Zamarznięte jezioro
#1

Cytat:
Znajdujący się w bezpośredniej okolicy lodowej twierdzy, zamrożony zbiornik wodny, rozległy na kilometr. Tafla lodu jest wystarczająco gruba, by kryjące się pod nią sekrety spoczywały w spokoju od bardzo długiego czasu. Z powierzchni zamrożonego jeziora bez trudu można dostrzec twierdzę, jak i monumentalną bestię przypominającą wilkołaka, która - na szczęście wszystkich strudzonych podróżnych - stanowi jedynie posąg. Posąg, który sięga 120 metrów w górę. Samo jezioro to gładki, odsłonięty teren, na którym próżno szukać jakichkolwiek kryjówek, dlatego też wszyscy przemierzający je, są nań widoczni zupełnie jak na talerzu. Lepiej więc, żeby żadna bestia nie postanowiła zapolować w tych okolicach, a górujący nad jeziorem posąg był jedynie efektem ludzkich fantazji, a nie podobizną mieszkańców pobliskiej twierdzy.

Akcept opisu: Mirrodin








15.05.2019, 21:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zamarznięte jezioro
#2

ędrowiec stawiał kroki nie zdradzając pośpiechu. A jednak coś w jego duszy rwało się naprzód. Miał już dosyć tej wędrówki. Dłużyła mu się niemiłosiernie. Fakt, że jej cel malował się już przed jego oczami wcale w tym nie pomagał. Pragnął w końcu dać upust zgromadzonej frustracji i energii. Wyrzucić z siebie to, co pragnęło się z niego wyrwać. I był coraz bardziej zdziwiony faktem, że wybrał się właśnie w to miejsce – na całkowite odludzie – zamiast gdzieś, gdzie jego wybuch mógłby sprowadzić śmierć, krew, krzyk i łzy.
Prawdę mówiąc powoli zaczynał tracić jasność myślenia. Zaczynał tracić resztki rozsądku, które go tu skierowały. Jedyne pocieszenie w tej sytuacji dawał fakt, że im bliżej twierdzy się znajdował, tym chłodniejsze stawało się powietrze. Frustracja narastała z każdym krokiem, a chłód koił ją im bliżej celu się znalazł. Starcie tych dwóch misternych sił ostatecznie wygrało zimno. Coraz bardziej czuł się jak w domu, jak za czasów, które spędził pod okiem swojego smoczego rodzica.
Kolor budowli, do złudzenia przypominał lód, jednak to nie miało dla mędrca żadnego znaczenia. Nie pozory, lecz prawdziwą potęgę żywiołu darzył szacunkiem. W tej okolicy jednak wyraźnie dało się odczuwać chłód bardzo podobny, jaki zwykle towarzyszył jego obecności. Tego właśnie potrzebował. Aury, która kojarzyła mu się z ojcem. Wytchnienia, odprężenia. Zabawne, że większość istot które nie były białowłosym wędrowcem, w takich warunkach odczuwała dreszcze i dyskomfort.
Mędrzec uśmiechnął się do siebie. A może uśmiechnął się do ogromnego wilkołaka, który patrzył na niego z imponującej wysokości swoich nieożywionych oczu.
- Witaj, gospodarzu – białowłosy rzucił w przestrzeń. Głośno, jednak nie dość, by posąg znajdujący się nadal parędziesiąt metrów od mędrca mógł go usłyszeć. Gdyby rzecz jasna miał słuch i był to słuch podobno do ludzkiego, a nie istoty o wiele bardziej wyczulonej. – Mam nadzieję, że Twe istnienie jest dowodem grozy, którą sprowadziłeś na „nich” – dodał, nadal poruszając się w kierunku twierdzy. Leniwym wzrokiem przesunął po okolicy wypatrując bestii podobnych do „gospodarza”, nie znalazł jednak żadnej. Kontynuował więc marsz w jego stronę, nim jednak dotarł do monumentalnego posągu, zmienił zdanie i przeniósł swoje zainteresowanie na jezioro skute lodem, które może nie górowało nad wszystkim jak nieożywiona bestia, ale rozpościerało się szeroko i kusiło mędrca swą mroźną aurą.
- Och, i Ty, sługo mój i życie moje. – zagaił z czułością wyciągając dłoń w stronę lodu, a lód odpowiedział zmieniając swą formę. Z gładkiej tafli wyłoniła się mniej więcej półtorej metrowa bryła o trudnym do opisania kształcie. Vein zbliżał się do niej ciągle tym samym, pozbawionym pośpiechu tempem.
W końcu, gdy znalazł się dość blisko, by dosięgnąć jej dłonią, obszedł ją tak, że stał plecami do gładkiej tafli jeziora a przodem do brzegu znad którego nadszedł. Lodowa bryła oddzielała go od drogi powrotnej, położył nań palce, a pod jego dotykiem kształt bryły zmieniał się. Coraz bardziej przypominał ludzką sylwetkę. A właściwie to nie kogoś tak pospolitego jak człowiek, bo spod dłoni mędrca prędko wyłowił się pliczek a potem i cała twarz przedstawicielki jego własnej rasy. Gdyby ktoś kiedyś poznał oryginalną istotę, której Vein tworzył kolejno: rozwiane przez wiatr włosy, rozcięcie przez jedno z oczu, ramiona, dłonie oparte w swobodny sposób o talię, samą talię, biodra i nogi… Gdyby ktoś znał dziewczynę, którą przedstawiała rzeźba, wiedziałby, że miast błękitu jej głowę winna zdobić czerwień. A miast okrutnego uśmiechu i radosnego choć bezwzględnego zarazem błysku w lodowych oczach, twarz powinien zdobić uśmiech , uprzejmość i troska. No, chyba, że ktoś znał ją tak dobrze jak Vein, lecz wtedy musiałby być albo ich bratem, albo trupem. Wtedy wiedziałby, że jedyne co się nie zgadza, to kolor włosów.
- Witaj. – Zagaił do niej. –Będziesz symbolizować duszę tego lodu. – swobodny ruch ręki objął całe jezioro. –I moją towarzyszkę zarazem, na czas mojego pobytu tutaj. – rzekł do rzeźby. Po czym  odwrócił się od niej i kilkoma prędkimi krokami wbiegł głębiej na jezioro i zawirował wokół własnej osi, łapczywie wypełniając płuca lodowatym powietrzem. W trakcie tego obrotu jego lodowe ogony rozwinęły się na wszystkie strony, przestały owijać jego ciało jak pancerz i obracały się razem z nim. Mędrzec wyobrażał sobie ludzi, którzy bezmyślnie mogliby próbować dobiec do niego nadziewając się tym samym na lodowe kolce. Zaśmiał się do tej przyjemnej wizji.  Zatrzymał się niespodziewanie, patrząc w stronę z której wbiegł na jezioro. – Piękne miejsce, nie uważasz? – zapytał lodowej rzeźby, przechylając głowę i posyłając jej spojrzenie, choć wcale nie oczekiwał odpowiedzi.
Po tym pytaniu nie próbował znów biegać czy wirować a lodowe twory ponownie otoczyły jego ciało. Mędrzec zamyślił się wyraźnie. A może zapatrzył we własne wnętrze.
- No dobrze, co ja mogę z Tobą zrobić? – zagaił w przestrzeń, choć tak naprawdę adresatem były jego własne pokłady many. – Czy Ty wystarczysz, bym był czymś więcej niż okruch? Czy  uczynisz mnie choć namiastką tego, czym ojciec chciałby, żebym się stał? Czy nadszedł już czas? – zapytał.
A później zaczął kumulować manę w dłoni. Nie spieszył się przy tym, po pierwsze nie było potrzeby, a po drugie chciał z tego wynieść jak najwięcej.
Jego magia bowiem dotychczas polegała albo na kontroli czegoś co już istniało, albo na najzwyczajniejszym w świecie wyzwalaniu energii na większym, nie do końca sprecyzowanym obszarze. Nigdy dotąd nie próbował – bo i nie miał dość zasobów by tego próbować – na skoncentrowanie jej w jednym punkcie. Nie, żeby nie wiedział czego się spodziewać. Widział przecież swojego rodzica – a smoki nie mają ograniczeń mędrców, skazy pozostawionej przez ludzkich przodków. Smoki nie muszą się przejmować, że magia wyczerpie się zbyt szybko. Smoki są potęgą. Vein całe życie był jedynie okruchem tej potęgi, małą drobinką.
Od lat uczył się kontroli nad lodem, większość życia używał go do najbanalniejszych, codziennych działań. Efekty było widać choćby w tym, jak swobodnie wirował razem ze swoimi lodowymi ogonami. Albo jak wierną rzeźbę stworzył sobie jako towarzyszkę blisko brzegu jeziora. Ale pierwszy raz tak naprawdę próbował skumulować energię, która jeszcze nie miała formy. To było dziwne, inne uczucie. Dłoń mrowiła go, ale w całkiem przyjemny sposób. Miał dreszcze, ale one również były całkiem przyjemne. W końcu machnął dłonią w stronę kawałka tafli lodu przed sobą, ale nie wywołało to spodziewanego efektu. Mana miała się skrystalizować jako lód, poniósł jednak klęskę i energia rozpłynęła się nim dotarła do celu jakim było podłoże. Zacisnął sfrustrowany rząd nierównych zębów i rzucił wrogie spojrzenie spode łba w stronę lodowej postaci. Nie powiedział jednak słowa. Westchnął w końcu ciężko i frustracja rozładowała się nieco. Mimo niepowodzenia doskwierający gdzieś w jego wnętrzu ból zelżał odrobinę. Ewidentnie potrzebował rozładować nieco energii i ulżyło mu, gdy to zrobił, nawet, jeżeli to jeszcze nie była dużo ilość.
- Nie prowokuj mnie, duszyczko. Ojciec bardzo długo uczył mnie cierpliwości. Nie wybijesz mnie z równowagi – pogroził rzeźbie palcem i uśmiechnął się. – przynajmniej dopóki nie poleje się krew – dodał już tylko w myślach. Ponownie wystawił rękę przed siebie, otwartą dłoń kierując ku górze. Znów zaczął gromadzić maną, ale tym razem nie aż tak dużą ilość jak poprzednio. Dużo mniejszą. Ale wciąż równie skoncentrowaną. Zacisnął zęby jakby miało mu to jakoś pomóc. Rzecz jasna nie pomagało. I spróbował wyzwolić tę energię. Jego ręka pomknęła w dół pchnięta siłą odrzutu wywołanego wyzwoleniem energii. Z dłoni zaś, w towarzystwie tego ruchu, wyrosła lodowa bryła. Była długa na jakieś 20 centymetrów. Miała trudny do określenia - ale zwężający się wraz z odległością od dłoni - kształt. Mędrzec potrząsnął ręką sprawiając, że lodowy twór odpadł od jego ręki. – Dużo lepiej – pochwalił się najwyraźniej uznając, że jego towarzyszka nie zamierza się wywiązać z tej roli.
A później raz jeszcze uwolnił jeden z lodowych ogonów chroniący ciało mędrca, i wbił (a w zasadzie to połączył) jego koniec z lodową taflą pod jego nogami. Później uniósł się nad ziemię, opierając na nim swój ciężar. Następnie ogon wygiął się przypominając literę S w taki sposób, że mędrzec usiadł całkiem wygodnie, stopami opierając się o niższy fragment lodowego kształtu, poniżej miejsca na którym siedział. Wtedy zaś lodowy twór zastygł ponownie w bezruchu. Mędrzec rozejrzał się z tej nieco wyższej wysokości na wszystkie strony upewniając się, że do jego aktualnego placu zabaw nie postanowiło przyleźć żadne niechciane stworzenie. Gdy stwierdził, że nie dostrzega nic, mimo swojego nieludzko czujnego wzroku, znów się odezwał – Dobrze więc. Kontynuujmy. – ciężko stwierdzić, czy tym razem gadał do siebie, czy znów do jakiejś nieożywionej istoty, spojrzeniem w każdym razie nikogo nie zaszczycił.
Tak czy inaczej ponownie wyciągnął dłoń przed siebie, tym razem jednak podparł ją od spodu drugą, aby nie dać się jej tak łatwo porwać odrzutowi. I powtórzył cały proces od skupiania energii przez jej wyzwolenie. Zaczął od mniejszej ilości, wciąż pamiętając przestrogi ojca, że jest tylko okruchem, i że powinien się skupić na całkowitej kontroli nad swoją bronią, a nie bezmyślnemu marnowaniu energii. Vein co prawda chciał się nauczyć czegoś o wiele mniej subtelnego niż dotychczas. Czegoś innego, niż pod okiem smoka – gdy ten kazał mu się skupiać, twierdząc, że jeszcze nie jest gotowy. Czegoś gwałtowniejszego, brutalniejszego i pozbawionego krzty finezji. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by opanował to będąc wiernym wskazówkom swojego ojca dotyczących tego, jak należy oswajać się z potęgą. Kroczek po kroczku. Rozumiejąc co tak w zasadzie próbuje osiągnąć. Skoncentrował się więc i powtórzył sztuczkę z wyzwoleniem many z dłoni kolejny raz. I kolejny. I kolejny. Czasami powtarzał jednakową ilość energii, innym razem ją zmieniał. Robił to tak długo, aż był w stanie określić dokładnie jaka ilość lodu powstanie z konkretnej ilości many w tak gwałtownym wybuchu tej energii. Tak bardzo skupił się na ćwiczeniu tej prostej sztuczki, że całkowicie zatracił poczucie czasu, stracił rachubę w liczbie podjętych prób i zużywanej energii. Gdy w końcu jego eksperymenty osiągnęły zadowalający rezultat – a zadowalający rezultat oznaczał, że udało mu się określić ile lodu powstaje z konkretnej ilości skoncentrowanej many, odczepił od siebie ogon, na którym ćwiczył. I zeskoczył na zamrożone jezioro.
Przeciągnął się, aż strzyknęło mu w plecach. Chwilę spacerował chcąc rozruszać nogi utkwione przez jakiś czas w bezruchu, chwilę rozglądał się po okolicy, nie schodząc jednak z jeziora. I układał sobie w głowie wyniesione z ćwiczeń informacje. Prawdziwi mędrcy wiedzieli bowiem, że aby zdobytą wiedzę przyswoić w należyty sposób, należy dać jej chwilę na przyswojenie. W końcu zaprzestał spaceru i obrócił się do lodowej postaci która mu towarzyszyła. – No dobrze, moja droga. – uśmiechnął się do rzeźby. –Zostało nam jeszcze dość energii do dalszej zabawy, czy czas się posilić? – zapytał, po czym skupił się próbując oszacować ile energii mu w zasadzie zostało.








18.05.2019, 17:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zamarznięte jezioro
#3

ustka. Niespodziewana, przytłaczająca, bezwzględna. Uderzyła go. Mędrzec aż zachwiał się na nogach. Zacisnął pięści. Nie tego się spodziewał pytając lodowej rzeźby czy ma jeszcze energię. Połowę może - tyle przypuszczał, że mógł zużyć na swoje monotonne ćwiczenia.
Ponownie powiódł wzrokiem wokół. W każdą możliwą stronę widoczną z tego skutego lodem jeziora. Aż dziwne, że nic nie postanowiło przyleźć do niego. Być może jednak był tu już dłużej, niż mu się wydawało.
- Nie pamiętam kiedy ostatnio tak bardzo straciłem poczucie czasu gdzieś, gdzie nie lała się krew. - przyznał się na głos i pokręcił głową. W efekcie na ten ruch wszystko przed oczami lekko mu się zachwiało. Chyba więc czas na krótką przerwę.
Usiadł w miejscu, w którym właśnie stał, krzyżując przy tym nogi i podpierając się obiema wyprostowanymi rękoma za plecami. Otwarte dłonie dotykały powierzchni lodu. Przez krótką chwilę mędrzec tylko siedział, chłonąc przyjemne uczucie zimna pod palcami, w końcu jednak postanowił wchłonąć coś jeszcze.
Miejsce, w którym się znajdował - nie konkretne miejsce na jeziorze, lecz samo jezioro i okolica - było idealne. Żywiołu, który przed laty zawładnął jego duszą było tu wręcz absurdalnie dużo. Więcej, niż mógłby pochłonąć. Więcej, niż mógłby użyć do treningów ciągnących się tygodniami. Zmrużył oczy witając złudne poczucie wszechmocy. W tej chwili Vein wręcz żałował, że żadne podrzędne stworzenie nie ośmieliło się powitać go na tym skutym lodzie jeziorze. No, żadne nie licząc wilkołaka i mędrczyni, ale oni wbrew swym naturom byli obrzydliwie wręcz spokojni.
Mędrzec ponownie trochę się zgubił w upływającym czasie. Bez zniecierpliwienia chłonął harmonię towarzyszącą pożeraniu lodu, monotonnemu szumowi wiatru, stłumionych mrozem zapachów. Nie pojawiły się żadne bodźce, które zakłócały ten sielankowy wręcz spokój. Żaden fałszywy dźwięk, trzask, śpiew ptaków. Zupełnie jakby wszelkie życie w tej okolicy było zmienione w posąg. I został tylko mędrzec, rzeźby i wiatr.
Nie podniósł się tym razem. Nie zamierzał kontynuować treningu tak, jak to robił wcześniej - badając stosunek ilości many do ilości lodu. Tylko jeden raz sprawdził, czy efekt nie zmienił się wraz z odnową energii.
Był identyczny.
Nadszedł więc czas, by ten cały lód wysłać w jakieś inne miejsce. Koniec końców nie potrzebował przywoływać lodowych kolców z własnego ciała. Od tego miał już ogony, którymi się chronił. Jeżeli chodzi o zabranie się za to, Vein miał całkiem niezłe pojęcia teoretyczne jak to zrobić. Koniec końców potrafił sięgać magią dalej by wpływać na lód.
Teoretycznie wszystko było proste. Rzeczywistość jednak zakpiła z niego.
Okazało się, że przesyłanie tak skoncentrowanej energii jak ta, potrzebna do mocy którą próbował zmusić do posłuszeństwa, jest dużo trudniejsze niż sięgnięcie ciągłym strumieniem many niczym sznurem. Vein podjął próbę i poniósł klęskę. Po raz nie wiadomo który dwa rzędy nierównych, nieludzkich zębów zacisnęły się nieznacznie a mężczyzna posłał rzeźbie niezadowolone spojrzenie. Wygląda na to, że istnienie nawet nieożywionej wersji mędrczyni skutecznie zaburza stoicyzm cechujący lodowego króla. Tym razem jednak, okrucieństwo malujące się na twarzy lodowej postaci poprawiło mu humor i pomogło odnaleźć opanowanie, a nie je burzyło.
- Masz rację, kochana, masz rację. - zgodził się gładko i wypuścił z płuc resztkę powietrza, które zdaje się, trzymał tam od ostatniej nieudanej próby użycia many. - Cierpliwość zaowocuje pięknym kwiatem. - jego twarz przyozdobił uśmiech.
Vein przekrzywił lekko głowę i postanowił ćwiczyć kroczek po kroczu. Jedną z dłoni oderwał od powierzchni lodu, uniósł jakieś dwa centymetry ponad nią i przesunął płynnym, wolnym ruchem do przodu. Podczas całego tego ruchu przesyłał energię do podłoża, starając się utrzymywać ją w takiej formie, jaką ćwiczył siedząc na lodowej literze "S" utworzonej wcześniej z jednego ze swoich ogonów.
Tym razem odniósł pewien sukces. Kilkanaście centymetrów dalej od miejsca w którym zakończył ruch dłoni, z powierzchni jeziora wychylił się lodowy sopel wysoki na jakieś 20 centymetrów. Vein posłał kolejny uśmiech rzeźbie. A następnie powtórzył manewr, dłoń trzymając dwukrotnie wyżej. Kolejny sukces.
Nie zmieniając wysokości wykonał ruch szybciej. - Szlag! - uderzył zaciśniętą pięścią w powierzchnie lodu, widząc swoje niepowodzenie. Krótkie doznanie bólu jakie temu towarzyszyło nieco go otrzeźwiło. I z zaskoczeniem odkrył jak bardzo niecierpliwy się stał od rozstania ze swoim ojcem. Kiedyś, nauki pod nadzorem smoczych oczu potrafiły się ciągnąć miesiącami bez najmniejszych rezultatów. A Vein nie okazywał frustracji. Cóż się z nim działo teraz?! Chwilę pooddychał, ponownie rozejrzał się po okolicy, ochłonął.
Wrócił do prób, nieśpiesznie zwiększając odległość dłoni od lodu, przez szybkość ruchu. Już nie dawał się ponosić emocjom. Metodycznie, raz za razem, wiedząc, że w końcu osiągnie to, czego chce powtarzał i powtarzał to samo.
A potem nastąpiła przerwa, druga z "poważniejszych". Tym razem poza pochłanianiem magii, poświęcił ją na uzupełnienie płynów i napełnienie brzucha. Jeżeli chodzi o jedzenie, ratował go kawał suszonego mięsa, zabrany jeszcze z ostatniej ludzkiej karczmy, w jakiej miał wątpliwą przyjemność przebywać. Kwestia wody była bardziej specyficzna. Vein bowiem wkładał sobie do ust drobne kawałki lodu i czekał, aż ten stopnieje. Dla zwykłego człowieka uczucie temu towarzyszące musiałoby być co najmniej dziwne, Vein jednak przypisywał to co najmniej do przyjemnych. Przez całą tą przerwę nie odzywał się słowem do żadnej z towarzyszących mu rzeźb. Najwyraźniej ponura determinacja kazała mu skupiać się na magii, a nie pierdołach, które mogłyby go rozpraszać.
W końcu wrócił do ćwiczeń. W tym podejściu skupił się na coraz krótszym ruchu ręki wskazującym kierunek w jakim chciał wysyłać magię. I powtarzał to ćwiczenie tak długo, aż ruch ręki stał się całkiem zbędny i próby przesłania magii bez przedwczesnego rozpadnięcia się ładunku nie były standardem. O dziwo po dłuższej przerwie ćwiczenie poszło całkiem sprawnie więc mógł płynnie przejść do kolejnego.
Kolejnym było zapanowanie nad kierunkiem wyzwolenia magii. Vein potrafił już wysłać energie w wybrane przez siebie miejsce i nakazać jej wyrosnąć. Teraz nadszedł czas popracować nad odpowiednim sposobem wyzwolenia tej energii. Tutaj już pomaganie sobie ręką nie było tak proste. Zamiast więc gestami, Vein postanowił dopomóc sobie przez odcięcie bodźców, które nie pozwalały mu się skupiać na magii. Po raz nie wiadomo który rozejrzał się po jeziorze by się upewnić, że nic nie przyszło podziwiać jego ćwiczeń. A potem zamknął oczy tonąc w czerni. Nadal co prawda nasłuchiwał, ale monotonne brzmienie wiatru nie rozpraszało tak bardzo, jak ogrom przestrzeni którą chłonęły jego oczy.
Pochłonięty w ciemności mógł nieco bardziej wyczuć swoją magię. A skoro mógł ją lepiej wyczuwać, mógł nad nią też lepiej panować. Teoretycznie.
To był chyba najtrudniejszy fragment kiełznania nowej mocy. Najprościej było tworzyć lód w stronę w którą się go wysłało, pionowo do góry lub pod jakimś kątem pomiędzy jednym a drugim. Tutaj wystarczyło by pchnął magię szybciej lub wolniej i tak naprawdę wszystko działo się samo.
Vein jednak, chcąc móc wytworzyć lód w dowolnym kierunku, miał cięższy orzech do zgryzienia. On nie mógł zostawić tego tak, jak "magia sama chciała wyrosnąć". On musiał narzucić jej swą wolę i dbać o to, by pod jego naciskiem ta nie rozpadła się w niekontrolowany sposób.
Nie znalazłszy żadnej metody by ułatwić sobie walkę z własną mocą, Vein po prostu próbował. Cierpliwie, raz za razem. Aż w końcu zaczęło mu się udawać.
Wtedy też padł na jezioro, ukształtował z lodu klosz, rozpościerający się nad nim. Kopułę, która miała go chronić przed wszelakim zagrożeniem jakie mogło do niego przyleźć.
I zasnął na powierzchni lodu, wyczerpany tym całym treningiem, któremu się poddał.

...

Otworzył oczy już kilka minut temu, ale nie wstał. Na razie zachwycał się lodowatym dotykiem, który pieścił jego policzek. To było przyjemne. Przypominało mu dzieciństwo. Nie chciał wstawać i zaburzać te miłe wrażenie. W końcu jednak zmusił się do tego.
Pod jego dotykiem lodowa osłona rozstępowała się pozwalając mu znowu stanąć na otwartej przestrzeni, za towarzyszy mając jedynie dwie rzeźby. Dziwne. Bardzo dziwne. Ale to dobrze. Teraz nie był otumaniony poczuciem wszechmocy. Nie miał potrzeby dać wyraz swojej potędze. Teraz był spokojnym, opanowanym mędrcem, który wciąż nie skończył swojej nauki.
Pozostało jeszcze kilka aspektów, które musiał opanować. Najpierw jednak postanowił poćwiczyć trochę to, co już zdołał przyswoić. Po części chciał wyrobić w sobie pewność jak panować nad tą magią, po drugie chciał, by była dla niego naturalna jak każda inna forma władzy nad lodem, którą zdołał opanować. Na nic mu się nie zdadzą zdolności, których efektów nie był pewien. Dlatego też zanim kontynuował, zrobił sobie powtórkę.
W końcu jednak, równie usatysfakcjonowany co zmęczony, zrobił przerwę, napił się, odpoczął. I przeszedł do ostatniego etapu.
A ostatnim etapem było w zasadzie to samo, od czego zaczynał. Czyli kontrola ilości magii i ilości wytwarzanego lodu. Tym jednak razem wliczając w to wszystkie elementy które opanował później, takie jak odległość, nachylenie, kierunek. W końcu rozszerzył badania o maksymalną ilość lodu (czego nie mógł zbadać wcześniej, wywołując sople z dłoni ze względy na zbyt małą powierzchnię podstawy), którą jest w stanie w ten sposób wytworzyć. A także o to na ile jest w stanie wpływać na jego kształt. Tak naprawdę większość z tego etapu to była formalność, lub jak kto woli ćwiczenia.
Mędrzec szybko nakreślił górną granicę wielkości lodowego tworu, a kwestia "zmniejszania lodowego sopla" na dobrą sprawę nie wymagała nawet badań, wszak od mniejszej wersji zaczynał ćwiczenia.
To nad czym najwięcej czasu poświęcił na tym etapie to było stępienie końcówki lodowego sopla. Tutaj bowiem nie wystarczyło zwykłe "prześlij mniej magii". Tutaj musiał ją koncentrować nieco nierównomiernie. Mocniej, na krawędzi w której miał wyrastać lód, i odrobinę lżej po stronie podłoża. Dzięki temu przy wyzwoleniu ta bardziej skoncentrowana energia stawia opór i zniekształca zaklęcie dając zamierzony efekt. Odkrył tą metodę przypadkiem, podczas eksperymentowania na różne sposoby ze skumulowaną energią, chcąc dociec co jeszcze - lub jak jeszcze - mógłby użyć swojej nowej sztuczki. A gdy okazało się, że to "tworzenie stępionego sopla" jest w miarę powtarzalne a efekty można przewidzieć, zaczął się zastanawiać do czego mógłby użyć takiej wersji.
- Raczej nie do zabijania. - poskarżył się lodowej rzeźbie która cierpliwie towarzyszyła mu cały trening. Na dłuższą chwilę zamilkł, wyraźnie oddając się rozmyślaniom. W końcu wyszczerzył nierówne zęby. - Chociaż... - Zagadał.
I sięgnął mocą do stworzonych wcześniej lodowych kolców, ściągnął je w jedno miejsce tworząc coś na kształt lodowej kuli, dosyć nierównej. Podszedł do stworzonej bryły, obejrzał ją, obszedł dookoła. Jego magia zespoliła ze sobą te lodowe twory. W końcu odszedł na odległość kilkunastu kroków, obrócił się płynnym ruchem do bryły i rozkazał jej - Leć!
I wtedy użył swojej mocy by wyrzucić w powietrze. A jego moc huknęła głośno, uderzyła w lodową kulę o roztrzaskała ją na kawałki. Mędrzec szczerzył się jak idiota. - Co za nieposłuszny kawał lodu. - podsumował. I ponownie scalił kulę w jeden kształt.
- Leć - powtórzył. I tym razem znacznie osłabił koncentracie magii, chcąc w pewnym stopniu zmniejszyć siłę z jaką tworzony lód uderzy w lodowy kształt.
Bryła poderwała się od ziemi jednak niezbyt wysoko. Wygląda na to, że zaklęcie było zdecydowanie za słabe.
Mędrzec zaczął więc testować - nie na lodowej bryle i nie w pełnej formie zaklęcia a w jego pomniejszonej wersji - jak siła koncentracji many wpływa na szybkość tworzenia lodu. Pojął ten stosunek całkiem szybko. Jest jednak ogromna różnica, między zrozumieniem tego w teorii, a umiejętnością zastosowania w praktyce.
Ta moc zawierała tak dużo zmiennych, że myślenie o niej mogło wywołać ból głowy. Ilość magii żeby określić wielkość lodowego tworu, koncentracja many do kontroli nad szybkością, sposób wyzwolenia by zapanować nad kierunkiem, zniekształcenie by stępić ostrą końcówkę lodowego kolca, kontrola przekazywania energii do miejsca, w którym ma się pojawić lodowa bryła... Wszystko to, choć teoretycznie całkiem proste do zrozumienia, przy chęci opanowania do perfekcji - a tak właśnie Vein chciał władać nad każdą ze swoich magii - wymaga mnóstwa praktyki.
Na jakiś czas darował sobie próbę wyrzucenia kuli.
Skupił się na "duszy jeziora", podobiźnie mędrczyni utworzonej z lodu. Ona posłuży mu za obiekt do praktykowania tej kontroli.
- Gdyby coś Ci się stało, wiedz, że byłaś mi bliska. - wyszczerzył się do rzeźby.
I przywołał lód metr przed nią, w taki sposób, że jego ostry koniec celował prosto w oko lodowej postaci, i zatrzymał się o centymetr przed celem. Pierwsza próba była łatwa. Nie spieszył się przy niej. Zrobił to na spokojnie analizując wszystko czego się nauczył. Dopiero kolejne były cięższe i nie obeszły się bez zranienia mędrczyni. Bo te kolejne robił raz za razem, głównie krótszymi kolcami z racji, że jego celem było zatrzymywanie ich PRZED lodową postacią, a nie w jej środku, a sama postać była niska. Dodatkowo tak było oszczędniej i nie musiał tak często czerpać many z lodowego jeziora. Rzeźba skończyła z trzema soplami wbitymi w plecy, jednym w ramie, dwoma w nogi. Żaden nie zniszczył jej okrutnej twarzy. A dziesiątki wisiały w powietrzu o kilka cali od celu. Mędrzec usiadł, opierając się o jeden z kolców, które nie były wbite w lodową postać. Po raz nie wiadomo który powiódł wzrokiem w każdym możliwym kierunku nie odnajdując nic bardziej żywego, niż jego wilkołak spoglądający nieporuszonymi oczami.
Po raz kolejny odnowił energię czerpiąc z mocy jeziora.
I po raz kolejny rozkazał - Leć! - lecz tym razem lodowa kula usłuchała, wzbijając się wysoko, zataczając łuk i w końcu roztrzaskując się o powierzchnię jeziora kawałek dalej. Vein uśmiechnął się i odchylił głowę tak, że widział zamrożoną podobiznę mędrczyni, której ciągle sterczał przed okiem lodowy sopel. - Dzięki za pomoc - rzucił.








29.05.2019, 13:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zamarznięte jezioro
#4

raz z uderzeniem lodowej kuli o powierzchnię jeziora, lodowego króla uderzyło bolesne wręcz poczucie głodu. To nie był pierwszy raz, gdy doświadczał tego uczucia. Przezwyciężając nieprzyjemny grymas, który siłą rzeczy zagościł na jego twarzy, Vein uśmiechnął się do wspomnień. To jezioro właśnie posiadało kolejny element, dzięki któremu przypominało mu o minionych latach. Dzięki któremu przypominało jaskinię, w której Vein dorastał. Podczas treningów pod okiem smoczego rodzica też zdarzało mu się głodować i to nie jeden raz. W połowie przypadków odpowiadał za to sam smok, podczas gdy Vein okazywał się niewystarczająco pojętny dla nieludzkich standardów, a jego opiekun oczekiwał rezultatów. Wtedy często białowłosy musiał ćwiczyć do skutku lub utraty przytomności, zanim mędrzec będzie mógł przerwać ćwiczenie i posilić się czymś by ukoić te nieprzyjemne uczucie. Za drugą połowę przypadków odpowiadał sam mędrzec, w chwilach gdy na tyle sam skupił się na zadaniu, treningu lub dowolnej innej czynności na której się właśnie skupiał, że tracił poczucie czasu i świadomość własnych potrzeb.
Tak czy inaczej, niezależnie od tego jak bliskie w pewnym sensie było mu to jezioro, jak beztrosko i swobodnie się tutaj czuł - już osiągnął sukces który chciał, opanował co chciał opanować. Powoli zaczynał oswajać się z gwałtownością magii, jaką władać potrafiły rasy o wiele znaczniejsze od ludzi, a której z lekka dopiero zaznawał. Czas wynagrodzić się za trudy i napełnić brzuch.
Powiódł wzrokiem po okolicy. Nadal nie wypatrzył nic, co mogłoby posłużyć mu za posiłek. Dziwne, zważywszy na to jak wszelakie stworzenia zwykły reagować na mędrczą manę. Białowłosy nie łudził się, że brak towarzystwa wynikał z jego rosnącej potęgi. Nie dał się oszukać złudnemu wrażeniu wszechmocy. Nie był tak próżny – nadal był nieskończenie mniej istotny od smoków. Westchnął ciężko. - Chyba czas się pożegnać. - rzucił w przestrzeń i obrócił się do podobizny kobiety, która otoczona była lodowymi kolcami. W kilku miejscach lodowe bryły wbijały się w jej ciało. Jego wzrok był niemal czuły, lecz ani myślał uwalniać ją z tej niebezpiecznej otoczki. - Duszyczko. - skłonił jej głowę i przeniósł wzrok na podobiznę wilkołaka górującą nad wszystkim. - Gospodarzu - jemu wysłał uśmiech, taki samymi zębami – w oczach nie było nawet błysku radości. - Dziękuję za towarzystwo. - odwrócił się do nich plecami i ruszył w stronę, z której przybył. – Ciężko wyobrazić sobie lepsze towarzystwo od was. – zapewnił gładko a jego kroki nabrały monotonnego rytmu. Oddalał się od twierdzy. Zaburczało mu w brzuchu.
Zanim zszedł z jeziora całkowicie zagarnął swoją mocą trochę lodu. Wystarczająco, by odnowić ogon który odczepił na jeziorze. I wystarczająco, by w dalszej drodze móc uzupełnić zapas many do pełna.
Gracz opuścił wątek








04.06.2019, 10:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna