Zamarznięte jezioro
#1

Cytat:
Znajdujący się w bezpośredniej okolicy lodowej twierdzy, zamrożony zbiornik wodny, rozległy na kilometr. Tafla lodu jest wystarczająco gruba, by kryjące się pod nią sekrety spoczywały w spokoju od bardzo długiego czasu. Z powierzchni zamrożonego jeziora bez trudu można dostrzec twierdzę, jak i monumentalną bestię przypominającą wilkołaka, która - na szczęście wszystkich strudzonych podróżnych - stanowi jedynie posąg. Posąg, który sięga 120 metrów w górę. Samo jezioro to gładki, odsłonięty teren, na którym próżno szukać jakichkolwiek kryjówek, dlatego też wszyscy przemierzający je, są nań widoczni zupełnie jak na talerzu. Lepiej więc, żeby żadna bestia nie postanowiła zapolować w tych okolicach, a górujący nad jeziorem posąg był jedynie efektem ludzkich fantazji, a nie podobizną mieszkańców pobliskiej twierdzy.

Akcept opisu: Mirrodin








15.05.2019, 21:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zamarznięte jezioro
#2

ędrowiec stawiał kroki nie zdradzając pośpiechu. A jednak coś w jego duszy rwało się naprzód. Miał już dosyć tej wędrówki. Dłużyła mu się niemiłosiernie. Fakt, że jej cel malował się już przed jego oczami wcale w tym nie pomagał. Pragnął w końcu dać upust zgromadzonej frustracji i energii. Wyrzucić z siebie to, co pragnęło się z niego wyrwać. I był coraz bardziej zdziwiony faktem, że wybrał się właśnie w to miejsce – na całkowite odludzie – zamiast gdzieś, gdzie jego wybuch mógłby sprowadzić śmierć, krew, krzyk i łzy.
Prawdę mówiąc powoli zaczynał tracić jasność myślenia. Zaczynał tracić resztki rozsądku, które go tu skierowały. Jedyne pocieszenie w tej sytuacji dawał fakt, że im bliżej twierdzy się znajdował, tym chłodniejsze stawało się powietrze. Frustracja narastała z każdym krokiem, a chłód koił ją im bliżej celu się znalazł. Starcie tych dwóch misternych sił ostatecznie wygrało zimno. Coraz bardziej czuł się jak w domu, jak za czasów, które spędził pod okiem swojego smoczego rodzica.
Kolor budowli, do złudzenia przypominał lód, jednak to nie miało dla mędrca żadnego znaczenia. Nie pozory, lecz prawdziwą potęgę żywiołu darzył szacunkiem. W tej okolicy jednak wyraźnie dało się odczuwać chłód bardzo podobny, jaki zwykle towarzyszył jego obecności. Tego właśnie potrzebował. Aury, która kojarzyła mu się z ojcem. Wytchnienia, odprężenia. Zabawne, że większość istot które nie były białowłosym wędrowcem, w takich warunkach odczuwała dreszcze i dyskomfort.
Mędrzec uśmiechnął się do siebie. A może uśmiechnął się do ogromnego wilkołaka, który patrzył na niego z imponującej wysokości swoich nieożywionych oczu.
- Witaj, gospodarzu – białowłosy rzucił w przestrzeń. Głośno, jednak nie dość, by posąg znajdujący się nadal parędziesiąt metrów od mędrca mógł go usłyszeć. Gdyby rzecz jasna miał słuch i był to słuch podobno do ludzkiego, a nie istoty o wiele bardziej wyczulonej. – Mam nadzieję, że Twe istnienie jest dowodem grozy, którą sprowadziłeś na „nich” – dodał, nadal poruszając się w kierunku twierdzy. Leniwym wzrokiem przesunął po okolicy wypatrując bestii podobnych do „gospodarza”, nie znalazł jednak żadnej. Kontynuował więc marsz w jego stronę, nim jednak dotarł do monumentalnego posągu, zmienił zdanie i przeniósł swoje zainteresowanie na jezioro skute lodem, które może nie górowało nad wszystkim jak nieożywiona bestia, ale rozpościerało się szeroko i kusiło mędrca swą mroźną aurą.
- Och, i Ty, sługo mój i życie moje. – zagaił z czułością wyciągając dłoń w stronę lodu, a lód odpowiedział zmieniając swą formę. Z gładkiej tafli wyłoniła się mniej więcej półtorej metrowa bryła o trudnym do opisania kształcie. Vein zbliżał się do niej ciągle tym samym, pozbawionym pośpiechu tempem.
W końcu, gdy znalazł się dość blisko, by dosięgnąć jej dłonią, obszedł ją tak, że stał plecami do gładkiej tafli jeziora a przodem do brzegu znad którego nadszedł. Lodowa bryła oddzielała go od drogi powrotnej, położył nań palce, a pod jego dotykiem kształt bryły zmieniał się. Coraz bardziej przypominał ludzką sylwetkę. A właściwie to nie kogoś tak pospolitego jak człowiek, bo spod dłoni mędrca prędko wyłowił się pliczek a potem i cała twarz przedstawicielki jego własnej rasy. Gdyby ktoś kiedyś poznał oryginalną istotę, której Vein tworzył kolejno: rozwiane przez wiatr włosy, rozcięcie przez jedno z oczu, ramiona, dłonie oparte w swobodny sposób o talię, samą talię, biodra i nogi… Gdyby ktoś znał dziewczynę, którą przedstawiała rzeźba, wiedziałby, że miast błękitu jej głowę winna zdobić czerwień. A miast okrutnego uśmiechu i radosnego choć bezwzględnego zarazem błysku w lodowych oczach, twarz powinien zdobić uśmiech , uprzejmość i troska. No, chyba, że ktoś znał ją tak dobrze jak Vein, lecz wtedy musiałby być albo ich bratem, albo trupem. Wtedy wiedziałby, że jedyne co się nie zgadza, to kolor włosów.
- Witaj. – Zagaił do niej. –Będziesz symbolizować duszę tego lodu. – swobodny ruch ręki objął całe jezioro. –I moją towarzyszkę zarazem, na czas mojego pobytu tutaj. – rzekł do rzeźby. Po czym  odwrócił się od niej i kilkoma prędkimi krokami wbiegł głębiej na jezioro i zawirował wokół własnej osi, łapczywie wypełniając płuca lodowatym powietrzem. W trakcie tego obrotu jego lodowe ogony rozwinęły się na wszystkie strony, przestały owijać jego ciało jak pancerz i obracały się razem z nim. Mędrzec wyobrażał sobie ludzi, którzy bezmyślnie mogliby próbować dobiec do niego nadziewając się tym samym na lodowe kolce. Zaśmiał się do tej przyjemnej wizji.  Zatrzymał się niespodziewanie, patrząc w stronę z której wbiegł na jezioro. – Piękne miejsce, nie uważasz? – zapytał lodowej rzeźby, przechylając głowę i posyłając jej spojrzenie, choć wcale nie oczekiwał odpowiedzi.
Po tym pytaniu nie próbował znów biegać czy wirować a lodowe twory ponownie otoczyły jego ciało. Mędrzec zamyślił się wyraźnie. A może zapatrzył we własne wnętrze.
- No dobrze, co ja mogę z Tobą zrobić? – zagaił w przestrzeń, choć tak naprawdę adresatem były jego własne pokłady many. – Czy Ty wystarczysz, bym był czymś więcej niż okruch? Czy  uczynisz mnie choć namiastką tego, czym ojciec chciałby, żebym się stał? Czy nadszedł już czas? – zapytał.
A później zaczął kumulować manę w dłoni. Nie spieszył się przy tym, po pierwsze nie było potrzeby, a po drugie chciał z tego wynieść jak najwięcej.
Jego magia bowiem dotychczas polegała albo na kontroli czegoś co już istniało, albo na najzwyczajniejszym w świecie wyzwalaniu energii na większym, nie do końca sprecyzowanym obszarze. Nigdy dotąd nie próbował – bo i nie miał dość zasobów by tego próbować – na skoncentrowanie jej w jednym punkcie. Nie, żeby nie wiedział czego się spodziewać. Widział przecież swojego rodzica – a smoki nie mają ograniczeń mędrców, skazy pozostawionej przez ludzkich przodków. Smoki nie muszą się przejmować, że magia wyczerpie się zbyt szybko. Smoki są potęgą. Vein całe życie był jedynie okruchem tej potęgi, małą drobinką.
Od lat uczył się kontroli nad lodem, większość życia używał go do najbanalniejszych, codziennych działań. Efekty było widać choćby w tym, jak swobodnie wirował razem ze swoimi lodowymi ogonami. Albo jak wierną rzeźbę stworzył sobie jako towarzyszkę blisko brzegu jeziora. Ale pierwszy raz tak naprawdę próbował skumulować energię, która jeszcze nie miała formy. To było dziwne, inne uczucie. Dłoń mrowiła go, ale w całkiem przyjemny sposób. Miał dreszcze, ale one również były całkiem przyjemne. W końcu machnął dłonią w stronę kawałka tafli lodu przed sobą, ale nie wywołało to spodziewanego efektu. Mana miała się skrystalizować jako lód, poniósł jednak klęskę i energia rozpłynęła się nim dotarła do celu jakim było podłoże. Zacisnął sfrustrowany rząd nierównych zębów i rzucił wrogie spojrzenie spode łba w stronę lodowej postaci. Nie powiedział jednak słowa. Westchnął w końcu ciężko i frustracja rozładowała się nieco. Mimo niepowodzenia doskwierający gdzieś w jego wnętrzu ból zelżał odrobinę. Ewidentnie potrzebował rozładować nieco energii i ulżyło mu, gdy to zrobił, nawet, jeżeli to jeszcze nie była dużo ilość.
- Nie prowokuj mnie, duszyczko. Ojciec bardzo długo uczył mnie cierpliwości. Nie wybijesz mnie z równowagi – pogroził rzeźbie palcem i uśmiechnął się. – przynajmniej dopóki nie poleje się krew – dodał już tylko w myślach. Ponownie wystawił rękę przed siebie, otwartą dłoń kierując ku górze. Znów zaczął gromadzić maną, ale tym razem nie aż tak dużą ilość jak poprzednio. Dużo mniejszą. Ale wciąż równie skoncentrowaną. Zacisnął zęby jakby miało mu to jakoś pomóc. Rzecz jasna nie pomagało. I spróbował wyzwolić tę energię. Jego ręka pomknęła w dół pchnięta siłą odrzutu wywołanego wyzwoleniem energii. Z dłoni zaś, w towarzystwie tego ruchu, wyrosła lodowa bryła. Była długa na jakieś 20 centymetrów. Miała trudny do określenia - ale zwężający się wraz z odległością od dłoni - kształt. Mędrzec potrząsnął ręką sprawiając, że lodowy twór odpadł od jego ręki. – Dużo lepiej – pochwalił się najwyraźniej uznając, że jego towarzyszka nie zamierza się wywiązać z tej roli.
A później raz jeszcze uwolnił jeden z lodowych ogonów chroniący ciało mędrca, i wbił (a w zasadzie to połączył) jego koniec z lodową taflą pod jego nogami. Później uniósł się nad ziemię, opierając na nim swój ciężar. Następnie ogon wygiął się przypominając literę S w taki sposób, że mędrzec usiadł całkiem wygodnie, stopami opierając się o niższy fragment lodowego kształtu, poniżej miejsca na którym siedział. Wtedy zaś lodowy twór zastygł ponownie w bezruchu. Mędrzec rozejrzał się z tej nieco wyższej wysokości na wszystkie strony upewniając się, że do jego aktualnego placu zabaw nie postanowiło przyleźć żadne niechciane stworzenie. Gdy stwierdził, że nie dostrzega nic, mimo swojego nieludzko czujnego wzroku, znów się odezwał – Dobrze więc. Kontynuujmy. – ciężko stwierdzić, czy tym razem gadał do siebie, czy znów do jakiejś nieożywionej istoty, spojrzeniem w każdym razie nikogo nie zaszczycił.
Tak czy inaczej ponownie wyciągnął dłoń przed siebie, tym razem jednak podparł ją od spodu drugą, aby nie dać się jej tak łatwo porwać odrzutowi. I powtórzył cały proces od skupiania energii przez jej wyzwolenie. Zaczął od mniejszej ilości, wciąż pamiętając przestrogi ojca, że jest tylko okruchem, i że powinien się skupić na całkowitej kontroli nad swoją bronią, a nie bezmyślnemu marnowaniu energii. Vein co prawda chciał się nauczyć czegoś o wiele mniej subtelnego niż dotychczas. Czegoś innego, niż pod okiem smoka – gdy ten kazał mu się skupiać, twierdząc, że jeszcze nie jest gotowy. Czegoś gwałtowniejszego, brutalniejszego i pozbawionego krzty finezji. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by opanował to będąc wiernym wskazówkom swojego ojca dotyczących tego, jak należy oswajać się z potęgą. Kroczek po kroczku. Rozumiejąc co tak w zasadzie próbuje osiągnąć. Skoncentrował się więc i powtórzył sztuczkę z wyzwoleniem many z dłoni kolejny raz. I kolejny. I kolejny. Czasami powtarzał jednakową ilość energii, innym razem ją zmieniał. Robił to tak długo, aż był w stanie określić dokładnie jaka ilość lodu powstanie z konkretnej ilości many w tak gwałtownym wybuchu tej energii. Tak bardzo skupił się na ćwiczeniu tej prostej sztuczki, że całkowicie zatracił poczucie czasu, stracił rachubę w liczbie podjętych prób i zużywanej energii. Gdy w końcu jego eksperymenty osiągnęły zadowalający rezultat – a zadowalający rezultat oznaczał, że udało mu się określić ile lodu powstaje z konkretnej ilości skoncentrowanej many, odczepił od siebie ogon, na którym ćwiczył. I zeskoczył na zamrożone jezioro.
Przeciągnął się, aż strzyknęło mu w plecach. Chwilę spacerował chcąc rozruszać nogi utkwione przez jakiś czas w bezruchu, chwilę rozglądał się po okolicy, nie schodząc jednak z jeziora. I układał sobie w głowie wyniesione z ćwiczeń informacje. Prawdziwi mędrcy wiedzieli bowiem, że aby zdobytą wiedzę przyswoić w należyty sposób, należy dać jej chwilę na przyswojenie. W końcu zaprzestał spaceru i obrócił się do lodowej postaci która mu towarzyszyła. – No dobrze, moja droga. – uśmiechnął się do rzeźby. –Zostało nam jeszcze dość energii do dalszej zabawy, czy czas się posilić? – zapytał, po czym skupił się próbując oszacować ile energii mu w zasadzie zostało.








18.05.2019, 17:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna