Nowy Trakt
#1

Cytat:Choć zdecydowana większość karawan stara się unikać drogi przez Stary Las, woląc nadłożyć kilka dni drogi by wyminąć zarówno północne rybackie miasteczko jak i okryty zła famą bór, jeśli komuś bardzo zależy na czasie, może wybrać ścieżkę okrzykniętą mianem "Nowego Traktu". Dla tych, którym nie straszni są nieumarli i dzikie bestie kręcace się po okolicy przez lata była to najwygodniejsza trasa łącząca Greathard z wschodnią częścią kontynentu. Z czasem jednak okazało się że to mieszkańcy Perony najczęściej wybierali ten szlak by dostać się do Zimowego Miasta i jego część wychodzaca na resztę świata została zapomniana i zarośnięta. To jeszcze bardziej zniechęciło kupców, mimo że zdziczały miejscami trakt jest w gruncie rzeczy przejezdny.
08.07.2019, 19:10
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nowy Trakt
#2

STRAŻNIK


roga dłużyła się niemiłosiernie. Vein musiał ze swoją kompanią spędzić więcej niż dzień. Z czasem powietrze w środku wozu stawało się coraz gorszej jakości, a ciągły odpoczynek na stercie skrzynek wcale nie przywracał mu wiele energii. Trakoczacy właściwie wiecznie ludzie tylko dodatkowo przeszkadzali w próbach zaśnięcia. Przodowała w tym wszystkim oczywiście dziewczyna zwana "Arlą". Szybko Mędrzec się dowiedział że to nie było jej prawdziwe miano, a tylko zdrobnienie od pseudonimu scenicznego. Nazywała się bowiem "Arlekinem", dodając do tego w cyrkowym stylu kilka niepotrzebnych epitetów które nie uzyskały uwagi Smoczego Potomka. Podczas podróży woźnice się zmieniali, jednak z jakiegoś powodu konie ciągnące cały ten bajzel parły na przód bez wytchnienia, jak gdyby ktoś zaczarował je tak by nie potrzebowały ani snu ani żywności. Normalny wierzchowiec zażądałby bowiem już dawno odrobiny choćby przerwy, a te po prostu robiły swoje. Miało to oczywiście swoje zalety.

W całej tej podróży pierwszy stop nastąpił po wielu godzinach, być może nawet więcej niż całej nocy i całym dniu. Korowód zatrzymał się w pewnym momencie, a z cienkich ścian dało się słyszeć rozmowę, a przynajmniej odpowiedzi przewodnika trupy. Ton jego głosu i przede wszystkim jego słowa zdradzały że ktoś chciał od niego pieniądze, a on odmawiał ich przekazania. I nie tylko Smoczy Syn zwrócił na to uwagę. Arla, czy też Arlekin, przewróciła oczyma i podniosła się z legowiska z którego właściwie się nie ruszyła przez cały ten czas. Gdy zeskoczyła z gracją na podłogę, można było przez moment dostrzec skórzane pochwy sztyletów zamocowane do jej pasa, ukryte pod płaszczykiem pełniącym do przed chwili funkcję koca. Określenie tych narzędzi "nożami" właściwie było trochę zbyt na wyrost, bo swoimi rozmiarami i kształtem pochwy przypominały pokrowce na coś w rodzaju przerośniętych igieł.

No, panowie milczki, chyba pora zabrać się do roboty, co? Takie spektaklu jeszcze nie mieliśmy w repertuarze! – Powiedziała wesoło, przeciągając się i wychodząc z wozu jak gdyby chciała radośnie powitać nowy dzień.

Podobnie do niej postąpili pozostali dwaj. Duduk, który gdzieś w połowie nocy zsiadł z konia i wrócił tutaj, także zerwał się na nogi i strzykając palcami wyszedł na świeże powietrze, chyba nawet ciesząc się z nadchodzacej walki. On nie miał żadnego oręża, najprawdopodobniej uważając swą magię za wystarczającą broń. Trzeci człowiek chwycił miecz znajdujący się długością gdzieś między krótkim a długim. Jeśli Vein także postanowił wydostać się na zewnątrz, mógł zobaczyć że miny całej reszcie zdążyły już zrzednąć. Byli otoczeni przez niecałą dwudziestkę ludzi, jeśli po stronie w którą nie był zwrócony znajdowało się tyle samo ludzi. Jeden fałszywy ruch kogokolwiek z nich mógł więc z miejsca przekreślić połowę cyrkowej gromady. W innej sytuacji zaś sprawa mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, bo na dobrą sprawę ta zgraja dziwaków była podobnej liczebności, a skoro tak nie martwili się o napaść to pewnie i potrafili walczyć.

Patrzcie co za banda! – Zaśmiał się dowódca zbójów. – Moi chłopcy celują we wszystkch mężczyzn, kobiety zostawiamy na później. Ale nie myślcie sobie że jak zaczniecie spierdalać to was nie złapiemy, drogie panie! Więc jeśli chcecie wyjść z tego żywi i cali, powtórzę mój układ raz jeszcze, ostatni. Za każdego podróżnego oddacie nam po dwadzieścia srebrnych smoków. Niewiele, to prawda, ale znajcie łaskę Ragnara!
08.07.2019, 19:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nowy Trakt
#3

ędrzec, choć bez wątpienia młody i niedoświadczony życiem, w kwestii cierpliwości przebrnął nieubłagany trening pod okiem istoty, która przetrwała na tym świecie dłużej, niż jakikolwiek ludzka starowina mogłaby marzyć. Czymże bowiem są te drobiny czasu zdające się wiecznością dla człowieka w oczach smoka? A Vein musiał zmagać się ze smoczą perspektywą całą swoją młodość.
Dlatego też, choć monotonna jazda wozem mogła się przeciągać w nieskończoność, dla kogoś żyjącego tylko tą krótką chwilą jaką jest ludzki żywot, mędrzec nie musiał borykać się z narastającym poczuciem irytacji. Był zupełnie spokojny i wolny od frustracji... No, przynajmniej w kwestii nastawienia.
Trochę gorzej się miały jego kończyny, koniec końców siedząc w wypełnionym wozie niewiele miał możliwości rozruszania się czy zmian pozycji. Znosił to bez narzekań, ale stanowiło dyskomfort większy nawet niż ciągłe trajkotanie Arli, do którego w pewnym stopniu dało się przyzwyczaić.
Z biegiem upływającego czasu na przemian drzemał, skubał coś z zakupionych w Peronie zapasów, zmieniał pozycję by rozprostować inną część ciała, "nie-słuchał" gadania cyrkowców i błądził myślami po przyjemniejszych miejscach i wartościowszych towarzyszach podróży.
Czas mijał, przebyty dystans rósł a spokój tego wszystkiego zadziwiał. To był swoją drogą chyba najdłuższy, nieprzerwany pobyt wśród tych samych, żywych ludzi jakiego doświadczył w całym swoim, wciąż krótkim przecież życiu. I o dziwo nikt nie został nawet ranny! Nierealny, nieprawdopodobny, magiczny wręcz spokój towarzyszył im od wielu godzin...
By w należyty sobie sposób w końcu roztrzaskać się na kawałki.
Vein łowiąc sens wypowiadanych przez przewodnika trupy słów nie mógł powstrzymać cisnącego się na jego usta uśmiechu. Rzędy nierównych, postrzępionych zębów błysnęły na moment w cieniu kaptura, po chwili jednak zwilżył usta językiem i opanował własną mimikę.
I już z opanowaną - a więc całkiem neutralną miną, posłał na poły rozbawione, na poły zaciekawione spojrzenie Dudukowi zanim ten zdążył wymknąć się na zewnątrz i przekrzywił lekko głowę. Nie powiedział przy tym ani słowa, lecz jego spojrzenie mówiło coś w stylu: ~ A więc jednak będę miał szansę zobaczyć, jak z zagrożeniami radzą sobie Ci, którzy całe życie spędzili w podróży?
Przez myśl przemknął mu jeszcze obraz tamtej dwójki, której zaproponował ochronę a którzy mu odmówili. Ciekawe czy zginą? Mędrzec miał taką nadzieję, to byłoby przecież bardziej niż właściwe w tej sytuacji. Koniec końców właśnie na wypadek takich wydarzeń Vein mógłby ich wesprzeć, gdyby rzecz jasna wtedy zechcieli jego współpracy. Niemniej, zarówno tamta dwójka jak i sam Duduk wzgardzili jego ofertą. A fakt, że był na tym wozie wynikał z tego, że zabrali go "charytatywnie" - nie czuł się więc zobowiązany by pomagać im w boju.
No bo dlaczego miałby? Wdzięczność? Przecież byli ludźmi, Vein nie musiał przejmować się takimi głupotami.
Jednakże! Właśnie nadchodziła szansa na przelanie krwi. Ludzkiej krwi. A lodowy król dawno już nie czuł jej zapachu. Powoli lecz nieubłaganie zaczynała wypełniać go ekscytacja. Na razie trzymał ją w ryzach. Jeszcze nie wiedział po której stronie konfliktu warto zabijać więc choć jakaś jego cząstka chciała by się nie powstrzymywał i zaatakował tego, kto stał najbliżej - dopóki Vein nie dał się ponieść instynktom, wciąż przodował w nim pragmatyzm.
Dlatego też nie wyleciał pierwszy zobaczyć co się dzieje poza wozem. Przepuścił przodem panów, panie, wszystkich właściwych członków tej wyprawy. Zresztą, nie trzeba było specjalnie dawać im do zrozumienia, że ich przepuszcza, sami się wyrywali.
Vein zaś nie śpieszył się. Zerknął zaś na swój medalion ciekaw, czy opętańczy błysk światła nie nakaże mu nagle skulić się w wozie i pokryć tak wielką ilością lodu, na jaką starczy mu magii. Gdy jednak tak się nie stało - rozprostował się na ile to możliwe, przeciągnął.
I również skupił manę, jednak dla odmiany tylko odrobinę, w taki sposób, żeby móc rozszczepić lód noszony pod płaszczem a skazany na zastygnięcie w bezruchu na wiele godzin. Żywioł zmienił się ponownie na sześć lodowych ogonów którymi białowłosy zwykł się otaczać. Nie wypuszczał ich na razie przez rozerwane szczeliny w płaczu, nadal otaczały jego ciało - a konkretniej mówiąc odcinek bioder i tułowia - ale w razie potrzeby mógł szybciej zareagować. Koniec końców, Vein jest przecież okruchem lodu, on nie zabijał rękoma.
I również się wychylił z wozu. Nadchodził czas, aby zdecydować po czyjej jest stronie w tej całej bitwie.
Akurat gdy się wychylił usłyszał słowa o tym, że są na celowniku bandy napastników. Niech to szlag, przeklęci, tchórzliwi, malutcy ludzie. Zamiast przyjść, stanąć twarzą z twarz z zadawaną rozpaczą, Ci bezwartościowi idioci chcą się bawić w strzelanie?
Ekscytacja mędrca zabarwiła się ciemną nutą irytacji. Zmierzył oceniającym wzrokiem odzienie bandytów. Skóry i futra - niby nie jest to pancerz z prawdziwego zdarzenia i raczej nie zatrzyma solidnego ataku, niemniej mogło ich to ochronić przed drobnymi, lodowymi odłamkami, gdyby to nich obrał sobie za cel.
Drugie spojrzenie rzucił w stronę cyrkowców - oceniając jak wyglądają ich morale. To spojrzenie niewiele mu powiedziało. Nie wyrażali ani paniki, ani buty czy beztroski. Wyglądali dosyć poważnie a na szczegółowe analizy nie było czasu.
Szlag, nadal nie zdecydował na kogo postawić w tym starciu. Postanowił więc zagrać bezpiecznie - i na razie nie oddalał się od wozu by w razie czego móc do niego wskoczyć i do własnej linii obrony dodać ściany pojazdu.
Ponad to, w momencie gdy cyrkowcy z bandytami uwikłali się w rozmowę, Vein nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów, pod swoim zbyt luźnym płaszczem przemieniał swoją magię w więcej lodu, niż zwykł nosić w roli dodatkowych kończyn i ochrony zarazem.
Spokojnie, bez paniki czy pośpiechu próbował utworzyć lodowa powłokę tam, gdzie jego ogony nie sięgały, a gdzie nie będzie tego widać ze względu na jego ubiór.
Czyli z tyłu głowy i w okolicach skroni, tam, gdzie ukrywałby to kaptur. Oraz na udach skrytych pod płaszczem. Nie schodził poniżej kolan żeby nie utrudnić sobie ruchów. Poza tym czekał na rozwój wydarzeń.



Użyte mocki do wyceny miszcza:
1) Okruch Lodu - ewentualne rozszczepienie lodu na ogony (nie wiem czy taki drobny ruch cokolwiek zużywa)
2) Oszroń się! - wytwarzanie lodu w obszarach niechronionych a skrytych pod ubraniem









08.07.2019, 21:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nowy Trakt
#4

STRAŻNIK


yrkowcy nie czekali aż bandyci uderzą pierwsi. Duduk, pełniący najwyraźniej rolę przywódcy całej tej zgrai otworzył usta jakby chciał się odezwać i... otoczenie natychmaist się zmieniło. Nastąpiło kilka trzasków i z ziemi wzniósł się czarny, gęsty dym który ograniczał wizję do czubka własnego nosa. Vein jedynie z pamięci mógł więc orientować się gdzie znajdowali się przeciwnicy każdej ze stron. Po dźwiękach zaś mógł zorientować się że walka rozpoczęła się na dobre. Napastnicy również nie próżnowali i w odpowiedzi na zasłonę, wystrzelili bełty na ślepo. Rozległy się więc najpierw świsty wypuszczanych cięciw i lecących strzał, a zaraz potem krzyki rannych i uderzenia nietrafionych grotów o wozy. Mędrzec, świadomy tego że celowali również w niego zdążył odruchowo zmienić swoje położenie, został trafiony w lewe ramię. Nawet zmysły i prędkość podarowana przez smoczego rodzica nie uchroniła go przed stalą która zabłębiła się w jego ciało i eksplodowała bólem, gniewem i adrenaliną. Nie był to jednak wcale nokaut, mag wciąż był w stanie walczyć i zesłać swój gniew na głupców którzy podnieśli na niego rękę. I teraz miał ku temu okazję, choć ci byli skryci za zaczynającym gryźć go w płucach i oczach dymem.


===

Koszta: -10 PM sumarycznie za wszystko.
09.07.2019, 14:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nowy Trakt
#5

Niech to szlag. Gęsty tym był pewnie w równej mierze korzystny dla cyrkowców, co niekorzystny dla wszystkich innych - czyli bandytów i Veina. Koniec końców banda podróżnych ze swoimi durnymi sztuczkami najpewniej przerabiała różne wyczyny bez użycia oczu.
A Vein właśnie na nieludzko czujnych oczach opierał znaczną część swojej wyjątkowości.
Dlatego nie zareagował dość szybko. Dlatego "zrobił" ten durny unik, który okazał się wcale nie być unikiem. I który najwidoczniej nie ochronił go przed nadciągającym pociskiem. Dlatego właśnie nie obrócił się w taki sposób, by nadlatujący bełt przyjąć na jakąś lodową osłonę, jakby spróbował zrobić w normalnej sytuacji. I dlatego niespodziany zwrot akcji oszołomił go na moment.
Dziwne ciepło promieniało od jego ręki trafionej przez jednego głupca.
Nie od razu zrozumiał co się wydarzyło, przecież ludzie atakujący mędrców to absurdalna, niedopuszczalna do istnienia wizja. Chwila oszołomienia. Dosłownie sekundy, w których mózg lodowego króla przetwarzał wszystko co zdążyło się wydarzyć w czasie jednego oddechu. I w końcu mędrzec zacisnął rzędy nierównych zębów, czując jak pulsujący punkt na jego ręce rozlewa się na jego ciele irytacją.
Zaatakował... Go... Człowiek...
Źrenice Veina zwęziły się, przyjmując kształt niemal pionowych linii. Powietrze, które niezmiennie było przy nim chłodniejsze, teraz stało się lodowate jak chyba nigdy przedtem.
Pewnie powinien jakoś zabezpieczyć ranę. Pewnie powinien poprawić własną ochronę. Pewnie powinien zaczekać, aż cyrkowcy pójdą na pierwszy ogień. Wybrać stronę zwycięzców. Trzymać się pragmatycznego podejścia. I pewnie tak właśnie by zrobił, jednak... ZAATAKOWAŁ GO CZŁOWIEK! Zatelepało go aż od trzymanych w ryzach pokładach nienawiści.
Vein ugiął nogi w kolanach kierując się w prawo - w stronę, z której został trafiony.
I wyzwolił lodową magię tak, by wyrzuciła go z tego pieprzonego dymu wprost na durnia który go zaatakował. Albo na któregokolwiek z tych siedmio-ośmiu durniów znajdujących się z prawej strony. Chciał się wzbić tak, jak miotał obiektami na lodowym jeziorze. Co prawda nie ćwiczył takich skoków ale jeden bełt bezwartościowego śmiecia dotkliwie zranił jego rozsądek. I tyle dobrze, że choć przy "starcie" musiał liczyć w równej mierze na instynktownie dobrze odmierzenie ilości many co łut szczęścia, to przynajmniej przy "końcu" tego skoku miał asekurację w postaci lodowych ogonów. Ogonów, które jak na kierowaną nienawiścią istotę przystało, przestały oplatać jego ciało ponownie czyniąc go podatnym na ataki. Wymykały się przez specjalnie przygotowane szczeliny w płaszczu na zewnątrz by łatwiej i prościej móc zachłysnąć się ludzką krwią.
Dzięki temu nie musiał przejmować się ciężkim lądowaniem, po prostu wbił kilka z nich przed sobą gdy zbliżał się do ziemi amortyzując niechybny (w innym przypadku) upadek. Warto wspomnieć, że podczas takiego lotu miał wybór - czy lodowe kloce powinny zahaczać o ubitą ziemię czy też w ludzi którzy go zaatakowali, wybór był dla niego oczywisty.
Co było dalej to już zależy od sytuacji.
Jeżeli z miejsca w którym wylądował widział i mógł sięgnąć - lub w jednym-dwóch susach doścignąć - dowolnego z bandytów, zaatakowałby go jednym z ogonów chcąc wbić go w brzuch ofiary i poderwać nadzianego człowieka ku górze. W przypadku gdyby w zasięgu było dwoje-troje przeciwników - dokładnie tak samo. Stawiając całkiem sporo na karty "furii" i "zaskoczenia".
Pozostałe ogony (łącznie otaczało go sześć a atakował maksymalnie trzema na raz) służyły do podparcia, odepchnięcia się, utrzymania równowagi i zapewnienia stabilności.



Mana: 345/355
Użyte mocki do wyceny miszcza:
1) Lodowy Kieł - wyrzucenie się w stronę strzelca
2) Okruch Lodu - kontrolowanie lodowych ogonów w sposób stosowny do sytuacji.









09.07.2019, 20:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nowy Trakt
#6

Niesiony na skrzydłach złożonych na poły z gniewu i szczęścia jakimś cudem uniknął zderzenia z drzewami. Cudem dlatego, że rzucenie mędrcem okazało się jest prostsze niż lodową kulą podczas treningu nad jeziorem, i udało mu się nie tylko zbliżyć do bandytów, ale wpaść właśnie między nich. I między drzewa.
Gdy wylądował na ziemi, znajdował się już poza dymną zasłoną a jego zmysły - zarówno wzroku jak i węchu - ponownie uderzyła fala bodźców. Jego oczy i nos przestały być drażnione przez gryzącą magię a jego ofiary ponownie stały przed nim na wyciągnięcie ręki (lub lodowego ogona). Mędrzec w końcu mógł w pełni skupić się na otaczających go śmiertelnikach.
Każda rozsądna istota zapewne z tym działaniem wstrzymałaby się do pozbycia się tkwiącego w ramieniu bełta, białowłosy jednak nie był rozsądną istotą a odczuwalny przez niego ból domagał się nie ukojenia w jego formie ograniczenia jego źródła, lecz ukojenia w zadaniu nieporównywalnie większej ilości bólu jego winowajcom.
Dlatego też nie własną raną lecz raną innych osób zajął się w pierwszej kolejności, a pulsujące ciepło rozchodzące się od wbitego w rękę metalu tylko podsycały jego furię.
Po jego lewej i prawej znajdowali się kusznicy, którzy swój zasięgowy oręż właściwie odrzucili, dobywając miast tego toporów i wekier, broni znacznie użyteczniejszej gdy jedyną opcją ujrzenia wroga było zbliżenie się doń. Cyrkowcy nie zdążyli jeszcze pokonać odległości między nimi a napastnikami, przez co to Mędrzec skupił na sobie uwagę tych drugich. Jego obecność wciąż jednak była zaskoczeniem i śmiało mógł zadać pierwszy cios znajdującemu się dwa metry od niego mężczyźnie. Nie wahał się ani chwili, w tym konkretnym momencie niczego nie pragnąc ponad cierpienia ludzkiej rasy.
Kierowany złością rzucił się od razu w stronę najbliższego bandyty, podświadomie starając się przy tym przebiegać blisko drzew. W końcu bandyci byli uzbrojeni w miecze i topory - a więc do solidnego ciosu potrzebowali się odpowiednio zamachnąć. Vein z kolei głównie dźgał a siła tego dźgnięcia brała się w większości z magii, niedogodny teren był więc w pewnym sensie dogodny dla smoczego syna.
Uszu Veina dochodził gwar jednak ani go tak naprawdę nie słyszał ani nie zwracał na niego uwagi. Nie zastanawiał się czy to idą cyrkowcy, czy bandyci. Nie rozmyślał którzy bardziej hałasują a którzy mają przewagę. Jedynym co się dla niego liczyło w tej chwili, to kara dla głupców gotowych ranić smocze dzieci.
Gdy tylko pierwszy z tych skończonych idiotów (którzy podczas swojego ślepego ataku postanowili wziąć sobie mędrca na wroga) znalazł się odpowiedni blisko, twarz białowłosego wykrzywił dziki uśmiech. A w następnej chwili w brzuch bandyty pomknął zaostrzony lodowy kolec będący jednym z ogonów Veina. Bandyta najwyraźniej nie spodziewał się tak szybkiego ataku - nie ma mu się co zresztą dziwić, w końcu Vein wyskoczył z tuż po oddanych w stronę cyrkowców strzałach w takim tempie, w jakim nie poruszają się normalni ludzie. I bez cienia typowo ludzkiego zawahania sprawiającego, że nawet bandyci czasami odczekają z zadaniem ciosu - ruszył by nieść im śmierć i cierpienie.
Atak odniósł sukces, przeszywając skórę i wnętrzności bandyty i niemalże natychmiast pozbawiając go wszelkiej wartości bojowej. Ciało ofiary na krótki moment poderwało się nad ziemię i... Vein przyhamował. Już na początku zadawanego ogonem ciosu miał w głowie wizję lecącego truchła wprost w stronę następnego przeciwnika, białowłosy pragnął wpaść w tych bezwartościowych durniów i zabijać jednego po drugim jednak... ten cholerny bandyta okazał się cięższy niż mędrzec przypuszczał.
A kolejny z tych śmieci - ten sam który miał kulić się pod mknącymi w jego stronę częściami ciała towarzysza - nadal żył i zmierzał w stronę mędrca.
- To pierdolon wiedźmak! Czarodziejskie skurwysyństwo, brać go! – Ktoś zakrzyknął wściekle.
Lodowata furia wypełniająca umysł i działania mędrca rozbłysła jeszcze jaśniej. Lodowy król POSTANOWIŁ przecież, że osobnik zmierzający w jego stronę ma zostać zasypany krwawiącymi szczątkami, a tymczasem tamten kurwi syn ma się całkiem dobrze. Całym swoim jestestwem Vein zapragnął zniszczyć najbliższego wroga w najbardziej makabryczny sposób jaki mógł.
Ten wybuch gniewu i niezadowolenia przerodził się w wyzwolenie silnie skondensowanej magii wprost w drugiego z bandytów. Magia ta objawiła się w postaci sięgającego około trzech metrów kawałka lodu, który zgodnie z wolą Veina miał nie tyle zranić przeciwnika, co zmasakrować go. W końcu ten CZŁOWIEK ośmielił się stać naprzeciw mędrca nietknięty gdy ten dobrotliwie chciał zaatakować go w subtelniejszy sposób. Niech się więc nauczy, że nie należy tak robić - i nic przy tym białowłosego nie interesował fakt, że to jemu właśnie zabrakło siły by cisnąć w bandytę ciałem i niewiele ów bandyta mógłby tu zaradzić.
Gdy uszu mędrca dobiegł jakże satysfakcjonujący dźwięk przebijanego w szybkim, brutalnym ataku ciała, mędrzec wrócił do pierwszego z winowajców komplikacji w pierwotnym planie - wciąż sterczącego na jednym z lodowych ogonów. Ten również ośmielał się nie-cierpieć w sposób, w jaki wspaniałomyślnie dla niego zaplanował - a zaplanował mu przecież lot z widokami!
Skoro ten dureń nie chciał lecieć w stronę bandytów uniesiony niemal w pieszczotliwy sposób, Vein wbił w niego wszystkie pozostałe ogony - doprowadzając ciało do o wiele gorszego stanu - i tak ranionym worem krwi i kości miotnął ze zdecydowanie większą siłą w przeciwną stronę - wprost na bandytów, których podczas dwóch pierwszych zabójstw miał za plecami.
Po cyrkowcach nadal nie było śladu.
Po tym rzucie - nie czekając na obejrzenie efektów - Vein pobiegł we względnie najbezpieczniejszym możliwym kierunku - czyli z dala zarówno od bandytów jak i gryzącego dymu - w stronę lasu.
Pierwsze dwa ciosy jakie zadał na tej dróżce przedstawicielom ludzkiej rasy, miały w sobie ogromne ilości silnie skondensowanego gniewu. Pozwoliło mu to się uspokoić odrobinę, przemienić część furii w poczucie ekscytacji i satysfakcji zarazem, a to w konsekwencji wywołało gdzieś na skraju świadomości pogłos rozsądku.
Dlatego Vein biegnąc w kierunku drzewa chwycił dłonią za trzonek bełta sprawdzając na ile solidnie tkwi w jego ręce i czy jest w stanie go wyrwać.
O ile nie był - kawałek lodu stanowiący jeden z jego ogonów oplótł się wokół drwa kilka centymetrów od ręki i ułamał niepotrzebne sterczące drewno.
W tym czasie Vein powinien już dotrzeć do drzewa - ominął je z jednej strony by z pomocą ogonów - w zależności od tego w jaki sposób rosło to drzewo, albo odpychając się nimi od ziemi, albo łapiąc za gałęzie albo oplatając konar - wspiąć się na jedną z gałęzi i z góry spojrzeć na bandytów których za sobą zostawił.





Rozliczenie poprzedniego posta
Mana poprzedni post: 345/355
Wzrost maksymalnej many: +45PM
Mana po wzroście: 390/400

Użyte umiejętności:
Lodowy kieł: 25PM - 18PM (Redukcja kosztu mocy kręgu wysokiego) = 7PM
Okruch lodu (Kontrola ogonów): 8PM
Łączny koszt = 15PM
Mana: 375/400

Umiejętności użytwe w tym poście
Okruch lodu (Kontrola ogonów): do wyceny miszcza
Lodowy kieł: do wyceny miszcza









11.07.2019, 21:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nowy Trakt
#7

tak lodowym soplem dał całkiem satysfakcjonujący efekt - z gardła bliższego oponenta wyrwał się bowiem cichy, urwany wrzask gdy lód zaczął boleśnie rozrywać jego ciało. Urwany, bo gdy tylko sopel dobrał się do jego wnętrzności, zabrakło mu tchu i woli by czynić cokolwiek. Zmarł na miejscu. Co dosyć zaskakujące dla lodowego władcy, lodowa masa nie przebiła jego ciała na wylot, ale to nie miało większego znaczenia bo miast wpatrywać się w wiszące zwłoki, rzucał nadzianym na ogony worem w stronę wrogów.
Rzut zmasakrowanym nieszczęśnikiem, w momencie gdy lodowy król nie ograniczał się do użycia pojedynczego ogona odniósł sukces. Ciało poleciało szybko, sprawnie i daleko, choć efekty mędrzec mógł zobaczyć dopiero kilka chwil później, bo biegł w stronę drzewa badając jak silnie pocisk tkwi w jego ramieniu.
Próba wyciągnięcia bełtu uświadomiła mędrca, że pocisk może i nie tkwił bardzo mocno, ale jego wyrwanie doprowadzi do sporej utraty krwi. Chwilę później drewno zostało złamane przez jeden z lodowych ogonów by nie drażnić jego pola widzenia, zrobił to w odległości jakiś 5 centymetrów od rany, żeby nie wystawało go tak wiele bo w równym stopniu rozpraszał go ten widok co rodził niebezpieczeństwo, że jego końcem o coś zahaczy. Strzała złamała się bez problemu, stając się  nieco mniejszą i mniej niebezpieczną dźwignią z ostrzem. W następnej chwili mędrzec wspiął się na drzewo.
A z góry drzewa białowłosy mógł dostrzec, że osobnik w którego kierunku posłał wór mięsa i kości (wór, który był pierwszą ofiarą gniewu smoczego syna), pokazał bardzo ludzką cechę - tchórzostwo - i najzwyczajniej w świecie uciekł na widok zwłok poległego towarzysza. Nie ma mu się jednak co dziwić, całkiem spora część ludzkiej rasy, widząc jakie rany odniósł jeden z ich współtowarzyszy w ciągu zaledwie paru sekund, mogłaby utracić nieco z bohaterstwa. Lub dać się ponieść głupiej furii, ale jak widać to nie ten przypadek.
Mędrzec wyszczerzył się upiornie.
Omiatając widok poniżej czujnym spojrzeniem jasnych oczu, Vein mógł dostrzec, że korony innych drzew stanowią znaczną przeszkodę w obserwacji, szczególnie na większa odległość. Dostrzegał jednak trzech najbliższych przeciwników. Dwójka była satysfakcjonująco wręcz martwa. Jeden pozostawał żywy. Żywy, i nierozsądny - nakładał właśnie bełt na kuszę i krzyczał:
- Na drzewie jest! - a głos jego wydał się mędrcowi wyjątkowo drażniący.
Był właściwie w zasięgu skoku, zaledwie parę metrów od białowłosego. Za nim znajdował się inny, w odległości może dziesięciu - i właśnie upuścił topór by pochwycić swoją własną broń dystansową.
Vein skrzywił z dwóch powodów. Po pierwsze liczba przeciwników okazała się rozczarowująco mała. Chciał zdobyć lepszą pozycję i uderzyć w nich zdecydowanie mniej subtelnymi umiejętnościami a tutaj? Ledwie pojedyncze sylwetki, nie warte by pokazywać pełni mędrczego gniewu. Najwyraźniej pozostali przestali się nim interesować, być może uciekli, a mędrzec wlazł na to nieszczęsne drzewo w tym właśnie celu, by wyładować złość na większej grupie.
Drugim powodem skrzywienia był fakt o którym zdążyłem już wspomnieć - najbliższy z bandytów zakładał właśnie bełt na cięciwę. A większość mocy Veina wymagała albo nieco dłuższej chwili koncentracji, albo osiągała cel wolniej, niż wprawnemu strzelcowi zajmuje wystrzelenie pocisku... albo wymagała istnienia lodu. W każdym razie nie pasowała do zaistniałej sytuacji.
Dlatego na mężczyznę który krzyczał (ewidentnie niepomny swej śmiertelności) "Na drzewie jest", Vein także uderzył magią w formie lodowego kolca.
I ponownie zerknął na sytuację na dole.
Krzykacz zgodnie z pierwotnym planem, został rażony kolcem w brzuch. Nie pozbawiło go to życia, ale skutecznie udaremniło strzał, przynajmniej na ten czas. Mężczyzna złapał się bowiem za ranione miejsce wypuszczając broń dystansową.
Białowłosy nie miał jednak okazji zachwycać się tym widokiem zbyt długo, bowiem bandyta, który był dalej, ten sam, który wyrzucił toporek, również zdążył przygotować broń do strzału - i wycelował w białowłosego. Mędrzec instynktownie skoczył z powrotem na ziemię, odgradzając się od przeciwnika pniem i wspierając ogonami przy lądowaniu. Drzewo nadało mu częściową ochronę, ale i utrudniało unik. Wszakże skrycie się za nim wymagało ograniczenia własnego zasięgu wzroku. Dało to jednak radę powstrzymać ewentualny strzał.
Białowłosy nie był jednak zwolennikiem pasywnej walki - nie po tym, jak już zaczął w niej uczestniczyć. Nie po tym, jak do jego nozdrzy dotarł zapach krwi, pobudzający serce do radosnego bicia. Nie po tym, jak z jego ramienia zaczęło się rozchodzić nieprzyjemne pulsowanie. Niee... to nie był moment, w którym mędrzec czeka za drzewem.
Zresztą, fakt, że zmusili mędrca do zeskoczenia za drzewo ponownie podsycił płomień wygasającej już irytacji. LUDZIE nie tylko ośmielali nie poddawać się JEGO planom, ale jakby tego było mało próbowali mu zagrozić kolejnymi pociskami.
Wokół mędrca znowu zrobiło się bardziej mroźnie.
Niech jednak będzie jego strata - ludzie chcieli walczyć na dystans, Vein wspaniałomyślnie się dla nich poświęci. Lodowe ogony ponownie dosyć ciasno otoczyły jego ciało - nie chowając się co prawda pod płaszczem jak pierwotnie, na taką precyzję nie miał czasu - i tak jak poprzednio, zapewniały ochronę tułowia w który łatwo było celować, pozostawiając ręce i nogi niechronione. Ileż jednak razy zagubiony bełt mógł go trafić w rękę?
Tak czy inaczej, po tym otoczeniu ciała lodem (a przed wyjrzeniem zza osłony), Vein skoncentrował kolejną porcję many. I postanowił podjąć walkę na dystans.
Wykonując szybkie dwa kroki w bok po losowo wybranej stronie drzewa wychylił się i wyzwolił w kierunku nietkniętego przeciwnika falę nasilonego mrozu, która szybko przerodziła się w lecące, ostro zakończone lodowe kryształy. W takich warunkach nawet wystrzelony bełt powinien mieć problem z dotarciem do celu, lecz nie dane było mędrcowi sprawdzić tej teorii - mężczyzna w którego celował zawahał się bowiem. Nie wystrzelił pocisku który zaklęcie Veina mogłoby znieść. Wolał dokładniej wycelować przez co spóźnił się z reakcją. Nie zdążył się ani zasłonić, ani skryć przed pędzącymi w jego stronę lodowymi bryłkami. Większość jego ciała chronił całkiem solidny strój, ale najwidoczniej wcale nie trzeba zranić znacznej części ciała by skutecznie przeszkodzić przeciwnikowi - bandyta bowiem został poraniony w twarz i do tego stopnia porwało to jego uwagę, że zamiast kontynuować szukanie idealnej okazji do strzału, trzymał się za krwawiąca twarz.
Jeśli chodzi o zasłonę dymną cyrkowców, to powoli zanikała. Dym był coraz to mniej i mniej gęsty, wciąż jednak zasłaniał widoczność. Odgłosy walki były jednak wyraźnie słyszalne. Ktoś krzyknął z bólu, ktoś wydał jakąś komendę, jakaś kobieta się zaśmiała wesoło, żelazo uderzyło o żelazo. Gdzieś na krawędzi zasłony przemykały dwie sylwetki. Jakiś miecznik wyskoczył z niej w innym miejscu i związał walką innego bandytę, który wcześniej znajdował się nieco daleko od Mędrca. Mędrzec słyszał i widział to, ale większą uwagę poświęcał tym, którzy kierowali swoją złość, gniew lub frustracje przeciw niemu, w poważaniu mając los innych uczestników bitwy.
Dwójka niedoszłych strzelców - raniona lecz wciąż żywa - była tym, na czym białowłosy się skupiał.
A będąc precyzyjnym, skupił się lodowym kolcu wbitym pierwszego z ranionych bandytów, jak i wszystkich lodowych drobinach rozrzuconych i powbijanych wokół po wyzwoleniu kryształowych łez. Na całym lodzie, który miał przed sobą a który po pierwszych atakach ozdobił okolicę.
I cały ten lód - ciągnąc lub przebijając nadzianego bandytę - skierował w stronę mężczyzny z poranioną twarzą. Nie bawił się w subtelne manewry czy skręcanie - wyznaczył cel i ściągał w jego stronę w linii prostej wszystko co był w stanie zagarnąć swoją mocą. Część pewnie utkwi w drzewach na linii bandyta-pocisk, ale przynajmniej część powinna trafić celu.





Rozliczenie poprzedniego posta
Mana poprzedni post: 375/400
Wzrost maksymalnej many: +75PM
Mana po wzroście: 450/475

Użyte umiejętności:
Lodowy kieł: 25PM - 18PM (Redukcja kosztu mocy kręgu wysokiego) = 7PM
Okruch lodu (Kontrola ogonów): 10PM
Łączny koszt = 17PM
Mana: 433/475


Umiejętności użytwe w tym poście
Okruch lodu (Kontrola ogonów - lądowanie przy zeskoku z drzewa, ułamanie bełta, otoczenie ciała): do wyceny miszcza
Lodowy kieł: do wyceny miszcza
Kryształowe łzy: 14 PM
Mroźny teatrzyk: dp wyceny miszcza










19.07.2019, 15:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna