Chata niani Zeldy
#11

MG


Anshia. Brązowowłosa dziewczynka. Kochana przez rodziców, posiadająca zgraną paczkę przyjaciół. Wiedziała że to sen ale jakże to był przyjemny sen. Mimo że nic nie pamiętała to wiedziała jednak że jej sen był prawdą. Pokazywał to jak kiedyś było. Wewnętrznie czuła że była kochaną i lubianą dziewczynką. I choć czuła że ten czas już przeminął to jednak sam sen był przyjemny i napawał optymizmem.
- A niech cie pieruny ogniste!- usłyszała nagle głos staruszki. Ocknęła się rozpędzając ostatnie fragmenty snu spod powiek. W ustach staruszki przekleństwo dziwnie brzmiało ale widać a raczej słychać było że kobiecina była czymś przejęta.
- Już dziecinko. Spokojnie.- niania zaczęła spokojnie mówić. Mistyczka poczuła jej delikatne dłonie na głowie. Odwiązywała opatrunek znajdujący się na jej głowie.- Śniłaś chyba że latasz bo mówiłaś przez sen. Ale to zaraz o tym porozmawiamy. Musimy sprawdzić twe oczy dziecinko. Bo chyba odzyskujesz wzrok kochanie.- głos staruszki był taki pewny a tak naprawdę skąd mogła wiedzieć kobiecina że Anshia odzyskuje wzrok zanim jeszcze zdjęła opatrunki?
- Miej zamknięte jeszcze oczy.- szepnęła staruszka ostrzegając Anshię kiedy opatrunek z głowy coraz bardziej był rozwiązywany. Kiedy bandaże opadły Zelda przytknęła do jej oczu kawałek czystej szmatki.- Trzymaj. Jeszcze nie otwieraj.- instruowała niania.
Uzdrowicielka odłożyła na bok bandaże. Dziewczyna usłyszała jak coś stawia na parapecie przy oknie przy jej łóżku. Staruszka delikatnie obróciła mistyczkę plecami do okna.
- Na parapecie położyłam świeczkę. Możesz wciąż odczuwać ból na widok światła dlatego nie patrz w tamtą stronę.- tłumaczyła spokojnym tonem zielarka.
- Uchyl nieco szmatkę i otwieraj powoli oczy. Przy pomocy ręki i szmatki reguluj sobie dopływ światła do oczu. Powoli.- zachęcała do działania staruszka.
Anshia otwierając powoli oczy w pierwsze co ujrzy to ostry blask ognia płonącego w kominku znajdującym się z boku pomieszczenia. Dla jej wrażliwych oczu blask ten był bardzo ostry natomiast w rzeczywistości w pomieszczeniu panował półmrok. Po chwili wzrok powoli zacznie się przyzwyczajać do półmroku. A wręcz dziewczyna odniesie wrażenie że ów półmrok w ogóle jej nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, odniesie wrażenie że widzi tak jakby był środek dnia.
Kiedy niania Zelda zauważy że dziewczyna przyzwyczaja oczy do panującego półmroku uśmiechnie się miło w jej stronę. Pochyli się ku niej i wyciągnie ramię pokazując rudego kota pijącego wodę z miseczki po drugiej stronie pomieszczenia.
- Patrz tam...- powiedziała cicho. Kot przestał pić i ruszył wzdłuż pokoju. Wpierw zastrzygł uszami jakby sondował pokój. Kroczył po pokoju bardzo powoli i ostrożnie, kiedy jeden z jego długich wąsów trącił nogę stołu kot zmienił trasę. Po chwili dotarł do bujanego fotela niani. Zatrzymał się i uniósł na dwóch łapach. Przednimi łapkami zaczął macać fotel.- Widzisz.- Szepnęła niania.- Jest ślepy. Stracił wzrok tej nocy. Wyciąga chorobę z ciebie.- staruszka mówiła przejętym tonem. Po chwili kot wymacawszy fotel niani już wiedział jak mocno musi się wybić by wskoczyć na siedzisko. Kiedy to zrobił zwinął się w kłębek i przez chwilę spojrzał w stronę Anshii i niani. Jego oczy pokryte było bielmem. Niania Zelda miała rację. Kot był ślepy.- Mam nadzieję że nie jest to trwałe. Ale najważniejsze że najwidoczniej zdrowiejesz. Przynajmniej jeśli chodzi o wzrok.- powiedziała staruszka z nadzieją w głosie.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






13.07.2016, 12:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#12

Białowłosa ostrożnie powracała do realnego świata. W dalszym ciągu widziała, co w sumie było w tej chwili najważniejsze, bo przecież przed tą całą przygodą w wyobraźni, miała tylko nieskazitelną noc przed sobą. Nic, żadnego koloru, ani światła. Jedna wielka pusta, nieodgadniona niewiadoma. Właściwie to nie znajdowała żadnego sensownego powodu, żeby wracać do realnego świata. Tutaj czekał ją ból, cierpienie... Poczucie braku samodzielności, który uwierał w dumę. Przecież nie była tak stara, by inni musieli się nią opiekować, a teraz leży pozbawiona władzy w nogach. Miała ochotę jeszcze się zdrzemnąć na moment, wrócić do tego przyjemnego miejsca. Zwyczajna wioseczka, a przynosiła tyle ciepła w sercu, że nawet zupka tak nie rozgrzała wcześniej. Na dodatek nadal miała na sobie opatrunek, więc w sumie ciemność mogłaby w tym bardzo pomóc, ale nie takie przyjemności dla Anshii były zapowiedziane. Chociaż w duchu modliła się, że być może uda się to zmienić. Znów biegać, cieszyć się soczystą zielenią trawy, ciepłem słońca, delikatną morską bryzą. Uśmiechnąć się do swoich kompanów, odlecieć gdzieś w siną dal. Tak, to wydawało się być zdecydowanie lepsze od realiów. Miała tylko cichą nadzieję, że wkrótce los się odwróci, że wszystko się odmieni.
Dziewczyna miała już ziewać, kiedy to jej uszu dobiegły słowa staruszki. Gdyby nie to, że praktycznie nie może się ruszać, to pewnie podskoczyłaby na łóżku, ale zamiast tego mogła tylko cicho jęknąć. Słuch sparaliżowanej nadal działał bez zarzutu, to też dość dobrze słyszała wszelkie emocje jakie zostały umieszczone w tych słowach.
- Co się... - Nie zdążyła dokończyć, bo poczuła na sobie opiekuńcze dłonie staruszki. Od razu poczuła się lepiej, a na pewno bezpieczniej. Przynajmniej już była pewna, że nie jest sama w pomieszczeniu, chociaż właściwie to nie zastanawiała się nad tym, ale to taki zwykły strach dla kogoś, kto nie widzi i jest to stosunkowo nowa sytuacja. Chwilę później tylko czuła jak opatrunek stopniowo znika z jej oczu. Powoli, warstwa za warstwą, ruch za ruchem, znikał materiał z twarzy mistyczki.
- Latałam? Skąd pani wie... Z resztą, niby czemu odzyskuję wzrok? - Anshia jeszcze nie miała okazji otworzyć oczu, to też nie wiedziała co ją czeka za moment, ale o ile polubiła staruszkę, o tyle jej teraz nie dowierzała. Oczywiście miała ochotę już natychmiast otworzyć swoje ślepia, ale tylko prośba jej opiekunki ją powstrzymała, że aż zagryzła wargi.
- No to jak widzę, to czemu nie mogę otworzyć oczu? To jest okropne! W ogóle wszystko jest okropne ostatnio. - Sam fakt amnezji przyprawiał kobietę o niemałą irytację, a sumując to z paraliżem dolnej partii ciała i jak się okazało tymczasową utratą wzroku... Tak, to dawało razem mieszankę wybuchową.
Zgodnie z poleceniem, dość niezdarnie złapała za szmatkę, która przykryła jej oczy. Przez brak możliwości patrzenia, jej łapanie czegokolwiek wiązało się z większą ilością czasu na to poświęconą. Szlag by trafił tego, co tak ją urządził, naprawdę, tylko wyzdrowieje i dowie się co się stało, co za tym idzie nakopie komuś do czterech liter. Z tych płytkich rozmyślać, wyrzucił ją dźwięk stawiania czegoś na parapecie. Jedną z niewielu zalet tej całej sytuacji było to, że słuch kobietki działał bez zarzutu, a może nawet odrobinę lepiej? Później tylko niania pomogła Anshii odwrócić się plecami do okna, bo jak się okazało, została postawiona tam świeczka...
- Czy teraz jest noc? - Zapytała zdziwiona. Właściwie to i tak pora dnia nie robiła różnicy, każda była beznadziejna, ale nie zmieniało to faktu, że była ciekawa. Czyżby spała dużo dłużej niż powinna, a może chodzi jeszcze o coś innego?
Teraz wreszcie mistyczka mogła otworzyć oczy... Sęk w tym, że niezbyt chciała, albo nawet się bała. Wizja bólu wypalającego jej gałki oczne, a potem wszystkiego innego, dość skutecznie sprawiało, że teraz walczyła sama ze sobą. Nawet zachęta ze strony zielarki miała słabe działanie.
- Ale... - Mocno się wahała czy naprawdę powinna to zrobić, a może jeszcze zaczekać, dzień albo dwa. Przecież to niemożliwe, żeby z jej oczami już było na tyle lepiej, żeby mogła widzieć. Mimo to wreszcie wciągnęła powietrze do płuc, następnie zagryzła wargę i zaczęła majstrować ze szmatką. Delikatnie odkrywała swoje oczy, ale od razu przekonała się, że był to beznadziejny pomysł.
- Agrrrh! - Syknęła, przygryzając wargę praktycznie do krwi. Ostre światło od razu dało po oczach, które już cierpiały. Natychmiast zakryła się materiałem, a gdyby mogła to już w ogóle zwinęła się w kulkę. Szkoda tylko, że nogi to nadal były jakieś kłody niezdolne do niczego poza leżeniem plackiem. Coś czuła, że tak się skończy jej patrzenie, tylko jeden wielki upierdliwy ból, którego nie idzie niczym zwalczyć. Mimo to z drugiej strony pojawiła się dość ciekawa informacja. Anshia coś zobaczyła! Oczywiście, było to bolesne źródło światła, co za tym idzie, nic przyjemnego, ale coś widziała, co w sumie jest jakimś postępem w leczeniu. Tylko czy chciała znowu się narażać na nieprzyjemne spotkanie z blaskiem ognia... Chyba i tak już gorzej być nie mogło, więc właściwie co by zaszkodziło poza niemiłosiernym bólem. Aż zaśmiała się gorzko w myślach, ale no prędzej czy później będzie musiała stawić czoła faktu, że bez powrotu do używania oczu, może w ogóle jej odbije, albo sobie oślepnie, bo przecież "wygodniej" jest nie patrzeć bo boli, zamiast z tym walczyć.
- Niech będzie. - Wyszeptała do siebie, po raz drugi podchodząc do misji odkrywania szmatki. Tym razem robiła to dwa razy bardziej ostrożnie niż poprzednio, ale nie mogło to się udać idealnie. Blask dobiegający z kominka sprawił, że znowu cierpiała jakby musiała patrzeć w sam środek tarczy słonecznej, dlatego teraz skupiła się na podłodze przed sobą. Ona przynajmniej wyglądała znacznie spokojniej, a przy okazji nie świeciła sama z siebie, więc na pewno była to lepsza opcja od tego cholernego kominka. Anshia nadal dość mocno trzymała szmatkę, tylko delikatnie odchyloną, ale to był ogromny postęp. Przynajmniej miała siłę, by patrzeć.
Obecny stan pozwalał jej patrzeć przez chwilę, następnie robiła sobie trochę przerwy, czując jak jej oczy dopada uczucie zmęczenia. Zdecydowanie do najmilszych zajęć to nie należało, ale dobrze wiedziała sama przed sobą, że oczy to coś, co jednak jest istotne, co za tym idzie, warto się odrobinę wycierpieć, żeby później móc z nich znowu korzystać jak każdy normalny człowiek. Nie rozumieć czemu, miała wrażenie, że bez oczu czułaby się co najmniej niekompletna, jeśli nawet nie gorzej... Nieprzydatna? Ciężar dla innych? Tylko właśnie czy miała tych "innych", bo w sumie to nawet nie wiedziała gdzie ta śmieszna wioska dokładnie jest, czy może to były jakieś zwidy? Zwykłe pragnienie odrzucenia obecnej samotności na rzecz wyobrażenia sobie czegoś szczęśliwego, jak często mityzowane dzieciństwo? A nawet jeśli tamte osoby naprawdę istnieją, to czy pamiętają, że ona żyje? Czy może ich kontakty w jakiś sposób uległy zniszczeniu, ich więź zniknęła? Było tyle możliwych kombinacji... Również mogli zmienić miejsce zamieszkania, a ze swoimi nogami Anshia raczej nie mogłaby ich poszukać na własną rękę. Ta cała sytuacja sprawiała, że białowłosa czuła się niezmiernie zagubiona, trochę uwięziona w sieci pająka, którego powinna pokonać... Tylko czy była teraz w stanie to zrobić? A może powinna poudawać jeszcze bezbronną ofiarę?
- Jak to jest możliwe? - Zapytała się niani, kiedy wreszcie uświadomiła sobie, że chociaż w kominku pali się ogień, co za tym idzie jest jakieś źródło światła, to w pomieszczeniu jest ciemno, co więcej ona nawet jakoś widzi w ciemności. Może to nie był jakiś sokoli wzrok, ostrość obrazu na poziomie orła, ale no nawet dawała radę widzieć co się dzieje. Z każdą chwilą, obraz stawał się coraz bardziej przejrzysty, co jeszcze bardziej dziwiło kobietę.
- Ja widzę... Ciemno, ale to tak jakby tej ciemności nie było... Nie wiem do czego to porównać. - Szukała dobrego określenia w swoich myślach, by być chociaż w jakimkolwiek stopniu zrozumiana przez Zeldę. Rzeczywiście trudno było odnaleźć do tego jakieś logiczne słowa, żeby jednocześnie nie wyszła na jakąś wariatkę, ale z drugiej strony czuła się winna wyjaśnień tej kobiecie, bo przecież się nią opiekowała.
- Jakby to powiedzieć, to tak jakby moje oczy, a ciemność tutaj, potrafiły się zrozumieć. Przecież ludzie słabo widzą w nocy, prawda? - Anshia znowu poczuła to nieprzyjemne ukłucie zagubienia w sercu. Nie mogła zrozumieć kim jest, bo wciąć tego nie wiedziała, nie pamiętała co spowodowało, że jest tutaj w takim stanie, a nie innym.
- Czy to normalne... A może jest ze mną gorzej? - Niby nie powinno tak być, ale białowłosa już nawet nie wiedziała czy jest człowiekiem, a może jakąś bestią. Przecież jeszcze pół godziny temu była ślepa. Nawet biorąc pod uwagę fakt kuracji w wykonaniu niani Zeldy, to przecież nielogiczne, że tak szybko jej oczy się zaadaptowały do ciemności. Coś tutaj zdecydowanie nie grało, ale to tylko kwestia czasu, aż dojdzie do tego co. Niemniej miała później chwilę, żeby się nad tym poważniej zastanowić, teraz natomiast czekała zielarka, żeby coś jej powiedzieć. Tym razem dostała polecenie, by spojrzeć na kociaka. Wyglądał zwyczajnie, ot posilał się nad miską, nic niezwykłego, jednakże to co działo się później, sprawiło, że mistyczka spojrzała na sprawę zupełnie inaczej. Owszem, koty należą do tych stworzeń, od których na ogół lubi bić zgrabny, wręcz dumny, a jednocześnie lekki krok, ale nie w tym przypadku. Rudzielec wydawał się z lekka zagubiony, jakby coś mu się nie zgadzało. Anshia patrzyła z zainteresowaniem, próbując zrozumieć o co chodzi. Dopiero kiedy wąsem dotknął nogi stołu, coś zaświtało kobiecie. Czyżby miał problem ze swoimi zmysłami? Teorię potwierdził, kiedy próbował wejść na krzesło. Normalnie zwierze by się rozejrzało, a nie macało łapkami powierzchnię. Mistyczka miała już pytać co się stało i dlaczego pupil zielarki się tak zachowuje, ale ta ubiegła ją z odpowiedzią.
- Czy to naprawdę możliwe? - Wyszeptała przerażona. Niby fajnie, bo powoli zdrowiała, ale czy chciała ponosić przy tym taki koszt? Znowu tysiące myśli zaczęło się zbierać do głowy białowłosej, na walne zebranie wszystkich negatywnych pomysłów. Oto się zaczęło, coś co właściwie nie powinno mieć miejsca.
Spojrzenie kobiety skrzyżowało się na moment z pustym, kocim. Anshia poczuła się winna, że teraz rudy pupil niani musi cierpieć, bo jej coś się stało, a nawet ich nie znała. Przecież ten kot niczego złego nie zrobił, to dlaczego teraz nie widzi... A może mistyczka dlatego ma teraz taki dobry wzrok, bo w jakiś sposób odebrała go kotu? Przecież one widzą w ciemności o niebo lepiej od ludzi, więc właściwie wydawało się to logiczne dla białowłosej, że to właśnie przez rudzielca może z taką lekkością widzieć w półmroku. Teraz już naprawdę zaczynała myśleć, że jest jakimś potworem. Co jeśli to właśnie dlatego to wszystko się stało? Może była niebezpieczna dla innych, a ktoś kto nie miał o tym pojęcia, zniósł ją tutaj? Coraz więcej myśli, pytań, niepewności i strachu kłębiło się w głowie Anshii. Z każdą chwilą zdawała się przekonywać do tego, że tak naprawdę jest jakimś potworem, a wszystko co miało miejsce ostatnio było tylko po to, by uciszyć jej bestialskie zapędy...
Czyżby jej sen miał w jakikolwiek pomóc w rozwiązaniu zagadki kim jest? A może mógł coś wytłumaczyć, czego bardzo teraz potrzebowała. Anshia zastanawiała się dlaczego to wszystko się stało. Przecież była zwykłym dzieckiem, a przynajmniej na to wskazywał sen, który miała okazję przeżyć. Taki realny, niemal namacalny. Do tej pory czuła tę miękką trawę pod stopami... Z drugiej strony patrząc na to, była nadzieja, że może jednak znów będzie chodzić. Odzyska władzę w nogach i dowie się kim naprawdę jest. Może komuś zależało, żeby tak skończyła, nie pamiętając kim jest, a co jeśli teraz jest w niebezpieczeństwie? Chciała uciec, ale nie miała jak... Do tego od natłoku myśli, zabolała ją głowa. Niemniej potok nadal trwał w najlepsze. Równie dobrze mogła być bestią, tylko zręcznie ukrytą w takim ciele. Skoro teraz kot tak cierpiał przez nią, to czy może wkrótce nie staną się kolejne dziwne rzeczy? Idąc tym tokiem myślenia, może również stracić czucie w łapkach... A co jeśli naprawdę nieprzypadkowo została na skraju życia i śmierci? Może miała umrzeć, bo była zagrożeniem dla świata. Najgorsze było to, że nie mogła porozmawiać z osobą, która ją wybawiła. Czy miała świadomość kim tak naprawdę była i być może jest Anshia? Ta cała sytuacja staje się niemiłosiernie zawiła.
- A co jeśli jego łapki skończą jak moje nogi? A co jeśli to jest na stałe? - Zapytała otwarcie niani, bo czuła się kompletnie zmieszana i zrezygnowana. Może powinna się stąd wynosić, tylko jak, skoro nie mogła ruszać nogami... Po prostu szlag ją trafiał, bo nic nie mogła zrobić ze sobą.
09.10.2016, 23:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#13

MG


Niania była tuż obok białowłosej dziewczyny. Odplątywała bandaże z jej głowy.
- Spokojnie dziecinko.- mówiła cicho uspokajając ją.- Mówiłaś przez sen. Bardzo często ludzie kiedy majaczą mówią przez sen. Nawet jeśli wcześniej nie zdarzało ci się to robić tak teraz jest to możliwe. To nam pokazuje że twoje ciało i umysł wciąż nie powróciły do swej pierwotnej sprawności. Zaraz zobaczysz skarbie czemu mi się wydaje że odzyskujesz wzrok... I obym się nie myliła.- tłumaczyła jej spokojnie powoli rozwiązując opatrunek na głowie białowłosej mistyczki. Ostatnie słowa znachorka wypowiedziała z pewną dozą niepewności. Tak naprawdę niania Zelda jedynie domyślała się że Anshia odzyskuje wzrok. Widziała jak jej kocur stracił tej nocy wzrok i przypuszczała że poczciwe kocisko "wyciągało" na swój sposób chorobę z dziewczyny.
- Tak. Jest jeszcze noc. Za dwie może trzy godziny będzie świtało.- odpowiedziała staruszka na pytanie białowłosej dziewczyny.- No dalej dziecinko. Zobaczmy jak z twoimi oczami jest.- zachęcała niania do działania.
Po pierwszej nieudanej próbie niania przytuliła Anshię i pogłaskała po głowie.
- Twoje oczy mogą być teraz bardziej wrażliwie. No dalej dziecinko. Powolutku. Bez pośpiechu. Niech oczy się zaczną same przyzwyczajać do panujących warunków.- zielarka starała się podnosić na duchu swą rekonwalescentkę i jednocześnie zachęcała by się nie poddawała.- Może patrz wpierw w dół i powoli podnoś wzrok.
W końcu dziewczyna ponowiła próbę i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Nianię wręcz rozpierała duma na ten widok. Zawsze radowała się kiedy chorzy powoli wracali do zdrowia a w tym przypadku ta dziewczyna zrobiła pierwszy krok do powrotu do zdrowia. Co prawda przed nią jeszcze wiele dni mordęgi ale ważne że się idzie naprzód.
- Ale że co?- zapytała łagodnie niania bo z początku białowłosa nie wyjaśniła o co chodzi. Dopiero kiedy mistyczka powiedziała że widzi w ciemności tak jakby tej ciemności nie było to znachorka zrozumiała o co jej chodzi. Z początku widać było na jej obliczu konsternację bo tak naprawdę nie wiedziała czemu tak się dzieje. Podeszła jedynie bliżej i przyjrzała się jej oczom. Co prawda twarz mistyczki była skryta nieco w cieniu więc i oględziny nie były dokładne a sama niania nie chciała brać świeczki i przyświecać sobie bo znów dziewczyna mogłaby poczuć ból w oczach.
- Dziwne. To nie jest normalne.- staruszka przyznała rację dziewczynie.- Mam wrażenie jakbyś miała oczy podobne do.... kota.- ostatnie słowa wypowiedziała po chwili przerwy spoglądając jednocześnie w stronę rudowłosego mruczka śpiącego w jej bujanym fotelu.- To znaczy budowę oka masz tak jak wszyscy... Ale źrenice.... One się rozszerzają bardziej niż u większości ludzi... Właśnie u kotów źrenice poszerzają się niemalże na całą tęczówkę.... Zadziwiające...- niania mówiła z przerwami. Jakby szukała odpowiednich słów by nie przerazić dziewczyny która i tak już była przestraszona. Znów spojrzała z zakłopotaniem na kota a potem na dziewczynę.
- A może to moja wina?- zapytała sama siebie ale zaraz potem pokiwała głową.- Nie. To niemożliwe. Kot nie przekazałby ci swojej zdolności widzenia w ciemności. On może wyciągać chorobę ale nie przekazywać swych cech. A może to co się stało z tobą spowodowało zmianę w twych oczach?- zadała pytanie staruszka choć nie spodziewała się że otrzyma odpowiedź skoro dziewczyna straciła pamięć.
Widząc również zakłopotanie dziewczyny na widok kota i jednocześnie troskę że z jej winy kot oślepł.
- Spokojnie dziecinko. Paraliż może być spowodowany czym innym. Jeszcze nie wiem jak za niego się zabrać i nawet nie wiem czy dam radę ci w tej kwestii pomóc. Ale w razie czego wiem kto mógłby ci pomóc jeśli o to chodzi.- z początku niania wiedziała że tymi słowami podłamie nieco dziewczynę lecz ostatnie zdanie wypowiedziała już z nadzieją i pewnością w głosie.- Dla mnie ważne jest byś wróciła do pełnej sprawności umysłowej i nabrała siły. Nogami zajmiemy się na końcu. Oczywiście to nie będzie tak że je totalnie zaniedbamy.- dodała pośpiesznie żeby dziewczyna się przypadkiem nie załamała.- Codziennie je będziemy masować i zginać by mięśnie nie zwiotczały a i będziemy sprawdzać czy czucie powraca. A w tym czasie będziemy rozmawiać i poznawać się nawzajem. A najbardziej postaramy się poznać ciebie samą.
Staruszka usiadła na skraju jej łóżka i nakryła jej dłoń swymi sękatymi dłońmi.
- No opowiadaj dziecinko. Co ci się śniło. Czego się dowiedziałaś. Sny są niekiedy projekcjami naszego umysłu. Możesz czegoś nie pamiętać ale to nie znaczy że twoja pamięć została totalnie wymazana. To co przeżyłaś może powracać w snach. Oczywiście to co śniłaś może być prawdą i nieprawdą jednocześnie. Część z tego co się śni może być prawdą a część zwykłym marzeniem sennym.- niania zachęciła dziewczynkę do opowiedzenia jej snu. Miała w tym też inny cel. Dziewczyna była wciąż osłabiona. Skupiając się na opowieści odwraca się uwagę od problemów jaki jest obecny stan zdrowia białowłosej. Skupiając się na opowieści dziewczyna powinna lepiej się poczuć, sen nie był przykrym wspomnieniem. Tym samym dziewczyna powinna się rozluźnić a na koniec powoli zasypiać z wyczerpania.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






24.10.2016, 11:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#14

Białowłosa delikatnie wtuliła się w kobietę, kiedy ta ją pocieszała po pierwszej nieudanej próbie. Może to nie uśmierzało jej bólu, który musiała teraz przeżywać, ale przynajmniej nie czuła się totalnie osamotniona, a wsparcie kogokolwiek sporo znaczyło w tym momencie. Z resztą trudno się dziwić, mało kto miałby ochotę przechodzić takie katusze zupełnie sam. Takie sytuacje tylko uświadamiały, jak bardzo obecność drugiej osoby może stać się potrzebna do przeżycia. Co jak co, ale Anshii taka nauka była potrzebna, zwłaszcza, jeśli zostałyby w niej jakiekolwiek naleciałości z dawnego jej jestestwa, kwestia tylko czy była ich w jakikolwiek sposób świadoma, a może w całości już wyparła je ze swego wnętrza. Szczerze powiedziawszy to trudno było to określić, bo skoro nie pamiętała jaki żywot prowadziła wcześniej, to automatycznie odbiera swoje obecne zachowania za stosunkowo zwyczajne, nawet jeśli są zupełnie inne od nich, a dzieją się tylko dlatego, że mistyczka czuje się kompletnie zagubiona i nie ma pojęcia co ze sobą właściwie zrobić.
Kiedy niania zbliżyła się, by dokonać wstępnych oględzin jej wzroku, Anshia poczuła się przez moment nieswojo. Nie przyzwyczaiła się jeszcze do tego, że może być obserwowana niczym królik doświadczalny, obiekt ciągłych badań i testów. Mimo to w duchu dziękowała, że Zelda nie wzięła ze sobą świeczki, co by sobie przyświecać i dokładniej zbadać sprawę. Może z werdyktem należało zaczekać jeszcze kilka dni, bo równie dobrze to mógł być tylko taki przejściowy stan spowodowany użyciem medykamentów i ich nieoczekiwanym skutkom ubocznym. Kto wie, może była uczulona czy coś. Kiedy kobieta tylko wspomniała, że oczy białowłosej są podobne do kota, od razu wyrwało się z ust mistyczki.
- A nie mówiłam?! – Krzyknęła z całym zapałem jaki miała w sobie wobec swojego pomysłu, że może jest bestią, która kradnie innym różne cechy i oddaje innym swoje problemy. Oczywiście nie rajcowało ją, że mogłaby być takim stworzeniem, ale z drugiej strony powoli w duchu zaczęła tkać sobie pozytywy takiej sytuacji. Następnie z możliwymi rozwiązaniami istniejącej sytuacji. Początkowo niezbyt pasowały z wcześniej przyjętym konceptem zdarzeń, jaki już sobie białowłosa przyjęła, ale z drugiej strony mogłaby się przecież mylić. Jeszcze nie wróciła do pełni sił fizycznych, a tym bardziej umysłowych, skoro nadal miała olbrzymie braki w swojej pamięci.
Kobieta zaczynała się bać samej siebie. Co jeśli ona naprawdę była jakaś bestią, która została unieszkodliwiona dla bezpieczeństwa tego świata? Ale z drugiej strony nadal żyła, tylko po prostu straciła wspomnienia i wszystko co z tym związane. Tak bardzo chciała zrozumieć co się stało, dlaczego to spotkało akurat ją. Może jakoś mogłaby odkręcić to wszystko, naprawić jakieś grzechy przeszłości i sprawić, że wszystko wróci do normy. Przecież Anshia czuła, że nie mogła być złą osobą. Owszem, nikt nie jest ideałem, zbiorem czystych zalet, bez żadnej wady, ale no przecież z pewnością musiała mieć w sobie jakąś cząstkę świata. Dobrym pytaniem było, gdzie jej szukać, bo gąszcz utraconych informacji o przeszłości ani trochę nie pomagał.
- Niemożliwe..? Chociaż sama nie wiem. Najgorsze jest to, że niczego nie pamiętam. Gdybym tylko miała swoje wspomnienia, zapewne cała ta zagwozdka zostałaby praktycznie od razu rozwiązana bez większych problemów. Obym tylko odzyskała chociaż wiedzę, gdzie jest moje miejsce czy coś. Co jeśli ktoś na mnie czeka, albo szuka? To wszystko jest takie niesamowicie skomplikowane, kiedy nie wie się, kim tak naprawdę się jest. – Westchnęła smutno na koniec, zastanawiając się co ze sobą począć. Niestety tutaj pojawiał się kolejny problem, dotyczący obecnego paraliżu u białowłosej. Na jej nieszczęście, obecna opiekunka nie mogła nic z tym zrobić, a to nie pocieszało Anshii, która nawet dowiadując się, że Zelda zna kogoś, kto mógłby coś poradzić, nie czuła się najlepiej. Dobrze, że istnieje taka osoba, ale chyba wolałaby nie zmieniać osoby, u której akurat przebywa. Tak jakoś jej dobrze tutaj siedzieć.
Słysząc zapewnienia, że jej opiekunka postara się wszystkim zająć, białowłosa poczuła się nieco lepiej. Znacznie przyjemniejszą wydawała się wizja, że jednak będą podejmowane próby przywrócenia jej do sprawności, nawet jeśli niekoniecznie będą one zapewniały powrót do biegania czy skakania po miesiącu. Niemniej sam fakt, że ktoś chce się starać był nad wyraz podbudowujący.
- Poznać mnie samą? Kiedy nawet nie wiem kim tak naprawdę jestem? Bo cóż z imienia, skoro właściwie nic nie mówi. Anshia to… Anshia no… Nic, po prostu nic. Trudno również będzie założyć, że ktoś mógłby mnie tutaj znać… Chociaż gdybym miała takie szczęście, to z pewnością to wszystko stałoby się po wielokroć prostsze. Mając kogoś, to zdołałby mi podpowiedzieć coś konkretniejszego. Kim byłam, czym się zajmowałam. Wiesz, nawet takie najprostsze informacje nie wymagające utrzymywania w wyjątkowych sekretach pod warunkiem wieczystej ciszy na ten temat. Zamiast tego nie mam pojęcia od czego zacząć. Boję się, bo nie wiem czy tak naprawdę nie jestem niebezpieczna? Niby kot wyciąga ze mnie chorobę, biorąc część brzemienia na siebie, ale czy to nie posuwa się za daleko? Może jest w tym jakaś moja nieświadoma ingerencja, trudno mi powiedzieć. Naprawdę przepraszam za kociaka, nie chciałam, żeby teraz był niewidomy. Mam tylko nadzieję, że to z czasem mu przejdzie i odzyska pełną sprawność. Z resztą i tak już jestem mu wiele dłużna. – Nieśmiało uśmiechnęła się, unosząc lekko kąciki swoich ust. Anshia czuła się nieco przybita swoim stanem, ale dobrze wiedziała, że teraz to już może być tylko lepiej, dlatego lepiej zacisnął pięści i iść do przodu. Wtedy także poczuła dotyk niani, który tylko ją podbudował. Następnie wciągnęła powietrze, przymknęła na moment powieki i delikatnie staczała się do swoich nowych wspomnień. Podobno miała teraz opowiedzieć co przeżyła podczas snu… No cóż, nadchodzi ciekawa historyjka o tak niemożliwych rzeczach, że to się w głowie nie mieści.
- Naprawdę powinnam o tym wspominać? Ale skoro chcesz posłuchać o tym, to właściwie czemu nie, tylko nie wiem od czego zacząć. – Mistyczka zaczęła się zastanawiać co właściwie było początkiem, kiedy zobaczyła swój biały kosmyk włosów. Ostrożnie, złapała go dłonią i rozciągnęła przed oczami, nie dowierzając temu co widzi.
- No to chyba już wiem… Wyobraź sobie, że stałam na klifie, przede mną morskie fale uderzające o litą skałę, stado ptaków, które tylko czekały, by rozpocząć polowanie na drobne rybki i ja. Mała, sześcioletnia ja z rozpuszczonymi, ciemnobrązowymi włosami, stojąca boso na mięciutkiej trawie. Zdecydowanie wyglądałam zupełnie inaczej niż teraz, bez ran, ubrana w zwykłą sukienkę, która równie dobrze mogłaby być przedłużoną tuniką. Taka najnormalniejsza w świecie, żadne udziwnienia. – Zrobiła na moment pauzę, wracając myślami do tamtego momentu. Teraz jednak zdawało się, że ten sen widzi z perspektywy trzeciej osoby, jakby tam była, ale jednak niezupełnie. Stała obok swojej młodszej wersji, ubrana w czarny, lniany płaszcz za kolana. Niemniej dziewczynka nie zwracała na nią uwagi, jakby obecna Anshia w ogóle nie istniała. Nawet kobieta do niej pomachała, ale młoda nawet nie zareagowała.
- Cieszyłam się tym, że jestem akurat w tym miejscu. Bliskość natury, praktycznie graniczące z połączeniem z nią. Wspaniałe uczucie, kiedy możesz doznać jednocześnie praktycznie każdego żywiołu w jednym czasie. Ciepło słońca niczym ogień, rozgrzewa Twoje siły i nadzieję. Powiew wiatru, niezwykle orzeźwiający, pobudzający do działania. Woda, która uderzała w skałę, na której stałam. Jej kojący szum, niepowstrzymana siła, która uporczywie wykonywała swoje zadanie, a na końcu ziemia. Klif, a na nim porastała mięciutka, wręcz łaskocząca w stopy, trawa. Do tego skała cały czas stawiała opór wodzie, która chciała go podmyć. Idealne połączenie czterech elementów w jednej chwili. Doskonałość tego świata, a być może wyobraźni nie przestaje mnie zaskakiwać. – Anshia cały czas miała zamknięte oczy, będąc wyobraźnią we wspomnieniu snu. Jakkolwiek to zabawnie wyglądało, bo perspektywa trzeciej osoby w tym, co właściwie przeżyło się kilka godzin temu, musiała być czymś nowym dla mistyczki. Niemniej być może w ten sposób dostrzeże coś więcej, dowie się czegoś ciekawego o swoim dawnym życiu.
- Chyba najlepsze było w tym to, że stałam o własnych siłach. Wszystko czułam tak dokładnie, jakbym to naprawdę przeżywała. Wiesz, bez tych ograniczeń typu brak czucia w kończynach, wcześniejszy problem ze wzrokiem czy cokolwiek, byłam po prostu zupełnie zdrowa. Cudowne uczucie, właściwie chciałabym tam wrócić. Bycie takim dzieckiem, zabawa z przyjaciółmi, to o wiele, wiele lepsza wizja niż leżenie uziemioną w łóżku. – Westchnęła cicho, zastanawiając się przez moment, czy może jednak poradzi sobie z tymi chwilowymi, bądź stałymi niedogodnościami z nogami.
- Rodzice byli rybakami, zwyczajnymi ludźmi z wioski. Swoją drogą ta osada miała może kilkanaście domów, chociaż część śmiało nazwałabym typowymi lepiankami. Na szczęście mój wyglądał dość zwyczajnie, w sensie nie zdawał się być ulepiony z błota. Ot, drewniana chatka, nic szczególnego co by zostało w mojej pamięci. Moi rodzice natomiast… Wcześniej wspominałaś, że dość solidnie wyglądam? Chyba wiem już po kim. – Zachichotała przez moment, przypominając sobie jacy byli jej rodzice, zwłaszcza ojciec. Zdecydowanie jeśli miała po kimś odziedziczyć konkretną postawę, to właśnie on wyszedł na głównego kandydata w tym wyborze. Niemniej dość szybko uświadomiła sobie, że właściwie to przecież był sen, nie musiał się koniecznie zgadzać w pełni z prawdą, ale i tak przecież chichotała na wspomnienie kogoś kto był jej ojcem. Powinna się chyba poważnie nad sobą zastanowić, bo chyba to co się wydarzyło zanim się tutaj znalazła, nieźle jej namieszało w główce.
- Zbyt wiele z nimi nie porozmawiałam, bo za chwilę wyruszali na połów ryb. Wiesz, jak pojawiały się te nieznośne mewy, to wszyscy wiedzieli, że dużo się wtedy złowi, chociaż chyba wszyscy nienawidzili tych ptaków ze szczerego serca. Nie bały się ludzi, traktowały ich jakby nie istnieli. Niemniej no zostałam wtedy sama w domu i miałam na kogoś czekać. Skoro nie było nikogo, to po prostu zajęłam się czymś, chyba przeglądaniem naczyń i malunkom, ale nie mogę sobie przypomnieć co dokładnie na nich było. Wiem tylko, że to nie były zwyczajne obrazy, ale w tym momencie nie jestem w stanie więcej o nich powiedzieć. Niemniej we śnie był też kociak, z którym się bawiłam. Był taki mięciutki i puszysty. Czarny z białym czubkiem ogona i lewą łapką. Chyba wabił się… Śpioch? Tak, nazywałam go Śpiochem, ciekawe dlaczego? – Uśmiechnęła się, być może bardziej sama do siebie, ale właściwie tak logicznie patrząc, to teraz Anshii pozostawał tylko sen, może ten kot miał coś konkretnego znaczyć? Mistyczka bardzo chciałaby to wiedzieć, ale pewnie nie będzie jej to zbyt szybko dane, chociaż kto wie? Możliwe, że kolejne sny rzucą trochę światła na to. Teraz tylko wyczekiwać kolejnych, wartych uwagi i zapamiętania, a przede wszystkim pozostawienia w pamięci jak największej ilości informacji z nich pochodzących, bo być może kiedyś się to przyda.
- Wiem, że się z nim przez chwilę bawiłam, taki słodki… Kot, który tylko by spał i spał, ale potem co robiłam? Nie pamiętam. Może nie było to nic wyjątkowo istotnego i dlatego o tym nie pamiętam? Z resztą, to chyba nie jest ważne. Wiem tylko, że gdzieś tam pojawiła się czarna gwiazda, ale nie rozumiem jej znaczenia tam. Kojarzę, że się tam przewinęła pośród obrazów, ale no nie mogę nic konkretniejszego o tym powiedzieć. Biel i czerń? Jasne i mroczne płomienie? To też gdzieś się pojawiło, ale także i teraz nie mogę się wysłowić. Nie pojmuję tego wszystkiego, to takie niezwykle skomplikowane. Później już byłam z moimi przyjaciółmi. Lecieliśmy w powietrzu, niczym takie magiczne istoty. Sunęliśmy, nie patrząc na przeszkody, ale także nie przypominam sobie, żebyśmy mieli jakieś skrzydła czy coś. Po prostu to tak, jakbyśmy posiadali w sobie nieopisany rodzaj energii, który sprawiał, że mogliśmy tego dokonywać. To było naprawdę cudowne uczucie! Lecieć wzdłuż ścian klifu, patrzeć z góry na naturę, która była poniżej. Zdecydowanie jedne z lepszych obrazów jakie zapamiętałam! Nie, żeby przez moją niemiłą amnezję, nie miała innych przyjemnych widoków w pamięci, ale no sam zamysł. Jeśli wyobraźnia jest taka potężna w kreacji, to chcę chociażby jedną dziesiątą jej możliwości! Poza tym jeszcze chyba przed kimś uciekałam, a przynajmniej pamiętam, że gdzieś usilnie biegłam z jakąś inną dziewczynką. Tylko no, obraz już mam zamazany, nie jestem w stanie dokładnie powiedzieć dlaczego tak zasuwałam na swoich krótkich nóżkach… Ale z drugiej strony patrząc, to biegłam. Normalnie czułam nogi! Oby dało się te moje prawdziwe przywrócić do takiego stanu, byłoby naprawdę wspaniale. Z resztą, nie ma co się załamywać, będzie dobrze. – Po tych słowach, Anshia ziewnęła przeciągle, czując powoli jak zbiera ją ponownie na sen. Zamrugała jeszcze kilka razy, zastanawiając się czy powinna teraz zasnąć, czy może jeszcze spróbować być przytomną przez dłuższą chwilę. Walczyła ze sobą, po czym uznała, że lepiej się odezwać, by nie odlecieć od razu do krainy swoich niezbadanych snów.
- Zgaduję, że nie wiadomo jak dzienne światło działa na moje oczy. Może bezpieczniej jednak będzie mi tym razem się wyspać za dnia, a od jutra będzie można sprawdzać co się z nimi konkretnie dzieje, o ile w zupełności przejdzie mi ten światłowstręt. Okropna sprawa. – Jęknęła do siebie, po czym zaczęła przymykać swoje powieki. Rzeczywiście, czuła nadpływające zmęczenie, od którego już nie dało się uciec, poza tym byłoby to praktycznie niemożliwe, bo przecież w dalszym ciągu była uziemiona na łóżku, a nie ma drugiego tak dobrego miejsca do odpoczynku, jak właśnie to nieszczęsne wyrko. No cóż, Anshia musiała się z tym pogodzić, że teraz pora na kolejny sen, chociaż trochę nielogicznie, bo przecież nie robiła wcześniej niczego męczącego. Może jednak to było spowodowane tym, że jej organizm nadal był przemęczony i wyniszczony, przez co potrzebował znacznie więcej czasu na regeneracje, niż zazwyczaj? To także była dość prawdopodobna hipoteza, która miała jakieś logiczne podstawy w swoim rozumowaniu. Niemniej już nadchodziła pora, że białowłosa traciła swój kontakt z rzeczywistością i odpływała ku nieznanemu, swoim snom, które mogły być wszystkim i prawdą i największym kłamstwem w jej życiu. Kwestia, czy będzie w stanie jedno odróżnić od drugiego? Przed kobietą trudne zadanie, odzyskania tożsamości i informacji, kim była i właściwie jest.
27.10.2016, 23:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#15

MG


- Spokojnie.- uspokajała kojącym głosem niania Zelda.- Nie staniesz się kotem. To jest raczej niemożliwe. Chyba że...- tu staruszka spojrzała uważnie na białowłosą dziewczyną i spuściła wzrok.- Chyba że jesteś zmiennokształtną akolitką i wcześniej już zmieniałaś się w tego typu zwierzęta. Chociaż...- staruszka znów się zamyśliła.- ...Nie, nie sądzę by tak było.
Nie wiedzieć czemu ale staruszka miała przeczucie że dziewczyna raczej nie jest zmiennokształtną akolitką. Wnioskowała że może być akolitą, mędrcem albo mistykiem ale tak naprawdę mogła parać się wszystkim zanim nie straciła pamięci.
- Dlatego ważne są wszystkie sny jakie teraz będziesz śnić. Ważne będą wszelkie skojarzenia z przedmiotami jakie ujrzysz. Jeśli patrząc na coś uzyskasz przebłysk czegoś albo z czymś ci się skojarzy to znaczy że twój umysł rozpaczliwie próbuje odzyskać swą dawną sprawność. Widzisz...- staruszka mówiła kojącym głosem by uspokoić dziewczynę.- Nie wiemy jak straciłaś pamięć. Może to był wypadek a może coś innego. Może w twoim życiu zaszło coś ważnego, coś co sprawiło że twe życie całkowicie się odmieni. I w takim przypadku twój umysł zareagował w jedyny racjonalny i znany sobie sposób. Wymazać z pamięci to wydarzenie, ale czasami zdarza się tak że umysł wymaże z pamięci wszystkie wspomnienia. Tyle że...- staruszka zamyśliła się ponownie.-... to nie jest trwałe. Miałam już pacjentów z amnezją. Były przypadki że osoby odzyskiwały pamięć po kilku dniach a czasami potrzebowali do tego kilku lat. Były też przypadki że takie osoby traciły pamięć bezpowrotnie i zaczynały życie od zera, na nowo.
Staruszka poprawiła pościel na łóżku Anshii po czym znów usiadła obok niej patrząc prosto w jej oczy. Sprawiała wrażenie opanowanej i pewnej siebie. Nie chciała by białowłosa mistyczka straciła do niej zaufanie.
- Potraktuj amnezję jako zatrzaśnięcie pamięci w komnacie w głębi zamku czy innych podziemi. Teraz nasza rola polega na tym by dostać się do komnaty w której znajduje się twoja pamięć w najlepszy i najszybszy sposób jaki jest możliwy. Tyle że nie musimy posiadacz klucza do zatrzaśniętych drzwi.- staruszka uśmiechnęła się przyjaźnie do Anshii.- Mam tu parę rzeczy które mogą posłużyć jako wytrychy by otworzyć drzwi albo okna albo nawet posłużą jako szpadle do wykopania podkopu.- zielarka rozejrzała się po swej pracowni i zatoczyła ramieniem po pomieszczeniu.- Jeśli dobrze słuchałaś to mogłaś zapamiętać co ci podawałam przed twoim zaśnięciem.
Staruszka podeszła do stołu i tłumacząc dziewczynie zaczęła pokazywać składniki z których przyrządzała wcześniej napar i maści.
- Rhizoma eleutherococci. Podaje się go w stanach przemęczenia fizycznego i psychicznego. Pobudza pracę naszego umysłu. Kulczyba wronie oko. W większych dawkach jest trująca ale jeśli poda się jej odpowiednio mało to ma działanie lecznicze. Kulczyba wyostrza zmysły, to też może być dodatkowy powód czemu tak reagujesz na światło. Później owoce kulczyby zastosujemy by przywrócić czucie w twoich nogach. Czasami podaję ją właśnie przy paraliżu kończyn. Kocimiętka natomiast ma również działanie na nasz umysł. Uspokaja nas ale sprawia że jasno się myśli.- staruszka uśmiechnęła się do mistyczki i spojrzała na swego rudego sierściucha.- I sprawia że tak łatwo nie pozbędziesz Rudego.- niania zaśmiała się cicho. Prawie wszystko wyliczyła co zostało użyte w kuracji rekonwalescentki. Zielarka popatrzyła na swe okazałe zapasy ziół rozwieszone pod sufitem oraz rozmieszczone w przeróżnych słoiczkach na półkach.
- Zioła sprawią że twój umysł będzie bardziej otwarty. Dzięki temu możesz co i raz mieć jakieś przebłyski pamięci. Dlatego też tak ważne są również sny. Sny mogą nam pokazać co było kiedyś. Jedyne co trzeba zrobić to odsiać to co jest wspomnieniem realnym a co zwykłym marzeniem sennym.
Słysząc zakłopotanie dziewczyny z powodu kociaka staruszka machnęła ręką.
- Nim się nie przejmuj. Nie pierwszy raz towarzyszy chorym w powrocie do zdrowia.- odpowiedziała jej z lekkim uśmiechem. Podeszła do kota i wzięła go na ręce by go wygłaskać. Kociak zaczął głośno mrucząc poddając się pieszczotom.
Kiedy mistyczka zaczęła opowiadać sen usiadła obok niej na łóżku i słuchała uważnie. Nie przerywała. Nie chciała żeby dziewczyna straciła wątek. Wszelkie wątpliwości omówi z chorą kiedy ta skończy opowieść.
Kiedy dziewczyna wspomniała o sylwetce staruszka uśmiechnęła się.
- Czyżbyś odziedziczyła budowę po ojcu?- zapytała łagodnie.- Bardzo możliwe.- odpowiedziała sama sobie dając wiarę że ten fragment snu mógł być prawdziwy.- A włosy? Mówiłaś że byłaś brązowowłosa i to by było najbliższe prawdy. Pytanie tylko kiedy włosy zmieniły kolor?- staruszka postawiła kolejne pytanie bez znanej odpowiedzi. Lecz staruszka dała znak by kontynuowała opowieść dalej.
Na wzmiankę o kocie staruszka zaśmiała się cicho. Cały czas głaskała kota który już zdążył zasnąć i tylko mruczał cicho.
- Bo koty to śpiochy.- zachichotała cicho staruszka.
- Biel i czerń? Jasne i mroczne płomienie?- niania powtórzyła określenia wypowiedziane przez dziewczynę. Nie wiedziała jeszcze co oznaczają ale postara się poszukać tej symboliki w księgach.- To nie musi być nic istotnego. Ale czasami umysł chce nam coś przekazać za pomocą najprostszych przekazów co chce nam powiedzieć. W ten sposób może zsyłać do snów pewne symbole. Biel i czerń oraz płomienie mogą coś oznaczać. To mogą być jakieś istotne symbole.- niania sprawiała wrażenie że nawet jeśli ten fragment snu nie był prawdziwy to zawarta w nim symbolika jednak była bardzo istotna.
Kiedy chora białowłosa wyraziła swe obawy co do funkcjonowania za dnia staruszka pokiwała zgodnie głową.
- Zrobimy tak że będę cię budził kiedy zacznie zmierzchać a będziesz chodziła spać jak będzie świtać. I każdego dnia będziemy wydłużać czas by twe oczy prędzej czy później zaznały światła słonecznego i się z nim oswoiła. A jak się w dzień przebudzisz to nie otwieraj oczu. Masz tu opaskę.- niania położyła przy jej poduszce opaskę na oczy.- Jeśli będziesz chciała to zakładaj ją i wołaj mnie do pomocy a wtedy coś zaradzimy na twe dolegliwości.- niania wytłumaczyła w jaki sposób poradzą sobie kiedy po przebudzeniu Anshia odczuje problem czysto fizjologiczny.
Niania Zelda na koniec znów poprawiła pościel mistyczki tak by dobrze jej się spało. Po chwili chora znów pogrążyła się głębokim śnie.


Tak jak wcześniej się umawialiśmy to kolejny sen ma dotyczyć spektaklu teatralnego w którym jako młoda dziewczynka brałaś udział. I tu też mają towarzyszyć pozytywne emocje.
Jedyna ma prośba to tak zakończ post by sen się nie kończył przebudzeniem.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






01.11.2016, 19:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#16

Anshia przytaknęła po tych wszystkich instrukcjach i poszła dalej spać. Musiała przyznać, że bardzo tego potrzebowała, a nuż może jej ciało zacznie się szybciej regenerować i wróci do pełnej sprawności? Musiała być teraz dobrej myśli, bo przecież czekała na nią jakaś nowa przygoda! Otóż to, jej umysł stopniowo zanurzał się w ciepłej krainie snów, która mogła odmienić nadchodzący dzień – o ile oczywiście cokolwiek z niego wartościowego zapamięta. Odpływała coraz dalej i dalej, tam gdzie kończyła się władza świadomości, a zaczynała szaleć radosna wyobraźnia i podświadomość, która pragnęła przekazać coś nieszczęśliwej mistyczce.

Cichy dźwięk strzelającej świecy dochodził do uszu dziewczynki. Ta początkowo przekręciła się w bok, by być jak najdalej od źródła dźwięku, ale to nie pomagało. Leniwie ziewnęła, podkurczając swoje małe nóżki pod podbródek. Nie otwierając oczu wymacała jakiś materiał, po czym naciągnęła go na siebie licząc, że będzie jej cieplej. Niestety, to nic nie zmieniło, a z sekundy na sekundę Anshia czuła się coraz bardziej wybudzona. Nie miała ochoty się ruszać, przecież miała jeszcze trochę czasu, a tutaj było tak nieprzyjemnie zimno, tak jakby to ciało nie mogło się w żaden sposób ogrzać. Dlatego też w końcu uniosła swoje zaspane powieki, odruchowo odwracając wzrok od świecy. Syknęła pod nosem, chowając głowę w kocu.
- Naprawdę muszę? – Wystękała, po czym rozejrzała się po pomieszczeniu. Właściwie to sobie coś uświadomiła… Przysnęło jej się wcześniej.
Aktorka musiała odczekać naprawdę długo, spędzając ten czas w swoim pokoiku na rzeczy. Wpatrywała się w płomień świecy, cicho odliczając czas potrzebny na to, żeby wszyscy obecni opuścili salę. Zaciskała swoje drobne dłonie w piąstki, nie mogąc się już doczekać. Przebierała nóżkami, mając nadzieję, że jednak się nie pomyli i dzisiaj wreszcie będzie mogła się uśmiechnąć od ucha do ucha. Spojrzała w kierunku drzwi, które prowadziły do garderoby. Wkrótce miała się tam udać, żeby przygotować się do występu. Niemniej dziewczynka jako niezwykle młoda tutaj osoba, czuła nieustanną potrzebę szukania, zdawała się być ciekawa wszystkiego, nawet rzeczy zwyczajnych i rutynowych, bo dzisiaj wszystko stało się zupełnie inne, nowe. Miała przed sobą nowy występ, coś na co każdy tutaj czekał. Nie każdy miał tutaj taką szansę, ale jakimś cudem jej się udało. Niektórzy powiadali, że to zasługa niezwykle wpływowego wujka tej osóbki, a inni, że to po prostu czysty talent. Mało kto jednak znał prawdę, która kryła się za zamkniętymi drzwiami. Przecież trudno, żeby każdy mógł znać wszystkie fakty o drugiej osobie i analizować je w pełni obiektywnie, pozbawiając siebie tym samym prawa do jakiejkolwiek oceny własnym osądem. Niemniej ona znosiła to wszystko z uśmiechem na ustach. Taka miała być droga tej niezwykłej osoby, która i teraz czuła zew przygody. Pewne rzeczy po prostu nie znikają wraz ze zmianą miejsca zamieszkania. To, że już nie żyła na wsi, pośród szumu fal i krzyków mew, nie oznaczało, że nie chciała być wolna. Nadal jej serce pragnęło latać pośród chmur, biegać po trawie na boso i robić z matką garnki, ale to musiało zaczekać. Wiedziała, że kiedyś powróci do domu, tego była pewna. Niemniej teraz należało zyskać wiedzę, pewne wykształcenie i znajomości, które w przyszłości pozwolą jej zapewnić lepszy byt, a być może także pomóc rodzicom. Kto wie czy bycie prostymi rybakami ich po prostu kiedyś nie zmęczy, na każdego przychodzą stosowne lata starości i odpoczynku, a nie wiadomo czy poradzą sobie z nimi sami. Serce tej drobnej dziewczynki zawsze rozpalało się niezwykłym ciepłem, kiedy tylko myślała o swoich rodzicach. Byli dla niej niesamowitymi ludźmi, którzy dali jej coś, co będzie pamiętać do końca swoich dni. Nazywało się to ciepłem domowego ogniska, coś czego cząstka stanie się nierozerwalnym kawałkiem ducha. Świątynią, do której tylko ona ma dostęp i gdzie jedynie ta osoba będzie mogła wznosić swoje modły, nadzieje, zwycięstwa, żale i porażki. Ostatni łącznik między nią, a rodzinnym domem. Na swoje nieszczęście jeszcze nie umiała pisać, chociaż starała się chociaż raz w tygodniu poświęcać trochę czasu na naukę tej niezwykle ważnej umiejętności. Chciała w niedalekiej przyszłości napisać list, w którym opowiedziałaby o tym, że wkrótce będzie mogła konkurować o tytuł najlepszej młodej aktorki. Tak, naprawdę młodej aktorki. W porównaniu do reszty towarzystwa, dość często czuła się jak zwyczajne dziecko, które wzrostem nie dorasta zbyt wysoko. Niemniej miała nadzieję, że za kilka lat się to zmieni i będzie mogła patrzeć innym w oczy, nie musząc jednocześnie zwracać głowy do nieba.
Szatynka podniosła się z krzesełka, ostatni raz zwracając się dzisiaj do świecy. Uśmiechnęła się od ucha do ucha, zbliżając twarzą do płomienia.
- To już czas, trzymajcie kciuki! – Po czym mocnym dmuchnięciem zgasiła ogień i wybiegła z pomieszczenia, trzaskając drzwiami. To była jej chwila, której nikt nie zepsuje! Biegła co sił w nogach, miała na sobie wsuwane, skórzane buciki, do tego lniane spodnie w kolorze brązowym i różową koszulkę z krótkim rękawem. Dziewczynka ceniła sobie prostotę i wygodę w swoim ubiorze, dlatego nie dziwił nikogo fakt, że ubiera się zdecydowanie zbyt mało dostojnie w stosunku do swojej powinności. Był to także kolejny powód, dlaczego inni patrzyli na nią z góry – w dalszym ciągu ceniła sobie swoją wiejską modę bardziej od tej panującej w stolicy. Praktycznie żadne argumenty nie trafiały do niej jeśli chodziło o przejście na chodzenie w długich spódnicach, a co dopiero zwiewnych kieckach! A fe! Najgorsza rzecz pod słońcem dla niej i nie zapowiadało się na zmianę zdania dotyczącej ubierania się.
Dziewczynka przebiegła szybko przez garderobę, widząc całe szafy strojnych sukni i kostiumów, które były szyte na zamówienie szlachciców. Trzeba było przyznać, że lubili sobie sypnąć złotem, bo mieli taką zachciankę. Z resztą to znacznie poprawiało ich wizerunek, a to, że mieli na tym swoje prywatne zyski i udziały, to już inna sprawa, przecież nikt na to nie patrzył. Niemniej cały teatr mógł śmiało korzystać z bogatego zaplecza, a jak czegoś brakowało, to nie było problemu znaleźć na to sponsora. Praktycznie całe zyski ze wstępu przeznaczano na wypłaty dla pracowników, tylko trochę na utrzymanie obiektu i czasami na coś dla dzieciaków, ale to zdarzało się niezwykle rzadko. Raz za jakiś czas dostały łakocie, albo ich rodzice trochę drobnych za występy dzieci, ale i tak przecież najlepszym wynagrodzeniem było popisywanie się, że młodzik jakiegoś szlachcica zagrał w teatrze. Nagle rozmowa na całe popołudnie, ciągłe przechwałki i podkoloryzowane historie o zasługach tych tworzących się pawi społeczeństwa. Mało kto o tym wspominał, ale taka niestety była prawda. Z resztą trudno było się dziwić, dzieci szlachetnie urodzone na ogół tak miały, a jeśli jeszcze ich rodzice mieli naprawdę spore fundusze, to już w ogóle mieszkanka wybuchowa na przyszłość. Szczęściem dziewczynki, że nie musiała jak dotąd pracować z takimi osobami. Jej grupa teatralna zdawała się być wyluzowana i z humorem, oczywiście nie oznaczało to, że wszyscy wzajemnie rzygali sobie tęczą w twarz, ale na pewno było lepiej, niż w sekcjach, gdzie stosunek narcyzów do normalnych wynosił około: wszyscy do żadnego. Podobno można było się uśmiać na ich próbach, ale żeby je oglądać, trzeba było się schować, bo zażyczyli sobie jaśnie panowie i panie, że nie chcą być podglądani, kiedy się przygotowują. Oczywiście jako starsza sekcja miała do tego pełne prawo, które na ogół było respektowane przez większość, bo przecież takie wyjątki jak ciekawska Anshia i jej podobni muszą się trafić. Oczywiście nie zawsze się to udawało, ale na ogół było kilka takich dobrych miejsc, gdzie dało się obejrzeć całą próbę niezauważenie, do tego jeszcze zwiać zanim zamkną budynek. Dziewczynka miała to szczęście, że była dość niewielkiej postury, to też całe zadanie zdawało się być dla niej wyjątkowo proste. Szkoda tylko, że czasami nie miała tyle wyczuwa i delikatności w ruchach, żeby być idealnie cicho schowana, zwłaszcza jak ktoś się zbliżał żeby ją wykurzyć. Niemniej, jak to ona, nie przejmowała się tym, bo i tak naprawdę nie było czym. Grunt, że mogła robić coś ciekawego poza domem, a to dawało jej sporo radości. Mało kogo, zwłaszcza w tak młodym wieku, cieszy siedzenie w pustych, czterech ścianach, bez większego celu i sensu, kiedy skończy się sprzątać, myć, zjadło się posiłek i wyspało. Póki co Anshia miała w sobie tyle nadziei, że była w stanie się zajmować w głowie samymi pozytywami takiej sytuacji. Uśmiech nie schodził z jej twarzy, nawet w te pochmurne dni.
Po krótkiej chwili stała na scenie w tym swoim wieśniackim ubraniu. Na szczęście nikogo nie było w środku, więc spokojnie mogła podreptać po drewnianych deskach, które przyjemnie oddawały dźwiękiem każdy jej krok, mogła radośnie poskakać. Zawsze zastanawiała się jak to jest, że scena się nie łamie, nawet kiedy chłopcy o znacznie słuszniejszej wadze stąpają tutaj bez większego wyczucia. Anshia w porównaniu do nich była uroczą wagą super piórkową. Do tego miała znacznie lżejszy od nich krok, oczywiście daleko jej do gracji nadwornych panienek czy kobiet z dostojnego domu, ale i tak lepsza od stąpania niczym pijak z przydrożnej karczmy, co zalał się w trupa i zapomniał o czymś takim jak równowaga. Następnie dziewczynka podskakując, zbliżyła się do krańca sceny. Popatrzyła w dal, nadęła swoją pierś i wymachiwała rękami, niczym generał z dawnych wojen.
- A oto armia księżniczki Anshii wyrusza na podboje wielkich i niezbadanych regionów Revii! Albo złupić bogactwo Azaratu w całej swej okazałości, tak albowiem, że i Wy moi żołnierze, otrzymacie część stosowną, do swych dokonań! – Żywo gestykulowała, jakby przed sobą rzeczywiście miała całą armię, gotową umrzeć za jej błahe sprawy. Nie mogła jednak tak się bawić w nieskończoność, chociaż zawsze ją do bawiło w głębi ducha, to nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje. Po tych rozkazach, ostrożnie usiadła, machając swoimi nóżkami. Do widowni miała co najmniej metrowy spadek, jak nie większy. Zdecydowanie upadek nie byłby najprzyjemniejszą rzeczą, a dzisiaj powinna być w pełni sił, zwłaszcza, że za chwilę ma coś do zrobienia.
- Ah, chciałabym, żebyście tutaj dzisiaj byli. Naprawdę czułabym się szczęśliwa, gdybyście mi dzisiaj towarzyszyli. Nie przejmujcie się, nauczę się pisać i wyślę Wam list, z którego dowiecie się jak mi się tutaj powodzi, a jest naprawdę wspaniale! Mieszkam u wujka, jem wszystkie dobrodziejstwa wspaniałej stolicy, od świeżych owoców, bo jakieś imbiry z Azaratu! Chciałabym, żebyście i Wy mogli tego zasmakować, bo to nie to samo co zupa z ryb każdego dnia. Pamiętam mamo, że ryby są zdrowe, ale smakowanie całej palety, jest znacznie lepsze od jednego, sprawdzonego. Tęsknię za Wami! Mam nadzieję, że przyjedziecie kiedyś z karawaną i obejrzycie występ, wierzę w to! – Uśmiechnęła się do siebie, mówiąc ten trochę nietypowy monolog. Gdzieś w duchu wierzyła, że te słowa dotrą do serc jej rodziców. Zacisnęła swoje pięści i położyła swoje plecy na scenie. Uśmiech od ucha do ucha od razu się pojawił, bo była pewna, że jest teraz sama, a ma jeszcze chwilę dla siebie.
- Co ty tutaj robisz?! Anshia! Zbieraj się, zaraz będą przychodzić, a ty nawet nie jesteś przebrana! – Dziewczynka usłyszała znajomy sobie głos. Dameria wyglądała na bardzo zdenerwowaną, z resztą trudno było się temu dziwić. Ta kobieta, to opiekunka najmłodszej grupy teatralnej, w której skład wchodziła także Anshia. Dzisiaj mieli przed sobą pierwszy poważny występ, do też chciała, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, co utrudniała żywiołowa duszyczka dziewczynki. Opiekunka podeszła bliżej i pomogła swojej podopiecznej się zebrać na równe nogi.
- No chodź, wszyscy Ciebie szukają, a ty akurat siedzisz tutaj. Nie mogłabyś znaleźć sobie jednego miejsca, gdzie zawsze można Ciebie znaleźć? Anshia, czasami jesteś naprawdę problematyczna. – Podsumowała ją kobieta, ciężko wzdychając.
- Ale nadal mnie pani szuka, czyli jestem pani potrzebna, więc nic się nie zmienia. Poza tym jestem zawsze tam, gdzie jest moje miejsce, jak naprawdę będę potrzebna to się zjawię. – Odpowiedziała zupełnie spokojnie Anshia. Właściwie to dobrze, że Dameria tutaj przyszła, bo rzeczywiście, młoda w zupełności straciła poczucie czasu, a on stał się teraz niezwykle istotny, bo opóźnienia to nic fajnego.
- Powiedz chociaż, że masz zrobioną rozgrzewkę, bo inaczej naprawdę będzie słabo z naszym czasem. – Kobieta miała nadzieję, że chociaż to zrobiła uczennica, na co ta przytaknęła z uśmiechem.
- Proszę się nie martwić, to akurat mam za sobą i mój głos jest w dobrej formie, co z resztą słychać. – Zaśmiała się dziewczynka, kiedy to zaczęła przypatrywać się swojej opiekunce. Trzeba było przyznać, że dzisiaj wyglądała naprawdę zjawiskowo. Rude włosy upięte w kok, przytrzymywany złotymi igłami i spinkami, chociaż i tak kilka niesfornych, kręconych kosmyków wyrwało się z niego, a może to był zamierzony efekt? Zielone oczy podkreślone delikatnymi kreskami węglowej ryski. Do tego cała masa piegów, które nie zostały ukryte za pomocą mazidła, które w teatrze było czymś ogólnodostępnym i często używanym. Usta delikatnie muśnięte czerwonym kolorkiem, do tego lekko połyskiwały. Kobieta miała na sobie zieloną, rozkloszowaną suknię ze złotymi wstawkami i białym tiulem. Dodatkowo złote trzewiczki na koturnie jeszcze dodawały klasy Damerii, która miała przed sobą próbę życia. Obie dostojnie szły przez garderobę, aż skręciły do małego pokoiku.
Anshia została odprowadzona do panienki Mii. Właściwie to nie wiedziała jak miała dokładnie na imię, ale tak wszyscy na nią wołali, więc została automatycznie przy tym nazewnictwie. Młodziutka kobieta mająca całą szafkę wypchaną mazidłami wszelakiego koloru i gęstości. Twarde pasty do kształtowania różnych wypustek? Nic niezwykłego. Poza tym także posiadała wszelkie dodatki do kreacji, a ulubionym były szwy. Czarne nici, sklejane na alchemicznym kleju, tak że wyglądały jak prawdziwe szwy na ranach. Nikt oczywiście nigdy nie sprawdzał, czy sznureczki utrzymałyby spójnie skórę, ale może to nawet lepiej. Dziewczynka rozejrzała się po pomieszczeniu, dostrzegając Mii, która szperała za czymś w szafie.
- O! Przyprowadziłaś zgubę? – Zapytała się Damerii, na co ta tylko westchnęła, unosząc dłonie w geście poddaństwa.
- Jest Twoja, rób co uznasz za stosowne. Tylko mi jej nie zgub, nie mamy czasu szukać jej na nowo, a ty Anshia chociaż raz siedź grzecznie i nie sprawiaj problemów, bardzo ciebie proszę. – Jęknęła Dameria, nie mając już siły użerać się z tą całą dzieciarnią, którą miała ostatnio na głowie. Po tych słowach wyszła z pomieszczenia, zostawiając swoją podopieczną i makijażystkę same.
- To właściwie co będziemy robić? – Anshia zapytała dość bezpośrednie, bo chociaż starała się nie przejmować tym wszystkim co miała za zadanie zrobić dzisiaj, to jednak zaczynała powoli odczuwać swoistą presję. Sporo zależało od tego jak jej pójdzie za godzinę, a przecież zależało jej na tym, żeby i rodzice i jej wujek byli dumni.
- Usiądź na krześle przed lustrem. Kogo tam masz grać? Rabbare, Teaheke czy Mizzarin? Mam Was dzisiaj tyle, że już można oszaleć, więc po prostu siedź i odpowiadaj na moje pytania, dobrze? – Powiedziała spokojnie Mii. Zaczęła wyciągać jakieś słoiczki i pojemniczki, mieszać niektóre ze sobą, a po pomieszczeniu niósł się zapach ziołowych mieszanek. Anshia natomiast grzecznie wdrapała się na krzesełko i już miała odepchnąć się nogą, kiedy to kobieta od razu syknęła.
- Nawet się nie waż kręcić! Chyba, że chcesz mi tutaj wszystko sprzątać… To kogo grasz? – Zapytała już spokojnie. Dziewczynka przez moment siedziała ścięta, nie wiedząc co właściwie powinna teraz zrobić, ale potrzebowała chwili, żeby się odblokować.
- Jestem panienką Mizarin. Woda wszystkich wód, esencja życia w kropli zawarta? Chyba tak to leciało. – Anshia zdecydowanie czuła się teraz bardziej odprężona, niż jeszcze kilka sekund wcześniej. Mii tylko westchnęła, biorąc do rąk swoje pojemniczki i jakieś pędzelki z końskiego włosia. Trzeba było przyznać, że przynajmniej zaplecze miała całkiem porządne. Najpierw wzięła trochę proszku na narzędzie, po czym trzepnęła nim w twarzy dziewczynki, na co ta zakasłała. Wciągnęła nieco powietrza, a pył niemiłosiernie drapał w gardełku. Kobieta tylko pokiwała głową ze zrezygnowania.
- Jeśli już zaczynasz kasłać, to lepiej napij się wody. Nie chciałabym, żebyś podczas nakładania maści mi się zaczęła trząść bo kaszel, kichanie czy Duronor wie co! Tam małym lusterkiem jest bukłaczek na takie okazje. Dwa łyki powinny wystarczyć. – Mii podyktowała dość sztywne instrukcje, co z resztą było całkiem w jej stylu. Jedyne kiedy dobra natura panienki się budziła, to właśnie moment, gdy już się na dobre rozkręciła w zabawie przy stylizacji. Dlatego też Anshia doskonale wiedziała, że nie warto przeciągać do tejże chwili, bo nie wiadomo co mogłaby zirytowana Mii zrobić z twarzyczką dziewczynki. Aktorka od razu złapała za bukłak i pociągnęła dwa potężne łyki, opłukując całe wnętrze jamy ustnej, następnie powoli przełykała wodę, cząstkę po cząstce, by uzyskać jak najlepszy efekt, bo jak charakteryzatorka zacznie, to już nie będzie odwrotu, a tym bardziej podpijania wody. Niestety, tak dobrze to nie było. Z tego powodu dziewczynka bardzo uważnie przyjmowała ciecz w na dalszym odcinku przełyku, byleby wykorzystać to w jak największym stopniu. Zajęło to chwilę młodej, w tym czasie panienka przygotowała sobie jakieś dziwne, śmierdzące pasty i różnorakie dodatki, kamyczki, wstążeczki, sznureczki. Miała nawet szczypce i sporą pęsetę, zapewne do montowania niektórych pierdółek.
- No to zaczynamy. Siedź spokojnie, jak coś będzie swędzieć albo boleć, masz ponieść lewą rączkę, następnie palec wskazujący. Nie będziesz już nigdzie szła za potrzebą, więc w sumie nic innego przekazać mi nie możesz ręką. Tylko nie wierzgaj jak Ciebie ukuję, to naprawdę normalne. – Westchnęła Mii, dając po raz ostatni instrukcję zachowania tutaj. Później wróciła do zabawy swoimi proszkami i pyłkami. Nabrała czegoś białego na łyżeczkę do herbaty, umoczyła w tym palec. Niby z wierzchu wyglądało to na coś sypkiego, ale od razu po muśnięciu, zdawało się być bliższe jakiejś smole. Ciągnęło się, prawie lało z palca. Dlatego też Mii szybko przeniosła go na policzek i zaczęła smarować.
- Musimy Ci przygotować twarz przed jakimkolwiek sensownym nakładem. Na początek podstawa, żeby wszystko było na swoim miejscu i się trzymało. – Anshia uśmiechnęła się delikatnie, bo i tak trzeba teraz pilnować swojej mimiki… Chociaż czuła się bajecznie rozluźniona, poprzez masaż jaki panienka wykonywała na jej twarzy. Stopniowo ten śmieszny białawy glut zdawał się wnikać w skórę, sprawiając że wyglądała niezwykle gładko – taki bonusik dodatkowy, jakby dziewczynka nie miała już delikatnej twarzy, bo przecież była dzieckiem! Niemniej taki był wymóg, poza tym należało się ubezpieczyć przed jakimkolwiek uszkodzeniem makijażu, choćby powstałym z powodu reakcji skóry. Ten specyfik natomiast ograniczał takie sytuacje do praktycznie zera. Mii wyglądała natomiast na całkowicie skupioną i pochłoniętą swoim zajęciem. Co chwilę odchodziła na odległość dwóch kroków, przechylała głowę oceniając stan twarzy i wracała, by nanieść wszelkie poprawki. Trzeba było przyznać, że była w tym naprawdę dobra. Na koniec poklepała policzki Anshii, żeby maź została dogłębnie wchłonięta. Kolejną rzeczą w kolejce co zrobienia było nałożenie masy modelującej. Mii wyjęła z drewnianej skrzyneczki sporą kulkę czegoś, co przypominało rudą glinę, którą zaczęła energicznie ugniatać w dłoniach. Początkowo szło naprawdę opornie, po twarzy kobiety można było łatwo zauważyć, że to nie należy do najłatwiejszych zadań. Ciężki oddech panienki tylko potwierdzał tę teorię. Chwilę to zajęło, ale później zamiast od razu nakładać to na twarzyczkę młodej osóbki, to odłożyła to koło świecy.
- Dajmy masie jeszcze trochę dość do siebie. W międzyczasie zrobimy porządek z tą szopą, co sobie ją zrobiłaś ostatnio. Naprawdę nic nie ma czasu Ciebie przeczesać, albo sama będziesz musiała się wkrótce nauczyć to robić, chociaż podobno dla szlacheckich panienek jest to uwłaczające… A z resztą, nieważne. Tylko wezmę koreczki. – Mii zaczęła grzebać w szafce, po czym wynalazła z niej jakieś dziwne przedmioty. Takie trochę powiększone korki od wina, w ilości sześciu, położyła na stoliku. Panienka pokręciła się chwilę wokół Anshii, przerzucając jej włosy między palcami, coś stękając niezrozumiałego pod nosem. Nie oznaczało to niczego dobrego, zwłaszcza jak kobieta wyjęła jakiś żółto-zielony olej i po nabraniu go na ręce, roztarła go energicznie między dłońmi.
- Zobaczymy co da się odratować z tego. Módl się, żeby te ziołowe mieszanki od miejscowych alchemików były naprawdę dobre. – Dziewczynka tylko skrzyżowała swoje paluszki, na znak, że będzie się modlić. Oczywiście tego nie robiła, bo nigdy nie widziała sensu oddawania czci smoczym bóstwom, ale wolała nie mieć na głowie rozwścieczonej Mii, tylko dlatego, że nie wykonała posłusznie jej rozkazu. Tak obiektywnie patrząc, to właściwie właśnie ona była najstraszniejszą osobą w tym całym teatrze, nawet nie jej opiekunka, nie starsza sekcja, nie inni nauczyciele, tylko właśnie ta jedna, niepozorna kobieta. Niemniej Anshia już doskonale wiedziała, czego się od niej oczekuje, umiejętność adaptacji nawet w mieście bardzo szybko dała o sobie znać.
Długie włosy dziewczynki nie wyglądały na kompletnie zdrowe. Trudno się dziwić, taki z niej urwis, że często zapominała się nimi zająć… Z resztą, jakby kiedykolwiek przywiązywała do nich dużą wagę. Zdawały się być irytująco nieporęczne, bo była za mała, żeby je efektownie związać, na dodatek taka czynność pochłaniała sporo czasu, więc już w ogóle straszne rzeczy. Dlatego też dziewczynka na ogół przechodziła gruntowne zabiegi pielęgnacyjne włosów właśnie na terenie teatru. Zdecydowanie tego nie lubiła, ale nie mogła zmienić faktu, że przy występie i one powinny być w najlepszej możliwej kondycji. Niemniej, to chyba Mii największej przeklinała pod nosem, kiedy to Anshia musiała mieć zrobione włosy na wczoraj. Nie znosiła zużywać najlepszych mazideł i olejków do regeneracji włosów, które z resztą wolała brać dla siebie. Kilka kropel i nagle wydawało się, jakby miała zupełnie nową fryzurę, taką świeżą i odżywioną. Z tego też powodu kobieta, umoczonymi wcześniej dłońmi, złapała kasztanowe włosy w wysoki kucyk, następnie przeciągnęła po całej ich długości odżywką. Zapach nieznanych kwiatów rozniósł się po pomieszczeniu, kiedy to panienka energicznie wcierała to we włosy. Chwilami latały, jakby potraktowane silnymi powiewami wiatru. Mii nie zrażała się, chociaż w duchu to chyba ścięłaby głowę, którą się właśnie zajmowała. Oczywiście nie mogła tego zrobić, dlatego zacisnęła zęby i po prostu wykonywała swoją pracę. Potrzeba było jeszcze kilka razy zanurzyć dłonie w cieczy, wykonać masaż włosów, a następnie je porządnie rozczesać. Na sam koniec zawinąć kosmyki na nieszczęsne koreczki i spiąć metalowymi spinkami, aż kobieta nareszcie mogła odetchnąć.  Aż odwróciła się plecami do Anshii, obmywając swoje dłonie.
- To na czym skończyłyśmy? – Zapytała dziewczynki, która wskazała paluszkiem masę, powoli topiącą się od ciepła świecy.
- No tak, rzeczywiście. Mam nadzieję, że jesteś już po rozgrzewce, bo będę zakładać Ci masę plastyczną na twarz. Ile różków byś chciała? Trzy czy cztery? – Mii zastanawiała się jak to wszystko ułożyć, żeby się trzymało jakiegokolwiek poziomu, a Anshia pokazała trzy paluszki, swoją drobną dłonią.
- W porządku, trzy duże różki i para wypustek, będzie wyglądało najlepiej. Tylko mi się nie ruszaj, zaraz to skończymy. – Kobieta złapała za spód masy, przesuwając ją dalej od źródła ciepła. Następnie odłączyła kawałek, który modelowała w dłoni na kształt zbliżony do wałeczka. Taki lekko niewykończony trafił na łuk brwiowy dziewczynki, a dalej ciągnął się poza twarz i wydawał się rogiem, tylko ani nie ostry, ani nie ładny. Ot, zwykła masa. Mii powtórzyła czynność z drugą stroną pyszczka aktorki, a w kolejnym ruchu zaczęła wykrzywiać wypustki, by wyglądały na nieco bardziej skręcone. Ewidentnie wkładała w to całą uwagę, a Anshia modliła się, żeby skończyła to jak najszybciej. Siedzenie na tyłku na jednym miejscu ewidentnie jej nie służyło, miała ochotę już machać nóżkami, ale dobrze wiedziała, że by się jej oberwało za to, więc grzecznie czekała, odliczając w duchu kolejne liczby… Szkoda tylko, że znała ich zaledwie trzydzieści cztery, do tego nie wszystkie po kolei, bo największą znaną była siedemdziesiątka jedynka. Młoda miała zbyt mało lat na karku, by rozumieć zależności i powtarzalność kolejnych liczb, z resztą rachowanie nigdy jej nie interesowało, ot nudna nauka dla nudnych ludzi.
Mii wpatrywała się przez moment na twarz dziewczynki, która wyglądała co najmniej dziwnie. Dwa walce wystające z jej łuków brwiowych nie dodawały ani trochę uroku. Kobieta brała kolejne części masy, kształtując następne dwie pary, które sprawiły, że Anshii w tym momencie było znacznie bliżej do jakiegoś młodego łosia, niźli dziewczynki.
- Dobra, podstawę mamy. Na czymś musze masę modelową oprzeć, bo bez niej by się wszystko rozsypało w drobny mak, a tego chyba nie chcemy, prawda? – Aktorka tylko przełknęła ślinę, co miało oznaczać pełną zgodę z kobietą. Ogólnie podstawowa masa na czole przypominała koronę, a im dalej, tym bardziej zdawała się być rogami jakiegoś leśnego kopytka.
Mii w pełni skupiona wzięła coś białego, przypominające posiekane pierze. Zaczęła obkładać wcześniej uformowane różki, które stopniowo nabierały coraz to bardziej fanaberycznych kształtów. Ta kobieta naprawdę uchodziła za mistrza w swojej dziedzinie, ciekawe co ją skłoniło do pracy tutaj. Kilka minut roboty, przede wszystkim układania, ugniatania i końcowego modelowania, które wykonano z drobną pomocą dziwnego, drewnianego patyczka, wyraźnie rzeźbionego. Kobiecina krzątała się z tym trochę, nawet zdołała z tego dziwnego pierza ułożyć małe różki na środku czoła dziewczynki. Obejrzała swoje dzieło z kilku stron, szukając co jeszcze należałoby poprawić.
- Wygląda dobrze. Zamknij teraz oczy, bo będzie szczypać. – Wzięła jakąś dziwną kulkę i przymocowany srebrny walec, który wycelowany został na jej twarz. W sumie przypominało to te eleganckie pachnidła z drogich stoisk na targu. Anshia oczywiście pośpiesznie zamknęła oczy, po czym poczuła dziwną mgiełkę na twarzy. Dwa psiknięcia wystarczyły, żeby masa zamontowana na głowie aktorki została usztywniona, przynajmniej na czas występu.
- Szybko to pomalujemy, skończymy z włosami i będziesz gotowa, zobaczysz… Mizarin powinna brać z Ciebie przykład. – Wymusiła się na odrobinę serdeczności, zbierając swoje pędzle do malowania twarzy. Lapisowy barwnik już leżał w kubeczku, a kobieta nie traciła czasu. Szybkimi ruchami sprawiła, że dziewczynka zaczynała wyglądać jak nieczłowiek. Znacznie bliżej teraz jej było do jakiejś wodnej bestii, a gdyby tylko miała łuskowy ogon zamiast nóg, to śmiało mogłaby pokusić się o nazwanie siebie syreną.
Po skończeniu kolorowaniu na niebieski z przejściami do typowo morskiego odcienia, kobieta zabrała się na rysowanie kresek na twarzy. Anshia nie mogła sobie pozwolić na żaden ruch, bo zepsułaby całą pracę, a już i tak czas dłużył się w nieskończoność. Dlatego kobieta także się sprężała, co nie oznaczało, że jej technika traciła na wartości. W dalszym ciągu była po prostu genialna. Na sam koniec ostrożnie pomalowała usta, sprawiając, że stały się wąskie, prawie kwadratowe.
- Byłabym zapomniała! Jeszcze chwileczkę. – Wzięła brokat i sypnęła nim na dziewczynkę, która wyraźnie tego nie lubiła. Miała ochotę pluć, ale nie wolno już jej było. Mii zdjęła koreczki z włosów, ostatni raz je przeczesując. Rzeczywiście, Anshia nagle nie przypominała siebie… Z resztą, w obecnej wersji to nawet z człowiekiem niewiele wspólnego miała. Dziewczynka mogła przeglądać się w lusterku do woli, w tym samym czasie Mii sięgnęła do szafy. Miała od razu założyć młodej kieckę, więc nie zdziwiło chyba żadnej z nich, kiedy Anshia po prostu grzecznie wstała i uniosła swoje ręce do góry. Kobieta szybko otoczyła ją suknią, którą trzeba było spinać od tyłu. Sznureczek po sznureczku, spineczka po spineczce, zaczynała się opinać na drobnym ciałku dziecka.
- Teraz jesteś gotowa, idź do siebie. Zaraz po Ciebie pewnie przyjdą… I nie zepsuj tego! – Ostrzegła ją ostatni raz Mii, kiedy Anshia powoli wychodziła z tej kanciapki. Powoli przeszła do siebie, a na podłodze znalazła parę butów z koturnami, idealnie na jej nogę. Łatwo się domyślić, że nie przepadała za nimi, ale mus, to mus, innej rady nie ma.
Dziewczynka przeciągnęła się leniwie stojąc na palcach. Tak bardzo tego potrzebowała, po tak długim siedzeniu na krzesełku, nie żeby upłynęła niespełna godzina. Rozpostarła swoje drobne paluszki, wyciągając swoje ręce jak najwyżej mogła. Wyglądała uroczo, troszkę nieporadnie, ale przede wszystkim dziewczęco. Następnie miała już przetrzeć swoje lewe oko, ale przypomniała sobie w ostatniej chwili, że nie wolno, przecież by ją Mii pokarała za coś takiego... Albo powiesiła czy coś. Dlatego też cofnęła pośpiesznie dłoń, kładąc ją wzdłuż ciała. Istotka przez dłuższą chwilę zastanawiała się co ze sobą począć. Dzisiaj był wielki dzień. Od samego rana przygotowywała się tylko z tej jednej okazji, jaką był występ w Teatrze Młodych. Dziewczynka leniwie przeszła kilka kroczków, podchodząc bliżej do sporej wielkości lustra – mogła spokojnie patrzeć na siebie od stóp do głów, zwłaszcza, że mierzyła jakieś 130 centymetrów, może troszkę więcej. Dlatego jeszcze bardziej wnikliwie spojrzała na swoje delikatne odbicie. Kasztanowe włosy sięgające do pępka, delikatnie zakręcające się przy końcówkach, wyglądały na bardzo zadbane, jakby poświęcano im wiele czasu na pielęgnację... Zupełnie inaczej niż rano, no cóż Mii była naprawdę geniuszem w swojej pracy. Oczy istotki miały głęboką, cyklamenową barwę i właśnie teraz wpatrywały się intensywnie w swoje odbicie. Okalane były gęstymi, ciemnymi rzęsami, które jeszcze nie zdążyły się wysypać, ani uszkodzić w żaden inny sposób. Do tego prościutki, mały nosek, a pod nim wąskie usta, chociaż to raczej było wyników ostatnich ćwiczeń na próbach i drobnej pomocy makijażu. Musiała utrzymać taką minkę przez całe przedstawienie, więc wygodniej było po prostu przejść na takie ułożenie. Poza tym na uwagę zasługiwał nietypowy makijaż młodej osóbki... Trzy spore rogi po obu stornach twarzy, zaczynające się od wysokości łuku brwiowego, bajecznie powykręcane, niczym dawne nurty rzek. Później nieco ponad skroniami kolejna para, ta jednak zdawała się być dużo prostsza… A na czubku głowy ostatnie, zagięte do tyłu. Między nimi zaś znajdowały się drobne różki – wypustki. Niebieskie linie w okolicach oczu, zbiegające się do nosa pod ukosem, do tego masa świecącego pyłku na policzkach i podbródku. Na ustach zaś miała namalowane granatowe kontury warg z jaśniejszym ich wypełnieniem. Naprawdę powinna zainwestować w syreni ogon i mogłaby zdobywać serca żeglarzy i piratów… No może bez śpiewu, bo to byłby naprawdę słaby pomysł, ale ogólnie sam zamysł na plus.
Na sobie miała błękitną sukienkę, bardzo lekką, wykonaną z półprzeźroczystego materiału, ale miała ona kilka identycznych warstw, więc miłośnicy małych dziewczynek niestety nie dojrzeliby tego, na czym by im najbardziej zależało. Najbardziej wierzchnie były króciutkie, ledwo sięgające do klatki piersiowej, ale im głębiej, tym dłuższe, a cześć z nich została rozcięta, dla efektu ciągłej fali, bowiem wystarczyło drgnięcie, a materiał się poruszał. Idealna sukienka by udawać rzekę. Anshia nie miała na sobie żadnej biżuterii, z resztą nie było potrzeby jej zakładania. Buciki to najzwyklejsze niebieskie pantofelki na koturnie, oczywistym wymogu teatru. Dziewczynka spojrzała ostatni raz na swoje odbicie uśmiechając się w duchu. Cicho liczyła bowiem, że spotka dzisiaj swojego wuja, który być może przyjdzie i zobaczy jej występ. Zdecydowanie najlepsza nagroda dzisiejszego dnia, zwłaszcza za znoszenie tych trudów i upierdliwości siedzenia w miejscu. Wyszła ze swojego skromnego pokoiku, modląc się w duchu o wspaniały dzień.
Anshia powolnym krokiem zmierzała ku przedsionkowi. Była już gotowa do przedstawienia, pozostało tylko czekać na wcześniej umówiony znak w postaci lecącego gołębia. Trzepot skrzydeł stworzenia było bardzo dobrze słychać w pomieszczeniu na próbach, to też wszyscy uznali, że podczas realnego przedstawienia także ptak zostanie zastosowany. Śnieżnobiała gołębica o nienaturalnie fioletowych oczach zdawała się być najbardziej majestatycznym stworzeniem, jakie Anshia do tej pory widziała. Na swoich skrzydłach miała doczepione dwie równie jasne serpentynki jak jej pióra. Dziewczynka usiadła sobie na niewielkim krzesełku, mierząc wzrokiem pozostałe osoby, które czekały na swoją kolej. Zdecydowana większość była zestresowana, bo to pierwsze takie przedstawienie, to i dzieci nie zostały jeszcze "oswojone" z ludźmi, którzy będą uważnie patrzeć na każdy ich ruch. Niby na próbach mówiono, żeby się nie przejmować, tylko skupić się na tym co ma się robić, a obcych nawet potraktować jak powietrze... O ile oczywiście by to pomogło.
Dameria pokazała się wszystkim zebranym na scenie. Pojawiła się nawet nie wiadomo kiedy, ale zapowiadało to początek przedstawienia, którym przecież wszyscy się tak bardzo stresowali. Anshia wzięła oddech, musiała teraz w pełni się skoncentrować na otrzymanym zadaniu, miała grać jakby od tego zależało jej życie, chociaż niezbyt rozumiała sens tych słów. Przecież dla dzieci życie jest wieczne, nieskończone, zatem czemu wstęga żywota miałaby zostać przecięta od tak?
- Mości państwo, drogi klejnocie naszego wspaniałego miasta i kochani goście! Chcielibyśmy wszystkich Was i każdego z osobna zaprosić na przedstawienie pod tytułem „Rzeka dawnych księstw”, w wykonaniu naszych najmłodszych przedstawicieli. Proszę, powitajcie ich ciepło i delektujcie się sztuką w czystej postaci, ku chwale Duronora! – Ukłoniła się przed zebranymi, po czym powoli opuściła scenę, a kurtyna za nią powoli zaczęła się podnosić. No to do dzieła!
Gołębica została wypuszczona z balkonu, w pełnym majestacie przemierzała kopułę, dając znak do rozpoczęcia. Anshia na moment spojrzała na to niezwykłe stworzenie, które dziwnym trafem znaczyło dla niej tysiąc razy więcej niż dla innych, może to dlatego, że dawniej posiadała niesamowity kontakt z naturą? Dziewczynka zaczynała, powoli, pełna dostojeństwa wyszła od boku na scenę. Delikatnie rozglądała się po scenie, sprawiając wrażenie, że czegoś szuka. Suknia od początku spełniała swoje zadanie, imitowania wody. Niemniej istotka nie znalazła tego, co chciała, dlatego stanęła na środku, przez moment nic nie mówiąc.
- Oto ja, wysłana przez Najwyższego wśród boskiej smoczej rodziny, stoję gotowa na swoje przeznaczenie. Oto ja, Mizarin, opiekunka rzeki wielkiej, w której to obmyto tylko godnych ludzi, do piastowania świętej drogi. Chronię moją wodę, by niegodni jej zasmakowania, nigdy do niej nie sięgnęli… Lecz oto ja, siły tracę, bowiem ludzie nieczyści spiskują, by nadejść tutaj i zniszczyć to o co tak dbam! Czy ktokolwiek pragnie pomóc mi, samotnej mi, wypełnić moje przeznaczenie? – Zapytała się, brzmiąc na wyraźnie zmartwioną i przejętą całą sytuacją. Nagle z drugiej strony nadeszła trzyosobowa grupka dziewczynek, ubrane całe na jasnozielono, a może limonkowo, na rękach miały gałązki, które symbolizowały, że są rusałkami i driadami. Otoczyły Mizarin, która wyglądała jakby w dalszym ciągu, ale w głowie, rozmawiała z dawnymi bóstwami.
- Wysłane przez bogów, odpowiadamy na Twoje wezwanie! Oto nadchodzą! Oto się zbliżają! Nic ich nie powstrzyma! Krwi ona niewinna! Co powinna? Co powinna? – Wszystkie wspólnie wołały, po czym uciekły ze sceny. Mizarin natomiast rozejrzała się, składając dłonie razem.
- Cóż znaczyć mają te słowa? Czyżbym miała zawieść w swojej świętej misji? – Zapytała, ale już nikt się nie pojawił, ani osoba, ani głos. Niebieskoroga zeszła ze sceny. Minęła chwilka, a zza kurtyny wyszli trzej chłopcy, wyglądem sprawiali wrażenie troszkę takich cwaniaczków spod ciemnej gwiazdy.
- Mówisz, że wiesz jak smoki pokonać? Że niezwykły kamień nam pomoże? Jeśli się myślisz, będzie z nami krucho. – Zapytał idący z lewej, swoją drogą wyglądali praktycznie tak samo, bo byli trojaczkami. Zabawna sytuacja, bo nigdy nie dało się ich odróżnić od siebie, chyba że ubrali się inaczej, czego jednak starali się unikać.
- Ależ bracie, ja bym Ciebie miał okłamać? Rodziny się nie zdradza, za żadne skarby… Jakieś zasady trzeba mieć. – Odpowiedział środkowy. Ten z prawej tylko przytaknął, głośno wzdychając. Najwidoczniej nie miał zamiaru niczego mówić.
- Zatem kiedy wyruszamy? – Zapytał od niechcenia ten z lewej.
- Jutro bracie, jutro… - Poklepał swoją torbę, po czym zeszli ze sceny. Następnie pojawiły się znowu rusałki, przybiegając tym swoim śmiesznym, prawie skocznym ruchem.
- Oni idą, są już blisko! Niech odwoła ich w schronisko! Niech odejdą dalej stąd! Aby spokój zaznał ląd! – Chórkiem zawołały, znikając później za kurtyną. Mizarin powoli wyszła na środek, spojrzała ku górze, jakby szukała odpowiedzi.
- Dumę swoją dzierżę chlubnie! Nie oddałam marzeń zgubnie! Bronić będę, krwią i duszą! Walczyć będę, choćby ruszą! – Zaczęła wołać do starych bogów, kiedy na scenę wparowała trójka chłopców. Jeden z nich trzymał świecący kamień, który to Mizarin natychmiast spostrzegła. Miała już użyć swoich mocy, by zmieść ich, ale poczuła, że nie może.
- Coście uczynili? Czym smoka złowili? – Zapytała przerażona. Jako opiekunka świętej wody, potrafiła ogólnie kreować i kontrolować ciecze. Niemniej to wszystko było sprawką tego kamienia, który uniemożliwiał jej korzystania z magii.
- Koniec to Twój! Naszej drogi znój, znamy tylko my, smoczy pogromcy! – Krzyknął chłopak trzymający kulę, w tym czasie jego bracia rzucili się na smoczycę, która nawet nie mogła powrócić do swojej gadziej formy. Jako człowiek była niezwykle słaba, a teraz już było za późno na cokolwiek. Dlatego po chwili klęczała przodem do widowni, skowycząc.
- Oto ja! Oto ja! Panna wody Was! Proszę, błagam, wzruszam serca Wam! Czyta dusza, czyste ciało, teraz i to nam odebrano! Zatem proszę, zatem błagam! Oczyśćcie nas, zabijcie nas! Niegodna ja! Niegodni oni! Kto wie na co im to pozwoli?! – Nagle na scenie pojawiły się trzy rusałki, każda przy jednym z braci.
- Koniec drogi nadszedł czas! Czystej wody sekret, wyznał Duro nam! Oto koniec, oto męka! Mizarin, co dumnie wiarę miała! Co śmierć oszukała! Oto ona! Oto zdrada! Koniec drogi nadszedł czas! Żegna martwych pocałunek Was! – Wypowiedziały chórem, po czym ukłoniły się, a kurtyna opadła na scenę.
Opowieść o Mizarin, strażniczce świętej wody życia… Kobiecie, która oszukała śmierć i za karę miała pilnować tego sekretu, umierała z rąk swoich prawnuków. Niemniej wierzyła, że może odkupić swoje winy poprzez pilnowanie tego miejsca aż do grobowej deski. Oczywiście, to tylko miejscowa legenda, w którą już mało kto wierzy, a raczej opowiada jako historyjkę dla ciekawskich.
- Wspaniale się spisałaś Anshia, będą z Ciebie zdolne postacie… Wierzę w to. – Dameria uśmiechnęła się serdecznie do swojej podopiecznej, a kiedy zobaczyła sporego maga już wiedziała, że wujek chciałby porozmawiać ze swoją drogą siostrzenicą na osobności, dlatego kobieta tylko się pokłoniła i zostawiła ich samych.
Anshia po występie odetchnęła, miała już rozmazywać to wszystko co miała na swojej twarzy, kiedy zobaczyła swojego wuja ratującego ją od rozmowy z Damerią. Od razu podbiegła do niego i mocno się przytuliła. Naprawdę tęskniła za nim, ale ze względu na pracę na rzecz Starej Uczelni bardzo rzadko bywał w domu, w Lothil. Oczywiście każda chwila z nim spędzona dla dziewczynki była czymś magicznym, czymś co chciało się zatrzymać na wieki w sercu. Kochała go, z resztą w mieście był jej jedyną rodziną, bo do rodziców raczej nie pojedzie, z resztą nie wiedziałaby nawet którą karawaną powinna się wybrać, gdyby chciała ich odwiedzić.
- Cieszę się, że wróciłeś. – Wuj pogłaskał ją po głowie, uśmiechając się spod swojej siwiejącej brody. Złapał ją za rączkę, drugą ręką pomachał pracownikom i jakimś magicznym cudem znalazła się już w mieszkaniu. Magia pozwalająca na teleportację była niezwykłym darem, co mężczyzna wielokrotnie podkreślał. Polecił tylko dziewczynce obmyć się i przebrać w zwyczajne rzeczy, nie było sensu by niszczyła taką piękną sukienkę. Niemniej myśli Anshii gdzieś po drodze odpłynęły, do zupełnie innego miejsca…
18.11.2016, 02:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#17

MG



Ledwo jeden sen się skończył a chora mistyczka zaczęła zapadać w kolejny sen bez żadnego przebudzenia.

Z początku Anshia unosiła się w pustce. Lecz pustka nie była ciemnością. Można powiedzieć że to była szarość, albo lepszym określeniem byłaby szaro-biała mgła. Mistyczka unosiła się w takiej pustce, nie mogła się ruszyć, jedynie patrzeć w każdym kierunku.
Po chwili wydawać by się mogło że we wszechogarniających kłębów szarej mgły dostrzega jakiś kształt. Z początku mistyczka sądziła że ma przewidzenia lecz im bardziej się przyglądała tym coraz bardziej była pewna że nie majaczy. Oto przed sobą zaczynała dostrzegać wyraźny, ogromny wzór a raczej kształt. Przypominało to sytuację z dzieciństwa kiedy to przyglądała się zdobionym talerzom na ścianie.
Oto widziała przed sobą rozmyty zarys białego smoka. Z początku był bardzo niewyraźny ale z czasem coraz więcej szczegółów dostrzegała. Jednak coś się nie zgadzało w tym wszystkim. Na talerzu namalowany był pomarańczowy smok z białymi i czarnymi pasami, a przed białowłosą mistyczką górował biały smok. Ta magiczna istota była ogromna, im więcej szczegółów dostrzegała tym stworzenie większe było. Dopiero gdy Anshia zaczęła wyraźnie dostrzegać smocze łuski zauważyła że spod nich bije pomarańczowo-złota łuna.

Smok się poruszył. Wpierw niemrawo, ledwo drgnął, lecz mimo wszystko Anshia wyczuła drżenie. Chociaż zawieszona była w pustce to wyraźnie czuła drżenie. Czy to sama pustka drżała z powodu obecności tej majestatycznej ogromnej istoty? A może to białowłosa drżała z trwogi przed tą istotą?
Mistyczka wyczuła że aura się zmieniła czego efektem była zmiana koloru mgły na pomarańczowo-złoty, taki sam kolor jaki widać było pod smoczymi łuskami. Wydawać się mogło że to sam smok wypuścił z pyska kłęby pary o tym kolorze. Lecz dziewczyna nie dostrzegała jeszcze samego smoczego pyska więc potwierdzić tej tezy nie mogła.
Znów smoczysko się poruszyła, lecz tym razem mistyczka zauważyła jak boskie stworzenie prostuje wyciąga swoje ogromne cielsko. Smok wyprostował się, podniósł swe wielkie cielsko i rozpostarł skrzydła. Był odwrócony tyłem do Anshii. Dziewczyna wyraźnie widziała jego ogrom. Rozpościerając skrzydła sprawiał wrażenie jakby przysłaniał cały świat mistyczki.
Smok wyciągnął szyję ku górze ukazując swój ogromny pysk. Na łbie widniały ostre smocze łuski i rogi które przypominały nieco pióra.
Widząc ten ogrom i majestat stworzenia Anshia poczuła się jak mrówka. Zauważyła że przy tej sile i potędze ona sama jest niczym. Jest pyłem który można bez trudu zdmuchnąć.
Smok otworzył oko. Lśniąca źrenica zwróciła się w stronę mistyczki przewiercając ją swym spojrzeniem na wylot. Anshia zadrżała z trwogi.
Wtem smok znów się poruszył. Lecz ruchu tego niemalże nie dało się zauważyć, smoczysko było niezwykle szybkie. Stwór zaczął wirować wokół osoby białowłosej. Mgła gęstniała. Anshia już nie mogła dojrzeć cielska smoka lecz wiedziała że ten wiruje wokół niej.
Smok otworzył paszczę. Nie widziała tego a raczej wyczuła. A może widziała oczyma wyobraźni? Trudno powiedzieć. Gęstniejąca mgła przybrała złotą barwę a spowodowane to zostało tym że z pyska smoczyska buchała pomarańczowa-złota łuna.
W gęstniejącej mgle Anshia już nic nie widziała. Lecz gdy smok otworzył paszczę usłyszała wyraźne głosy. Głosy które z początku nie rozróżniała i nie rozumiała lecz po chwili zaczęły docierać sens wyłapywanych słów. Kolejny raz mistyczkę ogarnęła trwoga. Wypowiadane słowa mimo że w swej barwie były niezwykle ciepłe to kontekst aż mroził krew w żyłach.


Anshia obudziła się nagle. Była sama. Wokół nie było nikogo. Słyszała i czuła że w pomieszczeniu nie ma ani niani Zeldy ani jej zwierzęcego towarzysza- rudego kota. Całe jej ciało oblane było zimnym potem. A w uszach wciąż odbijały się złowrogie złote słowa wypowiedziane przez smoka.

Przeżywając swoje życie w wiecznym cierpieniu
Zaprzeczasz
Czemu nie widzisz, że to życie jest twym wrogiem
Uwolnij swoją duszę ku wieczności
Teraz następuje pytanie, czy to kłamstwo
Nie przestawaj pytać o przyczynę
Czemu nie widzisz, że to życie jest twym wrogiem
Uwolnij swoja duszę ku wieczności
Wola jest kluczem
Żeby walczyć z przeznaczeniem
Twoja dusza powinna być wolna
Przez wieczność
Oświecenie może otworzyć twój umysł
Twoja dusza wzrośnie żeby nigdy nie upadać


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






23.11.2016, 13:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#18

Kobieta nie rozumiała tego co się z nią zaczęło dziać. Przecież jej zwyczajny sen się właśnie skończył, to powinna wrócić do swojego ciała, znaleźć się w chacie niani Zeldy. Zamiast tego trafiła w zupełnie nieznane sobie miejsce... A może znane, lecz zapomniane? Kto wie, czy pojawiła się tutaj kiedykolwiek przedtem. Niestety, nie mogła odpowiedzieć sobie na to pytanie tak długo, jak długo nie odzyskała pełni wspomnień, a w ciemno też nie chciała nic mówić. W trakcie tak trudnego procesu jak przywracanie własnej świadomości i tożsamości, lepiej nie było naciągać swoich odczuć, które przecież mogły być mylne i uznawać ich jako jedyna prawda o sobie samej. Zdecydowanie lepiej było podejść do całego tematu z pełną ostrożnością, rozważnie i spokojnie analizować kolejne wizje, przychodzące równie spontanicznie, co dziki kot do domu. Dlatego też Anshia czuła się dziwnie, znajdując się nagle w pustce. Chciała się poruszyć, zrobić cokolwiek, ale nie mogła. Tak jakby całe ciało odmówiło posłuszeństwa, a nie tylko nogi jak w realnym świecie. To tylko jeszcze bardziej nabuzowało już rozdrażnioną kobietę. Wolała już leżeć u niani, a nie ... Znajdować się Duronor wie gdzie i po co. Białowłosa ze wszystkich sił próbowała choćby palcem kiwnąć, ale to nie działało. Musiała znaleźć sposób, żeby stąd się wydostać, bo sytuacja nie przedstawiała się kolorowo. Nawet przez myśl jej przeszło, że może teraz już umarła i straciła swoją szansę, jakieś powikłania po zapomnianym zdarzeniu, jakaś ukryta trucizna czy cokolwiek, co miałoby zadziałać po określonym czasie. Doprawdy, kobieta znalazła się w naprawdę niewygodnym położeniu. Dosłownie i w przenośni, bo wiszenie bez celu w przestrzeni do najlepszych ułożeń nie należało.
Anshia postanowiła chociaż skorzystać z okazji, że może widzieć. To świadczyło o tym, że na pewno nie jest w swoim fizycznym ciele, czyli dzieje się to na każdym innym możliwym planie poza cielesnym. Zawsze jakaś otucha, bo zmasakrowanie i tak bezużytecznego ciała byłoby naprawdę słabą wizją. Bezbronna kobieta wytężyła swój dość słaby wzrok, próbując przebić się przez wszechobecną mgłę. Zdecydowanie nie przepadała za taką przeszkodą do swoich oczu. Ciemność byłaby znacznie lepsza, a przy okazji taka dziwnie przyjemna i bezpieczna. Niemniej nie potrafiła wytłumaczyć sobie, dlaczego tak się czuje jak o tym myśli. Anshia zajęła się rozglądaniem, ale wszędzie widziała tylko tę głupią mgłę! Początkowo nic ciekawego nie przykuło jej uwagi, chociaż to także się zmieniło po dłuższej chwili. Zaczęła coś dostrzegać. Nie miała pojęcia czy to kwestia ostatnio pogorszonej kondycji wzorku czy może po prostu ta wizja ma właśnie taka być, ale postanowiła się na tym skupić, bo przecież NAPRAWDĘ WSZYSTKO było ciekawsze od tej pieprzonej mgły! Niepohamowana w żaden sposób ciekawość zaczęła działać niczym najlepsze mikstury alchemiczne, dające nadludzkie umiejętności w wybranych zakresach. To interesujące coś zdawało się być ogromne niczym góry widziane z pewnej odległości. Ile by ona dała, by podfrunąć do nich bliżej, by się im przyjrzeć i nacieszyć swoją zbłąkaną duszę... I jak bardzo żałowałaby tejże decyzji, gdyby tylko mogła ją wykonać. Kilka sekund później, a równie dobrze mogły być to przecież lata, bo tutaj czas płynął zupełnie inaczej i rządził się swoimi dzikimi prawami, zaczęła uświadamiać sobie z czym tak naprawdę ma do czynienia. Wcale nie miała przed oczyma gór, dostojnych w swoim majestacie, piękne i nagie jednocześnie, a coś o wiele bardziej przerażającego. Gdyby tylko mogła, właśnie teraz rzuciłaby się do ucieczki. Biegłaby jak najdalej stąd, byleby nie uświadomić tejże istoty o swojej obecności. Smok na horyzoncie! Za tą cholerną mgłą! Bestia, co zesłana przez bogów została, najstraszniejsza i najokrutniejsza w swoim pełnym dostojeństwie. Bezapelacyjni władcy żałosnego świata żywych, o których krążą niezliczone legendy, te dobre i te złe. Anshia nigdy nie była zainteresowana bliskim spotkaniem z taką bestią, to też najchętniej by stąd prysła, tylko nie miała jak. Nie władała tym światem w żaden sposób, nawet próbowała użyć całej swojej woli, ale i to nie przynosiło żadnych efektów, nadal wisiała bez celu. Niestety, chyba pozostało jej być na łasce lub niełasce tego legendarnego stworzenia. Jak się okazało, biały smok wyglądał naprawdę niesamowicie, a ponieważ Anshia nie wiedziała czy to rzeczywistość innego planu czy może jakiś kolejny sen, to delikatnie mówiąc była przerażona tym co widzi. Wiadomo, czyste piękno, siła i potęga istoty, no marzenie by ujrzeć, ale no kurde! Białowłosa chciała jeszcze trochę sobie pożyć, może odzyskać władze w nogach i zwiedzić trochę tego świata, a nie liczyć zgona bo pojawiła się przed smokiem.
Legendarny gad początkowo nie przypominał tego z pierwszego snu kobiety. Tam znajdował się skryty w talerzu, kompletnie bezpieczny... Teraz zaczęła łączyć fakty, że może jednak dalej jest w jakiejś wewnętrznej projekcji. Gdyby tylko była w stanie przełamać strach, ciekawe czy dałaby radę się stąd wynieść z prędkością światła. Niestety, nie mogła tego w żaden sposób sprawdzić, to też musiała być na łasce smoka, który to stopniowo wyłaniał się z tej upierdliwej mgły. Biała istota... Hm, mieli ze sobą coś wspólnego, bo u Anshii ten kolor także dominował. Może nawet dałoby się dogadać z bestią... Nie no, co ona sobie myśli, że taka majestatyczna gadzina chciałaby poświęcić swój czas na takiego wypierdka jak ona? Przecież była zwykłym człowiekiem, chyba?
Spod łusek smoka biło niesamowite światło. Doprawdy, pierwszy raz w życiu mogła ujrzeć takie zjawisko - i chyba jedyny raz, ale co to tam! Grunt, że zapamięta to wspomnienie, wyryje w pamięci po wsze czasy i na pewno go nie zapomni! Nie to co tamto życie, które jakoś wyparowało i nawet nie wiadomo gdzie sobie uciekło. Teraz trzeba było się skupić na tym, co znajdowało się przed nią. Bestia piękna, naprawdę cudowna, należało przyznać, że wręcz jedyna w swoim rodzaju. Anshia z ledwością załapała, że znajduje się przed smokiem... Co górował swoją wielkością nad wszystkim co byłaby w stanie wymienić w swojej skromnej pamięci. Ogromna bestia, która z każdą chwilą stawała się coraz większa - przynajmniej w mniemaniu białowłosej, czującej stopniowo paraliżujący, nawet duszę, strach.
Istota się poruszyła. Przez moment Anshia powtarzała sobie, że może jej się przywidziało, że tylko tak jej się wydaje! Przecież to nie może być prawda, bo w takim wypadku zaraz będzie po niej. Nie chciała tracić swojego życia, nawet jeśli niezmiernie żałosnego, to jednak czuła, że nadal chce żyć! Kroczyć nieprzebytymi ścieżkami, odkrywać tajemnice, łamać ograniczenia, tak widziała siebie w niedalekiej przyszłości. Niestety, nadchodzące drżenie wszystkiego upewniło białowłosą, że jest w zajebistych tarapatach i jak zaraz czegoś nie wymyśli, to będzie po niej. Ponowiła próby ucieczki, ale i tym razem spełzły na niczym. Chyba pozostało tylko zaakceptować swój los, jakikolwiek on nie będzie. Z drugiej strony Anshia mogła być tak przerażona wizją najbliższej przyszłości, że to ona trzęsła się jak owsik. Nie mogła już dokładnie określić dlaczego jej ciało się zachowuje tak, a nie inaczej. Przeklinała w duchu, nie rozumiejąc tego wszystkiego. Niestety, wszystko zwiastowało, że będzie tylko gorzej. Szarawa mgła, która to od samego początku była wszechobecnym towarzyszem kobiety, nagle zaczynała zmieniać swoją barwę na tą z wnętrza smoka, spod jego łusek. Ciepła barwa niby powinna działać uspokajająco, ale Anshia wcale nie czuła się spokojniejsza, wręcz przeciwnie, gdyby tylko mogła zrobić cokolwiek, już by jej tutaj nie było! Rozglądała się, szukając czegoś co mogłoby pomóc, uratować, byle czego! Niestety, jedyne co można było znaleźć w tym świecie to ten cholerny gad i mgła! Właściwie ciekawe czemu otoczenie zaczęło się zmieniać, dlaczego nadszedł taki, a nie inny kolor. Niby miała jakiś tam pomysł jak to się stało, ale siłą rzeczy nie mogła w żaden sposób potwierdzić, ani zaprzeczyć postawionej sobie tezie, więc ją odpuściła. Z resztą, chyba miała dużo ważniejsze rzeczy niż zastanawianie się nad źródłem zmiany koloru mgły! Zwłaszcza, że smok zaczął się ruszać. Na całe szczęście, jeszcze stał tyłem do Anshii. Szkoda tylko, że nie mogła tego w żaden sposób wykorzystać, bo ani uciec, ani zniknąć we mgle, no po prostu zajebiście. Do tego jak pokazał swoje skrzydła... Białowłosa zastanawiała się czy będzie miała tyle szczęścia, że zostanie najzwyczajniej w świecie niezauważona. Tak, to chyba byłaby najlepsza opcja teraz. Dodatkowo prawdopodobnie najbezpieczniejsza, po prostu cud i miód. Chwilę później bestia pokazała się w całym swoim majestacie, włącznie z łbem i pyskiem. No cóż, nie spodziewała się zobaczyć rogów, którym to znacznie bliżej wyglądem było do piór, niźli twardych wypustek.
Czy czuła się jak mrówka? Można śmiało stwierdzić, że to lekkie niedopowiedzenie. Czuła się jak pyłek kurzu, będąc przed całym światem. Taka kruszynka, kompletnie bezbronna na dodatek. Czyżby w taki sposób miała skonać? W tak żałosny i uwłaczający jej ukrytej dumie sposób? Gdyby tylko mogła, zmobilizowałaby całą swoją wewnętrzną moc i ... Właściwie nic, bo przecież niczego nie potrafiła poza leżeniem. Bezużyteczna kobieta krótko mówiąc. Oczywiście, to nie mógłby być koniec, gdzież by tam! Bowiem smok otworzył oczy! Nie trudno się domyślić, że skierował swój wzrok na białowłosą. Poczuła się, jakby przebito ją lancą... Albo tysiącem lanc? Cholera wie, wydawało jej się, że stoi naga - ciałem i duszą przed bestią. Jakby czytał w jej myślach, znał mowę ludzkiego ciała i w ogóle był wszechpotężny.
Smok ruszył... Anshia już wiedziała, że jest tylko na łasce istoty, która zaczęła ją otaczać ze wszystkich stron. Mgła stawała się nieprzejednana dla oka, do tego ten cholerny, latający gad latał wokół niej. Szkoda tylko, że tego nie widziała, ale miała wrażenie że czuje to dotykiem i słyszy swoimi uszkami. Później buchnięcie mgły, prawdopodobnie z pyska bestii. Takie miała wrażenie, że tak się to stało. Bowiem oczy już nie nadawały się do niczego, czyli właściwie wróciła do punktu wyjścia. Na dodatek zaczęła coś dziwnego słyszeć. Białowłosa musiała się w pełni skupić, żeby cokolwiek zrozumieć z początkowego bełkotu. Słowa, o których nawet nie wie co myśleć. Niby miały jakiś sens, ale przerażały tak mocno, że nie wiedziała, czy chce się nad nimi zastanawiać.
Kobieta nagle wróciła do rzeczywistości. Od razu poczuła... Że nie czuje nóg, więc w sumie powinna być teraz na planie fizycznym. Ciężko oddychała, łapiąc powietrze w płucach, jakby za chwilę miało się ono skończyć. Chociaż wytężała słuch, w dalszym ciągu przerażona, to nie słyszała nikogo, ani odbijających się od podłogi łap rudzielca, ani niani. Zastanawiała się czy naprawdę jest teraz sama. Do tego jeszcze te słowa, które usłyszała na sam koniec. Nie miała pojęcia co o nich myśleć, a przecież wypadałoby się zastanowić. Może miały jakieś powiązanie z jej dawnym życiem, z tym kim była jeszcze kilkanaście dni temu?
Przeżywając swoje życie w wiecznym cierpieniu
Zaprzeczasz
Czemu nie widzisz, że to życie jest twym wrogiem
Uwolnij swoją duszę ku wieczności
Teraz następuje pytanie, czy to kłamstwo
Nie przestawaj pytać o przyczynę
Czemu nie widzisz, że to życie jest twym wrogiem
Uwolnij swoja duszę ku wieczności
Wola jest kluczem
Żeby walczyć z przeznaczeniem
Twoja dusza powinna być wolna
Przez wieczność
Oświecenie może otworzyć twój umysł
Twoja dusza wzrośnie żeby nigdy nie upadać

Powtórzyła to wszystko w myślach. Aż przeszły ją ciarki, ale wiedziała, że musi sobie z tym poradzić, inaczej się nie uwolni. Czy wieczne cierpienie mogło mieć związek z jej obecnym stanem? A może tym kim była? Owszem, cierpiała, że nie może wstać, zająć się sama sobą, ale czy dokładnie o to chodziło? Czy to życie, które teraz prowadzi jest jej wrogiem? Z pewnością! Tak bardzo chciałaby stanąć na nogi, wyruszyć na wyprawę, zrobić coś więcej, niż żałośnie tutaj wegetować! Anshia gdzieś nieśmiało marzyła o wielkich przygodach, sławie i łupach! Chciała coś robić i czuła, że to nie jest jej miejsce, ale z drugiej strony przez to ciało nie mogła zbyt wiele zrobić. Uwolnić duszę ku wieczności? Zabić się? Nieeee, co to to nie! Zdecydowanie nie! Pełnia życia wkrótce wróci, białowłosa była tego pewna! A czy to kłamstwo? Trudno jej było powiedzieć, bo nadal brakowało wiedzy z czasu sprzed utraty pamięci, ale także była taka możliwość. Nie mogła odrzucać żadnej kombinacji zdarzeń. Ma nie przestawać pytać o przyczynę? Ona ciągle to robi! Nie rozumie dlaczego znalazła się tutaj, co sprawiło, że jest w stanie w jakim jest! Tak bardzo chciałaby to wiedzieć, ale nie miała pomysłu jak dobrać się do tejże wiedzy. To mogłoby być głównym problemem. Wola ma być kluczem? Gdyby było tak dosłownie, to już dawno wstałaby na swoje nogi! A może za mało stara się w duchu, żeby to wszystko rozgryźć? Anshia wiedziała czego chce, dlatego nie rozumiała skąd takie słowa w jej głowie się zagnieździły. Żeby walczyć z przeznaczeniem jej dusza powinna być wolna? Czyżby przeznaczeniem jest to, że ma tutaj leżeć dłużej?! Na to sobie nie pozwoli! Nie ma takiej opcji, pod żadnym warunkiem się na to nie zgodzi! Nigdy i koniec! Wygra, stanie na nogi, nie było innej drogi. Tylko gdzie szukać tego nieszczęsnego oświecenia? Może jest w niej samej, tylko trzeba się dobrze skupić? Może nie teraz, bo kobieta zaraz przepali sobie wszystko w głowie od tego myślenia, ale później warto spróbować... Oby udało jej się wzmocnić własną duszę, ale to pewnie będzie zależało od poprzednich czynników.
Anshia skupiła się w pełni na swoich pozostałych zmysłach, przede wszystkim słuchu. Skoro miała nie męczyć oczu, to warto w inny sposób wyczuwać cudzą obecność. Dlatego też uszy zostały postawione w najwyższy stan gotowości, by wykryć gdzie jest jej opiekunka. Białowłosa zaczynała słyszeć jakiś cichy szmer, ale nie była pewna, czy jest on powiązany w jakikolwiek sposób z Zeldą, czy może jej się po prostu tak wydaje.
24.11.2016, 00:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#19

MG


Anshia słyszała jakieś odgłosy dobywające się przed drewnianym domkiem w którym się znajdowała. Dochodziły do niej również ciche odgłosy rozmowy. Najwidoczniej zielarka z kimś rozmawiała.
Skupiając się na poznawaniu świata innymi zmysłami niż wzrok mistyczka usłyszała za oknem cichy trel ptaków. Dźwięk ten jakże miły dla ucha oznaczał że dzień już dawno się rozpoczął.
Po chwili usłyszała zbliżające się kroki. Ciche szuranie mogło świadczyć o tym że do chatki weszła niania Zelda. Anshia słyszała że kobiecina coś niesie stukając przy tym czymś o podłogę.
- Obudziłaś się dziecko?- zapytała ciepło wchodząc do pomieszczenie i widząc jak dziewczyna porusza głową.- Świetnie... Już idę dziecinko
Powiedziała troskliwym tonem staruszka podchodząc w okolice łóżka. Rekonwalescentka usłyszała jak kobiecina stawia coś przy łóżku. Po chwili dziewczyna usłyszała również stukot metalowego naczynia które niania wysunęła spod łoża i postawiła w miejscu gdzie postawiła inny przedmiot.
- Przyniosłam krzesło z dziurą. Pozwoli ci w załatwieniu się. Pod spodem jest nocnik.- wyjaśniła staruszka po czym o ściągnęła kołdrę z chorej mistyczki. Po chwili pomogła jej podnieść się i wspólnymi siłami przeniosła Anshię na przyniesione krzesełko.
- Nie krępuj się. - powiedziała do białowłosej. Dla niani to było coś naturalnego. Poza tym dziewczyna zauważyła że pomimo starości to zielarka miała sporo krzepy jak na swój wiek. Zapewne wynikało to z tego że niemalże codziennie miała do czynienia z chorymi którym trzeba było pomagać przy chodzeniu, przemieszczaniu się i tego typu czynnościach a jakby nie patrzeć do tego potrzeba dużo siły.
Staruszka jakby nigdy nic zaczęła krzątać się po pomieszczeniu. Anshia słyszała jak niania zbiera jej pościel w której spędziła noc. Po chwili uzdrowicielka wyszła z chatki. Mistyczka usłyszała że niania poszła za chatkę, słyszała jak trzepie pościel i zapewne rozwiesza ją na sznurkach by porządnie ją wywietrzyć.
Po jakimś czasie staruszka wróciła a wraz z nim wrócił i koci futrzak oznajmiając to cichym miauczeniem.
- No jak tam dziecinko? Jak się spało? Śniło ci się coś?- zapytała niania po czym zgarnęła nocnik i znów wyszła z chatki. Wróciła po chwili z czystym naczyniem które ponownie znalazło się pod łóżkiem.
Znów pomogła dziewczynie przemieścić się na krawędź łoża. Nie kładła jej.
- Mam dla ciebie niespodziankę skarbie. Ale to za chwilę. Czekam aż Bert przybędzie.- powiedziała staruszka. Najwidoczniej spodziewa się gościa. Niania natomiast zaczęła krzątać się w okolicy kufra. Wyjmowała z niego różne rzeczy i rzucała na materac łóżka. Jeśli Anshia wyciągnie rękę to poczuje różne rodzaje materiałów pod palcami. Najwidoczniej staruszka przeglądała różne ubrania szukając najodpowiedniejszego.
To że staruszka cały czas coś robiła nie znaczy że ignorowała dziewczynę. Wręcz przeciwnie, jeśli chora będzie opowiadać to zacznie uważnie jej słuchać.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






25.11.2016, 12:10
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata niani Zeldy
#20

Kobieta postanowiła, że skończy swoje wewnętrzne rozważania później, bo na razie są ważniejsze rzeczy na głowie. Oczywiście nie mogła całkowicie pozbyć się tego głosu z głowy, ale musiała chwilowo przenieść swoją atencję na coś zupełnie innego, choćby nawet otaczający ją świat w rzeczywistym wymiarze. Dlatego też skupiła wszystkie swoje zmysły poza wzrokiem, by działały jak sfera, w której wie mniej więcej co się dzieje. Była świadoma, że oczy są generalnie najlepsze jeśli chodzi o wykrywanie przestrzeni, ale skoro tymczasowo nie mogła ich używać, to należało zmienić swoje źródło odbierania bodźców. Przede wszystkim skupiła się na słuchu, który nadawał się do wykrywania ruchu w okolicy. Przecież każdy krok można było usłyszeć, a nawet latające ptaki trzepotem swoich skrzydeł mogły dawać informację gdzie aktualnie się znajdują.
Anshii udało się wyłapać, że jej droga opiekunka z kimś rozmawia. Niestety, nadal nie była wprawiona w sztuce słuchania na dalszą odległość, to też niezbyt miała pojęcie o czym tak prawią. Nawet zaczęła się zastanawiać z kim mogłaby prowadzić rozmowę, ale z drugiej strony – białowłosa nie znała tutaj nikogo, zatem trudno było się odnieść do kogokolwiek. Z tego powodu przestała się zastanawiać, zamiast tego próbując wyłapać cokolwiek z tej rozmowy – z miernym skutkiem. Na dodatek udało się sparaliżowanej usłyszeć coś zupełnie innego i raczej niespodziewanego. Świergot ptaków za oknem, a zwiastowało to obecność tarczy słonecznej na nieboskłonie. Pewnie gdyby teraz chciała otworzyć oczy, to swoim krzykiem postawiłaby na baczność całą okolicę, a może i miasto. Musiała odpuścić na razie sprawdzanie stanu swojego wzroku. Bała się robić wszystko po omacku, ale w obecnej sytuacji i tak raczej wyboru nie miała. Pozostało zatem skupić się na reszcie zmysłów, co chyba dla kobietki było czymś zupełnie nowym, ale zapewne bardzo interesującym doświadczeniem całego świata przez inny pryzmat.
- Nianiu? To ty? – Zapytała nieśmiało, kiedy do jej uszu doszedł cichy szmer związany z przemieszczaniem się Zeldy.
- Coś tam masz? – Anshia zrobiła się strasznie ciekawa, niczym małe dziecko czekające na otrzymanie i rozpakowanie prezentu. Niemniej białowłosa już zastanawiała się z czym tam niania mogła się pojawić.
- Tak, przed chwilą się obudziłam. Zgaduję, że mamy dzień? – Chociaż znała odpowiedź na pytanie, to wolała zapytać dla pewności. Kto wie czy nie miała jakiś zabawne lub mniej śmieszne halucynacje. No cóż, należało być przygotowanym w środku na wszystko co mogło ją czekać w najbliższym czasie – szkoda tylko, że nie wiedziała na co dokładnie. Później niania krzątała się koło niej z różnymi rzeczami. Już miała zapytać co tam takiego majstruje, ale sama powiedziała co tam zbudowała. Anshia się zmieszała na moment.
- Naprawdę? No ale… No wiesz no... - Zażenowana chciała się wykręcić od całej tej sytuacji, bo sama świadomość, że ktoś może na nią patrzyć podczas wykonywania TEJ czynności sprawiała, że podświadomie odsuwała od siebie tę potrzebę. Niby nawet by nie zauważyła, jakby Zelda na nią patrzyła, ale i tak – nie mogła tego sprawdzić, więc niezbyt wiedziała jaki mieć stosunek do tego wszystkiego.
- Eh, to głupie, chociaż wiem, że muszę… To naprawdę jest upierdliwe. – Jęknęła, kiedy poczuła, jak kobieta pomaga jej zebrać się z łóżka. Rzeczywiście, należało tutaj pochwalić jej siłę fizyczną, bo w sumie Anshia swoje ważyła, to też byle cherlawa osoba by jej nie pomogła wstać, do tego nogi białowłosej to takie beznadziejne, gumowe kłody, co żadnego zastosowania nie mają sensownego. Nawet wpadła na pomysł, że jak już będzie siedziała na tym swoim nocniko-tronie, to sprawdzi, czy te nogi nadal ma. Logicznie rzecz biorąc wiedziała, że one powinny się znajdować tam gdzie zwykle, ale i tak chciała się przekonać czy ma rację czy może dzikie urojenia.
- Łatwo powiedzieć nie krępuj się. No nic, co trzeba, to trzeba. – Westchnęła, zajmując się sobą i swoimi potrzebami. Właściwie to jak się już odblokowała wewnętrznie, to poszło. Mimo to Anshia czuła się co najmniej zawstydzona przy tym wszystkim. Przecież przy tym trzeba trochę intymności, samotności, zastanowienia się nad sobą, a nie takie… Bezuczuciowe i w ogóle nah.
- No dobrze, skończyłaaaam. – Jęknęła przeciągle, kompletnie zmieszana. Niby powinna zapaść się pod ziemię, ale no kurde nadal człowiek, nadal ma potrzeby fizjologiczne. A co by było, jakby urodziła się zwierzątkiem? Kto wie, może jej życie byłoby prostsze? Albo padłaby ofiarą jakiegoś cholernego drapieżnika, nikt nie ma pojęcia. Anshia odruchowo wodziła zamkniętymi powiekami tam, gdzie akurat słyszała jakieś źródło dźwięku, jakby instynktownie chciała zastąpić uszkodzony wzrok zmysłem słuchu. Stopniowo po tym co docierało do niej, mogła analizować co właśnie jej opiekunka robi, a to bierze pościel, pewnie żeby zmienić albo co najmniej wywietrzyć. Właściwie to białowłosa tak długo w niej leżała, że to stało się bez różnicy jaki ona ma zapach. Wcześniej się nad tym nie zastanawiała, bo i nie widziała w tym sensu, a poza tym podczas snu zapewne przyzwyczaiła się do tego jak od niej pewnie cuchnie. Białowłosa zaczęła się zastanawiać jak to jest, że ludzie odruchowo polegają przede wszystkim na wzorku, czasami uzupełniając doznania dzięki słuchowi. Przecież odrzucają takie bogactwo bodźców, jakie właśnie Anshia miała okazję zaznać. Szczerze powiedziawszy to było troszkę dla niej dziwne, wzbudzało lęk – przed nieznanym, własnym ograniczeniem, z którym chciała wygrać… Ale skoro tymczasowo było to niemożliwe, to czy nie warto skorzystać z okazji jaką daje jej los, by poznała świat nieco inaczej, może nawet głębiej. Zacisnęła pięści, delikatnie się uśmiechając.
- Skoro taka jest wola bogów, niechaj będzie. Ja się nie poddam, nigdy w życiu. Poznam tajemnicę, dowiem się kim jestem i albo naprawię błędy, albo się po prostu zemszczę. – Wypowiedziała to szeptem, zanim ktokolwiek wszedł do środka. Anshia dała samej sobie słowo, że będzie walczyć do samego końca, o prawdę o sobie… I wolność, prawdziwą i nieskazitelną wolność. Nikt nie będzie dumnej białowłosej ograniczał w czymkolwiek, ona sobie nie pozwoli. Wzmocni się tak, by już nigdy nie upaść, czyli tak jak powiedziano jej w tej dziwacznej wizji.
Delikatny krok, bardzo zgrabny i spokojny… Do tego bardzo często się powtarzał, a sądząc po tym, że był znacznie cichszy od hałasów wydawanych przez nianię, Anshia mogła ze sporą pewnością uznać, że nadchodzi nie kto inny, a ogoniasty rudzielec.
- Lepiej z tym kotem? – Zapytała od razu, bo przypomniała sobie, że przecież zwierzę straciło wcześniej wzrok po to, by białowłosa mogła zacząć cokolwiek widzieć tymi fioletowym patrzałkami. Niemniej nadal czuła się odrobinę winna jego stanu, oby i on z tego wyszedł.
- A u mnie? Nadal sporo nie pamiętam, a moje sny są co najmniej dziwne… Naprawdę chcesz posłuchać o tym? Z resztą to był sen za snem, chociaż się nie obudziłam, co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło. Cholera, światy w których jestem rozróżniam na podstawie tego czy widzę normalnie, czy moje oczy nadają się jedynie jako ozdoba do twarzy, to dość dziwne, ale właściwie działa. – Skończyła mówić, bo uświadomiła sobie, że Zelda właśnie wychodzi i chciałaby zaczekać z resztą swojego niezbyt rozgarniętego opowiadania na główną słuchaczkę.
Białowłosa sama chciała wstać, ale kiedy uświadomiła sobie, że jej nogi to jakieś martwe ciało, mocno wspomogła się nianią. Było jej głupio, że nawet chodzić samodzielnie nie może, a jak usiadła na łóżku, poczuła się nieco bezpieczniej.
- Naprawdę przepraszam za kłopot… Nie rozumiem dlaczego to mnie spotkało, ale wiem, że to bardzo upierdliwe zajmować się kimś, kto ani patrzeć, ani chodzić nie może. – Zacisnęła dłonie mocniej na łóżku, uświadamiając sobie, że coś w jednej łapce trzyma.
- Hę? Kto to Bert? I co to takiego? – Złapała za materiał, który od razu pociągnęła bliżej siebie, starannie dotykając go palcami.
- Czy ja właśnie trzymam w rękach ubranie? Przecież wyjście ze mną jest niemożliwe! – Krzyknęła zdezorientowana. Nie było sensu jej przebierać, jakby nadal miała leżeć w łóżku, więc jedynym logicznym rozwiązaniem stało się to, że gdzieś wyjdą, sęk w tym, że Anshia byłą do tego kompletnie nieprzekonana. W dalszym ciągu badała materiał ubrania i jego krój, żeby załapać z czym tak naprawdę ma do czynienia, czy z suknią, a może zwyczajną koszulą. Później powędrowała dłonią znowu do kupki, szukając kolejnych ciuchów, by je wymacać. Chciała mieć pojęcie co takiego Zelda kombinuje, bo to wszystko zaczęło się dość szybko komplikować.
- Ano, miałam opowiadać co mi się śniło, a że to był podwójny sen, to zacznę może od tego pierwszego i zdecydowanie bardziej normalniejszego. No wiesz, znowu byłam dzieckiem, ale przynajmniej nie miałam tych sześciu lat, tylko odrobinę więcej. Bez dziurek zamiast tych dobrych zębów. Ogólnie no to się troszeczkę zmieniłam. Znaczy się nadal miałam brązowe włosy, tylko nieco się rozjaśniły, ale to chyba normalne, że we wczesnym dzieciństwie możemy mieć odmienny kolor włosów od tego, który będzie później. No nic, to nie jest jakoś istotne, tak sobie mówię. – Anshia przez moment się zastanawiała, czy chce opowiadać o tym wszystkim, ale w sumie jak zaczęła, to warto byłoby skończyć opowiadanie.
- I byłam w teatrze, bodajże to wszystko działo się w Lothil. Specjalnie dla dzieci z bogatych rodzin zrobiono takie miejsce, by mogły się pokazać, że jakie to one nie są uzdolnione i w ogóle oh i ah! Niemniej zgodnie z tym co pamiętam, to przecież w tamtym jeszcze wcześniejszym śnie moi rodzice to byli zwykłymi rybakami, zatem do bogatej rodziny było mi daleko… Chociaż nie, czekaj! Na sam koniec pierwszego z dzisiejszych snów pojawił się ktoś, kogo nazwałam wujkiem. Nie wyglądał na wybitnie bogatego, ale wzbudzał u innych strach i szacunek, ale chyba więcej tego pierwszego. Może dlatego mogłam być tam w teatrze? No nie ważne, sama tego nie pojmuję, chaotycznie próbuję połączyć ze sobą jakiekolwiek fakty. – Zaczęła się zastanawiać czy dobrze mówi, na moment myślami cofając się do tamtego momentu, kiedy wujek odbierał ją po występie. Rzeczywiście miał w sobie coś takiego, chyba nawet gdzieś tam w głowie jej chodziło, że był kimś ważnym, bo coś zrobił.
- Już wiem! On był magiem! Ale nie wiem co konkretnego potrafił, tylko że bardzo cieszyłam się, kiedy był obok. Może dlatego, że rzadko miał dla mnie czas? Z resztą, nieważne. Wracając do snu to wszystko właśnie zaczynało się w teatrze. Miałam mieć swój pierwszy występ, będąc jednocześnie w najmłodszej grupie. Biegałam po całym budynku, zastanawiając się nad tym czy kiedyś uda mi się ściągnąć moją rodzinę, by mogli zobaczyć jak występuję. Nie musiałabym nawet grać głównej roli, tylko byleby mnie widzieli, bym mogła z nimi później porozmawiać. No i ogólnie to miałam masę dziwnych przemyśleń, takich nietypowych dla dziecka… Może musiałam nieco szybciej dojrzeć tam do pewnych rzeczy, kto to wie? Ano i nie mogłam usiedzieć na jednym miejscu, wszędzie biegałam, czegoś szukałam, ciągle coś robiłam. Ot zwyczajnie żywe dziecko ze mnie w tej wizji było. Poza tym nie pasowałam ubiorem, bo dalej miałam na sobie to samo, co lubiłam nosić na wsi, proste ubranie. Inni chodzili tam tak wystrojeni, jakby na jakieś parady królewskie chodzili, albo sakwa im zbyt bardzo ciążyła, nie no ten drugi powód by się zgadzał w zupełności. W ogóle jęczałam, że nie lubiłam sukienek, zabawna osóbka ze mnie musiała być. Dziewczynka ubierająca się jak chłopiec do pola. Ano i ten teatr oczywiście utrzymywał się z tego, że rodzice tych bogatych dzieciaków płacili za to, by ich pociechy mogły występować. Wiesz, nie musiały niczego umieć, najważniejsze by pieniądze się zgadzały. Ogólnie to pewnie musiało generować masę dziwnych sytuacji, które mogły być naprawdę żenujące dla obu stron, ale nie mnie to oceniać… O i chciałam wysłać list mojej rodzinie, ale jeszcze nie umiałam pisać, więc wyobrażałam sobie, że moje słowa do nich dolecą. Rany, będąc dzieckiem naprawdę jest się aż irytująco naiwnym. Na szczęście na ziemię sprowadziła mnie nie jaka Dameria. Ta kobieta była opiekunką mojej grupy w teatrze, więc posłusznie poczłapałam za nią. Przed występem czekała mnie bowiem ciężka charakteryzacja. Maaaaaaatko, nie mogłam wysiedzieć na tyłku przez ten czas. Dawano mi na twarz jakieś pudry, jakieś mazidła, potem masy żeby mi rogi wyrzeźbić na głowie. Tyle kombinowania, potem pomalowano mnie na niebiesko! Dano jakąś sukienkę, co jakby się ktoś uparł, to szłoby zobaczyć wszystko co miałam pod nią! Zamiast normalnego materiału to użyli jakiegoś syfu, co cienki i prawie przeźroczysty był, tyle dobrze, że warstw sporo dali. Panienka Mii to wszystko zrobiła. Szkoda tylko, że straszną osobą była. Naprawdę, taki rygor, twarda z postawy, ale jak się zabrała do pracy, to jakoś w nią anioł wstąpił. Taka miła, taka szczęśliwa, no po prostu wspaniała. W ogóle to grałam jakiegoś smoka. Na imię miała Mizarin, co z resztą bez sensu, bo czy smoki nie nazywają się jakoś inaczej? – Anshii chodziło po głowie, że coś jest nie tak, że brakuje czegoś, ale nie mogła dojść do tego, że chodzi o końcówkę „’el”.
- I ogólnie to byłam strażnikiem świętej wody wielkich i prawych bohaterów. Esencji życia w kropli zawartej. Miałam jej pilnować, żeby nieczyści nigdy do niej nie sięgnęli. Wiem, że chciałam obronić moją wodę, ale oni użyli jakiegoś kamienia i nie mogłam nic zrobić. Tak to było zaplanowane oczywiście, ale sam przekaz… Nie daje mi spokoju. Bo Mizarin to była kobieta, która jako pierwsza niegodna sięgnęła tak naprawdę po wodę. By uciec od boskiej kary poprzysięgła, że będzie pilnować tejże wody przed podobnymi sobie, na co Duronor przystanął. Niemniej przed swoją służbą urodziła dziecko, które porzuciła. Będąc święcie przekonana, że jej potomek zginie, pilnowała wodę przez kilka wieków, aż jej dziedzic z pokoleń w linii prostej spłodził troje synów, którzy to zabili kobietę, która przez ten czas zyskała iście smocze moce. Taka miała być cicha kara smoczych bóstw za złamanie ich przykazań i sięgnięcie po wodę, bo Mizarin w ramach ostatniej woli poprosiła o zniszczenie świętej cieczy wraz ze śmiercią kobiety i jej potomków. Ogólnie dość dziwna historyjka, która miała być wystawiana w częściach, a nam dano tą najłatwiejszą, bo wiadomo, dzieci. – To był mój pierwszy sen, taki dość zwyczajny. Przynajmniej zwiedziłam nieco Lothil, przy okazji poznałam wujka, takie dość miłe wspomnienie, nie mam na co narzekać… No może tylko na to, że mało rówieśników spotkałam, ale to nic nie szkodzi, pewnie nadrobię za niedługo to wszystko. Niemniej całkiem przyjemnie, właściwie to chyba obecny stan nie pasuje do tego jaka byłam będąc dzieckiem. Obym z następnych snów miała równie ciepłe wspomnienia.
Anshia na moment skupiła się na trzymanych przez siebie ubraniach. Zastanawiała się czy warto wspominać na poważnie o drugiej wizji. Ta zdecydowanie do najprzyjemniejszych nie należała, bo o ile w dalszym ciągu mogła korzystać ze wzroku, to bycie sparaliżowanym, zawieszonym w dziwnej, niewytłumaczalnej pustce już do miłych rzeczy nie należało. Dlatego białowłosa miała dziwnie spuszczoną głowę, w dalszym ciągu rozważając czy w ogóle niania pojmie to co ona chciałaby przekazać, o ile oczywiście najpierw wygra ze swoim strachem, który ją zżerał. Rzeczywiście trudno jej było mówić o kolejnej niewiadomej, która do tego niczego nie mogła w swojej zawiłości wyjaśnić. Anshia i tak czuła się ogromnym ciężarem dla kobiety, która chociaż otrzymała pieniądze, by się nią opiekować, to przecież nie była chyba normalnym przypadkiem choroby. Kobieta z amnezją, paraliżem obejmującym połowę ciała i do tego oślepiona, to z pewnością nie jest przyjemny pacjent. Dlatego też białowłosa poważnie zastanawiała się czy dokładnie i ze szczegółami opowiedzieć to co zaszło podczas drugiej wizji. Ten smok nadal wywoływał w Anshii nieopisaną trwogę, gdyby nie to, że cały czas powtarzała sobie, że to tylko senna mara, to by naprawdę siedziała w pełni sparaliżowana. Zacisnęła zęby, ponownie czując na sobie wzrok majestatycznego gada.
Przecież Ciebie tutaj nie ma! Wynoś się z mojej głowy! Przestań mi mącić… Przestań, odejdź ode mnie! Prawie płakała, kiedy mówiła to w myślach do samej siebie.
Poradzę sobie, pokonam wszystkie przeciwności… Nie ważne czy będziecie chcieli mnie zabić, czy znowu oślepicie, odbierzecie mi pamięć… Odzyskam wszystko, a potem się zemszczę. Zrobię to co do mnie należy, już nigdy nie stracę swojej prawdziwej tożsamości, nawet jeśli będę musiała ją wyryć na własnej skórze tępym ostrzem. Nie dbam o to… Nie dbam już o nic, tak bardzo jak o to, by powrócić jeszcze silniejsza. Wrócę tam skąd przyszłam, a kiedy poznam już całą prawdę nic i nikt mnie nie powstrzyma. Nawet jeśli będzie to oznaczało wojnę z całym światem, nie poddam się. Nigdy więcej nie okażę żadnej słabości. Będę ponad ludźmi, stanę się potężna jak nikt dotąd. Nie straszna mi będzie droga bestii i zniszczenia, już nic nigdy nie będzie mi obce! Nie złamiecie mnie niczym, bo nie macie ani takiego młota, ani łańcucha, ani magii by to uczynić. Nie wiem w czyim interesie było to, bym teraz leżała tutaj niczym truchło, bez możliwości i chęci do życia, ale dowiem się i wybiję z głowy nękanie mnie czy innych osób. Skończyło się, nie mam czasu na Wasze żałosne gierki kimkolwiek jesteście. Kiedy tylko odzyskam wszystko to co mi odebrano, odegram się… Cały ten głęboki monolog odbyła w myślach, chociaż szczerze powiedziawszy dla smoków mógłby brzmieć jak jakieś żałosne szczekanie kundla, który chce zerwać się z łańcucha. Na twarzy Anshii zagościł błędny uśmiech, taki mający w sobie lekką pogardę i chęć zadrwienia z kogoś. Przez chwilę milczała, po czym wróciła do normalnego wyrazu, lekko uśmiechniętego i zdecydowanie zdezorientowanego.
- Po prostu w drugiej wizji miałam do czynienia ze smokiem. Szkoda, że w żaden sposób się nie przedstawił, ani nie powiedział nic o sobie. Przekazał mi tylko kilka słów, po których bezceremonialnie wyrzuciło mnie z krainy snów. Troszkę przykre, ale dowiem się co to za bestia była i jej łuski z cielska powyrywam. Wredne stworzenie, takie no nie polecam spotkać, jak idzie się w środku nocy po jakimś polu czy górach. – Białowłosa nie chciała wchodzić w szczegóły snu, bo to wciąż sprawa bardzo świeża, do tego jeszcze nie poradziła sobie z tym, dlatego nie widziała sensu, by mówić coś więcej. Mogłaby się rozpłakać czy coś i w ogóle byłoby smutno. Powtarzała samej sobie w duchu słowa, które z takim zapałem brzmiały w jej głowie, ale nie wypowiadała ich na głos, jakby bała się, że ten smok tutaj przyleci i ją pokara za to wszystko. Dlatego należało jak najszybciej zmienić temat na coś znacznie bardziej neutralnego. Anshia przypomniała sobie, że przecież Zelda wspominała wcześniej o jakiejś niespodziance!
- No ogólnie to wszystko nie jest jakoś ważne. Lepiej pochwal się co za niespodziankę szykujesz, bo jestem ciekawa tego pomysłu! Szukasz mi ubrań, więc gdzieś się pewnie wybierzemy, zgadza się? No proszę, powieeeeeeeeeedz co tam kombinujesz! Nie daj się prosić noooooo. – Gdyby tylko mogła, to zrobiłaby maślane oczka, szkoda tylko, że nie mogła otworzyć swoich oczu. Dlatego liczyła, że jej droga opiekunka pochwali się tym, co tam przygotowuje dla Anshii. Oczywiście wizja wyjścia nie była najlepszą ze wszystkich opcji, ale no cóż, coś robić trzeba było z nią, a całe dnie jak będzie spędzać w domu, to też nie dobrze dla jej zdrowia. Tak przynajmniej to rozumiała, ale przecież ona na leczeniu się w ogóle nie znała, więc zostawiała tę kwestię osobie, która miała pojęcie w tym temacie i coś mogła zaradzić na jej przykry stan.
26.11.2016, 21:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna