Trudne tereny - Strefa III
#11

Frustracja i ból głowy... To prezent za moje starania? Oj okrutny świecie. Zapewne jeszcze za wcześnie na takie wojaże, lecz miałem nadzieję, że niebawem mój trening przyniesie jakiś skutek...

Zmęczenie ćmiło niemiłosiernie umysł, a krajobraz znajdujący się poza jaskinią wcale nie wróżył niczego dobrego. Nie było rady trzeba było odpoczywać z nadzieją, że siły przybędą prędko przed momentem ewentualnej próby. Postanowiłem dokończyć posiłek napychając się jadłem aż po sytość, zanim mięso zacznie się psuć. Następnie ze swojej wilczej skóry i poplamionego krwią płaszcza zrobiłem niewprawnie coś w deseń posłania oddalonego o paręnaście metrów od wejścia do jaskini, by chociaż minimalnie zwiększyć komfort drzemki. Z jednej strony nie czułem się za bezpiecznie, w smoczym leżu, lecz jednocześnie nie miałem innego wyjścia. Liczyłem w duchu na to, że nie ma żadnego stworzenia na tyle głupiego, by dobrowolnie pchać się w jaskinię należącą do samego smoka.

Paroma zgrabnymi ruchami zluzowałem wiązania ukryte pod pancerzem i pozwoliłem, by z lekkim łoskotem pancerz osunął się na ziemię. Pamiątka po Mistrzu była w fatalnym stanie. Moja czarna zewnętrzna skóra była brudna, śmierdząca i zabarwiona zakrzepłą w miejscu utraconej ręki krwią. Cóż nie było rady, po drzemce trzeba było to wszystko wyczyścić... nie inaczej było ze mną. Potem położyłem się w prowizorycznym posłaniu, a zbroję jak i resztę ekwipunku ułożyłem blisko siebie i rozmyślając o nieudanym treningu zmrużyłem oczy pozwalając, by pierwszy raz od dłuższego czasu sen zawładnął mną dobrowolnie...

Obudził mnie dziki rechot! Poderwałem się i czym prędzej stanąłem w gotowości dzierżąc nóż w dłoni. Przede mną stał ognisty Darrgo’num’el. Jego dziki płomień rozświetlał mrok całej jaskini. Czułem się taki mały i nic nieznaczący, byłem dla niego ledwie okruszkiem. To jego najbardziej nienawidził Lazurowy więc i nienawiść czułem ja. Dane mi było zobaczyć jak piekielna bestia patrzy się na mnie z pychą, a następnie pompuje swoje smocze płuca oddechem tak ogromnym, że niemal zassało mnie do samej paszczy. Nie było już dla mnie ratunku... Ogień buchnął z jego paszczy prosto w moją stronę. Gdy już myślałem, że jest po mnie przede mną wyrosła gruba ściana wody, a w głowie zadźwięczał znajomy głos Caeruleum'el'a. -Pomóż mi! Doskonale znałem te technikę, należała do mojego smoczego ojca. Obróciłem się i zobaczyłem majestatycznego rodzica spierającego się gniewnie z napierającym płomieniem. Nie znałem jeszcze w pełni tej zdolności, jedynie widziałem ją w użyciu, ale pragnąłem pomóc swojemu za wszelką cenę. Skupiłem manę i intuicyjnie wyobraziłem sobie ogromną morską falę, która zderza się z klifem i ten klif rozbija. Następnie puściłem mój twór naprzeciw złowrogiej gadzinie, czując jak ustępuje pod naporem najpotężniejszego żywiołu... ...Teraz twoja kolej...

Wybudzenie przyszło gwałtownie... Nazbyt gwałtownie. Porywczo zrywając się z leża nie pomyślałem o jeszcze ciągle świeżej ranie. Ból spowodował, że jak szybko wstałem, tak szybko osunąłem się na kolano. Kiedy kara za brak gracji minęła, uczułem pewną zmianę. Głowa już nie bolała, a co najważniejsze... obudziłem się wypoczęty. Teraz mogłem na nowo zdobywać świat!

Ciemność nadal nie ustępowała, więc byłem zdany na używanie swoich zdolności. Ostrożnie spróbowałem aktywować wodną opaskę na oczy. Pierwszy sukces, wszystko działało normalnie. Rozejrzałem się po jaskini w poszukiwaniu jakiegoś bardziej rozwiniętego wgłębienia. Gdy takowe znalazłem. Wycelowałem swoją dłoń a następnie przy pomocy wodnego pistoletu o ograniczonej do połowie mocy napełniłem jak najbardziej mogłem skaliste wyżłobienie. Kiedy skończyłem zacząłem prowizoryczną kąpiel, pozwalając by paskudny zapach, bród jak i inne niechciane elementy opuściły moje ciało. Ze środków czyszczących dysponowałem jedynie solą, którą to po uprzednim zmiażdżeniu, wtarłem w bardziej oporne w czyszczeniu rewiry. Gdy skończyłem kąpiel, przyszedł czas na czyszczenie moich sprzętów i zabawek. Musiałem dokładnie pozbyć się wszelakich niechcianych zapachów, jeśli miałem iść w nieznany teren. Tego mnie nauczył Mistrz. Jeślibym tego nie zrobił niewątpliwie zapach przyciągałby bardziej okoliczne zwierzęta, czy inne stwory. Przy czyszczeniu zużyłem resztę soli pozostawionej na te potrzebę. Nie był to najlepszy środek czyszczący, ale minimalnie ułatwiał sprawę. Kiedy skończyłem sprawy kosmetyczne i estetyczne odstawiłem rzeczy, by ociekły i zająłem się opaloną przez smoka raną. Wiedziałem, że jeśli się to w pełni nie zagoi, każdy gwałtowniejszy ruch będzie łączył się z bólem, dlatego też z podręcznej apteczki zastosowałem maść przyśpieszającą gojenie, wcierając ostrożnie we wszystkie naruszone tkanki. Czynności wprowadzające zwieńczyłem pochłonięciem skrzętnie zapakowanej przez Lenę obfitej racji żywnościowej - jeślibym dobrze to rozplanował, mogło jedzenia wystarczyć na dwa, góra trzy dni. Bacząc na nieprzewidziane... wymagałem poszerzenia swojego asortymentu pokarmowego.

Syty i w pełni sprawności spróbowałem ponownie swoich sił z nową zdolnością. Tym razem wiedziony nocną wizją, jak i wspomnieniami z dzieciństwa postanowiłem przeznaczyć na trening cztery godziny z przerwami i odtworzyć technikę mojego smoczego opiekuna, choć w trochę mniejszej wersji. Przy pomocy many i bazując na technice Wodnego Strażnika spróbowałem wytworzyć podobną do jego pancerza wodną ścianę defensywną przypominającą z lekka morską falę, a właściwie można by powiedzieć, że jego samobieżny wycinek. Woda z zewnętrznej strony miała nieustannie spadać w dół z ogromną siłą, by przy dolnej części zawracać ku górze. Takie zastosowanie w przypadku Łoter Głardiana nadawało przyjemnych możliwości defensywnych, tak samo chciałem i w tym wypadku. Następnie, planem było, by poruszać nią na zasięgu do dziesięciu metrów, na różnych wysokościach, kątach i płaszczyznach. Na początku próbowałbym z małym rozmiarem, półtora metra na metr z połową metra grubości, by finalnie skończyć w miarę możliwości na satysfakcjonujących dwóch metrach wysokości i półtora szerokości oraz metrem grubości...

Po zakończonym treningu aktywowałem w miejscu utraconej ręki dwie macki, by pomóc sobie z pancerzem oraz ekwipunkiem pełen nadziei, że pójdzie jak najbardziej sprawnie. Niestety macki mimo, że precyzyjne nie oddawały gracji smoczej ręki, przez co zakładanie i wiązanie dłużyło się niemiłosiernie. Tak dozbrojony sprawdziłem jeszcze możliwości macek z pragnieniem, że wraz z ostatnim czasem ich intensywnego nadużywania ich zakres się powiększy, lecz i tutaj spotkałem się z rozczarowaniem. Po odwołaniu wszystkich niepotrzebnych zaklęć i zdolności ruszyłem w kierunku wyjścia z pieczary, by rozpocząć wstępne terenowe rozeznania. Teraz pragnąłem coś upolować oraz pozwiedzać z lekka, a następnie jak najszybciej wrócić do pieczary nie narażając się nazbyt, póki dostatecznie nie poznam terenu.

Ostrożnie by nie naruszać  nazbyt cienistej struktury wyszedłem na zewnątrz i stanąłem w bagiennej przestrzeni zamykając oczy. Ograniczając jeden zmysł chciałem jak najbardziej włączyć pozostałe, więc stałem i nasłuchiwałem wszystkiego dookoła, powoli zjednując się z naturą...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






23.09.2018, 01:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#12

STRAŻNIK



słabienie mogłoby powstrzymać wielu ludzi przed parciem naprzód. Jednak Mest nie był zwykłym człowiekiem. O nie, dla niego lekkie niedogodności takie jak utrata ręki były niczym. Niestrudzony nie tylko parł naprzód - on się rozwijał. Ewoluował w coś dużo potężniejszego niż przedtem. I mimo, że czasami wciąż słaniał się na nogach z przemęczenia, a utracona krew wciąż nie powróciła do jego organizmu - miał to za nic.
Początkowe próby nauczenia się nowej umiejętności spełzły na niczym. Mędrzec miał problemy z koncentracją. Jego magia co chwilę go opuszczała, rozwiewając wszelkie starania. "Ściana", którą próbował zrobić przypominała bardziej delikatną, wodną mgiełkę, którą bez problemu można było rozproszyć machnięciem ręki. Jednak z każdą kolejną minutą nabierała kształtu, spójności. Po około godzinie prawie udało mu się dojść do początkowego założenia. Ściana wody stała przed nim - dużo mniejsza niż sobie tego życzył, gdyż przypominała jedynie tarczę, a nie pełnoprawną ochronę - z każdą chwilą się rozrastając. Po drugiej godzinie udało mu się zwiększyć jej rozmiar do momentu, który go satysfakcjonował. Wciąż nie była to jednak dobra obrona - ktokolwiek mógłby się przez nią przebić. Ruch wody był znikomy, a każda próba poruszenia jej w dowolnym kierunku kończyła się tym, że ściana rozpadała się z głośnym pluskiem. Przy czwartej godzinie zaczęło to przypominać coś, o czym marzył Mędrzec - stała przed nim ściana, która z lekkim bulgotem spływała w dół, aby następnie powrócić w zamkniętym obiegu w górę. Wciąż nie potrafiłaby zatrzymać wystrzelonego bełtu czy włóczni ale być może zmieniła by trajektorię słabo wystrzelonej strzały bądź rzuconego noża.
Po wyczerpującym treningu nadszedł czas na opuszczenie bezpiecznej jaskini. Na zewnątrz nic się nie zmieniło - wciąż to samo bagno co wcześniej. Zamknięcie oczu niewiele pomogło - zewsząd dobiegały dźwięki owadów i ptaków, gdzieniegdzie plusk, czasem jakiś skrzek. Naturalne odgłosy nie były zagłuszone niczym niezwykłym.

29.09.2018, 01:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#13

...Zmęczenie...

Jakże frustrujące uczucie. Nadczłowiek przeznaczony do czynów wielkich, nie radzi sobie z osłabieniem organizmu... Naprawdę? A jeżeli nie jestem przeznaczony do niczego, a moje życie nie jest warte tak wiele jak przypuszczałem? A w głowie jeszcze huczy ciągle i nieustanie ten wielki żelazny młot: "Słaby słaby słaby!" Wiem przecież! Oczywiste że jestem słaby. Jak ma być inaczej. Straciłem dopiero co kurwa rękę, nie wspominając jeszcze, że pewnie z przynajmniej jedną trzecią dysponowanej krwi. Mimo tak zaawansowanej regeneracji, nawet jak na mędrca obdarzonego profitami od życia to ciągle było za mało, żeby przywrócić pierwotną używalność ciała. Ale nie mogłem się poddawać! Nie mogłem pozwalać sobie na zbyt długie odpoczynki. W głowie miałem jedno - stać się silniejszym! Bez treningu nie mogłem ruszyć dalej. Musiałem nauczyć się funkcjonować z nowym niekompletnym sobą, by opuścić to zapomniane przez bogów miejsce. Musiałem być w pełni kondycji z gotowym arsenałem, na wszystkie nieprzewidziane ewentualności, żeby wypełnić zadanie powierzone mi przez samego naczelnego smoka...

Było wczesne popołudnie, a moje mędrcze instynkt nie podpowiadały, by w pobliżu było cokolwiek co by się nadawało na pokarm. Nie było rady, trzeba było oddać się improwizacji, nim jednak to miało nastąpić postanowiłem zbadać raz jeszcze zaciemnioną płachtę. Przypominająca watę powierzchnia reagowała na dotyk ustępując, niczym normalna zasłona. Jeśli to ona blokowała i odstraszała potencjalne bestie od wejścia do smoczego skarbca, to być może mogłaby mi pomóc uciec niezauważonym przez pobliskie bestie z tego miejsca. Nie narażałbym się wtedy na jakiekolwiek konfrontacje; niestety plan spłonął na panewce gdy tylko zbliżyłem swój ulubiony sztylet o fioletowawym połysku. Dziwna struktura po rozcięciu zdawała się rozpadać i nie pozwalała na dowolne oddzielanie jej od stężonej cienistej reszty. Przeklinając w myślach niepowodzenie swojego błyskotliwego planu wróciłem za zasłonę i usiadłem tuż przed nią po wewnętrznej stronę tak, żeby mniej więcej widzieć poprzez prześwitujące strzępy co się dzieje na zewnątrz. Teraz był czas na moje sztuczki!

Przy pomocy many na końcach swoich łopatek wykreowałem dwie macki i jedną w miejscu gdzie kiedyś była moja ręka. Macki z łopatek chciałem skierować ku ziemi i przy pomocy wodnego ciśnienia zacząłem nimi drążyć w ziemi najpierw pół metra w dół a następnie dziewięć metrów przed siebie by na końcu z powrotem wyjść na powierzchnię. Nie było to proste... ba było to paskudnie trudne bowiem uszkodzony organizm cały czas karał mnie za używanie moich zdolności. Nie było jednak rady... żeby przeżyć musiałem jeść, a żeby jeść musiałem polować. Również regeneracja organizmu wymagała więcej, niż tylko skąpych racji żywieniowych posmarowanych odżywczą pastą. Chwila używania many doprowadziła mnie na bliski, choć nie ostateczny skraj zmęczenia zniekształcając z lekka widziany obraz, było jednak lepiej, niż w przypadku poprzedniego treningu. Na początku miałem ogromne problemy z choćby utworzeniem wodnych laserów. Potem gdy już się udało, znalazły się i dalsze komplikacje... Ich strumień był tak nieregularny, że musiałem po kilkakroć włączać i wyłączać technikę, dopiero przy czwartej próbie uzyskałem upragniony efekt. Zacząłem drążyć... niestety przy końcu ponowna fala zmęczenia i stróżek potu zagościły na mojej twarzy. Musiałem chwilę odpocząć i nie mogłem kontynuować dopóki nieposłuszny organizm, nie dałby mi informacji, że ponownie jestem w kondycji. Tak minęło pierwsze piętnaście minut. Macka znajdująca się w miejscu utraconej ręki mogła zacząć działać. Z mojego plecaka wyjąłem kawałek racji żywnościowej i przekazałem ją macce. Następnie pokierowaniem swój twór w stronę wolno poruszających się wodnych ogonów wystających z ziemi, by przekazać pokarm. Kiedy już wróciłem wcześniej wysłaną macką mogłem zacząć zanęcać. Mój smoczy rodzic nauczył mnie, że Mędrcze cząsteczki magiczne pociągają niczym feromony pobliskie zwierzęta i że wystarczy mała ilość many, żeby zachęcić pobliskie zwierzęta i pobudzić ich ciekawość. Z resztą, przecież doświadczyłem niedawno okrutnego efektu nadużywania swojej many. Nie chciałem podobnego scenariusza, w dodatku kolejnej ręki stracić już nie mogłem...

Na początku zacząłem intensyfikować pobór mocy na końcach dwóch wystających macek, oczywiście cały czas pilnując,żeby nie przesadzić. Woda reagowała poruszaniem się wewnątrz i na zewnątrz, podobnie co do opracowywanych przeze mnie wodnych tarcz, być może teraz miały większą wytrzymałość. Na początku nie dawało to żadnych efektów... nie chciałem się jednak tak szybko poddawać. Postanowiłem spędzić w ten sposób przynajmniej półtorej godziny, a żeby nie marnować czasu, planem był oczywiście dalszy trening, wspierający dalsze zanęcanie. Przy pomocy many manipulowałem przy macce w taki sposób, by jak najbardziej poprawić jej możliwości długościowe. W tym celu próbowałem powolutku i ostrożnie rozciągać i zwijać w rulon jedną z macek - tę bez racji żywnościowej. Pilnowałem jednak i obserwowałem mój organizm i jeśli choć na chwilę odczuwałem, że coś jest nie tak, robiłem sobie przerwę.

Pozostawało tylko czekać na to co nastanie...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






23.10.2018, 18:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#14

Cisza... jedyne co odpowiadało na działanie mojej many to odległe pluski pobliskiego bagna, choć równie dobrze mogło i to nie być to... I cały misterny plan w pizdu. Nawet nie tylko ten a wiele różnych planów. Nie było rady, trzeba było odpuścić. Jak zwykle moja ukochana przyjaciółka - frustracja - zagościła w moim sercu. Trening macki też nie za niewiele pomógł, macka wprawdzie się zwężała i wydłużała, ale za każdym razem kiedy dawała o sobie znać głowa, moja wodna pomoc ulegała destabilizacji. Wszystko przez tę pieprzoną niewydolność z braku krwi, ale jeszcze parę dni i uda mi się wyrwać z tego piekła bezradności...

Odwołując zaklęcia wróciłem do jaskini snując w głowie czarno-humorystyczne wizje przejęcia wszechświata. Smoczy żołądek już wcześniej dawał o sobie znać, ale dopiero teraz przeszedł w fazę utrudniającą skupienie, dlatego postanowiłem następna godzinę spędzić na odpoczynku i pochłonięciu kolejnej partii racji żywieniowej przeznaczoną na tę porę. Odżywcza pasta nie miała konkretnego smaku i zapachu, aczkolwiek zostawiała swoisty matowy i metaliczny posmak. Perspektywa jedzenia takiego posiłku przez jeden, może dwa dni nie była niczym strasznym, ale gdybym miał jeść tak jak mój przeklętej pamięci Mistrz na swoich misjach; przez kilka tygodni tylko to, to jestem pewien, że prędko bym zwariował, a moje serce traciłoby chęci do bicia.

Po pochłonięciu pokarmu i konkretnym odpoczynku przyszedł czas na dalsze piłowanie nowej upragnionej zdolności. Tym razem jednak będąc bardziej świadomym limitów swojego ciała, postanowiłem skupić się bardziej na perfekcji i zwieńczenia małej wersji przyszłej defensywy, aniżeli na rozmiarze, który był jedynie kwestią mojej przyszłej woli. Około trzy godziny... tyle chciałem przeznaczyć na rozwijanie potężnej zdolności obronnej. Ostatni stan rzeczy pozwolił mi opracować zaledwie prototyp, dlatego na przestrzeni metra kwadratowego spróbowałem utworzyć bardziej skondensowaną ścianę, która byłaby tak odporna jak pancerz Wodnego Strażnika. Kiedy tylko udałoby mi się uzyskać kontentujący efekt, zająłbym się poruszaniem tworu na przestrzeni dziesięciu metrów. Jak zwykle liczyła się w tym wypadku uniwersalność...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






23.10.2018, 23:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#15

Trening z początku szedł bardzo mozolnie. Próby przesuwania zdolności rozsypywały twór na drobny deszczyk, jednak kiedy udawało mi się w końcu poruszać czymś konkretnym masowo, zdolność traciła swoje główne walory defensywne, rezygnując z wirowania. Nie wiedziałem, czy przyczyną były totalne problemy z koncentracją przez wzgląd na okoliczności, czy może winić trzeba było moje wygórowane wymagania.
W końcu, po pierwszych dwóch godzinach zaczęły przychodzić efekty. Nie były skrajnie satysfakcjonujące, ale nowe zasoby motywacji, napędziły moje osłabione ciało. Zdolność z bardzo niską prędkością, niemalże ślimaczą zaczęła się przesuwać w swojej pełnej bojowej i defensywnej formie, choć niestety była to ledwie część wymaganej przeze mnie masy wodnej. Kolejna godzina spełzła na powolnym zwiększaniu prędkości poruszania tworu. Po ostatniej godzinie osiągnąłem satysfakcjonujący, choć ciągle niepełny efekt. Bariera o wymiarach metra wysokości i grubości, również prawie metra szerokości z przyjemnym dźwiękiem wodnej kaskady poruszała, a właściwie toczyła się w obrębie smoczej pieczary - to w górę to w dół, to w prawo, to w lewo w zasięgu dziesięciu metrów, z każdą dłuższą chwilą z lekka przyśpieszając.

Po kontentujących i jakże męczących treningach, przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Wilcze futro i płaszcz pomogły w granicach rozsądku ugościć się w nieprzytulnych progach smoczej kwatery, lecz z utęsknieniem w myślach i wyobrażeniach wracałem do ciepłej i przytulnej gospody. W końcu przy pomocy zmęczenia i przyjemnych myśli zapadłem w prawie głęboki, acz ciągle czujny sen. W trakcie marzeń sennych odwiedziła mnie upatrzona przeze mnie Mistyczka, która wywarła na mnie ogromne wrażenie, stając się jednocześnie osobą z którą połączyła mnie dziwna wewnętrzna więź. Z dziwnych przyczyn pragnąłem, by to właśnie ona towarzyszyła mi w tejże chwili, a także w nadciągającym w niedalekiej przyszłości zadaniu i choć takie odczucia traktowałem jako przejaw osobistej słabości, to w sumie jakże można było czuć się inaczej w obecnej formie. Wiedziałem, że raczej moją próbę przetestowania jej siły mogła zinterpretować jako próbę zabójstwa, lecz wierzyłem, że jeśli kiedykolwiek odnajdę ją choćby po zapachu to uda mi się wytłumaczyć jej dokładniej, jakie były moje intencje, zanim zatopi we mnie swój sztylet nienawiści... pocieszałem się myślą, że może będzie mieć więcej litości dla kaleki...

Pobudka przyszła niespodziewanie, obrót na wrażliwy bok prędko zakończył moje senne marzenia wyrywając mnie w najbardziej brutalny sposób. Bez dwóch zdań, czułem się jak totalne gówno. Brak krwi robił swoje, ale wierzyłem w swoje zdolności regeneracyjne, że jeszcze chwila i będę gotów. Póki co musiałem się doprowadzić do stanu w którym będę mógł używać swojej techniki spierdalania, bowiem na tych rewirach liczyło się przede wszystkim przetrwanie. Mimo złego samopoczucia postanowiłem po dłużej chwili doprowadzania się do stanu używalności opuścić pieczarę w celu znalezienia czegoś zdatnego do jedzenia. Dziś chciałem ruszyć się dalej i bardziej obeznać się z terenem. W obrębie smoczej jaskini byłem w miarę chroniony, ale co dalej? Żadne zwierzę nie chciało tu podejść, co równocześnie oznaczało, że byłem tak głodny jak bezpieczny. Łowy musiałem przesunąć dalej. Pogoda na zewnątrz nie wróżyła, by zaraz miało zacząć padać, aczkolwiek słonecznie też nie było.

- Cóż za piękny dzień, żeby może jednak nie umrzeć...- powiedziałem swoim lekko chrapliwym i nieużywanym od dawna głosem.

Opuszczając jaskinię, na początku chciałem sprawdzić czym jest smocze leżę w którym się znajdowałem, a że wystawało trochę nad linię drzew, mogło być świetnym punktem obserwacyjnym. Byłem ostrożny i bardzo uważny. Stosując swoją cichą umiejkę najlepiej jak tylko potrafiłem wierzyłem, że odciągnę w ten sposób od siebie niechciane kłopoty. Gdy dotarłem ma szczyt okazało się, że jaskinia to tak naprawdę wystający ponad powierzchnię bagna ogromny kamień z wydrążoną w środku dziurą, która schodzi coraz niżej, do faktycznego leża smoka. Po wdrapaniu się na niego okazało się, że podmokłe bezdroża ciągną się aż po horyzont w każdą stronę. Ciężko również było mi zauważyć gdzie są najmniej zdradliwe. W pobliżu znajdywało się kilka pokrzywionych i poprzewracanych drzew, kilka drobnych, kolczastych krzaków i mnóstwo wody oraz grząskiego terenu. Czyli po prostu nic zachęcającego, może nie licząc ptaków od czasu do czasu odzywających się wśród koron. Przy ziemi również nie było niczego godnego uwagi - kilka żab i mnóstwo owadów różnej maści. Poza tym nic większego nie miało odwagi podejść tak blisko leża. Przy pomocy magicznej igły - "prezentu" od mojego Mistrza wskazałem północ, po czym ruszyłem w tamtą stronę, pełen nadziei, na odnalezienie czegoś wartościowego dla mojego przetrwania.

Na początek pozwoliłem sobie, jeżeli wszystko jest w porządku na promień trzydziestu metrów czystego dokładnego eksploru w okolicy jaskini, uważnie starając się zapamiętać każdy szczegół na wypadek potrzeby ucieczki, któremu poświęciłem więcej swojej uwagi. Zajmowałem się przede wszystkim badaniem terenu na jakim się znajdowałem obserwując ewentualne ślady, florę i wszystko co powinien wiedzieć o nowym i niezbadanym terenie. Po nieznalezieniu niczego interesującego zdecydowałem się na wcześniej zaplanowaną północ. Po wyruszeniu w dalszą drogę, niestety okazało się, że podróż jest wyjątkowo mozolna i po prostu niekomfortowo ze względu na podmokłe tereny. Odważnie pozwoliłem sobie jednak pomimo tego na zasięg około stu metrów od jaskini z nadzieją, że taka odległość wystarczy na coś wartego uwagi. Niestety, w pobliżu leża, nie było nic większego od jaszczurek i ptaków, które szybko uciekały na sam mój widok, nie mówiąc o próbach podejścia. Co już właściwie było dobrym w sobie znakiem. Bowiem, jeżeli były tu ptaki, to być może były tu również ich gniazda, same jaszczurki też po odpowiedniej termicznej obróbce nadawały się na pseudo-pokarm. Poza odnalezieniem czegoś co by nadało się na pokarm, było przede wszystkim zbadanie stylu życia tutejszej fauny i możliwych niebezpieczeństw...



W celu zdobycia pokarmu postanowiłem pozwolić się okolicznym stworzeniom do mnie przyzwyczaić. Usiadłem na złamanym drzewie i postanowiłem czekać w bezruchu wytężając moje mędrcze zmysły węchu i słuchu. Następnie z many wykreowałem cztery macki, które rozciągnąłem w cztery różne strony, nakładając na każdą trochę racji żywnościowej. Woda to harmonia, życie i inne tym podobne bzdury, a mana mędrca dodatkowo pomagała zachęcać przeróżne stworzenia. Dlatego też wierzyłem, że takie zastosowanie pomoże w polowaniu na cokolwiek. Mogły być choćby małe stworzonka, które z czasem zaciekawione same zazwyczaj podchodziły i wpadały w moje sidła, w końcu dotychczas nieraz mi się tak już udawało(przynajmniej z rybami). Gdyby takie żyjątka znajdywały się w obrębie mojej macki, dostosowując do typu stworzenia czekałem statycznie, bądź też modulując takową lekko się droczyłem i zachęcałem, by stworzenie podeszło bliżej, by finalnie w ułamku sekundy pozbawić życia przy użyciu wodnego pistoletu, gdy strzał będzie pewny. Chciałem spędzić tak około trzy godziny,(w zależności od efektu) eksperymentując różnymi metodami i nieustannie obserwując zagrożenia. Jeżeli cokolwiek nazbyt martwiło przerywałem próbując dostosować się do obecnej sytuacji...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






10.04.2019, 12:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#16

STRAŻNIK


owoli, cierpliwie, Mist wabił do siebie zwierzynę niczym rosiczka nęcąca owady swoim słodkim zapachem. I tak jak zabójcza roślina, gotów był zakończyć życie niczego nie spodziewającego się stworzenia po to, by się nim pożywić. Na skutek zaś nie musiał czekać wcale długo. Smocza mana przyciągała do siebie zwierzęta, i dotyczyło to nie tylko Mędrców ale i same gady. Po dwudziestu minutach więc dało się zauważyć pierwsze efekty w postaci zająca nieśmiało zbliżającego się do miejsca w którym usadowił się mag. Po dłuższej chwili zaś był na tyle blisko, by dało się bezproblemowo zabić go zaklęciem. W odpowiedzi na to zaś wszystka zwierzyna która były w najbliższej okolicy rozpierzchły się przestraszone. Trzeba było zaczynać od nowa. Po trzech godzinach polowania Mestowi udało się zdobyć trzy zające i jedną młodziutką sarnę, na zwabienie której poświęcił znacznie więcej czasu i energii. Teraz zaś, pozostawało je tylko przyrządzić.
12.04.2019, 16:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#17

O Thornie wspaniały. Znać, że ciągle błogosławisz swojemu słudze w owocnych łowach. Dzięki Ci wspaniałe bóstwo!



Polowanie szło powoli dla takiego niecierpliwca jak ja, ale w rzeczywistości nie trzeba było długo czekać, aby ujrzeć pierwsze efekty. W końcu, kiedy ostatnia dorodna istota wpadła w moje sidła wiedziałem, że nie ma sensu dłużej czekać, bo jedzenia starczy na dość czasu. Ostatni strzał wodnego lasera przeciął krtań młodego zwierzęcia, barwiąc karmazynową nutką polanę. Zduszone jęki zwierzęcia i agresywny chwyt macką przy okazji zachęcił okoliczną zebraną faunę do ucieczki, która rozpierzchła się w prawie wszystkie możliwe strony. Prawie -bowiem, żadne nie miało po drodze, nawet w przestrachu udać się w stronę smoczej jaskini.

Zebrane zające związałem metalową linką i przytroczyłem do pasa, a młodziutka jeszcze ciepła sarna znalazła miejsce wokół mojej szyi. Ostatni raz rozejrzałem się po okolicy upewniając się, że żaden drapieżnik nie wpadnie na pomysł, by odebrać moją zdobycz, po czym aktywując wodny płaszcz ruszyłem w stronę swojego tymczasowego "domu". Swoją niby ucieczką sprawdzałem możliwości mojego organizmu i stan w jakim się znajduje moja kondycja. Wiedziałem, że na wiele sobie pozwolić nie mogę, ale starałem się względnie nie oszczędzać.
Biegnąc i zanurzając się co jakiś czas w nieprzyjemnym bagnie zrozumiałem, że potrzebuję kolejnej zdolności, która wraz z płaszczem pomoże mi osiągać jeszcze większe prędkości, a także zniweluje efekt grzęźnięcia w nieprzyjemnej nawierzchni. Miałem już pomysł, ale priorytetem była wodna ściana. Gdy tylko dotarłem rzuciłem na szybko i niedbale zdobycze do jaskini po czym pozwoliłem swojemu przemęczonemu i dyszącemu ciału na chwilę odpoczynku, a następnie zająłem się przygotowaniem paleniska. W tym celu zebrałem z okolicznych terenów jak najwięcej drewna nadającego się na opał. Z powodu braku ręki asystowałem się mackami, które sprawnie pomogły mi w zadaniu, lecz mimo wszystko... uczucie potrzeby podniesienia czegoś ukochaną prawą, było nie do zniesienia. Z kamiennej groty przyniosłem kamieni, które rozstawiłem dookoła ogniska w odpowiedniej odległości, bowiem miały się przydać później. Z podręcznej sakwy wydobyłem eksperymentalne krzesiwo i przy jego pomocy spróbowałem wzniecić ogień. Po kilkudziesięciu próbach i paru przekleństwach, w końcu mi się udało i moim oczom ukazał się ciepły, przyjemny płomyczek który z czasem zamienił się w przyzwoite ognisko. Teraz pozostawała sprawa mięsa. Niestety przez wzgląd na umiejętności kulinarne Mistrza zazwyczaj to on zajmował się skórowaniem i przygotowywaniem dań, aczkolwiek na rzecz surwiwalu pokazał mi to i owo. W miejscu utraconej ręki stworzyłem kolejne macki na wzór dłoni i asystując się nimi przystąpiłem do przygotowywania mięsa skutecznie, bądź też raczej zazwyczaj mniej skutecznie; pozbywając się skóry, futra oraz podrobów. Towarzysz - mój ukochany nóż o fioletowawym połysku, który nigdy się nie tępił nadawał się do tej roboty najlepiej. Po dłuższej chwili mięso było gotowe do pieczenia, a część do suszenia. W tym celu posłużyły mi zaostrzone patyki, które niczym szaszłyki przebiły drobne królicze ciała. Natomiast wąskie osolone paski surowego chudego mięsa sarny zawisły na improwizowanych "rusztak" z metalowej linki przywiązanej do palów ponad ogniskiem, tak by dym oraz temperatura łagodnie osiadała i wysuszała przyszłe danie. Dla tej potrawy ognisko będzie musiało długo płonąć...

Kiedy pierwszy królik był względnie gotowy, słońce zaczynało leniwie zachodzić za horyzont, a mój żołądek wyraźnie oznajmiał porę karmienia. Szybka konsumpcja poprzedziła intensywny trening, a właściwie stopniowe wykańczanie smoczej zdolności. Przerwy na odpoczynek, łączyłem z dorzucaniem drwa do ognia, podjadaniem pozostałych króliczych elementów, obserwacją sukcesywności wysuszania się mięsa i myśleniem o niedalekiej przyszłości... Bowiem w głowie nade wszystko siedziała jedna myśl: "Czy to już dzisiaj uda mi się opanować w pełni kolejny element smoczej potęgi?"


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






12.04.2019, 21:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#18

STRAŻNIK


ycący mięsny posiłek był tym, czego organizm Mędrca potrzebował po wysiłku ostatnich dni. Utrata dłoni znacznie osłabiła jego organizm i nawet rzeczy tak trywialne jak rozpalenie ognia okazały się być znacznie trudniejsze niż zwykle. Obsługa krzesiwa stała się bardzo nieprzyjemnym i na pewno nie prostym zadaniem, jako że wspomożenie się magią mogło zgasić w końcu roznieconą iskrę. W końcu jednak podpałka zrobiona z suchego runa i kory załapała płomień, a ten niedługo potem przeniósł się na coraz to większy chrust. Zajęcze mięso okazało się być bardzo smaczne. Odpowiednio pocięte delikatne stworzonka potrzebowały niedługiego czasu nad ogniem by były zdatne do spożycia, a przy tym mięciutkie i delikatne.

Po obiedzie zaś przyszła pora na trening. Przyzwanie wodnej ściany odbyło się bez większych problemów, i choć utrzymywanie jej było męczące, smoczy czarodziej nie musiał jej przerywać. Pod koniec tego dnia mógł śmiało stwierdzić że opanował kolejne zaklęcie. Jego podstawowa funkcja spełniała się dobrze. Wciąż potrzebował poświęcić więcej ćwiczeń na to by móc swobodnie je kontrolować. Mógł podejrzewać zaś że z kolejnymi dniami będzie szło mu to coraz łatwiej i łatwiej.
13.04.2019, 01:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#19

Udało się! Wraz zachodem słońca opanowałem kolejną zdolność smoczego bóstwa, choć oczywiście nie obyło się bez wycieńczenia organizmu i obciążenia z lekka splotów magicznych. Mimo wszystko, warto było choć na chwilkę ujrzeć zdolność w pełni swoich możliwości. Wiedziałem, że kolejne treningi pomogą wyspecjalizować się w nowym nabytku, ale na następny dzień miałem w głowie zupełnie nowy pomysł...

Ziewnąłem, a następnie się przeciągnąłem, po czym natychmiast się wzdrygnąłem. Naciągnięcie gojącej się tkanki wywołało u mnie nieprzyjemny promień bólu. Chcąc skupić się na czymś innym wpatrzyłem się w dogasające ognisko. Kilkugodzinne przygotowywanie mięsa przyniosło oczekiwany skutek i już, gotowa suszona sarnina czekała na wykorzystanie w ramach ostatecznego posiłku, gdy skończy się zwykła pieczeń. Samego suszonego mięsa było dość dużo bowiem poświęciłem na nie spore partie sarniny, aczkolwiek na jutrzejszy dzień, czekała mnie jeszcze konkretna porcja przyjemnie upieczonego mięsiwa. Zebrałem wszystko i schowałem po uprzednim wystygnięciu do sakwy, w której wcześniej przechowywałem racje żywnościowe. Następnie dogasiłem ognisko i ruszyłem w kierunku smoczej pieczary aktywując przy okazji wodne widzenie w ciemności, by bez problemów rozlokować się w smoczej pieczarze. Postąpiłem podobnie jak zwykle rozkładając posłanie, po czym ułożyłem się na średnio-komfortowym leżu i zamykając oczy spróbowałem przenieść się myślami poza smocze bagna. Mimowolnie, ponownie znalazłem się gdzieś blisko mojego Smoczego Lazurowego Rodzica. Choć przez tyle lat, nie myślałem o nim za często, nie licząc okresu młodzieńczego, tak teraz jakby smocza jaskinia nasilała wspomnienia o nim, tak że wspomnienia bombardowały mnie, niczym grad. Miało to oczywiście swoje dobre strony, bo wraz ze wspomnieniami, przychodziły rady Lazurowego co do korzystania z przeróżnych zdolności smoczego arsenału... Zamknąłem oczy pozwalając, by sen stopniowo przejmował nade mną kontrolę, z każdą chwilą czując jak stopniowo mięśnie odpuszczały, ulegając rozluźnieniu.

I tak oto, mimo wszech otaczającej ciszy, wcale nie czułem się ani źle, ani samotnie. Po prostu zamiast tego odbierałem obecny czas, jako moment przejściowy, dający mi szansę na rozwinięcie swoich umiejętności przed właściwą podróżą w celu wypełnienia swojego przeznaczenia, jako wybraniec samego Thorna...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






13.04.2019, 03:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Trudne tereny - Strefa III
#20

Kolejny piękny dzień, kolejne piękne przygody... Noc przebiegła bezproblemowo i wyjątkowo obyło się bez porannych zaskoczeń spowodowanych brakiem ręki. Jak widać, mój umysł stopniowo oswajał się z nową dla niego rzeczywistością. Co ciekawe, obudziłem się całkiem wyspany, kto wie... może to dzięki produktywnemu spożytkowaniu energii, albo po prostu normalny posiłek zrobił swoje...

Zaraz po wyjściu z pieczary powitała mnie zaskakująco dobra pogoda i czyste bezchmurne niemalże niebo... Dawno nie byłem, aż tak zmotywowany do działania i rozwijania siebie. To miejsce działało na mnie w jakiś dziwny sposób kojąco. Z dala od ludzi i nadmiaru bodźców czułem, jakbym nie musiał się niczym martwić i gdyby nie fakt, że znajdowałem się w samym ośrodku piekła, zaraz obok swojej wyrwanej ręki i przerażającego władcy cieni to, kto wie... może spędziłbym tu więcej czasu. Na sam początek, jeszcze przed pierwszym śniadaniem oddałem się ćwiczeniom i rozciąganiu. Mistrz nauczył mnie, że trzeba nieustannie dbać o formę, nawet jeśli ciało ma jakieś lekkie roszczenia... Po intensywnej rozgrzewce i wielu siłowych ćwiczeniach obciążających głównie pozostałą rękę, skupiłem się na jej koordynacji, wykonując przeróżne skomplikowane czynności, które zazwyczaj wykonywałem dwoma rękami. Tak, by nabrać nowych przyzwyczajeń... Po treningu przyszedł czas na kąpiel. Tu z pomocą przyszłą macka i woda wygenerowana na jej końcu z many. Kiedy zimna woda nieprzyjemnie spływała po moim rozgrzanym ciele, z tęsknotą wspominałem rozkosze choćby przeciętnych gospód... a wraz z przyjściem słowa "rozkosz" pojawiły się w mojej głowie przeróżne dzierlatki, potęgując cielesny głód, który już od dłuższego czasu tłumiłem. Nie można nic było na to poradzić, w końcu... ciągle byłem człowiekiem. I tu ponownie przekląłem brak ręki.
Po kąpieli, mogłem w kocu pozwolić sobie na pierwszy posiłek. Śniadanie na zimno nie zawierało takich samych rozkoszy jak świeżo zdjęte z ogniska, mimo wszystko wygrywało pod każdym pozorem z odżywczą pastą i surowym mięsem. Kończąc ostatniego pieczonego królika wiedziałem, że jeżeli nie chcę polegać tylko na suszonym mięsie, to trzeba będzie zająć się nowym polowaniem oraz spróbować przyrządzić coś, co będzie zawierać inne wartości niż tylko mięso. Syty posiłek poprzedził kolejną dawkę treningu nad wodną ścianą. Mimo, że zdolność została już opanowana, brakowało mi nadal gracji w posługiwaniu się nią, a także próby tworzenia kilku wodnych ścian koło siebie stwarzały nie lada problem dlatego kolejny trzygodzinny trening, miał celu zmniejszenie tejże problematyki. Po tym pozostały już tylko detale...

Słońce górowało już wysoko ponad moją głową, kiedy opuściłem bezpieczną przestrzeń w celu udania się na polowanie. Technika miała pozostać taka sama, więc po parogodzinnym wyczekiwaniu udało mi się wrócić z łupem; mimo że mniejszym, to nadal satysfakcjonującym i nowymi obserwacjami. Otóż zauważyłem pewną zależność... w trakcie korzystania z wodnego pistoletu, woda pod ciśnieniem generowała mały odrzut. Za każdym razem cofając z lekka mackę. Widząc to, w mojej głowie, zaczął powstawać plan na kolejną zdolność, która będzie tę zależność w pełni wykorzystywać. Tak oto w trakcie drogi powrotnej, próbowałem używać zwiększonego ciśnienia na dłoni, sprawdzając jaki stopień spowoduje pchnięcie mnie w stronę mojego kierunku. Potężne wypchnięcie dało do zrozumienia, że po wielu próbach udało mi się w końcu dopasować ciśnienie... jednak jak to przenieść na nogi?

Co do upolowanych stworzonek zastosowałem podobną technikę co dnia poprzedniego, wzniecając ognisko i dzieląc mięso na to które będzie suszone i na to które będzie jedzone od razu. Mała wiewiórka musiała wystarczyć na przekąskę, natomiast sarna miała być przygotowaniem do zrobienia dalszej części zapasów suszonego mięsa. Z dumą zauważyłem, że coraz lepiej sobie radzę jedną ręką i coraz rzadziej potrzebuję nagłej asysty mackowej. Po lekkim posiłku kontynuowałem treningi i zwieńczyłem dzień podobnie jak wczoraj...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






15.04.2019, 13:27
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna