Północna dróżka
#51

Nagły dźwięk wybudził Avaraada z letargu, w którym się znajdował. Czy to Tandara wydała z siebie taki dźwięk? Nie spodziewał się, żeby Tork był w stanie coś takiego zrobić, więc to była jedyna słuszna opcja. Łowca otworzył oczy w porę żeby zobaczyć jak jego starania rozpadają się równie szybko jak zaczęły się formować. Obłok pyłu odczepił się od załadowanego bełtu i bezwiednie pofrunął w nicość. To było... co najmniej dołujące. Mimo wszystko Avaraad wymagał od siebie zdecydowanie więcej koncentracji i samo zachowania niż bycie rozproszonym przez... właściwie co takiego?
Szybkie rozejrzenie się po okolicy uzmysłowiło mu, co tak naprawdę przed chwilą się wydarzyło. Tandarze udało się wykonać planowaną przez nią rzecz. Może niezbyt kontrolowanie ale jednak. Martwa kaczka leżała niedaleko z bebechami na wierzchu. Biedne stworzenie. Zabite w tak okrutny sposób. Ale tak już działał ten świat - albo się walczy albo jest się zabitym. A Avaraad zdecydowanie chciał podjąć kolejną walkę. Ignorując słowa Tandary i jej bezmyślne zachowanie ponownie spróbował skupić się na przerwanej wcześniej rzeczy. Miał teraz w głowie, że dziewczyna stała obok niego i była w stanie zrobić wiele nieprzewidywalnych czynów, dlatego podwoił swoje starania - zarówno w koncentracji jak i manipulacji maną. Jeśli miało mu się udać musiał poświęcić wszystkie swoje starania na tym celu. Może i Tandara działała pod wpływem emocji, mężczyzna jednak wcale nie chciał się im poddawać. Ponownie westchnął i powrócił do wcześniejszej "medytacji" żeby osiągnąć zamierzony cel.
24.07.2018, 20:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Północna dróżka
#52

Nie spodziewał się, że zostanie poniekąd zignorowany. Z drugiej strony nie spodziewał się, że nie będzie wiedział, jak zareagować na tyle, na ile zwrócono na niego uwagę. Avaraad w końcu odpowiedział mu na te parę słów, jakie bez większego pomyślunku dane mu było wygłosić. Nie chciał przyznać mu racji, co to, to nie; nie miał pojęcia jednak, jak się z tym kłócić.
Gdy więc para Łowców zabrała się za trening, który miał chyba doprowadzić do rozwoju ich mocy, Tork po prostu klapnął na ziemi, od czasu do czasu spoglądając na nich. Zmienny grymas twarzy wskazywał na to, że różne, naprawdę przeróżne myśli kłębiły się po jego głowie, ale były niezbyt składne. Trzeba przyznać, że Tygrys weteranem intelektu może nie był. Ale żeby przyznać, że się mylił? Niemożliwe.
Marszczył brwi i przygryzał wnętrze wargi, wręcz żując ją. Obyło się bez ran, bo może i była to czynność mimowolna, ale Dzikus nie był znowu taki wkurzony, żeby sobie czy komu próbować coś zrobić. Tak naprawdę to próbował cały czas rozgryźć, jak by tu udowodnić, że się nie pomylił w swojej ocenie nauki technik. A nawet jeśli się pomylił, to nie jakoś mocno, o.
Eureka przyszła wraz ze spadającą kaczką.
Łowca poderwał się na równe nogi. Nie był oczywiście przestraszony nagłym strzałem z... czegokolwiek by to nie było. W ogóle nie o to chodziło. Ani trochę.
- No! - krzyknął wręcz, spoglądając na Tandarę. Wyglądała na zmęczoną, ale też... niezbyt zadowoloną. A to dziwne. - E, grunt, że coś się dzieje. Z rzadka się widzi, jak ktoś tak z dupy gwoździem strzela. Znaczy, z ręki... Eee... No. Kolcem jakimś, czy co. - klepnął po plecach koleżankę, z jakiegoś niewiadomego mu powodu starając się ją pocieszyć. - A wracając do tego, o co mi chodziło... Avaraad, może źle powiedziałem. Ekspert to ze mnie żaden, po prostu mówię, co ja widzę po sobie. Prościej mi, jak się w coś wczuję. Tak sercem. W jakikolwiek sposób. Sam nie pamiętam, żebym świadomie się nauczył wykorzystywać te cuda. To przyszło bardziej tak... samo z siebie. A po tobie widać frustrację - zwrócił się w stronę Kołtucha - ...zadziałała. Może nie tak, jak se wymyśliłaś, ale to już coś. - podrapał się po brodzie. Chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zaschło mu w gardle i wypadło z głowy. No już chuj tam, nie jest myślicielem ani mentorem sztuk walki. Jak mu się przypomni, to powie, jak nie, to niech se radzą sami. Ale w sumie, przydałoby się nie zostać za nimi w tyle. Ani mu się to śni.
Tylko jak spróbować odkryć w sobie coś nieznanego, pierwiastek jakiejś zapomnianej mocy, kiedy dopiero co powiedział - i w co dość głęboko wierzył: to nie usilne i żmudne próby, krok po kroku, przez jakąś teorię magii, rozgryzanie jej kawałek po kawałku przyniosą mu siłę, ale nagły przypływ emocji i raczej próba ich odpowiedniego ukierunkowania? Po pierwszej próbie kolejne zawsze będą prostsze, aż w końcu technika staje się wyuczonym trikiem. Można ją odtworzyć nawet bez szczególnych uczuć.
Nie miał pojęcia, co ze sobą teraz zrobić. Niby wierzył, że próby usilnej nauki - a przynajmniej w tych okolicznościach - nie przyniosą mu żadnego pożytku. A z drugiej... chciałby, żeby tak się stało.

O ile jednak współtowarzyszące mu osoby miały jakiś pomysł na to, od czego w ogóle zacząć, to w jego przypadku... najprościej rzec: kreatywność, w tej sytuacji przynajmniej, nie była jego mocną stroną.
Wymyślne techniki? Nie miał głowy na rozmyślanie nad teorią. Zwykłe ćwiczenia? Na jego poziomie trudno było zauważyć widoczną różnicę. Ale to będzie prostsze. Może coś, w czym nie jest za doskonały, a wciąż się w praktyce przyda?
Skoczek z niego niezły, bo nogi miał silne, ale zawsze można było dopracować co nieco zwinność w tym aspekcie. Przyda się i przy takich ucieczkach do... niewygodnych sytuacji, jak ostatni epizod w Greathardzie chociażby... ale i do walki, zapewne, w niedużych przestrzeniach. To było najsensowniejsze, na co stać teraz Torka.
- To ja sobie też pójdę poćwiczyć. - rzucił do towarzystwa.
Podszedł następnie do najbliższego drzewa i na różny sposób próbował wskakiwać na nie, podciągać się na gałęziach, wbiegać, zachowując choć przez chwilę równowagę, by w końcu się z niego zsunąć; wyglądałoby to może trochę komicznie, ale Tygrys się teraz tym nie przejmował. W końcu przed chwilą Tandara nie wytrzymała gromadzącego się żywiołu na swoich łapkach i przypadkiem ustrzeliła kaczkę. Torkowi przynajmniej nie było głupio z tego względu, że jako-tako wiedział, co robi...
01.08.2018, 00:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Północna dróżka
#53

Po chwili - dłuższej chwili - bełt, w który usilnie wpatrywał się łowca zaczął pokrywać się delikatną powłoką ziemi. Początkowo delikatnie, kilka ziarenek na raz, kończąc na czymś co wyglądało jak babka z piasku ulepiona przez wyjątkowo mało uzdolnione dziecko. Mężczyznę lekko zadziwiła ilość wysiłku, który musiał włożyć w ten "twór". Nie był przyzwyczajony do jakiegokolwiek używania większej ilości magii, do dopiero mówić o nauczeniu się przy jej pomocy czegoś nowego. Jednak po spotkaniu z demonem nie zamierzał rezygnować z jakichkolwiek sposobów powiększenia swojego arsenału. Kto wie co i kiedy może mu się przydać.
Co by jednak nie mówić to co właśnie stworzył nie przyda mu się na nic. Nie dość, że do techniki Tandary brakowało temu właściwie wszystkiego to jeszcze skorupa rozpadła się, gdy tylko zdołał jej dotknąć. Kompletna klapa. Z drugiej strony słabym byłby łowcą potworów gdyby zniechęcał się przy pierwszej nieudanej próbie. Zastanawiał się chwilę nad swoim tworem, próbując odgadnąć czego tak właściwie tutaj brakuje. Nawału emocji wszelakich nie miał zamiaru dokładać, już mu wystarczyła dwójka narwańców, z którymi musiał sobie radzić. Wpatrywał się w częściowo pokryty ziemią bełt, a w jego głowie jedna myśl przeskakiwała w następną z ogromną prędkością. Wszystkie doprowadziły go do jednego wniosku - nie miał zielonego pojęcia co zrobił źle. Całe szczęście miał obok siebie kogoś kto wiedział dobrze co robi - a przynajmniej tak mu się wydawało.
Szybkie spojrzenie na Tandarę utwierdziło go w przekonaniu, że absolutnie nie ma ochoty teraz do niej podchodzić. Na jej twarzy co chwilę pojawiał się grymas smutku, który zaraz został zastąpiony głupawym uśmiechem. Cokolwiek działo się teraz w jej głowie mogłoby się źle odbić na kimś, kto by jej przerwał. Całe szczęście nie potrzebował jej bezpośredniej rady. Wystarczył mu jej kolec, który wystrzeliła chwilę wcześniej. Starając się nie stawiać na drodze ewentualnemu pociskowi z jej strony, podszedł do kolca, podniósł go z ziemi i odszedł za plecy Tandary tak szybko jak tylko potrafił. Nic złego się nie stało, więc można było uznać trening za połowicznie udany. W bezpiecznej odległości zaczął studiować stworzony przez dziewczynę kolec. Pierwsze co zauważył to różnica w samej ziemi, której używali. Jego byłą sucha i wypalona, zaś jej żyzna i pulchna. Wydawała się być idealna do posadzenia w niej roślin, a nie jako budulec do śmiercionośnej techniki. Ciekawe czy to przez różnicę w emocjach? Pewnie tak ale z tym musiał sobie jakoś poradzić. Dużo bardziej zaciekawiła go delikatna, przezroczysta powłoka dookoła kolca. Przypominała zwarte powietrze albo szkło. Pod palcami była wręcz śliska ale jednocześnie wyjątkowo twarda. Czym ty jesteś do cholery?
Bez gotowego do prób bełtu nie był w stanie dalej eksperymentować, a poprzednia jego praca już zupełnie się rozpadła. Avaraad westchnął ciężko, po czym zaczął od zera przygotowywać pocisk. Dobre kilkanaście minut później jego praca była skończona. I to jeszcze jak! Tym razem powłoka nie rozpadała się w rękach i wydawała się całkiem zwarta. Z uśmiechem na ustach Łowca
kontynuował swoją twórczą pracę. Byle powłoka mu nie wystarczyło - nadszedł czas żeby dodać do niej kolce, które miały być główną przyczyną, dla której mężczyzna w ogóle rozpoczął naukę. Mimo w miarę chłodnego dnia pot zlał czoło Łowcy, zaś on sam odczuł całkiem spore zmęczenie. Ostatecznie wysiłek się opłacił, gdyż na powierzchni bełtu wychynęły niewielkie kolce, niczym u róży. Może nie wyglądały zbyt imponująco ale w głowie mężczyzna już miał wizję tego jak kilkanaście takich maleństw wbija się w czyjeś ciało, rozrywając go od środka. Nawet demon nie byłby w stanie przeżyć czegoś takiego! Miejmy nadzieję nigdy nie będzie musiał tego sprawdzać ale marzenia zawsze pozostają.
Po całym tym wysiłku i prawie godzinie prób nadszedł czas na ostateczne przetestowanie techniki. Wzrokiem odnalazł niewielką wiewiórkę, która z zaciekawieniem przyglądała się treningowi. - Papa, malutka. - powiedział z lekkim podnieceniem w głosie, po czym wycelował w nią arbalest i nacisnął spust. Bełt wyleciał z ogromną prędkością...
... i rozsypał się w powietrzu nie robiąc nikomu żadnej krzywdy. Wiewiórka pisknęła głośno gdy bełt przeleciał obok niej, zupełnie jakby skarżyła się na poczynania łowcy. Chwilę później zniknęła w poszyciu drzewa, pozostawiając mężczyznę sam na sam ze swoimi myślami. Prawie godzina prób. Tyle wysiłku. Wszystko na nic.
Kurwa mać.
Ponownie przyjrzał się kolcowi utworzonemu przez Tandarę. Ta cholerna przezroczysta powłoka... szkło odpadało, to nie ta struktura. Powietrze? Nie, ona nie była akolitą żeby robić takie rzeczy... czym jesteś do kurwy nędzy? Magia? Tak po prostu? Nieeee... to zbyt proste... a może jednak? Cholera, warto spróbować.
Po kolejnych kilkunastu minutach kolejny bełt pokryty był warstwą kolczastej ziemi, a na jej powierzchni znajdowała się przezroczysta struktura utrzymująca wszystko w miejscu. Zupełnie jak w kolcu Tandary. Z uśmiechem podniósł w górę arbalest, szykując się do - miał nadzieję - ostatniej próby. Nacisnął spust, bełt wyleciał i na szczęście nie rozsypał się w powietrzu. Z tym, że kolce również pozostały tam gdzie były. Nie o to mu chodziło ale był już bliżej niż dalej. Już miał zabierać się za następną próbę gdy uświadomił sobie, że wystrzelił już kilka bełtów, które teraz walały się dookoła. Wolał ich jednak nie stracić więc postanowił zrobić sobie chwilę przerwy od treningu. Przeszedł się po okolicy zbierając leżące to tu to tam bełty, po czym wrócił na poprzednie miejsce i nieco szybciej stworzył kolejny ulepszony bełt - tym razem postanowił osłabić nieco magiczną warstwę przy podstawie każdego kolca. TYM RAZEM OSTATECZNA próba okazała się skuteczna. Pocisk poleciał, a kolce odpadły od niego, mknąć w każdą stronę z zabójczą prędkością. Uśmiechnięty ale i zmęczony usiadł na ziemi i zaczął przyglądać się temu co robią jego towarzysze. Tandara strzelała kolcami, a Tygrys chyba próbował wspiąć się na drzewo. Cóż, widać było, że dobrze się bawią. Jemu jak na razie wystarczyło wrażeń, przynajmniej jak na jeden dzień. Podniósł wystrzelony przed chwilą bełt, przyglądając się mu ze wszystkich stron zadowolony, po czym pożegnał się ze swoimi towarzyszami, oznajmiając im, że musi odpocząć nieco po podróży i że gdyby go szukali będzie w swoim domu. Czy wiedzieli gdzie on był? Cholera wie, nie był to tak naprawdę jego problem.
Kilka dni trwał jego "odpoczynek" podczas którego cały czas szlifował swoją technikę. Czy raczej tempo jej tworzenia, gdyż kilkanaście minut na jeden bełt to zdecydowanie za długo jak na jego standardy. W międzyczasie zachodził też do karczmy aby zasięgnąć języka i dowiedzieć się jak się mają mieszkańcy miasta. Szukał również Sanginusa ale nigdzie nie mógł go znaleźć. Starzec widocznie biegał z miejsca na miejsce, dopilnowując wszystkiego w mieście. Dobry był z niego starosta i żal się robiło Avaraadowi na wspomnienie jego listu, w którym pisał o zbliżającym się końcu jego życia. Od kiedy pamiętał Sanginus był zarządcą Perony i tak szczerze nie wyobrażał sobie nikogo innego na jego miejsce.
Pogrążony w zamyśleniu poszedł do miejsca, w którym kilka dni temu zostawił swoich towarzyszy. Rozłożył swój sprzęt na ziemi, po czym zaczął czyścić arbalest. Lekki przegląd od czasu do czasu nikomu nie zaszkodził. Jednocześnie, obok siebie, rozłożył plany budowy, które otrzymał w nagrodę za zabicie demona. Próbował zrozumieć co się na nich działo i wyceniał mniej więcej ile wyniesie go budowa takiego cudeńka. Może sam dałby radę go zrobić? Z pomocą Cindana Vi i tutejszego kowala może dałby radę skompletować wszystkie potrzebne części... tylko czy miał na to pieniądze?
12.08.2018, 17:03
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Północna dróżka
#54

Dyszał ciężko, próbując wykonywać najróżniejsze manewry i "akrobacje". Pojedyncza próba nie była może wyczynem, nie była też szczególnie trudna. Ale biorąc poprawkę na dziesiątki czy nawet setki różnych podejść, nawet i Tygrys się trochę zmęczył. I dobrze. W takim stanie czujesz, że żyjesz.
To było bardzo niecodzienne zgrupowanie - o ile można tak powiedzieć o trzech osobach w jednej okolicy. Każdy zajmował się czym innym, nikt nikogo nie niepokoił. Niby w porządku, ale kurwa nie do końca. O ile spokój był przyjemny, to jak wszystko - co za dużo, to niezdrowo. Skoro Tygrys już spotkał tę parę osób, które widocznie od bitki nie stroniły, tym bardziej dziwiło go, że nie doszło nawet do żadnego sparingu. Nic tak przecież nie przynosiło ulgi i satysfakcji, jak przyjacielskie mordobicie.
O ile "towarzystwo" zajmowało się rozwojem swoich, hm, magicznych talentów? O tyle Tygrys nie wiedział, jak się za to zabrać. Rutyną były dla niego zwykłe, fizyczne ćwiczenia, choć często wykonywane na różne sposoby. Ten dzień nie różnił się szczególnie od pozostałych. Biegnij; skacz; łap; podciągnij się; bądź zmęczony. I wróć do gospody.
Więc wrócił. I tak przez następne parę dni, sporadycznie - obserwując, jak mieszkańcy próbują dokonać napraw w miasteczku - próbował im pomóc. Na tyle, ile mógł, bez ujawniania się ze swoją łapą. Po prostu głupio było mu całymi dniami być bezużytecznym dla ludzi, którzy dają z siebie wszystko, by jakoś odbudować bezpieczeństwo. Ostatecznie palisada czy baszty służyły za ochronę nie tylko mieszkańcom, ale i gościom. A więc i jemu.
Nie czuł się szczególnie dłużny, ale chciał w tym pomóc, o ile taka współpraca go za szybko nie wkurwiła. A nieczęsto się w te parę dni zdarzyła taka sytuacja: ludzie, w obliczu wspólnego zagrożenia, raczej nie szukali zwady. Przynajmniej tak to postrzegał Tygrys.
Kolejne dni nie różniły się więc aż tak bardzo od pierwszego; jadał i sypiał w gospodzie, ćwicząc i od czasu do czasu pomagając tubylcom. Raz czy dwa zamienił słowo z kimś z okolicy, ale nie próbował zawierać przyjaźni. Nieczęsto się to dobrze kończyło.
Różnica była taka, że na tej otwartej przestrzeni, gdzie trójka Łowców zebrała się początkowo, nie widywał już Tandary. Podobnie miało być z Avaraadem, ale pewnego dnia zauważył wyłaniającą się zza północnej bramy miasteczka sylwetkę owego człeka. Sam Tygrys kręcił się akurat w lesie, a więc dobre paręset metrów dalej; nie był więc zbyt widoczny dla kusznika. Dopiero kilka chwil później ruszył w niego stronę, ciekaw, cóż ten koleżka porabiał ostatnimi czasy.
- No i co tam? Jakoś cię nie widziałem z parę dni. Gdzie się kręciłeś? - zagaił, podając rękę na przywitanie.
23.08.2018, 21:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Północna dróżka
#55

Łowca podniósł głowę na dźwięk znajomego głosu. Zmierzający w jego stronę Tork nawet poprawił mu humor. W mieście nie było zbyt wiele osób, z którymi mógł porozmawiać jak równy z równym. Niby była Tandara, która nawet przypadła mu do gustu ale ostatnio nigdzie nie potrafił jej znaleźć. A sprawdzał nawet w karczmie, gdzie powinna przesiadywać całymi dniami. Jakby zupełnie zapadła się pod ziemię. - To tu, to tam. Sporo czasu siedziałem u siebie albo patrolowałem okolice. Wiesz, dalej nie jest tu zbyt bezpiecznie. - odparł, wstając i podając rękę mężczyźnie. Po krótkim uścisku dłoni zaczął zbierać swoje rzeczy z ziemi. - A ty co? Słyszałem, że odezwał się w Tobie samarytanin. Niektórzy w mieście zdążyli Cię nawet polubić. Planujesz zostać tu dłużej? - zapytał, chociaż dobrze wiedział, że nie ma na to absolutnie żadnej opcji.
Zebranie ekwipunku nie zajęło mu wiele czasu. Po pierwsze nie miał go zbyt wiele, a po drugie raczej dbał żeby zawsze być w miarę gotowym do drogi. Podniósł z ziemi arbalest, zarzucił go sobie na ramię po czym spojrzał w zachmurzone niebo. - Będzie padać. - stwierdził, jakby był władcą pogody i jego prognoza była jedyna i niepodważalna. - Chyba dzisiaj nici z treningu. Ale za to mogę zaproponować chwilę odpoczynku od pracy przy naprawach. W mojej chacie jest sporo miejsca żeby zregenerować siły przed kolejną podróżą. Chodź, nie ma co moknąć. - powiedział, po czym ruszył w stronę swojego domu.

Gracz opuścił wątek
27.08.2018, 22:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Północna dróżka
#56

Wypowiedź Avaraada miała sporo sensu. Chcąc zadbać nie tylko o miasteczko, ale i o swój dobytek, trzeba było się trochę pokręcić po tej okolicy. Bezpieczeństwo można było zapewnić na różne sposoby. Nawet nie tylko działania, ale i sam widok kogoś dobrze zbudowanego i uzbrojonego mógł podnieść tutejszych na duchu.
- Samarytanin, e? - wykrzywił twarz w czymś, co mogłoby przypominać ironiczny uśmiech. Pokręcił też natychmiast głową. - Nie no, kurwa. Po prostu... ileż można na rzyci w miejscu siedzieć. To nie dla mnie. - skwitował. Nie było potrzeby rozwijania tej wypowiedzi. Były mniejsze i większe powody by pomagać Peronie, ale gardło schło. Zdarzało się ciągnąć Torkowi jakąś wypowiedź dłuższą chwilę, ale na ogół to raczej nie dla niego. - I nie. Zwykle przesiadywanie długo w jednym miejscu nie kończy się dobrze. - pokiwał głową w zamyśleniu, próbując sobie przypomnieć jakąś sytuację, która nie pasowałaby do tego opisu. Nie kojarzył żadnej. - Ani dla mnie, ani dla miejsca.
Słysząc jednak propozycję, bez ociągania się po prostu ruszył za kusznikiem. Może nawet się okazać, że zacieśnianie więzi z tym człowiekiem nie będzie głupstwem?
Z drugiej strony, czy przy dłuzszej znajomości kiedykolwiek Tygrys się na kimś nie zawiódł?...
Gracz opuścił wątek
06.09.2018, 11:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna