interesowało mnie wszystko, jak również, czy uda mi się napotkać cokolwiek interesującego, dlatego wytężałem swoje zmysły co jakiś czas, próbując usłyszeć wszystko co mogłoby się wydawać dla mnie istotne...

Przebyta odległość na szczęście dała do zrozumienia, że nie jest ze mną, aż tak źle. Co najwyżej moja Sekretna Technika Smoka Spierdalania jeszcze nie mogła zostać aktywowana, bowiem groziła utratą wszystkich sił. Czułem również w ruchu pewien nieprzyjemny dyskomfort. Wspomnienia po brutalnej walce z drzewiołakiem. Jak lubowałem się w walce na średnio-bliski dystans, tak teraz odczuwałem, że kolejne obicia mogą skończyć się tragicznie dla mojego ciała, więc w razie czego napierdalać musiałem szybko i z daleka. Oprócz tych spostrzeżeń nie spotkało mnie nic ciekawego, więc zdecydowałem się zwiększyć pokonywaną odległość do około dziesięciu kilometrów. Które z podobną obserwacyjną tendencją wykonałem. Na końcu swojej podróży w planach miałem rozejrzeć się po okolicy z jakiegoś wysokiego punktu i wracać, jednak coś spowodowało, że kompletnie zapomniałem o swoim planie. Był to krzyk kobiecy. Ale co ciekawe, nie był to krzyk strachu, trwogi, czy rozpaczy, czego można było się oczywiście spodziewać po tych opuszczonych przez bogów terenach. Nie... to był krzyk wściekłości!

-Co na Thorna robi tutaj rozwścieczona białogłowa?! - wyszeptałem pod nosem z niedowierzaniem - jak biedna musi być istota która ową kobiecinę rozwścieczyła...

Niestety, krzyk niósł się z naprawdę dużej odległości co uniemożliwiało dalszą weryfikację sytuacji i prawdopodobnie tylko dzięki wyostrzonym smoczym zmysłom słuchu udało mi się go wyłapać. Co robić? - pomyślałem, nie będąc pewny dalszych swoich poczynań. Niesamowita ciekawość wlana w mędrcze bebechy motywowała do działania, ale rozsądek odradzał niepewną podróż. Obserwując swoje ciało mogłem wywnioskować, że na spokojnie drugie tyle co przeszedłem, dam radę przejść. Zainteresowany byłem szczególnie zwłaszcza, że kierunkiem była moja stała orientacyjna, czyli zachód.

Żeby nie wyjść na skrajnie bezmyślnego mędrca, zdecydowałem się wpierw na krótki odpoczynek i zregenerowanie sił, w razie jakby coś miało mnie dojechać niespodziewanie, bądź jeżeli wędrówka miała być nazbyt długa. Dlatego też, przysiadając na złamanym pniu drzewa oddałem się krótkiej regeneracji pałaszując przy tym już trochę znudzone w smaku mięcho. Następnie pełen motywacji ruszyłem podbijać nowe tereny, by przekonać się kim jest ta niemądra istota, która pacha się wprost w diabelskie sidła Starych Bagien. Oczywiście tutaj aktywowała się moja naczelna słabość do kobiet, generując w mojej głowie wszelakie kobiece ciała, które przyjdzie mi wyzwolić z opresji bagiennych bestyji jak i ich wdzięczność w moją stronę, co mimo swojej głupoty zważywszy na tereny, znaczenie poprawiło mi humor...

- O Thornie! Daj mi zaznać przyjemności z tego usłanego ostatnimi czasy dyskomfortami życia. Daj przetrwać tej istocie i doprowadź ją do spotkania ze mną!

Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.06.2019, 22:21 przez Mest.)



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






07.06.2019, 22:21
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna