Uliczki

STRAŻNIK


ejście do podziemi nie było przyjemnym doświadczeniem. Prócz ostrego smrodu fekaliów który zaatakował nozdrza Vervie, nieprzenikniona ciemność towarzyszyła jej cały ten czas, właściwie uniemożliwiając jakąkolwiek nawigację po kanałach. Brnąc więc na ślepo w odchodach dziewczyna znów musiała przyprzeć do muru z jednej strony i trzymając się jej na wyczucie wyceniać odległości i próbować zgadnąć czy znajdowała się poza terenami górnego miasta. Podnosząc wysoko swe nogi, mogła przynajmniej w miarę pewnie poruszać się po niewidzalnym podłożu i uniknąć wpadnięcia resztą ciała w niezbyt przyjemną mieszaknę którą przesiąkały teraz jej spodnie i buty. W pewnym momencie jednak fetor był tak mocny i tak nieprzyjemny, że Łowczyni musiała zrobić sobie chwilową przerwę na zwrócenie resztek tego, co znajdowało się w jej żołądku. Odruch wymiotny od tamtej pory stał się nieodłączną częścią wędrówki przez ciemność. To, w połączeniu z niedoborem świeżego powietrza i niemożliwością znalezienia drogi wyjścia zaczynało mamić zmysły. Eris wydawało się że godzinami brodziła w ściekach, bezskutecznie starając się dostrzec światło sygnalizujące studzienkę. Słyszała nawoływania i jęki, powtarzane przez wielokroć za sprawą echa. Ktoś po jej lewej się zaśmiał tylko po to, by okazało się chwilę potem że nic takiego wydarzyć się nie mogło, ponieważ w tym miejscu stał mur. Przez blisko połowę podróży wydawało jej się że w każdej sekundzie o krok tylko była od omdlenia.

Najgorsza w tym wszystkim była nieprzenikniona ciemność. Łuczniczka nie mogła mieć pewności że za chwilę nie natrafi na ścianę i nie będzie musiała wracać się, szukając innej drogi. I faktycznie, kilka razy tak się właśnie wydarzyło. Kilka razy zdawało jej się że zataczała koła i trafiała dokładnie w to samo miejsce, które mogła zlokalizować jedynie po odgłosach kręcących się wokół szczurów. Ciche popiskiwania brzmiały jak szyderczy chichot nad jej własną niedolą i za wszelką cenę nie chciały wyjść z jej głowy, wypalając w jej umyśle ślad który kazał odtwarzać jej te same dźwięki raz jeszcze i raz jeszcze, nawet gdy szczurze głosy zanikły już gdzieś z tyłu. Zmęczenie także zjawiło się tylko po to, by jeszcze bardziej pogorszyć sytuację dziewczyny. Była przekonana o tym że z kwadransu na kwadrans szła wolniej i wolniej. Przez chwilę nawet mogła zastanawiać się nad tym czy nie kroczy przypadkiem w miejscu.

Cały ten koszmar zelżał z chwilą zobaczenia delikatnego światła wylewającego się z góry. Oznaczało ono ulgę, wyjście. Eris, wchodząc po drabinie wbudowanej w ścianę mogła poczuć upgragniony tlen. Mogła przywczeć głową do niewielkiego otworu w płycie studzienki i chłonąć przyjemny chłód i orzeźwienie. Mogła poczuć jak wraca jej ta odrobina siły która przypominała o jej celu – ucieczce. W końcu, odetchnąwszy w tym dziwnym rytuale odnowy, mogła podnieść tę płytę i wynurzyć sie na powierzchnię. Było wciąż ciemno, ale łuna na niebie wskazywała że niedługo wstanie świt. Ona zaś, wciąż była w Valen. Zamiast tego jednak, była w innej jego części. Tej poza murami wewnętrznego dystryktu elity. Widziała znajome budowle w sporo gorszym stanie niż te w górnym mieście. Widziała domostwa w których ludzie spokojnie spali, wyczekując na znak od Słońca. Ludzie bezpieczni. Ludzie, którzy ujrzawszy ją zapragną jej głowy, bo była morderczynią. Ludzie, przed którymi wciąż musiała uciekać, pomimo wycieńczenia katorgą w kanałach. Co gorsza zaś, cokolwiek było z nią w kanałach i szydziło z niej mamiąc zmysły, nadal tu było. Czaiło się gdzieś w ciemności uliczek. Spoglądało na nią z miejsc których nie mogła dojrzeć. I ta niepojęta obecność... czekała tylko i obserwowała.
24.04.2019, 11:52
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki

Idąc przez ciemne ścieki, Eris wydawało się, że droga na wolność nie ma końca. Trzymając się ściany szła do swojej upragnionej wolności. Gdyby okoliczności były zabawniejsze, a dziewczynie do śmiechu, to może nawet by się uśmiechnęła, gdyż znów musi stosować tą taktykę. Mijając kolejne ściany, skrzyżowania, zakręty, w pewnym momencie zaczęło jej się wydawać, że kręci się w kółko i już nigdy się stąd nie wydostanie. Teraz pytanie, która śmierć byłaby lepsza, ale jak się nadarzyła  szansa do ucieczki, to czemu by jej nie wykorzystać, a nuż się uda.
Po jakimś czasie błądzenia po kanałach, nareszcie udało jej się wydostać na świeże powietrze, w części miasta, do której chciała się dostać. Jeszcze nie zdążyła wyjść z kanałów, a zaczęła wdychać hausty tlenu.
Po zamknięciu wejścia, rozejrzała się dookoła, czy jest ktoś, kto mógłby wpędzić ją w kłopoty. Na pierwszy rzut oka, wydawało się, że jest czysto. Ludzie śpią w swoich domach, a ona jest bezpieczna, jak na razie. Lecz idąc przez ścieki i teraz wychodząc na powierzchnie, miała dziwne uczucie, jakby ktoś ją z daleka obserwował. Wyciągnęła jedną strzałę i wzięła do ręki, jakby się okazało, że musiałaby się bronić. Niestety nie wiedziała gdzie znajduje się cel i czy on nawet istnieje, a nie został wymyślony przez jej osłabioną przez kanały psychikę.
Idąc jak najszybciej potrafiła w stronę bramy, cały czas skupiona, żeby nie trafić na żadnego strażnika i żeby uczucie obserwowania, było tylko uczuciem.

Gracz opuścił wątek
27.04.2019, 18:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Uliczki

areszcie wolny! To całe pieprzenie w koszarach, ten sen no i nie można zapomnieć o walonym-demonie-w-pancerzu-z-czarenj-wody. Dla przyjaciół Skygan. Ciekawe co się z nim stanie? Krótka myśl to jedyne co Gareth był w stanie ofiarować mistykowi, ponieważ tak naprawdę nie obchodził go jego los. Tak długo jak trzymał się od Tariana z daleka tak długo Tarian miał na niego wyjebane. A teraz... pasowałoby znaleźć kogoś kto zapewni transport do Greathadu! Najlepiej wozem i pieniędzmi! Akolita udał się więc w kierunku zachodnich bram miasta. To było tak naprawdę jedyne miejsce z którego dało się wyjechać z Valen w jakimś sensownym kierunku innym niż Płaczące Wrzosowiska, a tam... Gareth naprawdę nie chciałby trafić. Najemnik szedł więc raźnym krokiem pogwizdując cicho. Nienawidził tego miasta, ale w środku dnia przynajmniej potrafiło udawać, że jest pełne życia. Było czasami nawet na czym oko zawieśić, ponieważ powoli zbliżała się pora gdy kurtyzany szukały łatwych celów do złowienia po długim i nużącym dniu pracy. W końcu jednak dotarł pod mury i z wielką ulgą zobaczył tuziny wozów gotowych do wyjazdu. Wystarczyło tylko popytać.
Mnóstwo kupców z najróżniejszych stron świata. Mnóstwo zbojnych szukających pracy tak jak Gareth. Cóż... on nie do końca szukał pracy, ale z chęcią przyjąłby zapłatę za eskortę. Taki mały bonus dodany do podróży. Jedyne co wiedział o Greathadzie to to, że lud, który tam żyje jest wojowniczy, nudny i prosty. Dlatego też należało szukać wozu załadowanego żelastwem z którego możnaby wykuć porządną broń. Tudzież pancerz... Na szczęście był sam. Z doświadczenia wiedział, że samotnemu wojownikowi łatwiej jest znaleźć pracę. Choć czasami sprawiało to trudności, na przykład gdy kupiec uprze się na większą obstawę. Włócznik zaczął więc chodzić od kupca do kupca, od wozu do wozu pytając czy aby przypadkiem nie potrzebują jakiejś jednosobowej obstawy.
Cztery pudła nie sprawiły, że Tarian się zniechęcał. Czasami ta praca wymagała sporej dozy cierpliwości, szczególnie jeśli chodziło o znalezienie pracodawcy. Do pięciu razy sztuka! Mężczyzna  w średnim wieku okazał się być dokładnie tym czego najemnik szukał! Wyglądał na typowego kupce. Skóra opalona od ciągłego podróżowania zaś typowy strój podróżny okraszony był futrem. Brakowało tylko topora i wypisz wymaluj... Greathadczyk! - Oczywiście że zmierzam do Greathard. Straciłem ochroniarzy, te kurwy zaszyły się w karczmie i nie chcą ruszyć dupska na to zlodowaciałe pustkowie.-Akolita uśmiechnął się ciepło słysząc te słowa. Doskonała okazja!
-Doskonale! Na imię mi Gareth! Miło mi pana poznać panie...-Zaczekał chwilkę na odpowiedź jednocześnie wyciągając dłoń w geście przyjaźni. Skoro mieli rozmawiać o interesach to lepiej robić to w przyjemnej atmosferze! -Mikach.-Usłyszał krótką odpowiedź. Widać było, że kupiec nie był zbyt wylewny, ale mimo to uścisnął dłoń akolity, zaś na jego twarzy zagościł uśmiech. Teraz pora na negocjacje... -Ile mniej więcej zajmie podróż? Wie pan... muszę wyliczyć cenę.-Mało przyjemna rzecz, ale obaj byli profesjonalistami. Udawanie, że jest inaczej nie miało najmniejszego sensu. -Czeka nas z trzy tygodnie drogi jak nie lepiej. Może więcej.- Odpowiedział kupiec. Gareth tylko skinął głową w zamyśleniu.-Trzy tygodnie. Jak z prowiantem? Mam się zaopatrzyć?- Musiał wziąć pod uwagę absolutnie wszystko. Nawet ewentualny bonus za konieczność zaopatrzenia się na własną rękę. -Mam żywności na aż cztery osoby bo jak się domyślasz, tamci mieli iść, chyba że chcesz coś specjalnego dla siebie.-Gareth tylko pokręcił głową, śmiejąc się lekko. -Nie, nie! Specjalne rzeczy to ja sobie co najwyżej na miejscu kupię!-Po tych słowach Tarian zaczął kalkulować w głowie. Chciał wyliczyć jak najlepszą cenę, ale najważniejsze było i tak dostanie się do Greathadu. Brakowało mu imienia, żęby zażyczyć sobie jakiś wysokich kwot... -To będzie trzysta piętnaście srebrnych smoków! Wiem co nieco o najemniczej robocie. W końcu byłem członkiem drużyny Hakona!- Ciekawe, czy imię jego mentora miało jakiekolwiek znaczenie w Greathadzie...
Otóż nie miało. Kupiec tylko się skrzywił. Rzucił okiem na swój wóz a następnie na wyposażenie Garetha. Wyglądało jakby chciał zmierzyć jego możliwości bojowe. Napomknął coś o tym, że o Hakonie nie słyszał ani słowa a następnie zadał kluczowe pytanie. -Jak sobie radzisz w walce?-W odpowiedzi Gareth uśmiechnął się słabo. -To prawda... nie operowaliśmy na terenach Greathadu. Radzę sobie całkiem dobrze! Ta włócznia zdecydowanie nie jest ozdobą. No i jestem magiem.-Trzymanie sekretu o swojej magii przed obcymi weszło Garethowi w nawyk, ale trzymanie go przed pracodawcą... źle wpływało na interesy. -Magiem?-Kupiec wydawał się być o wiele bardziej zainteresowany niż przestraszony. Gareth przytaknął z dumą. To co miał właśnie powiedzieć zawsze pozytywnie wpływało na klientów. -Owszem. I nie jestem tym szalonym typem... jak mistycy czy szamani. Jestem akolitą. A moja magia na ten moment polega głównie na tworzeniu tarcz, które przydają się do obrony... dajmy na to mojego pracodawcy.-Raz, że był akolitą. A akolici byli niezwykle szanowani nawet pośród prostego ludu, to władał magią zdolną do obrony. Same plusy! -Cóż panie Gareth. Jako że czarnomocą nie władasz, a truposzy mi nie przyzwiesz. Trochę to zmienia postać rzeczy. Kiedy możemy wyruszać?-Kupiec wyglądał na wyraźnie zadowolonego takim obrotem spraw. Zamiast czterech najemników miał jednego... ale za to porządnego! Gareth tylko się zaśmiał. -Możemy wyruszać choćby od razu. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć Greathad! No i żeby opuścić to przeklęte Valen!-Wszystko układało się po myśli Garetha... teraz pozostawało tylko przeżyć podróż.

Gracz opuścił wątek
01.06.2019, 17:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna