Dom Rhein i Malgarda
#1

Cytat:Mały dom wciśnięty pomiędzy dwa inne, wykonany w większości z kamienia oraz drewna. Prezentuje się raczej porządnie, stojąc także w tej lepszej części miasta. W środku znajduje się izba sypialniana z porządnym dwuosobowym łóżkiem z całkiem wygodnym siennikiem oraz stojakami na pancerz i broń, osobna kuchnia z paleniskiem i paroma półkami, przedsionek oraz pokój dzienny z malutkim kominkiem, stolikiem i trzema fotelami. Przez okna wpada dużo światła i gdyby nie ciągły brak domowników, którzy bywają w chacie kilka godzin w ciągu dnia, byłoby tu całkiem przytulnie. Z tyłu znajduje się wychodek oraz malutki ogródek, w którym rosną różne przydatne ziółka.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.07.2018, 00:20 przez Ren.)

09.07.2018, 00:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dom Rhein i Malgarda
#2

STRAŻNIK


W ostatnich tygodniach los nie uśmiechał się do szamanki. Z zaufanego strażnika przeistoczyła się w zakałę. Szykany, pogardliwe spojrzenia, stan permanentnej degradacji. Wydawałoby się, że już niedługo coś się zmieni, gdy dowódca straży zakomunikował Tallheist, że przydzielą jej zadanie poza miastem, którym odkupi swój nieprzemyślany wyczyn - mijał jednak drugi tydzień, jak zapadło w tej sprawie milczenie.
Ludzie wcale nie stali się milsi. Zdawałoby się, że nikt nie zamierza zapomnieć, co strażniczka zrobiła niewinnemu synowi burmistrza. Varengard stało się nieznośne do życia.

Rhein obudziło uporczywe walenie do drzwi. Za oknem dopiero świtało, ledwo przebijając się przez ciemną osnowę chmur. Szamanka leżała sama w łóżku, czując skostnienie od zimna, które wkradło się nocą, gdy kilka godzin wcześniej zgasł kominek. Kołdra leżała z boku. Strażniczka odnosiła silne wrażenie, że śniło jej się coś ważnego. Chyba nawet niepokojącego. Nie będzie w stanie sobie tego jednak przypomnieć przez powtarzający się łomot w drzwi.
- Rhein, do kurwy nędzy, otwieraj!
Tallheist na pewno znała ten głos. Nie był to z pewnością głos Malgarda. Ani jego bliźniaka.
- To ważne. Rusz tyłek i otwórz te drzwi.
09.07.2018, 21:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dom Rhein i Malgarda
#3

Tajemniczy sen, który nawiedził Rhein w nocy, najprawdopodobniej stawał się coraz bardziej niedorzeczny - a przynajmniej tak jej się zdawało, gdy w połowie wydarzenia stamtąd zaczęły mieszać się z natarczywym pukaniem do drzwi. Uchyliwszy ciężkie powieki, nie pamiętała kompletnie niczego, prócz tego, że nie był to dobry sen, chociaż ważny. Uniosła rozczochraną głowę, wspierając się na łokciu i zaglądając w okno. Świt, nawet nie poranek. O tej porze nawet nie śni o wstawaniu, a co dopiero robienie tego. Z dzikim jękiem postawiła najpierw lewą, potem prawą nogę na ziemi, nadal praktycznie leżąc i dopiero wtedy zwlekła swój korpus.
Zerknęła na drugą stronę łóżka, ale po Malgardzie śladu nie było. Sapnęła cicho, wciągając na byle jak spodnie i jakąś koszulę, czując resztki snu oraz zimna pozostałego z nocy, po czym ostentacyjnie ignorując jegomościa za drzwiami, podeszła do okiennic z zamiarem ich zamknięcia. Wyziębiło się, nie ma co. Chciała też poprawić łóżko, ale stwierdziła, że i tak zaraz do niego wróci. W końcu ubyło jej sporo obowiązków, nie musi zwlekać się tak wcześnie. Sprawdziła przy okazji, czy jej duchy nadal leżą w bezpiecznym miejscu, po czym wzięła do rąk swój młot i z niezbyt zadowoloną miną podeszła do drzwi wejściowych. Wyglądając sama niczym duch, bądź te słynne wampiry z jej rodzinnych okolic, trzymając w lewej ręce broń, a prawą otwierając owe drzwi, w myślach notując, że to raczej nie jest ani Malgard, ani Astrad - rozespany mózg jednak skądś głos znał. Otworzywszy, uniosła nieco nadziak i warknęła nie zważając, z kim ma do czynienia:
Czego kurwa? Wcześniej się nie dało?
09.07.2018, 22:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dom Rhein i Malgarda
#4

STRAŻNIK


- A wolisz obudzić się z ręką w nocniku? - odwarknął mężczyzna zanim jeszcze w ogóle na siebie spojrzeli.
Słuch nie mylił Rhein, jak najbardziej go znała. Nie przyjaźnili się jakoś szczególnie, tyle co od czasu do czasu rozmawiali przy piwie bądź mijali się na patrolach. Ciągle przewijał się gdzieś w straży. Po przejściu Rhein do innego oddziału, Kazimierz pozostawał jedynym zaufanym człowiekiem Welda. Co do niego nie było wątpliwości, że zdradziłby swego przełożonego. Niektórzy w straży obmawiali go za plecami, że nie ma własnego zdania i zachowuje jak pies, któremu wydaje się tylko komendy.
Kazimierz jako jeden z nielicznych nie potępiał Tallheist za jej eksces. Nadal zawsze skinął głową w geście powitania, idąc gdzieś dalej.
- Mam ci coś do przekazania - powiedział, wpatrując w pobladłą Rhein. - Wiadomość od Welda. To cholernie ważne.
09.07.2018, 23:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dom Rhein i Malgarda
#5

A więc Kazimierz. Wpatrywała się w jego mordę nadal śpiąca, próbując zrozumieć cel, w jakim ten obślizgły pies chciał ją budzić tak wcześnie. Oczywiście doceniała to, że nie wytykał jej palcami, jak zwykli ostatnio robić... wszyscy, z tym, że teraz raczej nie była nastawiona przyjaźnie do kogokolwiek. Gapiła się na niego, jakby co najmniej pragnęła go zamordować, co oczywiście daleko od prawdy nie odbiegało. Opuściła jednak nieco broń, mamrocząc przekleństwa pod nosem.
Właź — wymamrotała, otwierając szerzej drzwi i wpuszczając do środka mężczyznę. Na słowo Weld praktycznie natychmiast sen ją opuścił. Był on jednym z niewielu ludzi, których szczerze szanowała i liczyła się z jego zdaniem. Jeśli on sprowadził tak wcześnie tego kutafona do jej własnego domu, musiało rzeczywiście być to ważne. Właściwie Weld był jedną z ostatnich osób, którym mogła tak naprawdę ufać. — Gadaj, tylko treściwie. Nie mam ochoty na lanie wody — usiadła przy stole, opierając nadziak o stół i wpatrując się nagląco na mężczyznę. Czuła, że raczej do łóżka nie wróci już dzisiaj. A w ogóle to gdzie do kurwy pałętał się tak wcześnie Malgard?
10.07.2018, 00:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dom Rhein i Malgarda
#6

STRAŻNIK


Wpatrywanie się w mało przystojną twarz, poznaczoną bruzdami, z nieregularnymi, wręcz kanciastymi rysami twarzy, nie przyniosło dodatkowej wiedzy. Kazimierz zmarszczył ciemne, mocne brwi, gdy Rhein okazała tak otwartą wrogość. Zacisnął usta, wchodząc do środka domu i zamykając za sobą drzwi.
Nie zamierzał siadać przy stole, choć szamanka nawet gestem nie wyraziła, by było ją stać na taką gościnność. Strażnik wyjął z kieszeni kamizeli skrawek papieru, który cisnął na blat.
- Mnie nie posłuchasz, więc czytaj.
Złożona na pół kartka skrywała krótką wiadomość:

Musisz natychmiast zniknąć z miasta. Rhein, sprawa jest poważna, a Twoja obecność w Varengardzie w niczym nie pomoże. Nie mogę Ci napisać dlaczego - zaufaj mi i spakuj najpotrzebniejsze rzeczy. Nie zadawaj pytań. Potraktuj to jak rozkaz. Im szybciej będziesz poza miastem, tym lepiej dla Ciebie. Z nikim się nie kontaktuj. Wymknij się, nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Poinformuję Malgarda.  
Ponownego kontaktu oczekuj za trzy dni nad Smoczą Łzą.
Zniszcz wiadomość.

Weld

Kazimierz spokojnie czekał, aż Rhein przetrawi wiadomość, dodając od siebie:
- To nie jest żart, gdyby wpadło ci to do głowy.
10.07.2018, 20:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dom Rhein i Malgarda
#7

Czytając wiadomość przyniesioną przez Kazimierza, kobietę poniekąd intrygował powód, dla którego nawet Weld wygania ją z miasta. Co prawda najpierw dokładnie przyjrzała się jej, czy wyglądała na prawdziwą, nie podrabianą, ale niemal od razu zaczęła zastanawiać się nad całym zajściem. Odkąd odsunięto ją od władzy, przestała mieć jakiekolwiek pojęcie o tym, co się dzieje w Varengardzie, a i ona sama pogrążyła się w swoim rodzaju depresji i miała gdzieś całe miasto. Teraz odrobinę żałowała, że niczym się nie interesowała. Co prawda raczej i tak nie wiedziałaby, co się święci, ale być może dotarłoby do niej szczątkowe pojęcie o sytuacji.
Zmięła w dłoni papier i wstała powoli, bez słowa, zaraz wynajdując swoją fajkę. Najpierw błysnęły iskry krzesiwa, a kartce pozwoliła spłonąć. Potem sama zapaliła tytoń. Wiadomość nieco była jej na rękę - bardzo szybko, widząc, jak włodarz zadziałał na jej niekorzyść, opinia publiczna, do tej pory i tak raczej wątpliwa, runęła na łeb na szyję. W tym momencie Rhein mogłaby napisać poemat o tym, jak zjebać sobie życie w kilka minut, obijając jedną parszywą mordę. Przez to zaczęła zastanawiać się nad ulotnieniem jeszcze przed tą cholerną misją, którą jej przydzielili, zaś wiadomość od Welda tylko ją w tym umocniła.
Oczywiście pozostawała kwestia Malgarda, którego nie chciała zostawiać i który był powodem, dla którego jeszcze grzała tutaj tyłek. Jeśli on chciałby zostać w mieście, mieliby porządny impas, tym bardziej, że jego brat tutaj siedział. Rozkaz takiego wyboru byłby nieludzki, ale Rhein dusiła się tutaj i czuła, jakby każdy z tych ludzi był pewnym odzwierciedleniem jej matki. Zawsze kończyło się tak samo, zawsze była wyrzutkiem.
Weld mówił ci coś jeszcze poza przekazaniem liściku? A może sam wiesz, co się święci? — zapytała, patrząc na zwęglone resztki karteczki. Gdzie miałaby się podziać? Co zrobić z Malgardem i jego bratem? Co z tajemnicami, które skrywała? Za dużo pytań zaczęło kręcić jej się po głowie, więc podreptała do kuchni i przyniosła stamtąd butelkę wina oraz dwa kubki. Bez słowa nalała do obydwu i napiła się z jednego, podsuwając Kazimierzowi drugi. Taki akt łaski. Będzie się musiała potem rozmówić z Artemem i doradzić, co zrobić. Z jej kochankiem w sumie też wypadałoby to zrobić, ale wyglądało na to, że nawet i na to Weld nie dał jej czasu.
10.07.2018, 23:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dom Rhein i Malgarda
#8

STRAŻNIK


Wiadomość nie wyglądała na podrobioną.
Kazimierz kryptonim Pies pokręcił głową. Chwycił za kubek, kilkoma wielkimi łykami wypijając wino. Trzasnął nim z powrotem o blat.
- Nie mam, kurwa, pojęcia - oświadczył. - Domyślam się tylko, że coś wydarzyło się w mieście. Ledwo godzinę temu Weld został wezwany do jakiegoś bogatego domu, a zaraz potem wrócił jakiś nieswój. Przyzwał mnie do pokoju i od razu wręczył mi wiadomość do ciebie. Był stanowczy. Na moje to jakaś gruba sprawa. Weld powiedział mi, że nie wyda żadnej oficjalnej wiadomości ani rozkazu zanim nie ściągnie kogoś jeszcze. Zamierza kupić ci jak najwięcej czasu, żebyś jak najszybciej zniknęła z miasta.
Strażnik zamilkł, przyglądając się Rhein. Wzrok zdradzał, że niczego więcej nie wiedział, a odpowiedzi szukał w prawdopodobnej winowajczyni zamieszania.
- Przygotuj się do wyjścia. Będę kręcił się w pobliżu. Mam potwierdzić u dowódcy, że twoje dupsko minęło bramę wjazdową i poszło dalej.
Po tych słowach wyszedł, nie narażając się na ewentualne słowne ataki Tallheist.
13.07.2018, 00:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dom Rhein i Malgarda
#9

Rhein westchnęła, patrząc na Psa ponuro. Strażnik niczego nie wiedział, a tyle to i ona mogłaby się domyślić. Oczywiście brała pod uwagę, że ktoś prawdopodobnie zapragnął jej głowy bądź po prostu zobaczył okazję do pozbycia się jej i właśnie dlatego musiała zniknąć. Weld miał wszakże na pewno już teraz rozkazy, których musiał się trzymać. I tak cudem było, że zdołał w jakikolwiek sposób ją ostrzec i jeszcze dopilnować, że rzeczywiście rozpłynie się w powietrzu. Musiała być mu wdzięczna.
Po odejściu Kazimierza panna Tallheist nie ruszyła się z miejsca. Nadal wydmuchiwała kłęby dymu i popijała winem, jakoś nie mogąc się zebrać do pakowania. Owszem, zastanawiała się nad ucieczką z miasta, ale będąc postawioną przed taką sytuacją, nagle nie wiedziała, co zrobić. Poza tym było wcześnie, bardzo wcześnie. Chciała iść jeszcze spać, ale zamiast tego sięgnęła po kubek oraz butelkę, przyjrzała się kubkowi, a następnie pociągnęła z gwinta i dopiero wtedy wstała.
Pierwszą jej czynnością było ubranie się. Nałożyła na siebie jakąś świeżą bieliznę, a potem każdy element zbroi. Przez chwilę dumała nad oznaczeniami varengardzkiej straży, lecz nie ruszała ich na razie. Na zbroję nałożyła cały zestaw małego szamana, czyli wszystkie jej duchy oraz potencjalne naczynia. Następnie zgarnęła torbę podróżną i tam spakowała jakieś ubrania na zmianę, parę podstawowych ziół, z których można zrobić wiele rzeczy, poza tym przygotowała prowiant oraz wodę i wino, krzesiwo i hubkę, woreczek tytoniu wraz z używaną niedawno fajką, na wierzch zaś włożyła pióro do pisania. Po zastanowieniu upchała tam także łuk oraz strzały dla Allison, chociaż zdawała sobie sprawę, że to widać. Nie interesowało jej to jednak w tym momencie. Przerzuciwszy ekwipunek przez ramię, przypasała nadziak do pasa, nałożyła tarczę na plecy, sakiewkę z pieniędzmi przywiązała do pasa tuż obok sztyletu Artema i przez chwilę pokręciła się jeszcze po domu. Miała nadzieję, że Malgard się o wszystkim dowie. Bez niego nie chciała iść.
Wkrótce wyszła z chaty, zostawiając ją tak, jakby miała tam wrócić. Łóżko niepościelone, butelka wina pusta do 1/4, a także dwa kubki stojące koło niej i popiół z kartki od Welda. Brakowało tylko jej wszystkich najważniejszych rzeczy oraz trochę jedzenia. Dla kogoś, kto tam zawitał, mogło to wyglądać nieco sprzecznie. Chciała wyjść z miasta w miarę niezauważona i przeczekać gdzieś poza nim w jakimś małym lesie trzy dni. Liczyła na Welda.

Gracz opuścił wątek
17.07.2018, 22:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dom Rhein i Malgarda
#10

strad ostrożnie zbliżał się do drzwi prowadzących do domostwa brata. Próbował wyczuć w powietrzu jakiś nietypowy zapach, cokolwiek co wskazywałoby, że sytuacja odbiega od normy.
W powietrzu nie dało się wyczuć nic ponad to, czym normalnie pachniała okolica domu brata Astrada. Nic nie wskazywało, by cokolwiek odbiegało od normy.
Nic prócz drzwi do domu, które były nieznacznie uchylone. Rzecz ta była niemal nie do zauważenia, lecz przy dokładniej obserwacji można było zauważyć lekką szparę między końcem framugi a krawędzią drzwi.
Astrad westchnął. Nie mógł już dłużej zwlekać, dlatego po prostu podszedł do budynku i wziął topór do rąk. Ostrożnie otworzył drzwi i wszedł do środka z bronią uniesioną w defensywnej postawie.
W środku nikt nie czekał na Astrada z pułapką, nikt te nie rzucił sie na niego, ani go nie powitał. Pomieszczenie było ciemne i puste, lecz z kuchni wydobywała się lekka poświata światła oraz dźwięki krzątaniny. Mędrzec wyczuł także wilgoć gotowanej wody.
Nadal trzymając topór w pogotowiu Astrad powoli kierował się w stronę kuchni. Kto do cholery... -Kto tu jest? Pokaż się!-Powiedział głośno. Do skradania i tak się nie nadawał.
Wchodząc do kuchni, Astrad zastał widok, którego raczej nie mógł się spodziewać. Kuchenny stół był zastawiony jak do posiłku, a na środku paliła się mała świeca rzucając trochę światła do pomieszczenia oraz stał talerz, na którym znajdowały się proste przekąski złożone z jakiś wypieków. Po kuchni krzątał się także mężczyzna, którego Astrad rozpoznał od razu po zapachu - był to ten sam człowiek, z którym rozmawiał on wcześniej w rezydencji. Mężczyzna zdejmował właśnie czajnik z palnika i nalewał wrzątku do dwóch kubków. Nie odwracając się, nieznajomy rzucił tylko:- A! Jesteś na czas. Cieszę się, że udało ci się dotrzeć bez problemów. Napar ziołowy powinien być za chwilę gotowy.
Twarz mędrca jak zawsze nie zdradzała emocji, choć w środku gościły niedowierzanie i szok. Kim był ten mężczyzna, który panoszył się po domu Malgarda i Rhein jak gdyby nigdy nic?! Spoglądnął na stół na czajnik, na kubki. Co on sobie myślał? -Kim ty jesteś? Co sprawia, że panoszysz się po tym domu jak po swoim własnym? Czego ode mnie chcesz?
Mężczyzna odstawił czajnik i odwrócił się do Astrada trzymając w dłoniach dwa proste kubki z parującą zawartością. Spojrzał na Mędrca spokojnym wzrokiem i przeniósł trzymane naczynia do stołu.
Nieznajomy miał dość orientalną urodę. Jego skóra była ciemnego koloru, który zdradzał prawdopodobne pochodzenie z zachodu, zapewne z okolic Azaratu. Ciemne włosy były krótko przycięte, a zarost wyglądał na co najwyżej parodniowy. Brązowe oczy zdawały się patrzeć spokojem oraz świecić dziwnym podekscytowaniem, które rozmówca najpewniej starał się ukryć. Widać było, że kiedyś prosty nos był wielokrotnie łamany. Jednak tym, co przyciągało uwagę, była duża blizna ciągnąca się od prawej skroni i idąca przez policzek oraz szyję mężczyzny, niknąc pod ubraniem.
-  Usiądź. Nie ma co się unosić. Mamy wiele do omówienia, a nie ma sensu, by sterczał przy drzwiach. I odłóż proszę topór. Gdybym chciał cię zaskoczyć i zabić, robił bym to na ulicy albo u Relcha.
Astrad nie spuszczał wzroku z nieznajomego. Jak dotąd tylko i wyłącznie go irytował. Przekąski i picie niewątpliwie zrobione z zapasów jego brata. Życzliwe powitania i miłe nastawienie skrywały coś co Cieniowi nigdy do gustu nie przypadało. Nieznajomy czegoś chciał. Czegoś konkretnego. Podszedł do stołu i usiadł topór opierając o krzesło obok. Jego stalowe oczy nie spuszczały ciemoskórej postaci z oczu. -Chcesz mnie zirytować czy po prostu przychodzi ci to naturalnie? Zapytam po raz trzeci. Kim. Jesteś.
- Moje imię nie ma za dużego znaczenia. Jest reliktem starych czasów i poprzedniego życia. Ale jeśli musisz je znać... Nazywano mnie Muhad Inb Batutta. Pochodziłem z Azaratu.- Mężczyzna wzruszył ramionami. -   Czy to powiedziało ci cokolwiek? Wątpię. Tak jak mówię, to nie ma znaczenia. Ale wiem, że musisz zapytać. Zadaj więc swoje pytania, a gdy już to zrobisz, wysłuchasz spokojnie to co musi zostać ci przekazane.
-Nie obchodzi mnie twoje imię. Pytam o to kim jesteś, a nie jak się nazywasz. Czego ode mnie chcesz?-Rozejrzał się dookoła.-Co robisz w domu mojego brata? To KIM jesteś ma znaczenie. Ale rozumiem. Powiedz to co musisz.
- Kim jestem...hmm... można powiedzieć, że Cieniem. Anomalią, która nie powinna istnieć. Cudem, który nie nastąpił. Życiem, które jest martwe. Jestem posłańcem, który przynosi wieści, których nikt nie pożąda.  - odpowiedział w zamyśleniu Muhad -  To nie powie ci zbyt wiele. Nie musi. Jesteśmy tutaj, w domu twojego brata, ponieważ jest to miejsce bezpieczne. Miejsce, w którym czujesz spokój i które jest tak dalekie od twojej prawdziwej natury, że niemal jest ją w stanie przykryć. Od ciebie nie chcę niczego. Zostałem wybrany, by przekazać ci wiadomość. By pokazać ci to co musi zostać zobaczone oraz pomóc ci zrozumieć to, co musi zostać zrozumiane. I gdy w końcu zakończy się moja służba, ty także zrozumiesz czemu wszystko musi zostać wykonane i czemu nie istnieje żadna inna dobra droga. Wtedy też pozbawisz mnie tego co uważasz za życie i wtedy będę mógł wrócić tam, gdzie pragnę wrócić od czasu moich nowych narodzin.
Astrad zmrużył oczy słuchając słów Mahuda. Jego słowa nie przypadły Mędrcowi do gustu. -Z każdą chwilą tracę cierpliwość, dlatego proszę cię przestań mówić w zagadkach. Przestań udawać, że wiesz cokolwiek o mojej prawdziwej naturze. O tym gdzie czuję spokój. Powiedz co masz powiedzieć i odejdź w pokoju. Odejdź tam gdzie pragniesz.
Muhad spojrzał na Astrada wzrokiem pełnym bólu i bezgranicznej tęsknoty, gdy ten wspomniał o odejściu. Po chwili mężczyzna westchnął głęboko i upił łyk gorącego napoju, po czym zaczął:- Żebym mógł odejść, ty musisz pojąć. Powiedz mi. Jak dużo i co wiesz o Thornie?
Wspomnienie o bogu śmierci wystarczyło, aby w oczach Mędrca pojawił się gniew... a nawet furia. Samo wspomnienie o bóstwie, które sprawiło, że jego życie wygląda jak wygląda uwolniło emocje, których Astrad nie chciałby uzewnętrzniać. -Bóg kłamst i oszustw? Bóg śmierci i cienia? Nie muszę wiedzieć o nim wiele. Wystarczy, że go nienawidzę. Wystarczy, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego.
Muhad posmutniał. Uśmiechnął się gorzko do  Astrada i odpowiedział, powoli się nakręcając i mówiąc coraz szybciej: -Nie można nienawidzić śmierci. To tak, jak gdyby nienawidzić całego życia. A nienawidzić życia i nienawidzić śmierci oznacza gardzić istnieniem. To droga, która jest dla ciebie dostępna. Ciemna i kręta, pełna bólu, straty i powolnego staczania się w otchłań szaleństwa, a nie zostanie nic z człowieka którym jesteś. Zostaniesz skorupą, demonem w ludzkiej skórze...   - mężczyzna przerwał nagle. Wydawał się być lekko przestraszony swoimi słowami, lecz po chwili milczenia odetchnął głęboko i kontynuował -  Nie mogę o tym mówić. Wiem, lecz każde kolejne słowo jedynie zniszczy balans. Dlatego opowiem ci. Bądź cierpliwy, bo to nie jest opowieść ciekawa, ani opowieść niesamowita.
Muhad zamknął oczy i przez chwilę siedział w ciszy, po czym upił łyk napoju i rozpoczął: - Lata temu... To już będzie ile... 25? Hmm chyba z 27 lat.... Wiodłem wtedy inne życie. Byłem Batuttą, jednym z członków wielkiej kupieckiej rodziny, która jest znana w całym Zachodzie. Miałem normalnego ojca, który był kupcem i normalną matkę. Miałem braci i siostry. Miałem także piękną żonę i trójkę dzieci. I byłem głupcem. Sądziłem bowiem, że pustynia nie jest tak niebezpieczna, jak mówią. Sądziłem, że jeżeli będę trzymał się gór i podróżował tylko za dnia, to uda mi się w końcu znaleźć drogę, której nikt nie znalazł. Nowy szlak między Azaratem a Greathard. Osiągniecie, które zapisze moje imię w historii i wybije mnie spośród pokoleń Batuttów. Marzyłem wtedy o sławie, o pieniądzach. Myślałem że jestem niezwyciężony i najmądrzejszy, że nie ma przeszkody, której nie jestem w stanie pokonać. Ale... jak łatwo jest się domyślić, myliłem się. Byłem jednak tak pyszny, tak pewny swojej racji, że postanowiłem zaryzykować nie tylko życiem moim, lecz i moich najbliższych. Nie słuchałem ojca, śmiałem się z ostrzeżeń mojego dziada i kląłem na próby odwiedzenia mnie przez moich braci. Wyruszyłem na pustynie. Z ponad siedemdziesiątką ludzi, z moimi synami oraz z moją żoną.  Za moją pychę przyszło mi zapłacić jednak cenę.
Mahud zamilkł nagle. Widać było, że w jego oczach zbierają się łzy, a ból wychodzi na jego twarz. Po dłuższej chwili ciągnął jednak dalej:
- Po prawie dwóch tygodniach drogi w końcu otrzymałem karę za głupotę. Zaatakowały nas demony. Lecz nie takie, jakie spotkać można pod bramami Azaratu. Demony potężne i znacznie starsze, znacznie bardziej brutalne i znacznie bardziej przerażające niż cokolwiek co widziałem do tej pory w moim życiu. Mistycy, Łowcy, magowie, wojownicy, wszyscy, których wynająłem do ochronny ginęli, jak gdyby byli papierowi.
- Człowiek o którym mówiono, że jest drugim najpotężniejszym zabójcą demonów w Azaracie i którego nająłem do ochrony, zamienił się w  proch nie będąc w stanie nawet zadrapać demona swoimi czarami. Potem było już tylko gorzej. Umierali tragarze, umierali moi wspólnicy. I umierali moi synowie. Jeden po drugim. Broniąc swojego głupiego ojca i matki, która miała nieszczęście za niego wyjść. Umierali w męczarniach, podczas gdy demony zjadały ich żywcem i poiły się ich bólem. Potem... gdy nie było już nikogo, trzymały i mnie. A ja krzyczałem. Krzyczałem, gdy one robiły mojej żonie rzeczy, o których nie chce nawet mówić. A potem zrobiły to także mi. Rozrywały moją duszę, niszczyły mój umysł i zjadały serce żywcem, a ja patrzałem w martwe oczy mojej żony. Aż wreszcie wszystko pękło i stałem się pusty, a demony znudziły się powłoką, która nie czuje nawet bólu. Porzuciły mnie więc na środku pustyni. Otwartego wpół, umierającego i pustego.  - mężczyzna przerwał i upił łyk, po czym kontynuował znacznie bardziej żywym głosem -  Wtedy właśnie przybył On i pokazał mi. Pokazał mi, gdzie znaleźli się moi synowie. Pokazał mi, gdzie odeszła moja żona.  I pokazał mi prawdziwe oblicze. Objawił mi wtedy także zadanie i poskładał mnie z rozsypanych fragmentów, którymi się stałem. Od tej chwili byłem martwy, lecz nadal żyłem. I będę wykonywał jego zadanie aż do momentu jego wypełnienia. Wtedy umrę po raz drugi. I wtedy odejdę do mojej żony i synów.
Astrad cierpliwie wysłuchał opowieści Muhada i stwierdził, że równie dobrze może coś zjeść. Coś z mięsem. Coś pożywnego. Cała ta historia wydawała się być przerażająca i żenująca jednocześnie. Mędrzec zerknął na swojego rozmówcę. -Ja nie nienawidzę śmierci. Śmierć jest nierozłączną częścią życia. Sam jak widzisz wiodę życie wojownika, więc śmierć jest dla mnie czymś znajomym. Ja nienawidzę jej boga. Doświadczam jego klątwy każdego dnia. Twoja historia... jaki ona ma cel? Do czego ma mnie przekonać? Do tego, że demony są złe. Wiem o tym. O tym, że bóg śmierci jest okrutny? Wiem o tym. Straciłeś wszystko i oddałeś się służbie... Thorna? Naprawdę? Gdyby twoja rodzina żyła... co by na to powiedziała?
- Czy wiesz gdzie trafiają tacy jak ja? Głupcy, którymi swoimi czynami doprowadzili do masowego morderstwa i śmierci tak wielu? Pewnie nie. Ale to nie ważne. Thorn dał mi drugą szansę. Szansę by móc odpokutować moją głupotę i zjednoczyć się z rodziną.  On nie jest okrutny. On gardzi tymi, którzy nie szanują życia swojego i życia innych. Nienawidzi tych, którzy rzucają na śmierć innych. Tych, którzy kradną życie innych i odbierają dusze. Thorn jest sprawiedliwy. Thorn jest nawet miłościwy dla tych, którzy rozumieją swoją głupotę. Dlatego dostałem szansę. I dlatego ty pojawiłeś się na świecie.  Thorn nie jest zły ani okrutny. Jest surowy i sumienny. Sprawiedliwy i tak naturalny, ja tylko może być śmierć. Jego zadaniem jest utrzymanie balansu. Balansu, który od lat chwieje się i powoli się rozpada  - rzekł Muhad głosem pełnym szacunku i jakiegoś innego, ciężkiego do rozpoznania przez Astrada, uczucia.
Astrad zaśmiał się cicho, ironicznie, i pusto. Słowa, które wypływały z ust Muhada sprawiły, że Astrad miał ochotę opuścić ten dom. -Sprawiedliwość. Zło. Okrucieństwo. Znaczenie tych słów chyba ci umyka. Bóg Śmierci pragnie chaosu. Nie porządku. Twoje słowa mnie brzydzą. Nie przyszedłem tutaj, żeby prowadzić debatę teologiczną. Wiesz coś o morderstwie młodego Byrona czy nie? Jeżeli nie... to nie mam czego tutaj szukać.
- Dla kapłana świątynnego to mogą być dywagacje. Dla ciebie to część tego kim jesteś. Balans musi być zawsze. Takie jest prawo tego świata. Nawet bogowie nie mogą go złamać, bo i oni podlegają jego prawom. Jeśli bogowie i ludzie nie utrzymają balansu, zrobi to świat. Myślisz, że to przypadek, że gdy Ilhezin postanowiła stworzyć swojego wybrańca, Thorn także zszedł wyznaczyć jednego? Gdyby Thorn nie zadziałał, świat wymusiłby balans. - mężczyzna przerwał na chwile, po czym westchnął i powiedział na wpół do siebie - Nie chcesz teraz słuchać. Jest zbyt wcześnie. Niestety, jest także za późno. Modlę się do bogów, by dali nam wystarczająco czasu by powstrzymać to co nadchodzi. Dobrze. Na tą rozmowę przyjdzie jeszcze czas. Kiedy będziesz gotowy zapytać i zrozumieć. Morderstwo Byrona jest powiązane. Z tobą. Z twoim bratem. I z Ilhenistami, którzy pojawili się w mieście.
Mężczyzna nie skomentował odpowiedzi Astrada. Po dłuższej chwili rozpoczął jednak:-  Ilheniści, którzy pojawili się w mieście to nie do końca Ilheniści... A przynajmniej nie tacy których znasz. Oni są... inni. Nie do końca jestem w stanie wyjaśnić czemu, lecz nie zachowują się jak żądny z odłamów, jaki spotkałem. Oni do czegoś dążą, mają cel, którego nie do końca jestem w stanie zgadnąć i który próbuję odkryć od jakiegoś czasu. Ważne jest to, że to, co stało się Rhein nie było przypadkiem. Pobicie a potem śmierć syna burmistrza były narzędziami, których użyto by dotrzeć do twojego brata.
Astrad westchnął. Jebane religie i wyznania. Gdyby ich nie było wszystkim na świecie żyłoby się łatwiej. Cel był w takim razie jasny. -Czyli znajdując Ilhenistów, znajdę brata. A co z Rhein? Wiesz może?-Mało go to osobiście obchodziło, ale ona była ważna dla Malgarda, więc była też poniekąd ważna dla Astrada. -Mam jeden trop... chyba, że ty wiesz gdzie szukać tych fanatyków.
-Tak się stanie. Prawdopodobnie. Fanatycy poruszają się po cichu. Unikają wysoce publicznych miejsc. Ostatnim miejscem, gdzie ich widziałem było poliże domu, w którym zniknął twój brat. Co do jego żony... nie wiem zbyt wiele. Jeszcze.- Odparł mężczyzna, po czym dopił swój napar i rzekł: -  W takim razie, kiedy tylko będziesz gotowy, możemy tam ruszać. Lub zbadać twój trop.  
-Powiedz mi więc, który to był dom i jak do niego dotrzeć. Czy i tam mam się spodziewać straży? I przede wszystkim czy ci Ilheniści są fanatykami? -Musiał to wiedzieć. Fakt czy dobędą broni na sam jego widok miał dla niego spore znaczenie. -Jeżeli mogę cię prosić to odszukaj Rhein. Powiedz jej o wszystkim jeśli zdołasz.
Muhad odwrócił się lekko i spojrzał w cień mniej więcej w po swojej prawej, po czym rzucił:-  Słyszałeś Wybrańca. Odszukaj żonę brata i przekaż jej wieści. Sprowadź ją z powrotem jeśli taka będzie jej wola. Pilnuj, by nie stała się jej krzywda.
Na te słowa, z cienia wyszła postać ubrana w ciemne szaty i milcząc, skinęła głową, po czym wyszła z pokoju. Co jednak zdziwiło Astrada, to to, że postać nie wydzielała praktycznie zapachu mieszając się niemal perfekcyjnie z zapachami pomieszczenia, a jej chód był praktycznie niesłyszalny.
Muhad spojrzał z powrotem na Mędrca i rzekł:- Kiedy będziesz gotowy słuchać, opowiem ci o nich. Sam zaś zaprowadzę cię do miejsca, gdzie ostatnio widziano twojego brata.
Astrad zdołał zachować kamienną twarz na widok człowieka wychodzącego z cienia, choć w jego głowie kotłowało się od myśli. -Więc to jest ten balans który tak głosiłeś. Ilheniści pojawiają się w Varengardzie to muszą pojawić się Thorniści tak? Cóż za zbieg okoliczności. -Astrad złapał za topór i wstał od stołu wzdychając lekko. Czemu w momencie w którym w końcu zdołał przekonać brata o odejściu z tego miejsca nagle spada na nie milion nieszczęść. Niech to Abaddon pożre... -Prowadź więc. Miejmy to z głowy. Mam nadzieję, że będziesz w stanie odejść stąd w pokoju i, że nigdy się więcej nie spotkamy.
Muhad uśmiechnął się tylko ze współczuciem i skinął głową. Odstawił naczynia do bali i przemył je wodą ze stojącego obok wiadra, a potem ułożył je tak, by mogły w spokoju wyschnąć. Wychodząc za Astradem z domu wyjął z kieszeni klucz i zamknął drzwi, po czym rozejrzał się, sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu. Gdy był pewny że nikt nie zauważy, schował klucz w małym, ledwie zauważalnym wgłębieniu w ścianie koło drzwi.


Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.07.2019, 20:42 przez Astrad.)

12.07.2019, 20:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna