Trudne tereny - Strefa III
#21

STRAŻNIK


astępny poranek, zdawać by się mogło, zaczął się dokładnie tak samo jak poprzednie, może nieco wcześniej. Fantomowy ból ręki wyrwał Śwista ze snu, niespodziewanie kończąc mdły i niespokojny sen. Wnioskując po odrobinie światła wpadającej do jasniki, dało się stwierdzić że Słońce dopiero wstawało zza horyzontu, leniwie przelewając światło na ciemne, zalesione bagna. Musiała minąć chwila, by Mędrzec doszedł do pełni śwadomości i zorientował się że nie tylko pulsacja w straconej kończynie była powodem jego przedwczesnej pobudki. Znajoma już obecność ciążyła nad nim, wyczekując aż raczy wstać i ją zauważyć. Widząc poruszenie u swojego, jeśli można to tak określić, gościa, smok odezwał się.

Jeszcze tu jesteś? Czyżbyś miał za dużo czasu?

Głos ten, rozbrzmiewający znów w głowie Mesta napełniony był irytacją. Kryła się w nim jasna sugestia i nawet, można by powiedzieć, groźba. Zadanie, którze zostało powierzone magowi w końcu było dość jasne, tak samo jak i czasowy limit na nie nałożony. Sam gad zaś najwyraźniej nie cieszył się, że jego wysłaniec, zamiast obmyślać i wykonywać plan zdobycia królewskiego sztyletu, zajmował się własną magią i magazynowaniem mięsa. Co gorsza, wypowiedziawszy te słowa, jaszczur nie wycofał się. Wciąż ciążył swoją prezencją nad Mędrcem, oczekując jego reakcji.
21.04.2019, 13:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#22

łońce leniwie prześwitywało przez okno gospody... jednak nie chciałem jeszcze wstawać. Zrezygnowałem z otwierania oczu pozwalając, reszcie ciała na odrobinę przewagi w rozbudzaniu. Wczoraj z Mistrzem dopiero co wróciliśmy z trzymiesięcznego zlecenia. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz obudziłem się, aż tak obolały. Mistrza raczej nie było w pobliżu. Usłyszeć przy jego umiejętnościach raczej nie sposobna, więc dedukowałem po zapachu. Mimo, że czułem zapach mięsa świadczący o zbliżającym się śniadaniu w gospodzie, był jeden element, który nie pasował do układanki. Metaliczna i wilgotna woń zmieszana z siarką, zaczęła się stopniowo wlewać do moich nozdrzy. Pożar? Nie... jest mi zbyt zimno... Coraz zimniej...? Postanowiłem otworzyć oczy, by przekonać się co się dzieje i wtedy oniemiałem z wrażenia. Przede mną stał Świst z dobytym sztyletem wykonujący zamach. Stało się to co przed laty... wpakował mi, aż po samą  rękojeść swoje zabójcze ostrze niemalże odcinając mi rękę. Potworny ból przeszył moje ciało, a krew trysnęła z rany brocząc podłogę. Próbowałem zrobić unik, uciec, ale nie mogłem, byłem jak z waty... Popatrzyłem nienawistnie w jego wiecznie płonące w oczach kurwiki, a on z szyderczym uśmiechem jedynie wyszeptał Obudź się! i zniknął... lecz ból pozostał.


Z lekkim szarpnięciem otworzyłem oczy... ręki w której jeszcze przed chwilą w sennej wizji znajdował się sztylet - nie było, a zamiast tego pulsujące uczucie przeszywało całe ciało. Już samo wspomnienie tego skurwysyna sugerowało, że to nie będzie dobry dzień. Pierwsze co przyszło do otępiałej głowy zaraz po przebudzeniu to była woń, woń ze snu, którą jakby już czułem wcześniej... ponadto przeczuwałem, że coś jest inaczej. Wtem moją głowę niczym grzmot przeszył znajomy rechot

"Jeszcze tu jesteś? Czyżbyś miał za dużo czasu?"

O kurwa kurwa kurwa! Gdyby nie fakt, że leżałem prawdopodobnie wypierdoliłbym się z zaskoczenia. Wielkie smoczysko znajdowało się zaledwie parę metrów ode mnie i patrzyło nienawistnie wyczekując odpowiedzi. Gdyby nie dramat sytuacyjny i niebezpieczeństwo w jakim się znalazłem wysiliłbym się na jakiś żart w odpowiedzi co do nie płacenia za czynsz, lecz tym razem nie było mi do śmiechu. Poderwałem się odruchowo, po czym pierwsze co zrobiłem to skłoniłem się przed mrocznym władcą. Wiedziałem, że przede wszystkim Smocze bestie oczekują należytego im szacunku. Następnie trzymając się nisko zacząłem mówić ostrożnie dobierając słowa, starając się być jednocześnie jak najbardziej przekonujący jak i spokojny tłumacząc swoje postępowanie:

-Mroczny Panie, przebacz chwilę słabości, lecz była ona niezbędna! Przygotowywałem się, przed powierzonym mi przez Ciebie zadaniem. Teraz już jestem gotów, by wypełnić Twoją wolę!

Kończąc ostatnie zdanie zacząłem się cofać powoli i ostrożnie w kierunku wyjścia obserwując nieustannie reakcję smoka i dopasowując swoją do przebiegu sytuacji. Jeżeli smok nie chciałby nic powiedzieć, czym prędzej opuściłbym jaskinię. Jeżeli jednak zacząłby mówić zatrzymałbym się, by okazać szacunek, jeżeli chciałby mnie zwyczajnie z jaskini wypierdolić, ułatwiłbym mu zadanie spierdalając jeszcze szybciej...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






21.04.2019, 19:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#23

STRAŻNIK
Pora na przygodę!


mok obrzucił Mędrca pogardliwym spojrzeniem. Nie raczył nawet odpowiedzieć na pełne szacunku słowa swojego drobnego rozmówcy. Zamiast tego, odprowadził go po prostu wzrokiem do wyjścia, w razie potrzeby popędzając go jedynie swoim ciężkim oddechem. Jasnym wydawało się być, że nowa misja Mesta właśnie się rozpoczęła i że nie było z niej żadnej drogi odwrotu. Na zewnątrz zaś, blade światło wstającego dopiero Słońca kładło do snu wszystkie nocne stworzenia. Inne zwierzęta zaś nieśmiale wyglądały ze swoich nor, rozpoczynając tym samym nowy dzień. Jeśli Świst odwrócił się, mógł dojrzeć że czarnołuski jaszczur zniknął w głębi swojej kryjówki. Powrót tam raczej jednak nie był najmądrzejszym pomysłem. Bohaterowi pozostało więc udać się... no właśnie, gdzie? Znajdował się na samym środku bagnisk. Jego celem zaś było Dravnul, miasto na wyspie do której statki królestwa nie płynęły z oczywistych względów. I wszystko wskazywało na to, że to była pierwsza większa przeszkoda którą będzie musiał pokonać Wodnik.
21.04.2019, 20:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#24

Ku mojej wewnętrznej radości smok, nie zamierzał pozbawiać mnie kolejnych kończyn i pozwolił mi bezpiecznie opuścić bezpieczną przystań, bez dodatkowych opłat za czynsz. Pozostawały pytania... co teraz? I gdzie ja właściwie jestem?

W celu względnej orientacji w terenie wyciągnąłem z plecaka mapę i rozłożyłem na ziemi chcąc dokładnie przeanalizować swoje położenie geograficzne. Na początek musiałem zebrać wszystkie fakty do kupy. Po pierwsze, zostałem porwany przez smoka z Valen - czyli północ. Nie przekraczałem morza, więc Revia i Teolia odpada jak również i Dravnul. Miejsce w jakim się znajdowałem definitywnie stroniło od suchości, zatem okolice Azaratu również, a w okolicy Lothill nie słyszałem nigdy o tak rozrośniętych bagnach. Gdy wspiąłem się na jaskinię smoka, po horyzont nie zobaczyłem niczego innego poza bagnami... a lokacja o nazwie "Stare Bagna" była aż nader sugestywna... Jednak nie mogłem zamykać się na możliwości ponieważ ciche równiny również nie były dla mnie zbyt znanym terenem. Niestety i jedna i druga opcja nie wróżyła niczego dobrego zgodnie z słyszanymi przeze mnie historiami. Zobaczyłem jednak coś co przykuło moją uwagę... Zarówno w przypadku Starych Bagien jak i Cichych Równin na zachód znajdował się zbiornik wodny, czyli moja szansa na przetrwanie w razie jakichś nieprzewidzianych ewentualności... Nie było rady. Postanowiłem zatem spróbować swoich sił w tym kierunku. Wyciągnąłem magiczne ustrojstwo ze wskaźnikami kierunków świata i zwróciłem swoje oblicze w kierunku zachodu. Czułem coś dziwnego w duszy, jakiś dziwny rodzaj podniecenia i zarazem niepokoju. Co prawda, nic nie mogło równać się z przestrachem przed samym władcą ciemności, lecz mimo wszystko czułem ogromną niepewność. Tak oto postanowiłem wypełnić swoje przeznaczenie.

-O wspaniały Thornie. Miej w opiece swoje dziecię i prowadź je ku wypełnieniu twej woli!

Na początku swojej podróży wrzuciłem do ust dwa kawałki suszonego mięsa i zacząłem je rzuć. A resztę zawinąłem do szczelnego opakowania tuż obok apteczki. W celu przetrwania musiałem odpowiednio wyliczyć wszystkie elementy. Bestie zamieszkujące Atarashii cechowały się zazwyczaj tym, że robiły się bardziej aktywne w nocy, choć i tutaj oczywiście zdarzały się wyjątki. Musiałem dostosować tak swój tryb tak, aby dotrzeć do upragnionej wody nie zwracając na siebie szczególnej uwagi, co oznaczało, że zdolności mogłem użyć tylko w ostateczności lub jak już będę dostatecznie blisko wody. Sojusznikiem była oczywiście zdolność cichego poruszania oraz specyficzna szalona aura wydzielana przez mój organizm. Plan zakładał maksymalne korzystanie z mędrczych instynktów i możliwości zmutowanego przez smoczą manę ciała, pozwalając kierować podróżą słuchowi, węchowi oraz wzrokowi. Jeśli cokolwiek budziło moje zastrzeżenia starałem się to obejść, bądź zastygałem w bezruchu pozwalając, by ewentualnie zagrożenie minęło. Tuż przed samą podróżą, po skrzętnym zapakowaniu wszystkich przedmiotów oraz poprawieniu zapięć zdecydowałem się pozbyć z lekka swojego zapachu. W tym celu wtarłem trochę bagnistego błotka we wszystkie odsłonięte części swojego ciała, a w niektóre miejsca takie jak plecak, buty, torba, płaszcz czy pancerz powtykałem elementy runa leśnego tak, by mój zapach najbardziej przypominał leśny. W planach też miałem, w miarę możliwości dostosowywać swoją podróż, względem dmuchającego wiatru, tak by jak najczęściej unikać podróży z wiatrem.

Wszystkie te plany, wyliczenia, próby i założenia miały pomóc w tej zabawnej grze o nazwie "życie". Jak będzie jednak w przyszłości? Czy w ogóle będzie jakaś przyszłość? To już zweryfikuje czas... NADCHODZĘ!


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






21.04.2019, 22:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#25

STRAŻNIK


ędrówka była zdecydowanie nieprzyjemna i męcząca. Bagnisty teren na którym znajdowała się smocza pieczara co chwila miał w sobie jakiś zbiornik wodny, czy teren na tyle podmokły, że już niebezpieczny. Wymijanie niektórych miejsc, okrążanie stawów, czy nawet cofanie się w celu zboczenia z trasy stało się więc niechcianą rutyną znacznie opóźniającą podróż. Zbaczając regularnie z ustalonego kierunku, łatwo byłoby się zgubić, czy nawet w ostateczności przedzierać się w zupełnie inną stronę niż ta początkowo obrana. Tutaj jednak sprawdził się ten przedziwny wynalazek spoczywający do tej pory w kieszeni Mędrca. Korzystać z niego musiał jednak nadzwyczaj często, by upewnić się że zachód w który w danej minucie szedł był tym samym zachodem w którym to zachodziło Słońce. Kompas uratował go więc od zabłądzenia, choć w gruncie rzeczy Mest nadal nie wiedział gdzie się znajdował.

Cały ten czas, między drzewami migotały dziwne, podejrzane kształty. Nie mogły być to zwierzęta, których to ruch był znany już Świstowi. Choć faktycznie z jakiegoś powodu okolica tętniła życiem, trudno było stwierdzić jaka część tego życia była przyjazna. Mag wyszedł bowiem poza teren objęty smoczą protekcją i nie mógł wyzbyć się przeczucia że cały czas coś go obserwowało, lub może nawet śledziło. Zupełnie tak, jakby las ten posadzony na mokradłach miał własne oczy wpatrujące się teraz właśnie w niego. Nic jednak nie wychodziło zza drzew i nie atakowało go, przynajmniej na ten moment. Czy jednak był bezpieczny?



Słońce leniwie wzniosło się nad horyzontem i odbyło swą podróż wraz z Mędrcem. Szli w tą samą stronę, każdy w swoim tempie. Jedno z nich było naturalnie szybsze i docierało już do kresu swej podróży pozostawiając świat w ciemności na kolejne kilkanaście godzin. Do drugiego zaś koniec podróży przybył samoistnie, wraz z nocą i zmęczeniem. Mest nie zawędrował właściwie nigdzie. Wciąż znajdował się na bagnach wyglądających odrzucająco podobnie do tych przez które przeprawiał się przez cały dzień. Zakręcając ciągle i cofając się, ile kilometrów mógł przejść? Kilkanaście? A może nawet i mniej? Co gorsza, cały czas towarzyszyła mu ta nieopisywalna prezencja, obserwująa go i... czyhająca?
22.04.2019, 11:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#26

Podróż dłużyła się niemiłosiernie. Nigdy chyba w swoim krótkim życiu nie znalazłem się na tak nieprzyjemnych terenach. Przebyłem wiele, naprawdę wiele kilometrów, lecz ile z nich było w stronę upragnionego zachodu, upragnionej bezpiecznej przystani? Jak bardzo zbliżyłem się do opuszczenia tego przeklętego miejsca? Nie wiem...

Jedyny mój przyjazny towarzysz tej podróży - słońce, niesprawiedliwie wyprzedziło mnie w swoim biegu ku zachodnim rewirom i tak oto wkrótce miałem zostać sam na sam z dziwnym i przejmującym uczuciem obecności... choć niestety, raczej tylko uczuciem. Wyszedłem z terenu objętego smoczą ochroną i byłem zdany tylko i wyłącznie na siebie. Nie wiedziałem, czy byłem bezpieczny... Gdy zmrok powoli zaczął przejmować coraz to większe tereny bagnistej przestrzeni, zdecydowałem się na odpoczynek i zebranie sił przed nocą, nie wiedziałem bowiem co będzie mnie czekać, kiedy całkowita noc zawładnie bagnami. Pokarm samoistnie dobierany w podróży tak i teraz wraz z odżywczą pastą z zaległego prowiantu napełnił mój żołądek regenerując na później. Na swoje tymczasowe lokum wypoczynkowe wybrałem przestrzeń z najbardziej otwartą przestrzenią z jakimś drzewem w epicentrum, które oczywiście sprawdziłem, z lęku przed opowiadanymi historiami przez Mistrza o żywych drzewach. Teraz pozostała jedynie ostatnia decyzja; czy rozpalać ognisko i poprzez nie odstraszyć ewentualne potwory, czy może próbować się ukrywać pośród ciemności robiąc za jednego ze straszniejszych potworów tego miejsca... Czułem, że istnieją tu cuda i dziwy wykraczające poza moje pojmowanie i że pewnie zwykły płomyczek ich nie powstrzyma, ale zawsze raźniej mieć sojusznika choćby w postaci przeciwnego żywiołu, który osłoni choć jedną ze stron, dlatego rezygnując ze stanowiska absolutnej ciemności podjąłem decyzję zmagazynowania drewna i utworzenia ogniska na czas godziny zero. Z każdą chwilą gdy nastawała coraz to późniejsza godzina, czułem w powietrzu narastającą gęstość oraz presję. Miałem jednak nadzieję, że może jednak to były moje ukryte zlęknione złudzenia. Postanowiłem oddać się na czas nocnego czuwania swoim instynktom, tak by to one rozsądziły otaczającą mnie rzeczywistość. Kiedy trzaskające ognisko było już gotowe, a średniej wielkości ściana ognia przyjemnie rozgrzała najbliższy teren poczułem, że jestem gotowy. Podczas odpoczynku z nadwyżki drewna jak i przesuszonego mchu, sęków, kory i metalowej linki spróbowałem stworzyć kilka prowizorycznych pochodni. Nie była to najłatwiejsza praca bacząc na brak rąk do pracy, jednak umiejętności zabójczego konstruktora mogły tu znacznie pomóc. Ostatnią modlitwą przed zapadnięciem absolutnej nocy dodałem sobie otuchy:

-No dalej małe kurwie, przybywajcie. Przybywajcie jeśli chcecie spróbować potyczki z samym królem podwodnego świata. Jam jest ten, który włada najpotężniejszym z żywiołów - Zemstą. Chodzicie, a posmakujecie moich siedmiu smoczych grzechów głównych - mojego gorejącego pragnienia. Posłużycie jako przedsmak w chwili próby, bym o oto na waszych splugawionych truchłach zbudował sobie drogę do odkupienia. Ja będę waszym ciemiężycielem, ja będę waszą ostatnią przeszkodą, ja będę waszymi wrotami do śmierci! Chodźcie i zasmakujcie mojej mocy!


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






22.04.2019, 14:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#27

STRAŻNIK


nalezienie samotnego drzewa było niemożliwe. Choć drzew w okolicy stało pod dostatkiem, to odległości między nimi były naprawdę niewielkie. Poszukiwania były o tyle utrudnione, że z chwili na chwilę w lesie robiło się coraz ciemniej i nawet przyzwyczajone do braku światła oczy Mędrca coraz słabiej widziały zwodniczy teren. Liściasty dach chronił zaś okolicę przed delikatnym blaskiem gwiazd i księżyca. Przeprawy dookoła stawów i bagienek wymagały więc dodatkowej ostrożności i zajęłyby jeszcze więcej czasu. Także rozpalenie ognia okazało się być trudniejszym zadaniem niż ostatnim razem. Na wszechobecne runo składał się bardzo duży zestaw mniejszych lub większych gałązek, które w gruncie rzeczy nadawałyby się na ognisko gdyby nie były mokre lub przegnite. Iskry wzniecione przez krzesiwo nie były w stanie same z siebie osuszyć zebranych kawałków drewna, i kolejne długie minuty Świst musiał poświęcić na znalezienie odpowiedniej podpałki. Zebrawszy w końcu niewielką ilość względnie suchego chrustu, mógł na nowo zacząć próby utworzenia płomieni. Po kolejnych czasochłonnych próbach drobny żar zjawił się w drewnianym stosie i powoli przenosił się na kolejne i kolejne gałęzie, wpierw je wysuszając, a potem dopiero dołączając je do swojego generatora tańczących języków.

Czy to w odpowiedzi na modlitwę, czy na ogniste światło, las poruszył się. Rozległy się ciche trzaski, czy też może klekotanie, podobne do tego które wydawała łamana butem gałąź. Odczuwalna wcześniej prezencja jakby zmaterializowała się i przybrała humanoidalną, czterometrową postać. Postać, na pierwszy rzut oka stworzoną z kory, winorośli, mchu i matowej, brązowej skóry. Ent, choć zdecydowanie wyglądał stoicko i groźnie, różnił się jendak znacząco od opisów zawartych w ustnych przekazach szerzących się po krainie. Drzewny potwór miał grube nogi i łapska, które wcale nie przypominały gałęzi, ani nawet konarów. Zamiast tego, te umięśnione kończyny pokryte były porostem i zielonymi pnączami, poruszającymi się niczym węże, zupełnie jak jak gdyby one same były żywą tkanką, a może i nawet osobnym bytem od samego drzewca. Jasne oczy zaś spoglądały prosto w Mesta. I choć nadawanie obliczu tej istoty ludzkich emocji mogłoby być sporym nadużyciem, mag nie mógł odrzucić od siebie wrażenia że bagienny ent był na niego rozgniewany.
22.04.2019, 16:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#28

Zatem zaczęło się! Cały las ożył jakby tchnięty nienawistną potrzebą wyeliminowania niechcianego osobnika. Czymże jednak były te istoty w obliczu mojej potęgi. W sumie to nie wiem... W końcu jam jest ten, który walczyć ma ze smokami. Nie trzeba było długo czekać, aby w moim otoczeniu zjawił się pierwszy, żądny chyba własnego samobójstwa oponent. Przede mną, w zaledwie odległości nie mniej, niż dziesięciu metrów jawiła się wysoka drzewna postać. Zaiste nie przypominała niczego co mój Mistrz próbował mi sprzedać przed laty w swoich opowieściach. Zamiast chodzącego drzewa miałem przed sobą pokrytą korą bestię, na pierwszy rzut oka silną i umięśnioną oraz pokrytą ruchomymi pnączami. Wiedziałem, że raczej przyjaznych zamiarów nie ma, aczkolwiek zastanawiało mnie, czemu nie rzucił się od razu do ataku. Ciekawość, niepewność? A może oczekiwał, że zostawię ogień w spokoju. Nie chciałem tego sprawdzać... To on był gospodarzem tego miejsca, a być może ogień, był jedynym żywiołem którego nie znał i którego się obawiał...


Aby przekonać się o zamiarach stwora ustawiłem się idealnie naprzeciwko niego, tak żeby mieć tuż za sobą ognisko, żeby mieć jak najwięcej możliwości i mieć osłonięte plecy przed atakiem z zaskoczenia. Na samym początku postanowiłem zrezygnować z używania zaawansowanych zaklęć magicznych, tak by nie sprowadzić na swoją lokację większej liczby stworzeń. Przy zmianie swojego miejsca wrzuciłem więcej drzewa do ognia i wyciągnąłem z podręcznej torby pięć rzutek, aby wraz z szybkim ruchem wrzucić je do paleniska. Ostrze miało się nagrzewać, a rączka być poza zasięgiem ognia. Następnie ze sprężynowego podajnika dobrałem kolejne dwie rzutki i ustawiłem pomiędzy palcami gotowe do rzutu. Tak oto nasłuchując całego terenu pozostawałem w gotowości. Plan był następujący - czekać.

Jeżeli bestia by podeszła na zasięg pięciu metrów, wzmacniając wyrzut zdolnością destrukcyjnej wodnej rotacji spróbowałem wpakować obie rzutki w oczy potwora. Sam rzut dla takiego monstrum mógł być mało szkodliwy, jednak przy korzystaniu z tej zdolności siła przebicia rosła, a co za tym idzie, nic drzewo-podobnego raczej nie mogło wyjść bez szwanku. Z tej odległości nie było też raczej możliwości na chybienie, bądź szansy na dobrą zasłonę. (Na obronienie jednej bądź dwóch zastosowałbym błyskawiczną poprawkę, tym razem wykonując czynność pod kątem, tak by podkręcając ostrze i trafić pomimo zasłony) jeśli te ruchome pnącza chciałby we mnie wystrzelić szybkim akrobacyjnym przeskokiem chciałem usunąć im się z drogi pozwalając, by zagościły w ognisku znajdującym się za mną, również wykorzystując sytuację do wystrzelenia rzutek w kierunku innych witalnych miejsc takie jak łączenia torsu z nogami(teoretycznie pachwina o ile stwór takie coś w ogóle posiada). Jeżeli potwór nie pozostawałby oślepiony, a mimo to ruszyłby na mnie z furią czy innym szaleństwem, aktywowałbym macki i chwyciłbym się pobliskiego drzewa, by  przyciągając się zniknąć sprzed pola bestii i pozwalając, by wbiegła w narastającą ścianę ognia. Początkowa faza miała na celu obserwacje celu. Jego odruchów, nawyków oraz stylu walki i słabych odsłoniętych miejsc. Ostatecznością ostateczności miała być tutaj aktywacja Łoterotera drugiego poziomu, zdolnego prawdopodobnie zniszczyć bestię. Jednak jeżeli byłby brak innych możliwości defensywnych macka wbijając się bezpośrednio ze zdolnością w łeb stwora miała zneutralizować niebezpieczeństwo.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.04.2019, 19:21 przez Mest.)



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






22.04.2019, 19:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#29

STRAŻNIK


twór właściwie nie poruszał się, wpatrując się wciąż w Mędrca wyczekująco. Tak działo się przez pierwsze kilka chwil, kiedy to przygotowywał on się do walki, ustawiając swoją pozycję i wrzucając rzutki w płomienie, by rozgrzać je przed atakiem. I choć cały jego manewr trwał bardzo krótko, większość potworów i ludzi skróciła by w ten czas dystans między sobą a nim praktycznie do zera, atakując. Istota ta jednak odczekała prawie że pół minuty, zanim postanowiła się łaskawie ruszyć. A trzeba było przyznać, że ruch ten był niespodziewany. A przede wszystkim – niespodziewanie szybki. Bestia z miejsca zerwała się do biegu i wzięła zamach swoim potężnym łapskiem, szykując się do ciosu. Refleks Mesta nie zawiódł go w żaden sposób, bo gdy tylko ent zaczął się zbliżać, dwa ostrza wylądowały w jego drobnych oczodołach, czemu towarzyszył dziwny, basowy pomruk wydobywający się z zasłoniętych pnączami ust drzewołaka. Zaraz jednak na własnej skórze przekonał się, dlaczego drzewiec stał w miejscu, zamiast atakować. Skupiony na swoim adwersarzu Mest nie zauważył jak ciemna ziemia pod jego stopami zaczynała ożywać i podnosić się. Dostrzec mógł to w tym samym momencie w którym poczuł jak ruchliwe trawy zaatakowały jego kostki i owinęły się wokół nich, blokując ruch. Skutkiem tego, planowany akrobacyjny numer nie tylko spalił na panewce, ale i stał się powodem dla którego Świst o mało nie runął jak długi na runo czekające pod nim. To zaś, co nastąpiło po nieudanym uniku było przewidywalne i bardzo bolesne. Ręka potwora niczym maczuga wielkości człowieka uderzyła w mędrczy brzuch, pozbawiając go tchu i wysyłając w powietrze, wyrywając jego nogi z pętających je dotąd korzeni. Mest w locie kikutem swej ręki uderzył o drzewo, co jednak nie zatrzymało jego podróży, a wywołało zaś eksplozję bólu. Wylądowawszy, Świst przeturlał się jeszcze dwa razy. Obolały, twarzą zwrócony był ku ognisku. Mógł widzieć jak wściekły ent z dwoma nożami wystającymi z głowy biegł w jego stronę. Trudno było stwierdzić czy go widział, czy może słyszał... Ale pewne było to, że nawet gdy nie zada ostatecznego ciosu, jeśli mag nie wymyśli czegoś w przeciągu kilku sekund, zostanie po prostu stratowany na śmierć.
22.04.2019, 20:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#30

O Ty kurwa chuju zbolały! Ja Ci dam grać po smoczych organach. - pomyślałem dziękując w duchu za podarowany przez Mistrza pancerz, który choć trochę zniwelował potężne uderzenie drzewostwora. Nie mogąc wyjść ze zdumienia, jak w kompletnej ciszy i bezruchu, nie udało mi się usłyszeć szmeru przesuwanych pnączy, przeklinałem niefartowny obrót sytuacji. Mimo, minimalnej satysfakcji z utrafionego przeciwnika przeważającym uczuciem był oczywiście przede wszystkim ból rozchodzący się od miejsca niedawno utraconej ręki. Niestety nie miałem czasu nad rozckliwianiem się nad swoim losem bowiem bestia gnała już co tchu, aby dobić swojego leżącego przeciwnika. Na jej nieszczęście nie byłem zwykłym śmiertelnikiem...


Teraz już znałem jej podstawową zdolność. Choć kosztowało mnie to nieco bólu. Przy pomocy many, w jednej chwili w miejscu utraconej ręki utworzyłem pięć macek łącząc je w wodną utęsknioną kończynę i przy jej pomocy przyciągnąłem się z lekka do pobliskiego drzewa w kierunku prostopadłym do ruchu stworzenia. Następnie, gdy tylko pozwoliłem się bestii minąć posłałem w jej kierunku z ogromną prędkością swoją długą wodną dłoń i korzystając z nieuwagi stworzenia i tego, że jest odsłonięte użyłem laserowego cięcia podwójnego Łoter Pestola, aby dobrać się ścięgien kolanowych, by je rozciąć. Kolejnym etapem po skutecznym unieruchomieniu i powaleniu bestii, miała być anihilacja podłej kreatury i jeżeli na to pozwoliłaby sytuacja, nieustające laserowe cięcia miały dokończyć dzieła zadając jak największe obrażenia i celując w domniemaną szyję... Jeżeli coś miało iść nie po myśli, zdawałem się na wodną łapę i swoje umiejętności oraz zdolności.


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






22.04.2019, 20:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna