Niskie trawy - Strefa I
#31

» MG «

Miejsce: Ciche Równiny -Okolice jaskiń
Niskie trawy, strefa I
Pogoda: Wieje lekki, ale chłodny wiatr.
Niebo przepełniają różne konstelacje gwiazd.



Lorn przez chwilę pozostawał cicho, wprawiając swoją uczennicę w konsternację, bo czy aby napewno ją słuchał? A może chciał zażartować sobie z niej? Tego Anshia nie mogła wiedzieć, jednak coś podpowiadało mistyk, że jej mentor próbuje zebrać myśli.
- Ech... Chyba nadszedł już czas, aby wyjawić ci prawdę o twojej magii światła. W czasach, kiedy zrodził się pierwszy mistyk, pojawiło się światło rozpraszające ciemność. Ciemność, którą były demony. Tym metaforycznym światłem byli oczywiście mistycy. - Wyznał z przekąsem. Tak jakby uznawał to za zbyteczne, ale ważne dla uczennicy aby załapała o co chodzi.
- Kiedy jeszcze miałem ludzkie ciało i prawdziwe życie, inne od tego obecnego, byłem nawiedzany wizjami przyszłości. Od maleńkości przejawiałem talent do manipulacji światłem, aż do czasu. Ostatnia wizja zanim wszystko się zmieniło... Wizja, w której przemówił do mnie sam Ererecez prosząc, bym jako człowiek bronił bram do świata ludzi. To wtedy moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Przeciwieństwem światła jest jak dobrze wiesz, ciemność i tylko tą mogłem używać jako mistyk, którym stałem się z rozkazu bogów. Magia światła została więc zapieczętowana w moim sercu na zawsze, bym mógł uwolnić rodzącą się ciemność. Ponieważ pierwotna mana wydostawała się poza moje ciało, magia ciemności nie jednokrotnie próbowała zniszczyć ją sama w sobie. Z tej walki zrodziła się unikalna magia, jakiej żaden mistyk wcześniej nie posiadał. Ciemność spowiło światło, światło wypełniła ciemność. Łańcuch sprzeczności dał życie destrukcyjnej mocy i mojej klęsce. Anshia. Twoja magia nie jest ani światłem, ani ciemnością. To chaos. - Wydał pozostawiając kobietę chwilę w ciszy, by mogła przetrawić powierzone informacje. Odczekał i pociągnął swoją historię dalej.
- Taka magia to coś, czego nie powinno się używać. Zasadniczo, ona nie powinna nawet istnieć. Jest sprzecznością. Jest unikalna, a okiełznana, niepokonana. Tylko, że jej nie da się okiełznać. To niewykonalne. Żyję w tej księdze dzięki bogom, pieczętując w niej swoją manę, by następnego, godnego następcę przestrzec o konsekwencjach. Sprawdzałem cię. Chciałem wiedzieć czy jesteś godna, ale pokazałaś, że jesteś. Posiadłaś pierwotną magię ciemności. Jeden z najrzadszych elementów jakie można zobaczyć u mistyków. Twój element pozostał na etapie chaosu, czyli mojej magii. Anshio. Weź do serca to co powiem. Magia chaosu niszczy organizm, zdrowie, życie jej użytkownika. Umrzesz jeśli będziesz jej dalej używała. Mogę nauczyć cię kilku zdolności jeśli obiecasz, że zniszczysz księgę, w której jestem zapieczętowany. Dzięki temu będę mógł wreszcie odpocząć, wrócić do Avaroku. Ty zaś... Utracisz zdolności mojej magii. Ewoluujesz poziom wyżej. Staniesz się idealnym mistykiem ciemności. Cała twoja mana zmieni się, poczujesz przypływ siły i większą kontrolę nad swoimi zdolnościami. No i... One stracą element światła, choć będą dalej tak samo potężne. Skoro znasz prawdę, zadam ci ostatnie pytanie. - Wydał wreszcie z siebie.
- Obiecujesz zniszczyć księgę, kiedy przekażę ci dwie nowe zdolności? Nie wiem, kiedy i czy je opanujesz, ale sprawią, że staniesz się potężna. - Kończąc potok słów, historię i pytanie, zamilkł. Czekał już tylko na odpowiedź swojej uczennicy w ciszy, która miała bardzo istotny wpływ na jej dalsze losy i przygody w świecie Atarashii. A może i pytania?


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







09.10.2015, 02:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Niskie trawy - Strefa I
#32

Anshii jak zazwyczaj w takich sytuacjach pozostało cierpliwie zaczekać, bowiem popędzanie swojego mistrza nigdy, ale to przenigdy nie było dobrym rozwiązaniem. Na swoje szczęście, kobieta już miała dość okazji, by nauczyć się korzystać z tej cech charakteru, co za tym idzie ze spokojem wyczekiwała na odpowiedź. Mogła się jedynie zastanawiać co za moment usłyszy, prawie pewną opcją było to, że za moment zbierze ostry ochrzan za to, że się ciągle obija, a za lenistwo lekcji nie ma. Poza tym... Niby odrobina nadziei tliła się w głowie, ale była skutecznie tłumiona przez chłodną logikę. Najzabawniejsze jednak jest to, że co, jak co, ale takiej reakcji się w ogóle nie spodziewała. Nigdy nie posądzała swojego mistrza o to, żeby chciał jej pomóc tak bardzo jak miał zamiar zrobić to dzisiejszej nocy. Nawet w najśmielszych snach myślała, że Lorn da jej interesujące i naprawdę przydatne lekcje dopiero po tym, jak przykładowo wymordowałaby samotnie hordę demonów, co z resztą jest jej marzeniem. Z drugiej strony logicznie patrząc na tą całą sytuację, to gdyby Anshia spełniła swoje marzenie, to wtedy... Na cóż byłby jej nauczyciel, skoro byłaby w stanie ona w pojedynkę radzić sobie z niezliczonymi pomiotami z innego świata. Wyglądało na to, że dzisiejsza noc będzie chyba najbardziej niesamowitą nocą od przeszło dziesięciu lat.
Kobieta cierpliwe wysłuchiwała tego, co jej mistrz miał do powiedzenia. Początkowo zastanawiała się czy to co słyszy, to jakiś jeden wielki wkręt, test tego czy go słuchała przez ostatnie lata. Niestety, albo stety z każdą chwilą coraz więcej ujawnianych szczegółów układało się w logiczną całość. Chociaż jedno ją zastanawiało z początku, bo przecież użył słowa "Ererecez". Anshia jak można było się domyślić nie wierzyła w smoczych bogów. Szczerze powiedziawszy to jakoś nigdy nie byli jej oni do szczęścia potrzebni, a także nigdy nie widziała ich bezpośredniej ingerencji na świecie. Niby słyszała o naznaczonych przez smoki, ale ... No kurde! W głowie białowłosej zaczęło się kłębić tysiące myśli, które dobitnie ją przybiły. Czyżby jednak Ci cali smoczy bogowie mieli większy wpływ na świat, niż śmiała poprzednio przypuszczać. Przyłożyła prawy kciuk do ust, starając się nadążyć za tokiem myślenia Lorna. Stopniowo przyswajała ten zmasowany atak, próbując się dokładnie połapać o co w tym wszystkich tak naprawdę chodzi. Na swoje nieszczęście, a może i szczęście, jej mistrz po raz pierwszy chyba postanowił wylać z siebie wszystko co tylko mógł. Sporo, wiele... Nie, te słowa ani odrobinę nie oddawały ilości przekazanych informacji. Anshia miała problem, żeby to wszytko przyswoić, ale chwilę później już jej oczy zamrugały i była gotowa.
Białowłosa nigdy nie przypuszczałaby, że taka jest prawda o tym kim jest. Ciemność w świetle, światło w ciemności. Tak, te słowa doskonale oddawały jej magię, to do czego była zdolna dzięki niej. Chociaż zaniepokoiło ją coś zupełnie innego. Potężna, wręcz nieokiełznana moc, być może pozwalająca sięgać nieba i gwiazd, które tak cudownie iskrzą się dzisiejszej nocy. Na dodatek chaos... Czymże tak naprawdę był? Brakiem ładu, nieuporządkowaniem domen i świata. Nawet Lorn poniósł klęskę, tylko jaką? Przegrał z energią, która się w nim znajdowała, a może opanowało go pragnienie by stać się kimś więcej niż mógł być... Teorii mogło być teraz tysiące, o ile nie miliony. A to był dopiero początek niewiadomych, które powstały po długim monologu mistrza. Gdyby smoczy bogowie byliby tacy dobrzy, to czy skazywaliby swojego uniżonego sługę na taką karę i cierpienie. Sama chętnie spotkałaby tego całego Erereceza, żeby sobie z nim porozmawiać o tym jak to możliwe, że stworzył kogoś, kogo energia dąży do samozniszczenia. Gdzie w tym bowiem logika, albo chociaż dobra wola. Na dodatek, przecież ten smok nie pragnął bólu ludzi, albo przynajmniej Anshia tak go nie kojarzyła. Może jednak te bestie były bardziej skomplikowane, niż ludzie wśród których przyszło jej żyć.
Następne wnioski, jakie zdołała wysnuć na podstawie otrzymanych informacji były bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne. Najwidoczniej bowiem za każdym razem kiedy używała czaru, zabijała jakąś cząstkę siebie. Nie czuła się jednak inna po tym, kiedy rzucała zaklęcia, a może po prostu nigdy nie zwróciła na to uwagi. Właściwie to myślała, że jej magia jest w pełni bezpieczna, nietypowa bo nietypowa, ale nigdy nie przypuszczała, że mogłoby to doprowadzić ją do złego stanu wewnętrznego czy zewnętrznego. Czy oznaczało to, że dziewczyna będzie musiała zrezygnować z mordowania demonów... Nie, przecież mogła się przeistoczyć niczym gąsienica, która obleka się w kokon, a z formy poczwary wydobywa się piękny motyl, tak samo i ona mogła postąpić. Niestety, nic nie było za darmo, nawet taka potężna pomoc niosła ze sobą ogromne konsekwencje, nieodwracalne dla zwykłego śmiertelnika. Chyba największym bólem spośród tych rzeczy byłoby zabicie swojego mistrza. Może nie darzyli się nigdy ogromną sympatią, ale mimo wszystko czuła, że zawsze mogła na nim polegać. Trochę zastępował jej wuja, którego nigdy nie było w domu, rodziców których musiała opuścić wyruszając do stolicy. Wiadomo, nie był on wymarzony, ale mimo tego czuła z nim jakąś wewnętrzną więź, niewynikającą z tego, że posługują się tym samym elementem. Poza tym, nauczył ją wielu przydatnych rzeczy, zdecydowanie nie chciała żeby ich drogi się rozeszły na zawsze, na pewno nie teraz, kiedy stając przed obliczem ostatniego spotkania... Poczuła, że nie umie wyobrazić sobie życia bez dogryzania Lorna. Kolejnym powodem do smutki było to, że po zniszczeniu książki, będzie musiała pogodzić się z tym, że jej magia przestanie być światłem. Anshia straciłaby swój ulubiony argument przy przegadywaniu się do czego ona służy. Zgodnie z dawnymi rozporządzeniami światło to była magia nadziei, dobra, ratowania ludzkości przed ciemnością. Swoją drogą nie mogła zrozumieć dlaczego mistycy marali się czarną odmianą swojego żywiołu. Mieli eksterminować ucieleśnienie zła, a sami używali do tego jakby mroku. Coraz więcej dziwnych myśli kłębiło się pod tymi białymi włosami. Chociaż były też pozytywy tego, żeby zakończyć swoją przygodę z Lornem. Przede wszystkim stałaby się znacznie silniejsza, mogłaby lepiej kontrolować swoje moce. To zaś mogłoby znacznie pomóc jej w spełnianiu swoich marzeń. Kwestia tylko jest taka, czy warto poświęcać swojego mistrza, by stać się potężniejsza. Ostatnie słowa były skierowane bezpośrednio do niej... Dobrze wiedziała, że nie była w stanie odpowiedzieć od razu, to byłoby bardzo, ale to bardzo nierozważne. Wolała się upewnić w tym co miałaby zrobić za kilka chwil.
- Hm, pozwól że zanim zadecyduję odbędziemy szczerą rozmowę. Zważywszy na to, że jest to nasze być może ostatnie spotkanie, chyba mogę Ciebie o to prosić, czyż nie? - Odczekała moment, w nadziei, że usłyszy pozytywną odpowiedź. Nawet jeśli by się tak nie stało, wzruszyłaby ramionami, wypluwając natłok pytań, które obecnie kłębiły się w jej głowie
- Zacznę od początku, żeby sobie to stopniowo uporządkować. Chcesz mi powiedzieć, że ten cały Ererecez objawił Ci się w wizji i dał magię mistyków... Która potem w połączeniu z Twoim pierwotnym elementem sprawiła, że uzyskałeś moc, jakiej nikt nigdy dotąd nie miał? Nigdy też nie przypuszczałam, że odniosłeś klęskę. Wiesz, że zawsze sądziłam, że zginąłeś w jakiejś wielkiej walce albo ze starości, starannie zapisując swoją duszę w Czarnej Księdze. Po prostu nie rozumiem jaką klęskę, czyżby mana doprowadziła do Twojej śmierci fizycznej, a może uczyniła Ci coś o wiele, wiele gorszego? - Odczekała dłuższą chwilę. Musiała uspokoić swoje wnętrze, które aż całe wrzało od ilości informacji jakie przyswaja. Nie mogła niestety zbyt wiele poradzić na fakty, które miała okazję usłyszeć. Niestety to był dopiero początek, bo najtrudniejsze przed nią.
- Lorn, a jaką masz pewność, że jestem ostatnią osobą, która potrzebuje Twojej pomocy. Skąd możesz wiedzieć, czy nie narodzi się ktoś podobny nam? Co wtedy? Mnie też Ci cali smoczy bogowie zapieczętują? Będę sobie mieszkała w innej książce, czekając na kogoś, kto łaskawie da mi swoje towarzystwo? I nawet jeśli mam tą magię ciemności, to czy nie jest równoznaczne z tym, że jestem jedną z tych naznaczonych? Mistrzu, przecież demony wychodzą z cienia i z niego atakują, czy mój nowy żywioł będzie w stanie sobie z nimi tak samo dobrze radzić? Mówiłeś, że sam doszedłeś do tego poziomu, na którym jestem, zatem nie wiem czy mogę mieć pewność, czy mi nie odbiję, nie stanę się ucieleśnieniem mroku, czy moje zaklęcia cieni będą tak samo działały na piekielne pomioty? Nie wiem też co stanie się z moimi dotychczasowymi zdolnościami, czy przejdą swoistą ewolucję wraz ze mną, czy nie? Krótko mówiąc na razie mam zbyt wiele niewiadomych... - Dziewczę wzięło głęboki oddech, zastanawiając się przez długi czas nad tym co odpowie jej nauczyciel. Sama nie wiedziała czy chciała kontynuować tą przygodę samemu, zwłaszcza, że czuła że może nie podołać temu jakże ciężkiemu zadaniu. Naprawdę minęło sporo czasu, a może tylko chwilka - nie mieli niczego, co pozwoliłoby im odmierzać czas, bo w tym świecie, w tej płaszczyźnie odległość od momentu do momentu jest bardzo względna.
- Mistrzu, zastanawia mnie skąd w Tobie takie pokłady wiary we mnie... Żeby dawać mi na ślepo dwie zdolności, za zniszczenie księgi. Właściwie to brzmi prawie jak jedno ze zleceń, nieprawdaż? Niemniej zgadzam się na to, ale dopiero po zakończeniu naszej rozmowy, a poza tym dasz mi czas żeby pożegnać się z tym grubym tomiskiem. Chcę ten ostatni raz przestudiować to co kryją magiczne strony, może odkryję coś co znacznie mi pomoże. -
Anshia już wiedziała jedno, że czeka ją cholernie długa noc. Nie wiedziała co ma już o tym wszystkim myśleć, jej mistrz proszący o ukrócenie jego bytu w tym wymiarze, informacja, że z każdą chwilą prawdopodobnie umiera. Mana płynąca wewnątrz ciała nigdy nie wydawała się być jej wrogiem, co najwyżej demonów i nieszczęśników, którzy stawali jej na drodze, jak choćby dzisiejszy gryf. Oparła głowę o ścianę, patrząc kątem oka na gwieździste niebo. Właściwie to całe zdarzenie wydawało się być bardzo żartobliwą grą ze strony losu. W ciągu dnia była mistykiem światła, istotą pełną chaotycznej many, teraz zaś w ciągu nocy być może stanie się kimś, kto będzie mógł przyćmić legendarnych wojaków podejmujących się walki z mrocznymi pomiotami innego świata. Tylko sama nie była do końca przekonana do tego co powinna zrobić, by stać się znacznie silniejsza. Owszem zazwyczaj uparcie dążyła do swoich celów, ale zastanawiała się czy tym razem musi tak postąpić. Z drugiej strony doskonale wiedziała, że zrzeczenie się korzystania z many jest niemożliwe, robiła to zbyt bardzo odruchowo, poza tym ta zaraza już krążyła w jej krwi i nie mogła jej powstrzymać. Dlatego też jedynym właściwym i logicznym w tym momencie posunięciem było zniszczenie księgi, ale jak sama Anshia wcześniej przyznała. Zrobi to dopiero wtedy, kiedy wszystkie sprawy zostaną wyjaśnione i ostatni raz przejrzy jej zawartość. Właściwie powinna też pożegnać się z Lornem, którego już nigdy nie spotka, ale na to z pewnością przyjdzie odpowiedni czas.
09.10.2015, 22:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Niskie trawy - Strefa I
#33

» MG «

Miejsce: Ciche Równiny -Okolice jaskiń
Niskie trawy, strefa I
Pogoda: Wieje lekki, ale chłodny wiatr.
Niebo przepełniają różne konstelacje gwiazd.



Mężczyzna słuchał gadki swojej uczennicy. Nie odpowiadał słuchając ją uważnie, ale czuł się lekko poirytowany jej zachowaniem.
- Nie bądź zbyt pewna siebie. Zdolnościami i doświadczeniem przeganiam cię o setki lat. Czy raczej przeganiałem. Zostało mi jedynie doświadczenie. - Wyjaśnił lodowatym tonem. Umilkł. Nastała chwila ciszy, sam nie wiedział od czego zacząć. Były sprawy, o których nie chciał aby Anshia wiedziała.
- Tak. Syn Duronora, Stwórca rasy ludzkiej, pokazał się w moich snach. Uznałbym to za fantazję senną, ale niestety wizja była prawdziwa. Ererecez pokazał mi armię demonów, kroczącą w kierunku powstającego portalu położonego między Jeziorem Grimssdel, a pasmem gór w Peronie. Armia liczyła setki tysięcy plugawych pomiotów. Nikt nie dałby rady ich powstrzymać jeśli wyszłaby na nasze ziemie. Dostałem wybór. Jako jedyny mogłem odnaleźć portal i go zamknąć, zyskując wielką moc, sprzeczną mojej naturze magii. Nie zostałem zmuszony do bycia mistykiem, chciałem uratować mój kraj i bliskich. Moja nietypowa magia nie była tworem Erereceza a efektem ubocznym, którego łańcuch niezgodności rozpoczęła poprzednia mana. Prawdopodobnie tylko dzięki swojemu nieprzeciętnemu potencjałowi i poziomie many zostałem wybrany. - Powiedział rzeczowo, bez żadnych emocji. Nastała ponowna cisza. Lorn zdawał się przygotować myśli w taki sposób, aby chronologicznie ułożyć je w potoku kolejnych wyjaśnień. Jednak zdawał się być nimi znudzony i co więcej, poirytowany. Nie lubił rozprawiać o swojej przeszłości oraz swoich sekretach. Te najważniejsze, zabierze ze sobą do Avaroku.
- Bogowie mają większy wpływ na nasze życie niż potrafisz sobie wyobrazić. Stoją po stronie tych, którzy ich czczą. Wybierają między wiernymi, wybrańców. Byłem takim wybrańcem... "Kozim wybrańcem". Z początku zafascynował mnie atrybut ciemności. Używanie nowego rodzaju magii było wspaniałym doznaniem. Kiedy jednak zrodziła się wreszcie magia chaosu, popadłem w dziką żądzę polepszania swoich zdolności bojowych. Pożądałem mocy, potęgi, nie próbując poznać swojego przeznaczenia. Portal, o którym ci wspominałem został otwarty, jednak udało mi się go zamknąć zanim wyszła kompletna armia. Niszczyłem samotnie, w wielkim podnieceniu demona za demonem. Chaos dawał mi wolność. Chwilową wolność. Zapomniałem o swoich celach, zatraciłem się. I chociaż wybiłem ponad setkę poczwar, nie zwróciłem uwagi na to co się ze mną działo. Moje ciało traciło kontrolę. Mrowiło, paliło, drętwiało. W pewnym momencie, moje ciało zrobiło się sine, z ust płynęła mi stróżka krwi. Zorientowałem się zbyt późno co robię, byłem bliższy określenia "demon" niż ten prawdziwy. Pochłonęła mnie żądza mordu. Na łożu śmierci raz jeszcze zobaczyłem Jego. Wielkiego, majestatycznego, z mądrymi ślepiami wpatrzonymi we mnie. Nie wiem dlaczego smoki są jakie są, ale nasi smoczy Bogowie to zaprawdę fascynujące istoty. Ererecez w ramach pokuty i swojej wdzięczności ten jeden jedyny raz, pozwolił odpokutować wieczny grzech. Moje ciało i umysł przybrały kształt księgi, zaś duszę wszczepiono w nowy zbiornik, w którym tliła się zaledwie jedna tysięczna mojej many. Ty Anshio, jesteś moją uczennicą i spadkobierczynią magii chaosu, za którą możesz odpokutować. Pokuta, której nie mogłem sam uczynić. Twoje naprawienie mych dawnych błędów stanie się również moim wybawieniem. Będziesz kontynuowała życie właściwą ścieżką. A teraz posłuchaj, bo są to moje ostatnie słowa do ciebie. Użyj swojej many na księdze, przecinając ją. W tym samym momencie otrzymasz ode mnie prezent i uwolnisz się od brzemienia, które niefortunnie spadło na twoje barki. Tym prezentem będą dwie zdolności. Zobaczysz je, poznasz, zrozumiesz. A to kiedy nauczysz, będzie zależało od twoich indywidualnych treningów. - Potok słów można było uznać za zakończony, jednak Lorn miał jeszcze jedną rzecz do powiedzenia. Nim zamilknie dla swojej uczennicy na wieki.
- Pytasz skąd wiem, że nie staniesz się zła? Odpowiedź jest prosta. Wierzę w ciebie, tak jak każdy mistrz, wierzy w swojego ucznia. Jakim byłbym mentorem dla ciebie, gdybym nie pokładał w tobie swojej nadziei? - Umilkł. Teraz cała reszta pozostała w rękach śnieżnowłosej mistyk.


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







09.10.2015, 23:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Niskie trawy - Strefa I
#34

Jak zazwyczaj, Lorn musiał ukrócić jej zapędy. Co jak co, ale dziewczynie już zaczynało tego brakować. Mieć spokój od jego ciągłego wyciszania niespełnionych, dziecięcych zapędów... Nie, ona naprawdę nie chciała zmieniać tego wszystkiego. Coraz bardziej uświadamiała sobie, że dzisiejsza noc prowadzi tylko do jednego, czegoś czego naprawdę nie chce zrobić. To tak jakby nieopierzonemu ptaszkowi nakazać lecieć szukać pożywienia. Najpewniejszym zakończeniem takiej historii byłby po prostu upadek zwierzątka z wysokości i jego śmiercią na miejscu albo w kłach innego drapieżnika. Anshia gdyby tylko mogła, zatrzymałaby swojego mistrza tutaj, żeby ją uczył, albo chociaż dogadywał. Zawsze podziwiała go za to, że był potężnym mistykiem, czasami będąc młodsza marzyła o tym, że kiedyś będzie taka jak on. Walczyć z demonami, tak to od tamtego czasu stało się jej głównym celem istnienia. Oczywiście nie miała się nigdy za najlepszą w tej dziedzinie, ale była świadoma swoich predyspozycji i łatwości w przyswajaniu many z otoczenia, co za tym idzie nigdy nie miała problemów, nawet jeśli mogła sporo jej stracić w czasie starcia, to każde źródło światła bardzo szybko pozwalało jej uzupełnić ubytki. 
Białowłosa postanowiła ten ostatni raz powymieniać się myślami. Tego nigdy Lorn nie mógł jej odmówić z bardzo prostego powodu. Praktycznie wszystkie ich rozmowy toczyły się w umyśle kobiety, co za tym idzie mogła sobie pozwolić na znacznie większą swobodę. Dosyć często kończyło się to milczeniem mistrza, ale jakoś Anshia nigdy tego nie żałowała. Z reguły bowiem kiedy cokolwiek robiła, miała ku temu jakiś powód, nawet zwykła prowokacja i sprawdzenie limitu, tej cienkiej linii było całkiem dobrym celem. W końcu w ten sposób poznawała swojego nauczyciela, co za tym na przyszłość zawsze wiedziała więcej, łatwiej było jej z nim rozmawiać. Najwidoczniej to wszystko miało pójść z dymem, a raczej z przecięciem stron tej sporej księgi. Białowłosa nie miała pojęcia co stanie się, jeśli to uczyni. Może wysadzić jaskinię, w której się znajduje, a równie dobrze może nie wystąpić żaden spektakularny efekt i będzie to wyglądało jak najnormalniejsze przecinanie książki, ot co. 
- Nie jestem zbyt pewna siebie, mistrzu. Nadal wiem, że między moimi, a Twoimi zdolnościami jest ogromna przepaść, wciąż pamiętam o tym. Tak bardzo chciałabym, żebyś dalej kontynuował swoje nauki. Miałam nadzieję, że dzisiejsza noc nadejdzie później, że będę silniejsza i bardziej jakby to określić... Chyba godna zaszczytu rozwoju i ewolucji, wejścia przez bramy poprzednio nieprzekraczane. Swoją drogą, to było szlachetne z Twojej strony, że poświęciłeś swoją pierwotną magię, by ratować to co Ci bliskie. Nauczycielu, to co mi przekazałeś nigdy nie przepadnie. Wierzę, że odnajdziesz spokój, którego tak bardzo pragniesz od tylu wieków i wybacz za to, że nie spełniałam wszystkich Twoich wymagań jako uczennica. Niemniej jest jeszcze kilka rzeczy... - Anshia zamilknęła na dłuższą chwilę. Teraz bowiem przez jej umysł przewijały się wspomnienia, wiele różnych wspomnień. Obrazy przedstawiające najdziwniejsze momenty życia białowłosej, początkowo pojawiały się kompletnie chaotycznie, bez jakiegokolwiek sensownego układu. Wyglądało to, jakby szukała jakiegoś punktu zaczepnego w tym nurcie różnych sytuacji przeszłych. Dopiero po dłuższej chwili odnalazła to czego chciała... 
Ogromny i całkiem dokładny obraz pewnej starej, pożółkłej mapy w dłoniach nastolatki. Papier, który wydawał się wtedy dobrym pomysłem na małą przygodę okazał się być czymś zupełnie innym. Kiedy przechodziła obok zrujnowanego domu, kartka zaczęła się świecić. Zaciekawiona dziewczynka weszła do środka, nie przejmując się stanem budynku, krótko mówiąc opłakanym. Białowłosa miała już wychodzić, ale nie mogła tego zrobić. Nim się spostrzegła poczuła na sobie uścisk czarnych łap wyłażących z księgi, a następnie ujrzenie zawartości. Właściwie nigdy potem nie udało jej się dobrze przeczytać stron pełnych dziwacznego, miejscami bardzo pokracznego pisma. Następnie wszystko działo się bardzo szybko, młodą wyrzuciło przez drzwi z budynku, a kiedy zebrała się na równe nogi uciekła do domu. Wtedy właśnie pierwszy raz odkryła, że posiada czarną manę. Niewiele później poznała swój element, nazywając go czarnym światłem, ale to tylko rodziło w młodej postaci więcej pytań. Dlaczego ma taką dziwną moc? Do czego ona służy? Czy jest dla niej niebezpieczna? Czy stanie się dzięki niej kimś wielkim? I wiele, wiele innych pytań krążyło w umyśle dopiero dojrzewającej Anshii. Przez wiele lat kroczyła drogą, która nie dawała jej żadnej odpowiedzi na te pytania. Dopiero kiedy zaczęła współpracować z grupą zajmującą się zdobywaniem, a nierzadko kradzieżą różnych interesujących przedmiotów zaczęła się rozwijać. Opanowała nową zdolność, z której to wtedy była niezmiernie dumna. Niemniej wciąż czegoś jej brakowało. Niby miała zajęcie, ale no mało interesujące i często kłopotliwe. Ileż to razy musiała uciekać przed jakimiś najemnikami, którzy chcieli sobie poużywać jej dziewiczego ciałka. Na szczęście zawsze udawało jej się wyrwać strażnikom. Wszystko to trwało do czasu, kiedy ich grupa dostała większe zlecenie, nikt nie spodziewał się tego co miało się stać. Białowłosą opanowało coś, co sprawiło, że przestała nad sobą panować. Sama do końca nie rozumiała tego stanu mimo upływu lat. Wiedziała tylko jedno, że musi odzyskać ten przedmiot, a kiedy go dotknęła już wszystko pamiętała. Jedno muśnięcie strony wystarczyło, żeby przed oczami mieć tysiące, jak nie miliony dziwnych run. Przypływ many, jej niezmierzona siła i ilość wydostawała się na zewnątrz, manifestując ukrytą wcześniej moc. Sekundę później Anshia już uciekała z księgą… Od tamtej chwili prawdziwa wspólna przygoda białowłosej i Lorna się rozpoczęła i trwała, aż do teraz. 
Wspomnienia w umyśle dziewczyny zaczęły powoli znikać, odchodziły do miejsca z którego poprzednio przyszły. Teraz mogła znowu się odezwać. 
- Lorn, wkrótce zniszczę tą księgę... Ale zanim to zrobię muszę coś usłyszeć. Dlaczego określiłeś siebie jako "kozi wybraniec"... Mistrzu, czy jest coś o czym powinnam wiedzieć? Jakieś wskazówki, cokolwiek?! - Wiedziała, że chociaż nie miał ochoty z nią rozmawiać, to musiała spróbować ten ostatni raz. Specjalnie przeciągała wszystko w czasie, nie mając na razie zamiaru dotykać, a co dopiero przecinać księgi. Nie bez przyczyny powiedziała "wkrótce", oznaczające nieokreśloną przyszłość. Siedziała w bezruchu, w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję ze strony swojego nauczyciela. Czas nie grał roli, białowłosa miała spore pokłady cierpliwości i miała zamiar wykorzystać to, że ich nie używała od dawna. 
Anshia długo czekała. Nie było jej śpieszno, przecież nie używała teraz swojej many, więc stosunkowo nic jej nie groziło, no chyba, że dziewczynka okaże się jakimś stworem co umie zmienić swoją aparycję. Niemniej na razie chciała skończyć sprawę ze swoim mistrzem. Dobrze wiedziała, że siłą rzeczy to ich ostatnie spotkanie, dlatego o ile się udało to coś jeszcze z niego wyciągnęła, a jeśli nie... No to pozostało jej powiedzieć ostatnie słowa. Długo się przed tym wzbraniała, w oczekiwaniu na reakcję na poprzednią prowokację.
- I dziękuję Ci, że we mnie wierzysz. To naprawdę miłe usłyszeć po pięciu latach, że Twój nauczyciel ma nadzieję, że poradzę sobie z tym brzemieniem. Jestem Ci niezmiernie wdzięczna za każdą wskazówkę i opiernicz jaki mi zrobiłeś. Bez tego nie byłabym tym kim jestem... Lorn, wierzę że Twoje grzechy zostaną Ci odpuszczone. Żegnaj i do zobaczenia w Avaroku, będę tęsknić. - Na twarzy kobiety zagościł bardzo dziwny uśmiech. Niby szczęśliwy, a z drugiej strony pełen bólu. Wyglądała gorzej, niżby miała dostać upragnionego okresu... Chociaż dla niej to chyba była bardziej bolączka niż ulga. 
Wyjęła ze skórzanej torby olbrzymi tom, a jednocześnie swoją jedyną lekturę na długie podróże. Pogłaskała grzbiet książki, potem dłonią muskała okładkę. Jak na taką wredną sukę, zachowywała się przesadnie czule. Chwilę potem między jej palcami pojawił się dysk z czarnej many.
- Żegnaj mistrzu, szczęśliwej drogi do Avaroku. - Wyszeptała tak cicho, że tylko ktoś z wprawnym uchem mógłby to usłyszeć. W następnej sekundzie jej dłoń, a broń w niej przecięła artefakt. Teraz tylko modlić się o to, żeby przeżyć. - Będzie co będzie, stanie się co ma się stać... A przedstawienie zawsze będzie trwać. Szkoda tylko, że tak późno uświadamiam sobie, że lalkarzami są smoczy bogowie. To chyba najlepsza lekcja jaką mi dałeś Lorn, odpoczywaj w pokoju! - Powiedziała do siebie w myśli. Już wiedziała, że nadchodzący poranek będzie zupełnie inny od poprzednich. Narodziny nowej istoty właśnie się stały, stara Anshia już odeszła... Teraz nadchodzi... No właśnie, kto nadejdzie i czym się tak naprawdę stanie. Czy wiara Lorna była tylko pustymi słowami, a może rzeczywiście pokładał w niej nadzieję, że sięgnie dalej i będzie lepsza od niego?
13.10.2015, 18:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Niskie trawy - Strefa I
#35

» MG «

Miejsce: Ciche Równiny - Okolice jaskiń
Niskie trawy, strefa I
Pogoda: Wieje lekki, ale chłodny wiatr.
Niebo przepełniają różne konstelacje gwiazd.

W ciszy, która zapadła wraz z rozciętą na pół księgą pojawiły się pierwsze dziwne mrowienia na ciele mistyk. Jej ciało wariowało od ilości many jaka nagle zaczęła przepływać przez magiczny splot w jej organizmie. Anshia czuła jakby coś ją rozrywało, paliło i trawiło od środka. Ból był tak dotkliwy, że wszystkie zmysły kobiety zwariowały. Przestała pojmować rzeczywistość, widziała w głowie mnóstwo dziwnie poukładanych obrazów tworzących razem spójną historyjkę.

Mężczyzna stał naprzeciwko wielkiego demona, spowitego czarnym płomieniem. Uniósł prawą dłoń nad swoją głowę i wyszeptał coś pod nosem. Mroczna, jeżąca włosy na głowie moc uwolniła się, wystrzeliwując w powietrze ogromną wiązkę niewidocznej, gęstej energii. Chwilę potem całe otoczenie ogarnęła przytłaczająca presja. Jego wzrok przepełniała złowroga aura, skierowana na stojące przed sobą wynaturzenie. Opuścił dłoń tak jakby chciał nią ciąć. Niewidoczna energia nabrała kształtów. Wszystkie stojące na jej drodze cienie zostały wchłonięte, ukazując czarny jak smoła mieczo-podobny szpikulec. Uderzenie zostawiło głęboki ślad rozciągający się w odległości czterech metrów, zaś demon stał bez ręki i fragmentu tułowia. Nie umarł. To za mało jak na tego drania. Mistyk skoczył do przodu robiąc kilka salt. Anshia mogła zliczyć dokładnie trzy. Przy pierwszym wokół mężczyzny wytworzył się miraż, przy drugim w jego dłoniach zaczęła formować się półobręcz w podobny sposób jak przy poprzedniej zdolności. Podczas trzeciego salta wyszeptał znowu coś pod nosem, a formowana rzecz zaczęła przypominać łuk. Był na tyle blisko, że jego przeciwnik mógł zmiażdżyć go wielką, zrogowaciałą łapą. Ten w ostatnim momencie wślizgnął się pod jego ręką aż do tułowia, naciągając niewidoczną cięciwę. Puścił ją. Łuk wytworzył czarną strzałę, która podczas wystrzału zaabsorbowała trzymaną półobręcz, przebijając demona od podbrzusza po samą czaszkę. Oczy poczwary przestały tętnić "życiem", płomienie zgasły, monstrum zatrzymało się w miejscu, wtedy mistyk klepnął je tak, że to runęło do tyłu rozsypując się niczym popiół.  

Karui instynktownie złapała się za głowę. Wizja była dla niej wskazówką od swojego mentora jakie nowe zdolności może pozyskać dzięki treningowi. Ciało powoli uspokajało się mimo uciążliwego bólu. Choć był to "dobry" ból. Można porównać jego znaczenie do wyciągania drzazgi z ciała. Boli, ale po wyciągnięciu nastaje ulga. Nogi mistyk zadrżały, zrobiła krok do tyłu próbując zachować równowagę, jednak w tym momencie nadepnęła na nierówność. Potknęła się i z chrzęstem przewróciła do tyłu niczym demon z wizji. Padła, jej oczy zrobiły się nieobecne...

"Więc to dla mnie jedyna szansa Ererecezie? Odpokutowałem za swoje grzechy? (...) Czyli na moje miejsce musi pojawić się następny kozioł? Proszę, oszczędź moją uczennicę. Zbyt długo niosłem krwawe znamię by teraz zostało ono spadkiem dla tej niesfornej dziewczyny. (...) Niechaj tak będzie. Bramo Avaroku, otwórz się."

Uciążliwy chłód dał popalić Anshii. Nie wiadomo było ile leżała nieprzytomna, jednak czuła w sobie coś dziwnego. Nie dało się opisać tego słowami, ale wiedziała jedno. Właśnie straciła swoją sprzeczną magię chaosu, stając się mistykiem mroku. Była cała odrętwiała, nie mogła ruszyć się z miejsca przez jakiś czas. Widziała nad sobą świecący jasno księżyc. W oddali słychać było dziwne krzyki, bardzo niepokojące. Tak jakby jakaś ogromna bestia zaczęła polować. To dobry czas by walczyć? A może oznaka, że przyszła pora uciekać. Tylko jak? Dziewczynka razem z gryfem zniknęła. Kobieta została sama zdana tylko na siebie, bez swojego mentora. Gdyby mogła się zobaczyć, dostrzegłaby na całym swoim ciele splot many, przypominający wijące się żyły, jednak w odróżnieniu od nich były one "ostre" i całkowicie czarne. Wraz z upływem czasu splot zanikał, a w momencie całkowitego zniknięcia Anshia mogła dopiero zacząć się ruszać.


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







05.11.2015, 04:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Niskie trawy - Strefa I
#36

Kobieta nie była pewna tego wszystkiego co robi. Bała się, naprawdę chyba pierwszy raz w życiu się bała tego co może nastąpić. Miała zabić swojego nauczyciela, sprawić iż ich wspólna droga ulegnie nieodwracalnemu rozwiązaniu. Anshia nie chciała tracić mistrza, nie chciała być zostawiona samą sobie. Niby powinna już dorosnąć, ale z drugiej strony potrzebowała kogoś kto pomógłby jej, kto kierowałby jej rozwojem i w nim pomagał. Szczerze, to nikt poza Lornem się do tego nie nadawał z oczywistych powodów. Z drugiej strony patrząc, dla niej był to ostateczny sprawdzian... Bo przecież też nie mogłaby wiecznie słuchać tej rozgadanej księgi. Teraz została wypuszczona na głęboką wodę. Podejście było tylko jedno, bez jakiegokolwiek odwrotu. Dobrze wiedziała, że będzie trzeba zacisnąć pięści i iść do przodu, cokolwiek by się nie działo. Tak, właśnie ta okazja sprawia, że Anshia wreszcie mogłaby się wykazać swoją samodzielnością. Najwyżej wyjdzie na to, że po prostu się nie nadawała... Chociaż jej mana mówiłaby co innego.
Młoda mistyk dokonała czegoś nieodwracalnego. Przecięła księgę zgodnie z prośbą Lorna. Jeden, szybki ruch i po bólu. Chociaż nie, ból dopiero miał się zacząć, o czym białowłosa kompletnie nie wiedziała. W ciągu ułamka sekundy mana po prostu ześwirowała. Przestała być tą spokojną, ułożoną energią, a przeistoczyła się w taką, która sama sobie wytycza nowe ścieżki. Jej ilość szybko przytłoczyła Anshię, która zaczęła czuć to wszystko. Ogromny płomień, który trawił jej biedne wnętrze. Mogłaby się nawet zastanowić czy ma w sobie jakieś ukryte pokłady, o których wcześniej nie miała pojęcia, gdyby nie ten niemiłosierny ból. Możliwe, że jej mistrz się mylił, że właśnie nadeszła jej godzina. Czyżby smoczy bogowie postanowili się zemścić za to, że pozwoliła Lornowi odejść do Avaroku. Kobieta chciała sprawdzić, czy jej ciało jest w całości, ale zmysły postanowiły odmówić współpracy. Czuła, że za moment kompletnie zwariuje. Nie powinna byłą przecinać tej cholernej książki... Chociaż w jej nierozgarniętej teraz głowie zaczęło się coś pojawiać. Początkowo fizyczne postrzeganie białowłosej zostało stępione, by za moment zostać całkowicie zakrzywione. Już nie wiedziała co jest prawdą, a co iluzją z tego bólu. Właściwie byłaby teraz gotowa uwierzyć we wszystko co by jej powiedziano, byleby przestać czuć. Gdyby miała czucie w dłoni, może by próbowała się ogłuszyć, krótko mówiąc zrobić cokolwiek byleby przestać odbierać zmysłami. Była gotowa przeklinać, że jest człowiekiem, że ma w sobie manę mistyków stworzoną do niszczenia zła. Przecież czuła się taka szczęśliwa, kiedy odbierała życia pomiotom.
No cóż, teraz już nie widziała dla siebie nadziei. Wydawało jej się jakby spadała w wielki dół, którego wszystkie ściany są z kolców, które to boleśnie wbijają się w ciało Anshii. Odpływała do innego miejsca. Tam dokąd zmierzała mogła poczuć znajome uczucie bezpieczeństwa, ale też... Lorna, który jej pomagał. Tak bardzo chciała z nim jeszcze porozmawiać, jednak zamiast tego zaczęła widzieć jakiś obraz. Początkowo wyglądał bardzo chaotycznie, bez składu ani sensu. Dopiero kiedy przyszło się kobiecie skupić, była w stanie coś z niego wyłuskać. Białowłosa dostrzegła olbrzymiego demona. Kiedyś jej mistrz opowiadał o nich, o tym jakie są. Ten wyglądał na paskudną szkaradę z trzeciego kręgu. Mistyk chciała je spotkać w swoim życiu, ale szczerze powiedziawszy wciąż nie była gotowa do walki z nimi. Niemniej wiedziała jedno, że taki osobnik to cholernie niebezpieczny zawodnik, który nieuważnego wojownika odeśle na drugą stronę w ciągu chwili. Dlatego też Anshia z jeszcze większym zainteresowaniem i skupieniem przeglądała tą historyjkę. Najpierw Lorn wezwał dziwaczną wiązkę, a z niej wyłoniło się ostrze. Doprawdy, interesująca umiejętność, zwłaszcza że bardzo poważnie naruszyła skórę diabelskiego pomiotu. Kobieta doskonale wiedziała, że dokonanie tego wymaga nie byle jakich czarów od mistyka. Dlatego też bardzo doceniała to, że jej mistrz potrafił tworzyć takie zaklęcia. Chociaż druga moc wywarła na białowłosej znacznie większe wrażenie. Nie dość, że skomponowane z ruchem ciała, to jeszcze taki finezyjny wygląd połączony z esencją masakracji szkaradnych gości z innego wymiaru. Tak, ten łuk zaparł dech w piersi dziewczyny, ale tylko w sensie mentalnym, bo fizycznie nawet nie była w stanie tego zrobić. Niemniej potężny strzał wprawił Anshię w niemały zachwyt. Gdyby tylko nauczyła się tego zaklęcia, mogłaby się mierzyć z prawdziwymi przeciwnikami, a nie tylko jak dotąd, zajmować się jakimiś nic nieznaczącymi płotkami. Tak, białowłosa bardzo chciała pokazać, że też jest silna i potrafi dać się we znaki niejednej bestii. Po celnym strzale i delikatnym popchnięciu, demon padł na plecy, rozsypując się w popiół. Doprawdy, obrazek jak z najskrytszych marzeń ten kobiety. Teraz zostało jej tylko się rozwijać i szkolić, żeby móc przywoływać takowy łuk, a potem jeszcze szpikulec... No cóż, dobrze że Lorn dotrzymał słowa i przekazał jej nowe zdolności do nauki. Przynajmniej nie czuła się taka kompletnie zostawiona samej sobie, bez żadnych wskazówek ani niczego.
Kiedy wreszcie mogła złapać się za głowę, zrobiła to od razu. Miała ochotę rzucić mocną wiązanką, taką bardzo od serca... I wszystkich nerwów jakie miała w swoim ciele. Ból był wręcz paraliżujący, ale na pewno mniej intensywny niż chociażby przez chwilą. Grunt, że wszystko co złe zaczyna stopniowo przechodzić. W innym wypadku musiałaby się modlić o jakiegoś medyka, co by tutaj szukał ziół, a jej przy okazji pomógł. Anshia chciała iść, rozchodzić to wszystko, ale zamiast tego wyszło zupełnie odwrotnie. Wylądowała na ziemi, uderzając się w głowę. No nic, najwidoczniej to nie był koniec wrażeń dzisiejszego dnia. Tym razem jednak białowłosa miała okazję usłyszeć, być może już naprawdę ostatni raz, swojego mistrza. Najwidoczniej rozmawiał ze smoczym bogiem, Ererecezem. Mistyk bardzo chciała się dowiedzieć o czym tak rozprawiają, a jakby zrozumiała to w ogóle byłoby prze cudownie. Niemniej usłyszała tylko strzępek, który wypowiadał Lorn. Chyba był zmartwiony, czy zrobił już wszystko tutaj co powinien. Gorzej, jeśli zostałoby mu coś jeszcze do zrobienia. Poza tym znowu wspominał o jakimś koźle. Co się tak on uparł na to biedne zwierze, tego kobieta nie była w stanie pojąć.
Dzięki, że nazywasz mnie niesforną... Stary pierdzielu. Zaśmiała się do siebie w myśli. Uważała bowiem, że nikt tego nie usłyszy. Jedyne co jej teraz pozostało, to że Lorn będzie szczęśliwy za bramami Avaroku. Przynajmniej nie będzie musiał się użerać z taką białowłosą. Uśmiechnęła się do siebie w myśli. Więc miała rację, że nadchodzący poranek będzie zupełnie inny od wszystkich poprzednich. Teraz bowiem Anshia stała się córką nocy. Tą, za którą podąża mrok.
Kobieta znów wracała do rzeczywistości. No cóż, dzisiejsze przygody zapiszą się w jej życiu, a będzie je wspominać pewnie do samej śmierci. Czuła zimno, ale z drugiej strony cuciło ją z tej drzemki. Szkoda, że nie miała niczego, co mogłoby w jakiś sposób odmierzać czas. Wiedziałaby chociaż ile sobie tak smacznie leżała. Pewnie znowu sobie pobrudziła swoją kochaną sukienkę. Jak wróci do miasta, to poważnie zastanowi się nad zmianą odzienia, bo to chociaż piękne, to nie jest zbyt praktyczne... Niemniej chyba ważniejsze w tym wszystkim było to, kim się właśnie stała. Jej magia światła odeszła w niepamięć. Najwidoczniej już nigdy nie zaśmieje się, mówiąc iż świeci się na czarno. Powinna się w sumie cieszyć, bo trwa noc. Od dzisiaj to będzie jej pora, kiedy będzie w pełni sił. Białowłosa miała ochotę już się podnieść, ale coś to uniemożliwiało. Nie licząc niesamowitego odrętwienia, to było coś jeszcze. Kątem oka zauważyła swoje piersi w świetle księżyca, jak po skórze na nich biegną dziwne, czarne linie. Nie mogła zbytnio się ruszyć, więc postanowiła ten czas poświęcić na wpatrywanie się w gwiazdy. Ta noc na szczęście była bezchmurna, to też Anshia mogła spokojnie obserwować mniej lub bardziej świecące się punkciki. Na sam koniec spojrzała na księżyc, który dawał najwięcej światła.
- Nawet pod najjaśniejszą nadzieją, odnajdę noc. - Wyszeptała do siebie, kiedy już mogła się swobodniej ruszać. Tak, czekała nawet chwilę dłużej, chociaż zimny wiatr dawał się we znaki. Czarne żyły już zniknęły dłuższą chwilę temu, a białowłosa dopiero zaczęła się podnosić, ale robiła to bardzo wolno i ostrożnie. Już nie wiedziała, co jeszcze może ją spotkać. Znowu wyląduje na ziemi, bo zakręci jej się w głowie, a może jakiś gryf ją ukradnie. Mistyk wzięła głęboki oddech, chociaż powietrze mogło ją kłuć po płucach, to wolała się jakoś orzeźwić i rozbudzić, nawet kosztem bólu. Właściwie, to uznała, że to co przeżyła dzisiejszej nocy, zahartuje ją na długie lata. O ile mogła, to powoli wstała, by rozejrzeć się po okolicy i zastanowić gdzie był trakt, co za tym idzie gdzie jej droga do domu. Miała na razie dosyć pleneru, chociaż z drugiej strony mogłaby się już zacząć uczyć nowych czarów, które sprawiłyby, że stałaby się jeszcze silniejsza. Może wtedy ktoś dostrzeże jej potencjał. Bardzo chciała wyryć swoje imię w kartach historii, żeby każdy pamiętał o mistyku światła, chociaż ... Od dzisiaj mroku. A to wszystko za sprawą przeszłości, która wydawała się być tylko bajką. Tak samo istnienie smoczych bogów, które Anshia wcześniej negowała, teraz nawet zaczynała powoli wierzyć w to, że jednak ten świat skrywa znacznie więcej tajemnic, niż jej suchy umysł był w stanie ogarnąć. Miała teraz nadzieję, że Lorn zazna wiecznego spokoju... A ona kiedyś porozmawia sobie z tym całym Ererecezem o tym dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Nie przejmowała się, że jej umysł może być ułomny w stosunku do smoczego pojmowania świata, niemniej musiała spróbować. Przynajmniej chciała zrozumieć dlaczego to właśnie ona stała się tym kim mogła się stać, jak to wszystko było możliwe. Tak, ta noc była naprawdę niezwykła, inna niż wszystkie pozostałe.
09.11.2015, 23:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Niskie trawy - Strefa I
#37

» MG «

Miejsce: Ciche Równiny - Okolice jaskiń
Niskie trawy, strefa I
Pogoda: Wieje lekki, ale chłodny wiatr.
Niebo przepełniają różne konstelacje gwiazd.
SOUNDTRACK DO POSTA

Noc choć coraz chłodniejsza, zdawała się lśnić swoją naturalną pięknością, tak bardzo tajemniczą oraz niepoznaną dotąd nikomu, poza samym stwórcą czasu i przestrzeni. W końcu tylko on miał od zawsze prawo znać wszelkie tajemnice tego świata.
Deszcz spadających gwiazd był w tej chwili jednym z najwspanialszych cudów widzianych na Atarashii. Gwiazda za gwiazdą, spadały jakby chciały dać jakiś znak, jakby świętowały narodziny nowego mistyka, następcy Lorna. Księżyc zaś oświetlał swoją bladą, "ciepłą" poświatą wszystkie zakamarki, przywodząc na myśl strażnika otulającego oziębły i nieprzenikniony mrokiem krajobraz. Pierwszy raz można było zobaczyć tak nieprzeniknioną biel, niczym biała porcelana. Można powiedzieć, że przypominał pod pewnym względem Karui. Tak samo osamotniony, pozostawiony na pastwę swojego losu, tajemniczy, blady a mimo to... Promienisty. Jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć, podobnie jak dziwne "ciepło" bijące od niego. Uczennica ofiarnego mistyka, mogła poczuć na swoim ciele błogi spokój. Można powiedzieć, że w tej chwili była połączona niejako z wszechobecną nocą. Jej piękne fioletowe źrenice, powiększyły się pochłaniając światło. Tak jakby chciały stłamsić je swoim mrokiem, jednak efekt był zadziwiający. Noc nie była dla niej przeszkodą. Zaczęła widzieć w ciemności, oddech wyrównał się, dreszcze, które mogły momentami zagościć na ciele kobiety - ustały. Jej mistrz odszedł, tego była całkowicie pewna. Jednak sytuacja ta doprowadziła do potoku wspomnień. Od czasów, kiedy była malutka, przez swoje nauki używania magii bez użycia słów, po dzień dzisiejszy. Być może była to też chwila, w której mistyk zaczęła uwydatniać swoje najskrytsze emocje. Czy na jej twarzy pojawiły się krople łez, uśmiech, a może grymas? Wszak każdy człowiek jest jak Księżyc. Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu.

Wszędzie tam gdzie unosiła swój wzrok, widziała delikatną, białą poświatę, jakby mgłę, a w niej co jakiś czas, tańczące świetliki. Niepozorne, jasne punkciki, bawiące się beztrosko na łonie natury. Źdźbła trawy wyrastały co jakiś czas z ziemi, rzucając cienie.
Cichą noc przerwał donośny ryk, niepodobny do żadnego innego stworzenia. Nie był to raczej demon, ale nie był to też zwyczajny potwór. Jego ryk mroził krew, sprawiał zimny pot na plecach i mówił sam przez siebie "nie chcesz mnie spotkać". Chociaż Anshia nie była jeszcze całkowicie sprawna, mogła pozbierać się z ziemi i ruszyć w kierunku szlaku. Dostrzegała go. Był w odległości dwustu metrów od niej. Wystarczyło tylko dotrzeć i dalej skierować się do Grimssdel. Ewentualnie zawrócić i pójść w kierunku tego czegoś, czego nikt w chwili obecnej, nie chciałby spotkać. Zaraz, zaraz... Tylko gdzie ta dziewczynka i gryf? Czy nic im nie będzie? Czy mistyk pamięta co się z nimi stało, a może ich los jest jej obojętny. Jedno wiedziała napewno - musi się schronić i poznać na nowo.

Patrząc wokół siebie, mogła dostrzec, że cienie są jej przyjaciółmi. Dotykając ich, niejako utożsamiała się z nimi. Dosłownie i w przenośni. Kiedy ich cień łuskał delikatną skórę Karui, ta robiła się prawie czarna, jednak tylko częściowo. Nie potrafiła przybierać postaci cienia, nie umiała go całkiem kontrolować, a kamuflaż zdawał się tylko częściowy.
- Odnajdę Cię! Odnajdę, choćby nie wiem co! Alisia! - Uszu uczennicy Lorna dotarł nieznajomy głos. Zdawało się jakby krzyczał jakiś młody mężczyzna, w jego głosie słychać było wyraźną rozpacz i zaprzysiężona obietnicę. Noc była przewrotna, dzika, szalona, tajemnicza. Dla niektórych cholernie tajemnicza. Może to zabrzmi dziwne, ale Anshia czuła czyjąś obecność, a kiedy zdała sobie z tego sprawę, zobaczyła twarz swojego nauczyciela, na której z wolna unosiły się kąciku ust. Uśmiechał się.

//: Anshia otrzymuje wraz z ewolucją, passywną umiejętność widzenia w ciemności poprzez jej pochłanianie. Zdolność ta nie zabiera jej żadnych punktów many. Należy ją sobie wpisać jako umiejętność w karcie postaci "Widzenie w ciemności", w sekcji "umiejętności nabyte podczas gry".


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







16.02.2016, 19:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Niskie trawy - Strefa I
#38

Mistyk uśmiechnęła się nie tylko w myślach, jak zazwyczaj, ale także jej usta delikatnie się poruszyły. Wewnętrznie czuła się dziwnie, jakby ktoś zdjął kajdany z jej duszy, pozwalając na emanowanie emocjami, chociaż równie dobrze to ograniczenie sama sobie narzuciła już w dzieciństwie. Teraz zaś czuła się wolna, miała ochotę krzyczeć, ale w obawie przed zimnym powietrzem powstrzymała się. Zamiast tego tylko wyszeptała
- Żegnaj i spoczywaj w pokoju. - Mówiąc te słowa, wpatrywała się w księżyc. Ilość myśli przepływających przez jej umysł przypominała wodospad, a nie jak zwykle powolną i szeroką rzekę.
Dziewczynie pozostało zebrać się teraz w jedną całość i wyruszyć. Początkowo jednak musiała przyzwyczaić się do nowej siebie, a także zaczekać, aż wszelkie niedogodności związane ze zmianą swojej magii przeminą. Kiedy tylko poczuła, że może już ruszać swoim ciałem zgodnie z wolą, a przede wszystkim bez tego bólu, który miała okazję poznać chwilę temu, powoli i ostrożnie podnosiła się z ziemi. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić, że widzi w ciemności. Znaczy się potrafiła to robić dawniej, ale za pomocą zaklęcia, a obecnie dokonywała tego bez zużycia many. Dlatego też uśmiechnęła się w duchu, może to była jakaś nowa niespodzianka, którą pozostawił po sobie Lorn, a może coś czego nawet on nie przewidział, niemniej Anshia czuła się z nową umiejętnością bardzo dobrze. Zdecydowanie pasowała do jej nowego stylu bycia.
Kobieta teraz zastanawiała się tylko skąd dobiegał ten ryk. Nie to, żeby jakoś marzyła o tym, żeby spotkać istotę, która wydała ten dźwięk, niemniej jednak nie brzmiał zbyt towarzysko czy zachęcająco. Mając w świadomości to, że nadal nie wie co się z nią tak naprawdę stało, jaki praktyczny wpływ ma to na jej zdolności bojowe, wolałaby jeszcze nie wdawać się w potyczki z kimkolwiek - dopóki nie dowie się czym się tak naprawdę stała.
W sprawie gryfa i jego małej przyjaciółki wolała ich zostawić samych. To co dzisiaj ją spotkało w oczach białowłosej było o niebo ważniejsze, niźli egzekwowanie jakiejś drobnej należności. Wierzyła, że Ci sobie poradzą, jeśli tyle potrafili wytrzymać razem i poświęcać się jedno dla drugiego, nie powinno być przed nimi przeciwności nie do pokonania.
Anshia stojąc na równych nogach, powoli kroczyła przed siebie, w stronę szlaku. Czuła się całkiem dziwnie, bo pierwszy raz w życiu mogła czuć cień. O ile od zawsze znała światło, tak teraz miała do czynienia z jego przeciwieństwem, dlatego potrzebowała dłuższej chwili, by z analizy wyciągnąć jakieś wnioski. Przede wszystkim ten dziwny, jeszcze niepełny kamuflaż. Od razu się spodobał dziewczynie, ale wiedziała, że cieszenie się swoimi nowymi zdolnościami powinna odłożyć na później. Teraz najważniejszym zadaniem jest dotrzeć co Miasta Handlowego, albo chociaż Grimssdel. Byle gdzie, byle móc bezpiecznie eksperymentować. Kiedy tak szła powoli i ostrożnie, usłyszała czyjś głos. Alisia? Kto to taki. Białowłosa odruchowo odwróciła się w kierunku, skąd dobiegał ten krzyk, próbując wypatrzeć czy ktoś tam jest i co takiego robi. Następnie ujrzała twarz Lorna... Być może ostatni raz w swoim życiu, dlatego też uśmiechnęła się do niego. Niech chociaż raz zobaczy ją, kiedy czuje się szczęśliwa i nie skrywa tego w swoim lodowatym sercu. Mistyk postanowiła wrócić na szklak handlowy, a z niego do Grimssdel, chyba że ktoś jeszcze ją po drodze zatrzyma.
16.02.2016, 20:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Niskie trawy - Strefa I
#39

» MG «

Miejsce: Ciche Równiny - Okolice jaskiń
Niskie trawy, strefa I
Pogoda: Wieje lekki, ale chłodny wiatr.
Niebo przepełniają różne konstelacje gwiazd.

Głos nieznajomego umilkł. Nie było słychać niczego, poza niosącym się echem w głowie "Alisia!". Młoda mistyk nie mogła dostrzec nigdzie osoby, która chwilę temu krzyczała. Wiatr stawał się coraz silniejszy, im dalej szła Karui w stronę traktu.
Trawa rosnąca miejscami do kolan, rzucała różne cienie. Czasem na tyle dziwne, by brać pod uwagę spiski samych demonów. Nagle głowa Anshii zaczęła mocno pulsować. Jakby był to początek wzrastającej migreny. Krok za krokiem, umysł mistyk stawał się coraz mniej sprawny. Być może wciąż była osłabiona, być może zachorowała podczas leżenia na chłodnej ziemi. A może to jeszcze coś innego? Bogowie miłosierni wiedzą, co teraz z kobietą się dzieje. Ze świetnego wzroku, oczy kobiety jakby zamazywała mgła. Coraz bardziej i bardziej... Oddech robił się coraz cięższy, jednak dotarła już do drogi, którą mogła udać się w bezpieczne miejsce. Tylko czy da radę? Wiele znaków wskazywało na problemy z jej maną i nazbyt dużym obciążeniem układu nerwowego. Przynajmniej takie podstawy była w stanie wysnuć bez specjalistycznej wiedzy. Cały przebieg przemiany, widocznie nie mógł być aż tak gładki i przyjemny jak początkowo się zapowiadało. Robiła krok za krokiem, jednak nogi wiotczały coraz bardziej i bardziej. Przez zamazany obraz potrafiła dostrzec, że jej ciało częściowo znika... A może to tylko cień? Zakaszlała. Krew lekko wylała się z kącika jej ust brudząc piękną, porcelanową twarzyczkę.
Znowu ten sam ryk. Jakby był gdzieś obok. Przesłyszenie? Nie... Zdecydowanie nie, to coś gdzieś się tutaj panoszy. Rozglądając się, mogła dostrzec wielką sylwetkę z masywnymi kończynami. Trochę przypominała wielką, przerośniętą małpę... Chociaż zaraz... Ten ryk mógł przypominać wycie wilka, chociaż dużo bardziej złowieszcze, chropowate.
Upadła na klęczki, zakaszlała jeszcze raz krwią, świat dosłownie zawirował pozbawiając przytomności Mistyk, jednak zanim otwarła swoje oczy na ciemność, dostrzegła kogoś, kto do niej podchodzi. Ktoś walczy? Cóż za piękne, potężne światło... Zupełnie jakby jakaś osoba emanowała maną, tak bardzo odczuwalną, że sama Karui pomimo braku czucia, odczuwała ją swoim sercem. Oczy z wolna zamykały się, nie mogła dostrzec kto to był, co tutaj się stało. Przestała pojmować cokolwiek. Ciemność zagościła w jej oczach na stałe.

"Głupie dziewczę.
Jak zawsze w gorącej wodzie kąpane,
jak zawsze pełne energii.
...
Błogosławię Cię w imię Erereceza,
Cesarza Przestworzy,
Smoczego Boga,
Syna Duronora.
...
Akceptuję Cię jako następcę Lorna,
wyzbywając z jego klątwy.
...
Nim miną cztery najbliższe pełnie,
a splot zakończy swoją przemianę, Ty.
Anshio Karui.
Będziesz moim świętym wojownikiem.
...
Staniesz się mą ziemską dumą.
...
Otwórz oczy, moje dziecię.
Twój czas zaczął się na nowo."

Do głowy Anshii powracała świadomość. Nie wiedziała jeszcze co się dzieje, być może dalej spała, lecz kiedy otwarła swoje fioletowe ślepka, światło dnia poraziło ją, od razu wprawiając w konsternację. Oczy bolały kobietę, były strasznie ociężałe a do tego wrażliwe na światło. Przynajmniej teraz.
- Wreszcie się obudziłaś! Cztery dni spania, bałam się, że umrzesz z odwodnienia... Widzę, że nawet twoje żyły zaczęły powoli powracać do siebie. - Powiedziała jakaś kobieta. Jednak jeśli Karui chciała ją dostrzec, musiała otworzyć oczy narażając je na ból, zaś gdyby przełamała go, obraz zrobiłby się niewyraźny, jak wtedy, kiedy... No właśnie co się tutaj dzieje? Kim ona jest i co tutaj robi? Pamięta tylko czyjeś ciepło głos, który kazał się jej zbudzić. Nazywała się Anshia Karui, była chyba mistykiem?

//: Ostatni post tutaj i przenosimy się do miasta handlowego. Anshia straciła w większości pamięć, musi ją odzyskać, ale o tym będę decydował ja, dozując wspomnienia i tak dalej. Póki co możesz sobie w śnie wbić to co widziałaś dzięki Lornowi. Pozwoli Ci to spróbować nauczyć się tamtych zdolności. Poza tym, warto byłoby zrobić jakieś dochodzenie co się stało, kto się tobą opiekował, kto uratował i tak dalej. Nawet zalecałbym udanie się do jakiegoś znachora miastowego i obadanie swojej sytuacji zdrowotnej. Na oczy będziesz widziała dopiero po jakichś 40 minutach. Wtedy też uda Ci się przyzwyczaić oczy stopniowo do światła. Btw, miejsce na sen zostawiam Ci gdybyś chciała sobie naspamić eterów. Radość


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







18.02.2016, 22:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Niskie trawy - Strefa I
#40

Resztkami siły, białowłosa chciała dostrzec to wszystko co się dzieje, ale niestety jej ciało na to nie pozwoliło. Tak bardzo była ciekawa tego, miała nadzieję, że dostrzeże coś interesującego, co pozwoli jakoś złapać co ma miejsce przy niej. Krew w ustach, jej gorzki posmak, kompletny brak siły i władzy nad swoim ciałem. Czyżby nawet sam Lorn nie wiedział, że ta przemiana może tak bardzo odbić się na jej zdrowiu? A może chciał ją zabić, żeby już nikt inny nie dzierżył mocy tego typu. Nie, ta myśl szybko została wyparta, bo przecież mógł sprowadzić na nią śmierć tysiąc razy szybciej i łatwiej, miał tyle okazji ku temu... Czyżby tak miał wyglądać jej koniec? Teraz pozostała tylko ta energia, którą mistyk czuła w swoim sercu. To tak jakby posiadała zmysł, jakiego nigdy nie używała, a może to halucynacje z powodu nadchodzącej śmierci. NIE! Ona nie miała zamiaru umierać, nie teraz. Gdyby mogła jakoś manifestować swoją wolę, zacisnęłaby pięści, ale nawet na to nie miała dość siły. Chciała wyszeptać jakieś słowa, ale nie była w stanie. Anshia czuła tylko, jak traci kontakt z rzeczywistością, jak odpływa do zupełnie innego miejsca.
- Lorn... Ty łazjo!! - Zawyła w duchu, zanim całkowicie zmieniła swój stan świadomości.

Ten moment, kiedy nie wiadomo gdzie się znajduje, ani co tu się właściwie robi. Anshia ostrożnie przekręcała głowę to w lewo, to w prawo oceniając swoje położenie. Leżała. Niesforne kosmyki białych włosów powiewały, ograniczając jej pole widzenia. Skupiając swoje fioletowe oczka, zauważyła, że otacza ją niekończący się blask. Chciała postawić krok, ale nie czuła gruntu pod stopami, ani w ogóle jakiegokolwiek oparcia. Wtedy też zerwała się, ale dostrzegła, że to nic nie daje... Bo ona spada! Leciała w dół z niezwykłą prędkością, a ona czuła tylko delikatny powiew wiatru na plecy. Właściwie to nawet nie wiedziała czy spada szybko czy powoli, ale tak jej się wydawało. Resztka logiki kazała Anshii złapać się czegokolwiek. Dlatego też wyciągała ręce i nogi, byleby choćby musnąć ścianę światła. Niemniej ilekroć się starała, tylekroć było to nieskuteczne. Mistyk odniosła wrażenie, że ile razy chciała choćby delikatnie tknąć ściany, ona za każdym razem odsuwała się od dziewczyny. Syknęła do siebie, wyrażając w ten sposób irytację. Po raz kolejny wyciągnęła rękę, ale nie zdążyła jej nawet wyprostować. Tuż przed jej dłonią przemknęła czarna, bardzo szybka smuga, mknąca z pełną prędkością ku górze. Nim białowłosa załapała co się właściwie stało... Dostrzegła, że ściany z błyszczącej bieli zostały zastąpione czarnymi skrawkami. Im dłużej mistyk spadała, tym więcej ciemności się pojawiało wokół niej. Także teraz chciała wydostać się z tej pułapki, ale niestety bez skutecznie. W ciągu kilkunastu sekund wokół niej był sam mrok w najczystszej postaci. Wewnętrzne zimno, które coraz mocniej przylegało do jej ciała zwiastowało najgorsze.

Ostatnim miejscem gdzie chciała trafić, było właśnie tutaj. Potrząsnęła głową wierząc, że to tylko zły sen, albo kolejny morderczy trening jaki musi przejść, by rozwinąć swoje moce i umiejętności. Niemniej tym razem coś się nie zgadzało. Patrzyła na otoczenie, ale wokół niej rozciągała się bezkresna ciemność. Jedyną zaletą było to, że stała na nogach. Spojrzała na nogi, a pod nimi... Zauważyła, że stoi na lustrze. Wpatrywała się w swoje odbicie, które wyglądało niby normalnie, ale jednak nie tak jak się tego Anshia spodziewała. Niemniej z ciekawości, białowłosa przykucnęła, a jej odbicie razem z nią. Uśmiechnęła się, a obraz zrobił dokładnie to samo. Następnie zbliżyła dłoń, sunąc nią po lustrze, a na nim nagle zaczęła rozchodzić się fala, tak jakby muskała wodę. Oparła się, rozpościerając palce, by zrobić to stabilnie. Drugą rękę zaś przygotowała do uderzenia tafli... Kobieta zaczęła robić głupkowate miny, śmiejąc się do siebie... A odbicie, które cały czas naśladowało Anshię, nagle przybrało szyderczy wyraz twarzy, a ręka która była przygotowana do uderzenia, otoczyła się białą energią i z całej siły uderzyła dziewczynę, przechodząc przez to dziwne lustro... Poczuła mroczną manę, która dotkliwie pogruchotała jej szczękę. Anshia po tym jednym uderzeniu leżała na tafli. Nie spodziewała się tego, ani trochę...
Czy to ona była odbiciem, czy odbicie było tą prawdziwą istotą? Nim białowłosa zaczęła się konkretnie zastanawiać nad tym, poczuła kolejny atak z drugiej strony zwierciadła. Tym razem były to dwie ogromne, czarne łapy... Jak to możliwe, że chociaż odbicie miało białą manę, to po przejściu przez lustro, zmieniało swój kolor? Czarny twór złapał Anshię za obie ręce i nogi. Nie mogła nic zrobić, ale nawet nie wiedziała czy tego chce. Następnym ruchem ze strony agresora była... Próba przeciągnięcia białowłosej przez taflę. Gdy tylko ręce i nogi przeszły na drugą stronę na wysokości kolan i łokci, Anshia uświadomiła sobie... Że to co jest po drugiej stronie ją wręcz pali z bólu. Niemy krzyk wydobył się z jej krtani, ale mimo starań i tak nikt nie mógł jej usłyszeć. Dopiero teraz zaczęła się szarpać, walczyć, chociaż było już za późno. Łapy prawie w całości przeciągnęły ją na drugą stronę, jedyne co zostało to kawałek klatki piersiowej i głowa...
- Możesz sprawić, że moje ciało będzie płonąć... Możesz sprawić, że nie będę chciała żyć! Możesz zabić wszystkich tych, którzy mi pomogli, bym stała się silniejsza... Ale nigdy, nigdy kurwa przenigdy! Nie! Oddam! Ci! Mojego! Serca! Bo jestem Anshia! Jestem tą, która uwolni ludzi od demonów! Uwolnię ich! Choćby kosztem życia, ale dokonam tego! Przewyższę każdego z mistyków! Zostanę istnieniem ponad! Będę Anshią, bielą najczystszą, skrytą w sercu, gdzie słabość nie wejdzie! - Krzyknęła, może do siebie, może do tego odbicia. Jedno jednak było pewne, że po tych słowach dziewczyna poczuła przyjemne ciepło rozlewające się wewnątrz jej ciała. Podobne już gdzieś spotkała, a może to ono spotkało ją? Nagle łapy puściły, a Anshia mogła wydostać się z pułapki. Białowłosa uciekała co sił w nogach, a kiedy odbiegła już dalej spojrzała na swoje ciało. Znowu na jej skórze pojawiły się te kanciaste żyły, tylko że tym razem to nie miało sensu... Ta cała sytuacja nie miała sensu. Świat, a dokładniej ciemność ponownie zawirowała przed oczyma kobiety. Ze wszystkich sił chciała zatrzymać ten proces, ale bezskutecznie.

Pustynny wiatr wdawał się we znaki. Mimo, że cała była opatulona różnymi szmatami, nadal czuła jak piasek ociera się o jej skórę, paląc niemiłosiernie. Widziała, że tam przy oazie ktoś na nią czeka, dlatego też śpieszyła się na tyle, na ile pozwalała jej pogoda. Nienawidziła spotykać się w tym miejscu, bo samo przyjście tutaj wiązało się z nie lada wysiłkiem. Po godzinie upierdliwego marszu, wreszcie udało jej się dotrzeć i nie zgubić przy okazji. Widziała swojego nauczyciela, który już na nią czekał.
- Spóźniłaś się... Nie mamy czasu, musisz to szybko przećwiczyć. - Jego ton wskazywał na to, że jest zły na białowłosą. Ta od razu wiedziała czego oczekuje od niej jej nauczyciel. Zaczęła formować swoją manę w różnorakie bronie.
- Dzisiaj stworzysz miecz i łuk. - Usłyszała wskazówkę, a po niej dziewczyna szybko zabrała się do pracy. Wytężyła swój umysł, pełna skupienia zaczęła budować ze swojej many łuk. Początkowo wychodził albo krzywy, albo po prostu popękany. Niemniej Anshia nie zrażała się po tych nieudanych próbach i ze wszystkich sił starała się nadal. Sporo czasu minęło, aż zbudowała swój własny łuk z jedną strzałą. Nie miała pojęcia dlaczego tylko jedna, a nie cały kołczan, ale Lorn milczał na ten temat, zamiast tego nakazał stworzenie miecza. Z nim poszło o wiele, wiele prościej - może choćby dlatego, że miecz nie musi być jednocześnie twardy i elastyczny. Kiedy wreszcie go zbudowała, czuła się zmęczona.
- Następnym razem skup się bardziej, Twoja wola i mana kształtują bronie... Jeśli nie panujesz nad choćby jednym z tych składników, nie będziesz w stanie tworzyć prawdziwego oręża. - Odparł Lorn, który zmienił się w cień i zniknął stąd w ciągu jednego mrugnięcia okiem. Białowłosa natomiast trzymała w dłoni oba przedmioty, głaskała je próbując zrozumieć fakturę many i słowa swojego mistrza. Wola i mana... Przecież znała swoją wolę i nigdy nie działała wbrew niej, więc zatem mana jest źródłem problemów? A może to słowa nauczyciela były niekompletne? Z tym pytaniem dziewczyna zasnęła na piasku, położona brakiem sił do dalszego działania.

Kobieta obudziła się nad jakimś urwiskiem. Siedziała na jego skraju, obserwując to co działo się niedaleko niej. Postacie zachowywały się tak, jakby jej nie dostrzegały... A stały tam dwie osoby. Jakaś młoda, białowłosa dziewczynka w czarnym płaszczu i o wiele starszy dziadek o równie jasnych jak ona włosach. Wyglądało na to, że będą trenować ze sobą. Młoda choć początkowo poruszała się dosyć niezdarnie, to z czasem nabierała gracji i techniki w swoich ruchach. Mężczyzna natomiast bardzo surowo oceniał jej postępy i niedociągnięcia. W sercu mistyk pojawiło się znajome ukłucie. To wyglądało jej trening z jej mistrzem, tylko... Że jego już nie było. Musiała go zabić, by go uwolnić. Swoją drogą to było całkiem dziwne, ale najwidoczniej tak musiało być. W końcu tylko ciężki trening pod okiem dobrych nauczycieli może dać rezultaty, zwłaszcza jeśli chodzi o tak ciężkie sztuki.
Anshia wstała i spojrzała na siebie. Ubrana była w suknię, ale nie białą jak zwykle, lecz czarną i do tego dosyć prostą. Zdziwiła się, widząc nowe odzienie, bo nie przypominała sobie, by kiedykolwiek korzystała z czarnych ubranek. Dłonią zaczęła gładzić delikatny materiał. Wyglądał na naprawdę dobrej jakości. Mistyk poprawiła włosy i wyruszyła w głąb lądu, w stronę słońca.
Coś tknęło ją, jakby zaczepiło chwytając za bark. Odwróciła się i zobaczyła Lorna. Uśmiechnięty, w szatach arystokracji, wskazywał palcem w dół. Kobieta spojrzała kątem oka, tam gdzie wskazywał i nie mogła uwierzyć własnym oczom. Jej cień... Wcale nie przypominał białowłosej, ani posturą, ani gabarytami. Wyglądał jak jakiś poszarpaniec, demon z piekła. Na domiar złego jego paszcza była otwarta, pełna zębów i zdawała się śmiać do rozpuku.
- Będziesz musiała to w sobie pokonać, zanim pójdziesz dalej. - Cichy i ciepły głos Lorna rozbrzmiał w jej uszach. Anshia zaś z ledwością przełknęła ślinę i przytaknęła pozytywnie głową, na znak tego, że rozumie. Nauczyciel poklepał ją po ramieniu, po czym rozpłynął się w powietrzu.
- Biedne dziewczę. Doprawdy, Twoja historia mogłaby się nadać na opowieść. - Dziewczyna to usłyszała na pożegnanie. Zacisnęła swoje pięści i wyruszyła, by walczyć o to kim jest.

Anshia czuła się dziwnie... Chociaż nie, właściwie to nie miała pojęcia jak mogłaby opisać ten stan, niemniej tylko to słowo na razie przychodziło jej do głowy. Tym razem miała poczucie, że dotyka czegoś fizycznego. Ledwie chciała otworzyć oczy, a poczuła się, jakby całe życie przepracowała pod ziemią, bez ognia, a miała być nagle wyprowadzona na bardzo słoneczny dzień, na zewnętrzny świat. Odruchowo kobieta zamknęła oczy, zanim je dobrze otworzyła, nie chcąc narażać się na jeszcze większy ból. Naprawdę w tym momencie miała wszystkiego i wszystkich dosyć, najlepiej to po prostu by odpoczęła od życia.
Zatem dziewczyna się obudziła, ale miała poważny problem. Niezbyt wiedziała gdzie się znajduje, ani jak się tutaj znalazła. Zaraz potem usłyszała głos jakiejś kobiety. No nie znała tej osoby, a przynajmniej nic nie mówił jej ten głos.
- Jakie żyły? Cztery dni? O czym ty mówisz? - Zapytała lekko śpiącym i być może ochrypłym z odwodnienia głosem. Nie miała w sobie poczucia czasu, to też niezbyt pojmowała całą sytuację.
Po raz kolejny spróbowała otworzyć oczy, ale powieki zdecydowanie nie chciały z nią współpracować. Dlatego też jeśli była w stanie uniosła rękę i zakryła nimi oczy, rozchylając ostrożnie lukę między małym, a serdecznym palcem. W ten sposób dopuszczała nieco mniej światła, ale nadal czuła jakby ktoś je octem polewał. Mimo to próbowała walczyć z tym bólem, a jednocześnie ograniczać jego siłę. Jakoś nie widziało jej się cierpieć od razu po przebudzeniu.
- Tak w ogóle, to gdzie ja teraz jestem? I co tutaj robię? - Zapytała z dozą niepewności w głosie. Tak im bardziej się zastanawiała, tym bardziej nie miała pojęcia dlaczego właściwie tutaj jest. Do tego chciałaby się czegoś napić, ale głupio było poprosić, z resztą jeśli te cztery dni to prawda, to niezbyt fajnie będzie wracać do zdrowia, o ile jest do czego wracać.
21.02.2016, 03:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna